W szesnaście miesięcy dookoła świata. Azja, Australia i Oceania oraz Ameryka Północna - Natalia Brożko

-
Proszę czekać

 

Bibliografia

Tajlandia

Krack R., Vater T., Thailand Handbuch, Reise Know-How Verlag, Bielefeld 2011.

Pauli M., 12 x śmierć. Opowieść z krainy uśmiechu, Artest, Kielce 2011.

Malezja

Brash C., Richmond S., Malaysia, Singapore, Brunei, Lonely Planet, Melbourne 2007.

Singapur

Brown J., Oakley M., Singapore, Lonely Planet, Melbourne 2009.

Indonezja

Berkmoes R., Brash C., Indonesia, Lonely Planet, Melbourne 2007.

Australia

Pavel V., Australien Osten und Zentrum, Reise Know-How Verlag, Bielefeld 2007.

Nowa Zelandia

Atkinson B., Hunt E., New Zealand's South Island, Lonely Planet, Melbourne 2009.

Brodie I., The Lord of the Rings. Location Guidebook, HarperCollins Publishers, Auckland 2009.

Dolimann M., Seligmann, S., Neuseeland. Die schönsten Wanderungen und Trekkingrouten, Bergverlag Rother GmbH, Oberhaching 2012.

Giesen D., Lossen A., Mit dem Wohnmobil durch Neuseeland, WOMO Der Wohnmobil-Verlag, Kaltenwestheim 2012.

Klüche H., Neuseeland, DuMont Reiseverlag, Ostfildern 2009.

Fidżi

Gebauer B., Huy S., Südsee, Marco Polo, Ostfildern 2006.

USA

Balfour A., Benanav M., Bender A., Louis R., USA, Lonely Planet, Melbourne 2012.

Ponadto w przypadku każdego kraju mapy, ulotki i broszury pobrane z lokalnych biur turystycznych.

Wiele informacji opisanych w tej książce opiera się na opowieściach i legendach przekazanych nam ustnie przez lokalnych przewodników. Nie biorę odpowiedzialności za ich prawdziwość.

Wszystkie opisy i odczucia są subiektywne, a zdarzenia widziane moimi oczyma.

 

Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie[1].

- My też mamy marzenie. Jedźmy!

- Tak, masz rację. Jedźmy! - z podnieceniem w głosie rozmawiamy przy kolacji.

Za tydzień:

- Nie, Fabian, rozmyśliłam się - informuję mojego partnera. - To za duże ryzyko.

- Hmmm, ja chyba również się rozmyśliłem.

- To nie jest najlepszy pomysł - kontynuuję. - Musielibyśmy się zwolnić z pracy, wyprowadzić z mieszkania... Darujmy sobie.

Za miesiąc:

- Nie mogę zapomnieć i przestać o tym myśleć.

Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie.

- Będziemy kiedyś żałować, że nie pojechaliśmy...

- Wiem.

- No to może podejmijmy to wyzwanie?

- Może...

Za dwa miesiące:

- Znów nie spałam całą noc. Chciałabym, ale się boję. Boję się, ale chciałabym...

Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie.

Podobnych dyskusji przeprowadzimy dziesiątki.

Za pół roku:

- Chcę zobaczyć te żyrafy - mówię do koleżanki w pracy, wpatrując się w jej kalendarz wiszący na ścianie.

- Jedź! Przez to biuro żyrafy nigdy nie przegalopują - odpowiada.

Marzenie kiełkujące od wielu lat staje się faktem. Nasze wypowiedzenia leżą na biurkach szefów. Zwolniliśmy się. Nie ma już odwrotu. Kupujemy bilety w jedną stronę.

Dzwonię do rodziców.

- Co takiego? Żartujecie, prawda? - dopytują się.

- No, tym razem nie - rozczarowuję ich.

Chwila ciszy w słuchawce.

- Musimy to przemyśleć. Rozłączmy się teraz - wykrztusza mój tato.

Czekam godzinę, dwie... Dzwoni telefon. Biegnę, by odebrać.

- Wiecie, co? - mówią jednym głosem - po prostu jedźcie... Wszystko jakoś się ułoży.

Reakcja przyjaciół, kolegów z pracy i szefostwa jest podobnie zaskakująco pozytywna. Znajomi nie zapytali, c z y na pewno jedziemy, tylko k i e d y jedziemy.

- Wiesz, Natalia, gdybyś nie skorzystała z takiej szansy, bardzo bym w ciebie zwątpił - powiedział mi szef, trzymając w ręku moją rezygnację.

