W stronę Swanna - Marcel Proust

Kup ebooka

39.90 zł
34.31 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od tłumacza

Ka­rie­ra pi­sar­ska Pro­usta szła dro­gą dość nie­zwy­kłą. Za­czę­ła się sto­sun­ko­wo póź­no, prze­rwa­ła ją woj­na, po­tem prze­cię­ła ją ry­chła śmierć. Ale, mimo że w chwi­li zgo­nu nie­zna­ne było jesz­cze w ca­ło­ści jego dzie­ło, już nie­po­dob­na było wąt­pić, że od­szedł ar­ty­sta i my­śli­ciel na mia­rę naj­więk­szych; już Pro­ust za­wa­żył jak mało któ­ry z pi­sa­rzy na swo­jej epo­ce. Tuż po śmier­ci Pro­usta za­czę­to gro­ma­dzić - z nie­za­wod­ną pew­no­ścią ich zna­cze­nia - do­ku­men­ty ty­czą­ce pi­sa­rza i czło­wie­ka, li­sty, wspo­mnie­nia, tra­dy­cje ust­ne.

Rów­no­cze­śnie za­czę­ła na­ra­stać le­gen­da. Nie ma dziś czy­tel­ni­ka - a może i nie czy­tel­ni­ka - Pro­usta, któ­ry by nie wie­dział o jego cho­ro­bie, o jego świa­to­wych suk­ce­sach, o jego póź­niej­szym od­osob­nie­niu, o jego do­stat­ku, hoj­no­ści, neu­ra­ste­nii, dzi­wac­twach, o he­ro­izmie wresz­cie, z ja­kim do ostat­nie­go tchnie­nia pra­co­wał, uzu­peł­niał swo­je dzie­ło, spo­żyt­ko­wu­jąc jako ma­te­riał twór­czy wła­sne cier­pie­nie, nie­mal wła­sną śmierć.

Parę ści­ślej­szych dat nie­wie­le przy­da do tego ob­ra­zu. Pro­ust pra­wie nie ma bio­gra­fii; przy­najm­niej ze­wnętrz­nej. Cały mie­ści się w hi­sto­rii swo­jej my­śli, swo­je­go dzie­ła.

Uro­dzo­ny w roku 1871, syn zna­ne­go le­ka­rza i hi­gie­ni­sty pro­fe­so­ra Ad­ria­na Pro­usta, mło­dy Mar­cel zdra­dzał przed­wcze­sną in­te­li­gen­cję, któ­ra, po­łą­czo­na z ko­bie­cym wdzię­kiem i przy­mil­no­ścią, czy­ni­ła go ory­gi­nal­nym zja­wi­skiem. Ale bar­dzo wcze­śnie wy­stą­pi­ły u nie­go ob­ja­wy rzad­kiej cho­ro­by - swo­istej ast­my - któ­ra ska­za­ła go na cie­plar­nia­ny tryb ży­cia. Za­pach kwia­tów i w ogó­le ro­ślin po­mna­żał ata­ki cho­ro­by; słoń­ce było mu wro­giem; na­uczył się co­raz bar­dziej żyć w nocy, co­raz wię­cej po­słu­gi­wał się nar­ko­ty­ka­mi dla uśmie­rze­nia dusz­no­ści i spro­wa­dze­nia opor­ne­go snu. Cho­ro­ba ta mia­ła za­cią­żyć na twór­czo­ści pi­sa­rza, ak­cen­tu­jąc to, co w tej twór­czo­ści jest rzad­kie, prze­czu­lo­ne, cie­plar­nia­ne. Bez­sen­ne noce po­głę­bi­ły jego re­flek­sje, cier­pie­nie wy­ostrzy­ło jego zmy­sły. Za mło­du ma­rzył o po­dró­żach; mu­siał się roz­stać z tym ma­rze­niem: poza wy­ciecz­ką do We­ne­cji i let­ni­mi po­by­ta­mi w Ca­bo­urg (opi­sa­ne w jego po­wie­ściach jako Bal­bec) nie ru­szał się z Pa­ry­ża. Na­mięt­ność po­dró­ży prze­two­rzył na ową po­dróż w cza­sie, jaką jest jego dzie­ło.

Za mło­du Pro­ust - wspo­ma­ga­ny w tym przez ro­dzi­ców - sta­rał się wal­czyć ze swo­ją cho­ro­bą. Uczęsz­czał do ko­le­gium; od­był - zła­go­dzo­ną co praw­da przez względ­ność prze­ło­żo­nych - jed­no­rocz­ną służ­bę woj­sko­wą, brał udział w ży­ciu li­te­rac­kim mło­dych. Wraz z kil­ko­ma przy­ja­ciół­mi - mię­dzy nimi Flers, Bar­bus­se, Da­niel Ha­lévy, Gregh, Leon Blum - za­kła­da pi­smo Le Ba­nqu­et; ar­ty­ku­ły, któ­re po­miesz­cza w tym pi­śmie mło­dy Pro­ust, zdra­dza­ją żywą cie­ka­wość in­te­lek­tu­al­ną i sze­ro­kie oczy­ta­nie, zwłasz­cza w pi­śmien­nic­twie ob­cym.

Po­tem po­cią­ga go ży­cie świa­to­we. Jak gdy­by wie­dzio­ny in­stynk­tem przy­szłej twór­czo­ści, Pro­ust wcho­dzi w ary­sto­kra­tycz­ne sfe­ry Pa­ry­ża. Oso­bi­sty urok i za­le­ty to­wa­rzy­skie otwie­ra­ją mu naj­bar­dziej za­mknię­te sa­lo­ny. Mło­dy Mar­cel sta­je się du­szą ze­brań; bły­sko­tli­wo­ścią roz­mo­wy, we­rwą swo­ich słyn­nych pa­ro­dii i imi­ta­cji umie oży­wić ten "świat nu­dów". Za­pusz­cza się w sa­lo­ny li­te­rac­kie, ba­wiąc się ich śmiesz­nost­ka­mi, ale umie­jąc oce­nić usłu­gi, ja­kie od­da­ją prze­ni­ka­niu sztu­ki. Ocie­ra się o wiel­ki pół­świa­tek, urze­ka­ją­cy ar­ty­stę cie­plar­nia­ną po­ezją mody, stro­ju, zbyt­ku, wdzię­kiem nie­trwa­łe­go kwia­tu. Chęt­nie od­wie­dza La­sek Bu­loń­ski, gdzie słyn­ny "Boni" i ksią­żę de Sa­gan sta­no­wi­li wów­czas cen­trum świa­ta ele­gan­cji. Mło­dy Pro­ust wy­da­wał u sie­bie obia­dy, gdzie wo­bec naj­wy­twor­niej­sze­go to­wa­rzy­stwa po­eci mó­wi­li sub­tel­ne wier­sze.

Ogrom­ną rolę w ży­ciu Pro­usta gra­ła przy­jaźń. Przy­jaź­nił się z wie­lo­ma ko­bie­ta­mi i z wie­lo­ma męż­czy­zna­mi; wkła­dał w te przy­jaź­nie bar­dzo wie­le; czu­ły, od­da­ny, usłuż­ny, za­sy­py­wał swo­ich przy­ja­ciół grzecz­no­ścia­mi, kwia­ta­mi, upo­min­ka­mi; to znów, wraż­li­wy jak mi­mo­za, ura­żał się lada czym lub lę­kał się, że ko­goś ura­ził, i wów­czas nie było koń­ca li­stom z wy­mów­ka­mi, prze­pro­si­na­mi, ko­men­ta­rza­mi.

Po­wo­dze­nia te od­da­li­ły Pro­usta od daw­nych to­wa­rzy­szy, któ­rzy nie­ba­wem przy­cze­pi­li mu nie­bez­piecz­ną ety­kiet­kę świa­tow­ca, dy­le­tan­ta, sno­ba. Pierw­szą jego książ­kę Les Pla­isirs et les Jo­urs, zbyt­kow­nie wy­da­ną, z grzecz­no­ścio­wą przed­mo­wą sa­me­go Ana­to­la Fran­ce'a, rów­nież przy­ję­to jako wcza­sy za­moż­ne­go ama­to­ra. Zde­cy­do­wa­no ry­chło, że z Pro­usta nig­dy nic nie bę­dzie. Nie mo­gły zmie­nić tej opi­nii kro­ni­ki "świa­to­we" - dziś in­a­czej oce­nia­ne - ja­kie po­miesz­czał w Le Fi­ga­ro pod pseu­do­ni­mem "Ho­ra­tio", ani na­wet prze­kład Ru­ski­na, w któ­rym uto­pił sześć lat ży­cia, opa­tru­jąc pi­sma Ru­ski­na ob­szer­ny­mi przed­mo­wa­mi. Pro­ust czuł tę opi­nię o so­bie, za­pew­ne cier­piał od niej, może ją po­dzie­lał. Lata bie­gły, ten i ów z daw­nych to­wa­rzy­szy stał się gło­śny lub sław­ny, pod­czas gdy on... W sa­mym ty­tu­le jego utwo­ru czuć, że ten "stra­co­ny czas" mu­siał mu być bo­le­sny.

A jed­nak trud­no o czas mniej stra­co­ny, bar­dziej wy­peł­nio­ny, wy­daj­niej­szy! Świa­do­mie czy nie, Pro­ust przy­go­to­wy­wał w nim swo­je dzie­ło. In­stynk­tow­nie ob­rał te­ren, na któ­rym "ko­me­dia ludz­ka", ma­ją­ca być przed­mio­tem jego książ­ki, naj­do­stęp­niej­sza była ob­ser­wa­cji. Za­cie­ka­wio­ny, roz­ba­wio­ny, ma­ją­cy dar eg­zo­ty­zo­wa­nia po­wsze­dnio­ści, Pro­ust ob­ser­wo­wał nie­stru­dze­nie; ze­sta­wiał fak­ty, oby­cza­je, aneg­do­ty, chwy­tał na go­rą­cym uczyn­ku sto­sun­ki lu­dzi mię­dzy sobą, do­raź­nie opa­try­wał je swo­istym fi­lo­zo­ficz­nym ko­men­ta­rzem i ma­ga­zy­no­wał wszyst­ko w swo­jej zdu­mie­wa­ją­cej pa­mię­ci. Do­ku­men­to­wał się na wszel­kie spo­so­by. Bo po­chło­nię­ty prak­tycz­ną ob­ser­wa­cją "wy­żyn spo­łecz­nych", Pro­ust pro­wa­dzi rów­no­cze­śnie swo­ją an­kie­tę na in­nym pla­nie; ulu­bio­ną jego pa­sją były roz­mo­wy ze służ­bą, z gar­so­na­mi mod­nych re­stau­ra­cji. Pod­szew­ka bo­ga­te­go wierz­chu.

Oko­ło roku 1905, po śmier­ci uko­cha­nej mat­ki, Pro­ust co­raz bar­dziej za­czął się od­su­wać od świa­ta. Po roz­bi­ciu się domu ro­dzin­ne­go - ojca stra­cił już kil­ka lat przed­tem - prze­niósł się na Bo­ule­vard Haus­smann, wy­na­jął duże miesz­ka­nie, stło­czył wszyst­kie me­ble ra­zem, sam zaś osiadł w jed­nym po­ko­ju, któ­ry ka­zał wy­słać kor­kiem dla uzy­ska­nia ci­szy, ale nig­dy nie zdo­był się na to, aby dać obić ko­rek ta­pe­tą. Me­ble po­kry­wa­ły się ku­rzem, łóż­ko i pod­ło­ga pa­pie­ra­mi, gdy Pro­ust, co­raz bar­dziej ode­rwa­ny od wszyst­kie­go, co nie było jego dzie­łem, za­czął go­rącz­ko­wo pi­sać. Od­tąd je­że­li się po­ja­wiał w świe­cie, to prze­waż­nie po to, aby spraw­dzić ja­kiś szcze­gół swe­go utwo­ru, zdo­być po­trzeb­ną in­for­ma­cję. Cho­ro­ba jego ro­bi­ła po­stę­py, spie­szył się. Za­wsze dy­go­cą­cy od zim­na, w cięż­kim fu­trze, za­ro­śnię­ty, daw­ny che­ru­bin zja­wiał się cza­sem jak upiór na ja­kimś ary­sto­kra­tycz­nym balu, któ­re­go uczest­ni­cy nie wie­dzie­li, że może po­zu­ją w tej chwi­li do nie­śmier­tel­ne­go ob­ra­zu. Bli­skim jego wia­do­mo było, że pi­sze, ale nikt nie wie­dział co, nikt nie in­te­re­so­wał się tym zbyt­nio. Pro­ust na­ło­żył so­bie tę rzad­ką i wy­ma­ga­ją­cą du­że­go har­tu dys­cy­pli­nę, aby nie roz­po­cząć dru­ku, do­pó­ki nie ukoń­czy ca­ło­ści. Pi­sał lat sie­dem czy osiem, za­nim po­ło­żył kre­skę pod ostat­nim ustę­pem ostat­nie­go tomu. I wów­czas za­czę­ła się nowa trud­ność. Kto od­wa­ży się wy­dać sześć to­mów pana Pro­usta, nie­zna­ne­go, i go­rzej niż nie­zna­ne­go, bo zdys­kre­dy­to­wa­ne­go swy­mi świa­to­wy­mi ko­nek­sja­mi? In­te­lek­tu­al­na i od­waż­na No­uvel­le Re­vue Fra­nça­ise zwra­ca mu skrypt (jak się póź­niej oka­za­ło, bez czy­ta­nia): cze­góż spo­dzie­wać się po in­nych! Nie chcą Pro­usta w Mer­cu­re de Fran­ce; księ­garz Fa­squ­el­le orze­ka, że utwór pana Pro­usta "zbyt róż­ny jest od tego, co pu­blicz­ność na­wy­kła czy­tać"; inni zby­wa­ją za­moż­ne­go ama­to­ra drwi­na­mi. Pro­ust był istot­nie - zwłasz­cza po śmier­ci ojca - czło­wie­kiem wię­cej niż za­moż­nym i mógł bez trud­no­ści wy­dać swo­je dzie­ło wła­snym kosz­tem; ale przy­ja­cie­le od­ra­dza­li mu to jako coś, co de­pre­cjo­nu­je książ­kę i au­to­ra. W koń­cu, zre­zy­gno­wa­ny Pro­ust znaj­du­je wy­daw­cę, któ­ry de­cy­du­je się - dać fir­mę, o ile au­tor po­kry­je kosz­ta. W roku 1913 uka­zu­je się pierw­sza część W Po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su, pod nie­wdzięcz­niej­szym jesz­cze ty­tu­łem W stro­nę Swan­na. Kry­ty­ka, poza jed­nym ar­ty­ku­łem So­udaya, za­cho­wu­je głę­bo­kie mil­cze­nie, gło­śny zaś en­tu­zjazm paru przy­ja­ciół Pro­usta na­stra­ja in­nych tym opor­niej.

Ale po­wo­li krąg zwo­len­ni­ków tej książ­ki, ura­ża­ją­cej w isto­cie wszyst­kie przy­zwy­cza­je­nia ów­cze­sne­go czy­tel­ni­ka, roz­sze­rza się. Ktoś za­czy­na czy­tać od po­cząt­ku - i od­rzu­ca książ­kę z nie­chę­cią i zmę­cze­niem: któ­re­goś dnia po­dej­mu­je ją i otwie­ra na chy­bił tra­fił w środ­ku; czy­ta stro­ni­cę, dwie, i nie może się ode­rwać; wra­ca do po­cząt­ku, po­chła­nia ca­łość, wy­bu­cha za­chwy­tem, bie­ga z książ­ką po zna­jo­mych, wty­ka im ją w rękę, za­ra­ża ich swo­im en­tu­zja­zmem. Two­rzy się coś na kształt ka­plicz­ki Pro­usta: dru­gi tom ma już za­pew­nio­ną nie­licz­ną wpraw­dzie, ale wy­ra­fi­no­wa­ną pu­blicz­ność. Ten tom, mo­zol­nie prze­ra­bia­ny przez au­to­ra, jest wła­śnie w dru­ku: już, już ma się uka­zać - za­po­wie­dzia­no go na je­sień roku 1914 - kie­dy wy­bu­cha woj­na.

