Gangster kontra policjantka - pierwsze starcie3
2 sierpnia 2014
Tuż przed południem stanęła przed masywną bramą i nim zadzwoniła, rozejrzała się z ciekawością. Nie wiadomo dlaczego była przygotowana na widok koszmaru, czegoś na kształt zgierskich potworności, a przecież nic w wyglądzie czy zachowaniu Podżorskiego nie świadczyło o zamiłowaniu do ostentacji i bezguścia. Przeciwnie, ubrany był z dyskretną elegancją, a i maniery miał nienaganne, jak to wywnioskowała z nagrania.
Taką samą elegancją jak ubiór cechowała się też jego posesja. Rozłożysty, parterowy dom był duży, ale nie monstrualnie wielki. Ot, spory budynek, zdolny pomieścić dość liczną rodzinę. Idealnie wkomponowany w otoczenie, nie raził nadmiernym przepychem, choć widać było, że do tanich nie należy. Z prawej strony stał drugi, dłuższy i węższy, z licznymi drzwiami prowadzącymi do pomieszczeń z zabezpieczonymi kratą oknami. Zapewne zakład produkcyjny, ten od elektronicznych dupstw - wspomniała słowa Formana o profilu działalności ALDY. Szara kostka brukowa, starannie przystrzyżony trawnik i feeria barw kipiąca z wielkich, kamiennych mis obsadzonych kwiatami, naprzeciw budynku produkcyjnego garaże - podświadomie zapisawszy w pamięci te spostrzeżenia, wyciągnęła rękę do dzwonka. Musiała być obserwowana, bo zanim zdążyła go nacisnąć, brama otworzyła się z cichym szmerem i w przejściu stanął mężczyzna w eleganckim garniturze.
- Dzień dobry - powitał ją uprzejmym tonem. - Czym mogę służyć?
- Benita Herrera do pana Podżorskiego - odparła, nie spuszczając z mężczyzny oczu. Nie pasował do jej wyobrażenia o gorylu szefa gangu, nie miał w sobie nic z prymitywnej brutalności, jaką na ogół odznaczali się żołnierze grup przestępczych.
- Mogę prosić o jakiś dokument tożsamości?
- Oczywiście.
Wyjęła z torebki dowód osobisty. Bramkarz rzucił okiem najpierw na dokument, potem na nią, wreszcie skinął głową.
- Dziękuję.
Oddał dowód i kiwnął na stojącego w pobliżu drugiego mężczyznę.
- Kolega zaprowadzi panią do szefa, tylko najpierw musi pani oddać broń.
- Słucham? - Wbiła w niego niewinnie zdziwione oczy. - Skąd to absurdalne przypuszczenie, że jestem uzbrojona?
- Stąd, że ubranie nie układa się, jak należy. - Wskazał dłonią jej prawy bok, gdzie żakiet dziwnie się wybrzuszał.
Pobiegła wzrokiem za jego spojrzeniem i roześmiawszy się, odsłoniła połę żakietu, by mógł zobaczyć związaną w gruby węzeł bluzkę.
- Mam ją zdjąć, żeby poczuł się pan pewniej? - zażartowała. Ku jej zdumieniu zmieszał się i lekko poczerwieniał.
- Oczywiście, że nie. Przepraszam, ale to tak wyglądało... Proszę dalej.
Została wprowadzona do przestronnego salonu, gdzie dojrzała siedzącego w fotelu mężczyznę z nagrania. Na ich widok wstał z wdziękiem leniwego drapieżnika i podszedł ku nim.
- Dziękuję, Jura. Możesz nas zostawić, nie sądzę, by coś mi groziło ze strony naszego gościa. Kodi zapewniał, że pani Herrera jest łagodną kobietą o miłym usposobieniu.
Błysnął w uśmiechu olśniewająco białymi zębami, w czarnych oczach zamigotały zielonkawe iskierki, a Benita poczuła, że nagle zabrakło jej tchu. Z wysiłkiem oderwała wzrok od gospodarza, starając się odzyskać zimną krew.
- Kto to jest Kodi? - postarała się, by w jej głosie zabrzmiało jedynie umiarkowane zaciekawienie.
- Konrad - wyjaśnił Podżorski. - Tak go nazywaliśmy w czasach, gdy byliśmy młodsi, niż mój syn jest dzisiaj. Proszę spocząć. Nie sądzę, by bała się pani zasiąść w fortecy wroga. Chyba że pistolet za bardzo przeszkadza...
