2.
Kroki Sabiny ucichły i Aśka została sama z jasnowłosym wampirem. Tylko oni dwoje, pokój z ohydną boazerią i drewniany, solidny stół... Brzmiało jak początek sceny w dowolnej z tych książek romantasy, które jej koleżanka z roku, Justyna, czytała z wypiekami na twarzy podczas co nudniejszych wykładów.
Mysza wolała thrillery, ale w formie audiobooka w słuchawkach, a nie narracji własnego życia.
- Jestem Frederik - przedstawił się wampir, mocno akcentując ostatnią sylabę. - Chodź ze mną.
- ...jeśli chcesz żyć - dodała pod nosem Aśka, nie ruszając się zza stołu.
Nie załapał nawiązania, za to sama uwaga najwyraźniej zbiła go lekko z pantałyku.
- Nie żyjesz. To się nie zmieni - powiedział. - Piechota miała...
- To był żart - wpadła mu w słowo Mysza. - Sabina mi wszystko wyjaśniła... No, nie wszystko, bo nam przerwałeś, ale podstawy przerobiłyśmy. I tak, wiem, że jestem martwa i jestem wampirem, i jak mi gruczoły zaczną działać, to mogę wpaść w histerię...
Frederik przez chwilę miał minę, jakby zupełnie nie rozumiał, o czym ona do niego mówi, ale zaraz przybrał ten sam co wcześniej neutralny, lekko wzgardliwy wyraz twarzy.
- Chodź - powtórzył. - Nasza pani chce cię widzieć.
Aśka właściwie nie miała wyboru. Skoro już była tym wampirem - a wszystko na to wskazywało: zimna skóra, gojące się złamania, ba, nawet te kły, które wymacała językiem i które bardzo chciałaby zobaczyć w lustrze - to oznaczało, że stała się częścią gniazda miłośników boazerii i świeżym pisklęciem, nowym narybkiem...
Wstała.
- Dobra. Idziemy.
Frederik odwrócił się bez słowa i ruszył przodem. Szedł pewnym, szybkim krokiem i Mysza musiała się postarać, żeby za nim nadążyć. Rozglądała się wokoło, trochę z ciekawości, jak wygląda gniazdo wampirów, trochę żeby zorientować się, gdzie właściwie jest. Dużo jej z tego nie przyszło, bo korytarze wyłożone zostały drewnem w dokładnie tym samym odcieniu. Jeszcze parę godzin... dni... wcześniej była przekonana, że wampiry żyją w zamkach, ewentualnie w luksusowych pałacach, pełnych przepychu, baroku, może złota, krwistobordowych draperii i szarego kamienia, a nie niekończących się metrów boazerii. Nawet babcia Aśki miała nowocześniejszy wystrój wnętrz, a ostatni remont robiła jeszcze zanim Mysza się urodziła!
- Czekaj...
Nie zareagował, więc Aśka się po prostu zatrzymała. Stała w korytarzu może minutę, zanim Frederik do niej wrócił.
- Mademoiselle czeka - oznajmił chłodno. - Pani nie lubi czekać. Chodź!
Mysza ani drgnęła.
- Moje pytania też nie lubią czekać. Jak długo... Ile czasu minęło, odkąd byłam żywa?
- Jedna doba. Chodź. - Ujął ją pod ramię i pociągnął za sobą. Był od niej silniejszy i Aśka nie miała innego wyjścia, jak tylko iść za nim.
Każde kolejne wspomnienie o pani niosło ze sobą niewypowiedziany ładunek czegoś niepokojącego. Frederik nie podnosił głosu, nie wyglądał też na zdenerwowanego, ale w tym, jak ją poganiał, i w tym, jak mówił o mademoiselle, było ostrzeżenie i groźba zarazem.
Aśce przemknęło przez myśl, że gdyby nie jej osłabione reakcje emocjonalne, trzęsłaby się teraz jak osika. Pani musiała być straszna. Mysza zdecydowanie wolałaby jej nie poznawać, a najlepiej być całkiem gdzie indziej, ale nie miała wyboru... Z tego cholernego, wyłożonego boazerią labiryntu nawet nie zdołałaby uciec.
