Rozdział 2
- O Boże... udało się. Udało... - powtarzała gorączkowo Rosanna. Nie zwracała uwagi na wściekłość skazańca, tylko rzuciła się w głąb korytarza, wołając jakieś imiona.
Axel domyślił się, że to imiona jej dzieci. Ruszył za nią powoli, nieufnie. Oskar szedł tuż obok, milczący, z kamienną twarzą.
Korytarz był niski. Obaj musieli się pochylić, by nie uderzać głowami o sklepienie. Axel tylko odrobinę. Oskar zaś musiał porządnie się wygiąć.
Powietrze było tu gęste, wilgotne i stęchłe. Pachniało grzybem i fekaliami. Ściany pokrywał zielonkawy nalot. Niektóre cegły były popękane, a w szczelinach błyszczały drobne krople wody, którą Axel miał ochotę zlizać, ale zdołał się powstrzymać. Przesunął tylko dłonią po powierzchni, a później przyłożył wilgotne palce do spierzchniętych ust.
Chłopak, który zostawił ojca pod gruzami, mamrotał coś pod nosem, idąc kilka kroków przed nimi. Nie miał w sobie tego entuzjazmu, co kobieta. Nie cieszył się, że znalazł schronienie.
Wkrótce Axel i Oskar stanęli na progu dużego pomieszczenia. Wreszcie mogli się wyprostować. Zrobili to z radością. Wyciągali się, aż strzelały im stawy barkowe, wskakując na odpowiednie miejsca.
Przed nimi rozciągała się przestrzeń przypominająca szpitalną salę sprzed dekad. Rzędy metalowych łóżek sięgały aż po koniec pomieszczenia. Do niektórych z nich wciąż przywiązani byli ludzie, ubrani jednakowo w szare, poplamione piżamy. Inne łóżka były puste, z pościelą ułożoną w zgrabny stos, a jeszcze inne ze zmiętą, jakby ktoś wstał z nich przed chwilą. Axel się domyślił, że leżeli na nich ci, których ciałom przyglądał się przed wejściem.
Pod ścianą tłoczyła się grupa osób. W większości starcy, wyniszczeni i bladzi prawie tak samo jak trupy, które Axel widział na zewnątrz. Tylko dwoje spośród nich było młodych: szczupły chłopak o rozczochranych włosach i dziewczyna o dziecięcej twarzy, której czarne włosy przecinały pasma siwizny. Ubrana w jaskrawą spódnicę i kolorowy sweter wyglądała jak plama życia w tym świecie wypłowiałych odcieni. Rosanna klęczała między nimi, przyciskając ich do siebie. Mówili chaotycznie, drżącymi głosami, chcąc w kilku minutach nadrobić całe dni milczenia.
Wilgoć i stęchlizna drażniły Axela. Przez chwilę wstrzymywał oddech, ale smród był nieustępliwy. Kichnął, nie mogąc się powstrzymać. W tej właśnie chwili wszystkie spojrzenia, nawet te puste oczy przywiązanych do łóżek pacjentów, skierowały się na niego i na Oskara.
Jego przyjaciel pozostał nieruchomy, z dłońmi schowanymi w kieszeniach. Obserwował wszystko w skupieniu. Prześlizgiwał spojrzeniem po ścianach, po twarzach, po detalach, których inni nie dostrzegali.
Axel natomiast czuł, jak rośnie w nim nerwowy śmiech. Nie lubił, gdy go oceniano, a czuł z niezaprzeczalną pewnością, że właśnie teraz oni patrzą nie na jego twarz, lecz na pomarańczowy kombinezon. I wydają wyrok.
- Kto to jest?! - krzyknęła nagle jedna ze staruszek, prostując się tak mocno, że wyglądała co najmniej niepokojąco. Skóra na jej dłoniach była cienka jak papier, pokryta siatką paskudnych blizn. - Przyprowadziłaś tu tych... - szukała słowa, którym mogłaby ich obrazić, ale skończyło się na tym, że na głos powiedziała: - ...ludzi?!