Po raz drugi tego dnia Benita demonstracyjnie lekko uniosła prawą połę żakietu.
- To tylko bluzka - wyjaśniła.
- Wiem - odpowiedział spokojnie. - Mówiłem o tym, co jest wyżej. - Gestem wskazał jej prawą pachę.
Westchnęła z rezygnacją i usiadła.
- Nie zawoła pan swoich ludzi, żeby odebrali mi broń i wyrzucili na zbity pysk? - spytała prowokacyjnie.
- A po co? - wydawał się zaskoczony jej uwagą. - Przecież nie będzie pani do mnie strzelać, a ta twarz jest zbyt ładna, żeby ryzykować jej uszkodzenie przy wyrzucaniu na wzmiankowany zbity pysk. Wiedziałem, że będzie pani uzbrojona, bo zawsze nosi pani pistolet.
- Robił pan wywiad na mój temat?
- Skądże znowu. Po prostu znam panią. - Znów się uśmiechnął. - Benita, najmłodsze dziecko Roberta i Urszuli... Jak się miewa senior rodu?
- Kto taki?! - bezwiednie podniosła głos i zaraz odetchnęła głęboko, próbując odzyskać panowanie nad sobą. Nie tak wyobrażała sobie tę rozmowę. Zgodnie z planem to ona miała z chłodnym spokojem zadawać pytania, a on, pocąc się ze zdenerwowania, udzielać odpowiedzi. Tymczasem już na wstępie udało mu się przejąć kontrolę.
- Xavier José Herrera y Lares de Braga - wyjaśnił, wyraźnie ubawiony jej zmieszaniem.
- Zna pan pełne nazwisko dziadka? Jakim cudem?
- Spokojnie, Benito, nie musi się pani niepokoić, nie stanowię zagrożenia dla pani rodziny. Po prostu kiedyś poznałem pani dziadka, to wszystko.
- Jak pan go poznał? - Poczuła nagły lęk. Czyżby dziadek miał jakieś kłopoty?
- Dosiadłem się kiedyś do niego w kawiarni, gdzie ma zwyczaj codziennie w południe pić kawę. Zaczęliśmy rozmawiać i od tamtej pory spotykamy się tam od czasu do czasu. Można nawet powiedzieć, że mimo różnicy wieku łączy nas coś na kształt przyjaźni. To fascynujący człowiek i potrafi ciekawie opowiadać... również o swojej ukochanej wnuczce, która nie dość, że została policjantką, to jeszcze, a może właśnie z tego powodu, ma wątpliwe szczęście spotykać samych nieodpowiednich mężczyzn.
- To prawda, pan jest tego ewidentnym dowodem!
Przygryzła usta, za wszelką cenę starając się opanować złość. Nie było to łatwe, bo, jak często powtarzał dziadek, ze wszystkich jego wnucząt jedna Benita nie wykazywała zewnętrznego podobieństwa do swych hiszpańskich przodków. Za to temperamentem przypominała prababkę, która w przystępie wściekłości nie wahała się ścigać męża przez całą wioskę, miotając przy tym w niego przekleństwami i wymachując tasakiem. Humoru Benity nie poprawił cichy śmiech Podżorskiego, będący reakcją na jej słowa.
- Kiepski ze mnie gospodarz - zauważył nagle. - Przekomarzam się z panią zamiast zaproponować coś do picia. Na co miałaby pani ochotę?
Już miała mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić poczęstunek, gdy uświadomiła sobie, iż marzy o kawie. Czarnej, gorzkiej i mocnej.
- Proszę o kawę, jeśli to nie kłopot.
Skłoniwszy uprzejmie głowę, podniósł się z fotela z tą samą leniwą gracją, którą zauważyła uprzednio.
- Zaraz przygotuję - powiedział, idąc do sąsiedniego pomieszczenia, które zapewne było kuchnią. Był już za drzwiami, gdy dobiegł go głos Benity.
- Sam pan będzie robić tę kawę? A gdzie tabuny służących, czekających w pełnym szacunku skupieniu na rozkazy?
- Wezwę ich, gdy trzeba będzie usunąć z terenu posesji pani pohańbione i niewątpliwie martwe ciało - odkrzyknął.