Frederik skręcił i zatrzymał się w krótkim korytarzyku, zakończonym masywnymi podwójnymi drzwiami ze złotą klamką. W ogóle nie pasowały do reszty wystroju.
Wampir pchnął jednocześnie oba skrzydła. Z wnętrza wylał się blask: niebieski, biały, różowy... Aśce aż zamigotało w oczach i zakręciło się w głowie. Zamrugała kilka razy i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co widzi.
Za drzwiami znajdowała się wielka, podłużna sala, pełna neonów. Pokrywały wszystkie ściany, kilka nawet zwisało z sufitu. Ba, Mysza była przekonana, że rozpoznaje kawałek napisu umieszczonego zwykle przy wrocławskim dworcu kolejowym. Wampiry musiały go ukraść, jak nic... Inne neony też wyglądały na zagarnięte sprzed różnych lokali. Były wśród nich nożyczki, rożek z lodami, a nawet kobieca sylwetka z wielkimi ustami i ogromnym biustem. Neony wypełniały całe pomieszczenie światłem we wszystkich kolorach, nadając mu nierealny i upiorny wygląd.
Skąpany w niebieskim blasku reklamy sklepu rybnego Frederik wyglądał na jeszcze bardziej zimnego i niedostępnego. Choć nawet w takim wydaniu kolorystycznym był interesująco atrakcyjny.
Aśka uszczypnęła się ukradkiem w rękę. Nic jej z tego nie przyszło, bo ledwie poczuła ból. Nie mogła liczyć na to, że fizyczne reakcje ją rozproszą i oderwą od rozmyślań, czy wampir naprawdę jest taki przystojny, czy po śmierci gust jej się zmienił i teraz światła w stylu kostnicy działają w jej oczach na wygląd facetów lepiej niż filtr z Instagrama.
Żeby nie myśleć o zajmującym profilu Frederika, zaczęła rozglądać się po pokoju... czy może raczej po komnacie. Rozmiarami pomieszczenie przypominało salę wykładową. Na ścianach nie było boazerii, co Aśka uznała za plus. Nie było też na nich farby ani tynku. W szkoleniu Sabiny nie pojawiło się nic o mylnych decyzjach wnętrzarskich wampirów, a powinno. Mysza byłaby bardziej przygotowana psychicznie na odjazd designerski.
Podłogę wyścielały dywany i to nie byle jakie, bo bardzo babcine, o wyjątkowo oldskulowych wzorach, w stylu "przepych PRL-u". Na samym środku pokoju ustawiono siedziska - sofy i kanapy, zupełnie do siebie niepasujące. Była tu i rozpadająca się wersalka, starsza zapewne od Aśki, i luksusowy skórzany szezlong.
A na szezlongu...
Z powodu migoczących, wielokolorowych świateł trudno było określić, jak kobieta naprawdę wygląda. Chwilami jej twarz spowijał delikatny, wręcz kokieteryjny różowy blask, by zaraz ustąpić ostremu błękitowi albo naprawdę niezdrowej żółci. Włosy miała chyba jasne, gładko zaczesane na czubku głowy i spięte nad karkiem w ciężki kok. Z powodu ostrych rysów trochę przypominała Aśce gryzonia... Może ryjówkę? Ubrana była w ciemną, długą suknię z wysokim kołnierzykiem.
- Oto mademoiselle Cécile - zaintonował Frederik. - Pani naszego gniazda.
Wokół rozległ się cichy pomruk - wiele osób jednocześnie powtórzyło jego słowa. Aśka prawie podskoczyła, bo dopiero teraz zorientowała się, że w komnacie jest więcej wampirów. Przez tę feerię świateł ledwie widziała ich kształty - a właściwie cienie.
- Żoanie...
