W służbie śmierci - Róża Lewanowicz

-
Proszę czekać

I

Pa­weł po­cząt­kowo uwa­żał, że ła­du­nek wy­bu­chowy na­leży pod­ło­żyć jed­nemu z le­ka­rzy do torby, jed­nak po dwóch ty­go­dniach wni­kli­wej ob­ser­wa­cji ich zwy­cza­jów zro­zu­miał, że taki plan jest zbyt trudny do zre­ali­zo­wa­nia i nie­sie ze sobą nad­mierne ry­zyko nie­po­wo­dze­nia. "Ła­twiej ją bę­dzie pod­mie­nić" - w gło­wie za­świ­tała mu ge­nialna myśl. "Kupi się iden­tyczną torbę, jaką ma le­karz, i wpa­kuje do niej śliczną bombkę". Wy­bór ele­ganc­kiego ne­se­seru gi­ne­ko­loga Izy­dora Ko­wal­skiego był oczy­wi­sty, bo gi­ne­ko­lożka Bar­bara Gę­sicka za każ­dym ra­zem przy­jeż­dżała do pracy z inną to­rebką.

- Szczuje bo­gac­twem - re­la­cjo­no­wał Pa­weł swoje od­kry­cie Zu­zan­nie. - Po­ka­zuje, jak się do­ro­biła na oka­le­cza­niu i za­bi­ja­niu pa­cjen­tek. Pan dok­tor za to ni­gdy nie roz­staje się ze swoim ku­fer­kiem.

Pa­weł przy­je­chał na par­king przed szpi­ta­lem już w nie­dzielę wie­czo­rem. By się tam do­stać, wy­ko­rzy­stał za­ła­twioną przez Zu­zannę prze­pustkę pra­cow­ni­czą. No­co­wa­nie w au­cie nie było dla niego żadną no­wo­ścią, ale z po­wodu pod­eks­cy­to­wa­nia nie mógł zmru­żyć oka. Raz za ra­zem ana­li­zo­wał wszyst­kie punkty swo­jego planu, co chwilę zer­ka­jąc na sie­dze­nie obok, żeby spraw­dzić, czy duża le­kar­ska torba na pewno tam była, a po­tem za­glą­dał do jej wnę­trza, żeby się upew­nić, czy przy­go­to­wany z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią ła­du­nek wciąż spo­czy­wał na jej dnie.

- Przy­jeż­dżają, wy­sia­dają, idą do bu­dynku - wy­li­czał na głos. - Ja wy­sia­dam z torbą, uru­cha­miam alarm w ich au­cie, cze­kam... - Przy tym punk­cie za­wsze prze­ry­wał na chwilę i marsz­czył brwi. - Je­śli nikt nie wyj­dzie... Będę mu­siał wejść do środka, żeby zła­pać le­ka­rza na od­dziale. - Plan nie był ide­alny, ale wła­śnie z tego po­wodu Pa­weł zde­cy­do­wał się za­sto­so­wać od­pa­la­nie ła­dunku drogą ra­diową, a nie na przy­kład za po­mocą ze­gara albo me­cha­ni­zmu ini­cjo­wa­nego otwar­ciem torby. - Jak wy­buch­nie, ob­ser­wuję oto­cze­nie - kon­ty­nu­ował swoją śmier­telną wy­li­czankę. - Cze­kam na przy­jazd po­li­cji, ob­ser­wuję ich, wta­piam się w tłum...

Jego wzrok znów po­wę­dro­wał na sie­dze­nie pa­sa­żera. Torba le­kar­ska z bombą le­żała na nie­du­żej czar­nej wa­lizce, w któ­rej trzy­mał wszyst­kie ak­ce­so­ria ko­nieczne do do­ko­na­nia szyb­kiej zmiany wy­glądu: pe­ruki, wąsy, brody, oku­lary, a na­wet sztuczne nosy i ko­lo­rowe so­czewki kon­tak­towe. Miał też ze­staw do ma­ki­jażu, który po­zwa­lał zmie­nić od­cień skóry albo do­ma­lo­wać si­niaki, przy­pusz­czał jed­nak, że tym ra­zem mu się to nie przyda. Poza tym nie lu­bił prze­bie­ra­nek i ucie­kał się do nich tylko wtedy, gdy oko­licz­no­ści nie da­wały mu al­ter­na­tywy. Pre­fe­ro­wał dzia­łać spon­ta­nicz­nie, na przy­kład do­paść ofiarę na dro­dze i ją po pro­stu za­tłuc, a po­tem szybko...

- Kurwa! - za­klął i za­ci­snął mocno usta. - Ba­gaż­nik!

Z po­wodu ca­łego pod­nie­ce­nia zwią­za­nego z pla­no­wa­nym za­ma­chem Pa­weł cał­kiem za­po­mniał, że w ba­gaż­niku wciąż le­żały zwłoki mło­dej dziew­czyny, którą za­bił na szo­sie za Lesz­nem. Szła po­bo­czem, pro­wa­dząc ro­wer, więc za­trzy­mał się i za­py­tał uprzej­mie, czy jej nie po­móc. Kiedy od­mó­wiła i za­częła iść da­lej, zje­chał z drogi, wy­siadł z auta i po pro­stu roz­bił jej czaszkę zna­le­zio­nym pod sto­pami ka­mie­niem. Ro­wer wrzu­cił do rowu, a ciało umie­ścił w ba­gaż­niku. Uznał, że skoro swo­jej zbrodni do­ko­nał go­łymi rę­kami, na dziew­czy­nie mogą znaj­do­wać się ślady bio­lo­giczne.

"To było głu­pie!" - po­my­ślał, ude­rza­jąc dłońmi o kie­row­nicę. "Zu­zanna nie bę­dzie za­do­wo­lona".

Pa­weł wie­dział, że bę­dzie ona po pro­stu wście­kła, zwłasz­cza że jesz­cze dzień wcze­śniej pro­siła go, żeby nie ro­bił nic głu­piego. Pod sło­wem głu­pie ro­zu­miała: nie za­bij ni­kogo przy­pad­ko­wego. Ale kiedy zo­ba­czył tę dziew­czynę na po­bo­czu, nie my­ślał o ni­czym in­nym, tylko o tym, że musi ją za­bić.

Im­puls?

Za­chcianka?

Jak zwał, tak zwał. Nie­za­pla­no­wane mor­der­stwa krę­ciły go naj­bar­dziej.

- Trudno - wes­tchnął. Wie­dział, że zwłoki będą mu­siały zo­stać w ba­gaż­niku do końca jego ak­cji, jak na­zy­wał pla­no­wany za­mach. Nie było upału, nie było więc obawy, że za­czną się roz­kła­dać i śmier­dzieć (taką przy­naj­mniej miał na­dzieję), kom­pli­ko­wały jed­nak sy­tu­ację. Bę­dzie mu­siał póź­niej zbo­czyć z trasy i gdzieś je za­ko­pać. Te­raz jed­nak li­czyło się tylko wy­ko­na­nie planu!

Pa­weł z bi­ją­cym ser­cem pa­trzył, jak par­king szpi­talny za­peł­nia się po­woli służ­bo­wymi au­tami. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­kład­nie o szó­stej pięć­dzie­siąt pięć w bra­mie po­ja­wiła się zie­lona To­yota na­le­żąca do dok­tora Ko­wal­skiego, który jak co dzień za­jął swoje miej­sce na par­kingu i po chwili wy­siadł z auta. Z Pawła uszło po­wie­trze. Po­now­nie ude­rza­jąc dłońmi o kie­row­nicę, za­wo­łał:

- Ja pier­dolę! Przy­je­chał sam!

Gi­ne­ko­log otwo­rzył tylne drzwi auta i wy­jął kla­syczną skó­rzaną torbę le­kar­ską. Taka sama le­żała na sie­dze­niu pa­sa­żera obok Pawła.

- Gdzie jest ta głu­pia baba?!

Ja­kiś męż­czy­zna prze­cho­dził aku­rat obok i spoj­rzał z za­cie­ka­wie­niem na męż­czy­znę wy­dzie­ra­ją­cego się za kie­row­nicą sa­mo­chodu.

