W stronę serca - Katarzyna Koziorowska

Reflow text when sidebars are open.
- Co robimy, kochanieńki? - zapytałam, schodząc na ziemię.
- Planowaliśmy odwiedzić jubilera. Chyba nie zapomniałaś, że musimy zainwestować w obrączki - odparł radośnie Wojtek. - Chodźmy do Aury. Rzut beretem stąd. Zrobimy sobie mały spacer, pogoda jest w miarę sprzyjająca.
Rzeczywiście, pomiędzy szarymi chmurzyskami przeświecały połacie błękitnego firmamentu. Słońce było jednak zbyt nieodważne, by ukazać się w pełnej krasie. Powiewał wprawdzie lekki, złośliwy wiaterek, ale postanowiliśmy nie zwracać na niego uwagi. Ważne, że nie lał deszcz.
Trzymając się za ręce, podążyliśmy ku przejściu dla pieszych. Rozejrzałam się na boki - poczułam się nieswojo w tłumie zalewającym centrum Olsztyna. Jeszcze większym przerażeniem napawała mnie świadomość, że lada moment pogrążę się w gawiedzi wypełniającej centrum handlowe.
- Nie obawiaj się, Maju - pocieszał mnie Wojtek, kiedy zapaliło się zielone światło. - To tylko ludzie. Z tego, co wiem, nie gryzą zbyt dotkliwie. Choć zdarza się, że niektóre gatunki są jadowite...
Nic nie odpowiedziałam. Stawiane przeze mnie kroki były sztywne, jakbym była nie do końca ich pewna. Na widok tłumu na przystanku tramwajowym miałam chęć zapaść się pod ziemię. Zniknąć bez śladu. Zwyczajnie przestać istnieć...
Kiedy przeszliśmy przez obrotowe drzwi galerii, oberwaliśmy w twarz gorącym, dusznym podmuchem. Brak świeżego powietrza zaniepokoił mnie jeszcze bardziej. Odruchowo wymierzyłam spojrzenie w nosy moich butów. Starałam się za wszelką cenę unikać spojrzeń mijających mnie osób... Poczułam, że mam niemałe problemy ze swobodnym oddychaniem. Serce obijało się o klatkę żeber.
Przedzierając się przez tłum, ruszyliśmy w kierunku wind. Mogliśmy wprawdzie skorzystać z ruchomych schodów, ale miałam lęk wysokości. Kiedy zatrzymaliśmy się w pobliżu windy, Wojtek wcisnął właściwy przycisk. Winda nadjechała. Pusta, ku mojej niebotycznej radości.
Wcisnęliśmy się do środka i pojechaliśmy na pierwsze piętro.
- Jak się czujesz? - spytał czule Wojtek.
- Lepiej niż na początku - odpowiedziałam niepewnie. Starałam się nie patrzeć przez przeszkloną ścianę windy.
Na piętrze wydostaliśmy się na zewnątrz i podążyliśmy ku jubilerowi.
Gdy wkroczyliśmy z lekkim wahaniem do środka lokalu, powitała nas serdecznie uśmiechnięta ekspedientka.
- Witam państwa, w czym mogę państwu pomóc? - zagaiła, szczerząc równe, zadbane ząbki. Kurczę, była naprawdę ładna... ZBYT ładna.
Wojtek wyszedł na prowadzenie.
- Szukamy obrączek ślubnych.
- Och, bierzecie państwo ślub - skonstatowała grzecznie. - Wszystkiego dobrego.
Uprzejmość kobiety sprawiła, że opuściło nas całe nieprzyjemne napięcie.
Zaczęliśmy przyglądać się rzędom złotych obrączek. Ach, wszystkie prezentowały się znakomicie. Na które się zdecydować? Nie mieliśmy pojęcia. Pochylaliśmy się nad szklanymi gablotami, pokazując sobie nawzajem złote krążki i dzieląc się opiniami na ich temat. Mieliśmy naprawdę poważny dylemat.
