Rozdział 1
Iga
Teraźniejszość...
- Gdzie jest kawa? Znowu się skończyła! - Usłyszałam donośny krzyk dochodzący z kuchni.
- Mówiłam ci, żebyś wczoraj kupił.
- Wszystko na mojej głowie. Wiesz, że ciężko pracuję, aby zapewnić nam byt na odpowiednim poziomie.
- Nie pozwalasz mi o tym zapomnieć - wysyczałam.
- Wiesz, że mam odpowiedzialną pracę.
- Tak, korporacja to twój drugi dom. Siedzisz tam od świtu do nocy.
- Tego wymaga ode mnie szef, ale dzięki temu możemy sobie pozwolić na lepszy komfort życia niż inni.
- Kasa to nie wszystko - odwarknęłam, czując rosnącą gulę w przełyku.
- Mówisz tak, bo przyzwyczaiłaś się do dobrego.
- Mam wrażenie, że kiedyś mieliśmy mniej, a byliśmy bardziej szczęśliwi.
- Mrzonki. Wyczytałaś to w czasopiśmie kobiecym? - zapytał złośliwe, szybko wychodząc z kuchni.
- Wcale nie... - Nie dokończyłam odpowiedzi, bo usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
Tyle było z naszego porannego dialogu.
Zrobiłam sobie kanapki i kawę. Może miałam gorzej płatną pracę, ale przynajmniej była spokojniejsza. Pracowałam w polskiej firmie produkującej kosmetyki, gdzie zajmowałam się sprawdzaniem dostaw.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos syna.
- Cześć, mam!
Pocałował mnie w policzek, chociaż robił to coraz rzadziej. Miał już piętnaście lat i zdawałam sobie sprawę, że niedługo, jeśli nie już, moje miejsce w jego sercu zajmie jakaś dziewczyna.
- Spóźnisz się do szkoły - ponagliłam go, patrząc na zegarek.
- Luz, zjem tylko płatki i spadam. - Nalał sobie mleka do miseczki i wsypał zawartość kartonowego pudełka.
- Jak tam, zastanowiłeś się nad wyborem liceum?
- Mam jeszcze czas. - Zbył mnie machnięciem ręki, jak zwykle w tym temacie.
- Tak, rzeczywiście. Jest już początek kwietnia, więc najwyższa pora.
- Dobra, mam, bez spiny wszystko się ogarnie.
Taka była dzisiejsza młodzież, żyła z dnia na dzień, bez stresu, wierząc, że wszystko się ułoży. Zupełnie inaczej niż my kiedyś. Przed wyborem liceum tak się stresowałam, że nie mogłam jeść przez kilka dni z obawy, czy mnie przyjmą.
- Wychodzę, do zobaczenia wieczorem.
Zabrałam z krzesła torebkę i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Wsiadłam do swojej srebrnej toyoty zaparkowanej przed blokiem. Włączyłam ulubione rockowe radio i odpaliłam silnik. Droga do pracy zajmowała mi około pół godziny, chyba że były korki, wtedy czas znacznie się wydłużał. Po dojechaniu na miejsce przyłożyłam kartę do szlabanu, który uniósł się zapraszająco. Zaparkowałam na przydzielonym mi miejscu.
- Cześć... - przywitała mnie Ewa, koleżanka z działu, starsza ode mnie o kilka lat.
- Hej. - Odmachałam jej. - Jak tam minął weekend?
- Świetnie, byliśmy ze Staszkiem nad jeziorem. On sobie łowił ryby, a ja spełniałam się w ogródku.
Poczułam dziwną tęsknotę za takim sielskim życiem.
- A jak u was?
- Wiesz - zawahałam się - podobnie jak inne weekendy od jakiegoś czasu. Daniel ciągle szuka nowych wrażeń. Teraz był na jakichś skokach spadochronowych.
- Może to kryzys wieku średniego?
- Nie mam pojęcia. - Wzruszyłam ramionami. - Dużo pracuje i może potrzebuje odskoczni.
Skierowałyśmy się do budynku recepcji, po drodze biorąc klucze do naszego pokoju.
Dostałam SMS przypominający o wizycie u ginekologa. Starałam się robić cytologię raz na jakiś czas, podobnie jak USG piersi. Miałam syna, którego chciałam wychować, a potem doczekać wnuków.
Nie śpieszyło mi się na tamten świat.
- Jak tam dostawy nowej partii kremu? - zapytała Ewa, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Ostatnio zeszły wszystkie. Jestem ciekawa, czy wpadną nowe zamówienia - odpowiedziałam, odpalając komputer.
- Masz nosa do produktów.
- Bingo! - wykrzyknęłam, patrząc na mail z kolejnym zamówieniem. - Kwas hialuronowy to przyszłość, znakomicie nawilża skórę i klientki to doceniają - podsumowałam, skanując wielkość dużego zamówienia na produkty z tym składnikiem.
- Tobie jest zdecydowanie niepotrzebny. - Ewa zsunęła okulary na nos i zlustrowała moją sylwetkę. - Wyglądasz zdecydowanie młodziej niż na swój wiek, przypominasz mi Megan Fox.
- Dzięki, kochana. Zajęcia taneczne i jazda na rowerze robią swoje - odpowiedziałam, doskonale zdając sobie sprawę, że nie bez znaczenia były geny moich rodziców. To mamie zawdzięczałam długie, kasztanowe włosy i biust w rozmiarze D, a ojcu niebieskie oczy i szczupłą sylwetkę.