Pa­weł za­uwa­żył go i opa­no­wał się nieco.

- Nie zwra­caj na sie­bie uwagi. Uspo­kój się - po­wta­rzał sam do sie­bie. Mu­siał zde­cy­do­wać, czy ma kon­ty­nu­ować re­ali­za­cję swo­jego planu. Skoro Gę­sicka nie przy­je­chała z Ko­wal­skim, to trzeba bę­dzie ją do­paść ja­koś ina­czej. To zaś ozna­czało dzia­ła­nie w po­śpie­chu, bez więk­szego pla­no­wa­nia... czyli znów spon­ta­niczną ak­cję. Niby to wła­śnie Pa­weł lu­bił naj­bar­dziej, ale w tym wy­padku wszystko miało się prze­cież po­to­czyć ina­czej. - Je­bać to! - wark­nął. - Póź­niej się zo­ba­czy. Te­raz jadę z kok­sem.

Kiedy Ko­wal­ski ru­szył w stronę wej­ścia na SOR, Pa­weł zła­pał ku­fe­rek le­kar­ski i wy­sko­czył z auta. Pod­szedł do To­yoty i ude­rzył torbą o ma­skę, na­tych­miast uru­cha­mia­jąc alarm. Zwró­cił się ku wej­ściu do szpi­tala z prze­stra­szoną mi­nią i unie­sioną dło­nią.

Gi­ne­ko­log od razu się obej­rzał. Na wi­dok męż­czy­zny w śred­nim wieku, który ma­chał w jego stronę, wró­cił na par­king i pod­szedł do swo­jego auta.

- Bar­dzo pana prze­pra­szam. - Pa­weł wy­szcze­rzył się w uśmie­chu, tak samo uda­wa­nym jak wcze­śniej­szy prze­strach. - Mam na­dzieję, że ni­czego nie uszko­dzi­łem. My­ślę, że tylko otar­łem się torbą o ma­skę, ale chyba się nic nie stało.

- Nie, nic się nie stało - od­parł le­karz, choć wi­dać było, że nie jest za­do­wo­lony. - Za­raz wy­łą­czę alarm.

- Ale niech pan spoj­rzy, czy cze­goś nie za­tar­łem. Wie pan, nie mam oku­la­rów i nie bar­dzo wi­dzę.

- Nie, chyba nie.

W tym mo­men­cie cho­dziło o to, żeby Ko­wal­ski na parę se­kund po­zo­sta­wił torbę poza za­się­giem swo­jego wzroku. Pa­weł znał się tro­chę na lu­dziach i ich mi­mo­wol­nych re­ak­cjach, więc aby le­ka­rza do tego za­chę­cić, swoją torbę po­sta­wił na as­fal­cie i ob­szedł auto z dru­giej strony.

"Bingo!" - po­my­ślał, wi­dząc, jak gi­ne­ko­log kła­dzie ne­se­ser obok i idzie za nim.

- No niech pan zer­k­nie - za­chę­cił Ko­wal­skiego. - Sze­dłem, o tu, z tyłu, i mo­gło się nieco po­ry­so­wać. - Po tych sło­wach na­tych­miast ru­szył w stronę to­reb i zła­pał ku­fer na­le­żący do le­ka­rza.

Po­cząt­kowo zi­ry­to­wany gi­ne­ko­log uspo­koił się i mach­nął ręką, kiedy zo­ba­czył, że auto jest nie­usz­ko­dzone.

- Nad­mierna prze­sada - za­wy­ro­ko­wał, po czym spoj­rzał na Pawła dzier­żą­cego torbę iden­tyczną do jego wła­snej. - Pan tu­taj pra­cuje?

- Ja? Nie, ja tylko przy­je­cha­łem na kon­sul­ta­cję. Je­stem ze szpi­tala w Ole­śnicy.

- O, na­prawdę? Ja też tam cza­sami pra­cuję.

- No tak mi się wy­da­wało, że pana skądś ko­ja­rzę - po­wie­dział Pa­weł i ro­ze­śmiał się ner­wowo. - Mu­sie­li­śmy się kie­dyś mi­nąć na ko­ry­ta­rzu. Ja pra­cuję na in­ter­nie. A tu­taj te­raz leży mój pa­cjent i przy­je­cha­łem spraw­dzić, czy wszystko u niego okej. - Zro­bił wy­mowny gest pal­cami. - Je­stem za to wy­na­gra­dzany poza NFZ.

- No tak. - Le­karz uśmiech­nął się ką­tem ust. - Ja­sne.

Ko­wal­ski pod­szedł do torby i bez spraw­dza­nia, czy na pewno na­leży do niego, pod­niósł ją z ziemi i ru­szył w stronę SOR-u.

- To idę. Do zo­ba­cze­nia na placu boju - po­że­gnał się, ma­cha­jąc ręką przez ra­mię.

- Tak, do zo­ba­cze­nia - od­parł Pa­weł, po czym wró­cił do swo­jego auta i za­jął miej­sce kie­rowcy. Wie­dział, że torba, którą zła­pał, na­le­żała do le­ka­rza, ale i tak zaj­rzał do środka, żeby się upew­nić.

- Tak, kurwa, tak! - krzyk­nął, wi­dząc jej za­war­tość. Się­gnął do schowka na oku­lary i wy­jął z niego starą ko­mórkę, która miała po­słu­żyć za pi­lota do od­pa­le­nia bomby. - Te­raz tylko wejdź do środka i po spra­wie, dok­torku.

Pa­weł mógł za­ini­cjo­wać wy­buch, za­nim le­karz wszedł do bu­dynku, ale uznał, że za­baw­niej bę­dzie zro­bić to w taki spo­sób, by zgi­nęło wię­cej lu­dzi. Po­my­ślał, że dzięki temu zła­go­dzi nieco swój gniew wy­wo­łany tym, że Gę­sicka nie przy­je­chała do pracy.

Wkle­pał nu­mer na te­le­fo­nie, ale za­nim wy­brał przy­cisk po­łą­cze­nia, przez kil­ka­na­ście se­kund kon­tem­plo­wał tę cu­downą chwilę, przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­kie inne sy­tu­acje, kiedy wy­sa­dzał lu­dzi w po­wie­trze. Bli­ski Wschód, Afga­ni­stan, Irak i ten je­den raz w Ira­nie, o któ­rym nikt nie wie­dział... Uświa­do­mił so­bie, że ni­gdy nie zro­bił tego w Eu­ro­pie, i do­piero w ten po­nie­dział­kowy po­ra­nek zro­zu­miał, że bar­dzo tego chciał i że speł­nia swoje ma­rze­nie.

Eks­plo­zja była więk­sza, niż Pa­weł się spo­dzie­wał. Na tyle duża, że le­cący w stronę lą­do­wi­ska he­li­kop­ter Lot­ni­czego Po­go­to­wia Ra­tun­ko­wego za­chwiał się i o mało nie spadł. Pa­weł był tym tak za­sko­czony, że za­czął się za­sta­na­wiać, czy w tor­bie na pewno była tylko jedna kostka tro­tylu. "Może mi się po­je­bało?" - po­my­ślał. "Może wrzu­ci­łem dwie?" Po chwili uświa­do­mił so­bie jed­nak, że w szpi­talu znaj­do­wały się in­sta­la­cje z tle­nem i praw­do­po­dob­nie ga­zowa, co zwięk­szyło siłę wy­bu­chu.

- Za­je­bi­ście - mruk­nął. - Wprost cu­dow­nie.

Bar­dzo chciał wy­siąść z sa­mo­chodu, żeby po­dzi­wiać swoje dzieło z nieco lep­szej per­spek­tywy, ale wo­lał nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Na pewno ktoś za­uwa­żyłby fa­ceta, który z uśmie­chem na twa­rzy przy­gląda się ran­nym lu­dziom ucie­ka­ją­cym w pa­nice z bu­dynku szpi­tala. Oparł brodę o kie­row­nicę i z roz­ma­rzo­nym wzro­kiem ob­ser­wo­wał oto­cze­nie.