Cholerny dowcipniś, pomyślał z rozbawieniem. Gdy wczoraj odebrał niespodziewany telefon od Konrada, nawet przez myśl mu nie przeszło, że kolega chce z niego zakpić. Procner poprosił, by spotkał się z cieszyńską policjantką, która musi zadać mu kilka pytań w związku z prowadzoną przez siebie sprawą. Aleksander nieco się zdziwił, ale przystał na prośbę; nie miał powodów, by unikać kontaktów z policją, a chęć współpracy mogła poprawić jego mocno nadwyrężoną opinię.
Konrad opisał mu policjantkę jako miłą kobietę o przyjemnym wyglądzie. To tak, jakby mówić o wielokrotnym zabójcy, że jest niegrzeczny! Słowem nie wspomniał o grzywie czarnych włosów i przekornych ognikach błyszczących w złotobrązowych oczach, przywodzących na myśl rozgrzany bursztyn. Nie zająknął się nawet o ustach - jakby stworzonych do całowania!
Stwierdził natomiast, że Aleks na pewno w jej towarzystwie nie będzie czuł się osaczony przez policję. No i miał rację. To, co Podżorski odczuwał w obecności Benity, osaczeniem z pewnością nie było... a jeżeli tak, to miał jedynie nadzieję, że ona nie zauważy dość ewidentnych oznak tego osaczenia.
Zabrał filiżanki z kawą i wrócił do salonu. Usiadł naprzeciwko i delektując się aromatycznym napojem, z przyjemnością przyglądał się policjantce. Nie była oszałamiająco piękna, mógłby z pamięci wyliczyć z pół tuzina ładniejszych kobiet. Rysy twarzy nie wydały mu się najbardziej interesujące, w większym stopniu fascynowała go malująca się na niej ekspresja.
Na obliczu Benity malowały się wszystkie uczucia, mimo wyraźnych prób ich ukrycia. Nigdy jeszcze nie spotkał osoby tak dalece nieumiejącej skrywać emocji.
Herrera czuła się coraz bardziej nieswojo, nieodrywające się od niej spojrzenie gospodarza wyprowadzało ją z równowagi.
- Dlaczego tak mi się pan przygląda? Mam plamę na nosie? - usiłowała zażartować, lecz sama czuła, iż wypadło to dosyć blado.
- Zastanawiam się, dlaczego tym razem przysłano do mnie kobietę, w dodatku taką ładną. Czyżby ktoś wpadł na pomysł skruszenia moich murów obronnych za pomocą niewieściego wdzięku?
- Bzdura! Nikt mnie do pana nie wysyłał, to moja własna inicjatywa, a że pracowałam kiedyś z Konradem, poprosiłam go o pomoc. Muszę zapytać pana o parę spraw i byłabym wdzięczna za szczere i wyczerpujące odpowiedzi.
- Szkoda. Początek pani wypowiedzi był taki interesujący, już nabrałem nadziei, że przyjechała pani prywatnie.
- Po co miałabym to robić? - Była autentycznie zdziwiona.
- Może umknęło pani uwadze, że jestem bardzo majętnym człowiekiem, stanowię tak zwaną dobrą partię. Dla wielu kobiet nie jest to bez znaczenia. Skoro jednak nie, to przejdźmy może do tych pytań.
- W porządku - warknęła, wyprowadzona z równowagi jego uwagą. - Nie interesuje mnie pana majątek, jaki by on nie był. Latające za panem kobiety również nie, chciałabym przy tym zaznaczyć, że ja do nich nie należę. Ciekawi mnie zupełnie co innego. Wczoraj wieczorem spotkał się pan w Cieszynie z Katarzyną Bielawą. Pragnę się dowiedzieć, o czym rozmawialiście i co robiliście po opuszczeniu pubu.
Jeżeli nawet jej pytanie go zdziwiło, nie dał tego po sobie poznać. Spokojnie upił łyk kawy, odstawił powoli filiżankę i dopiero wtedy się odezwał:
- Pyta pani o Kasię? Dlaczego?!
- Umówiliśmy się, że to pan odpowie na moje pytania, nie odwrotnie.
- Kasia zainicjowała to spotkanie, bo chciała ze mną porozmawiać. Ma problemy finansowe i poprosiła mnie o pożyczkę - wyjaśnił krótko.
- Trzydzieści tysięcy, tak? - upewniała się Benita. - Pożyczył pan?