W końcu, po długim czasie, znaleźliśmy takie, które najbardziej przypadły nam do gustu. Niestety, okazało się, że nie ma naszego rozmiaru.
- Żaden problem - stwierdziła roześmiana ekspedientka. - Mogę zamówić obrączki w państwa rozmiarze. Kiedy państwo biorą ślub?
- Za nieco ponad miesiąc - odparł Wojtek.
- Doskonale. Obrączki byłyby gotowe za trzy tygodnie.
Zdecydowaliśmy się na w miarę proste obrączki z białego złota. Jak można było przewidzieć, kosztowały krocie. To jednak nie zrobiło na Wojtku najmniejszego wrażenia. Sięgnął po portfel, by zapłacić zaliczkę.
Ekspedientka zmierzyła nasze palce przy pomocy prowizorycznych obrączek. Zakładaliśmy je, by stwierdzić, które pasują. Następnie miła kobieta podsunęła Wojtkowi pod nos jakiś świstek papieru. Wojtek podpisał się na nim i zwrócił ekspedientce. Podziękowaliśmy serdecznie, po czym opuściliśmy pomieszczenie.
- Obrączki mamy z głowy - skonstatował pogodnie Wojtek. - Hm... Brakuje jeszcze zaproszeń. Wystarczą trzy. Złotko, zajrzymy do Empiku?
Skinęłam potakująco głową.
W Empiku, niestety, panował gęsty tłum. To było do przewidzenia. Przerażona, przystanęłam u wejścia. Obejrzałam się i spojrzałam w oczy Wojtkowi.
- Naprzód, maleńka. W razie potrzeby cię obronię - rzekł pokrzepiająco. Położył mi rękę na plecach i delikatnym gestem powiódł do środka. Ruszyłam przed siebie, unikając spojrzeń. Wymijałam ludzi uważając, żeby na nikogo przypadkiem nie wpaść.
Wojtek zaprowadził mnie do stoiska z kartkami i pocztówkami. Zaczęliśmy przyglądać się zaproszeniom na ślub. Było ich bez liku. Były tak różnorodne, że zakręciło mi się w głowie. Wojtek wodził po karteluszkach opuszkami smukłych, długich palców. Kartki, które zwróciły jego uwagę, zdejmował z półki i podtykał mi pod nos.
- Chyba nie ma takich, które przypadłyby nam obojgu do gustu - skonstatował po paru minutach wertowania zaproszeń. - Może poszukamy kartek w Internecie? W końcu do ślubu został jeszcze miesiąc. Nie musimy się spieszyć, zdążymy.
Przytaknęłam mu gorliwie. Byłam podobnego zdania.
Pobłąkaliśmy się jeszcze po alejkach Empiku. Zajrzałam do stoiska z płytami. Udało mi się wypatrzeć najnowszy krążek Dżemu, kolekcję wszystkich płyt Pink Floydów oraz niedawno wydany album Comy.
- Kupić ci coś, malutka? - zapytał Wojtek, zaglądając mi przez ramię.
- Och, nie, nie ma potrzeby - odparłam natychmiast, odwracając się od półki z płytami.
- Nie udawaj. Widzę, że masz chrapkę na nowy krążek Dżemu.
- Może i tak, ale nie mam przy sobie tylu pieniędzy.
- Żaden problem.
Zanim zdążyłam zaprotestować, Wojtek zdjął z półki płytę.
- Ale...
- Żadnego "ale". Pragnę rozpieszczać moją przyszłą żonkę.
Spojrzałam na niego z mieszaniną irytacji i zachwytu. Pokręciłam głową i wzięłam się pod boki.
- Jesteś bardzo niepoprawny, wiesz? - stwierdziłam groźnie. Nie mogłam jednak opędzić się od szerokiego uśmiechu. W rzeczywistości nieco imponowała mi ta rozrzutność Wojtka. Było mi miło, że usiłuje spełniać moje zachcianki i marzenia. Pragnęłam mu się tym odwzajemniać. Oczywiście, nie miałam z czego robić mężczyźnie tak drogich prezentów, ale Wojtek zawsze mógł liczyć na moją serdeczność i oddanie.