W biurze na do widzenia otrzymuję kilkanaście prezentów na każdą okazję z odpowiednim dopiskiem i wierszykiem: letnia koszulka z odbitym zdjęciem zespołu na upały, ciepły szal na niepogodę, ziołowa herbatka na uspokojenie, notatnik z mapą świata do robienia zapisków, hermetycznie zapakowane bożonarodzeniowe potrawy na nadchodzące święta i antystresowe świeczki relaksacyjne to tylko niektóre z nich.

Seria pożegnań za nami. Nie było łatwo.

Na koniec sprzedajemy przez Internet cały dobytek łącznie z meblami i wypowiadamy mieszkanie. Pakujemy plecaki i wyjeżdżamy w wielką podróż. W podróż dookoła świata.

1 P. Coelho, Alchemik, przeł. Basia Stępień, Andrzej Kowalski, Świat Książki, Warszawa 2006.

 

 

- W którym hotelu się pan zakwateruje? - na lotnisku w Bangkoku urzędnik pyta Fabiana. - Musi pan podać adres w formularzu wjazdowym.

- Eee, jeszcze nie wiem.

- Jak to? Żarty pan sobie stroi? Przyleciał pan na drugi koniec świata i nie zarezerwował noclegu nawet na pierwszą noc? - naciska z niedowierzaniem służbista. - Proszę zatem wpisać byle co z przewodnika.

Nie dość, że ani mój facet, ani my wszyscy nie mamy rezerwacji pokoju, to jeszcze lecimy do Tajlandii osobno i musimy się gdzieś odnaleźć. Mówiąc "my wszyscy", mam na myśli dodatkowo moich rodziców, którzy koniecznie chcieli sprawdzić, w jakich nastrojach rozpocznie się nasza podróż w nieznane, i postanowili towarzyszyć nam przez prawie cztery tygodnie. Nasza polska trójka leci z Wrocławia przez Frankfurt. Fabian innym samolotem z Frankfurtu przez Kuwejt. Spotykamy się szczęśliwie w hali przylotów w Bangkoku.

Khao San Road

Nie wykazujemy się oryginalnością, jeśli chodzi o miejsce zakwaterowania. Taksówka wiezie nas prosto na Khao San Road, czyli najbardziej popularną wśród plecakowców[2] ulicę stolicy. To mekka turystów o skromnej i średniej zawartości portfela. Nasi panowie zatrzymują się w barze na piwo i pilnują bagażu, a my z mamą ruszamy na poszukiwania lokum.

Ulica jest zamknięta dla ruchu. Po prawej i lewej stronie rozciągają się tanie hotele, knajpy i bezlik straganów oraz wszelkiego rodzaju garkuchni. Po kilku nieudanych próbach znajdujemy w miarę przyzwoite pokoiki. Rozpakowujemy się i całą czwórką idziemy na rekonesans i kolację. Przygodę czas zacząć!

Tuk-tuk

W nocy, chcąc nie chcąc, jesteśmy do trzeciej nad ranem uczestnikami jakiejś dyskoteki. Dobrze, jeśli tylko jednej. Co kilka metrów rozbrzmiewa na cały regulator muzyka ze światowych list przebojów. Okna hotelowe nie dają rady wygłuszyć hałasów. Najlepszym i sprawdzonym rozwiązaniem okazują się wtedy zatyczki do uszu. W godzinach porannych ulica zamiera, ale nie na długo. Z wolna nocni imprezowicze wyłaniają się w poszukiwaniu śniadania. I tak w kółko. Ulica tętni życiem przez cały rok.

Dekoracje ścienne

Wnętrze watu Intharawihan

Modły u stóp Buddy

Zamierzamy najpierw zobaczyć Pałac Królewski ze świątynią Phra Keo, w której mieszka Szmaragdowy Budda. To zdecydowanie główny punkt programu w Bangkoku. Po drodze zaczepia nas miły pan z informacją, że pałac jest czynny dopiero po południu. Żeby nie tracić przedpołudnia, moglibyśmy udać się tuk-tukiem (lokalnym trzykołowym pojazdem) na zwiedzanie okolicznych świątyń. Jako że jest on zwykłym przechodniem, nie podejrzewamy w tym żadnego podstępu i idziemy za jego radą: szukamy przewiewnej taksóweczki.

- Zróbmy interes - zagaduje nas napotkany kierowca tuk-tuka. - Obwiozę was (prawie) za darmo przez parę godzin po mieście. W zamian odwiedzimy kilka sklepów z ubraniami i biżuterią, a wy poudajecie zainteresowanych klientów. Nie musicie niczego kupować! - zapewnia nas. - Odegracie tylko teatr.

- A co pan z tego ma? - pytamy zdziwieni.