Pa­weł mógłby kon­tem­plo­wać swoje dzieło znisz­cze­nia go­dzi­nami, ale w każ­dej beczce miodu była ja­kaś łyżka dzieg­ciu. W tym wy­padku był to te­le­fon od Zu­zanny, o któ­rej nie­mal cał­kiem za­po­mniał.

- Zro­bi­łeś to? - za­py­tała bez zbęd­nych po­wi­tań.

- Tak, zro­bi­łem.

- Bo me­dia jesz­cze nic nie mó­wią - po­wie­działa nieco cich­szym to­nem.

Pa­weł do­my­ślił się, że nie chciała, aby ich roz­mowę sły­szał jej mąż.

- Po­wie­dzą - za­pew­nił. - Ale mam dla cie­bie złą wia­do­mość.

- Mów.

- Gi­ne­ko­log przy­je­chał sam. Nie było z nim jego ko­le­żanki.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła zło­wroga ci­sza.

- Ale on nie żyje? - upew­niła się Zu­zanna.

- Tak, wziął ła­du­nek ze sobą i wszedł do szpi­tala. Zro­biło się spore za­mie­sza­nie.

- O Boże! - w gło­sie Zu­zanny sły­chać było iry­ta­cję. - Czyli na­wet nie po­twier­dzi­łeś, że on zgi­nął. A w do­datku le­karka nie przy­je­chała i cią­gle cho­dzi żywa po tej ziemi.

- Prze­stań się wku­rzać. Le­karz na pewno nie żyje. Na pewno. A nią zajmę się póź­niej.

- Czy ty się do­brze czu­jesz? Czy ty w ogóle my­ślisz? Prze­cież te­raz ona bę­dzie mo­gła się gdzieś scho­wać i na­wet jej nie znaj­dziesz. Po­li­cja może dać jej ochronę.

Pa­weł wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

- Jaka po­li­cja? Jaką ochronę? Skąd będą wie­dzieć, że oni są ce­lem za­ma­chu? Że ten le­karz był ce­lem za­ma­chu? Cały SOR na Ka­mień­skiego prze­stał ist­nieć i aku­rat będą wie­dzieli, że ła­du­nek był w jego tor­bie? Za­nim się zo­rien­tują, mi­nie przy­naj­mniej doba.

- Ty na­prawdę je­steś głupi. Masz w tej chwili je­chać i za­ła­twić sprawę le­karki! Ona jest twoim ce­lem.

- Żaba, no nie mogę się stąd ru­szyć. Mu­szę cze­kać na roz­wój wy­pad­ków.

- Jaki roz­wój wy­pad­ków? O czym ty mó­wisz?

- Mu­szę zo­ba­czyć, jak pro­wa­dzona jest ak­cja ra­tun­kowa i kto jest za nią od­po­wie­dzialny. Je­śli okaże się, że są na na­szym tro­pie... na moim tro­pie, to będę mu­siał re­ago­wać. Nie bój się, le­karka nie uciek­nie. Poza tym...

- Tak?

- Poza tym te­raz na­bra­łem ochoty na coś więk­szego. My­ślę, że wy­biorę się w nocy do was i we­zmę cały ar­se­nał, jaki mia­łem. I tak pla­no­wa­łem się tego po­zbyć. Nie bę­dzie lep­szej oka­zji.

Zu­zanna nie od­po­wie­działa. Pa­weł wie­dział, że była zde­ner­wo­wana, on zaś był wy­jąt­kowo spo­kojny i opa­no­wany. Był też pe­wien po­wo­dze­nia swo­jej mi­sji. W tam­tym mo­men­cie czuł się nie­po­ko­nany.

- Do­bra, Żabo, będę koń­czyć. Przy­je­chało sporo służb i za­częły dzia­łać. Wmie­szam się w tłum i zo­ba­czę, o co cho­dzi, okej?

- No, okej - mruk­nęła. - Dzwoń, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał.

- Ja­sne.

Wmie­sza­nie się w tłum nie było wcale trudne. Ak­cja pro­wa­dzona była cha­otycz­nie. Lu­dzie wcho­dzili i wy­cho­dzili bez żad­nego nad­zoru. Przez dłuż­szą chwilę Pa­weł nie mógł się na­wet zo­rien­to­wać, kto do­wo­dzi ze strony po­li­cji, ale kiedy w końcu zlo­ka­li­zo­wał czło­wieka, ten oka­zał się kom­plet­nym igno­ran­tem, po­wo­du­ją­cym wię­cej za­mie­sza­nia niż po­żytku. Sa­pe­rzy przy­je­chali do­piero około po­łu­dnia. Wtedy też Zu­zanna dała mu znać, że w me­diach głów­nego nurtu in­for­ma­cji jest jak na le­kar­stwo, ale w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych po­ja­wiły się już nie­ofi­cjalne zdję­cia z miej­sca wy­bu­chu. To mu się nie spodo­bało, bo ktoś sfo­to­gra­fo­wał po­zo­sta­ło­ści po ła­dunku.

"Gdyby to zo­ba­czył ktoś ze sta­rych zna­jo­mych, mógł­bym mieć kło­poty" - po­my­ślał.

Krę­ce­nie się po te­re­nie szpi­tala uła­twiało mu to, że pra­wie wszy­scy no­sili ma­ski, ale i bez tego Pa­weł umiał wto­pić się w tłum i za­cho­wy­wać tak, by nie wzbu­dzać po­dej­rzeń. Przez chwilę roz­wa­żał na­wet, czy nie po­sprzą­tać po­zo­sta­ło­ści po ła­dunku, ale te zo­stały za­bez­pie­czone naj­wcze­śniej.

Około go­dziny czter­na­stej na te­re­nie SOR-u po­ja­wiło się kilku po­li­cjan­tów, któ­rzy wy­da­wali się mieć głowy na karku. Pa­weł wie­dział, że trzeba ich bacz­nie ob­ser­wo­wać. Je­den z nich na­zy­wał się Bor­kow­ski, a jego wy­gląd umoż­li­wiał Paw­łowi pod­szy­cie się pod niego.

Pa­weł wró­cił do auta i otwo­rzył wa­lizkę z re­kwi­zy­tami. Kiedy ob­my­ślał swoje prze­bra­nie, przy­szło mu do głowy, że gdyby ak­cja pro­wa­dzona była na­le­ży­cie, wszyst­kie sa­mo­chody na par­kingu zo­sta­łyby już dawno spraw­dzone i zna­le­ziono by zwłoki w jego ba­gaż­niku. Oczy­wi­ście nic ta­kiego się nie stało, dla­tego mógł ze spo­ko­jem upo­dab­niać się do po­li­cjanta. Na tyl­nym sie­dze­niu miał wo­rek z ubra­niami na różne oka­zje, od bar­dzo ele­ganc­kich gar­ni­tu­rów po strój spor­towy. Bor­kow­ski no­sił pro­stą czarną kurtkę i choć Pa­weł nie miał iden­tycz­nej, mógł na­rzu­cić się­ga­jącą bio­der bom­berkę, która z po­wo­dze­niem mo­gła ucho­dzić za kurtkę pana aspi­ranta.

Kiedy Pa­weł skoń­czył prze­bie­ra­nie się i do­pa­so­wy­wa­nie pe­ruki, po­czuł wielki głód, więc po­si­lił się ka­nap­kami za­ku­pio­nymi wcze­śniej na sta­cji ben­zy­no­wej. Szczę­ście mu sprzy­jało, bo kiedy z za­do­wo­le­niem prze­żu­wał chleb z szynką, za­uwa­żył, że Bor­kow­ski i jego part­ner wy­cho­dzą z SOR-u, wsia­dają do auta i gdzieś od­jeż­dżają.

"Mogę tam po pro­stu wejść i po­da­wać się za niego" - skon­sta­to­wał. Za­nim jed­nak to zro­bił, za­dzwo­nił do Zu­zanny.