- Spokojnie mogłabyś reklamować kremy zamiast tych modelek, którym płacimy krocie za zrobienie kilku zdjęć i wypuszczenie ich do mediów.
- Dzięki. Sugerujesz, że mój wizerunek byłby dużo tańszy?
- Panowie z produkcji chętnie powiesiliby sobie twoje zdjęcie toples w szatni.
- Tak, to na pewno poprawiłoby wydajność produkcji. - Zaśmiałam się na pomysł koleżanki.
Dzień mijał w miarę szybko z przerwą na lunch w naszej niewielkiej zakładowej stołówce. Firma miała halę produkcyjną, na której znajdowało się kilka linii do przygotowania kosmetyków i opakowań, a obok mieścił się budynek biurowy. Dzięki zagranicznemu kapitałowi kilka lat temu można było wszystko unowocześnić i dostosować się do wymagań rynkowych, zachowując pakiet większościowy w polskich rękach.
- Co jest, szefowo, już do domu? - zagadał do mnie jeden z majstrów, zajmujący się maszyną do drukowania i przycinania opakowań.
- Tak, panie Marku, na dzisiaj starczy. Poniedziałek zaczęliśmy od dużej liczby zamówień.
- Prawidłowo, chętnych do pracy nie brakuje, jakby co, to będziemy pracować na trzy zmiany.
- Na razie nie ma takiej potrzeby, ale w przyszłości... kto wie... - Pokręciłam głową i pożegnałam się, zmierzając w kierunku swojego auta.
Zajechałam pod placówkę sieci przychodni medycznych, z którymi firma miała podpisaną umowę. Zameldowałam się na recepcji, by potwierdzić wizytę.
Zasiadłam pod gabinetem ginekolog; usłyszawszy swoje nazwisko, weszłam do pomieszczenia. Za biurkiem siedziała kobieta starsza ode mnie, ale za to była zadbana i nie wyglądała na swój wiek. Miała modnie podcięte jasne włosy i pięknie pomalowane paznokcie.
- Co panią do mnie sprowadza? - zapytała, wpisując datę urodzenia do komputera, aby dostać się do mojej karty.
- Przyszłam na badanie kontrolne i pobranie cytologii.
Po krótkim wywiadzie poprosiła mnie o zajęcie miejsca na fotelu, przez niektórych nazywanym samolotem. Pobrała wymaz i zbadała mnie.
- Wszystko w porządku, może się pani ubrać. Wyniki cytologii będą dostępne na pani karcie.
- Dziękuję.
Zeszłam z fotela, kierując się do łazienki. Włożyłam ubrania i wyszłam z gabinetu, żegnając się.
Potem skierowałam się na USG. Przywitał mnie lekarz, który na początku zrobił ze mną wywiad o nowotworach w mojej rodzinie. Całe szczęście nie było żadnych. Następnie poprosił o zdjęcie biustonosza i położenie się na kozetce. Nałożył sporo przezroczystego żelu, a później zaczął badać dokładnie piersi i okolice węzłów chłonnych.
- Nie widzę tu nic niepokojącego, ale warto, żeby badała się pani kontrolnie raz do roku.
- Dobrze, postaram się. - Wytarłam ciało sporą liczbą ręczników papierowych, a lekarz wręczył mi kilka zdjęć.
W drodze do domu usłyszałam sygnał telefonu.
- Cześć, siostra! - zawołał młodszy brat.
- Hej, Marcel. Sorki, że ostatnio nie dzwoniłam, ale nie bardzo miałam czas.
- Tak, jasne. Wy tacy zapracowani w tej Warszawie jesteście, że trudno się odezwać - podsumował cierpko.
- Nie gniewaj się. Obiecuję, że wpadniemy w weekend - mówiąc to, nie miałam pewności, jak na to zareagują Daniel z Kubą, ale ciągnęłam tę farsę.
Nie bardzo przepadli za jeżdżeniem na wieś. Kiedyś było zupełnie inaczej, syn odnajdywał się w zabawie na gospodarstwie. Ciekawiły go zwierzęta, prace polowe, ale kiedy dorósł, bardziej zaczął interesować się komórką i kumplami na osiedlu. Daniela zaś całkowicie pochłonęła firma i jej rozwój. Piął się po szczeblach kariery od stanowiska juniora aż po kierownika działu. Zarabiał naprawdę nieźle i dzięki temu stać nas było na lepsze życie, ale była też druga strona medalu, dużo mroczniejsza.
Miałam wrażenie, że prawie całą dobę był w pracy.
Dzień zaczynał od kawy, potem nie bardzo miał czas na jedzenie, tylko coś przegryzał na szybko. Kiedy pracował, non stop miał rozmowy przez Internet z zagranicznymi oddziałami albo tymi w Polsce. Nie można było się do niego dzwonić w ciągu dnia, żeby mu nie przeszkadzać, jedynie w pilnych sprawach. Gdy wracał do mieszkania, nie było lepiej, jego służbowa komórka potrafiła dzwonić wieczorami i podczas dni wolnych od pracy.
*
Nadszedł kolejny weekend, obudziły mnie promienie słoneczne przebijające się przez jasne zasłony naszej sypialni urządzonej w beżowych kolorach. Usłyszałam krzątanie przy szafie, zza której wyglądał Daniel pakujący rzeczy do plecaka.