- Od każdego przywiezionego gościa otrzymuję od właściciela prowizję w postaci bonu paliwowego - odpowiada z uśmiechem na ustach. - Zarabiam na tym dużo więcej niż na usługach transportowych.

- Nie spieszy nam się. Umowa stoi!

Przypieczętowujemy naszą umowę uściskiem dłoni. Wszyscy są zadowoleni. Kierowca otrzyma swój bon paliwowy, my za pół darmo zwiedzimy okoliczne waty, czyli świątynie.

Pierwszy jest Intharawihan. Jego budowę rozpoczęto w 1867 roku, lecz ukończono dopiero sto lat później, w roku 1967. Ogromne emocje wywołują we mnie misternie wykonane ościeżnice okienne i drzwiowe. Na podwórzu pielgrzymów i turystów przyciąga jak magnes potężna statua Buddy. W dwusetną rocznicę powstania Bangkoku całą czterdziestojednometrową figurę pozłocono. Mówi się, że w jej włosach znajdują się prochy Buddy przywiezione przez mnichów ze Sri Lanki. Mój wzrok pada na stopy posągu. Każdy palec jest wielkości człowieka. Na paznokciach leżą kwiaty i inne prezenty przyniesione przez wiernych.

Wat Saket

Złocone ozdoby

Następny wat to Saket zbudowany przez króla Ramę I uznawany za jedną z najstarszych świątyń miasta. Słowo sa znaczy "myć", a ket - "włosy". Nazwa wzięła się stąd, że w XVIII wieku jeden z ówczesnych przywódców wojskowych wrócił do miasta po długiej nieobecności i to właśnie miejsce obrał na rytualne mycie włosów. Według tradycji bowiem każdy żołnierz po powrocie z bitwy musiał się poddać podobnym ablucjom. Teren przyświątynny używany był do ostatniego stulecia jako miejsce egzekucji przestępców.

Stromą dróżką wspinamy się do świątyni leżącej na wzgórzu. Co kilka kroków zatrzymujemy się, by zrobić kolejne zdjęcie figurkom ustawionym wzdłuż trasy na szczyt. Nad naszymi głowami zwisają liany i inne egzotyczne pnącza. Mój przyjaciel fotografuje kolorowe robaki pełzające po chodniku. Na górze naszym oczom ukazuje się złota konstrukcja, zwana w budownictwie buddyjskim czedi, w której przechowywane są relikwie Buddy przekazane w 1899 roku przez rząd brytyjski w Indiach królowi Tajów. Od intensywności złoceń aż bolą oczy. Niespodziewanie podbiegają do Fabiana lokalni młodzi chłopcy zainteresowani bardziej profanum niż sacrum i proszą go o pamiątkowe zdjęcie z wielkim białym facetem.

Jako ostatni wat zwiedzamy Benjamabophit. Powstał z włoskiego marmuru kararyjskiego i należy do najpiękniejszych w Bangkoku. Gości przyciąga również fascynująca figura Buddy w środku. My zapamiętamy Benjamabophit z zupełnie innego powodu. Podczas spaceru alejkami wokół kompleksu świątynnego zaprosił nas na swoją werandę tajemniczy mnich. Za drobną odpłatnością odprawił nad nami modły, prosząc o błogosławieństwo w podróży, i przywiązał nam na nadgarstkach po kawałku żółtego sznurka. Mój wprawdzie szybko się rozwiązał i odpadł, ale Fabian nosił go bez przerwy przez całe dwa lata.

Na koniec udanej wycieczki prosimy taksówkarza, by odwiózł nas pod Pałac Królewski.

- Chcemy go zwiedzić teraz, bo przed południem był zamknięty - dodajemy.

Żegnamy się z kierowcą. Ten wyjątkowo szybciutko odjeżdża. Podchodzimy pod bramę wejściową i zastajemy wielką kłódkę.

- Jak to? - pytamy ochroniarza zdenerwowani. - Jakie są tutaj godziny otwarcia?

- Tylko do południa - odpowiada strażnik - po południu zamykamy.

Wśród taksówkarzy i tubylców panuje swoisty pakt. Jedni i drudzy informują turystów, że zabytki są rano rzekomo nieczynne, by goście skorzystali najpierw z usług tuk-tuka. Po południu bowiem nie tylko pałac jest zamknięty, ale i sklepy. Przy zwiedzaniu w odwrotnej kolejności nie byłoby bonów.

Patpong

Jestem w burdelu. Nie jako dawca. Nie jako biorca. Jako wolny obserwator. Oprócz wspaniałych świątyń Bangkok słynie jeszcze z ulicy burdelowej Patpong. Jak na pełnoletnich gości przystało, udajemy się na ping-pong show. Nazwa ta wzięła się z rodzaju czynności wykonywanych na scenie: a to ze strzelania piłeczkami pingpongowymi z wiadomego miejsca w stronę potencjalnych klientów, a to z otwierania butelek mięśniami Kegla, a to znów ze strzelania z lotek do balonów.