- Żabo, mo­gła­byś mi zdo­być nu­mer te­le­fonu aspi­ranta Bor­kow­skiego z wro­cław­skiej po­li­cji?

- Słu­cham? Po co ci to?

- Oj, nie py­taj, po pro­stu za­łatw mi go.

- Do­bra, ale co ty w za­sa­dzie ro­bisz? Je­steś tam jesz­cze?

- Tak, je­stem. Wy­ślij mi ten nu­mer.

Po skoń­czo­nej roz­mo­wie Pa­weł wy­jął plik ma­łych kar­te­czek, które mo­gły słu­żyć jako wi­zy­tówki. Pół go­dziny póź­niej za­dzwo­niła Zu­zanna z nu­me­rem aspi­ranta Bor­kow­skiego. Pa­weł za­pi­sał go na kilku kart­kach i scho­wał je do kie­szeni kurtki. Wy­sia­da­jąc z auta, za­uwa­żył w od­dali dwa busy na war­szaw­skich nu­me­rach. Mimo że nie były w ża­den spo­sób ozna­czone, od razu po­znał, że to an­ty­ter­ro­ry­ści. Wy­star­czyło, że zo­ba­czył czarne mun­dury i ko­mi­niarki.

- Nie­do­brze - wy­szep­tał. - Oby nie było tam ni­kogo, kto ogar­nie ten bur­del.

Ru­szył w stronę SOR-u, mi­ja­jąc po dro­dze "czar­nych", któ­rzy wy­sie­dli z bu­sów. Przyj­rzał się im uważ­nie, a gdy za­uwa­żył, że ich szef idzie roz­ma­wiać z miej­sco­wym po­li­cjan­tem do­wo­dzą­cym ak­cją, po­dą­żył za nim i był świad­kiem nie­przy­jem­nej wy­miany zdań. Kiedy wra­cał do wyj­ścia, mi­nął młodą funk­cjo­na­riuszkę trzy­ma­jącą otwar­tego lap­topa. In­tu­icja pod­po­wie­działa mu, żeby ją za­cze­pić.

- Cześć - po­wie­dział we­soło.

Spoj­rzała na niego zdzi­wiona, z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Aspi­rant Bor­kow­ski. Przy­je­cha­li­ście z War­szawy nam po­móc?

Dziew­czyna się za­cu­kała:

- No... tak... Taki jest plan.

- Świet­nie, bo tu­taj ta ak­cja to jest o kant dupy po­tłuc. Słu­chaj, dam ci mój nu­mer te­le­fonu, do­brze? Gdy­by­ście po­trze­bo­wali kon­taktu do ko­goś, komu na­prawdę za­leży na roz­wią­za­niu tej sprawy. - Wy­jął z kie­szeni pro­wi­zo­ryczną wi­zy­tówkę i po­dał ją dziew­czy­nie.

- Okej, dzięki. - Spoj­rzała nie­pew­nie na kar­te­lu­szek.

- Za­po­mnia­łem do­ro­bić no­wych, ale to na­prawdę mój nu­mer - za­pew­nił. - Za­dzwoń­cie, gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wali.

- Tak zro­bimy.

- Su­per! Wo­bec tego ja te­raz po­jadę na ko­mendę, ale bądźmy w kon­tak­cie. Trzy­maj­cie się.

Pa­weł nie był pe­wien, czy jego plan ma szanse po­wo­dze­nia, ale uznał, że warto było spró­bo­wać. Na­stęp­nie sku­pił się na ob­ser­wo­wa­niu an­ty­ter­ro­ry­stów. Kiedy od­jeż­dżali spod szpi­tala, po­my­ślał, że może wra­cają do domu, ale i tak ich śle­dził, aż do­je­chał za nimi do aka­de­mi­ków Uni­wer­sy­tetu Me­dycz­nego we Wro­cła­wiu. Za­par­ko­wał auto w pew­nej od­le­gło­ści od bu­dyn­ków i po­szedł spraw­dzić oto­cze­nie. Za­uwa­żył, że na por­tierni sie­dział ja­kiś cieć, więc scho­wał się i przez chwilę cze­kał na roz­wój wy­pad­ków. Zu­zanna dzwo­niła dwa razy, ale od­rzu­cał po­łą­cze­nia. Około pół­nocy pod aka­de­mi­kiem po­ja­wił się sa­mo­chód, z któ­rego wy­sia­dło dwóch męż­czyzn.

- Je­stem ge­niu­szem - po­wie­dział do sie­bie Pa­weł, wi­dząc po­stać Bor­kow­skiego i jego part­nera. Wie­dział, że musi do­stać się do bu­dynku, ale to ozna­czało, że albo po­zbę­dzie się ochro­nia­rza, albo znaj­dzie inne wej­ście. Wo­lał nie ro­bić nie­po­trzeb­nego za­mie­sza­nia ko­lej­nym tru­pem, więc wy­brał się na po­szu­ki­wa­nie ja­kie­goś otwar­tego okna. "Za­wsze ja­kieś są" - po­my­ślał i po chwili za­uwa­żył uchy­lone okno ła­zienki, przez które wśli­znął się do środka, po czym ru­szył na po­szu­ki­wa­nie po­li­cjan­tów.

Pa­weł pod­słu­chał ich roz­mowę. To, czego się do­wie­dział, wcale mu się nie spodo­bało. Ozna­czało bo­wiem, że cze­kała go jesz­cze jedna bez­senna noc spę­dzona na kon­stru­owa­niu na­stęp­nego ła­dunku... Mimo wszystko uwa­żał, że los mu sprzy­jał, po­nie­waż wciąż miał szansę na to, aby do­koń­czyć swój plan. Co wię­cej, nikt nie do­cie­kał, skąd pani funk­cjo­na­riusz miała nu­mer te­le­fonu Bor­kow­skiego.

"Nikt w tej po­li­cji nie my­śli" - do­szedł do wnio­sku. "A Zu­zanna mówi, że to ja je­stem głupi".

***

- Gdzie je­steś? - za­py­tała Zu­zanna, kiedy Pa­weł w końcu do niej za­dzwo­nił.

- W tra­sie. Jadę po resztę ła­dun­ków wy­bu­cho­wych. Je­stem już bar­dzo bli­sko wa­szego domu.

- Co pla­nu­jesz?

- Bio­rąc pod uwagę to, czego się do­wie­dzia­łem, mu­szę całą sprawę za­ła­twić jesz­cze o świ­cie.

- Ale czego się do­wie­dzia­łeś? Opo­wiedz mi wszystko.

Pa­weł stre­ścił prze­bieg wy­da­rzeń z mi­nio­nego dnia.

- Jesz­cze na ko­niec sły­sza­łem, jak Bor­kow­ski za­ła­twia na­kaz prze­szu­ka­nia domu le­karki - re­la­cjo­no­wał. - Dzwo­nił do pro­ku­ra­tury, za­nim od­je­chał spod aka­de­mika.

- Czyli już wie­dzą, że cho­dziło o nich.

- No po­wiedzmy, że się do­my­ślają.

- Kurwa, wie­dzia­łam!

- Uspo­kój się, okej? Pa­nuję nad sy­tu­acją. Jadę po ła­dunki, a ty zrób tak, żeby twój stary mnie nie za­uwa­żył. Za­ła­twimy tę sprawę, za­nim się obej­rzysz.

- Mam na­dzieję. Nie spieprz tego.

- Ma się ro­zu­mieć.

Pa­weł wie­dział, że musi ukraść ko­lejny sa­mo­chód. Po­sta­no­wił zro­bić wielką bombę, ale do­piero kiedy do­tarł do ga­rażu Zu­zanny i Marka Iwa­nic­kich, przy­szła mu do głowy myśl, że może upiec kilka pie­czeni na jed­nym ogniu. I to do­słow­nie.

"Skoro po­li­cja bę­dzie je­chać pod jej dom, to może wtedy ich wszyst­kich wy­sa­dzę?" - za­czął fan­ta­zjo­wać, czu­jąc, jak na­ra­sta­jące pod­eks­cy­to­wa­nie od­pę­dza sen.