- Co tak wcześnie wstałeś? - zapytałam zdziwiona, widząc na zegarku, że jest siódma - przecież mamy wolne.
- Umówiłem się z Markiem na rajd terenówkami po lesie.
- Myślałam, że razem spędzimy ten czas, tak rzadko się ostatnio widujemy.
- Wybacz, ale muszę oczyścić umysł po całym tygodniu.
- Nie mógłbyś poczytać książki w domu? - zapytałam złośliwie.
- Nie bądź śmieszna, nie jestem jakimś dziadkiem, żeby siedzieć w fotelu i delektować się lekturą.
- No tak, kryzys wieku średniego - skomentowałam ściszonym głosem.
- Coś mówiłaś?
- Nie, ależ skąd. A co z wizytą u mojej rodziny?
- Jedź sama z Kubą, wiesz, że ostatnio nie dogaduję się z twoim bratem. - Zrobił lekko skwaszoną minę.
- Bo nie próbujesz naprawić waszych relacji - skomentowałam jego zachowanie, które dalekie było od chęci polepszenia. - Zatem miłej zabawy. Leć do Mareczka!
- See ya! - Pomachał mi na pożegnanie.
Co to była za odzywka? Raczej nie pasowała do faceta w jego wieku.
Niechętnie zeszłam z łóżka i skierowałam się do kuchni. Włączyłam ekspres, by zaparzyć kawę, jej aromat pobudzał mnie z rana. Właśnie! Nawet nie pamiętałam, kiedy ostatni raz miałam orgazm z moim mężem, chyba parę miesięcy temu. Nie miałam pojęcia, w jakim wieku powinno się stosować viagrę, ale być może to była już jego pora. Nadal pociągał mnie fizycznie, mimo że minęło dwadzieścia lat, odkąd się poznaliśmy. Był starszy o trzy lata i nieco wyższy ode mnie, miał ciemne blond włosy, delikatnie oprószone siwym znakiem czasu.
Odgoniłam od siebie myśli o mężu i postanowiłam spakować się na wypad na Mazury. Wyciągnąłem torbę sportową i wrzuciłam do niej ubrania na zmianę oraz kosmetyki. Miałam nadzieję, że uda mi się przekonać syna do wyjazdu.
Z tą myślą poszłam do łazienki, która również urządzona była w jasnych barwach z armaturą w kolorze złotym. Spojrzałam w lustro, mimo braku makijażu moja skóra prezentowała się całkiem dobrze. Miałam pojedyncze zmarszczki, ale dzięki ciągłemu nawilżaniu kremami z mojej firmy nie były tak widoczne. Jako pracownicy mieliśmy stały przydział, co dawało możliwości dbania o siebie bez konieczności nadwerężania budżetu domowego. Niektóre z nich były naprawdę luksusowe i małe pudełeczko kremu pod oczy potrafiło kosztować około dwustu złotych.
Niby mieliśmy spore dochody, poprawka: mój mąż, korposzczur, miał, więc wszystkie wydatki musiały przejść jego weryfikację. Wolałam nie myśleć, co by było, gdyby nagle okazało się, że muszę wydawać na kremy kilkaset złotych miesięcznie.
Wzięłam szybki prysznic, po czym włożyłam zwiewną, żółtą sukienkę. To, że byłam czterdziestolatką, nie oznaczało, że miałam zacząć nosić ubrania jak dla babci i zapisać się do koła gospodyń, jeśli takowe byłoby w Wawie.
Usłyszałam krzątaninę za drzwiami i tak jak przypuszczałam, mój syn zdążył się obudzić.
- Hej, mam.
- Hej. Co zjesz na śniadanie?
W weekendy miałam więcej czasu, więc często stawiałam na wspólny, rodzinny posiłek. Poprawka: mój posiłek z synem.
- Może być jajecznica.
- Załatwione.
Podreptałam do otwartej kuchni, która była urządzona w nowoczesnym stylu, z białymi, lakierowanymi szafkami i szarymi, kamiennymi blatami. W salonie stała duża, bladoróżowa kanapa z ministolikiem, naprzeciwko niej na ścianie wisiał duży telewizor, a pod oknem znajdował się dębowy stół z krzesłami. Połączenie między pomieszczeniami stanowiła niewielka wyspa kuchenna z indukcją i zawieszonym nad nią okapem.
Wyjęłam z lodówki odpowiednie produkty i ustawiłam patelnię na kuchence.
Po chwili jajecznica była gotowa, przyozdobiłam ją szczypiorkiem i podałam ze świeżymi pomidorami.
- Mam, to jest pyszne. Przypomina mi czas, kiedy byłem mały i robiłaś mi takie śniadania.
Poczułam przyjemne ciepło na sercu.
- A właśnie, dobrze, że wspomniałeś dzieciństwo, bo pamiętam, jak dobrze odnajdywałeś się na wsi.
- O nie, znowu chcesz mnie przekonać, żeby tam jechać.
Zrobił facepalm, a ja przewróciłam oczami. Wiedziałam, że nie będzie łatwo.
- Kuba, nie byliśmy tam od Gwiazdki. Babcia się za tobą stęskniła. Wiesz, że jest już starsza, nie wiadomo ile jeszcze czasu jej zostało.
- Ugh. Dobra, nie musisz grać na moim sumieniu.