- Uważaj! Ping-pong leci w twoją stronę - ostrzega mnie ktoś.

I tak w każdego z nas po kolei uderza oślizła piłeczka.

"Zaraz zwymiotuję" - myślę sobie.

Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie to przedstawienie. Oczekiwałam więcej finezji, więcej erotyzmu i fantazji. A co zastałam? Wulgarne występy nieatrakcyjnych, znudzonych starszych pań. Fakt, że na sali siedziały tylko pary, więc na klientów panie nie mogły liczyć. Może z tego wynikały ich niezadowolone miny? Na koniec spotkało nas kolejne zaskoczenie. Zgodnie ze sloganami reklamowymi show miał być gratis w zamian za zamawiane nietanie drinki. Przy rachunku okazało się jednak, że musimy zapłacić całkiem sporą - jak na tajskie warunki - sumę za wejście. Nie proponuję dochodzić swoich racji w podobnych miejscach. Utknęliśmy przecież w burdelu jednej z najsilniej kontrolowanych przez mafię stolic świata. Potulnie płacimy, co trzeba, i modlimy się, by wypuszczono nas bez uszczerbku na zdrowiu z tej ciemnej i nieciekawej spelunki.

Pałac królewski

Wreszcie przychodzi czas na zwiedzanie przybytku królewskiego. Nie dajemy się więcej zbałamucić taksówkarzom. Numer z zamknięciem pałacu już znamy. Spacerujemy pomiędzy bogato zdobionymi zabudowaniami pałacowymi. Wewnątrz i na zewnątrz złoto aż kapie. Mimo że zwiedzam ten kompleks po raz drugi, jestem pod ogromnym wrażeniem przepychu i piękna budowli. Idziemy do świątyni, by zobaczyć słynną statuetkę nefrytowego Buddy. Figurka przebyła długą drogę, zanim tu trafiła. W XV wieku piorun strzelił w wat Phra Kaeo w mieście Chiang Rai na północy dzisiejszej Tajlandii i zniszczył gipsowego Buddę, który zdobił tamtejszą świątynię. Spod rozbitej gipsowej pokrywy ukazała się statuetka z nefrytu. Władca Chiang Mai przywiózł ją do swojego królestwa. Potem trafiła ona na 215 lat do Vientiane w Laosie, by w XVIII wieku ostatecznie powrócić do tajskiej ojczyzny. Do Bangkoku przeniesiono ją w momencie założenia miasta, czyli w 1782 roku.

Kompleks pałacowy to bez wątpienia najpiękniejszy zabytek stolicy.

Pałac królewski

Strażnicy

Dziedziniec

Ogrody pałacowe

Złocona figura

Stupa

Specjały kulinarne w Bangkoku

Po pobycie w Wietnamie i Kambodży jestem przygotowana na chipsy w stylu chrupkich karaluchów, koników pol­nych i pozostałych robaków. Stolica Tajlandii zaskoczyła mnie jednak smażonym skorpionem, który niestety nie przypadł mi do gustu. Zachwycam się natomiast obwoźnymi paleniskami z szaszłykami. Odkrywam swoją słabość do grillowanych kurzych kuprów i wątróbek. Na specjalną prośbę otrzymuję w zestawie w plastikowym woreczku ostry sos chili.

Kuchnia tajska jest ogólnie bardzo ostra. Na szczęście przyprawy podawane są czasem osobno. W miejscach, gdzie nie dociera dużo obcokrajowców, dania zamawia się na czuja i pokazuje palcem. Wtedy można pechowo trafić na potrawę wyciskającą łzy.

Typowa garkuchnia

Smażone insekty

Kurze kuperki z grilla

Owoce morza na patyku

Najpopularniejszym i najprostszym daniem tajskim jest makaron smażony z jajkiem i kurczakiem zwany pad thai. Zamawiamy go regularnie. W poszukiwaniu urozmaicenia odwiedzamy całą masę barów szybkiej obsługi rozsianych po różnych zakątkach miasta i kosztujemy coraz to nowych specjałów. Jednego wieczoru po wizycie w teatrze zajadamy się przyrządzanymi na oczach klientów kałamarnicami i innymi owocami morza. Podawane są one na patyczkach niczym lody lub w kubkach z dodatkiem dziwnych sosów. Na wielkich targowiskach w dziale rybnym serwuje się różniste dania z nieznanych mi ryb. Pokazuję palcem, którą sztukę z akwarium kucharz ma mi przyrządzić. Za niecały kwadrans wjeżdża na stół pachnąca świeżutka rybka z przystawkami. Palce lizać!