Naj­le­piej by­łoby za­par­ko­wać kilka nu­me­rów da­lej od domu Zu­zanny i jej męża. Pa­weł miał jed­nak do za­ła­do­wa­nia wiele ki­lo­gra­mów tro­tylu, co ozna­czało, że mu­siał pod­je­chać jak naj­bli­żej ga­rażu, żeby prze­pro­wa­dzić tę ak­cję jak naj­dy­skret­niej. Na szczę­ście miał klu­cze za­równo do po­se­sji, jak i do ga­rażu, o czym mąż Zu­zanny nie wie­dział.

Za­nim otwo­rzył kłódkę, Pa­weł spoj­rzał na dom i do­strzegł w jed­nym z okien po­stać przy­ja­ciółki, która po chwili za­su­nęła za­słonę. Uśmiech­nął się, bar­dzo ci­cho otwo­rzył drzwi i roz­po­czął za­ła­du­nek. Duża część ko­stek tro­tylu mu­siała zna­leźć się w ba­gaż­niku, więc przy­krył nim znaj­du­ją­cego się tam wciąż trupa, który był już sztywny.

"Na­ro­bi­łem so­bie kło­po­tów tym cia­łem" - po­my­ślał. "Po jaką cho­lerę ją za­bi­ja­łem?!"

Nie było jed­nak czasu na au­to­ana­lizy psy­cho­lo­giczne. Mu­siał wy­czy­ścić ga­raż do ostat­niej kostki tro­tylu i nie za­po­mnieć za­brać pu­dełka ze spłon­kami, a także oka­blo­wa­nia.

- Opła­ciło się ki­tra­nie tego przez lata - po­wie­dział do sie­bie z za­do­wo­le­niem, się­ga­jąc po skrzynkę z na­rzę­dziami. - Jesz­cze tylko za­ju­mamy Ma­recz­kowi parę rze­czy do skle­ce­nia ła­dunku i... go­towe.

Cze­kało go bar­dzo dużo pracy, dla­tego Pa­weł nie oglą­dał się za sie­bie. Wsiadł do auta i ru­szył w stronę Ko­bie­rzyc.

Wła­my­wa­nie się do sa­mo­cho­dów nie było dla Pawła trudne, zwłasz­cza do star­szych mo­deli, które nie były na­szpi­ko­wane elek­tro­niką. W po­bliżu Ko­bie­rzyc wy­pa­trzył Volks­wa­gena Polo pa­mię­ta­ją­cego mi­nione ty­siąc­le­cie, który ide­al­nie nada­wał się na sa­mo­chód pu­łapkę. Auto, któ­rym jeź­dził do tej pory, ukrył w krza­kach nie­opo­dal domu le­karki i na pie­chotę udał się do wsi, by wró­cić na miej­sce skra­dzio­nym po­jaz­dem.

- Ja je­bię - stęk­nął, wy­sia­da­jąc z Volks­wa­gena. - To ro­bota dla dwóch osób.

Nie było jed­nak czasu na na­rze­ka­nie. Pa­weł z we­rwą za­brał się za kon­stru­owa­nie bomby. Pra­co­wał tak ciężko, że bo­lały go wszyst­kie mię­śnie. Uwa­żał jed­nak, że naj­waż­niej­sze jest to, aby dało się za­ini­cjo­wać jak naj­więk­szą liczbę ła­dun­ków, więc oka­blo­wa­nie mu­siało być za­mon­to­wane bez za­rzutu.

O czwar­tej trzy­dzie­ści nad ra­nem ła­du­nek był go­towy. Ob­cią­żony sa­mo­chód pu­łapka ru­szył z tru­dem, ale udało się go pod­pro­wa­dzić pod dom le­karki bez włą­cza­nia świa­teł. Pa­weł je­chał bar­dzo wolno i znów miał szczę­ście, bo nikt go wtedy na dro­dze nie mi­nął. Wy­siadł i ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu do­god­nego miej­sca, z któ­rego mógłby ob­ser­wo­wać oto­cze­nie. Naj­gor­sze było to, że nie wie­dział, czy i kiedy przy­je­dzie po­li­cja z Wro­cła­wia. Ozna­czało to dłu­gie cze­ka­nie na zim­nie i pod go­łym nie­bem. Wró­cił więc do swo­jego auta, z któ­rego wy­jął do­dat­kową kurtkę i cie­płą czapkę, po czym scho­wał się w krza­kach. Wtedy zro­zu­miał, że bar­dzo przy­da­łaby mu się nok­to­wi­zja.

Bliź­niak na­le­żący do gi­ne­ko­lo­gów Ko­wal­skiego i Gę­sic­kiej znaj­do­wał się na ubo­czu, z dala od za­bu­do­wań naj­bliż­szej wsi. Oto­czony był po­lami i nie­du­żymi za­gaj­ni­kami, a szosa, przy któ­rej stał, nie miała żad­nego oświe­tle­nia. Pa­weł mógł swo­bod­nie obejść przy­le­ga­jący do po­se­sji płot bez obawy, że ktoś go za­uważy. A jed­nak, kiedy zbli­żył się do niego od tyłu po ścier­ni­sku, zza ogro­dze­nia do­bie­gło gło­śne szcze­ka­nie.

- Mają psa - szep­nął. - Wcze­śniej żad­nego nie wi­dzia­łem.

Wy­co­fał się w stronę krza­ków, nie chcąc zdra­dzać swo­jej obec­no­ści. Wy­jął ko­mórkę i włą­czył apa­rat, który miał moż­li­wość ro­bie­nia do­brych zdjęć w nocy.

"To nie go­gle z nok­to­wi­zją" - po­my­ślał. "Ale za­wsze coś..."

Po­li­cjanci i an­ty­ter­ro­ry­ści zja­wili się chwilę po­tem. Pa­weł do­my­ślił się, że zro­bili to samo co on i ukryli po­jazdy w za­gaj­niku.

"Do­brze, że nie przy­je­chali z prze­ciw­nej strony" - uświa­do­mił so­bie. "Mo­gliby zna­leźć moją kry­jówkę".

Po­li­cjanci i an­ty­ter­ro­ry­ści po­ru­szali się bar­dzo ci­cho i spraw­nie, ale Pa­weł był na tyle bli­sko, że mógł oce­nić, gdzie do­kład­nie się znaj­dują, i uznać, że nad­szedł czas, żeby gi­ne­ko­lożkę wy­wa­bić z domu.

- Chcie­li­ście chro­nić pa­nią dok­tor? - mruk­nął, wy­bie­ra­jąc nu­mer le­karki. - To wy też obe­rwie­cie.

Gę­sicka nie ode­brała.

Pa­weł wark­nął, ni­czym wście­kły zwierz. Szybko wy­słał do le­karki wia­do­mość tek­stową. Na­pi­sał, że pies jej uciekł z po­se­sji i że za­raz odłowi go po­li­cja. Wie­dział, że to nieco słaby wy­bieg, ale nic in­nego nie przy­szło mu do głowy.

"Ten kun­del może na­wet nie być jej" - dy­wa­go­wał. "A może nie ma jej w domu..."

Wtedy świa­tło na ganku za­pa­liło się, a po kilku se­kun­dach Pa­weł zo­ba­czył na wy­świe­tla­czu te­le­fonu, że ktoś otwiera drzwi. W gło­wie ko­ła­tała się mu myśl, że prze­cież to mógł być jej mąż, lecz nie było już czasu na roz­terki. Wy­jął z kie­szeni drugi te­le­fon, za po­mocą któ­rego miał za­ini­cjo­wać wy­buch. I wtedy po­czuł spo­kój. Jego mię­śnie roz­luź­niły się, a zmę­cze­nie na­gro­ma­dzone przez ostat­nie dwie doby cał­ko­wi­cie ustą­piło ra­do­ści i pew­no­ści sie­bie.