- Spokojnie, Sophio! - Rosanna się podniosła, wciąż jeszcze oddychając ciężko. - Oni są z nami. Nic nam nie grozi.
Zrobiło mu się nawet miło, że go broni.
- To jest Axel - wskazała na niego.
Na dźwięk swojego imienia opuścił ręce wzdłuż ciała i teatralnie się skłonił.
- A to Oskar - dodała.
Oskar nawet nie drgnął.
- Buongiorno, przybywamy w pokoju - odezwał się Axel, decydując wreszcie, jaka forma przywitania z tą dziwną zbieraniną ludzi będzie najodpowiedniejsza.
Sophia ruszyła do przodu, ignorując powitanie Axela i złapała Rosannę za ramiona, niemal nią potrząsając.
- Blacha z samolotu walnęła cię w łeb, głupia kobieto?! Oni są niebezpieczni!
- Z całym szacunkiem - odezwał się Axel, czując się w obowiązku bronić Rosanny. - Nie jesteśmy niebezpieczni. - Jego ton był obojętny, ale oczy błyszczały mu rozbawieniem. - I nie podoba mi się, że ktoś z pani... życiową mądrością ocenia innego człowieka po ubraniu.
Teraz to on zrobił krok naprzód.
Grupa drgnęła, jakby spodziewając się, że za moment ich zaatakuje.
Axel pokręcił głową z dezaprobatą.
- Cześć - przywitał się raz jeszcze. - Jestem Axel. Pomarańczowy kombinezon mnie nie definiuje. - Wyciągnął rękę do jednego z mężczyzn, nie wiedząc jeszcze, że wybrał akurat najważniejszą dla Sophii osobę, jej brata.
- Widzisz? Wszystko jest w porządku. - Rosanna wciąż próbowała załagodzić sytuację.
Może gdyby wiedziała, przez jakie piekło przeszli Sophia i reszta w pensjonacie, napadnięci przez innych więźniów, obrałaby zupełnie inną taktykę.
- Charles - przedstawił się staruszek i ku zaskoczeniu wszystkich uścisnął dłoń Axela. Jego uścisk był słaby i suchy. - To jest moja siostra, Sophia - dodał, wskazując na starszą kobietę. - A to Ruby... - kobieta wciąż ściskała dłoń, z której siłą ściągnięto pierścionek, nie mogąc się pogodzić z jego brakiem - ...pan Perrington... - Charles skinął głową w stronę starca o woskowej cerze - ...i dzieci Rosanny: Lizi i Jazz.
- Co z pozostałymi? - spytała Rosanna z rosnącym niepokojem. - Gdzie są Jannie, Marghareta... - Chciała wymieniać dalej, jakby samo wypowiedzenie imion mogło sprowadzić tych, których tu nie było, ale Sophia przerwała jej stanowczym gestem.
- Nie puścili ich - powiedziała. - Nam cudem udało się uciec. Wykorzystaliśmy moment, w którym... - urwała, bo sama myśl o tym, co się stało, była zbyt ciężka.
- W którym co? - naciskała Rosanna.
- Ich koledzy nas napadli - wtrąciła Ruby, wskazując na przybyszy.
- To nie są nasi koledzy - warknął Axel, zerkając na Oskara. - Nikt, kto atakuje bezbronnych ludzi, nie jest naszym kolegą - mówił z ogniem w oczach, ale ze względu na więzienny strój jego słowa nie brzmiały wiarygodnie.
W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze bardziej duszno.
- Chcieli dzielić się kobietami - dodała Ruby. - Byli jak zwierzęta...
- Niemal jak nocne istoty - mruknął Charles.
- Pozabijaliby nas - wycedziła Sophia z pełnym przekonaniem. - Ale zanim by to zrobili, to by nas torturowali. Gdyby nie...