Rozczarowana jestem troszeczkę napojami. Tajowie, w przeciwieństwie do Wietnamczyków, nie piją ani prawdziwej kawy, ani sypanej herbaty. W Tajlandii króluje Nescafé "trzy w jednym" i herbata w torebkach. Poza tym tubylcy rozkoszują się napojami energetycznymi, które dodają skrzydeł.

Chiang Mai

Nie chcąc tracić czasu, lecimy lokalnymi liniami z Bangkoku do miasta Chiang Mai na północy Tajlandii. Na dalekobieżne autobusy przyjdzie jeszcze odpowiedni moment. Bardzo pozytywnie zaskakuje nas zastosowanie nowoczesnej odrzutowej maszyny na tak krótkim odcinku lotu (zaledwie siedemset kilometrów). Zaoszczędzony czas spędzamy na wieczornym spacerze uliczkami miasta i zwiedzaniu słynnego nocnego targu przyprawiającego o zawrót głowy. Dostaję nagłego oczopląsu. Świecidełka, wyroby z laki i inne kolorowe rękodzieła wirują mi przed oczami. Sprzedawcy nawołują przez megafon do zakupów, cukiernicy zachwalają swoje produkty i na poczekaniu przygotowują smakowite desery, a kucharze pichcą w mig drobne przekąski. Na uboczu stoi nawet stoisko z wykwintnie zrobionym sushi. Jest głośno i barwnie!

W drodze powrotnej do hotelu zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji na kolację. Słowa "hotel" i "restauracja" są mocno przesadzone, ale przybytki te spełniają swoje podstawowe funkcje: da się w nich spać i jeść. Z wielkiego gara zamawiamy po misce zupy i ryż z czymś. Dodatkowo właściciel przyrządza dla nas deser, lejąc ciągliwe ciasto na gorący olej. Powstają w ten sposób wielkie ciastka w kształcie różnych zwierząt. Na stół wjeżdżają po kolei krokodyle, małpy i słonie.

- Ma pan piwo? - pytamy naszego wirtuoza kulinarnego.

- Hmmm, jeszcze nie mam, ale zaraz będę miał - odpowiada.

Szybciutko ściąga fartuch i biegnie do pobliskiego sklepu. To się dopiero nazywa obsługa!

Jak się dowiemy za kilka miesięcy, owe ciasteczka w restauracji, którą odwiedziliśmy, trafią do programu na Travel Channel, a pan, który nas obsługiwał, będzie jego głównym bohaterem!

Chiang Mai powstało w 1296 roku i bywa nazywane przez Tajów "Różą Północy". W samym centrum znajduje się starówka otoczona fosą. W wydzielonym kwadracie mieszczą się waty i inne atrakcje turystyczne oraz klimatyczne pensjonaty i knajpy. W całym mieście wznosi się blisko trzysta świątyń! Zwiedzamy kilka z nich.

Słodki krokodyl

Kolorowy posąg

Smocze wejście

Wat w Chiang Mai

Napotkany tubylec wprowadza nas w tajniki języka tajskiego. Oficjalny język tajski ze stosowanymi w mowie dialektami niewiele ma wspólnego. Zależy bowiem od regionu kraju. Tajski nauczany za granicą odpowiada temu z Bangkoku. W Chiang Mai brzmi on już zupełnie inaczej. Dla nas to wciąż to samo gęganie. To wrażenie spowodowane występowaniem pięciu tonów (i tak nieźle; wietnamski ma ich sześć!).

Chiang Mai to - oprócz zabytków - doskonała baza wypadowa na trekking do dżungli, na który wszyscy z niecierpliwością czekamy.

Trekking w dżungli

Czas spotkać się z dziką przyrodą! Sześdziesiąt pięć kilometrów poza granicami miasta rozpościera się tajska dżungla - wymarzony teren na piesze wędrówki. Chcemy zapuścić się w las i poznać życie tubylców zamieszkujących góry - mniejszości Białych Karenów posługujących się własnym językiem. Nazwa "Biali Karenowie" wzięła się od białego stroju noszonego przez niezamężne kobiety. Jeśli wierzyć przewodnikowi, kultura tejże mniejszości jest swobodniejsza niż Tajów. Kobieta ma podobno status równy mężczyznie, małżeństwa są zawierane z wyboru, a nie aranżowane przez rodziców, i - co ciekawe - to kobieta prosi o rękę mężczyzny. Małżeństwa mieszane z innymi ludami są dozwolone. Dzieci wychowywane są w duchu kultury tej wioski, w której młoda para osiądzie. Noszą wtedy miejscowy strój i mówią używanym tu językiem. Małżonek nie musi się dostosowywać do autochtonów. Wśród mniejszości na Północy panuje tolerancja religijna. Króluje tu buddyzm, przeplatany jednak chrześcijaństwem i animizmem[3]. Świadomość religijna w życiu społeczności rozwinęła się w praktyce stosunkowo niedawno. Wcześniej dominowali animiści.