- W dzisiejszym świecie wszystkie chwyty dozwolone. - Uśmiechnęłam się przebiegle.
- Ale jutro wracamy?
- Wiadomo, że tak. Idziesz do szkoły, a ja do pracy.
- A co z ojcem? Jedzie z nami? - zapytał z nadzieją.
- Niestety, pojechał z Markiem na jakiś rajd.
- Znowu? Czemu mnie nie obudził? Mógł mnie zabrać ze sobą.
- Wiesz, że nie ma zbyt dużego doświadczenia w jeździe cztery na cztery.
Tak naprawdę nie chciałam mu robić przykrości, mówiąc, że jego ojciec widzi tylko czubek własnego nosa.
- Być może nie czuje się zbyt pewnie, żebyś jeździł z nim - kłamałam jak z nut.
Dobrze wiedziałam, że Daniel wolał jechać sam z kumplem, bo nastolatek mógłby mu przeszkadzać w skupieniu się na spełnianiu fantazji siwiejącego faceta po czterdziestce.
Po śniadaniu wrzuciliśmy torby do bagażnika i pojechaliśmy w kierunku Nowej Wsi. Byłam ciekawa, co czeka mnie w domu rodzinnym. Mój niewielki samochód zgrabnie przedarł się z Wilanowa na Trasę Siekierkowską, aby docelowo wskoczyć na obwodnicę Wawy na wysokości Zielonki. Potem już szło nam gładko, mijaliśmy Radzymin, Wyszków, aż dotarliśmy do Ostrołęki. Było to większe miasto w bliskiej odległości od Nowej Wsi. Oczywiście podczas dwugodzinnej drogi musiałam zatrzymać się na Maca, bez którego mój syn nie wyobrażał sobie podróży.
Zbliżając się do celu, jechałam asfaltową drogą aż do znajomej mi szutrówki.
Zaparkowałam na podjeździe z kostki brukowej, tuż obok niebieskiego sedana mojego brata.
Wysiadłam z auta, obserwując okolicę, w której się wychowałam. Poczułam dziwny ucisk na piersi, chyba to był sentyment. Zdecydowanie się starzałam, skoro moje lata dzieciństwa były ponad trzydzieści lat temu.
Spojrzałam na drogę, którą przyjechaliśmy. To tam uczyłam się jeździć na zielonym rowerze z bocznymi kółkami, robiłam rundki do drogi i z powrotem, aż w końcu nabrałam wprawy, by spróbować tylko na dwóch kółkach. Pamiętałam, jak mój tata prowadzał mnie, trzymając z tyłu za kijek wsadzony tuż za siodełkiem. Otarłam niewidoczną łzę, ojca nie było z nami od kilku lat, zmarł na zawał serca.
- Mama, idziesz? Głodny jestem! - Mój syn wyrwał mnie z zamyślenia.
- Jasne, chodź. - Skierowaliśmy się do wejścia, moja mama stała już w progu.
- Witajcie, tak się cieszę, że przyjechaliście. - Powitała mnie uściskiem.
Miała na sobie szarą bluzkę i ciemne spodnie oraz charakterystyczny fartuszek w kurpiowskie motywy, który dostała od nas na Gwiazdkę.
- Świetnie wyglądasz - skomplementowałam ją, patrząc na roześmianą twarz pokrytą zmarszczkami, które tylko dodawały jej uroku. Stanowiły spójną całość z siwymi włosami do ramion, których nie farbowała, jak mówiła, ze względu na unikanie chemii.
- Daj spokój, stuknęła mi już siedemdziesiątka. - Machnęła ręką. - Myjcie ręce, bo zaraz będzie obiad. - Wskazała na łazienkę.
Rozejrzałam się po wnętrzu, w zasadzie nic się nie zmieniło od naszej ostatniej wizyty na święta.
Mój brat zrobił tu generalny remont, kiedy rodzice przepisali na niego gospodarstwo, a mnie podarowali działkę, którą Marcel uprawiał pod moją nieobecność. Było to wygodne, gdyż znajdowała się obok, wystarczyło tylko dalej pojechać traktorem.
Oboje byliśmy zadowoleni z takiego obrotu sprawy, on miał za darmo więcej miejsca na uprawę, a ja zaoraną ziemię, na której nie było zachwaszczonego pobojowiska. Od tamtego czasu wymienił okna na białe plastikowe, zmienił ogrzewanie na gazowe, ocieplił budynek, dodając mu jasnoszarą elewację, i zmienił starą dachówkę na nową w kolorze antracytu.
Mama mieszkała na parterze, zajmując dwa pokoje z kuchnią. W jednym z nich miała swoją sypialnię, a w drugim jadalnię. Marcel razem z żoną Olką zajmowali piętro, a na poddaszu pokoje miały ich dzieci: dziewięcioletni Kamil i sześcioletnia Laura.
- Cześć, ciocia! - Doszły mnie krzyki dzieciaków.
Kompletnie zapomniałam o prezentach dla nich.
- Hej! - Przytuliłam je do siebie, szybko wyjmując portfel. - To dla was, kupcie sobie, co chcecie. - Każdemu dałam po banknocie.
- Dziękujemy. - Podbiegły do Olki, która schodziła z góry.
- Zobacz, mamo, co dostaliśmy! - wykrzykiwał Kamil, machając jej prezentem przed oczami.