- Odkąd cię znam, stałem się bardzo niepoprawny - zripostował Wojtek. - Chodźmy do kasy.
Parę minut później trzymałam krążek w ramionach. Moja radość i wdzięczność nie miały granic.
- I jak ja ci się odwdzięczę? - zapytałam, zanurzając się w szmaragdowym oceanie Wojtkowego spojrzenia.
- Wystarczy w zupełności, gdy będziesz mnie kochać - stwierdził mój przyszły mąż.
- Masz to jak w banku.
Wydostaliśmy się z Empiku. Odetchnęłam z ulgą.
Zmęczeni i zrelaksowani jednocześnie, leżeliśmy w naszym wielkim, wspólnym łóżku. Wciąż naga, wtulałam się w bok Wojtka, także nagiego. Kto by pomyślał, że ten cudowny mężczyzna zgodzi się zostać moim mężem? Majka, ty to jednak jesteś szczęściara...
- Maleńka... - mruknął Wojtek. Podniosłam głowę i zajrzałam w jego oczy. W zapadającym pośpiesznie półmroku miały ciemnozieloną barwę. Mimo ciemności widziałam w nich pogodny blask.
- Tak, słońce?
- Jeśli dobrze pamiętam... - Wojtek zamilkł na chwilę. Po krótkiej pauzie kontynuował: - Jeśli dobre zapamiętałem, to niebawem masz wizytę u psychiatry. Kiedy dokładnie?
O rety. Poczułam się, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. Mój radosny nastrój prysnął jak ta sławetna bańka mydlana. Poczułam w sobie dojmującą pustkę, niepewność, strach... Pomimo że miałam cudowną panią doktor, wizyty wywoływały u mnie głęboki stres. Choć wiedziałam, że nic mi nie grozi z jej strony, to nie przepadałam za rozmowami z nią. Jak wszystkie rozmowy z nieznajomymi ludźmi, i ta działała na mnie mocno deprymująco. Może przy Wojtku nauczę się wreszcie pewności siebie? Może uda mu się mnie oswoić? Naprawdę się starałam polubić ludzi, luźne rozmowy z nimi... Nie ukrywam, że miałam czasem ochotę zobaczyć się z kimś, kto nie był Wojtkiem bądź moją mamą...
- W najbliższą środę - odparłam drętwo.
- Och. Czyli pojutrze. O której?
- O siedemnastej trzydzieści.
- Super. Kończę pracę o szesnastej. Wezmę taksówkę, to będę w domu o szesnastej dwadzieścia.
Po krótkiej pauzie mruknęłam:
- Dziękuję.
- Za co, maleńka?
- A za to, że mogę się tobą pochwalić mojej pani doktor. Będzie zachwycona, że wypełzłam wreszcie ze swojej skorupy.
- Nie wstydzisz się, że będę przysłuchiwał się waszej rozmowie?
- Absolutnie. Może... może dzięki tej wizycie dowiesz się o mnie wszystkiego...
Wojtek przytulił mnie jeszcze mocniej. Opuszkami palców wodził po moim nagim boku i plecach. Przeszywał mnie przyjemny dreszczyk.
- Majeczka, poznałem już dość dobrze twoją poczciwą duszyczkę. Wątpię, żeby coś jeszcze mogło mnie zaskoczyć.
- Mam nadzieję, że nie uciekniesz, gdzie pieprz rośnie.
- Donikąd się nie ruszam.
Przez kilka kolejnych minut przytulaliśmy się w milczeniu. Tym razem było to bardzo rozkoszne milczenie. Bez żadnych podtekstów, po prostu niewinne przytulanie. Wojtek wplatał palce w moje rozwichrzone włosy. W odpowiedzi przesuwałam dłoń po jego gładkim, przyjemnie ciepłym torsie.
Nagle Wojtek znieruchomiał. Cofnął nagle ręce i prawą dłonią uderzył się w czoło.