Je­że­li dla któ­re­go pi­sa­rza woj­na zda­wa­ła się ru­iną jego twór­czej eg­zy­sten­cji, to dla Pro­usta. Nie tyl­ko dla­te­go, że na kil­ka lat spa­ra­li­żo­wa­ła we Fran­cji za­in­te­re­so­wa­nia czy­sto ar­ty­stycz­ne; że od­su­nę­ła na bok książ­ki nie­zwią­za­ne z woj­ną i pro­ble­ma­ta­mi chwi­li; ale dla­te­go, że za­ra­zem uni­ce­stwia - tak się zda­wa­ło - całą przed­wo­jen­ną epo­kę, z któ­rej wy­ro­sło dzie­ło Pro­usta. W bom­bar­do­wa­nym Pa­ry­żu, gnę­bio­ny swo­ją mor­der­czą ast­mą, nie­zdol­ny do no­sze­nia bro­ni i tym bar­dziej obo­la­ły od biu­le­ty­nów zwia­stu­ją­cych mu śmierć wie­lu bli­skich, Pro­ust po­zo­stał sam ze swo­im bied­nym rę­ko­pi­sem. Mniej wie­rzą­cy w swo­je po­słan­nic­two au­tor rzu­cił­by go może w ogień; Pro­ust wziął go na nowo na warsz­tat i po­gru­bił nie­mal do czte­ro­krot­nej ob­ję­to­ści. Sko­rzy­stał z per­spek­tyw chwi­li, z no­wych sta­nów du­szy i no­wej na­uki ży­cia, aby wzbo­ga­cić swo­je dzie­ło. Tyl­ko pierw­sza, po­przed­nio wy­da­na część po­zo­sta­ła w pier­wot­nej po­sta­ci; dal­sze czte­ry tomy mia­ły się roz­róść do czter­na­stu.

Krwa­we lata mi­nę­ły wresz­cie. Pro­ust wkle­jał co­raz nowe kar­ty mię­dzy wier­sze daw­ne­go rę­ko­pi­su. Je­den z re­dak­to­rów No­uvel­le Re­vue Fra­nça­ise, Ja­cqu­es Ri­vi­?re, prze­czy­tał tym­cza­sem ów pierw­szy tom Pro­usta - w obo­zie jeń­ców w Niem­czech, i za­wsty­dził się lek­ce­wa­że­nia, z ja­kim wy­daw­nic­two jego od­nio­sło się do tej re­we­la­cyj­nej książ­ki. Już nie mo­gło być mowy o tym, aby ka­zać Pro­usto­wi do­pra­szać się ła­ski wy­daw­ców. I pra­wie rów­no­cze­śnie z za­wie­sze­niem bro­ni - rzecz mo­żeb­na je­dy­nie we Fran­cji, jesz­cze dy­mią­cej krwią, a tak cu­dow­nie ży­wot­nej i uf­nej - pierw­szą książ­ką, któ­ra się uka­za­ła - w li­sto­pa­dzie 1918 r. - był dal­szy ciąg utwo­ru Pro­usta, pod jak­że eg­zo­tycz­nym w sto­sun­ku do chwi­li ty­tu­łem: A l'ombre des jeu­nes fil­les en fleurs. I w na­stęp­nym roku - 1919 Za­kwi­ta­ją­ce dziew­czę­ta Pro­usta zdo­by­wa­ją na­gro­dę Gon­co­ur­tów, ma­jąc za ry­wa­la Do­rge­l?sa i jego Drew­nia­ne krzy­że. Ofi­cjal­na kon­se­kra­cja pi­sa­rza, któ­ra nie roz­bra­ja nie­chęt­nej kry­ty­ki. "Tym ra­zem - pi­sze któ­ryś - Gon­co­ur­to­wie dali na­gro­dę pi­sa­rzo­wi na­praw­dę nie­zna­ne­mu. Nie jest mło­dy, ale nie­zna­ny jest i nie­zna­ny po­zo­sta­nie...". A rów­no­cze­śnie pocz­ta przy­no­si Pro­usto­wi kil­ka­set li­stów z wy­ra­za­mi ra­do­ści i en­tu­zja­zmu ze wszyst­kich kra­jów.

Od­tąd Pro­ust wcho­dzi w sła­wę. Sta­je się żywą le­gen­dą, mi­tem; kur­su­ją aneg­do­ty o nim, o jego szcze­gól­nym try­bie ży­cia, wy­ni­kłym prze­waż­nie z cho­ro­by. Zjeż­dża­ją się z da­le­ka jego en­tu­zja­ści, aby go uj­rzeć, po­znać. Ale na próż­no. Tra­wio­ny nie­ubła­ga­ną cho­ro­bą, Pro­ust ma przed sobą tyl­ko parę lat, któ­re musi cał­ko­wi­cie od­dać swe­mu dzie­łu. Za­czy­na się tra­gicz­ny wy­ścig mię­dzy pi­sa­rzem a śmier­cią. Pro­ust - jak Bal­zac - w ko­rek­cie zwłasz­cza daje osta­tecz­ny kształt każ­dej stro­ni­cy; czy zdo­ła do­koń­czyć, czy zdą­ży do­pro­wa­dzić druk do koń­ca, to je­dy­na rzecz, jaka go in­te­re­su­je. Po Stro­nie Gu­er­man­tes uka­zu­ją się w 1922 r. trzy tomy So­do­my i Go­mo­ry - "jed­na z naj­śmiel­szych ksią­żek, ja­kie ist­nie­ją", po­wia­da jego mo­no­gra­fi­sta Pier­re-Qu­int. Ale to są ostat­nie tomy, ja­kie wy­szły za jego ży­cia. Pro­ust umie­ra w li­sto­pa­dzie 1922 r., li­cząc za­le­d­wie pięć­dzie­siąt je­den lat.

Po śmier­ci pi­sa­rza po­zo­stał trud do­pro­wa­dze­nia do koń­ca dru­ku dzie­ła z po­zo­sta­wio­nych rę­ko­pi­sów, za­gma­twa­nych po­praw­ka­mi, spęcz­nia­łych od do­pi­sków. Trwa­ło to kil­ka lat; ostat­nia część uka­za­ła się w roku 1927. Każ­dy tom po­mna­żał za­chwyt nad dzie­łem, od­sła­niał nowe per­spek­ty­wy, roz­wi­jał po­przed­nio za­zna­czo­ne mo­ty­wy, ujaw­niał głę­bo­ko prze­my­śla­ny plan. Ostat­nie tomy - Czas od­na­le­zio­ny - uwień­czy­ły wresz­cie ca­łość niby ko­pu­ła. Dzie­ło Pro­usta ob­ja­wi­ło się w ca­ło­ści, im­po­nu­ją­ce, nie­po­dob­ne do ni­cze­go w li­te­ra­tu­rze świa­ta. Po­pu­lar­ność jego ro­sła - licz­ba na­kła­dów wska­zu­je dziś cy­fry się­ga­ją­ce stu kil­ku­dzie­się­ciu kil­ku ty­się­cy. Mno­żą się prze­kła­dy na ję­zy­ki obce. "Kto szu­ka ge­nial­no­ści, ten w sfe­rze fran­cu­skiej po­wie­ści znaj­dzie ją tyl­ko u Pro­usta" - pi­sze o nim E. R. Cur­tius. A po uka­za­niu się ca­ło­ści jego dzie­ła po nie­miec­ku inny kry­tyk mówi: "Pro­ust jest - po­wiedz­my to wręcz - naj­więk­szym po­etą współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry eu­ro­pej­skiej".

Utwór W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su za­my­ka - poza pa­ro­ma to­ma­mi kro­nik i ese­jów - wszyst­ko, co wy­szło spod pió­ra Pro­usta. Obej­mu­je w ory­gi­na­le 16 du­żych to­mów. Dzie­li się na sie­dem czę­ści, każ­da po parę to­mów. Ty­tu­ły tych czę­ści brzmią: 1. W stro­nę Swan­na; 2. W cie­niu za­kwi­ta­ją­cych dziew­cząt; 3. Stro­na Gu­er­man­tes; 4. So­do­ma i Go­mo­ra; 5. Nie­wol­ni­ca; 6. Nie ma Al­ber­ty­ny; 7. Czas od­na­le­zio­ny.

Nie za­mie­rzam tu pod­jąć ana­li­zy dzie­ła Pro­usta, któ­re do­pie­ro stop­nio­wo i po­wo­li znaj­dzie się w rę­kach pol­skich czy­tel­ni­ków. W tej chwi­li by­ło­by to przed­wcze­sne. Pra­gnę je­dy­nie w naj­prost­szych sło­wach za­zna­czyć plan ca­ło­ści, a ra­czej zwró­cić uwa­gę na wie­lość płasz­czyzn, na któ­rych po­ru­sza się twór­cza myśl pi­sa­rza. Myśl ta "jest tak zło­żo­na, że ujaw­nia się aż bar­dzo póź­no, kie­dy wszyst­kie te­ma­ty za­czną się kom­bi­no­wać", pi­sał sam Pro­ust, tro­ska­jąc się, że dzie­ło jego nie bę­dzie od po­cząt­ku zro­zu­mia­ne.

Nie są­dzę, aby to nie­bez­pie­czeń­stwo gro­zi­ło pierw­szej czę­ści, któ­ra, za­mknię­ta nie­mal sama w so­bie, two­rzy ra­czej uro­cze pre­lu­dium niż uwer­tu­rę do tej ogrom­nej kom­po­zy­cji. Wpro­wa­dza nas w nią oso­ba opo­wia­da­ją­ce­go, cały bo­wiem utwór po­my­śla­ny jest w for­mie jak gdy­by pa­mięt­ni­ka. Pro­ust bie­rze jako prze­wod­ni­ka swe­go so­bo­wtó­ra, da­jąc mu wła­sne cho­ro­wi­te i prze­wraż­li­wio­ne dzie­cięc­two, wła­sne - za­le­d­wie nie­co prze­two­rzo­ne - wspo­mnie­nia ro­dzin­ne. Ale w ogó­le nie py­taj­my zbyt­nio o "re­alia", nie py­taj­my o chro­no­lo­gię, prze­ciw któ­rej au­tor świa­do­mie i roz­myśl­nie wy­kra­cza. Z dziec­ka ura­sta chło­piec, któ­ry czy­ni pierw­sze nie­śmia­łe kro­ki w świe­cie; po­tem roz­sze­rza się krąg jego zna­jo­mo­ści; wcho­dzi - jak sam Pro­ust - w ary­sto­kra­tycz­ne to­wa­rzy­stwo, ocie­ra się o świat dwu­znacz­nych uczuć przez de­spo­tycz­ne­go pana de Char­lus i nie­uchwyt­ną Al­ber­ty­nę; prze­cho­dzi męki mi­ło­ści i za­zdro­ści, ła­mie się ze swo­im twór­czym po­wo­ła­niem, aż wresz­cie mi­raż ży­cia roz­ta­pia się dlań w je­dy­nej praw­dzie sztu­ki. Do­ko­ła tej fi­gu­ry opo­wia­da­ją­ce­go, któ­ra to wy­su­wa się na pierw­szy plan, to gi­nie w cie­niu, gru­pu­je się cały świat Pro­usta. W mia­rę uka­zy­wa­nia się to­mów dzie­ła czy­tel­ni­cy roz­ma­wia­li o jego fi­gu­rach jak o swo­ich oso­bi­stych zna­jo­mych, po­dob­nie jak sto lat wprzó­dy o fi­gu­rach Bal­za­ka. Po­sta­cie te, mniej licz­ne niż u Bal­za­ka, ale pul­su­ją­ce nie mniej na­si­lo­nym ży­ciem, prze­su­wa­ją się w kar­tach po­wie­ści po­przez róż­ne tomy; aby uła­twić czy­tel­ni­kom orien­to­wa­nie się w tym "ru­chu lud­no­ści" uczy­nił Char­les Dau­det dla Pro­usta to, co swe­go cza­su uczy­nio­no dla Ko­me­dii Ludz­kiej; wy­dał sko­ro­widz osób i ich udzia­łu w ak­cji po­wie­ści; sko­ro­widz, na­wia­sem mó­wiąc, nie­wol­ny od prze­oczeń i błę­dów.

Po­sta­cie ży­ją­ce na kar­tach Pro­usta po­sia­da­ją ta­kie zna­mię praw­dy, że pu­blicz­ność chcia­ła się w nich do­pa­try­wać au­ten­tycz­nych wi­ze­run­ków. Plot­ka szu­ka­ła wzo­rów mię­dzy zna­jo­my­mi pi­sa­rza. Ale Pro­ust bro­nił się prze­ciw ta­kie­mu zwę­ża­niu praw­dy ar­ty­stycz­nej, pod­kre­śla­jąc syn­te­tycz­ny cha­rak­ter każ­dej z fi­gur, w któ­rą wcho­dzi­ły rysy wie­lu ży­wych osób, aby stwo­rzyć po­stać od­dy­cha­ją­cą ze­sto­krot­nio­nym ży­ciem fik­cji. Je­den tyl­ko jest tu por­tret nie­wąt­pli­wy - oczy­wi­ście też spo­twor­nia­ły i wy­ol­brzy­mio­ny: to ów póź­niej­szy ba­ron de Char­lus (w pierw­szej czę­ści na­wet się nie za­po­wia­da jego dal­szy cha­rak­ter), do któ­re­go dał Pro­usto­wi na­tchnie­nie gło­śny świa­to­wiec i po­eta, Ro­bert de Mon­te­squ­iou. Nie pierw­szy to raz przy­szło mu po­zo­wać do por­tre­tu; parę dzie­siąt­ków lat wprzó­dy ten sam Mon­te­squ­iou ucho­dził za mo­del bo­ha­te­ra po­wie­ści A re­bo­urs Huy­sman­sa, "de­ka­den­ta" des Es­se­in­tes.

Ale praw­dzi­wym bo­ha­te­rem dzie­ła Pro­usta jest Czas; czas, któ­ry jest współ­czyn­ni­kiem wszyst­kich osób, współ­ak­to­rem wszyst­kich zda­rzeń; czas, któ­ry sam Pro­ust mie­ni czwar­tym wy­mia­rem. Każ­da z fi­gur prze­ży­wa na kar­tach po­wie­ści lat kil­ka­na­ście, cza­sem kil­ka­dzie­siąt; w prze­ci­wień­stwie do Bal­za­ka, któ­ry wy­do­by­wa z każ­dej po­sta­ci zwłasz­cza to, co w cha­rak­te­rze czło­wie­ka jest sta­łe i nie­zmien­ne, Pro­ust dąży do od­da­nia nie­ustan­nej płyn­no­ści sta­nów du­szy, po­zor­nych nie­kon­se­kwen­cji cha­rak­te­ru, okre­ślo­nych bar­dziej zło­żo­ny­mi, ale nie­mniej kon­kret­ny­mi pra­wa­mi. Do­cho­dzi do pa­ra­dok­su w go­to­wa­niu nam nie­spo­dzia­nek; robi so­bie po tro­sze za­ba­wę z tego, aby wszyst­ko się dzia­ło in­a­czej, niż­by moż­na przy­pusz­czać.

I jak nie mia­ło­by być w czło­wie­ku nie­ustan­nych sprzecz­no­ści, sko­ro świa­do­me jego ży­cie jest tyl­ko wciąż zmie­nia­ją­cą się wy­pad­ko­wą su­mu­ją­cych się i krzy­żu­ją­cych czyn­ni­ków pod­świa­do­mo­ści, grą wie­lo­ra­kiej dzie­dzicz­no­ści, ura­zów i kom­plek­sów dzie­cięc­twa! Rów­no­cze­śnie z Freu­dem i za­pew­ne nie zna­jąc go jesz­cze, Pro­ust od­gadł i zmi­to­lo­gi­zo­wał naj­istot­niej­sze od­kry­cia freu­dy­zmu. I jak nie­gdyś dzie­ło Bal­za­ka było ści­śle spo­wi­no­wa­co­ne ze współ­cze­sną my­ślą na­uko­wą, wy­prze­dza­jąc ją nie­raz zresz­tą, tak samo dzie­ło Pro­usta jest dzie­łem epo­ki Berg­so­na, Freu­da i Po­in­ca­régo, od­ma­te­ria­li­zo­wa­nej fi­zy­ki, re­wo­lu­cyj­nej che­mii. Ileż uczuć przed nim uwa­ża­nych za pier­wiast­ki roz­ło­ży­ła che­mia Pro­usta; ileż roz­sa­dził on ato­mów psy­chicz­nych!