Głos pani przypominał szept, ale choć cichy niczym westchnienie, był jednocześnie doskonale słyszalny. Wydawał się wypełniać pomieszczenie. Żadna z przyczajonych pod ścianą osób nie zareagowała. Mysza zorientowała się, że wampirzyca mówi do niej.
- Aśka - poprawiła nerwowo. - Joanna znaczy.
Uznała, że to nie jest dobra chwila na przedstawianie się ulubioną ksywką.
- Żoanie - powtórzyła pani. - Odrzuć swą ludzką, przyziemną tożsamość. Obudziłaś się do nowej egzystencji, jesteś manifik i merweju!
Manifik brzmiało znajomo, merweju dziwnie i Mysza nie miała pojęcia, co powinna na to odpowiedzieć. W pierwszym odruchu chciała zaprotestować przeciwko nowemu imieniu. Zdecydowanie nie czuła się "Żoanie". Gdyby już musiała zmieniać imię, mogłaby być Mią. Albo Bellą. Sansą ewentualnie. Albo lepiej Margaery, Margaery miała więcej charakteru... To imię brzmiało prawie jak "merweju", cokolwiek to znaczyło.
Nie chciała być Żoanie, ale nie wiedziała, czy protest byłby bezpieczny. Zaczynała podejrzewać, że w gnieździe wampirów panuje nie tylko autorytaryzm, ale wręcz tyrania. A rozsądek podpowiadał, że ona, jako najświeższe pisklę, jest najniżej w porządku dziobania i ewentualna niesubordynacja nie skończy się dla niej dobrze.
Mademoiselle wpatrywała się w nią niczym kobra z programu przyrodniczego. Była całkiem nieruchoma, a oczy miała taaakie wielkie, że nawet Czerwony Kapturek by się skapnął, że coś jest z nią nie tak, i wziął nogi za pas, zamiast zadawać głupie pytania.
Mysza czuła się myszą całkiem dosłownie. Nagle doskonale zrozumiała, co czują małe gryzonie skonfrontowane z gadzim drapieżnikiem... albo z całym ich stadem. Być może powinna coś powiedzieć, ale brakowało jej słów i bała się, że gdyby choć rozchyliła usta, wydobyłby się z nich mysi pisk.
Kiedy mademoiselle nagle zaklaskała w dłonie, Aśka prawie podskoczyła.
- Frederik! Zmień światła, nasza Żoanie nas dobrze nie widzi!
Aśka odruchowo odwróciła głowę w stronę Frederika, ale nie zdążyła zobaczyć, co wampir robi, bo nagle zalała ją jasność, oślepiając, przytłaczając i przede wszystkim przeszywając strachem, jakiego dotąd nie znała.
Na szkoleniu Sabina wspominała coś o atawistycznych lękach, pamięci gatunkowej i wiedzy genetycznej, ale akurat na to Mysza najmniej zwracała uwagę. Jasne, słyszała o gadzim mózgu, wiedziała, że pewne reakcje człowiek ma zapisane w genach, ale jak to, jeden gryz w szyjkę i nagle nowy program nadpisywał stary? W to było jej trudniej uwierzyć niż w wampiry, strzygi i co to tam jeszcze było... A, wrogowie klasowi, wilkołaki!
- Wyprostuj się - syknął Frederik.
Dopiero wtedy Aśka poczuła, że kuli się i zakrywa dłońmi twarz, chroniąc ją przed brutalnym światłem... Światłem, które nie wypalało jej skóry. Raziło jak cholera, ale nie zabijało.
Odsłoniła oczy i zamrugała kilka razy, próbując przyzwyczaić się do nowych warunków. Pomieszczenie, wcześniej przypominające coś w stylu klubu skrzyżowanego z wystawką szalonego miłośnika neonów, teraz... wyglądało gorzej. Neony zgasły, za to pod sufitem lśniło kilkadziesiąt świetlówek, kojarzących się Myszy z oświetleniem w szkolnej klasie. Ich blask był nieprzyjemny i bezlitośnie wyciągał na wierzch wszystko, co neony miłosiernie ukrywały.