Znajdujemy się na terenie parku narodowego Doi Inthanon. Tak samo nazywa się najwyższy szczyt Tajlandii (2565 m n.p.m.) położony nieopodal. Wilgotność powietrza jest tak duża, że pozostawione na noc na zewnątrz suche rzeczy rano są mokrusieńkie. Można je wykręcać. Ciemno robi się już o szóstej. Nie ma elektryczności. Pierwszą noc spędzamy na obrzeżach dużej wioski Huay Hoy zamieszkanej przez niespełna trzysta osób. Nocujemy w czternastoosobowej sali na deskach. Jest zimno. Zawijamy się w brudne szmaty i śpiwory, które pewnie jeszcze nigdy nie były prane.

Noclegownia

Woda do mycia zębów pochodzi z dziury w rurze. Nie ma jednak co narzekać. Jest przecież rura! Dodatkowo służy ona za prysznic. Gotowanie odbywa się nad ogniskiem. Warunki polowe. W wiosce mieści się królewska szkoła podstawowa dająca dobre podstawy i szansę na dalszą edukację. Niestety jest już późno i jej nie zwiedzimy. Szkołę założyła córka króla Tajlandii. Księżniczka osobiście przyjeżdża tutaj z wizytacją co cztery lata. Do szkoły przychodzą dzieci z wiosek oddalonych o kilka kilometrów. Z tego względu powstała tu też noclegownia, by nie musiały one pokonywać codziennie takich odległości. Od poniedziałku do czwartku nauczanie odbywa się w języku tajskim. W piątki przychodzi starszy wioski i uczy dzieci języka mniejszości.

Po całym dniu marszu drugą noc spędzamy w Mae Spok Camp nad rzeką. Tym razem zastajemy dwuosobowe prymitywne chatki kryte słomą i dziurawą folią. Za prysznic służy nam odświeżający górski potok. Na kolację dostajemy gotowane słodkie ziemniaki z curry i kurczakiem zwane munalung oraz danie z dyni fukthong.

Dwuosobowe chatki

Na grzbiecie słonia

Podczas porannej toalety nagle rozlega się wrzask:

- Uwaga, tarantula!

Na jakiś czas wszystkim przechodzi ochota na mycie. Ruszamy w dalszą drogę. Oprócz tarantul spotykamy kobrę, gibony w koronach drzew i niegroźne pająki wielkości dłoni.

Ugryzł mnie komar. Niby nic strasznego. Był to jednak komar mutant. W miejscu ugryzienia gnije mi centymetr kwadratowy skóry.

- Nie przejmuj się - mówi do mnie jeden z tubylców. - To tylko reakcja alergiczna.

Skoro tak mówi... Rana gniła jednak przez miesiąc, pozostawiając sporą bliznę.

Oprócz fauny niesamowite wrażenie wywiera na mnie flora. Największy kwiat dżungli o średnicy dochodzącej do metra to bukietnica Arnolda (Rafflesia arnoldii). Przewodnik objaśnia nam w trakcie wędrówki zastosowanie niektórych roślin w lecznictwie i pokazuje, które owoce są jadalne, a których lepiej nie tykać.

Po kilkugodzinnym trekkingu docieramy do wioski Hueypong, gdzie rozpoczynamy eksplorację dżungli na słoniu. Uwielbiam te zwierzęta. Ujeżdżać takiego olbrzyma to niesamowite uczucie! Naszym przewodnikiem jest ośmioletni chłopczyk, co z początku chłodzi nasz entuzjazm, tym bardziej że obok giganta, na którego grzbiecie siedzimy, kroczy jeszcze malutkie słoniątko. Nasz młodziutki majster okazuje się jednak znakomitym fachowcem i bezpiecznie przeprowadza nas przez dżunglę.

Przesiadamy się teraz na tratwę. Spływamy bambusową konstrukcją po rzece. Od czasu do czasu przecinają nam drogę węże wodne, ponoć niejadowite. Powoli kończymy naszą podróż po dżungli i zmierzamy ku cywilizacji...

