W twojej głowie. Część II. Mroki pamięci - Adam Piasecki

Reflow text when sidebars are open.
- Dlaczego zostawiłaś mnie wtedy samą na pastwę losu? Przez ciebie zwariowałam i umarłam z tęsknoty - krzyczała Eleonor w oddali.
- Mamo, przecież nie chciałam tego, sama mnie namawiałaś! - tłumaczyła się Nancy.
- Mogłaś zostać i się mną opiekować! Może wciąż bym żyła.
- Co ty mówisz? Gdzie jesteś? Nie widzę cię! - krzyczała.
- Mnie już nie ma, zostałaś całkiem sama.
- Mamusiu, przepraszam! Pokaż się - błagała.
Wokół unosiła się gęsta mgła, przez którą nie było nic widać. Nancy, brodząc w bieli, próbowała dotrzeć do swojej matki, ale bez skutku.
- Nie zobaczysz mnie... Przepadłam i unoszę się nad piekłem swoich błędów.
- Proszę... - Nancy nie dawała za wygraną.
- Idź za moim głosem - poradziła Eleonor.
- Gdzie jesteś? - powtarzała bez przerwy dziewczyna.
- Poświęć się, aby odkupić swoje grzechy.
- O czym ty mówisz? Ukaż się wreszcie!
Przed Nancy stanęła postać, którą ostatni raz widziała w Meksyku, w hotelowym korytarzu. Wystraszona nie mogła wydusić żadnego słowa. Czuła, jakby czas cofnął się o te kilka miesięcy i wciąż była w tamtym miejscu. Bezruch i strach przeszywający ciało.
- Wrszzzczzeee doooouuu meyyscccceeaa morrrddddysssttszzwwaaaaa - syczała postać.
Nancy zamarła i wpatrywała się w zmorę bez twarzy, próbując krzyczeć, lecz czuła się, jakby miała zasznurowane usta.
- Wyszzzczeee doouu meyysccca morsssttszzwwaaaaa - powtarzał niezrozumiale stwór w powłóczystej szacie, podnosząc kościstą dłoń.
- Hmm - próbowała wymruczeć Nancy, widząc zmierzającą ku niej rękę.
- Wrrrrraaacajjj dooo miejscccaa mordeeerssstwaaa - wypowiedziała się już całkiem zrozumiale.
Nancy poczuła przeszywający chłód na swojej szyi i lekki ucisk w krtani. Ujrzała coraz bardziej jaśniejący blask, który niemal ją oślepił.
Nagle wybudziła się ze snu, kaszląc, jakby ktoś ją dusił. Trzymając się za szyję, sama nieświadomie się podduszała, tracąc powoli dech w piersiach. Nie mogła zapanować nad swoim zachowaniem, coraz mocniej zaciskając dłonie. Tracąc świadomość, usłyszała dzwonek do drzwi, który przywrócił jej kontakt z rzeczywistością. Potrząsnęła kilka razy głową z niedowierzaniem i podniosła się z łóżka, a następnie podeszła do drzwi. Ledwo dysząc, zapytała:
- Kto tam?
- To ja, otwórz - odezwał się Geo.
- George, nie mam dzisiaj nastroju na pogawędki. Przyjdź jutro. Dobrze?
- Nie zostawię cię dzisiaj samej. - Przyjaciel nie dał za wygraną.
- Ja pierdolę - wymruczała po cichu, przekręcając zamek.
Pomyślała, że George nie usłyszał przekleństwa. Było inaczej, rozumiał jednak, w jakim stanie jest jego przyjaciółka, i nie odezwał się ani słowem.
- Cześć. Jak się czujesz? - Wszedł do środka uśmiechnięty, jakby nigdy nic.
- Oj, daj już spokój z tą dobroczynnością... - westchnęła. - Wchodź i pogadajmy, a potem idź sobie - dodała z wyczuwalną uszczypliwością.
- Dlaczego jesteś dla mnie taka oschła? Za chwilę znów będziesz mnie przepraszać za swoje zachowanie. Pomyśl czasami, zanim znów zranisz kogoś swoimi docinkami.
- Bo nie mam już siły! - wybuchnęła.