Gdy mowa o dzie­le Pro­usta, raz po raz na­su­wa się na myśl Bal­zac, mimo bar­dzo głę­bo­kich mię­dzy nimi róż­nic. Jako ma­larz spo­łe­czeń­stwa, Pro­ust wy­kre­śla so­bie inne per­spek­ty­wy. Gdy w świe­cie bal­za­kow­skim naj­więk­szą część ener­gii ludz­kiej po­chła­nia wal­ka o byt, pie­niądz, prak­tycz­na am­bi­cja, u Pro­usta - może wy­ni­kło to z cie­plar­nia­nych wa­run­ków jego oso­bi­ste­go ży­cia i ze spe­cjal­ne­go te­re­nu jego ob­ser­wa­cji - wszyst­kie pra­wie dzia­ła­ją­ce oso­by po­ło­że­niem swo­im uwol­nio­ne są od gru­bych trosk ży­cia, za­bie­gi ich od­no­szą się do spraw mniej uchwyt­nych, ale tym spo­sob­niej­szych dla za­de­mon­stro­wa­nia te­atru du­szy czło­wie­ka. "Psy gry­zą się nad ko­ścią, lu­dzie nad cie­niem" - po­wia­da nasz Fre­dro. Sno­bizm do­stę­pu­je w uję­ciu Pro­usta fi­lo­zo­ficz­nej kon­se­kra­cji. Nie tyl­ko sno­bizm to­wa­rzy­ski w tra­dy­cyj­nym zna­cze­niu tego sło­wa: Pro­ust jest praw­dzi­wym mi­strzem w kom­bi­no­wa­niu jego od­cie­ni; ale sno­bizm wła­ści­wy wszyst­kim kla­som, wszyst­kim sta­nom, bę­dą­cy nie czym in­nym jak tyl­ko aurą złu­dy, w ja­kiej po­ru­sza się każ­dy czło­wiek. Nie­śmier­tel­ną mo­no­gra­fią ta­kiej złu­dy jest Don Ki­szot Ce­rvan­te­sa; otóż, wy­obraź­my so­bie stu Ki­szo­tów - każ­dy od­mien­ne­go typu - współ­ży­ją­cych z sobą, a zro­zu­mie­my in­ten­cję Pro­usta.

Ale i w ży­cie spo­łecz­ne mie­sza się współ­czyn­nik cza­su. Dzie­ło Pro­usta jest - na ogra­ni­czo­nym, ale jak­że ge­nial­nie wy­zy­ska­nym od­cin­ku - hi­sto­rią wie­lu epok; obej­mu­je wię­cej niż pół wie­ku. Się­ga­jąc po­przez mi­łość Swan­na i mło­dość Ode­ty głę­bo­ko w prze­szłość, Pro­ust do­pro­wa­dza swo­ją po­wieść aż do ostat­nich lat, wy­do­by­wa­jąc ileż bo­gactw z wie­lo­krot­ne­go prze­obra­że­nia form, oby­cza­jów, spo­so­bu my­śle­nia, mó­wie­nia i czu­cia. Nikt tak jak Pro­ust nie umiał od­two­rzyć sub­tel­ne­go za­pa­chu prze­szło­ści, od­dać, za po­mo­cą wła­ści­wo­ści sa­me­go ję­zy­ka, ko­lej­nych epok spo­ty­ka­ją­cych się ze sobą nie­raz przy jed­nym sto­le.

W na wskroś od­ma­te­ria­li­zo­wa­nej kon­cep­cji świa­ta wy­zna­wa­nej przez Pro­usta dwa są do­mi­nu­ją­ce ele­men­ty: sztu­ka i mi­łość. Sztu­ka ma swe­go fa­na­ty­ka w Pro­uście, dla któ­re­go jest ona je­dy­ną re­al­no­ścią ist­nie­nia, i to bez prze­no­śni, do­słow­nie. "La pe­ti­te phra­se" so­na­ty Vin­teu­ila jest le­it­mo­ti­vem nie tyl­ko mi­ło­ści Swan­na, ale i ca­łe­go dzie­ła Pro­usta, któ­re­go mu­zycz­ność dzia­ła chwi­la­mi na nas ze zdu­mie­wa­ją­cą siłą su­ge­stii. Co się ty­czy mi­ło­ści, sama "Mi­łość Swan­na" - za­war­ta w pierw­szej czę­ści utwo­ru - star­czy­ła­by za przy­kład, jak bar­dzo Pro­ust umiał od­no­wić ten, zda­wa­ło­by się, tak zu­ży­ty te­mat. Ileż pa­ra­dok­sal­nych od­kryć stresz­cza się w koń­co­wym wy­krzyk­ni­ku Swan­na! Mi­łość w róż­nych od­cie­niach na­sy­ca i dal­sze tomy, ale w mia­rę jak Pro­ust po­su­wa się w swo­im dzie­le, co­raz bar­dziej po­chła­nia go za­gad­nie­nie usym­bo­li­zo­wa­ne w ty­tu­le cen­tral­nej czę­ści: So­do­ma i Go­mo­ra - ho­mo­ero­tyzm. Zda­je się, że mo­tyw ten, za­zna­czo­ny w pierw­szej re­dak­cji W Po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su, roz­rósł się nie­po­mier­nie w re­dak­cji osta­tecz­nej, bę­dą­cej wy­ni­kiem po­now­ne­go wzię­cia tego utwo­ru na warsz­tat. Czy dzia­łał tu prze­łom lat wo­jen­nych, osła­bia­ją­cy nie­ty­kal­ność róż­nych tabu, czy więk­sze ode­rwa­nie się Pro­usta od świa­ta i ro­sną­ca w nim po­trze­ba bez­względ­nej praw­dy, czy może za­cho­dzą­ca w sa­mym Pro­uście - jak w jego bo­ha­te­rze Sa­int-Loup - zna­mien­na ewo­lu­cja w tej mie­rze, trud­no tu­taj roz­strzy­gać. Ta część bio­gra­fii Pro­usta wspie­ra się jak do­tąd na tra­dy­cji ust­nej; z rzad­ka po­ja­wia­ją się pi­sa­ne do­ku­men­ty, któ­re, w mia­rę jak będą się mno­ży­ły, pod do­tych­czas zna­nym ob­li­czem pi­sa­rza od­sło­nią nam może in­ne­go, tym tra­gicz­niej­sze­go Pro­usta. Nie umiem się oprzeć wra­że­niu, że sce­na mię­dzy pan­ną Vin­teu­il a jej przy­ja­ciół­ką ma ja­kiś ak­cent roz­pacz­li­wie oso­bi­sty. W nie­któ­rych czę­ściach utwo­ru czuć jak­by trans­po­zy­cje płci, na­wet kosz­tem praw­do­po­do­bień­stwa sy­tu­acji. Ho­mo­ero­tyzm we wszyst­kich od­cie­niach zaj­mu­je w dzie­le Pro­usta tak wie­le miej­sca, że mo­gło się ono wy­da­wać nie­mal mo­no­gra­fią in­wer­sji, co jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo fał­szy­we; nie­mniej fak­tem jest, że jest pierw­szym i jak­że głę­bo­kim stu­dium zja­wi­ska, któ­re­go przed Pro­ustem za­le­d­wie wa­żo­no się do­tknąć. Pro­ust zda­wał so­bie spra­wę z zu­chwal­stwa oby­cza­jo­we­go, ja­kim była ta część jego dzie­ła. "Kie­dy się zja­wi Char­lus, wszy­scy się od­wró­cą ode mnie", pi­sał w li­ście do przy­ja­cie­la. Ale kie­dy się zja­wił Char­lus, Pro­ust już nie żył. Nie spraw­dzi­ły się zresz­tą jego oba­wy; nikt chy­ba nie doj­rzy w tej czę­ści dzie­ła Pro­usta cze­go in­ne­go niż od­wa­gi i głę­bi my­śli­cie­la, ba­da­cza cho­ro­by, tym tra­gicz­niej­sze­go, je­że­li w krąg ob­ser­wa­cji rze­tel­ność każe mu wcią­gnąć sa­me­go sie­bie.

Oto prze­gląd - nie­wy­czer­pu­ją­cy by­najm­niej - płasz­czyzn, na któ­rych po­ru­sza się myśl Pro­usta. Ła­two zro­zu­mieć, że wszyst­ko, co w tym uję­ciu świa­ta było nowe i co dziś wy­da­je się naj­cen­niej­sze, mu­sia­ło zra­zu od­strę­czyć po­bież­nych czy­tel­ni­ków. Pro­ust lek­ce­wa­ży so­bie to, co za­zwy­czaj sta­no­wi siłę i urok po­wie­ści: fa­bu­łę, wi­kła­nie przy­gód. Nig­dy nie śli­zga się po po­wierzch­ni zja­wisk, za­wsze drą­ży w głąb, a in­tro­spek­cja jego jest tak dra­ma­tycz­na i zaj­mu­ją­ca, że ob­cho­dzi się bez ze­wnętrz­nych pe­ry­pe­tii "baj­ki". Za­in­te­re­so­wa­nie pły­nie nie ze zda­rzeń, ale z per­spek­tyw, ja­kie nam Pro­ust umie po­ka­zać, z my­śli, jaką umie prze­sy­cić naj­bar­dziej zna­ny fakt, któ­ry na­gle oglą­da­my no­wy­mi ocza­mi. Z draż­nią­cą dla wie­lu non­sza­lan­cją nig­dy nie li­czy się z cza­sem. Pod­wie­czo­rek u pani de Vil­le­pa­ri­sis zaj­mu­je pół tomu, obiad u księż­nej de Gu­er­man­tes co naj­mniej ty­leż; ale któ­raż po­wieść po­tra­fi tak za­gar­nąć i przy­kuć czy­tel­ni­ka, jak te ge­nial­ne akty no­wej ko­me­dii ludz­kiej!

Bo mimo iż ską­pa­ny w po­ezji, ocie­ka­ją­cy wręcz po­ezją, utwór Pro­usta jest zwłasz­cza ko­me­dią w zna­cze­niu do­słow­niej­szym jesz­cze niż u Bal­za­ka. Mimo bo­le­sno­ści wie­lu kart jego dzie­ła, mimo za­sad­ni­czo tra­gicz­ne­go sto­sun­ku do ży­cia, Pro­ust na­le­ży do rasy wiel­kich hu­mo­ry­stów. Może to sku­tek jego pa­te­tycz­nej, a tak bli­skiej jesz­cze śmier­ci, może sku­tek sno­bi­stycz­ne­go nie­co na­sta­wie­nia pierw­szych wiel­bi­cie­li, ale za mało mówi się o ko­mi­zmie w dzie­le Pro­usta. Wo­bec dyk­cjo­na­rza ko­mu­na­łów u Pro­usta, po­ka­za­nych w ży­wym ma­te­ria­le, słyn­ny "dyk­cjo­narz ko­mu­na­łów" Flau­ber­ta jest dzie­cin­nie ubo­gi! Roz­dź­wię­ki mię­dzy fik­cją a rze­czy­wi­sto­ścią - a ra­czej tym, co zwy­kli­śmy dla wy­go­dy na­zy­wać "rze­czy­wi­sto­ścią" - zde­rze­nia ba­niek my­dla­nych, ja­kie każ­dy wy­dy­ma do­ko­ła sie­bie i w ja­kich, niby żółw w sko­ru­pie, wę­dru­je po świe­cie, kon­fron­ta­cje epok i świa­tów, wszyst­ko to daje efek­ty nie­od­par­cie ko­micz­ne. Ko­micz­ne jest tu wszyst­ko, co jest to­wa­rzy­sko­ścią; ko­micz­ny czło­wiek po­ru­sza­ją­cy się wśród lu­dzi; tra­gicz­nym sta­je się, gdy po­zo­sta­je sam ze sobą.

Od­da­jąc pol­skim czy­tel­ni­kom w ręce dzie­ło Pro­usta, uwa­żam za ko­niecz­ne zdra­dzić im je­den se­kret. Mia­no­wi­cie ten, że lek­tu­ra Pro­usta wy­ma­ga nie­ja­kiej cier­pli­wo­ści; au­tor ten żąda pew­ne­go kre­dy­tu. Wy­ni­ka to po pro­stu z tech­ni­ki jego two­rze­nia, z roz­mia­rów tej ol­brzy­miej, je­dy­nej w swo­im ro­dza­ju kom­po­zy­cji. Nie­wąt­pli­wie by­wa­ły i więk­sze cy­kle po­wie­ścio­we: Ko­me­dia ludz­ka Bal­za­ka obej­mu­je 95 utwo­rów; cykl Zoli skła­da się z dwu­dzie­stu paru du­bel­to­wych to­mów. Ale zwią­zek po­szcze­gól­nych czło­nów inny tam jest niż u Pro­usta. Każ­dy utwór Bal­za­ka zy­sku­je nie­wąt­pli­wie w związ­ku z ca­ło­ścią, ale nie ma bez­po­śred­nich sto­sun­ków mię­dzy daj­my na to Oj­cem Go­riot, Eu­ge­nią Gran­det a Ka­wa­ler­skim Go­spo­dar­stwem. Toż samo u Zoli; każ­da po­wieść cy­klu sta­no­wi od­ręb­ną ca­łość, z od­ręb­ny­mi fi­gu­ra­mi, a wę­zły krwi mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny Ro­ugon-Ma­qu­art są dość nie­istot­ne i dla czy­tel­ni­ka obo­jęt­ne. In­a­czej u Pro­usta. Tu cią­głość opo­wia­da­nia jest ści­sła, a plan skom­po­no­wa­ny z za­dzi­wia­ją­cą pre­cy­zją; mo­ty­wy pro­wa­dzo­ne są z całą sztu­ką kon­tra­punk­tu. Je­że­li nas za­sta­no­wi ja­kiś szcze­gół w jed­nym z pierw­szych to­mów, mo­że­my być pew­ni, że znaj­dzie­my jego od­po­wied­nik lo­gicz­ny w któ­rymś z na­stęp­nych. Nic nie jest po­wie­dzia­ne ani po­ka­za­ne na próż­no; wszyst­ko gra przez cały czas, aż wresz­cie znaj­dzie swój osta­tecz­ny sens w przej­mu­ją­cej in­stru­men­ta­cji fi­na­łu. Wiem z do­świad­cze­nia, a po­twier­dza­ją mi to zwie­rze­nia wie­lu czy­tel­ni­ków Pro­usta, iż kie­dy się go czy­ta po raz pierw­szy, wie­le rze­czy ucho­dzi na­szej uwa­gi; ale kie­dy, zna­jąc już ca­łość lub bo­daj więk­szą jej par­tię, uczy­ni­my so­bie tę przy­jem­ność, aby wziąć na nowo któ­ryś z po­przed­nich to­mów, od­kry­wa­my nowe per­spek­ty­wy, nową myśl w każ­dym nie­mal szcze­gó­le, ro­zu­mie­my wszyst­ko in­a­czej. I to jest jed­na z nie naj­mniej­szych roz­ko­szy in­te­lek­tu­al­nych, ja­kie daje ta lek­tu­ra.

Oczy­wi­ście, po­dzi­wia­jąc wspa­nia­łą kon­struk­cję dzie­ła, nie­po­dob­na za­my­kać oczu na prze­obra­że­nie, ja­kie­mu ono ule­gło po­mię­dzy wy­dru­ko­wa­niem czę­ści pierw­szej a na­stęp­nych. Sko­ro pierw­sza część - W stro­nę Swan­na - po­zo­sta­ła w daw­nej po­sta­ci, dal­sze zaś tomy roz­ro­sły się w czwór­na­sób, zro­zu­mia­łe jest, że pier­wot­ny plan mu­siał ulec pew­nej de­for­ma­cji - co naj­mniej w swo­ich pro­por­cjach. Roz­sze­rza­jąc ho­ry­zont do­świad­czeń pi­sa­rza o kil­ka lat - i to ja­kich! - nowa pra­ca nad rę­ko­pi­sem wzbo­ga­ci­ła jego spoj­rze­nie wstecz mnó­stwem no­we­go ma­te­ria­łu, któ­re­go, koń­cząc utwór swój w roku 1912, nie mógł na­wet prze­czu­wać. Stąd na­wet pew­ne rysy w dzie­le, któ­re­go dwie re­dak­cje po­wsta­ły w tak róż­nych epo­kach i róż­nych sta­nach du­cha. Uka­za­ła się nie­daw­no (1934 r.) książ­ka pro­fe­so­ra Feu­il­le­rat Com­ment Mar­cel Pro­ust a com­po­sé son ro­man, w któ­rej na za­sa­dzie pra­co­wi­te­go ze­sta­wie­nia tek­stów au­tor do­cho­dzi do roz­róż­nie­nia "dwóch Pro­ustów". Na­wet styl jego nosi śla­dy nie­ustan­nej pra­cy, w któ­rej zda­nia i okre­sy pu­chły nie­raz od na­ra­sta­ją­cych bo­gactw i kom­pli­ka­cji my­śli.