W ostrym żółtym świetle pomieszczenie przypominało wielki, niedokończony garaż. Ściany były faktycznie z gołego betonu, zamocowane na nich zgaszone neony wyglądały po prostu smutno. Dywany naprawdę stanowiły szczyt mody lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych... Mało tego, jeden z nich miał dokładnie ten sam wzór, co stary dywan, który sąsiad dziadków Myszy położył w swoim garażu, zapewne po to, żeby jego polonez poczuł się luksusowo...
Wampiry też wyglądały gorzej.
Świetlówki sprawiły, że mademoiselle Cécile nie przypominała już niebezpiecznej kobry - bliżej jej było do omdlewającej suchotniczki z brytyjskich melodramatów kostiumowych. Była szczupła, miała włosy w kolorze wyblakłego złota i niebieskie oczy, tak jasne, że prawie białe. Ostre rysy sprawiały, że przywodziła na myśl alabastrowy pomnik - takie kości policzkowe mógł osiągnąć rzeźbiarz albo chirurg plastyczny, ale nie natura. Nosiła czarną suknię, zapinaną aż pod szyję na milion małych guziczków, do tego z falbaną. Kolor zdecydowanie nie był dla niej, sprawiał, że wydawała się jeszcze bledsza, podkreślał cienie pod oczami i zapadnięte policzki. Fason i obfitość materiału powodowały, że niemal w niej tonęła, jakby pożyczyła suknię starszej siostry i starała się wyglądać w niej dorośle.
Wszystko razem dawało dość upiorne wrażenie - gdyby nie to, że Cécile była już martwa, Mysza może nawet delikatnie przejęłaby się stanem jej zdrowia. Pani wampirów w nowym, dobrze oświetlonym wydaniu wyglądała trochę żałośnie. Co wcale nie oznaczało, że przestała być niebezpieczna, i Aśka powtarzała to sobie w duchu, żeby przypadkiem nie zapomnieć. Nie wolno było lekceważyć... przeciwnika? Nowej szefowej?
Oprócz niej, Cécile i Frederika w pomieszczeniu było jeszcze sześć innych wampirów. Mysza przyjrzała się im, próbując na wszelki wypadek nie zatrzymywać na nikim wzroku. To było prawie jak pierwszy dzień na pierwszym roku studiów, tylko towarzystwo wydawało się bardziej zróżnicowane wiekowo. Pod ścianą po lewej stały dwie kobiety, jedna z siwymi włosami i zmarszczkami wokół oczu. Miała nerwowe spojrzenie, a jej place delikatnie drgały, jakby nie dawała rady utrzymać ich w spokoju. Ubrana była podobnie jak pani gniazda, w długą czarną suknię, zakrywającą wszystko poza głową i dłońmi. Jej towarzyszka była młodsza, może nie w wampirzych latach, ale na pewno z wyglądu. Aśka obstawiała, że w chwili śmierci mogła mieć dwadzieścia kilka, może trzydzieści lat. Ona dla odmiany sprawiała wrażenie sztucznie nieruchomej, jakby na jakichś środkach uspokajających. Patrzyła tępo przed siebie. Ubrana była w spódnicę do kostek i sweter z długimi rękawami, i Myszy z jednej strony ulżyło, że oldskulowa suknia nie jest wymogiem odzieżowym, ale z drugiej zaniepokoił ją styl. Wszystkie trzy wampirzyce były okutane od szyi w dół i żadna nie nosiła spodni. Aśka żyła w dżinsach, umarła w dżinsach i zamierzała pozostać im wierna i po śmierci.
W przypadku wampirów płci męskiej sprawa miała się lepiej. Co prawda Frederik w czarnym garniturze i białej, rozpiętej pod szyją koszuli wyglądał, jakby się urwał z reklamy markowych perfum czy innej luksusowej drożyzny, ale pozostali ubrani byli normalniej. Jeden, rozczochrany blondyn z przydługimi włosami i ostrymi rysami, miał na sobie po prostu spodnie i koszulę, niedopiętą, a jakże. Wampirzyce mogły zapinać się pod szyję, ale panowie najwyraźniej nie hołdowali takim trendom. Żaden nawet golfu nie miał.