Omal nie zapadłam się pod ziemię pod wpływem jej wzroku mówiącego: znowu nie miałaś czasu na kupienie im drobiazgu.
Przywitałam się i wzruszyłam ramionami.
- Cześć, siostra! - Usłyszałam za sobą głos Marcela, który od razu mnie ścisnął.
Był postawnym facetem, przewyższającym mnie o głowę, mimo że ja nie należałam do najniższych przy swoim wzroście sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Miał wyrobione mięśnie od pracy w gospodarstwie. Oprócz uprawy zajmował się też hodowlą krów.
- Fajnie, że przyjechaliście, mam nadzieję, że na kilka dni.
Uśmiechnął się, ukazując rząd równych zębów, dla którego kiedyś niejedna dziewczyna we wsi straciła głowę i cnotę. Wszystko zmieniło się, kiedy poznał Olkę - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z casanovy zmienił się w statecznego męża i ojca.
Czasami zazdrościłam im tej sielanki. My mieszkaliśmy w mieście, wszystkiego było pod dostatkiem, ale jakoś nasze życie wydawało mi się puste. Żyliśmy z dnia na dzień, jak roboty. Na zmianę: praca - dom. Mój mąż z naciskiem na to pierwsze, a ja bardziej na drugie. To ja najczęściej spędzałam czas z Kubą, chodziłam na wywiadówki, zakupy, wiedziałam mniej więcej, co się u niego dzieje, starałam się być obecna w jego życiu. Daniel, wiecznie zapracowany, zmęczony, nie miał czasu na życie rodzinne. Kiedyś było inaczej, ale zmieniło się, gdy dostał awans i został kierownikiem działu. Obrósł w piórka, a życie w korpo pochłonęło go bez reszty. Zachłysnął się prestiżem, pozycją, kasą i tym, że inni musieli się go słuchać.
- Iga, chodź na obiad!
Otrząsnęłam się z otępienia, kierując się w stronę jadalni. Wszyscy już zasiedli przy stole, nalewając do talerzy rosół mojej mamy. W smaku był najlepszy na świecie, żadna restauracja czy catering nie mogły się do niego umywać.
Potem były tradycyjne schabowe z ziemniakami i mizerią, coś, czego nauczyłam się od mamy. Najbardziej smakowała mi polska, tradycyjna kuchnia, ale nie zawsze miałam czas, żeby gotować, więc jadałam na mieście, a Kuba w szkole. O Danielu nie wspomnę, bo on raczył się sushi, kebabami i podobnymi "rarytasami".
- Mogę zagrać na plejaku? - zapytał mój syn, na co przewróciłam oczami. - A, no tak. Zapomniałem, że nie macie. W takim razie idę pooglądać telewizję.
Już wstawał od stołu, kiedy go zatrzymałam.
- Może pomóż wujkowi w obejściu razem z Kamilem? - zapytałam, patrząc na niego wymownie.
- Ale...
- Chcesz, żebym dalej opłacała ci zajęcia karate?
- To jest szantaż.
- Nic w życiu nie jest za darmo - odpowiedziałam.
Syn chciał coś dodać, ale przerwał mu Marcel.
- Dobra, chodźcie, chłopaki. Zobaczymy, jak się mają zwierzęta, trzeba dać im jeść - powiedział władczym tonem, a ja zaskoczona patrzyłam, jak posłusznie idą z nim do kuchni.
Ugh! Gdyby Daniel był w domu takim pewnym siebie facetem, a nie zabieganym szczurem...
- Pomogę mamie posprzątać. - Olka podnosiła się już z krzesła.
- Nie trzeba, ja jej pomogę - zaoferowałam się i zaczęłam zbierać ze stołu. - Jeszcze pamiętam, jak to się robi - dodałam ze złośliwym uśmieszkiem.
- Dobrze, to my z Laurą przejdziemy się na rower - zaproponowała Olka.
Kiedy już skończyłyśmy znosić naczynia do kuchni i załadowałam zmywarkę, mama zaproponowała kawę przy stole w kuchni.
- To jak ci w tej Warszawie, Iguś?
- Mieszkam tam już dwadzieścia lat, więc przyzwyczaiłam się. - Wzruszyłam ramionami.
- No tak, ale coś rzadko widuję cię ostatnio z Danielem - zaczęła ostrożnie.
- Wiesz, ma dużo pracy.
- No tak, ale jest sobota, a ty sama - stwierdziła, jakby z pretensją w głosie.
Już prawie zapomniałam o jej staroświeckich przekonaniach, że mąż to rzecz święta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że mój miał mnie gdzieś.
- Daniel pojechał z kolegą na jakiś rajd - powiedziałam niemal na jednym wydechu.
Miałam czterdzieści lat, a podczas rozmowy z matką znów czułam się jak jakaś smarkula, którą zamierzała skarcić.
- Córciu, to przecież twój mąż! Może za mało go do siebie przekonujesz, że woli jeździć z innymi, zamiast spędzać z tobą czas?
- Co masz na myśli? - zapytałam oburzona.
- Wiesz, może jesteś za mało kobieca względem niego - powiedziała wprost.
- Czy uważasz, że nie wyglądam jak kobieta? - Wskazałam na swój strój, paznokcie u dłoni pomalowane na czerwono, zadbane włosy i podkreśloną makijażem twarz.
- Nie to miałam na myśli.