Patrzyła mu prosto w oczy i zauważyła nagłe zmrużenie powiek. Tylko tyle i aż tyle. Znak, że Podżorskiemu nie udało się ukryć zaskoczenia. Uradowało ją to małe zwycięstwo nad człowiekiem słynącym z wyprowadzania organów ścigania w pole, lecz nie dał jej czasu, by mogła się tym napawać.
- Skąd pani wie, ile chciała pożyczyć? Nieważne. Skoro wiadomo ile, to powinna pani również wiedzieć, że się zgodziłem.
- Dlaczego? To duża suma, a z dłużnikami różnie bywa.
- Kasia jest moją bliską kuzynką, w dodatku ma męża sukinsyna. Wyczyścił ich wspólne konto bankowe i zniknął z panienką, która nosiła pieluchy w czasach, gdy on już się golił! Nie myślałem kategoriami: odda - nie odda, po prostu się zgodziłem. Mam trzydzieści tysięcy, a ona ich potrzebuje. A jeżeli z jakichś przyczyn nie odda...? To trudno, jakoś to przeżyję. Posiadanie pieniędzy nie gwarantuje wiekuistej szczęśliwości. Myślałem, że zdążyła się już pani o tym przekonać!
Tak, zauważyła, że nie wyglądał na człowieka pławiącego się w nieustającym szczęściu i wbrew sobie nieco złagodniała.
- Czy Katarzyna dostała wczoraj od pana pieniądze? To naprawdę ważne - dodała, widząc, że nie kwapi się odpowiedzieć.
- Nie - odparł w końcu. - Nie noszę przy sobie zbyt dużo gotówki, a już z pewnością nie takich sum. Obiecałem, że prześlę jej pieniądze na konto bankowe. Miała dzisiaj otworzyć nowe i podać mi numer, ale tego nie zrobiła, pewnie formalności w banku się przeciągnęły. Dlaczego pyta mnie pani o Kasię? Podejrzewacie ją o coś? To śmieszne, ona jest uczciwą, ciężko pracującą kobietą!
- Nie powiedziałam, że jest podejrzana. Co się stało po wyjściu z pubu?
- A co miałoby się stać? Pojechałem do domu i to wszystko.
- Nie tak od razu pan pojechał. Najpierw chwilę staliście przed drzwiami i wyglądało na to, że chciał ją pan namówić na coś, na co ona nie miała ochoty. Odeszła, a pan podążył za nią. Czy chodziło o seks?
Zadając ostatnie pytanie, Benita znów spojrzała prosto w twarz rozmówcy, który tym razem wyglądał na kompletnie oszołomionego. Zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się nad czymś i nagle w jego oczach błysnęło zrozumienie.
- Przed budynkiem jest kamera, tak? Stąd wiecie, co robiliśmy po wyjściu z lokalu! Nie, nie chodziło o seks. Nie musi mi pani wierzyć, ale naprawdę nie mam zwyczaju nagabywać seksualnie każdej napotkanej kobiety. Jedynym wyjątkiem jest pewna czarnowłosa policjantka, którą chętnie bym ponagabywał! - Uśmiechnął się, dosłyszawszy wymruczane cichutko niecenzuralne określenie, podające w wątpliwość moralność jego matki, i spokojnie kontynuował wyjaśnienie: - Zaproponowałem Kasi, że ją odwiozę do domu, lecz się nie zgodziła. Stwierdziła, że dłużej będziemy jechać do niej, niż ona dojdzie pieszo i zapewne miała rację, bo wystarczy przejść przez parking za pubem, by znaleźć się na nadrzecznej ścieżce, a po pięciu minutach przy budynku, w którym mieszka. Ja poszedłem nie za nią, lecz na parking, bo tam stał mój samochód. Powie mi pani, o co chodzi?
Benita milczała, rozważając, co powinna teraz zrobić. Wyjaśnienia Aleksandra były logiczne i spójne, nie eliminowały go jednak z grona podejrzanych. A może?
- W którą stronę skręcił pan, wyjeżdżając z parkingu?
- W lewo, na Czarny Chodnik. Jak już wspomniałem, wróciłem do domu, a to jest najkrótsza droga.
- No tak... Czyli musiał pan przejechać przed drzwiami lokalu i znaleźć się w zasięgu kamery, prawda? Jakim samochodem pan jeździ?