Najbliżej ściany trzymał się gość, który najwyraźniej przywdział odzież maskującą, chcąc zniknąć na tle boazerii. Miał brązowy płaszcz, brązowe spodnie, ba, nawet włosy miał brązowe. Oczu Mysza nie mogła dojrzeć, odwracał twarz albo od niej, albo od świetlówek. Bliżej stało dwóch najbardziej normalnie wyglądających: obaj mieli na sobie dżinsy. Ten grubszy i szpakowaty nosił też sweterek jak z memów o informatykach z lat dziewięćdziesiątych. Zresztą diabli wiedzą, może na tych memach to był on... Tylko jeszcze w czasach przed zakolami. Młodszy i szczuplejszy garbił się lekko i chował dłonie w kieszeniach bluzy z kapturem. Miał łagodne rysy twarzy i lekko zwichrzone, jasnobrązowe włosy. Wyglądał najbardziej współcześnie i Aśka natychmiast postanowiła, że musi z nim koniecznie porozmawiać. Ktoś z jej czasów albo przynajmniej czasów jej najbliższych mógł mieć najsensowniejsze informacje i normalny punkt widzenia...
Bo jak na razie to Myszy coraz bardziej się tu nie podobało. Nie dość, że była martwa, to wszyscy wydawali się wyjątkowo nerwowi w towarzystwie pani gniazda, wykazywali tragiczny gust w kwestii wystroju wnętrz i wyglądało na to, że poza ultrakonserwatywnymi ciuchami w gnieździe obowiązywała też segregacja płciowa.
Aśka miała wrażenie, że w filmach wampiry były bardziej luzackie, lepiej ubrane i rozpustne. Sabina miała cały jeden slajd z animacją fajerwerków i migoczącym napisem "Wampiry nie zarażają się chorobami przenoszonymi drogą płciową! Gratulacje!" i kolejny o niemożności zachodzenia w ciążę oraz ujemnej jakości pośmiertnego nasienia. Mysza czuła się nimi trochę straumatyzowana, a teraz także urażona. Znosiła te trzy minuty głębokiej żenady po nic?
Mademoiselle Cécile uznała chyba, że dość już dała Aśce czasu na przyswojenie nowej, dobrze oświetlonej rzeczywistości.
- Żoanie!
Mysza natychmiast stanęła na baczność, zanim Frederik zdążył choćby chrząknąć.
- Witaj wśród nas, Żoanie - mówiła dalej Cécile głosem, który miał chyba uchodzić za dobrotliwy i matczyny, a był irytująco wymodulowany. - Witaj w swoim gnieździe, witaj w swoim nowym domu na wieczność!
No raczej nie, poprawiła ją w duchu Aśka, starając się ze wszystkich sił zachować neutralny, a nawet lekko przyjemny wyraz twarzy. Podejrzewała, że jedyne, co jej się udało, to zrobić minę tępego cielęcia, ale może i tak było lepiej. Niech ją mają za cielę, nie będą jej tak pilnować...
- Jesteśmy dziećmi nocy, ale też dziećmi światła - oznajmiła z przejęciem pani wampirów. - Odzyskujemy to, co utraciliśmy, odradzając się w mroku. To, co warto odzyskać, Żoanie, tylko to. Słońce nie chce dla nas świecić, ale my jesteśmy od niego mądrzejsi. Pętamy jego blask i pławimy się w nim!
Zamilkła w sposób znaczący. Pozostali zebrani posłusznie zaczęli wydawać z siebie aprobujące pomruki. Półprzytomna laska robiła to najgłośniej.
Chórek w końcu umilkł, Cécile też milczała. Wszyscy patrzyli na Aśkę i do Myszy dotarło, że nie ma bata, musi coś powiedzieć.