Taki wi­dok na­wet się Paw­łowi nie śnił. Wy­buch był piękny. Póź­niej jed­nak wy­rzu­cał so­bie, że nie włą­czył na smart­fo­nie na­gry­wa­nia i tego nie uwiecz­nił, ale prawda była taka, że ża­den film nie mógł się rów­nać do­świad­cze­niu na żywo. Zie­mia za­drżała, a fala ude­rze­niowa roz­grzała zmar­z­nięte po­liczki Pawła. Cof­nęło go na dwa kroki, lecz ustał, i przez dłu­gie, cu­downe se­kundy de­lek­to­wał się wi­do­kiem ognia i dymu. Do jego uszu do­tarły stłu­mione krzyki lu­dzi, a po­tem wszystko uci­chło. Chło­nął tę ci­szę. Była lep­sza od wszyst­kiego, czego do­ko­nał na Bli­skim Wscho­dzie, lep­sza od wi­doku ran­nych wy­bie­ga­ją­cych z SOR-u na Ka­mień­skiego. Prze­stał ro­bić so­bie wy­rzuty o ro­we­rzystkę za­bitą pod Lesz­nem, bo wie­dział, że te­raz już wszystko bę­dzie do­brze.

Kiedy kurz nie­mal cał­kiem opadł, na­szła Pawła ochota, by po­dejść i z bli­ska zo­ba­czyć dzieło swo­jego znisz­cze­nia, a przede wszyst­kim spraw­dzić, czy ktoś nie prze­żył. Wie­dział jed­nak, że to nie by­łoby roz­sądne.

"Nikt z tego nie wyj­dzie żywy" - po­cie­szał się, pa­trząc na nie­mal cał­ko­wi­cie zruj­no­wany dom le­ka­rzy. "Wszy­scy już gryzą piach".

Po­kusa była jed­nak na tyle duża, że Pa­weł pod­szedł bli­żej szosy. Już miał iść w stronę, gdzie le­żały po­roz­rzu­cane ciała, kiedy zza za­krętu wy­je­chał sa­mo­chód do­staw­czy. Serce za­biło mu moc­niej, ale szybko się uspo­koił, kiedy po­jął, że kie­rowca, za­pewne prze­ra­żony tym, co za­stał na miej­scu eks­plo­zji, aku­rat jego nie za­uwa­żył. Auto za­ha­mo­wało gwał­tow­nie i po chwili wy­sko­czył z niego młody męż­czy­zna, który pod­biegł do ciała le­żą­cego naj­bli­żej. Pa­weł tro­chę mu za­zdro­ścił i przez uła­mek se­kundy roz­wa­żał za­mor­do­wa­nie kie­rowcy.

- Cho­lera! - Zła­pał się za brzuch, z któ­rego wy­do­by­wały się od­głosy bur­cze­nia. Spoj­rzał na cię­ża­rówkę i mocno wcią­gnął no­sem po­wie­trze. - Pie­czywo. - Jego or­ga­nizm za­re­ago­wał na za­pach świe­żego chleba, który miał tra­fić do po­bli­skich skle­pów. Pod­szedł więc do auta, otwo­rzył tylne drzwi i się­gnął do jed­nej ze skrzy­nek, z któ­rej wy­jął dwie cie­płe bułki, po czym od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył do wsi, gdzie za­par­ko­wany był jego sa­mo­chód, nie­zmien­nie z tru­pem w ba­gaż­niku.

II

- Sprawa za­ła­twiona - za­ko­mu­ni­ko­wał Pa­weł.

- Co mó­wisz? Ja­koś mam­ro­czesz... - iry­to­wała się Zu­zanna.

- Tak, bo jem bułkę. Głodny by­łem - od­parł bez­na­mięt­nie.

- Ona nie żyje?

- Ona i sporo po­li­cjan­tów. A na­wet an­ty­ter­ro­ry­ści z War­szawy.

- Że co?!

- Oj, do­wiesz się, jak wrócę i po­ga­damy. Przy­go­tuj mi ja­kieś fajne łóżko. Je­stem strasz­nie zmę­czony.

- Je­dziesz do nas? - za­py­tała Zu­zanna. Nie brzmiała, jakby była za­do­wo­lona.

- A gdzie mam je­chać? Do Po­zna­nia?

- Nie no, do­bra... Za­raz po­wiem mę­żowi, co się stało. Przy­go­tuję go. A ty, jak przy­je­dziesz, nie roz­ma­wiaj z nim, okej?

- Ja­sne, nie ma sprawy, ma­rzę tylko o prysz­nicu i dłu­gim śnie - od­parł, a w my­ślach do­dał: "I o po­zby­ciu się zwłok".

Zu­zanna cze­kała na niego przed drzwiami. Stała na ganku owi­nięta w cie­płą chu­stę, ale Pa­weł wi­dział z da­leka, że była zde­ner­wo­wana.

- Wejdź do środka - po­wie­działa. - Ale nie rób ha­łasu.

- To mó­wi­łaś Mar­kowi, że przy­jeż­dżam, czy nie mó­wi­łaś?

- Mó­wi­łam. Nie jest zbyt za­do­wo­lony.

- No ja wiem, że mnie nie lubi, ale...

- Nie o to cho­dzi. Jest zły przez to, co zro­bi­łeś we Wro­cła­wiu i pod Ko­bie­rzy­cami.

- Jak to? - Pa­weł sta­nął przed scho­dami na ga­nek i za­darł głowę, żeby spoj­rzeć jej w oczy. - Nie mó­wi­łaś mu wcze­śniej, co pla­nuję?

- Nie. Nie wszystko... Sie­dzi od rana i prze­gląda wia­do­mo­ści w in­ter­ne­cie. No i był w ga­rażu...

- Mhm... - Pa­weł za­czął wolno wcho­dzić po scho­dach. - Był w ga­rażu. I co z tego?

- Za­uwa­żył, że nie ma tych pu­deł, które kie­dyś przy­wio­złeś. Do­my­ślił się, że tam był tro­tyl. Jest wście­kły, że trzy­ma­łeś to u nas w domu.

- No nie u was w domu, tylko w ga­rażu. - Pa­weł prze­wró­cił oczami. - On nie wie, jak dzia­łają ta­kie ma­te­riały? Nie wy­bu­chłyby prze­cież.

- Wiesz, o co cho­dzi. Nie jest przy­jem­nie mieć ła­dunki wy­bu­chowe pod no­sem. Ktoś mógł to zna­leźć... Zresztą nie­ważne. Właź i idź od razu na górę. Póź­niej przy­niosę ci ja­kieś je­dze­nie. Na łóżku leżą ręcz­nik i coś do prze­bra­nia. A co z tym sa­mo­cho­dem? - Ski­nęła głową w stronę pod­jazdu.

Pa­weł za­klął w du­chu na myśl o zwło­kach w ba­gaż­niku.

- No co ma być? Kra­dziony. Ta­blice też in­nego wozu, więc trud­niej go na­mie­rzyć. Niech na ra­zie stoi, póź­niej się go po­zbędę, bo te­raz nie mam siły na ta­kie rze­czy. Zro­bi­łem, o co pro­si­łaś, i mo­gła­byś dać mi spo­kój.

- Prze­cież nic nie mó­wię. - Zu­zanna zro­biła mu miej­sce w przej­ściu. - Ale może trzeba go ja­koś za­sło­nić? Mam plan­dekę w...

- Do­bra, może być plan­deka. - Pa­weł mach­nął ręką. - Mu­szę się prze­spać. Po­ga­damy po­tem.

Kiedy Pa­weł otwo­rzył oczy, na dwo­rze było ja­sno. Czuł się wy­po­częty, ale nie umiał oce­nić, jak długo spał. Pod­niósł się i się­gnął po resztki je­dze­nia na tacy obok łóżka. Chleb był su­chy, a wę­dlina lekko nie­świeża. Zjadł jed­nak wszystko, bo był bar­dzo głodny, po czym na­cią­gnął spodnie i na bo­saka zszedł do kuchni. Tam za­stał Zu­zannę przy­go­to­wu­jącą coś do je­dze­nia. Jej mąż sie­dział przy stole, wpa­trzony w kom­pu­ter. Pa­weł do­my­ślił się, że Ma­rek cią­gle śle­dził wy­da­rze­nia z Wro­cła­wia.