I tu trze­ba nam po­wie­dzieć parę słów ty­czą­cych for­mal­nej stro­ny dzie­ła oraz sto­sun­ku tłu­ma­cza do niej. Fak­tem jest, że tym, co naj­bar­dziej od­strę­cza­ło pierw­szych czy­tel­ni­ków od Pro­usta, był jego spo­sób pi­sa­nia, jego styl. Ol­brzy­mie przez wie­le stro­nic gę­ste­go dru­ku cią­gną­ce się okre­sy bez mo­men­tu wy­tchnie­nia, z bar­dzo rzad­ki­mi a ca­pi­te; trwa­ją­ce zda­nia przez stro­ni­cę i dłu­żej; za­wi­łe, skom­pli­ko­wa­ne, peł­ne na­wia­sów w na­wia­sach - niby pu­de­łecz­ko w pu­de­łecz­ku i pauz wy­dzie­la­ją­cych kil­ku­wier­szo­we nie­raz wstaw­ki; za­imek po­prze­dza­ją­cy nie­raz o kil­ka wier­szy rze­czow­nik, któ­ry za­stę­pu­je; kon­struk­cja roz­le­głych fraz, do któ­rych klucz znaj­du­je się czę­sto w ostat­nim sło­wie i do któ­rych po prze­czy­ta­niu trze­ba jesz­cze raz po­wra­cać, wszyst­ko to - ła­two so­bie wy­obra­zić - nie zy­ska­ło mu sym­pa­tii fran­cu­skich zwłasz­cza czy­tel­ni­ków, na­wy­kłych do in­nych zgo­ła ka­no­nów sty­lu. Po­wie­dzia­no też zra­zu o sty­lu Pro­usta wszyst­ko złe, co moż­na po­wie­dzieć. Ale stop­nio­wo za­czę­to pa­trzeć na to in­a­czej. Przy­zwy­cza­jo­no się; na­uczo­no się czy­tać Pro­usta; zro­zu­mia­no, że nowa myśl wy­ma­ga no­wej for­my; że to dziw­ne mon­strum, ja­kim bywa zda­nie Pro­usta, jest or­ga­nicz­nie ze­spo­lo­ne z isto­tą fe­no­me­nu, ja­kim jest jego in­dy­wi­du­al­ność, bo­ga­ta, skom­pli­ko­wa­na, wi­dzą­ca w każ­dym zja­wi­sku wie­le rze­czy na­raz. Po­przez opor­ny na po­zór rytm Pro­usta wy­czu­to we­wnętrz­ną me­lo­dię, jaka prze­sy­ca jego okre­sy; spo­strze­żo­no, że mimo prze­ciw­nych po­zo­rów naj­czę­ściej zda­nia te zbu­do­wa­ne są bez za­rzu­tu, że po­dob­ne są czło­wie­ko­wi idą­ce­mu po li­nie, któ­ry ba­lan­su­jąc nad prze­pa­ścią, do­cho­dzi pew­ną sto­pą do koń­ca. Wy­czer­pa­no z ko­lei dla sty­lu Pro­usta wszyst­kie su­per­la­ty­wy. Ale nie po­pa­daj­my w bał­wo­chwal­stwo. Styl Pro­usta - któ­ry uwiel­biam - bywa nie­rów­ny. Wy­ni­ka to z bo­gactw i sub­tel­no­ści jego my­śli, skom­pry­mo­wa­nej nie­kie­dy jak pa­styl­ka, a tak­że ze spo­so­bu jego pra­cy, z nie­ustan­nych po­pra­wek na rę­ko­pi­sie, na ko­rek­cie (księ­garz wy­dzie­rał mu w koń­cu ko­rek­tę i sam pod­pi­sy­wał ją do dru­ku!) roz­sa­dza­ją­cych nie­raz zda­nie aż do po­jem­no­ści prze­kra­cza­ją­cej wy­trzy­ma­łość prze­cięt­ne­go czy­tel­ni­ka.

To, co po­wie­dzia­łem, wska­zu­je na trud­no­ści, ja­kie - poza in­ny­mi, wy­ni­kły­mi z pre­cy­zji my­śli, z bo­gac­twa i rzad­ko­ści słow­nic­twa - na­strę­cza tłu­ma­czo­wi samo zda­nie Pro­usta. Ta­kie­go jak jest w ory­gi­na­le, nie zniósł­by czę­sto ję­zyk pol­ski. To, co się przyj­mu­je od Pro­usta, tego czy­tel­nik nie da­ro­wał­by tłu­ma­czo­wi. Pol­ski ję­zyk nie do­pusz­cza nie­ogra­ni­czo­ne­go mno­że­nia zdań za­leż­nych i ni­za­nia ich w dłu­gie bez koń­ca łań­cu­chy. Czę­sto - przy­zna­ję się do tego - wy­pa­da­ło ła­mać zda­nie i skła­dać je na nowo; czę­sto - aby osią­gnąć więk­szą przej­rzy­stość - trze­ba było dzie­lić je na czę­ści. Za­ra­zem po­zwo­li­łem so­bie po­czy­nić pew­ne zmia­ny w ukła­dzie dru­kar­skim, zwięk­sza­jąc licz­bę aka­pi­tów oraz wy­od­ręb­nia­jąc dia­lo­gi, co nie­wąt­pli­wie przy­czy­nia się do czy­tel­no­ści książ­ki. Nie są­dzę, abym był przez to w nie­zgo­dzie z in­ten­cja­mi Pro­usta, któ­ry wie­lo­krot­nie w ko­re­spon­den­cji swo­jej wy­ra­ża go­rącz­ko­we pra­gnie­nie, aby być czy­ta­nym - i to nie przez szczu­plej­szy krąg wy­ra­fi­no­wa­nych in­te­lek­tu­ali­stów, ale przez sze­ro­ką pu­blicz­ność. I wciąż, w cią­gu tej pra­cy; sły­sza­łem we­wnętrz­ną mu­zy­kę my­śli Pro­usta, i tę sta­ra­łem się za­cho­wać i od­dać.

Ta­de­usz Że­leń­ski (Boy)

I

Przez dłu­gi czas kła­dłem się spać wcze­śnie. Nie­kie­dy, le­d­wiem zga­sił świe­cę, oczy za­my­ka­ły mi się tak pręd­ko, że nie zdą­ży­łem po­wie­dzieć so­bie: "Za­sy­piam". I w pół go­dzi­ny po­tem myśl, że czas był­by za­snąć, bu­dzi­ła mnie; chcia­łem odło­żyć książ­kę, któ­rą, zda­wa­ło mi się, że trzy­mam jesz­cze w ręce, i zga­sić świa­tło; nie prze­sta­łem, śpiąc, za­sta­na­wiać się nad tym, com prze­czy­tał; ale te re­flek­sje przy­bie­ra­ły cha­rak­ter nie­co szcze­gól­ny; zda­wa­ło mi się, że to ja sam by­łem tym, o czym mó­wi­ła książ­ka: ko­ścio­łem, kwar­te­tem, ry­wa­li­za­cją Fran­cisz­ka I z Ka­ro­lem V. Prze­świad­cze­nie to trwa­ło jesz­cze kil­ka se­kund po prze­bu­dze­niu; nie ra­zi­ło mego ro­zu­mu, ale cią­ży­ło mi jak łu­ski na oczach i nie po­zwa­la­ło im uświa­do­mić so­bie, że świe­ca już się nie pali. Na­stęp­nie świa­do­mość ta za­czy­na­ła mi być nie­zro­zu­mia­ła, niby po me­temp­sy­cho­zie my­śli z po­przed­nie­go ist­nie­nia; treść książ­ki od­ry­wa­ła się ode mnie, mo­głem wró­cić do niej albo nie; na­tych­miast od­zy­ski­wa­łem wzrok i czu­łem się bar­dzo zdzi­wio­ny, że wi­dzę do­ko­ła sie­bie ciem­ność słod­ką i ko­ją­cą dla oczu albo bar­dziej może jesz­cze dla du­cha, któ­re­mu wy­da­wa­ła się rze­czą bez przy­czy­ny, nie­zro­zu­mia­łą, rze­czą na­praw­dę ciem­ną. Py­ta­łem sam sie­bie, któ­ra może być go­dzi­na; sły­sza­łem gwizd po­cią­gów, któ­ry - bliż­szy lub dal­szy - jak śpiew pta­ka w le­sie, uwy­dat­nia­jąc od­le­gło­ści, okre­ślał mi roz­miar pust­ko­wia, kędy po­dróż­ny spie­szy do naj­bliż­szej sta­cji; ścież­ka, któ­rą idzie, wy­ry­je się w jego pa­mię­ci dzię­ki pod­nie­ce­niu zro­dzo­ne­mu z nie­zna­nej oko­li­cy, z nie­zwy­czaj­nych czyn­no­ści, z nie­daw­nej roz­mo­wy i z po­że­gnań w krę­gu ob­cej lam­py, bie­gną­cych za nim w ci­szy noc­nej - z bli­skiej wresz­cie sło­dy­czy po­wro­tu.

Przy­ci­ska­łem czu­le twarz do pulch­nych po­licz­ków po­dusz­ki, któ­re, peł­ne i świe­że, są niby po­licz­ki na­sze­go dzie­ciń­stwa. Po­cie­ra­łem za­pał­kę, aby spoj­rzeć na ze­ga­rek. Bli­sko pół­noc. Jest to chwi­la, kie­dy cho­ry, któ­ry mu­siał pu­ścić się w po­dróż i spać w ob­cym ho­te­lu, obu­dzo­ny ata­kiem cho­ro­by, cie­szy się, wi­dząc pod drzwia­mi smu­gę dnia. Co za szczę­ście, to już rano! Za chwi­lę służ­ba wsta­nie, bę­dzie mógł za­dzwo­nić, przy­bę­dą mu z po­mo­cą. Na­dzie­ja ry­chłej ulgi do­da­je mu sił do cier­pie­nia. Wła­śnie zda­wa­ło mu się, że sły­szy kro­ki; kro­ki zbli­ża­ją się, po­tem od­da­la­ją. A smu­ga dnia, któ­ra była pod drzwia­mi, zni­kła. To pół­noc: wła­śnie zga­szo­no gaz; ostat­ni słu­żą­cy od­szedł i trze­ba bę­dzie prze­trwać całą noc, cier­piąc bez ra­tun­ku.

Za­sy­pia­łem na nowo. Cza­sa­mi mia­łem już tyl­ko krót­kie chwi­le ock­nie­nia: tyle, aby usły­szeć trzesz­cze­nie wy­schłej bo­aze­rii, aby otwo­rzyć oczy, wle­pić je w ka­lej­do­skop mro­ku i - dzię­ki chwi­lo­we­mu bły­sko­wi świa­do­mo­ści - kosz­to­wać snu, w któ­rym po­grą­żo­ne są me­ble, po­kój, wszyst­ko, cze­go ja by­łem tyl­ko cząst­ką i z czym nie­ba­wem znów się łą­czy­łem w bez­czu­ciu. Lub też, śpiąc, co­fa­łem się bez wy­sił­ku w mi­nio­ny na za­wsze wiek mo­je­go daw­ne­go ży­cia; od­naj­dy­wa­łem któ­ryś z mo­ich dzie­cin­nych lę­ków, na przy­kład ten, że wuj po­cią­gnie mnie za pu­kiel wło­sów: oba­wa, któ­rej po­ło­żył ko­niec dzień - data no­wej dla mnie ery - kie­dy je ob­cię­to. Za­po­mnia­łem o tym wy­da­rze­niu we śnie: od­naj­dy­wa­łem jego pa­mięć, sko­ro tyl­ko uda­ło mi się zbu­dzić, aby się wy­mknąć z rąk wuja; ale przez ostroż­ność kry­łem cał­ko­wi­cie gło­wę w po­dusz­kę, za­nim mia­łem po­wró­cić w świat snów.

Cza­sa­mi, tak jak Ewa uro­dzi­ła się z że­bra Ada­ma, ko­bie­ta ro­dzi­ła się w cza­sie snu z nie­wła­ści­wej po­zy­cji mego uda. Two­rzy­ła się z roz­ko­szy, któ­rej do­zna­nia by­łem bli­ski - a ja wy­obra­ża­łem so­bie, że to ona mi ją ofia­ru­je. Cia­ło moje, któ­re czu­ło w jej cie­le wła­sne cie­pło, pra­gnę­ło się z nim po­łą­czyć; bu­dzi­łem się. Resz­ta lu­dzi wy­da­wa­ła mi się czymś bar­dzo da­le­kim wo­bec tej ko­bie­ty, któ­rą opu­ści­łem za­le­d­wie przed chwi­lą; po­li­czek mój był cie­pły jesz­cze od jej po­ca­łun­ku, cia­ło zdrę­twia­łe od cię­ża­ru jej cia­ła. Je­że­li, jak zda­rza­ło się nie­kie­dy, mia­ła rysy ko­bie­ty, któ­rą zna­łem w ży­ciu, chcia­łem się od­dać cał­ko­wi­cie temu za­da­niu: od­na­leźć ją, jak ci, któ­rzy pusz­cza­ją się w po­dróż, aby uj­rzeć na wła­sne oczy upra­gnio­ny kraj, i wy­obra­ża­ją so­bie, że moż­na kosz­to­wać w rze­czy­wi­sto­ści cza­ru ma­rze­nia. Po­ma­łu wspo­mnie­nie jej pierz­cha­ło, za­po­mi­na­łem córy swo­ich snów.

Czło­wiek, któ­ry śpi, trzy­ma w krąg sie­bie nić go­dzin, po­rzą­dek lat i świa­tów. Ra­dzi się ich in­stynk­tow­nie, bu­dząc się, i od­czy­tu­je z nich w jed­nej se­kun­dzie punkt Zie­mi, w któ­rym się znaj­du­je, czas, któ­ry upły­nął aż do jego prze­bu­dze­nia; ale ich sze­re­gi mogą się zmą­cić, prze­rwać. Niech nad ra­nem, po bez­sen­nej nocy, sen zdej­mie go pod­czas czy­ta­nia w po­zy­cji na­zbyt róż­nej od tej, w któ­rej śpi za­zwy­czaj, wy­star­czy pod­nie­sio­ne­go ra­mie­nia, aby za­trzy­mać i cof­nąć słoń­ce; i w pierw­szej mi­nu­cie prze­bu­dze­nia nie bę­dzie już wie­dział, któ­ra go­dzi­na, bę­dzie my­ślał, że się do­pie­ro co po­ło­żył. Niech się zdrzem­nie w po­zy­cji jesz­cze nie­wy­god­niej­szej i bar­dziej nie­zwy­kłej, na przy­kład po obie­dzie w fo­te­lu - wów­czas prze­wrót w wy­wa­żo­nych z or­bit świa­tach bę­dzie kom­plet­ny; czar­no­księ­ski fo­tel po­gna z nim z za­wrot­ną szyb­ko­ścią po­przez czas i prze­strzeń i w chwi­li otwar­cia po­wiek bę­dzie my­ślał, że za­snął kil­ka mie­się­cy wprzód w in­nej oko­li­cy. Ale wy­star­cza­ło, żeby, na­wet we wła­snym łóż­ku, sen mój był głę­bo­ki i od­prę­żył cał­ko­wi­cie wła­dze du­cha; wów­czas duch po­rzu­cał miej­sce, w któ­rym za­sną­łem. I kie­dym się bu­dził w nocy nie­świa­dom, gdzie się znaj­du­ję, w pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­łem na­wet, kim je­stem; mia­łem je­dy­nie, w pier­wot­nej jego pro­sto­cie, po­czu­cie ist­nie­nia, ta­kie ja­kie może drżeć w du­szy zwie­rzę­cia; by­łem bar­dziej nagi niż czło­wiek ja­ski­nio­wy; ale wów­czas wspo­mnie­nie - jesz­cze nie miej­sca, gdzie by­łem, ale paru miejsc, któ­re za­miesz­ki­wa­łem nie­gdyś i gdzie mógł­bym być - scho­dzi­ło ku mnie niby po­moc z góry, aby mnie wy­do­być z ni­co­ści, z któ­rej nie był­bym mógł wy­rwać się sam; prze­bie­ga­łem w jed­nej se­kun­dzie wie­ki cy­wi­li­za­cji, za­nim męt­nie doj­rza­ny ob­raz lam­py naf­to­wej, na­stęp­nie ko­szu­li z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem od­two­rzy­ły mi z wol­na praw­dzi­we rysy mo­je­go ja.