- Uspokój się. Brałaś leki? Ciągle tylko krzyczysz na każdego i jesteś niemiła.
- Jakie znowu leki? - Odepchnęła rękę George'a. - Chcecie mnie tylko faszerować jakimś gównem, które nie działa. Czy wynaleźli leki na złamane serce i powracającą przeszłość? Sam jesteś świrem, a mówisz mi takie rzeczy? - Zmieniła wyraz twarzy, czując, że ostro przegięła.
- Ja...
- No co? - przerwała George'owi. - Mam już dość wszystkiego! Mój mózg płonie od nadmiaru stresu, żalu i obarczania się za każdą głupotę, którą zrobiłam. Mam ochotę ukryć się w najciemniejszym miejscu na świecie, bez was wszystkich, komórek, internetu, huczących ulic i tego całego zdegradowanego moralnie otoczenia - wyrzuciła z siebie, tym razem już aż tak bardzo nie obrażając swojego przyjaciela.
- Jesteś dziś zbyt rozdrażniona, połóż się i odpocznij - zalecił ze stoickim spokojem.
- Przecież dopiero co wstałam! Ludzie, litości! Ile można leżeć i rozmyślać o tym wszystkim? Na dodatek, gdy tylko sklei mi się oko, od razu dręczą mnie koszmary.
- Obiecuję, że sprawię, iż dzisiejszy dzień będzie lepszy. Idź wziąć kąpiel i ubierz się ładnie, pójdziemy na spacer, bez gadania i na luzie... - George próbował wszystkiego, by tylko załagodzić sytuację.
- Dobrze. Nie mam już siły, by protestować. Chcę wreszcie wyjść z tego pudełka.
Pomieszczenie, choć nieduże, mieściło sporo rzeczy. Przed całą tragedią Nancy nie stroniła od zakupów. Kiedy tylko mogła wyrwać się z biura, nie traciła czasu na lunch ze znajomymi - wolała trwonić go na przerzucanie sterty ciuchów. Oczywiście nie były to drogie i ekstrawaganckie butiki, lecz sieciówki. Nie wyobrażała sobie wydać trzystu funtów na (tak się wydawało!) dobrej jakości spodnie czy buty żywcem ściągnięte z wybiegu ekscentrycznego projektanta. Niekiedy udawało jej się znaleźć w lumpeksie to, co mogłaby kupić dwa lub trzy sezony temu w tym "drogim" sklepie. Z biegiem czasu uzbierała się niezła kolekcja ubrań, które w tym momencie nie miały dla Nancy znaczenia. Stając przed wyborem ubrania się w coś ładnego, chwyciła pierwsze lepsze dżinsy, parę adidasów i t-shirt z lekko spranym nadrukiem. Zarzuciła ciuchy na prawe ramię i poszła do łazienki, gdzie jej depresja tylko się pogłębiła.
Stojąc przed lustrem, przypomniała sobie, jak kilkanaście lat temu omal nie straciła życia, włączając pralkę mokrymi rękoma. "A co, jeśli wtedy bym zginęła? Może rodzice byliby szczęśliwi? Kevin, Miranda i inni by żyli..." - pomyślała. "A może problem jest we mnie?" - dołowała się jeszcze bardziej.
Zostawianie jej samej w łazience pełnej potencjalnych narzędzi do autodestrukcji na pewno nie stanowiło dobrego pomysłu...
Odkręciła kran, oczekując, że poziom wody przekroczy połowę wanny. Raczej nie dodawała żadnych olejków, soli ani żeli do kąpieli, gdyż wychodziła z założenia, że cały brud z ciała może zmyć po prostu czysta woda z odrobiną szarego mydła. Zdjęła ubranie, ściągnęła z lewego nadgarstka bransoletkę od Marii i weszła do wanny, zanurzając się po sam czubek nosa i wypuszczając bąbelki jedną stroną ust. Wcześniej jednak wyjęła z szafki buteleczkę z tabletkami na sen, które przepisał jej lekarz. W środku znajdowała się jeszcze ponad połowa. Nancy zaczęła łykać po trzy naraz. Kiedy została już tylko jedna, trzymając ją w ręku, pomyślała, że to, co teraz widzi - stare kafelki na ścianie - to ostatni obraz, jaki będzie dane jej zobaczyć.