- Dziękuję - powiedziała, starając się brzmieć dostojnie i wdzięcznie. - To wszystko jest bardzo... manifik i jestem oszołomiona.
Inwencja jej się skończyła, ale na szczęście pani Cécile nie wymagała niczego więcej. Ucieszona odpowiedzią Aśki, zaklaskała w dłonie.
- Frederik - westchnęła wampirzyca, wyciągając smukłą dłoń o długich palcach w stronę przewodnika Myszy.
Zaraz pojawił się przy niej, zgięty w ukłonie.
- Pablo - warknął. - Oprowadź Żoanie po gnieździe.
Młody w dżinsach posłusznie wystąpił naprzód i ruszył do wyjścia, po drodze sztywno składając ukłon przed panią. Aśka dygnęła i wycofała się rakiem za swoim przewodnikiem. Dopiero gdy zamknięto za nimi drzwi, odważyła się odwrócić i przyjrzeć Pablowi.
Był średniego wzrostu, tak jak ona. Musiał ulec zwampirzeniu, kiedy miał dwadzieścia, góra dwadzieścia parę lat. Miał okrągłą, sympatyczną twarz i smutne piwne oczy. Nerwowo mierzwił ręką włosy, jeszcze bardziej je rozczochrując.
- Słuchaj... - zaczęła Aśka.
Spojrzał na nią tak ostro, że zaraz zamilkła. Cholera, czyżby pomyliła się co do niego? Miał już wyprany mózg, wierzył w porządek dziobania, bał się pani?
Pablo przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie. Potem wskazał na swoje ucho i na drzwi.
Zapomniała! Sabina o tym mówiła, trochę wyostrzone zmysły! Ba, podkreślała jeszcze, że tylko trochę i żeby Aśka sobie nie myślała, że dojrzy, jak ktoś wywozi hobbitów do Isengardu. Jednak wspominała też, że to postępuje z wiekiem... Co oznaczało, że Mysza może nie miała superzmysłów, ale jej gospodarze mogli ją słyszeć nawet przez ciężkie, zamknięte drzwi.
- To miejsce spotkań - powiedział sztywno Pablo. - Tutaj mademoiselle Cécile przyjmuje audiencje i tu spotykamy się, gdy ma nam do przekazania coś ważnego. Mademoiselle Cécile nazwała ją salą światła.
- Aha. - Aśka starała się brzmieć, jakby ją to wszystko szalenie fascynowało i interesowało, a nie jak ktoś, kto najbardziej na świecie chciałby się dowiedzieć, gdzie są drzwi.
- Gniazdo jest domem naszej wspólnoty, w którym znajdujemy spokój i bezpieczeństwo... - Pablo ruszył korytarzem przed siebie, monotonnym głosem wygłaszając monolog przewodnika i nie patrząc, czy Mysza idzie za nim.
Poszła, oczywiście. Nie była pewna, czy idą tym samym korytarzem, którym wcześniej prowadził ją Frederik... Z powodu boazerii i braku okien wszystko wyglądało identycznie.
- ...mieszkamy razem, żywimy się razem i razem trwamy w wieczności, niczym jedna wielka, szczęśliwa rodzina...
W tym ostatnim zabrzmiała nutka sarkazmu, Mysza dałaby sobie za to kieł wyrwać.
- ... nasza wspólnota jest dla nas najwyższą wartością...
- O co chodzi z tą boazerią? - przerwała mu Aśka. Obawiała się, że jeśli wampir nadal będzie wygłaszał tę natchnioną gadkę, to ona w końcu straci cierpliwość i palnie coś nietaktownego w zasięgu słuchu osób, które nie powinny jej słyszeć. - I skąd w ogóle wiesz, dokąd iść? Każdy korytarz wygląda tak samo.
- Mademoiselle Cécile wybrała wystrój wnętrz - powiedział z naciskiem Pablo - tak, aby jej gniazdo mieszkało w jak najlepszych warunkach. Ma niesamowite wyczucie, jeśli chodzi o urządzanie naszego domu.