Być może, iż nie­ru­cho­mość rze­czy do­ko­ła nas na­rzu­co­na im jest przez na­szą pew­ność, że to są te, a nie inne; przez nie­ru­cho­mość na­szej my­śli w ob­li­czu nich. To pew­na, że kie­dy się tak bu­dzi­łem, gdy myśl sza­mo­ta­ła się, pró­bu­jąc - bez­sku­tecz­nie - dojść, gdzie je­stem, wszyst­ko krę­ci­ło się do­ko­ła mnie w ciem­no­ści - rze­czy, kra­je, lata. Cia­ło moje, zbyt odrę­twia­łe, aby się po­ru­szyć, si­li­ło się we­dle form wła­sne­go zmę­cze­nia od­czy­tać po­zy­cję swo­ich człon­ków, aby z nich wy­wnio­sko­wać o kie­run­ku ścia­ny, o po­ło­że­niu me­bli, aby od­two­rzyć i na­zwać miesz­ka­nie, w któ­rym się znaj­do­wa­ło. Pa­mięć cia­ła, pa­mięć wła­snych że­ber, ko­lan, ra­mion, na­strę­cza­ła mu ko­lej­no róż­ne po­ko­je, w któ­rych sy­pia­ło, pod­czas gdy do­ko­ła nie­wi­dzial­ne ścia­ny, zmie­nia­jąc miej­sce we­dle kształ­tu wy­ro­jo­ne­go po­ko­ju, wi­ro­wa­ły w ciem­no­ściach. I za­nim na­wet myśl, wa­ha­jąc się na pro­gu cza­sów i kształ­tów, zi­den­ty­fi­ko­wa­ła miesz­ka­nie, ze­sta­wia­jąc oko­licz­no­ści, ono - moje cia­ło - przy­po­mi­na­ło so­bie dla każ­de­go miesz­ka­nia ro­dzaj łóż­ka, po­ło­że­nie drzwi, świa­tło okien, ist­nie­nie ko­ry­ta­rza, wraz z my­ślą, któ­rą mia­łem, za­sy­pia­jąc tam, i któ­rą od­naj­dy­wa­łem, bu­dząc się. Mój ze­sztyw­nia­ły bok, pró­bu­jąc od­gad­nąć swo­je po­ło­że­nie, wi­dział się na przy­kład na wprost ścia­ny, w wiel­kim łóż­ku z bal­da­chi­mem, i na­tych­miast po­wia­da­łem so­bie: "O, usną­łem, mimo że mama nie przy­szła mi po­wie­dzieć do­bra­noc"; by­łem na wsi u dziad­ka, zmar­łe­go od wie­lu lat; a cia­ło moje, bok, na któ­rym spo­czy­wa­łem - wier­ne pia­stu­ny prze­szło­ści, któ­rej duch mój nie po­wi­nien był nig­dy za­po­mnieć - przy­po­mi­na­ły mi pło­mień noc­nej lamp­ki z cze­skie­go szkła w kształ­cie urny, za­wie­szo­nej u su­fi­tu na łań­cusz­kach, ko­mi­nek ze sie­neń­skie­go mar­mu­ru w mo­jej sy­pial­ni w Com­bray, u dziad­ków, w od­le­głych dniach, któ­re w tej chwi­li wskrze­sza­łem, nie wy­obra­ża­jąc ich so­bie do­kład­nie, a któ­re uj­rzał­bym le­piej za chwi­lę, po cał­ko­wi­tym prze­bu­dze­niu się.

Po­tem od­ra­dza­ło się wspo­mnie­nie no­wej po­zy­cji; ścia­na po­my­ka­ła w prze­ciw­nym kie­run­ku: by­łem w swo­im po­ko­ju u pani de Sa­int-Loup, na wsi. Mój Boże, jest co naj­mniej dzie­sią­ta, musi już być po obie­dzie! Za dłu­go, wi­dać, prze­cią­gną­łem wie­czor­ną sje­stę, któ­rą od­by­wam, wró­ciw­szy ze spa­ce­ru z pa­nią de Sa­int-Loup, za­nim wło­żę frak. Bo wie­le lat upły­nę­ło od Com­bray, gdzie, wra­ca­jąc na­wet naj­póź­niej, wi­dzia­łem na szy­bach mo­je­go okna czer­wo­ne od­bla­ski za­cho­du. W Tan­so­nvil­le, u pani de Sa­int-Loup, pro­wa­dzi się inny tryb ży­cia; znaj­du­ję tam inny ro­dzaj przy­jem­no­ści, wy­nu­rza­jąc się aż z za­pad­nię­ciem nocy, cho­dząc przy bla­sku księ­ży­ca owy­mi dro­ga­mi, na któ­rych ba­wi­łem się nie­gdyś w słoń­cu; a kie­dy wra­ca­my, ów po­kój, w któ­rym rze­ko­mo usną­łem za­miast ubrać się na obiad, błysz­czy z da­le­ka prze­świe­tlo­ny pło­mie­niem lam­py niby la­tar­nia mor­ska.

Te zja­wi­ska, wi­ru­ją­ce i męt­ne, nie trwa­ły nig­dy dłu­żej niż kil­ka se­kund. Czę­sto moja krót­ka nie­pew­ność miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­łem, nie roz­róż­nia­ła roz­ma­itych przy­pusz­czeń, z któ­rych się skła­da­ła, tak samo jak, wi­dząc pę­dzą­ce­go ko­nia, nie od­dzie­la­my ko­lej­nych po­zy­cji, któ­re po­ka­zu­je ki­ne­to­skop. Oglą­da­łem to je­den, to dru­gi po­kój z tych, w któ­rych miesz­ka­łem w ży­ciu, i w koń­cu przy­po­mi­na­łem je so­bie wszyst­kie w dłu­gich ma­rze­niach, któ­re na­stę­po­wa­ły po prze­bu­dze­niu. Po­ko­je zi­mo­we, gdzie, le­żąc w łóż­ku, wtu­la się gło­wę w gniazd­ko uwi­te z naj­roz­ma­it­szych rze­czy: z rogu po­dusz­ki, z kapy, z ka­wał­ka sza­la i z nu­me­ru Débats ro­ses, przy czym spa­ja się wszyst­ko ra­zem, tech­ni­ką pta­ków, ugnia­ta­jąc to sobą bez koń­ca; gdzie w mroź­ny czas miło jest czuć się bez­piecz­nym niby ja­skół­ka mor­ska w swo­im cie­płym gniazd­ku pod zie­mią i gdzie opo­dal ognia pło­ną­ce­go całą noc w ko­min­ku śpi się w płasz­czu cie­płe­go i dym­ne­go po­wie­trza, prze­szy­wa­ne­go bla­ska­mi roz­pa­la­ją­cych się ko­lej­no po­lan, niby w bez­ścien­nej al­ko­wie, w go­rą­cej ja­ski­ni wy­żło­bio­nej w ło­nie sa­me­go po­ko­ju, w upal­nej i ru­cho­mej w swych krę­gach ciepl­nych stre­fie, wie­trzo­nej po­dmu­cha­mi, któ­re nam chło­dzą twarz, a pły­ną z ką­tów, z oko­lic okna lub z miejsc od­da­lo­nych od ognia i już ochło­dzo­nych; po­ko­je let­nie, gdzie miło jest czuć się ze­spo­lo­nym z cie­płą nocą, gdzie blask księ­ży­ca, wspar­ty na uchy­lo­nych okien­ni­cach, rzu­ca aż do stóp łóż­ka swo­ją za­cza­ro­wa­ną dra­bi­nę; gdzie śpi się pra­wie na wol­nym po­wie­trzu, niby si­ko­ra ko­ły­sa­na wia­trem na czub­ku pro­mie­nia; cza­sa­mi po­kój Lo­uis XVI, tak we­so­ły, że na­wet pierw­sze­go wie­czo­ra nie czu­łem się w nim zbyt nie­szczę­śli­wy; gdzie ko­lu­mien­ki lek­ko pod­trzy­mu­ją­ce su­fit roz­chy­la­ły się z ta­kim wdzię­kiem, aby wska­zy­wać i chro­nić miej­sce łóż­ka; cza­sa­mi, prze­ciw­nie, ów po­kój mały a tak wy­so­ki, wzno­szą­cy się stoż­ko­wa­to na wy­so­kość dwóch pię­ter i czę­ścio­wo wy­ło­żo­ny ma­ho­niem, gdzie od pierw­szej se­kun­dy czu­łem się mo­ral­nie za­tru­ty nie­zna­nym za­pa­chem "ba­gna" prze­ciw mo­lom, prze­ko­na­ny o wro­go­ści fio­le­to­wych fi­ra­nek i o bez­czel­nej obo­jęt­no­ści ze­ga­ra skrze­czą­ce­go gło­śno, tak jak­by mnie tam nie było; gdzie dzi­wacz­ne i bez­li­to­sne lu­stro o czwo­ro­gra­nia­stych no­gach, za­gra­dza­jąc uko­śnie je­den kąt po­ko­ju, żło­bi­ło so­bie nie­prze­wi­dzia­ne miej­sce w bło­giej peł­ni mego zwy­kłe­go pola wi­dze­nia; gdzie myśl, si­ląc się przez go­dzi­ny całe zmie­nić miej­sce, na­cią­gnąć się wzwyż, aby przy­brać ści­śle kształt po­ko­ju i wy­peł­nić go wresz­cie aż do szczy­tu ol­brzy­mie­go leja, wy­cier­pia­ła tam wie­le cięż­kich nocy, gdy le­ża­łem wy­cią­gnię­ty w łóż­ku, z pod­nie­sio­ny­mi ocza­mi, z czuj­nym uchem, z opor­ny­mi noz­drza­mi, z bi­ją­cym ser­cem, do­pó­ki wresz­cie przy­zwy­cza­je­nie nie zmie­ni­ło ko­lo­ru fi­ra­nek, nie ka­za­ło zmil­czeć ze­ga­ro­wi, nie na­uczy­ło li­to­ści sko­śne­go i okrut­ne­go lu­stra, nie stłu­mi­ło, o ile nie wy­gna­ło zu­peł­nie, za­pa­chu ba­gna i nie zmniej­szy­ło znacz­nie po­zor­nej wy­so­ko­ści su­fi­tu. Przy­zwy­cza­je­nie! - ro­bot­ni­ca zręcz­na, ale bar­dzo po­wol­na, któ­ra zra­zu po­zwa­la na­sze­mu du­cho­wi cier­pieć całe ty­go­dnie w tym­cza­so­wej sie­dzi­bie, ale któ­rą mimo wszyst­ko win­ni­śmy bło­go­sła­wić, bo bez przy­zwy­cza­je­nia, zda­ny na wła­sne środ­ki, duch nasz nie był­by zdol­ny uczy­nić nam żad­ne­go miesz­ka­nia miesz­kal­nym.

Tak, te­raz by­łem już roz­bu­dzo­ny; cia­ło moje okrę­ci­ło się ostat­ni raz i do­bry anioł pew­no­ści za­trzy­mał wszyst­ko do­ko­ła mnie, uło­żył mnie pod moją koł­drą, w moim po­ko­ju, i usta­wił mniej wię­cej na swo­im miej­scu w ciem­no­ści ko­mo­dę, biur­ko, ko­mi­nek, okno wy­cho­dzą­ce na uli­cę i dwo­je drzwi. Ale na próż­no wie­dzia­łem, że nie znaj­du­ję się w tam­tych miesz­ka­niach, któ­re w męt­nej chwi­li prze­bu­dze­nia, je­że­li nie ja­wi­ły mi się w wy­raź­nym ob­ra­zie, to przy­najm­niej po­zwa­la­ły mi wie­rzyć w ich moż­li­wość. Pa­mięć moja już dzia­ła­ła: za­zwy­czaj nie sta­ra­łem się usnąć na­tych­miast; spę­dza­łem więk­szą część nocy, przy­po­mi­na­jąc so­bie daw­niej­sze ży­cie, w Com­bray u cio­tecz­nej bab­ki, w Bal­bec, w Pa­ry­żu, w Don­ci­?res, w We­ne­cji, gdzie in­dziej jesz­cze, przy­po­mi­na­jąc so­bie miej­sca, oso­by, któ­re tam zna­łem, i to, com sam wi­dział, i to, co mi o nich opo­wia­da­no.

W Com­bray co­dzien­nie pod wie­czór, na dłu­go za­nim mia­łem się po­ło­żyć do łóż­ka i pę­dzić bez­sen­ne go­dzi­ny z dala od mat­ki i bab­ki, sy­pial­nia moja sta­wa­ła się sta­łym i bo­le­snym punk­tem mo­ich my­śli. Aby mnie ro­ze­rwać w owe wie­czo­ry, gdy mia­łem minę zbyt ża­ło­sną, dano mi la­tar­nię ma­gicz­ną, któ­rą przed obia­dem za­kła­da­no na lam­pę. Na kształt daw­nych ar­chi­tek­tów i szkla­rzy z epo­ki go­ty­ku, la­tar­nia ta zmie­nia­ła nie­przej­rzy­stość ścian w nie­uchwyt­ne iry­za­cje, w nad­przy­ro­dzo­ne, wie­lo­barw­ne zja­wy, w któ­rych le­gen­dy ma­lo­wa­ły się niby w drga­ją­cym i ulot­nym wi­tra­żu. Ale smu­tek mój wzra­stał je­dy­nie, bo już sama zmia­na oświe­tle­nia wy­star­cza­ła, aby we mnie znisz­czyć przy­zwy­cza­je­nie do mego po­ko­ju, dzię­ki któ­re­mu to przy­zwy­cza­je­niu poza męką cho­dze­nia spać stał mi się on zno­śny. Te­raz nie po­zna­wa­łem go już, czu­łem się w nim nie­spo­koj­ny niby w po­ko­ju ho­te­lo­wym lub w szwaj­car­skim dom­ku, gdzie bym się zna­lazł po raz pierw­szy, wy­siadł­szy z po­cią­gu.

Trzę­sąc się na swo­im ko­niu, Golo, pe­łen okrop­nych za­mia­rów, wy­nu­rzał się z trój­kąt­ne­go la­sku po­kry­wa­ją­ce­go ak­sa­mit­ną zie­le­nią zbo­cze i po­su­wał się, podska­ku­jąc, ku zam­ko­wi bied­nej Ge­no­we­fy Bra­banc­kiej. Za­mek ów ścię­ty był li­nią krzy­wą, bę­dą­cą ni­czym in­nym, jak tyl­ko owa­lem ramy, któ­rą wsu­wa­ło się w ro­wek la­tar­ni. Było to skrzy­dło zam­ku, przed nim zaś roz­cią­ga­ła się błoń, gdzie ma­rzy­ła Ge­no­we­fa, stroj­na w błę­kit­ny pa­sek. Za­mek i błoń były żół­te; za­nim je jesz­cze uj­rza­łem, zna­łem ich ko­lor; wcze­śniej bo­wiem niż szkło la­tar­ni, zło­ci­sto-brą­zo­wy dźwięk na­zwy Bra­ban­cji ob­ja­wił mi to nie­omyl­nie. Golo za­trzy­my­wał się chwi­lę, aby me­lan­cho­lij­nie słu­chać ko­men­ta­rza czy­ta­ne­go przez moją cio­tecz­ną bab­kę (dla uprosz­cze­nia będę ją na­zy­wał ciot­ką), tak jak­by go ro­zu­miał do­sko­na­le, do­stra­ja­jąc do ob­ja­śnień tek­stu swo­ją pozę, z po­wol­no­ścią nie­po­zba­wio­ną ma­je­sta­tu; po czym od­da­lał się tym sa­mym nie­rów­nym kro­kiem. I nic nie mo­gło po­wstrzy­mać jego po­wol­nej wę­drów­ki. Kie­dy ru­szy­ło się la­tar­nię, wi­dzia­łem ko­nia Gola, jak da­lej su­nął po fi­ran­kach, wzdy­ma­jąc się ich fał­da­mi, wci­ska­jąc się w ich za­ła­ma­nia. Cia­ło sa­me­go Gola, z ma­te­rii rów­nie nad­przy­ro­dzo­nej co ma­te­ria jego ko­nia, da­wa­ło so­bie radę z wszel­ką rze­czo­wą prze­szko­dą, z wszel­kim spo­tka­nym w dro­dze przed­mio­tem, czy­niąc zeń so­bie ko­ściec i wchła­nia­jąc go, choć­by to była klam­ka u drzwi, na któ­rej ob­le­pia­ła się na­tych­miast i wy­pły­wa­ła nie­zwy­cię­że­nie jego czer­wo­na sza­ta albo jego bla­da twarz, za­wsze jed­na­ko szla­chet­na i me­lan­cho­lij­na, ale nie­zdra­dza­ją­ca żad­ne­go wzru­sze­nia tą trans­wer­te­bra­cją.