- Cześć - przy­wi­tał się.

- O Boże! - Cho­chelka wy­pa­dła z dłoni Zu­zanny. - Wy­stra­szy­łeś mnie.

Ma­rek spoj­rzał na niego znad lap­topa, ale nic nie po­wie­dział.

Pa­weł wy­czu­wał, że mąż Zu­zanny był bar­dzo nie­za­do­wo­lony. Po­sta­no­wił więc od razu przejść do sedna sprawy.

- Hej! - za­czął, pa­trząc mu w twarz. - Zro­bi­łem, o co pro­si­li­ście. Sam mia­łem wy­brać me­todę. Za­da­nie wy­ko­nane w stu pro­cen­tach.

- Wiesz, jak się na­zywa to, co zro­bi­łeś? - za­py­tał Ma­rek, a w jego oczach Pa­weł do­strzegł nie­bez­pieczne bły­ski. - Ro­biąc... to, sta­łeś się ma­so­wym za­bójcą. Ma­so­wym! Bo masz na kon­cie i na su­mie­niu masę lu­dzi, ro­zu­miesz to?

- No. - Pa­weł wzru­szył ra­mio­nami. - I co z tego? Jak­byś ty w służ­bach ni­gdy nie zro­bił ni­komu krzywdy.

- Ci lu­dzie nic złego ci nie zro­bili.

- Ma­rek... - chciała coś po­wie­dzieć Zu­zanna, ale umil­kła, wi­dząc, jak jej mąż unosi dłoń.

- Zgi­nęli lu­dzie, któ­rzy nie mają z tą sprawą nic wspól­nego, a w do­datku mia­łeś za­ła­twić oboje le­ka­rzy na­raz, a nie na raty. Waż­niej­sza była Gę­sicka i skoro nie przy­je­chała na SOR z ko­legą, to trzeba było po­je­chać do niej na wieś, za­bić ją i dać so­bie spo­kój z tym szpi­ta­lem.

- Stało się, co się stało. - Pa­weł ko­lejny raz wzru­szył ra­mio­nami.

Ten gest wy­pro­wa­dził Marka z rów­no­wagi. Iwa­nicki po­de­rwał się i chciał po­dejść do mor­dercy, żeby coś mu zro­bić, ale Zu­zanna w dwóch su­sach do­sko­czyła do męża i go po­wstrzy­mała.

- Prze­stań! Sprawa jest za­koń­czona - po­wie­działa, za­ci­ska­jąc dłoń na jego ko­szuli. - Stało się, co się stało. Pa­weł ma ra­cję. Te­raz on po­sprząta ba­ła­gan, który na­ro­bił, wy­je­dzie i o wszyst­kim za­po­mnimy.

- Jaki ba­ła­gan? - Pa­weł po­trzą­snął głową. - Nie było żad­nego ba­ła­ganu! To była czy­sta ak­cja. Wszystko się udało, jak chcie­li­ście...

- Ty je­steś jed­nak, kurwa, po­je­bany! - Tym ra­zem Zu­zan­nie pu­ściły nerwy. - Ja­kie "wszystko się udało"? Z tego, co mó­wi­łeś przez te­le­fon, psy, które po­je­chały pod Ko­bie­rzyce, gryzą piach, a tym­cza­sem je­den wła­śnie wy­cho­dzi do domu ze szpi­tala. Zgi­nęły może dwie albo trzy osoby, a reszta to po­ten­cjalni świad­ko­wie, któ­rzy mo­gli cię wi­dzieć albo na­wet na­grać. Czy ty to ro­zu­miesz?

- Jak to: wy­cho­dzi ze szpi­tala? - spy­tał Pa­weł i ro­ze­śmiał się ner­wowo.

- Naj­wy­raź­niej miał szczę­ście - mruk­nął Ma­rek. - Wy­li­zał się w dwa dni.

- Aaa! - par­sk­nął Pa­weł. - Tyle spa­łem? To dla­tego ta kieł­ba­ska taka nie­świeża była, he, he.

- To wcale nie jest śmieszne. - Zu­zanna zro­biła krok w jego stronę. - Nic z tego, co ro­bisz, nie jest śmieszne. To są po­ważne sprawy. Po­pro­si­łam cię o za­ła­twie­nie tego, bo nie mia­łam się do kogo zwró­cić...

- Tu aku­rat się my­lisz, ko­chana Żab­ciu - prze­rwał jej Pa­weł. - Albo okła­mu­jesz samą sie­bie. Aku­rat wy dwoje mie­li­ście bar­dzo dużo in­nych opcji, za­nim do mnie za­dzwo­ni­li­ście. Mo­gli­ście na przy­kład sami za­bić tych le­ka­rzy. Ma­cie broń, ma­cie umie­jęt­no­ści... Mo­gli­ście wy­słać ko­go­kol­wiek in­nego. Mo­gli­ście wsa­dzić ich do wię­zie­nia pod byle pre­tek­stem. Ale nie! Wo­le­li­ście za­dzwo­nić do sta­rego, ko­cha­nego Pa­wełka i po­pro­sić go, żeby za­jął się tą sprawą. Taka jest prawda. Wie­dzia­łaś, że pójdę na ostro, i o to ci cho­dziło, bo chcia­łaś ich uka­rać w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób, a ja by­łem do tego od­po­wied­nią osobą. Nie za­prze­czysz chyba, co?

Zu­zanna za­ci­snęła usta i od­wró­ciła wzrok.

- Wie­cie, że lu­bię za­bi­jać i że nie ob­cho­dzi mnie, kogo i w jaki spo­sób za­bi­jam. Sami nie mie­li­ście jaj, żeby to zro­bić, dla­tego wy­słu­ży­li­ście się mną, więc te­raz oszczędź­cie mi ga­dek na te­mat tego, co zro­bi­łem źle, okej? I daj­cie mi coś do je­dze­nia, bo się, kurwa, za­raz tu prze­kręcę.

Zu­zanna ob­ró­ciła się w stronę go­tu­ją­cej się na ku­chence zupy. Po­cząt­kowo nic nie mó­wiła, ale po chwili do uszu Pawła do­biegł jej ci­chy głos:

- A ten trup w ba­gaż­niku to, prze­pra­szam, co robi?

- Jaki trup... - za­wie­sił głos Pa­weł. - A! Za­po­mnia­łem... No mu­szę się go po­zbyć. - Po­dra­pał się po gło­wie i wy­krzy­wił usta. - Tak ja­koś wy­szło.

- Ja­koś wy­szło, tak? Jak­byś nie mógł wy­trzy­mać cho­ciaż jed­nego dnia bez za­bi­ja­nia przy­pad­ko­wych lu­dzi. - Ma­rek wbi­jał w niego zimne spoj­rze­nie.

- My­śla­łam, że już z tym skoń­czy­łeś - do­dała Zu­zanna le­dwo sły­szal­nym gło­sem.

Pa­weł zer­k­nął na nie­ru­chome plecy przy­ja­ciółki, a po­tem na bladą twarz Marka. Zro­zu­miał, że mał­żon­ko­wie mają za sobą nie­miłą roz­mowę. Wes­tchnął ciężko i usiadł przy stole.

- Z czym niby skoń­czy­łem? Wy­du­ście to z sie­bie.

- Je­steś pier­do­lo­nym se­ryj­nym za­bójcą - wy­ce­dził Ma­rek, ale zro­bił to tak ci­cho, jakby się bał, że ktoś go usły­szy.

- Ma­sowy, se­ryjny... - Pa­weł po­ru­szył głową w prawo i lewo. - Jak zwał, tak zwał. Gdy­bym nie był za­bójcą, nie znaj­do­wa­li­by­śmy się w miej­scu, w któ­rym je­ste­śmy. Po­wi­nie­neś o tym wie­dzieć. - Spoj­rzał na Zu­zannę, która wciąż stała od­wró­cona ty­łem.

- Bre­dzisz, czło­wieku! - Ma­rek po­krę­cił głową. - Po obie­dzie po­jadę z tobą zu­ty­li­zo­wać te zwłoki. Trzeba zro­bić też coś z sa­mo­cho­dem...