Wcześniej ani przez chwilę nie pomyślała o dziecku, lecz nim zamknęła oczy, ostatkiem sił spojrzała na swój brzuch. Poruszyła nimi jeszcze kilka razy pod opadniętymi powiekami i zasnęła.
Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą prowadzące do góry schody. Jako nastolatka wspinała się na podobne, gdy zrywała się z lekcji w szkole. Wstała i otrzepała nogi z czarnej i kleistej ziemi, po czym podeszła bliżej. Przed pierwszym stopniem leżała złożona na cztery części pożółkła kartka. Pochyliła się i chwyciła ją, zastanawiając się, co też może być tam zapisane.
Dookoła rozciągało się pole pełne żyta i pszenicy. Niebo było bezchmurne, a ciepłe promienie słoneczne aż lekko szczypały ciało. Schody wydawały się nie mieć końca, pokręcone niczym specjalnie przygotowane, smażone ziemniaki z sosem czosnkowym, które Eleonor zawsze kupowała córce, gdy chodziły na coroczny festiwal jedzenia w centrum Londynu. Jedna wielka spirala stopni. Dopiero patrząc w górę, Nancy zauważyła ich koniec oraz drzwi, do których prowadziły. "A te drzwi?" - pomyślała, drapiąc się po głowie. "Dokąd one prowadzą?" - Nie dawała za wygraną, wciąż szukając odpowiedzi.
Zerwał się wiatr, który zaczął melancholijnie kołysać zboże. Z oddali słychać było śpiew ptaków, szelest roślin uprawnych i ten znany głos, który zdawał się wibrować w powietrzu.
- Ktoś tam jest - powiedziała do siebie, chowając do kieszeni znalezioną kartkę, której przeczytanie odłożyła na później, gdy już rozwiąże zagadkę znajomego głosu. Wcześniej złożyła ją jeszcze raz, z trudem zginając, ponieważ papier był bardzo gruby.
Odeszła od schodów, kierując się w stronę osoby, która do niej machała. Wyłaniała się ona znad falujących roślin, jakby tonęła w sztormie. Nancy, zbliżając się coraz bardziej do celu, nagle krzyknęła:
- To niemożliwe!
- Kochana, to ty! Tak bardzo tęskniłam - wydusiła z siebie stękająca ze zmęczenia dziewczyna, która właśnie dobiegła do Nancy.
- Amber!
- Nancy!
Wykrzykiwały do siebie, tuląc się nawzajem.
- Czemu zniknęłaś? Tak bardzo tęskniłam i nie wiedziałam, co robić - powiedziała Nancy.
- Przecież wiesz dlaczego - odparła. - Taki już nasz los. Chodźmy w tamtą stronę. Czy pamiętasz jeszcze, jak podczas wagarów wspinałyśmy się po schodach w opuszczonym domu?
- Tak, ale nadal nie wiem, jakim cudem mi nie uwierzyli, że istniejesz.
- Nan, to wszystko było w twojej głowie. Nie było mnie z tobą w szpitalu ani nie wymyśliłam planu ucieczki z niego. Umarłam, jak miałyśmy szesnaście lat, podczas wagarów. Nie pamiętasz?
- Ty też mi nie wierzysz? - Stanęła w miejscu i puściła rękę przyjaciółki.
- Wiesz przecież, że spadłam ze schodów, a upadek był z dużej wysokości. Nie było dla mnie ratunku. Nigdy nie winiłam cię za to, że uciekłaś i zostawiłaś mnie leżącą na starych deskach.
- Czyli to przeze mnie umarłaś? - Zaczęła sobie przypominać.
- Nie, nic z tych rzeczy! To nie twoja wina. Deski, z których zrobiono schody, były już bardzo stare. Spadłam, dlatego że szłam pierwsza, a ty za mną. Gdybym cię przepuściła, byłabyś to ty.
- Tak bardzo cię przepraszam, że uciekłam - zaszlochała.
- Byłaś młoda i przerażona, nie winię za to nikogo, tylko siebie. Spójrz, to te same schody, z wyłamanym czterdziestym pierwszym stopniem, z którego spadłam.
- A te drzwi na końcu? - Spojrzała w górę.