Nie­wąt­pli­wie mia­ły dla mnie urok owe lśnią­ce pro­jek­cje, któ­re zda­wa­ły się wy­ła­niać z prze­szło­ści Me­ro­win­gów i snu­ły do­ko­ła mnie tak daw­ne od­bla­ski hi­sto­rii. Ale nie umiem po­wie­dzieć, jak nie­swo­jo dzia­ła­ło na mnie to wkro­cze­nie ta­jem­ni­cy i pięk­no­ści w po­kój, któ­ry zdo­ła­łem wy­peł­nić swo­im ja tak, iż nie wię­cej zwra­ca­łem uwa­gę na nie­go niż na sa­me­go sie­bie. Sko­ro usta­ło znie­czu­la­ją­ce dzia­ła­nie na­wy­ku, za­czy­na­łem my­śleć, czuć - rze­czy tak smut­ne... Klam­ka, któ­ra róż­ni­ła się dla mnie od wszyst­kich in­nych kla­mek tym, że otwie­ra­ła się jak gdy­by sama, bez ko­niecz­no­ści mo­je­go udzia­łu (tak da­le­ce na­ci­ska­nie jej sta­ło mi się bez­wied­ne), słu­ży­ła oto te­raz za cia­ło astral­ne dla Gola. I z chwi­lą gdy dzwo­nio­no na obiad, spiesz­no mi było biec do ja­dal­ni, gdzie wiel­ka wi­szą­ca lam­pa - któ­ra nie zna­ła Gola ani Si­no­bro­de­go, a zna­ła ro­dzi­ców i pie­czeń du­szo­ną - rzu­ca­ła swo­je co­wie­czor­ne świa­tło; i spiesz­no mi było wpaść w ra­mio­na mamy, któ­rą nie­szczę­ścia Ge­no­we­fy Bra­banc­kiej czy­ni­ły mi tym droż­szą, gdy zbrod­nie Gola ka­za­ły mi tym skru­pu­lat­niej ba­dać wła­sne su­mie­nie.

Po obie­dzie, nie­ste­ty, trze­ba mi było nie­ba­wem opu­ścić mamę, któ­ra zo­sta­wa­ła, aby roz­ma­wiać z in­ny­mi w ogro­dzie, je­że­li było ład­nie, lub w sa­lo­ni­ku, gdzie wszy­scy się sku­pia­li, o ile był deszcz. Wszy­scy, z wy­jąt­kiem bab­ki, któ­ra uwa­ża­ła, że "to li­tość bie­rze, żeby sie­dzieć w za­mknię­ciu na wsi", i w dni na­zbyt wiel­kiej sło­ty mia­ła nie­ustan­ne za­tar­gi z oj­cem, po­nie­waż oj­ciec wy­sy­łał mnie, abym szedł czy­tać do po­ko­ju za­miast zo­sta­wać na dwo­rze. "To nie jest spo­sób, aby dziec­ko wy­ro­sło sil­ne i ener­gicz­ne - mó­wi­ła smut­no - zwłasz­cza ten mały, któ­ry tak po­trze­bu­je sił i woli". Oj­ciec wzru­szał ra­mio­na­mi i spo­glą­dał na ba­ro­metr, bo lu­bił me­te­oro­lo­gię, gdy mat­ka, sta­ra­jąc się nie ro­bić ha­ła­su, aby mu nie prze­szka­dzać, pa­trza­ła nań z tkli­wym sza­cun­kiem, ale nie­zbyt usil­nie, aby się nie sta­rać prze­nik­nąć ta­jem­ni­cy jego wyż­szo­ści. Ale co się ty­czy bab­ki, w każ­dą po­go­dę, na­wet kie­dy lało jak z ce­bra i kie­dy Fran­cisz­ka spiesz­nie wno­si­ła sza­cow­ne fo­te­le trzci­no­we, z oba­wy, aby nie zmo­kły, wi­dzia­ło się ją w pu­stym i sma­ga­nym ule­wą ogro­dzie, jak od­gar­nia roz­rzu­co­ne siwe ko­smy­ki, iżby czo­ło jej le­piej na­sią­kło zba­wien­nym wia­trem i desz­czem. Po­wia­da­ła: "Na­resz­cie się od­dy­cha!" i prze­bie­ga­ła ocie­ka­ją­ce wodą ale­je, zbyt sy­me­trycz­nie, jak na jej gust, wy­ty­czo­ne przez no­we­go (a po­zba­wio­ne­go po­czu­cia przy­ro­dy) ogrod­ni­ka, któ­re­go oj­ciec py­tał od rana, czy się wy­po­go­dzi. Szła swo­im drob­nym kro­kiem, en­tu­zja­stycz­nym i ner­wo­wym, za­leż­nym od róż­nych pod­niet, ja­kie ro­dzi­ły w jej du­szy upo­je­nie bu­rzą, po­tę­ga hi­gie­ny, nie­do­rzecz­ność mo­je­go wy­cho­wa­nia oraz sy­me­tria ogro­du, ra­czej niż nie­zna­na jej tro­ska, aby fio­le­to­wej spód­ni­cy oszczę­dzić plam bło­ta, po­kry­wa­ją­cych ją do wy­so­ko­ści, któ­ra za­wsze była dla po­ko­jów­ki w rów­nym stop­niu roz­pa­czą, jak za­gad­ką.

Kie­dy ten spa­cer bab­ki od­by­wał się po obie­dzie, jed­na je­dy­na rzecz mo­gła ją ścią­gnąć do po­ko­ju. W chwi­li gdy krąg prze­chadz­ki spro­wa­dzał ją pe­rio­dycz­nie, niby owa­da, na­prze­ciw oświe­tlo­ne­go sa­lo­ni­ku, gdzie sta­ły li­kie­ry na sto­li­ku do gry, wy­star­cza­ło, żeby ciot­ka krzyk­nę­ła: "Ba­tyl­do! chodź­że, nie po­zwól, aby twój mąż pił ko­niak!". W isto­cie, aby po­draż­nić ją (bab­ka wnio­sła w ro­dzi­nę ojca na­tu­rę tak od­mien­ną, że wszy­scy z niej żar­to­wa­li i drę­czy­li ją), po­nie­waż al­ko­hol był dziad­ko­wi wzbro­nio­ny, ciot­ka da­wa­ła mu na­pić się kil­ka kro­pel. Bied­na bab­ka wcho­dzi­ła, pro­si­ła go­rą­co męża, aby nie ty­kał ko­nia­ku; gnie­wał się, wy­pi­jał mimo to swój ły­czek, a bab­ka od­cho­dzi­ła smut­na, znie­chę­co­na, ale uśmiech­nię­ta, bo była tak po­kor­na ser­cem i tak ła­god­na, że jej tkli­wość dla dru­gich, jej mała dba­łość o wła­sną oso­bę i o wła­sne bóle spły­wa­ły się w jej spoj­rze­niu w uśmiech. W uśmie­chu bab­ki - na wspak temu, co się wi­dzi u wie­lu osób - była iro­nia tyl­ko dla niej sa­mej, a dla nas wszyst­kich jak­by po­ca­łu­nek oczu, nie­zdol­nych wi­dzieć tych, któ­rych ko­cha­ła, bez go­rą­ce­go ich upiesz­cze­nia wzro­kiem. Męka, któ­rą jej za­da­wa­ła ciot­ka, wi­dok da­rem­nych próśb bab­ki i jej bez­sil­nej wal­ki, gdy na próż­no sta­ra­ła się ode­brać dziad­ko­wi kie­li­szek, to były rze­czy, do któ­rych czło­wiek przy­zwy­cza­ja się z cza­sem, pa­trzy na nie, śmie­jąc się, i we­so­ło bie­rze stro­nę prze­śla­dow­cy, nie chcąc wie­rzyć w fakt prze­śla­do­wa­nia; ale wów­czas przej­mo­wa­ły mnie taką gro­zą, że był­bym chęt­nie na­tarł na ciot­kę. Ale kie­dym usły­szał: "Ba­tyl­do, chodź­że, nie daj mę­żo­wi pić ko­nia­ku", wów­czas, z tchó­rzo­stwem już ty­po­wo mę­skim, ro­bi­łem to, co ro­bi­my my wszy­scy, do­ro­śli, kie­dy się ze­tknie­my z cier­pie­niem i nie­spra­wie­dli­wo­ścią: nie chcia­łem ich wi­dzieć; bie­głem szlo­chać na sam szczyt domu, koło po­ko­ju szkol­ne­go, pod dach, do ma­łej ubi­ka­cji pach­ną­cej iry­sem, któ­rej przy­da­wa­ła woni dzi­ka po­rzecz­ka wy­ro­sła ze­wnątrz w szcze­li­nie muru i wsu­wa­ją­ca kwit­ną­cą ga­łąz­kę przez uchy­lo­ne okno. Prze­zna­czo­na na uży­tek bar­dziej spe­cjal­ny i bar­dziej po­spo­li­ty, ubi­ka­cja ta, z któ­rej w dzień wi­dać było aż po za­mek w Ro­us­sa­invil­le-le-Pin, dłu­go słu­ży­ła mi za schro­nie­nie - z pew­no­ścią dla­te­go, że była je­dy­ną, któ­rą wol­no mi było za­my­kać na klucz - dla wszyst­kich za­jęć wy­ma­ga­ją­cych nie­na­ru­szal­nej sa­mot­no­ści, jak: czy­ta­nie, ma­rze­nie, łzy i roz­kosz. Nie­ste­ty! nie wie­dzia­łem, że o wie­le smut­niej niż drob­ne wy­bry­ki die­te­tycz­ne męża, to mój brak woli, moje wą­tłe zdro­wie, nie­pew­ność, jaką była za­snu­ta moja przy­szłość, po­chła­nia­ły bab­kę w cza­sie tych nie­ustan­nych po­po­łu­dnio­wych i wie­czor­nych wę­dró­wek. I wi­dzia­ło się ją, jak cho­dzi tam i z po­wro­tem z pod­nie­sio­ną ku nie­bu pięk­ną twa­rzą o sma­głych i po­ora­nych po­licz­kach, po­ciem­nia­łych z wie­kiem niby pola w je­sie­ni, prze­cię­tych, gdy wy­cho­dzi­ła na mia­sto, z na wpół pod­nie­sio­ną wo­al­ką; a na nich, spro­wa­dzo­ne zim­nem lub ja­kąś smut­ną my­ślą, za­wsze ob­sy­cha­ły mi­mo­wol­ne łzy.

Je­dy­ną moją po­cie­chą, kie­dy sze­dłem się kłaść, była na­dzie­ja, że mama przyj­dzie mnie uści­skać, sko­ro będę w łóż­ku. Ale to do­bra­noc trwa­ło tak krót­ko, mama wra­ca­ła tak pręd­ko na dół, że chwi­la, w któ­rej sły­sza­łem, jak lek­ki sze­lest jej ogro­do­wej suk­ni z nie­bie­skie­go mu­śli­nu, ob­szy­tej ple­cion­ką ze słom­ko­wej ta­śmy, zbli­ża się do mnie, po­tem mija ko­ry­tarz z po­dwój­ny­mi drzwia­mi, była dla mnie chwi­lą bo­le­sną. Chwi­la ta zwia­sto­wa­ła ową dru­gą, któ­ra mia­ła po niej na­stą­pić: gdy mama mnie opu­ści, gdy zej­dzie z po­wro­tem na dół. Do­cho­dzi­łem do pra­gnie­nia, aby to do­bra­noc, któ­re tak lu­bi­łem, przy­szło jak naj­póź­niej; aby się prze­cią­gał czas, gdy mama jesz­cze nie przy­szła. Cza­sa­mi, kie­dy uści­skaw­szy mnie otwie­ra­ła drzwi, aby odejść, chcia­łem ją za­wo­łać, po­wie­dzieć: "Po­ca­łuj mnie raz jesz­cze"; ale wie­dzia­łem, że na­tych­miast przy­bie­rze wy­raz nie­za­do­wo­le­nia, bo ustęp­stwo, ja­kie czy­ni­ła dla mego smut­ku i nie­po­ko­ju, za­cho­dząc mnie uści­skać, przy­no­sząc mi ten po­ca­łu­nek uko­je­nia, draż­ni­ło ojca, któ­re­mu te ob­rzę­dy wy­da­wa­ły się nie­do­rzecz­ne. To­też mama by­ła­by chcia­ła wy­tę­pić we mnie tę po­trze­bę, to przy­zwy­cza­je­nie, ra­czej niż upraw­nić żą­da­nie jesz­cze jed­ne­go po­ca­łun­ku wów­czas, kie­dy już była w pro­gu. Otóż wi­dzieć ją zmar­twio­ną, to ni­we­czy­ło cały spo­kój, jaki mi przy­nio­sła na chwi­lę przed­tem, kie­dy na­chy­li­ła do łóż­ka swo­ją ko­cha­ją­cą twarz i po­da­ła mi ją jak ho­stię - ko­mu­nię po­ko­ju, w któ­rej war­gi moje mia­ły za­czerp­nąć jej rze­czy­wi­stą obec­ność oraz moją moż­ność za­śnię­cia.

Ale owe wie­czo­ry, gdy mama w su­mie tak krót­ko zo­sta­wa­ła w moim po­ko­ju, były jesz­cze bar­dzo słod­kie w po­rów­na­niu z wie­czo­ra­mi, kie­dy byli na obie­dzie go­ście i kie­dy z tego po­wo­du mama nie za­cho­dzi­ła na do­bra­noc. Go­ście ogra­ni­cza­li się za­zwy­czaj do pana Swan­na, któ­ry, poza pa­ro­ma przy­god­ny­mi zna­jo­my­mi, był pra­wie je­dy­ną oso­bą od­wie­dza­ją­cą nas w Com­bray. Cza­sem przy­cho­dził na są­siedz­ki obiad (rza­dziej od cza­su, kie­dy się oże­nił tak nie­wła­ści­wie, bo ro­dzi­ce nie chcie­li przyj­mo­wać jego żony), cza­sem po obie­dzie, nie­spo­dzia­nie. W dnie, kie­dy, sie­dząc wie­czór przed do­mem, pod wiel­kim kasz­ta­nem, do­ko­ła że­la­zne­go sto­łu, usły­sze­li­śmy na koń­cu ogro­du nie ów ob­fi­ty krzy­kli­wy dzwo­nek, któ­ry skra­piał i wstrzą­sał na­gle me­ta­lo­wym, prze­cią­głym i zim­nym ha­ła­sem każ­de­go do­mow­ni­ka, gdy ów roz­pę­tał go, wcho­dząc "bez dzwo­nie­nia", ale po­dwój­ny, nie­śmia­ły, owal­ny i zło­co­ny dźwięk dzwon­ka dla ob­cych, na­tych­miast wszy­scy się py­ta­li: "Wi­zy­ta, kto to może być?", ale wie­dzie­li do­brze, że to może być tyl­ko pan Swann. Ciot­ka, mó­wiąc dla przy­kła­du gło­śno, to­nem, któ­ry sta­ra­ła się uczy­nić na­tu­ral­nym, upo­mi­na­ła, żeby tak nie szep­tać; że nic nie jest rów­nie przy­kre dla go­ścia, któ­ry wy­obra­ża so­bie, że wła­śnie się mó­wi­ło rze­czy nie­prze­zna­czo­ne dla jego uszu; i po­sy­ła­no na zwia­dy bab­kę, szczę­śli­wą, że ma pre­tekst do prze­bie­że­nia ogro­du raz jesz­cze. Idąc, wy­ry­wa­ła ukrad­kiem parę pod­pó­rek, aby przy­wró­cić ró­żom tro­chę na­tu­ral­no­ści, jak mat­ka, gdy, chcąc sfa­lo­wać nie­co czu­pry­nę syna, prze­cią­ga ręką po wło­sach, któ­re fry­zjer za­nad­to wy­gła­dził.