- Majka, przecież my zapomnieliśmy o twoich lekcjach! - krzyknął. - Nie poszłaś dziś do szkoły! Jak mogliśmy o tym zapomnieć?!
O rety. Wiedziałam, że Wojtek wkrótce sobie o tym przypomni. Ja byłam świadoma, że po raz kolejny udałam się na wagary. O niczym jednak nie powiedziałam Wojtkowi. Nie chciałam psuć nam cudownej atmosfery i idealnych nastrojów. Czekałam, aż Wojtek zda sobie z tego sprawę...
- Oj tam, oj tam - rzuciłam. Chcąc udobruchać mojego mężczyznę, zbliżyłam się do niego. On jednak nie zamierzał kontynuować pieszczot. Gdy mnie odtrącił, zrobiło mi się bardzo przykro.
- "Oj tam, oj tam"? - Kurczę, Wojtek był naprawdę zdenerwowany. - Twoja mama mnie zabije, jeśli przeze mnie oblejesz maturę! Maju - dodał już nieco łagodniej - proszę, idź jutro na zajęcia. Uważaj tylko, żeby twoje rówieśniczki nie dostrzegły pierścionka...
- Z pierścionka będę bardzo dumna. - Usiłowałam odwrócić uwagę Wojtka od tematu szkoły.
- Maja, jutro wybierasz się na zajęcia, czy tego chcesz, czy nie. Przynajmniej nie będziesz się nudzić. Jutro pracuję od rana do wieczora.
Przewróciłam ostentacyjnie oczami, jakbym szukała wsparcia u opatrzności.
- Dobra, dobra - skapitulowałam. - Ale prac domowych już raczej nie zdążę odrobić.
Wojtek z trudem zaczerpnął powietrza. Pokręcił głową z jawną kontestacją.
- Co ja narobiłem - jęknął.
Usiłowałam ponownie go przytulić, ale Wojtek wymknął się moim objęciom i położył na wznak.
- Gdyby nie naciski mamy, rzuciłabym szkołę już dawno temu - mruknęłam kwaśno.
Wojtek spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy w życiu.
- Musisz się uczyć, Maja - rzekł łagodnie, lecz z powagą. - Zrób to dla mnie.
Stęknęłam bardzo, bardzo ciężko. Z tego Wojtka był jednak spory uparciuch!
- Dobrze - odparłam w stronę pokrytego cieniem sufitu. - Zrobię to. Ale tylko i wyłącznie dla ciebie.
- Dzięki - burknął mój przyszły mąż. Po sekundzie dodał, nieco lżej: - Chciałbym mieć wykształconą żonkę. Może jesteś innego zdania, ale studia naprawdę się przydają.
Zasznurowałam usta. Nie chciałam ciągnąć dłużej tego tematu. Nie, nie teraz, kiedy jesteśmy tak bardzo szczęśliwi!
- Jaki obiadek ci jutro przygotować? - usiłowałam wziąć Wojtka pod włos.
- Nie odwracaj mojej uwagi, mała - wymamrotał. - Ale chętnie zjadłbym poczciwego schaboszczaka, ziemniaczki i kapustkę. Lata ich nie jadłem, choć mój żołądek za nimi przepada.
- Załatwione. Obiecałam, że będzie ze mnie przednia narzeczona. A za miesiąc żona.
- Och, słodka. - Wojtek przewrócił się na lewy bok i spojrzał w końcu na mnie. - Masz w sobie coś takiego, co nie pozwala mi się na ciebie dłużej gniewać.
Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią. W końcu otworzyłam usta i zaczęłam recytować z pamięci: - "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje".
Wojtek spojrzał na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zachwytu.
- O! - zakrzyknął. - Znasz na pamięć "Hymn do miłości"? Uwielbiam go. Kocham cię, złotko, wiesz już o tym? Jesteś wprost niesamowita.
- Lubię cię zaskakiwać, słońce - zripostowałam, pocierając palcem czubek haczykowatego nosa Wojtka. - Podobnie jak ty mnie.