Wizyta u Karenów z długimi szyjami

Nadszedł czas na poznanie innej grupy etnicznej: Karenów z długimi szyjami. Mam mieszane uczucia. Jestem w ludzkim zoo. Niecałą godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się wioska Mae Rim zamieszkiwana przez pochodzące pierwotnie z Birmy plemię Padaung. Szyje kobiet z tego plemienia nie są w rzeczywistości wcale dłuższe od normalnych, ale obręcze wokół szyi swoim ciężarem obniżają obojczyki, dzięki czemu odnosi się wrażenie, że są one wydłużone. Im dłuższa szyja, tym kobieta jest uznawana za piękniejszą w swojej społeczności. Niezbadane są kanony urody... Zwyciężczyni nosi dwadzieścia pięć obręczy. Przypuszczam nawet, że to ta sama kobieta, która występowała w jednym z odcinków Kobiety na krańcu świata Martyny Wojciechowskiej. Mówi się, że po ściągnięciu obręczy mięśnie szyi są tak osłabione, że nie dałyby rady utrzymać głowy. Filmy dokumentalne pokazują jednak, że to mit. Przedstawicielki plemienia Padaung mogą ściągnąć ozdoby i normalnie funkcjonować bez uszczerbku na zdrowiu.

Plemię Padaung

Wyjątkowo długa szyja

Wioska Mae Rim powstała sztucznie. Ludzi przesiedlono, by stanowili atrakcję turystyczną. Żeby wejść na teren wioski, trzeba kupić bilet. Oglądam więc ludzi jak małpy w klatkach. Czuję się fatalnie. By zagłuszyć choć trochę wyrzuty sumienia, kupuję z lokalnych straganów kilka pamiątek. I podobno właśnie o to tutaj chodzi. Wpływy z biletów i sprzedaży rękodzieła służą, by pomagać mieszkańcom, którzy w naturalnych warunkach żyliby w skrajnej nędzy. Matki z dziećmi pozostają przy domach i odgrywają każdego dnia w godzinach otwarcia teatr dla turystów, a ich mężowie wracają z pracy do domu dopiero wieczorem po odjeździe ostatniego autobusu. Smutne to życie. Pocieszam się tylko, że ponoć sami takie wybrali i nikt ich nie zmuszał. Zrobienie kilku zdjęć kobiet z ciężkimi obręczami na szyi kosztuje mnie sporo wysiłku psychicznego. Jest mi bardzo niezręcznie fotografować ludzi zamkniętych w rezerwacie.

Sukhothai

Przyszedł czas na dłuższą podróż autobusem. Jedziemy do Sukhothai. To małe malownicze miasteczko położone trzysta pięćdziesiąt kilometrów na południe od Chiang Mai. Najciekawszą częścią miasta jest Old Sukhothai - niezbyt popularne, a szkoda, bo bardzo piękne. Była to pierwsza stolica narodu tajskiego założona w 1238 roku. Ówczesny król, zwany Ojcem Narodu, stworzył podobno używany do dzisiaj alfabet tajski, zadbał o życie religijne mieszkańców i rozwój sztuki. Po jego śmierci Sukhothai podupadło. Następca nie miał już tyle charyzmy i podlegli mu wasale przeszli na stronę coraz to silniejszego królestwa Ayutthaya. W XIV wieku całe Sukhothai przyłączono do tego mocnego sąsiada, a miasto Ayutthaya obrano na kolejną stolicę.

Sukhothai

Motyw słoniątek

Teren ruin w Sukhothai obchodzimy w ciągu jednego dnia. Relaksujemy się w cieniu posągów. Przyjemnie tu i pięknie. Odrestaurowane figury patrzą na nas z wysokości. Nie ma tłumów. Otacza nas cisza. Czy podobnie będzie w Ayutthayi?

Ayutthaya

Ayutthaya, pełniąca funkcję stolicy państwa w latach 1350-1767, nie jest już tak dobrze zachowana jak jej poprzedniczka. Zabytki są zniszczone. UNESCO zagroziło nawet, że odbierze miastu status Światowego Dziedzictwa Kultury, jeśli nie rozpoczną się prace restauracyjne. Ponadto interesujące budowle mieszczą się czasem na zamkniętym podwórku jakiegoś domostwa lub na innej prywatnej posesji. Bardzo utrudnia to zwiedzanie. Wszędzie roi się też od turystów. Jesteśmy niedaleko od Bangkoku i wielu przyjeżdża tutaj na jednodniowe wycieczki. Zatęskniliśmy do zapomnianego przez tłumy Sukhothai...

Ayutthaya

Posągi w rzędzie

Ayutthayę poznajemy z perspektywy łódki. To znacznie przyjemniejsze niż spacer w upale. Płyniemy wolniutko rzeką Chao Phraya i cieszymy oko. Mamy ochotę na obcowanie z odrobiną natury. Szybko nudzą nam się pomniki i kamienie. Szykujemy się do długiej drogi na południe kraju.