Nie musiał aż tak tego podkreślać, do Myszy od razu dotarło, że wątpliwej jakości designu lepiej nie krytykować.
- Ale jak tu się nie zgubić?
- Za jakiś czas zaczniesz się orientować. Każdy wampir zna swoje gniazdo, zmieniające się powietrze, zapachy... Załapiesz - obiecał, trochę wypadając z roli. - A korytarze są takie ze względu na bezpieczeństwo. Gdyby ktoś obcy wdarł się do gniazda, zdołalibyśmy go powstrzymać, nim by dotarł do mademoiselle Cécile.
Kto by zdołał, ten by zdołał, Aśka nie poczuwała się do bycia mięsem armatnim...
Jej przewodnik przystanął gwałtownie.
- Jeśli nie będziemy przesadnie głośni, to tu już nas na pewno nie usłyszą - powiedział.
Mysza odetchnęła. W końcu mogła trochę wyluzować, jakby ktoś jej zdjął kajdany. Oparła się plecami o ścianę.
- Słuchaj, Pablo...
- Żaden Pablo, Paweł jestem - przyznał. Stanął naprzeciw niej, też wyraźnie odprężony. - Ta sta... Mademoiselle Cécile uznała, że to imię nieodpowiednie dla wampira.
Aśka trochę się z nią zgadzała, ale rozsądnie zachowała to dla siebie. Wampiry faktycznie powinny mieć bardziej... wykwintnie brzmiące imiona. To znaczy inne wampiry. Ona bardzo chętnie by została przy swoim...
- Pozostałych też tak poprzezywała?
Prychnął.
- Jasne, myślisz, że Frederik to skąd się wziął? Tak naprawdę to Fryderyk, no wiesz, jak Chopin...
- Ale nie ten...
- Nie no, portretów nie przypomina... Chociaż cholera wie, mógł zafałszować... Nie - stwierdził stanowczo Paweł. - Umawiamy się, że nie. Tu i tak jest dom wariatów, nie muszą mi się postacie historyczne pchać na tapet. Ona to tak naprawdę Cecylia. On jest Fryderyk. Zachowuje wobec niej totalne posłuszeństwo, jak robot normalnie.
- Jak długo oni wszyscy są... no wiesz... martwi?
Paweł wzruszył ramionami.
- Cécile i Frederik? Strzelam, że paręset lat, ale nie wiem. Pozostali są w miarę nowi, z zeszłego stulecia. Wszyscy poza Wefcią. To ta chuda. Ma trochę nie po kolei w głowie, ale czasem gada z sensem. Od niej wiem o Fryderyku i Cecylii. I o samej Wefci...
- Wefci? Ją też Cecylia przezwała.
- Tak, ale akurat Wefcia to od Genowefy. Ona naprawdę ma tak na imię. Cécile to nie brzmiało dość światowo, więc zrobiła z niej Żenewię. Wefcia jest z nimi już jakieś półtora wieku i jej to zaszkodziło na głowę. Innym też już zaszkodziło, a są tu ledwie kilkadziesiąt lat...
- A ty?
- Niecały rok - westchnął ciężko. - I jeszcze się trzymam, ale jak sobie pomyślę, że czeka mnie cała wieczność tutaj, to... sam nie wiem. Kiedyś w końcu może wyjdę zobaczyć prawdziwe słońce...
- Nie! No weź, nie planuj takich rzeczy, zadzwoń na telefon zaufania albo po prostu się stąd zmyj!
- Nie da się. Myślisz, że nie próbowałem? Mam stąd trzydzieści kilometrów do domu. I dupa, nie ma opcji. Wymykałem się, uciekałem, próbowałem, już sam nie wiem ile razy. Frederik zawsze mnie znajdzie. I zaprowadzi do Cécile. A ona... Ona nie lubi, jak jej wampiry są nielojalne i próbują uciec...
W jego głosie brzmiało coś takiego, że Aśka bała się pytać, co mu zrobiła pani gniazda. Zresztą sama chyba wolała tego nie wiedzieć. Jeszcze by się zawahała.