- Więc co?! - zapytałam, czując narastającą we mnie irytację.
- Chodziło mi o sprawy łóżkowe.
- To nie twoja sprawa! - odwarknęłam i wyszłam z kuchni.
Nie miałam już ochoty na przyjacielskie rozmowy z moją matką.
Wybrałam się na spacer po okolicy, zwiedzając miejsca, w których dorastałam. Usiadłam pod drzewem, gdzie pierwszy raz zasmakowałam ust chłopaka. Jaka naiwna wtedy byłam, wierząc, że miłość potrafi pokonać wszystkie przeszkody i problemy.
*
Po powrocie do Wawy postanowiłam wcielić w życie złote rady mojej mamy. Może rzeczywiście za mało starałam się, żeby skusić Daniela. Wzięłam prysznic i poszłam do naszej sypialni. Wygrzebałam z szuflady czarny koronkowy komplet bielizny razem z pończochami i zarzuciłam na siebie prześwitujący peniuar. Kiedy usłyszałam szczęk klucza w zamku drzwi wejściowych, poszłam do przedpokoju, upewniwszy się, że Kuba jest u siebie.
- Iga! Co ty robisz?
Może nie do końca takiej reakcji oczekiwałam, stojąc w kokieteryjnej pozie, opierając się ręką o brzeg szafy wnękowej w przedpokoju.
- Witam mojego mężczyznę wracającego do domu.
Chciałam podejść bliżej, ale zatrzymał mnie gestem.
- Iga, ile my mamy lat? Nie wypada, żebyśmy zachowywali się jak nastolatki.
- Uważasz, że gorące powitanie męża przez żonę jest nieodpowiednie?! - uniosłam głos.
- Ciszej, bo Kuba usłyszy - skomentował, zdejmując kurtkę. - Ubierz się! Jak ty wyglądasz?! - Wskazał na mnie ręką. - Jak ci nie wstyd? Jesteś matką.
- Dobrze, niech ci będzie. Może poczekam w naszej sypialni i pokażę ci, o czym ostatnio fantazjowałam? - postanowiłam nie składać broni.
Podeszłam do niego i zalotnie założyłam mu dłonie na kark.
- Iga, jestem zmęczony. Muszę wziąć prysznic i pójść spać. - Zdjął moje ręce z szyi i poszedł w stronę łazienki.
Chciałam mu wykrzyczeć, że ja też jutro idę do pracy, ale zamiast tego patrzyłam oniemiała na oddalające się plecy męża. Nastrój prysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Moje oczy zrobiły się wilgotne, ale zacisnęłam zęby i poszłam w stronę sypialni, po drodze wychyliłam na raz porcję whisky z lodem, która ukoiła mój żal, ale tylko na chwilę.
Co się, kurwa, stało z moim małżeństwem, do cholery?! - krzyczał mój wewnętrzny głos.
Czułam się poniżona i niedostatecznie dobra dla mojego męża. Kiedyś wystarczył tylko gest lub zalotne spojrzenie, a już był chętny. Mało tego! Czasami sam dobierał się do mnie i mimo że nie miałam ochoty, ulegałam mu. Teraz pomimo seksownego stroju nawet nie chciał mnie przytulić.
Następnego dnia czułam się jak skacowana, a tak naprawdę było mi po prostu cholernie smutno. Dotknęłam miejsca obok mnie, ale Daniela już nie było.
Usłyszałam lejącą się wodę pod prysznicem. Niechętnie zeszłam z łóżka, kierując się w stronę kuchni. Nastawiłam ekspres, by zrobić dla nas kawę, i przyrządziłam szybkie tosty. Po chwili pojawił się mąż w koszuli i garniturze, dzierżąc w ręku aktówkę. Złapał szybko filiżankę i niemal na raz wypił całą zawartość.
- Może zjesz ze mną śniadanie? - Wskazałam na przygotowane talerze z jedzeniem.
- Nie mam czasu, śpieszę się do pracy.
Spojrzałam na zegarek, była dopiero siódma. Daniel niemal wybiegł z mieszkania i tyle go widziałam. Naszykowałam kanapki dla Kuby i poszłam się przygotować do pracy.
*
- Coś ty taka markotna? - zapytała mnie w pracy Ewka.
- A nic, tak jakoś, może to przez tę pogodę.
- Przecież świeci słoneczko, nie ma ani jednej chmurki. - Popatrzyła na mnie zdziwiona.
Nie wiedziałam, jaką ściemę wymyślić na poczekaniu, a nie zamierzałam koleżance z pokoju mówić, że mój mąż nie jest zainteresowany seksem ze mną. Ciekawe, czy na inne kobiety reagował podobnie? Prawie żółć podeszła mi do gardła na myśl, że mógł robić to z kimś innym na boku. Wybrałam najprostsze rozwiązanie.
- Byłam u rodziny na wsi i jestem zmęczona po podróży.
- Co u twojej mamy i brata? - zapytała zaciekawiona.
- Wszystko dobrze. Mama jest w jak najlepszym zdrowiu, głównie gotuje obiady i opiekuje się wnukami, kiedy bratowa pracuje. Marcel zajmuje się gospodarstwem, wychodzi mu to bardzo dobrze.
Byłam dumna z mojego brata, że dzięki niemu spuścizna po rodzicach nie popadła w ruinę, a wręcz przeciwnie, była doinwestowana i przynosiła zyski.