- Porsche - odpowiedział krótko. - Biały. Podać numery?
- Bardzo proszę.
Zapisawszy na kartce numer rejestracyjny, zadzwoniła do Formana.
- Sprawdź na nagraniu, czy nie pojawia się tam w chwilę po rozstaniu biały porsche, jadący w stronę Wisły. Zanotuj numer... tak, czekam.
Oczekując na odpowiedź, przypomniała sobie jeszcze jeden szczegół wymagający wyjaśnienia.
- Czy pamięta pan kolczyki Katarzyny? Takie długie, przewlekane przez ucho.
Niespodziewanie gospodarz się uśmiechnął.
- Oczywiście, że pamiętam. Podarowałem jej te kolczyki na ostatnie urodziny, bo wiedziałem, że od dawna o nich marzy, a nie może pozwolić sobie na kupno.
- Czy podczas spotkania miała te kolczyki w obu uszach? Niech pan się dobrze zastanowi, to ważne.
- Nie muszę się zastanawiać, wiem, że miała oba. Demonstrowała je, mówiąc przy tym, że zawsze je nosi. Dowiem się wreszcie, jaki jest cel tego przesłuchania?
Herrera zastanawiała się, co odpowiedzieć, gdy zabrzmiał sygnał telefonu. Odebrawszy, słuchała chwilę w milczeniu, wreszcie rozłączyła się i spojrzała na gospodarza ze współczuciem.
- Porsche jest na nagraniu. Dziękuję za udzielone wyjaśnienia i za cierpliwość. Jest mi bardzo przykro, że muszę się panu odwzajemnić złymi wieściami, ale nic na to nie mogę poradzić. Pana kuzynka została wczoraj zamordowana.
Wyraz jego twarzy się nie zmienił i można by pomyśleć, że nie dosłyszał jej słów; jedynie szczęki zacisnęły się mocniej, a dłonie zwarły w pięści. Zdradziły go oczy. Już nie były rozbawione, teraz widziała w nich ból i wściekłość. Milczał. Minęła długa chwila, nim się odezwał.
- Nie mam zbyt wielu krewnych. Została mi tylko siostra, bo matka już nie żyje, a z nielicznego grona kuzynów jedynie Kasia była mi bliska. Inni przyznają się do pokrewieństwa ze mną tylko wówczas, gdy czegoś potrzebują... Jak to się stało? Napad rabunkowy? Gwałt, który przerodził się w morderstwo?
- Nie sądzę - odparła po chwili namysłu. - Nie wiem jeszcze, czy została zgwałcona, ale jeśli nawet, to nie podejrzewam, by to było przyczyną napaści. Proszę mnie nie pytać o nic więcej, nawet tego nie powinnam była mówić.
- To pewnie ten gnój, jej mąż. Mówiła mi, że jej groził. Zajmijcie się nim, bo jak nie, to ja się nim zajmę!
- Proszę się w to nie mieszać! Zapomniał pan, że jeszcze przed chwilą był brany pod uwagę jako potencjalny sprawca? Nie ma pan u nas najlepszych notowań i jeżeli temu mężowi coś się stanie, to, jak pan myśli, kto będzie pierwszym podejrzanym? Niech pan da sobie z tym spokój!
Benita miała w oczach autentyczną troskę, co zauważył mimo bólu i przygnębienia. W dodatku miała rację. Odetchnął głęboko, poskramiając falę gniewu i rozpaczy, a gdy się odezwał, jego głos brzmiał już spokojnie.
- Chcę pomóc. Nie mam zamiaru siedzieć bezczynnie i czekać. Wie pani zapewne, że znam różnych ludzi... takich, którzy z wami nie zechcą rozmawiać. Ze mną porozmawiają i być może dowiem się czegoś, co da wam jakąś wskazówkę, bo widzę, że Rafała nie bierzecie pod uwagę. Dlaczego? Ma alibi?
- Nie wiem, nie rozmawiałam z nim, pojechał do niego ktoś inny. Sprawdzamy go, ale nie uważam, żeby on był sprawcą. Nie pasuje do miejsca zbrodni - wyjaśniła oględnie.
- To znaczy?