- To jest kult - stwierdziła nagle. - To jest normalnie kult i sekta. Widziałam taki dokument na Netfliksie... No, normalnie jakby oni też go oglądali... Czekaj, wampiry mają streamingi?
- Wyzbyliśmy się kajdan śmiertelności - powiedział grobowo Paweł. Mysza prawie dostała apopleksji i zeszła z tego świata po raz drugi. Jak to tak, bez seriali... - Nie panikuj, mamy - dodał już normalnym głosem. - Cécile nic o tym nie wie, ale ona nie kuma większości technologii. Właściwie poza światłem elektrycznym żadnych wynalazków, tak od dziewiętnastego wieku do teraz, nie przyswaja. Frederik ogarnia wszystkie przyziemne, techniczne sprawy i nieoficjalnie wie, że mamy telewizję, ale nic o tym nie wspomina. Jakby nam odciął streamingi, to chyba miałby bunt w gnieździe... Tu w ogóle nie ma co robić poza oglądaniem seriali. No, książki można jeszcze czytać albo grać w szachy. Planszówek nie ma, są zbyt nowoczesne. Komputerów też. Między ludzi wychodzimy rzadko, bo jeszcze jesteśmy niedouczeni...
- Za mało zindoktrynowani - podsunęła Mysza.
- Może też - zgodził się Paweł. - W każdym razie sami nie możemy, tylko z doświadczonym wampirem. I nie co noc. Krew musisz wypić tak z raz na tydzień-dwa i nie musi być z człowieka.
Aśką aż zatrzęsło z oburzenia.
- Tylko mi nie mów, że okradamy banki krwi? Tam i tak jest bieda, co chwilę są komunikaty, że krwi brakuje, jeśli mi powiesz, że to przez wampiry, to sama kołek wezmę...
- Co ty, Cécile to pewnie nawet nie wie, że istnieją banki krwi. Ale zdarza się, że Frederik wychodzi sam polować, czasem z Anielą albo Mateuszem, a reszta dostaje swój przydział. Mówią, że to dla naszego bezpieczeństwa. Aniela i Mateusz to Anella i Mathieu.
- Jestem prawie pewna, że to "u" na końcu powinno być nieme...
Paweł wzruszył ramionami.
- Cecylia jest antytalentem językowym, mówi tylko po polsku. Czasem wtrąca dziwne słowa, które nie brzmią tak, jak powinny. Imiona też jej nie wychodzą, ale nikt się nie odważył tego powiedzieć. A ona chyba myśli, że niepolskie brzmią lepiej. Wiesz, tak bardziej światowo i wampirzo, i w ogóle. Bo taki Vlad Dracula z Transylwanii to jest coś, od razu wiadomo, że poważny gość. A kto by się przejął Pawłem Cieleckim z Brzegu, albo w ogóle uwierzył, że on jest wampirem...
- Ja - powiedziała Aśka. - Ja bym uwierzyła, bo cię poznałam i wiem, że masz na imię Paweł i masz kły. I bycie jakąś Żoanie nie zrobi ze mnie lepszego krwiopijcy. Nie zwracaj się tak do mnie w ogóle...
- Muszę. - Paweł się skrzywił. - Mademoiselle jest na tym punkcie naprawdę bardzo czuła. Najpierw palnie ci kazanie o porzuceniu śmiertelnej tożsamości, a potem każe Frederikowi cię ukarać. Dla twojego własnego dobra, tak to tłumaczy. I serio, nie chcesz zasłużyć w jej oczach na karę, uwierz mi. Więc gratulacje, spędzisz wieczność jako Żoanie jakaśtam, a ja jako Pablo Cielecki.
- Myszkowska - przedstawiła się odruchowo Aśka. - Joanna Myszkowska, ale wolę Aśka albo Mysza.
Paweł uśmiechnął się do niej krzywo i trochę smutno.
- Będę o tym pamiętał przez całą tę cholerną wieczność, która nas tu czeka - zapewnił.