Cze­ka­li­śmy z na­pię­ciem no­win, któ­re bab­ka mia­ła nam przy­nieść o nie­przy­ja­cie­lu, tak jak­by moż­na było się wa­hać mię­dzy mno­go­ścią do­mnie­ma­nych na­past­ni­ków; ale tuż po­tem dzia­dek mó­wił: "Po­zna­ję głos Swan­na". Po­zna­wa­ło się go w isto­cie tyl­ko po gło­sie; po­nie­waż, bo­jąc się ko­ma­rów, pa­li­li­śmy w ogro­dzie jak naj­mniej świa­tła, za­le­d­wie moż­na było roz­róż­nić jego twarz o gar­ba­tym no­sie, o zie­lo­nych oczach pod wy­so­kim czo­łem i wło­sa­mi blond, nie­mal ru­dy­mi, ucze­sa­ny­mi a la Bres­sant. Sze­dłem nie­znacz­nie po­wie­dzieć, aby po­da­no li­kie­ry; bab­ka przy­wią­zy­wa­ła do tego wagę, uwa­ża­jąc, że tak jest grzecz­niej, aby się nie wy­da­wa­ło, że zja­wia­ją się jak­by wy­jąt­ko­wo, spe­cjal­nie dla go­ści. Swann, mimo że o wie­le młod­szy, żył z dziad­kiem bar­dzo ser­decz­nie; dzia­dek był swe­go cza­su jed­nym z naj­lep­szych przy­ja­ciół jego ojca, za­cne­go czło­wie­ka, ale ory­gi­na­ła, któ­re­mu, zda­je się, lada drob­nost­ka wy­star­cza­ła nie­kie­dy, aby zmą­cić od­ru­chy ser­ca, zmie­nić bieg my­śli. Sły­sza­łem wie­le razy w roku, jak dzia­dek opo­wia­dał przy sto­le aneg­do­ty - za­wsze te same - o za­cho­wa­niu się sta­re­go Swan­na przy śmier­ci żony, przy któ­rej czu­wał dzień i noc. Dzia­dek, któ­ry go nie wi­dział od daw­na, po­biegł doń do po­sia­dło­ści, któ­rą Swan­no­wie mie­li w po­bli­żu Com­bray, i aby mu oszczę­dzić mo­men­tu wkła­da­nia cia­ła do trum­ny, zdo­łał go, za­pła­ka­ne­go, wy­cią­gnąć z po­ko­ju ża­ło­by. Prze­szli kil­ka kro­ków w par­ku, gdzie było tro­chę słoń­ca. Na­raz Swann, uj­mu­jąc dziad­ka pod ra­mię, wy­krzyk­nął:

- A! sta­ry przy­ja­cie­lu, co to za szczę­ście prze­cha­dzać się ra­zem w tę pięk­ną po­go­dę. Nie uwa­żasz, że to jest ład­ne, wszyst­kie te drze­wa, te gło­gi i ten staw, któ­re­go mi jesz­cze nig­dy nie win­szo­wa­łeś? Wy­glą­dasz jak sta­ra szlaf­my­ca. Czu­jesz ten wie­trzyk? Ach, niech ga­da­ją co chcą, dro­gi Ama­de­uszu, ży­cie ma swój urok!

Na­raz przy­po­mnia­ła mu się zmar­ła żona i uwa­ża­jąc z pew­no­ścią za na­zbyt skom­pli­ko­wa­ne do­cho­dzić, jak mógł w po­dob­nej chwi­li pod­dać się od­ru­cho­wi ra­do­ści, prze­cią­gnął tyl­ko ręką po czo­le, ge­stem wła­ści­wym mu za każ­dym ra­zem, kie­dy się na­strę­cza­ła ja­kaś trud­na kwe­stia, osu­szył oczy i prze­tarł bi­no­kle. Ale nie mógł się po­cie­szyć po stra­cie żony i w cią­gu dwóch lat, o któ­re ją prze­żył, po­wie­dział do dziad­ka:

"To śmiesz­ne, bar­dzo czę­sto my­ślę o bied­nej żo­nie, ale nie mogę my­śleć o niej dużo na­raz".

"Czę­sto, ale nie dużo na­raz, jak do­bry sta­ry Swann" sta­ło się jed­nym z ulu­bio­nych zdań dziad­ka, któ­ry wy­gła­szał je z po­wo­du rze­czy bar­dzo roz­ma­itych. Był­bym uwa­żał, że ten oj­ciec Swan­na był po­two­rem, gdy­by dzia­dek, któ­re­go mia­łem za lep­sze­go sę­dzie­go i któ­re­go zda­nie, bę­dąc dla mnie wy­rocz­nią, czę­sto po­mo­gło mi póź­niej roz­grze­szyć cu­dze błę­dy, nie był się okrzyk­nął:

- Ale skąd­że, to było zło­te ser­ce!

Przez wie­le lat, w któ­rych wszak­że, zwłasz­cza przed swo­im mał­żeń­stwem, Swann ju­nior czę­sto od­wie­dzał nas w Com­bray, ciot­ka i dziad­ko­wie nie do­my­śla­li się, że on zgo­ła nie żyje w daw­nej sfe­rze swo­jej ro­dzi­ny. Nie wie­dzie­li, iż pod ro­dza­jem in­co­gni­to, ja­kie Swann za­wdzię­czał u nas swe­mu na­zwi­sku, gosz­czą - z cu­dow­ną nie­win­no­ścią za­cnych ho­te­la­rzy, któ­rzy, nie wie­dząc o tym, dają schro­nie­nie sław­ne­mu ban­dy­cie - jed­ne­go z naj­wy­twor­niej­szych człon­ków Joc­key Clu­bu, ulu­bień­ca hra­bie­go Pa­ry­ża i księ­cia Wa­lii, jed­ne­go z lu­dzi naj­bar­dziej roz­ry­wa­nych przez ary­sto­kra­tycz­ne to­wa­rzy­stwo Przed­mie­ścia Sa­int-Ger­ma­in.

Na­sza nie­świa­do­mość owe­go błysz­czą­ce­go ży­cia świa­to­we­go, któ­re pę­dził Swann, wy­ni­ka­ła nie­wąt­pli­wie z nie­skłon­nej do wy­nu­rzeń dys­kre­cji jego cha­rak­te­ru, ale tak­że stąd, że ów­cze­śni miesz­cza­nie mie­li o spo­łe­czeń­stwie po­ję­cie nie­co hin­du­skie i uwa­ża­li je za sys­tem za­mknię­tych kast, gdzie każ­dy od uro­dze­nia mie­ści się w sfe­rze wzię­tej w spad­ku po ro­dzi­cach, skąd nic, poza tra­fem wy­jąt­ko­wej ka­rie­ry lub nie­ocze­ki­wa­ne­go mał­żeń­stwa, nie może go wy­do­być i prze­nieść do wyż­szej ka­sty. Sta­ry Swann był agen­tem gieł­do­wym: "mło­dy Swann" zda­wał się wie­ku­iście ska­za­ny na ka­stę, w któ­rej ma­jąt­ki, niby w da­nej ka­te­go­rii po­dat­ni­ków, wa­ha­ją się mię­dzy ta­kim a ta­kim do­cho­dem. Zna­no sto­sun­ki jego ojca, wie­dzia­no tedy, ja­kie są sto­sun­ki syna i z ja­ki­mi oso­ba­mi jego "sy­tu­acja" po­zwa­la mu prze­sta­wać. Je­że­li znał inne oso­by, były to zna­jo­mo­ści mło­de­go czło­wie­ka, na któ­re daw­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ny - jak moi ro­dzi­ce - przy­my­ka­li oczy tym po­błaż­li­wiej, ile że, od cza­su jak był sie­ro­tą, od­wie­dzał nas nadal bar­dzo wier­nie; ale moż­na było iść o za­kład, że ci nie­zna­ni nam jego zna­jo­mi są z rzę­du tych, któ­rym nie śmiał­by się ukło­nić, gdy­by ich spo­tkał, bę­dąc w na­szym to­wa­rzy­stwie.

Gdy­by się chcia­ło ko­niecz­nie za­sto­so­wać do Swan­na ja­kiś współ­czyn­nik spo­łecz­ny, wy­róż­nia­ją­cy go spo­mię­dzy in­nych sy­nów agen­tów gieł­do­wych na rów­nym mniej wię­cej po­zio­mie, współ­czyn­nik ten był­by dlań tro­chę niż­szy, po­nie­waż Swann, bar­dzo pro­sty w spo­so­bie ży­cia i za­wsze tro­chę "zwa­rio­wa­ny" na punk­cie sta­ro­żyt­no­ści i ob­ra­zów, miesz­kał obec­nie w sta­rym domu, gdzie sku­piał swo­je ko­lek­cje; w domu, o któ­re­go zwie­dze­niu ma­rzy­ła moja bab­ka, ale któ­ry znaj­do­wał się przy Quai d'Or­léans, w dziel­ni­cy, gdzie, zda­niem ciot­ki, miesz­kać było kom­pro­mi­ta­cją.

"Czy pan się zna choć na tym? Py­tam pana w jego wła­snym in­te­re­sie, bo han­dla­rze mu­szą panu wpy­chać śmie­ci" - mó­wi­ła do Swan­na moja ciot­ka; nie przy­pi­sy­wa­ła mu w isto­cie żad­nej kom­pe­ten­cji i nie mia­ła wy­so­kie­go po­ję­cia na­wet o in­te­lek­cie czło­wie­ka, któ­ry w roz­mo­wie uni­kał po­waż­nych te­ma­tów i oka­zy­wał na­der pro­za­icz­ną ści­słość, nie tyl­ko kie­dy nam da­wał, wcho­dząc w naj­mniej­sze szcze­gó­ły, prze­pi­sy ku­char­skie, ale na­wet kie­dy sio­stry bab­ki po­ru­sza­ły te­ma­ty ar­ty­stycz­ne. Pro­wo­ko­wa­ny przez nie do wy­da­nia sądu, do wy­ra­że­nia po­dzi­wu dla ja­kie­goś ob­ra­zu, za­cho­wy­wał mil­cze­nie pra­wie nie­grzecz­ne, od­bi­ja­jąc to so­bie, kie­dy mógł dać kon­kret­ne in­for­ma­cje o mu­zeum, gdzie się ów ob­raz znaj­du­je, lub o da­cie jego po­wsta­nia. Ale za­zwy­czaj sta­rał się nas po pro­stu za­ba­wić, opo­wia­da­jąc za każ­dym ra­zem nową hi­sto­ryj­kę, któ­ra mu się zda­rzy­ła z ludź­mi z na­sze­go krę­gu zna­jo­mych: z ap­te­ka­rzem z Com­bray, z ku­char­ką, z woź­ni­cą. Opo­wia­da­nia te po­bu­dza­ły za­wsze do śmie­chu ciot­kę, ale nie roz­róż­nia­ła do­brze, czy to z po­wo­du po­ciesz­nej roli, jaką w nich so­bie za­wsze da­wał Swann, czy też z przy­czy­ny dow­ci­pu, ja­kim je za­pra­wiał.

"Trze­ba panu przy­znać, że pan jest do­bra fi­gu­ra, pa­nie Swann!" - mó­wi­ła.

Po­nie­waż była w na­szej ro­dzi­nie je­dy­ną oso­bą tro­chę po­spo­li­tą, nig­dy, kie­dy mó­wi­ła do ko­goś ob­ce­go o Swan­nie, nie omiesz­ka­ła za­zna­czyć, że on, gdy­by chciał, mógł­by miesz­kać przy Bo­ule­vard Haus­smann albo przy Ave­nue de l'Opéra, że jest sy­nem sta­re­go Swan­na, któ­ry mu­siał mu zo­sta­wić czte­ry czy pięć mi­lio­nów, ale że taki ma ka­prys. Ka­prys ten wy­da­wał się jej tak uciesz­ny, że w Pa­ry­żu, kie­dy Swann przy­cho­dził w dzień No­we­go Roku, aby jej przy­nieść tra­dy­cyj­ną to­reb­kę kasz­ta­nów w cu­krze, nie omiesz­ka­ła nig­dy, o ile byli go­ście, za­gad­nąć go: "No i co, pa­nie Swann, za­wsze pan miesz­ka bli­sko Hali Win, dla pew­no­ści, że się pan nie spóź­ni na ko­lej, gdy­by pan je­chał do Lyonu?". I po­przez szkła pa­trza­ła spod oka na go­ści.

Ale gdy­by ktoś po­wie­dział ciot­ce, że ten Swann, ma­ją­cy, jako syn sta­re­go Swan­na, wszyst­kie dane na to, aby by­wać w ca­łym wy­so­kim miesz­czań­stwie, u naj­sza­now­niej­szych pa­ry­skich re­jen­tów i ad­wo­ka­tów (przy­wi­lej, z któ­re­go nie zda­wał się zbyt­nio ko­rzy­stać), pro­wa­dzi, jak­by w se­kre­cie, ży­cie zgo­ła od­mien­ne; że, wy­cho­dząc od nas w Pa­ry­żu, po­wie­dziaw­szy, że idzie do domu spać, skrę­ca na pierw­szym rogu i uda­je się do ja­kie­goś sa­lo­nu, któ­re­go nie oglą­da­ło nig­dy oko żad­ne­go agen­ta gieł­do­we­go ani jego wspól­ni­ka, wy­da­wa­ło­by się to jej tak nie­sły­cha­ne, jak by się bar­dziej oczy­ta­nej da­mie wy­da­ła myśl, że mo­gła­by być w oso­bi­stych sto­sun­kach z Ary­ste­uszem i do­wie­dzieć się, iż, po­roz­ma­wiaw­szy z nią, ów idzie się za­nu­rzyć w kró­le­stwo Te­ty­dy, w nie­wi­dzial­ne oczom śmier­tel­nych pań­stwo, gdzie - jak opo­wia­da We­rgi­liusz - przyj­mu­ją go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi; lub - aby się trzy­mać ob­ra­zu przy­stęp­niej­sze­go dla ciot­ki, bo oglą­da­ła go na ma­łych ta­le­rzy­kach w Com­bray - że mia­ła u sie­bie na obie­dzie Ali Babę, któ­ry, kie­dy się znaj­dzie sam, zstą­pi do gro­ty olśnie­wa­ją­cej nie­podej­rze­wa­ny­mi skar­ba­mi.

Jed­ne­go dnia w Pa­ry­żu, kie­dy Swann za­szedł do nas po obie­dzie, tłu­ma­cząc się, że jest we fra­ku, Fran­cisz­ka przy­nio­sła po jego odej­ściu wia­do­mość za­czerp­nię­tą od stan­gre­ta, że był na obie­dzie "u ja­kiejś pryn­ce­sy". "Tak, pryn­ce­sy z pół­świat­ka!" - od­par­ła ciot­ka, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi z po­god­ną iro­nią i nie pod­no­sząc oczu od ro­bót­ki.

To­też ciot­ka nie ro­bi­ła z nim so­bie ce­re­mo­nii. Po­nie­waż są­dzi­ła, że jemu musi po­chle­biać by­wa­nie u nas, uwa­ża­ła za bar­dzo na­tu­ral­ne, że nie zja­wia się u nas w le­cie bez ko­szy­ka brzo­skwiń albo ma­lin ze swe­go ogro­du i że z każ­dej po­dró­ży do Włoch przy­wo­zi mi fo­to­gra­fie ar­cy­dzieł.