Podróż do Parku Narodowego Khao Sok

Jak wygląda i czuje się człowiek po dwudziestogodzinnej podróży w Azji w czterdziestostopniowym upale? Dokładnie tak, jak się państwu wydaje: jest brudny, koszmarnie zmęczony i potwornie śmierdzący. W Ayutthayi tuk-tuk zawozi nas na dworzec kolejowy. Tam przesiadamy się do lokalnego pociągu do Bangkoku. Po wejściu do wagonu momentalnie przypomina mi się smród latryn w Indiach. Mocno żałuję, że nie mam kataru i zatkanego nosa. Pociąg się wlecze. Kosztuje za to tylko dwa złote. Docieramy wreszcie do dzisiejszej stolicy kraju. Po godzinie postoju przesiadamy się do autobusu, jak sądzimy, docelowego. O wpół do piątej nad ranem wysiadamy w szczerym polu i czekamy na kolejny. To punkt przeładunkowy turystów. Po trzech godzinach oczekiwania wszyscy inni (a była ich ponad setka) rozjeżdżają się w różne strony, najczęściej na wyspy. Tylko my we czwórkę zostajemy sami na pustym placu. Najwidoczniej czekamy na transport ekstra.

- Dlaczego nikt inny nie wybiera się do Khao Sok? - zastanawiamy się.

Na odpowiedź czekamy kolejnych kilka godzin. Dojeżdżamy wreszcie do bram parku. Turystów jak na lekarstwo. Masy widocznie nie odkryły jeszcze tego miejsca. Bardzo dobrze. Ruszamy na poszukiwanie chatki i badanie terenu. Jest cudnie, ale jakoś złowrogo. Niedawno wróciliśmy z trekkingu w dżungli w Chiang Mai, więc jesteśmy zaprawieni w bojach, ale tu jest jakoś tak inaczej. Chodząc ścieżkami, mocno tupiemy, by spłoszyć ewentualne węże (węże nie słyszą, ale odbierają wibracje). Kwaterujemy się w domku na palach. Po wstępnym rozpakowaniu manatków idziemy na poszukiwania przewodnika, który poprowadzi nas do dżungli...

Trekking w Khao Sok

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2 Używam słowa "plecakowiec" zamiast angielskiego backpackers określającego ludzi podróżujących tanim kosztem (od backpack, czyli "plecak").

3 Animizm - wiara, że wszystko na ziemi ma duszę (rośliny, zwierzęta, kamienie itp.).

 

Przykładowe ceny w Tajlandii

Walutą Tajlandii jest baht (THB). Przeliczanie bahtów na złotówki jest bardzo proste: 100 bahtów to jakieś 11 zł (orientacyjny przelicznik z początku 2015 roku). Tajlandia jest ciut droższa od Wietnamu czy Kambodży, ale tańsza od Polski.

Żywność

kolacja z deserem i piwem w lokalnej restauracji w Chiang Mai: 100 BHT/os.; szaszłyk z wątróbek bądź kurzych kuperków: 10 BHT; makaron smażony z kurczakiem: 40 BHT; sok z naturalnych owoców: 30 BHT; kokos do picia: 20-30 BHT; kawa: 20-80 BHT; puszka coli: 40 BHT; duże piwo Chang, Leo, Singha 0,66 l w barze: 70-120 BHT; duże piwo Chang, Leo, Singha 0,66 l w sklepie: 50 BHT; małe piwo w burdelu na Patpongu: 300 BHT.

Pozostałe wydatki

dwuosobowy pokój z łazienką: 500 BHT; bilet wstępu na ping-pong show na Patpongu: 500 BHT; bilet wstępu do Pałacu Królewskiego w Bangkoku: 400 BHT; bilet wstępu do wioski Karenów z długimi szyjami: 500 BHT; przelot Bangok-Chiang Mai liniami Air Asia: 1600 BHT; bilet autobusowy Chiang Mai-Sukhotai: 240 BHT; bilet autobusowy Sukhotai-Ayutthaya: 350 BHT; bilet autobusowy Ayutthaya-park narodowy Khao Sok: 800 BHT; łódź z Phuket na wyspę Ko Yao Noi: 200 BHT/os.; wycieczka trekkingowa do dżungli w rejonie Chiang Mai (3 dni, 2 noce; z pełnym wyżywieniem): 1750 BHT/os.; wycieczka trekkingowa do dżungli w parku narodowym Khao Sok (2 dni,1 noc; z pełnym wyżywieniem): 2500 BHT/os.; masaż: 220 BHT/godz.