- Zdaje się, że to ja miałam zadawać pytania. A zresztą i tak niedługo wszyscy będą o tym mówić, więc nic się nie stanie, jeśli dowie się pan ode mnie. Pańska kuzynka została zabita nad rzeką poniżej parkingu. Znaleziono ją wczoraj rano, a ostatni raz była widziana właśnie w pubie, z panem, stąd moja obecność tutaj.
- Jak ją zabił?
- Jakimś ostrym narzędziem, prawdopodobnie nożem. Nie mam jeszcze opinii patologa, więc to tylko domysł. W każdym razie trafił w serce lub blisko serca. Jedna rana, brak śladów innej przemocy, brak też ran obronnych - zamilkła, a po krótkiej chwili wahania zapytała: - Wie pan, co to znaczy?
- Wiem. Znała zabójcę i mu ufała albo nie znała, lecz uważała, że jego osoba nie stanowi dla niej zagrożenia. Ma pani rację, to nie mógł być Rafał Bielawa. On nie zadałby jej tylko jednego ciosu, no i nie wytrzymałby, żeby jej przedtem parę razy nie przyłożyć. Wiem, że ją bił, a ona to znosiła przez kilka lat, bo ciągle obiecywał, że więcej tego nie zrobi. Wierzyła, że w końcu się zmieni. Całkiem jak Petra - dodał w zamyśleniu.
Ostatnia uwaga zaintrygowała Benitę. Wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi gospodarz coraz bardziej ją fascynował i bardzo chciała dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Czyżby owa Petra była osobą związaną z nim uczuciowo? Może kochanką?
- Co pan powiedział? Jaka Petra?
- Tak mi się skojarzyło. - Aleksander wzruszył ramionami. - Nieważne, to nie ma związku z tą sprawą. Wspomniała pani, że nie jest pewna, czy gwałt istotnie miał miejsce. Jak mam to rozumieć?
- Dokładnie tak, jak mówiłam. Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi, dopóki nie zapoznam się z protokołem sekcji.
Policjantka nerwowo szarpała pasek torebki. Jak zwykle czuła się rozdarta między obowiązkiem zachowania szczegółów w tajemnicy a chęcią odpowiedzenia na pytania. Tym, których dotknęła żałoba, łatwiej byłoby ją znieść, gdyby mogli poznać prawdę.
Podżorski w milczeniu bawił się pustą już filiżanką, przetrawiając te słowa. Herrera chwyciła torebkę i wstała, nie chcąc dłużej swą obecnością zakłócać pierwszych chwil żałoby. Zauważył ten ruch i przytrzymał ją za rękę.
- Niech pani jeszcze nie odchodzi - poprosił. - Benito, czy pani kogoś podejrzewa? Niech pani opowie, jak zginęła.
Wiedziała, że nie powinna rozmawiać z nim o szczegółach, lecz pełne bólu spojrzenie czarnych oczu wywierało niemal hipnotyczny wpływ. Prawie się ugięła. Już otwierała usta, żeby powiedzieć mu wszystko, lecz zdążyła ugryźć się w język i zdradziła tylko to, co dotychczas zostało nagłośnione przez media.
- Była przykryta białą tkaniną jak całunem. Włosy przygładzone, ręce złożone do modlitwy, palce zaciśnięte wokół świecy.
- Słyszałem o tym w radiu, ale do głowy mi nie przyszło, że mówią o Kasi. Kurwa mać!
Dalej trzymał w ręce filiżankę. Wydawał się całkiem spokojny, niemal odprężony. Nagle porcelana pękła z cichym trzaskiem, a na stolik zaczęła skapywać krew. Wstał bez słowa i, zawinąwszy dłoń w chusteczkę, poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z mokrą szmatką i dokładnie wytarł blat. Herrera zauważyła, że zdążył okleić rany plastrami.
- Przykro mi, że nie mogę powiedzieć nic więcej - zaczęła, lecz przerwał jej, wchodząc w zdanie.
- Mówili także, że zabójca zabrał jakąś pamiątkę. To prawda?
Natychmiast domyśliła się, od kogo mógł wyjść przeciek, i tym razem to ona nie zdołała się opanować.
- Zabiję gnoja! - warknęła, obiecując sobie, że nie daruje tego Grudzie. Tylko on mógł być źródłem, a poznała go już na tyle, by wiedzieć, że gotów jest posunąć się bardzo daleko, żeby tylko móc zabłysnąć.
- Miałem okazję dowiedzieć się dosyć sporo o takich, co lubią je zabierać... - zaczął Aleksander z namysłem.