Nie ro­bio­no so­bie skru­pu­łów, aby we­zwać Swan­na, gdy się po­trze­bo­wa­ło re­cep­ty na sos ge­new­ski albo na sa­łat­kę z ana­na­sów przed ja­kimś ce­re­mo­nial­nym obia­dem, na któ­ry się go nie pro­si­ło, nie uwa­ża­jąc go za god­ne­go po­ka­za­nia go­ściom, któ­rzy byli u nas po raz pierw­szy. Je­że­li roz­mo­wa ze­szła przy­pad­kiem na ksią­żąt Domu Fran­cu­skie­go: "fi­gu­ry, któ­rych nie bę­dzie­my zna­li nig­dy, ani pan, ani ja, i obej­dzie­my się bez tego, nie­praw­daż?" - po­wia­da­ła ciot­ka do Swan­na, któ­ry może miał w kie­sze­ni list z Twic­ken­ham; ka­za­ła mu prze­su­wać for­te­pian i ob­ra­cać nuty, gdy sio­stra bab­ki śpie­wa­ła, trak­tu­jąc tego czło­wie­ka, gdzie in­dziej tak po­szu­ki­wa­ne­go, z na­iw­ną bez­ce­re­mo­nial­no­ścią dziec­ka, któ­re bawi się rzad­kim bi­be­lo­tem niby gro­szo­wą za­baw­ką. Bez wąt­pie­nia Swann, któ­re­go zna­ło w owej epo­ce tylu club­me­nów, był bar­dzo róż­ny od tego, któ­re­go stwa­rza­ła so­bie ciot­ka, kie­dy wie­czo­rem w ogród­ku w Com­bray, sko­ro się roz­le­gły dwa nie­śmia­łe dzwon­ki, stro­iła wszyst­kim, co wie­dzia­ła o ro­dzi­nie Swan­nów, ma­ja­czą­cą w mro­ku oso­bi­stość, któ­ra się wy­ła­nia­ła z ciem­no­ści, po­prze­dza­jąc bab­kę i da­jąc się po­znać po gło­sie. Ale na­wet z punk­tu wi­dze­nia naj­mniej zna­czą­cych rze­czy nie je­ste­śmy ca­ło­ścią ma­te­rial­nie ukształ­to­wa­ną, toż­sa­mą dla wszyst­kich, któ­rą każ­dy może po pro­stu spraw­dzić niby hi­po­te­kę lub te­sta­ment; na­sza spo­łecz­na oso­bo­wość jest two­rem cu­dzej my­śli. Na­wet akt tak pro­sty, któ­ry zwie­my "wi­dzieć zna­jo­mą oso­bę", jest po czę­ści ak­tem in­te­lek­tu­al­nym. Po­zór fi­zycz­ny wi­dzia­nej oso­by wy­peł­nia­my wszyst­ki­mi po­ję­cia­mi, któ­re mamy o niej; a w ogól­nym kształ­cie, jaki so­bie two­rzy­my, po­ję­cia te mają z pew­no­ścią naj­więk­szy udział. W koń­cu wy­dy­ma­ją tak do­kład­nie po­licz­ki, tak ści­śle po­kry­wa­ją się z li­nią nosa, tak sku­tecz­nie bar­wią dźwięk gło­su, jak gdy­by ów głos był je­dy­nie prze­zro­czy­stą po­wło­ką, iż za każ­dym ra­zem kie­dy wi­dzi­my tę twarz i sły­szy­my ten głos, od­naj­du­je­my te wła­śnie po­ję­cia, sły­szy­my je. Bez wąt­pie­nia w Swan­na, któ­re­go so­bie stwo­rzy­li, ro­dzi­ce moi za­nie­dba­li przez nie­wie­dzę wpro­wa­dzić mnó­stwo wła­ści­wo­ści jego ży­cia świa­to­we­go, bę­dą­cych przy­czy­ną, że inne oso­by, zna­la­zł­szy się w to­wa­rzy­stwie te­goż Swan­na, wi­dzia­ły wy­twor­ność jego fi­zjo­no­mii, koń­czą­cą się na gar­ba­tym no­sie niby na swo­jej na­tu­ral­nej gra­ni­cy. W za­mian za to na tej twa­rzy odar­tej ze swe­go uro­ku, pu­stej i prze­stron­nej, w głę­bi tych zde­wa­lu­owa­nych oczu, ro­dzi­ce moi i krew­ni mo­gli od­na­leźć męt­ny i ła­god­ny osad - wpół pa­mięć, wpół za­po­mnie­nie - le­ni­wych go­dzin spę­dzo­nych wspól­nie po wiej­skim obie­dzie, do­ko­ła kar­cia­ne­go sto­li­ka lub w ogro­dzie, w epo­ce na­szych są­siedz­kich sto­sun­ków. Cie­le­sna po­wło­ka na­sze­go Swan­na była tym wy­pcha­na tak szczel­nie - za­rów­no jak wspo­mnie­nia­mi ty­czą­cy­mi jego ro­dzi­ców - że ten Swann stał się isto­tą peł­ną i żywą. W isto­cie mam wra­że­nie, jak­bym opusz­czał jed­ną oso­bę, aby się udać do dru­giej, cał­ko­wi­cie od niej róż­nej, kie­dy w mo­jej pa­mię­ci od Swan­na, któ­re­go zna­łem do­kład­nie póź­niej, prze­cho­dzę do pierw­sze­go Swan­na - do tego pierw­sze­go Swan­na, w któ­rym od­naj­du­ję uro­cze błę­dy wła­snej mło­do­ści i któ­ry zresz­tą mniej jest po­dob­ny do tam­te­go, niż do osób zna­nych mi w tym sa­mym cza­sie; jak gdy­by na­sze ży­cie było niby mu­zeum, gdzie wszyst­kie por­tre­ty z jed­nej epo­ki mają fa­mi­lij­ne po­do­bień­stwo, ja­kąś wspól­ną to­na­cję; do tego pierw­sze­go Swan­na, na­sy­co­ne­go wy­wcza­sem, na­sią­kłe­go wo­nią wiel­kie­go kasz­ta­na, ko­szy­ków ma­lin i odro­bi­ny es­tra­go­nu.

Jed­nak­że pew­ne­go dnia, kie­dy bab­ka po­szła pro­sić o ja­kąś przy­słu­gę damy, któ­rą zna­ła w Sa­cré-C?ur (i z któ­rą z po­wo­du na­szych po­jęć o ka­stach nie za­cho­wa­ła sto­sun­ków mimo wza­jem­nej sym­pa­tii), mar­gra­bi­ny de Vil­le­pa­ri­sis ze sław­ne­go domu Bo­uil­lon, owa dama rze­kła: "Zda­je mi się, że pani zna do­brze pana Swann, któ­ry jest wiel­kim przy­ja­cie­lem mo­ich ku­zy­nów des Lau­mes". Bab­ka wró­ci­ła z wi­zy­ty za­chwy­co­na do­mem oto­czo­nym ogro­da­mi, gdzie pani de Vil­le­pa­ri­sis ra­dzi­ła jej wy­na­jąć miesz­ka­nie, a tak­że pew­nym drob­nym kraw­cem i jego cór­ką, do któ­re­go warsz­ta­tu w po­dwó­rzu wstą­pi­ła z proś­bą, aby jej na­pręd­ce za­szy­to spód­ni­cę, roz­dar­tą na scho­dach. Ci lu­dzie wy­da­li się bab­ce prze­mi­li; oznaj­mi­ła, że ta mała to jest ist­na per­ła, a kra­wiec naj­dy­styn­go­wań­szy i naj­przy­zwo­it­szy czło­wiek, ja­kie­go kie­dy wi­dzia­ła. Bo dla niej dys­tynk­cja była czymś zu­peł­nie nie­za­leż­nym od ran­gi spo­łecz­nej. Roz­pły­wa­jąc się przed mamą nad ja­kąś od­po­wie­dzią kraw­ca, rze­kła: "Se­vi­gné nie by­ła­by tego wy­ra­zi­ła le­piej!", a w za­mian za to o sio­strzeń­cu pani de Vil­le­pa­ri­sis, któ­re­go u niej spo­tka­ła: "Och, moje dziec­ko, ja­kiż on po­spo­li­ty!".

Otóż to po­wie­dze­nie o Swan­nie mia­ło sku­tek nie ten, żeby pod­nio­sło Swan­na w oczach ciot­ki, ale ten, że ob­ni­ży­ło w nich pa­nią de Vil­le­pa­ri­sis. Zda­wa­ło­by się, że sza­cu­nek, ja­kim, na wia­rę bab­ki, da­rzy­li­śmy pa­nią de Vil­le­pa­ri­sis, na­kła­dał na nią obo­wią­zek nie­ro­bie­nia ni­cze­go, co by ją czy­ni­ło mniej god­ną sza­cun­ku. Temu obo­wiąz­ko­wi uchy­bi­ła, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści ist­nie­nie Swan­na i po­zwa­la­jąc swo­im krew­nym prze­sta­wać z nim.

- Skąd ona może znać Swan­na? No, wiesz, jak na oso­bę, o któ­rej mó­wi­łaś, że jest krew­ną mar­szał­ka de Mac-Ma­hon!

Ta opi­nia mo­jej ro­dzi­ny o sto­sun­kach Swan­na zna­la­zła póź­niej rze­ko­me po­twier­dze­nie w jego mał­żeń­stwie z oso­bą naj­gor­sze­go to­wa­rzy­stwa, pra­wie ko­ko­tą, któ­rej zresz­tą Swann nig­dy nie si­lił się nam przed­sta­wić, nadal przy­cho­dząc do nas sam, mimo że co­raz rza­dziej. We­dle tej żony ro­dzi­na moja uwa­ża­ła, iż ma pra­wo są­dzić - przy­pusz­cza­jąc, że tam ją zna­lazł - o nie­zna­nym nam śro­do­wi­sku, w któ­rym Swann ob­ra­cał się zwy­czaj­nie.

Ale jed­ne­go razu dzia­dek prze­czy­tał w ga­ze­cie, że Swann jest jed­nym ze sta­łych go­ści na śnia­da­niach nie­dziel­nych u księ­cia de X, któ­re­go oj­ciec i stryj byli naj­wy­bit­niej­szy­mi mę­ża­mi sta­nu za Lu­dwi­ka Fi­li­pa. Otóż dzia­dek był cie­ka­wy wszyst­kich drob­nych fak­tów zdol­nych do­po­móc mu do wnik­nię­cia my­ślą w pry­wat­ne ży­cie lu­dzi ta­kich jak Molé, jak ksią­żę Pa­squ­ier, jak ksią­żę de Bro­glie. Za­chwy­co­ny był wia­do­mo­ścią, że Swann bywa u osób, któ­re ich zna­ły. Prze­ciw­nie ciot­ka - wy­ło­ży­ła so­bie tę wia­do­mość w sen­sie ujem­nym dla Swan­na; ktoś, kto szu­kał zna­jo­mo­ści poza ka­stą, w któ­rej się uro­dził, poza swo­ją "kla­są", de­kla­so­wał się do­tkli­wie w jej oczach. Zda­wa­ło się jej, że taki czło­wiek wy­rze­ka się na­gle owo­cu wszyst­kich swo­ich chlub­nych sto­sun­ków z ludź­mi do­brze sy­tu­owa­ny­mi; sto­sun­ków za­szczyt­nie pod­trzy­my­wa­nych i gro­ma­dzo­nych dla swo­ich dzie­ci przez prze­wi­du­ją­ce ro­dzi­ny. (Swo­je­go cza­su ciot­ka ze­rwa­ła wręcz zna­jo­mość z sy­nem za­przy­jaź­nio­ne­go z nami re­jen­ta, po­nie­waż oże­nił się z księż­nicz­ką krwi, i tym sa­mym spadł dla niej z sza­no­wa­nej ran­gi syna re­jen­ta do rzę­du owych awan­tur­ni­ków, eks-lo­ka­jów lub masz­ta­le­rzy, któ­rych, jak mó­wią, kró­lo­we ob­da­rza­ły cza­sem swo­imi ła­ska­mi). Zga­ni­ła za­miar dziad­ka, któ­ry chciał przy naj­bliż­szej spo­sob­no­ści za­py­tać Swan­na o owych jego świe­żo od­kry­tych przy­ja­ciół. Z dru­giej stro­ny, dwie sio­stry bab­ki, sta­re pan­ny, ob­da­rzo­ne jej szla­chet­ną na­tu­rą, ale bez jej in­te­li­gen­cji, oświad­czy­ły, że nie ro­zu­mie­ją przy­jem­no­ści, jaką szwa­gier może znaj­do­wać w roz­mo­wie o po­dob­nych głup­stwach. Były to oso­by o wyż­szych aspi­ra­cjach, tym sa­mym nie­zdol­ne in­te­re­so­wać się tym, co się na­zy­wa plot­ką - na­wet plot­ką o cha­rak­te­rze hi­sto­rycz­nym - i w ogó­le ni­czym, co nie łą­czy­ło się wprost z ja­kim es­te­tycz­nym lub cno­tli­wym przed­mio­tem. W sto­sun­ku do wszyst­kie­go, co z da­le­ka lub z bli­ska wią­za­ło się z ży­ciem świa­to­wym, obo­jęt­ność ich była taka, że ich zmysł słu­chu - zro­zu­miaw­szy wresz­cie swą cza­so­wą bez­u­ży­tecz­ność, z chwi­lą gdy przy obie­dzie roz­mo­wa przy­bie­ra­ła cha­rak­ter pło­chy lub bo­daj przy­ziem­ny, a sta­re pan­ny nie mo­gły jej spro­wa­dzić do ulu­bio­nych te­ma­tów - za­wie­szał swo­je apa­ra­ty od­bior­cze i ule­gał jak gdy­by atro­fii. Je­że­li wów­czas dzia­dek chciał ścią­gnąć uwa­gę szwa­gie­rek, mu­siał się ucie­kać do owych wstrzą­sów fi­zycz­nych, któ­ry­mi po­słu­gu­ją się psy­chia­trzy wo­bec cier­pią­cych na roz­tar­gnie­nie ma­nia­ków: kil­ka­krot­ne ude­rze­nie no­żem w szklan­kę po­łą­czo­ne z na­głym pod­nie­sie­niem gło­su i by­strym spoj­rze­niem. (Gwał­tow­ne te środ­ki psy­chia­trzy prze­no­szą czę­sto na zwy­kłe sto­sun­ki ze zdro­wy­mi, bądź przez na­wyk za­wo­do­wy, bądź że uwa­ża­ją wszyst­kich lu­dzi po tro­sze za wa­ria­tów).

Bar­dziej obu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie sta­rych pa­nien na­stę­pu­ją­ca oko­licz­ność. W wi­lię pew­ne­go dnia, kie­dy Swann miał przyjść, prze­słał spe­cjal­nie dla nich skrzyn­kę wina Asti. Rów­no­cze­śnie ciot­ka, trzy­ma­jąc nu­mer "Fi­ga­ra", gdzie obok pod­pi­su pod ob­ra­zem z wy­sta­wy Co­ro­ta wid­nia­ły sło­wa: "Ze zbio­rów pana Ka­ro­la Swann", rze­kła:

- Wie­cie, że Swann fi­gu­ru­je na ła­mach "Fi­ga­ra"?

- Ależ ja za­wsze mó­wi­łam, że on ma wie­le sma­ku - rze­kła bab­ka.

- Oczy­wi­ście, ty, sko­ro cho­dzi o to, aby być in­ne­go zda­nia od nas... - od­par­ła ciot­ka, któ­ra, wie­dząc, że bab­ka nig­dy nie jest jed­ne­go zda­nia z nią, i nie bę­dąc pew­na, czy my za­wsze ciot­ce przy­zna­je­my ra­cję, chcia­ła z nas wy­łu­dzić ry­czał­to­we po­tę­pie­nie po­glą­dów bab­ki, prze­ciw któ­rym sta­ra­ła się nas siłą zso­li­da­ry­zo­wać. Ale my­śmy mil­cze­li. Kie­dy sio­stry bab­ki ob­ja­wi­ły za­miar wspo­mnie­nia w obec­no­ści Swan­na o tej no­tat­ce w "Fi­ga­rze", ciot­ka od­ra­dzi­ła im. Za każ­dym ra­zem kie­dy wi­dzia­ła czy­jąś wyż­szość - choć­by naj­mniej­szą - któ­rej nie po­sia­da­ła, wma­wia­ła w sie­bie, że to nie jest wyż­szość, ale upo­śle­dze­nie, i ża­ło­wa­ła tej oso­by, aby jej nie mu­sieć za­zdro­ścić.

- Ja my­ślę, że nie zro­bi­ły­by­ście mu przy­jem­no­ści; co się mnie ty­czy, wiem, że by­ło­by mi bar­dzo nie­mi­ło wi­dzieć swo­je na­zwi­sko tak żyw­cem w ga­ze­cie i wca­le bym nie lu­bi­ła, żeby mi kto o tym mó­wił.

Nie si­li­ła się zresz­tą prze­ko­ny­wać ich, bo sta­re pan­ny przez wstręt do po­spo­li­to­ści tak da­le­ko po­su­wa­ły sztu­kę spo­wi­ja­nia alu­zji oso­bi­stych w prze­myśl­ne pe­ry­fra­zy, że alu­zja prze­cho­dzi­ła czę­sto nie­po­strze­żo­na na­wet przez tę oso­bę, do któ­rej się zwra­ca­ła. Co do mo­jej mat­ki, my­śla­ła je­dy­nie o tym, aby uzy­skać od ojca po­zwo­le­nie na­trą­ce­nia Swan­no­wi nie o żo­nie, ale o cór­ce, któ­rą ubó­stwiał i dla któ­rej po­dob­no w koń­cu za­warł to mał­żeń­stwo.