- Gdyby nie co? - Rosanna czuła, jak napięcie ściska jej gardło. Wiedziała już, że w pensjonacie wydarzyło się coś strasznego. Wolała oderwać plaster natychmiast, nawet jeśli miało zaboleć.
- To Jannie - odezwał się cicho, prawie bezdźwięcznie Jazz. - To ona była tym mordercą grasującym w pensjonacie. I to ona nas ocaliła. Podcięła gardło jednemu z nich.
Rosanna zastygła. Nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
- Słucham? - wyszeptała, patrząc po kolei w oczy każdego seniora i szukając w nich zaprzeczenia.
Jazz się skulił, otulony ramionami jak kokonem. Lizi stała obok, zupełnie bez emocji, jakby jej dusza została gdzieś na powierzchni. Tyler, który znajdował się nieco dalej, teraz usiadł przy niej, ale nic do niej nie powiedział. Po tym, co się stało, nie potrafił.
- Mówi prawdę - potwierdziła wreszcie Sophia, choć przyszło jej to z trudem. - Jannie miała skalpel. Przyznała się, że najpierw zabiła własnego męża, a potem te trzy nieszczęśniczki.
- Ale... - Rosanna pokręciła głową, próbując odepchnąć od siebie myśl, która nie mieściła się w żadnym logicznym porządku. - Dlaczego to zrobiła? Nie... nie ona...
- To nie ma teraz znaczenia - ucięła Sophia. - Ważne, że tym samym skalpelem podcięła gardło jednemu z napastników. Tak jak powiedział twój syn. Wykorzystaliśmy moment, w którym Nilsen stracił czujność. Uciekliśmy.
- Jannie się nie udało - dokończył za Sophię jej brat. - Złapał ją. Zabrał jej broń. Byli tam też inni, tacy jak ten zabity, ten, który nazywał siebie Tiggerem. Oni schwytali resztę. Dlatego tylko nam udało się tutaj dotrzeć. Kiedy weszliśmy do środka, mieliśmy nadzieję, że znajdziemy kogokolwiek: pastora, Beatrice, ale zastaliśmy tylko pacjentów. - Zmarszczył brwi. - Kilkoro z nich już nie żyło. Ich serca nie wytrzymały.
Twarz Sophii stwardniała.
- Oczyściliśmy pomieszczenie. Z pewnością zauważyliście ciała, kiedy tu wchodziliście. No i zaskoczyło nas coś jeszcze... izolatka była otwarta. Pusta.
- Uff - wymknęło się Rosannie.
Sophia uniosła brwi. Ruby zmrużyła oczy, ale nikt nic nie powiedział. Każdy rozumiał, że czasem ulga i boleść mają ten sam ton.
- A Marghareta? - Rosanna poczuła, że musi szybko zmienić temat. - Sama zaprowadziłam ją do pensjonatu. Była ranna. Szukała pomocy...
Jazz nagle wybuchnął płaczem. Dźwięk był tak gwałtowny, że Axel drgnął i odwrócił głowę.
- Maggi żyje - odezwała się Sophia. - Musi żyć. Jest silna, dokładnie taka, jak ja kiedyś. Przetrwa wszystko.
- Twój syn załadował ją do windy - doprecyzowała Ruby, spuszczając wzrok. - Nie wiemy, gdzie wysiadła, ale na pewno nie opuściła budynku.
Sophia przyjrzała się Rosannie z chłodną podejrzliwością.
- A wy? Gdzie byliście, kiedy to metalowe ptaszysko spadło z nieba? Co z pastorem? Co z twoim ojcem? - Jej spojrzenie przeniosło się na Tylera, który od początku milczał. - Chłopcze. - Podeszła bliżej, stawiając ciężkie kroki. - Pytam, co z twoim ojcem?
Tyler uniósł na nią wzrok. Jego oczy były puste, zgasło w nich całe światło. Przez moment wydawało się, że zaraz coś odpowie, ale wtedy Axel zrobił krok naprzód, stając obok niego.
- Nie musi mówić - odezwał się taktownie. - Wystarczy na niego spojrzeć.