- Byliście całą rodziną?
Fuck! Musiała zadać to pytanie.
- Nie, tylko ja z Kubą - odpowiedziałam szybko. - Daniel był na jakimś rajdzie z Markiem.
Ewka popatrzyła się na mnie z politowaniem.
Wczorajsze zachowanie mojego męża zaczynało mi dawać do myślenia. Jego wyjazdy wydawały się podejrzane. Przez ostatnie kilka miesięcy większość wolnego czasu spędzał z kumplem, a może tylko mi tak ściemniał i zamiast tego robił zupełnie co innego.
Kolejne dni mijały mi na wegetacji, kursowałam między domem a pracą, po drodze robiąc zakupy.
- Jutro jest pokaz Kuby w klubie. Chyba nie zapomniałeś o tym? - zapytałam męża, kiedy wrócił wieczorem z pracy.
- Kurde! Kompletnie wyleciało mi to z głowy. - Zrobił sobie facepalm, ale nie byłam już pewna, czy był prawdziwy, czy to tylko gra aktorska. - Jutro mam bardzo ważne spotkanie i nie mogę go odwołać.
- Znowu?! - podniosłam głos, czując irytację. - Czy ty w ogóle pamiętasz, że masz rodzinę?
- Słuchaj, nie chcę mi się z tobą kłócić. Jestem potwornie zmęczony po pracy.
- Wiesz co, ciągle słyszę ten tekst. Brzmi jak pieprzona mantra, którą na okrągło powtarzasz.
- Przestań się mnie czepiać. Ciężko pracuję na ciebie i syna. To dzięki mnie macie to wszystko - tłumaczył się jak zwykle.
- Po raz kolejny ten sam tekst, tylko kasa i kasa... - Poruszyłam rękami, symulując kłapaniem dziobem jak u kaczki.
- Nie mam ochoty na kolejne sprzeczki. Idę spać do salonu!
Trzasnął drzwiami i tyle go widziałam. Po raz kolejny zostałam sama ze swoimi problemami, poczułam płynące po moim policzku łzy.
Następnego dnia sama kibicowałam Kubie podczas pokazu. Podszedł do mnie, gdy usiadłam na trybunach.
- A gdzie tata? - zapytał, rozglądając się po sali.
Musiałam wymyślić jakąś wymówkę, nie chciałam po raz kolejny sprawiać mu przykrości.
- Bardzo chciał być, ale utknął w korkach. Wiesz, jaki jest teraz ruch na ulicach Warszawy.
- Tak, jasne. - Machnął ręką i odszedł na środek sali.
Nic tak nie bolało jak zawód w oczach mojego syna.
*
Przyszedł kolejny weekend, na który mój mąż wyjechał za miasto realizować swoje pasje. Miałam dość zjebanego humoru przez cały miniony tydzień. Postanowiłam wybrać się na rower.
- Jedziesz ze mną na wycieczkę? - zapytałam Kubę, zaglądając do jego pokoju.
- Trip z mamusią. - Zaśmiał się, wstając z łóżka. - Może innym razem, dzisiaj umówiłem się z Patrykiem na deskę - zbył mnie.
Jak zwykle, odkąd stał się nastolatkiem.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, które zdecydowanie nie przypominało jasnoniebieskiego pokoju z komodą i białym łóżeczkiem, w którym ucinał popołudniowe drzemki i spał jak suseł w ciągu nocy, wybudzając się tylko na butelkę mleka. Teraz pewnie marzył o butelce, ale z inną zawartością. W pokoju jak zawsze było pełno ubrań porozrzucanych na podłodze, a na biurku istne pobojowisko książek obok laptopa. Ciekawiło mnie, czy kiedyś uda się go nauczyć porządku, co było nie lada sztuką, którą uskuteczniałam od dawna, ale bez rezultatu. Cóż, nauczy go żona albo będzie musiała to za niego robić, innej możliwości nie było. No chyba że oboje będą lubić chlewik, wtedy nie będzie ratunku.
Nie mogłam przejmować się wszystkim, co dzieje się na około, zapominając o sobie i swych potrzebach. Oczywiście zawsze chciałam, żeby rodzina była zgrana, a mieszkanie idealne, ale musiałam w końcu zrozumieć, że nie wszystko zależało ode mnie. Z tą myślą podreptałam pod prysznic, użyłam orzeźwiającego żelu o zapachu pomarańczy z nutą granatu. Nałożyłam na twarz krem z filtrem, a makijaż ograniczyłam do tuszu, który ładnie podkreślał gęste rzęsy.
Włożyłam krótkie szare legginsy i różowy podkoszulek, nie zapominając o kasku, bo w planach miałam nierówny teren w lesie, gdzie było sporo stromych zjazdów. Do niewielkiego plecaka spakowałam wodę oraz małą przekąskę. Włożyłam słuchawki bezprzewodowe i włączyłam muzykę, akurat pierwszy na liście Spotify był kawałek Gossip M?neskin.
Wyjechałam z naszego osiedla, przemierzając uliczki Wilanowa. Była to spokojna dzielnica, w której było wszystko, nie musiałam nigdzie jeździć. Przyzwyczaiłam się do tej lokalizacji i od kilku lat stanowiła mój azyl.