- Od kogo, jeśli można spytać?
- Od mojego prawie szwagra - wyjaśnił, a widząc zdziwienie Benity, uzupełnił wypowiedź. - Od Konrada. Jego siostra to matka mojego syna. Chciałem się z nią ożenić, ale potem wszystko się popsuło... Było, jak było, Aldona umarła dawno temu, więc nie ma co do tego wracać.
- Ach, więc ALDA to nie skrót pochodzący od Aleksandra i Damiana?
- Szybko pani kojarzy - pochwalił. - Byłem wtedy bardzo młody i bardzo zakochany. Wydawało mi się, że to będzie szalenie romantycznie nazwać przedsiębiorstwo imieniem ukochanej kobiety.
- Tak właśnie jest - powiedziała cicho.
- Szkoda tylko, że adresatka tego gestu nawet go nie zauważyła... Teraz to już bez znaczenia. Czy mówiąc o pamiątce, miała pani na myśli kolczyki Kasi?
- Muszę już iść, za dużo czasu zmarnowałam na gadanie. Jeszcze raz dziękuję za wyjaśnienia. Proszę do mnie zadzwonić, jeśli dowie się pan czegoś od swoich znajomych.
Benita podała Aleksandrowi wizytówkę i wstała. Wstał również i podszedł bliżej, przytrzymując ją za rękę.
- Może zostanie pani na obiedzie? - zaproponował, zaskakując tymi słowami nie tylko ją, lecz także i siebie.
- Przykro mi, ale to niemożliwe. Spieszę się, pan zresztą podobno również. Praga - dodała, widząc jego zdziwienie. - Przygotowania do rozmów o interesach.
- To tylko spotkanie biznesowe, nic takiego, czego nie dałoby się przełożyć. Już jakiś czas temu zrozumiałem, że nawet najkorzystniejszy interes nie jest wart, by dla niego zrezygnować z tego, co ważne w życiu prywatnym.
- Zjedzenie ze mną obiadu nie jest żadną atrakcją. Nie umiem zachować się przy stole - zażartowała, chcąc w ten sposób rozładować napiętą nagle atmosferę.
- Mlaskanie czy siorbanie? - zaśmiał się, podejmując grę.
- Jedno i drugie. Naprawdę muszę już iść. Do widzenia.
- Odwiedzi mnie pani ponownie? - spytał cicho, idąc z nią ku drzwiom.
- Nie ma takiej potrzeby, wszystko zostało wyjaśnione. Nie mam powodu nękać pana powtórnymi odwiedzinami.
Nie powiedział już nic. W milczeniu uścisnął podaną mu dłoń i otworzył drzwi, a Benita wyszła na zalane słońcem podwórze.
Jadąc w stronę centrum, rozpamiętywała rozmowę z Podżorskim. Po chwili z irytacją stwierdziła, że zamiast analizować fragmenty dotyczące Bielawy, cały czas krąży myślami wokół osoby, która tych informacji udzieliła. Czy dobrze odczytała jego sygnały? A może to tylko złudzenie, wynikające z pobożnych życzeń? Cholera jasna! Sfrustrowana, uderzyła dłonią w kierownicę. Jakich znowu życzeń, przecież wcale jej nie zależy na zainteresowaniu jakiegoś gangstera!
Zajęta myślami, wjechała na rondo i dopiero ryk klaksonu przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała na kierowcę busa, któremu zajechała drogę. Mężczyzna pukał się palcem w czoło i coś mówił. Z ruchu warg wyczytała niezbyt dla niej pochlebne słowa i przepraszająco mrugnęła światłami awaryjnymi. Mało brakowało! Mężczyźni to zaraza, nawet myślenie o nich jest niebezpieczne.
W centrum zjechała na parking. Żołądek dawno już zapomniał o pikantnych skrzydełkach, głośnym burczeniem domagając się kolejnej dawki pokarmu, a wspomnienie zaproszenia Podżorskiego dodatkowo potęgowało głód.
Podeszła do budki oblężonej przez turystów. Zauważywszy, że sprzedawca prędko się uwija, stanęła w kolejce i po zaskakująco krótkim czasie trzymała w ręce upragnioną zapiekankę z pieczarkami. Przysiadła na ławeczce na placu Bogumiła Hoffa. Otwarła puszkę z colą i pociągnęła długi łyk, przyglądając się wszechobecnym dekoracjom. Racja, przecież to Tydzień Kultury Beskidzkiej! Stąd taki tłum.
Z pewnym sentymentem spojrzała na budynek liceum ogólnokształcącego. Spędziła w nim cztery lata poprzedzające dorosłość. Wtedy wydawał jej się więzieniem, a dzisiaj pamiętała tylko dobre chwile. Mimo to cieszyła się, że okres nauki ma już dawno za sobą. Przez moment zapragnęła zajrzeć do biblioteki i sprawdzić, czy pracuje tam jeszcze ktoś z dawnych czasów. Potem przyszło opamiętanie. Od matury minęło piętnaście lat, któż mógłby ją pamiętać?
Wzruszyła ramionami, odcinając się tym gestem od wspomnień, i ruszyła na poszukiwanie sklepu spożywczego. Nie miała ochoty wracać do pustego mieszkania. Równie dobrze mogła zrobić zakupy w Wiśle, jak w Ustroniu, a spacer po dawno nieodwiedzanym mieście wydał jej się doskonałym pomysłem.
Przed muzeum zauważyła obrazy wystawione przez ulicznego rysownika. Podszedłszy bliżej, przyjrzała się im uważnie. Kolorowe grafiki przedstawiające wiślańskie krajobrazy świadczyły o niewątpliwym talencie artysty. Artystki, poprawiła się natychmiast, zauważając postać siedzącą przy murku na małym krzesełku. Kobieta trzymała w ramionach półroczne może dziecko.
- Potrafiłaby pani narysować portret ze zdjęcia? - spytała Benita, wiedziona nagłym impulsem.
- To zależy. Jeżeli jest dobrej jakości, to nie powinno być problemu. Ma je pani tutaj? - Kobieta oderwała uwagę od dziecka, które natychmiast skorzystało z okazji, wpychając sobie do ust końcówkę grubego, czarnego warkocza.
Benita wyjęła zdjęcie z portfela. Według niej było dobre, czyste i wyraźne. Ojciec zrobił je na krótko przed śmiercią babci. Uśmiechnięta Teresa Herrera stała koło kwitnącego krzewu azalii, z twarzą zwróconą ku twarzy mężczyzny. W oczach obojga było tyle miłości, że zapiekło ją w gardle z nagłego wzruszenia. Zadumała się nad niesprawiedliwością losu, który nagle zabrał rodzinie tę cudowną kobietę.
- Jaka piękna para! To pani rodzice?
- Dziadkowie. Babcia zmarła wkrótce po zrobieniu tego zdjęcia. Pomyślałam sobie, że gdyby udało się pani narysować jej portret, dziadek bardzo by się ucieszył. W przyszłym miesiącu obchodzi osiemdziesiąte urodziny.
Kobieta uważnie studiowała fotografię.
- Powinno się udać - orzekła wreszcie. - Z tym, że ja nie jestem autorką tych obrazów, jedynie je sprzedaję. Rysowała je moja przyjaciółka i myślę, że bez problemu poradzi sobie również z tym zadaniem. Musiałaby pani wypożyczyć to zdjęcie na kilka dni. Mam pewien pomysł, lecz jego realizacja wymaga czasu.
- Jak długo by to trwało? Urodziny są piętnastego września.
- To aż nadto, sądzę, że trzy tygodnie w zupełności jej wystarczą. Gdyby nie to, że jest teraz zajęta innym projektem, a potem wyjeżdża na wczasy, miałaby pani ten portret już za kilka dni. To co, decyduje się pani?
- Oczywiście! Proszę, tu jest mój numer telefonu i adres e-mail. - Benita podała wizytówkę.
- Nie pyta pani o cenę?
- Wierzę, że będzie rozsądna, w przeciwnym razie pani przyjaciółka zostanie jak głupia z tym obrazem!
Obie się roześmiały, potem kobieta schowała zdjęcie. Zaczęła coś mówić, lecz przerwała jej jakaś turystka, pragnąca nabyć jeden z pejzaży. Policjantka czekała jeszcze chwilę, ale widząc, że zanosi się na dłuższą prezentację, pożegnała się i poszła na parking. Dopiero dojeżdżając do Ustronia, uświadomiła sobie, że zapomniała o zakupach. Zapomniała również zapytać o nazwisko artystki.