Skręciłam na ścieżkę rowerową prowadzącą wzdłuż głównej arterii wyjazdowej z miasta. Po jakimś czasie skierowałam się w stronę Lasu Kabackiego, który bardzo lubiłam ze względu na jego różnorodność. Oczywistością była bliskość natury, wszechobecna kojąca zieleń oraz śpiew ptaków. Ponadto były tu zarówno spokojne leśne ścieżki jak i nierówne wzniesienia.
Zatrzymałam się przed jednym z nich, by wypić łyk wody. Ten widok mnie relaksował i uspokajał. Patrząc na niego, miałam czysty umysł i nie myślałam o żadnych problemach dnia codziennego. Nie potrzebowałam do tego wysokiego skoku adrenaliny tak jak mój mąż.
Moje rozmyślania przerwał roznoszący się dźwięk kosiarki albo kilku naraz.
Postanowiłam jechać dalej, kierując się na wzniesienia. Nie ujechałam daleko, kiedy drogę zajechał mi motocykl, obryzgując mnie błotem wydobywającym się spod kół.
- Kurwa! - wydarłam się.
To słowo idealnie określało mój nastrój. Spojrzałam na swój rower i ubrania - wszystko było pokryte rozpryśniętą, brązową mazią.
- Sorka! Nie wiedziałem, że ktoś będzie tędy jechał o tej porze.
Podniosłam wzrok na sprawcę tego zajścia. Wysoki, muskularny chłopak, odziany w kremowo-czerwony kombinezon i wydłużony kask siedział na motocyklu, różniącym się nieco od tych, które jeździły po ulicach. Był trochę wyżej osadzony i nie miał tylu owiewek, co ścigacze.
- Jak widać, zdarzyła się taka osoba. Mógłbyś nieco uważać, jak jeździsz - warknęłam do niego, ale on jakby nie słyszał, co do niego mówię wpatrzony w jakiś punkt na mojej klatce piersiowej.
Powiodłam za nim wzrokiem i zorientowałam się, że moja koszulka była pokryta błotem, co sprawiło, że opinała piersi i sterczące sutki.
- Oczy mam wyżej!
- Tak, jasne - otrzeźwiał i podniósł wzrok.
Omal nie zachłysnęłam się na widok jego bursztynowego spojrzenia, okalanego pojedynczymi kosmykami czarnych jak noc włosów.
- Zapatrzyłem się na spustoszenie, jakie zrobiło błoto na twojej bluzce.
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się złośliwie. - Czy mógłbyś zejść mi z drogi? Chciałabym dalej jechać.
- Może... - zawahał się przez chwilę, ale w końcu mnie przepuścił - spotkamy się jeszcze - dokończył, ale ja już pedałowałam, usiłując wyrzucić z głowy obraz bursztynowych oczu.
Usłyszałam ostre gazowanie i podążający za mną motocykl. Nie trwało długo, kiedy mnie wyprzedził i ponownie zajechał mi drogę, tym razem oszczędzając obryzgania mnie błotem.
- Nieładnie tak odjeżdżać bez odpowiedzi - zagadał, uśmiechając się cwaniacko.
Co do cholery? Nie byłam już nastolatką, żeby pójść na taki podryw. Poza tym byłam na niego wściekła, prawie cała moja odzież była pokryta brudną ziemią.
- Jak widzisz - wskazałam na swój strój - niespecjalnie mam ochotę na kontynuowanie tej jakże uprzejmej konwersacji. - Uśmiechnęłam się złośliwie.
- Ostra jesteś - podsumował.
- Czy ja cię prosiłam o ocenę? A w ogóle od kiedy jesteśmy na ty?
- Racja. Pora to zmienić. Wojtek jestem. - Wyciągnął rękę w moją stronę, ale nie uścisnęłam jej. - Przepraszam za mój wcześniejszy zjazd.
- Zapewne mówisz to każdej nieznajomej, którą opryskasz.
Dziwnie uśmiechnął się na moją odpowiedź, a ja dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało. Brawo, Iga! Przybiłam sobie mentalny facepalm.
- Nie, nie każdej. Jesteś pierwsza.
Ewidentnie nawijał mi makaron na uszy, ale miałam czterdziestkę na karku i nie ze mną te numery.
- To urocze, naprawdę, ale serio muszę już jechać.
- Raczej będzie ci trudno z taką przeszkodą. - Wskazał na siebie. - To ważąca dziewięćdziesiąt kilogramów i mająca metr dziewięćdziesiąt wzrostu ściana mięśni - nie omieszkał się zareklamować.
- Jeszcze mnie nie znasz.
- Chętnie poznam. - Znowu się uśmiechnął.
- Ugh! Jesteś taki uparty! - Próbowałam go wyminąć, ale stał jak skała. - Iga - wymamrotałam.
- Coś mówiłaś?
- Mam na imię Iga. Zadowolony?
- Zrobiłaś mi dzień, Iguś. Do zobaczenia. - Przesunął maszynę i wskazał mi pustą drogę do przejazdu.
Kontynuowałam swoją przejażdżkę po Kabatach. Kiedy wróciłam do domu, mój syn nie mógł ukryć zdziwienia. Ściemniłam mu, że wjechałam w kałużę, i poszłam wziąć prysznic. Tego dnia trudno było mi się skupić.
Zasypiając, miałam w głowie obraz, który wywołał ciarki na moim ciele. Były to oczy, ale nie niebieskie mojego męża, tylko brązowe, w otulinie kasku motokrosowego.