- Nie no, sa­mo­chodu to ja po­trze­buję. Mu­szę wró­cić do Po­zna­nia.

- Do Po­zna­nia?! - Zu­zanna ob­ró­ciła się gwał­tow­nie i spoj­rzała na niego z gnie­wem. - Masz je­chać do Wro­cła­wia i za­jąć się tym gów­nem, które tam w tej chwili jest, za­nim wy­pły­nie i zrobi się go­rzej.

- I wła­śnie tu­taj nie wiem, o co ci cho­dzi. - Pa­weł roz­ło­żył ręce w uda­wa­nym ge­ście bez­rad­no­ści. - Mo­żesz mó­wić ja­śniej?

- Trzeba spraw­dzić, co wie­dzą ci, któ­rzy prze­żyli - wy­ja­śnił rze­czowo Ma­rek. - Szybko wpa­dli na to, że ce­lem ataku byli ci kon­kretni le­ka­rze, więc na pewno już prze­szu­kują li­sty pa­cjen­tek. Po­je­dziesz do pro­ku­ra­tora Ko­ter­skiego i za­ła­twisz to tak, żeby ani nas, ani na­szej córki nie było na tych li­stach, ro­zu­miesz?

- Da się za­ła­twić.

- Świet­nie. Zo­sta­niesz we Wro­cła­wiu tak długo, aż bę­dziemy pewni, że nic nam nie grozi. Masz ja­kichś lu­dzi, któ­rym mo­żesz za­ufać?

- Sam mogę się tym za­jąć.

- Tego aku­rat nie je­stem pewny - wes­tchnął Ma­rek. - Ale niech ci bę­dzie. Naj­pierw trup, po­tem sa­mo­chód, a na­stęp­nie po­ciąg do Wro­cła­wia.

- Se­rio? Mam je­chać po­cią­giem? Ukradnę so­bie coś.

- Nie mam wię­cej siły na tego czło­wieka. - Ma­rek wstał, zgar­nął kom­pu­ter z blatu i ru­szył do wyj­ścia z kuchni.

- Nie bę­dziesz nic jadł? - za­wo­łała Zu­zanna.

- Nie. Stra­ci­łem ape­tyt.

***

Ma­rek wy­my­ślił, żeby po­cho­wać zwłoki ro­we­rzystki nie­opo­dal wy­sy­pi­ska śmieci na­le­żą­cego do gminy, ale Pa­weł za­pro­po­no­wał, aby zro­bić to ra­czej w ja­kimś roz­mo­kłym grun­cie.

- Wiesz, ba­gno albo tor­fo­wi­sko bę­dzie lep­sze - za­su­ge­ro­wał. - Szyb­ciej się roz­łożą.

- No tak. Ty masz w tym więk­sze do­świad­cze­nie - wes­tchnął Ma­rek i po­krę­cił głową. - Do­bra, robi się ciemno, więc te­raz jest naj­lep­szy mo­ment, żeby to za­ła­twić. Idź do auta, a ja za­biorę ło­paty z ga­rażu.

Kiedy Pa­weł zbli­żył się do sa­mo­chodu, zro­zu­miał, skąd Iwa­niccy wie­dzieli o zwło­kach. Mimo ni­skiej tem­pe­ra­tury odór roz­kła­da­ją­cego się ciała czuć było z da­leka. Męż­czy­zna skrzy­wił się lekko i po­tarł czu­bek nosa.

- No tak - szep­nął. - Auto też trzeba bę­dzie ja­koś zu­ty­li­zo­wać.

- Znam jedno miej­sce, które może być do­bre - po­wie­dział Ma­rek, zaj­mu­jąc sie­dze­nie pa­sa­żera. - Tylko to ka­wa­łek drogi.

- Nie ma sprawy.

- No wła­śnie jest, bo mu­simy po dro­dze za­tan­ko­wać. - Ma­rek wska­zał na de­skę roz­dziel­czą.

- O, ben­zyna się koń­czy - stwier­dził Pa­weł z uśmie­chem. - Mu­simy za­je­chać na sta­cję i uwa­żać, żeby nikt nie pod­szedł bli­sko sa­mo­chodu, he, he.

- Za­trzy­masz się na tej ma­łej sta­cji za wsią. O tej go­dzi­nie nie po­winno być du­żego ru­chu.

Po za­tan­ko­wa­niu ru­szyli wą­ską szosą po­mię­dzy po­lami. Po kil­ku­na­stu ki­lo­me­trach Ma­rek ka­zał Paw­łowi skrę­cić w lewo w drogę szu­trową.

- Rze­czy­wi­ście to da­leko - za­uwa­żył Pa­weł, kiedy je­chali po­mię­dzy gę­stymi krza­kami.

W końcu za­trzy­mali się, wy­sie­dli i otwo­rzyli ba­gaż­nik.

- O Boże! - jęk­nął Ma­rek, za­sła­nia­jąc nos dło­nią. - Co ci przy­szło do głowy? Po co ty ją za­bi­łeś?

Pa­weł zi­gno­ro­wał tę uwagę. Się­gnął do ba­gaż­nika po rę­ka­wiczki ogro­dowe, któ­rych uży­wał w tego ro­dzaju sy­tu­acjach.

- Nie mam dru­giej pary - po­in­for­mo­wał.

- Wzią­łem la­tek­sowe - od­parł Ma­rek, się­ga­jąc do kie­szeni spodni.

Wy­cią­gnęli zwłoki i uło­żyli je na ziemi.

- Tu po­winno się ła­two ko­pać - oce­nił Iwa­nicki, po­ka­zu­jąc pal­cem miej­sce na grun­cie. - Włą­czamy ja­kieś oświe­tle­nie?

- No ra­czej nie. Le­piej dmu­chać na zimne.

- To wy­ja­śnisz mi, dla­czego to zro­bi­łeś? - za­py­tał Ma­rek, wbi­ja­jąc ło­patę w zie­mię.

- Czyli co?

- Dla­czego ją za­bi­łeś?

- No... no nie wiem... - skrzy­wił się Pa­weł. - Szła drogą i... za­bi­łem.

- Ale mu­siał być ja­kiś po­wód. Przy­po­mi­nała ci ko­goś? Zde­ner­wo­wała cię czymś?

- Nie! - Pa­weł wy­da­wał się zi­ry­to­wany tym py­ta­niem. - Po pro­stu so­bie szła i pro­wa­dziła ro­wer. Była... - Wy­pro­sto­wał się na chwilę i za­my­ślił. - Była jak dar­mowe żar­cie, kiedy je­steś głodny. Po pro­stu... wy­cią­gasz rękę i bie­rzesz.

Ma­rek za­stygł.

- Dar­mowe żar­cie? Se­rio? Czyli tym są dla cie­bie twoje ofiary... po­sił­kiem?

- No... w su­mie. - Pa­weł uśmiech­nął się i za­czął znów ko­pać.

- Ale... ale co to ci daje? W jaki spo­sób cię to, za prze­pro­sze­niem, karmi?

- No... to jest ta­kie uczu­cie, że... po pro­stu mu­sisz. Bo jak tego nie zro­bisz, czu­jesz fi­zyczny ból.

- To ból czy głód?

- Hmm... Jedno i dru­gie. Jak je­steś bar­dzo głodny, to prze­cież w pew­nym mo­men­cie na­wet cię może bo­leć żo­łą­dek z głodu, prawda?

- Wiesz co... Nie prze­raża mnie to, co mó­wisz, ale jak to mó­wisz - stwier­dził Ma­rek. - Prze­raża mnie, bo gdy­byś na­gle po­czuł się, jak to ują­łeś, głodny, roz­wa­lił­byś mi głowę i tu mnie zo­sta­wił. Mógł­byś tak zro­bić też z moją żoną. Z kim­kol­wiek w za­sa­dzie...

- Nie no! Nie ru­szam swo­ich. Ni­gdy nie skrzyw­dzi­łem ni­kogo bli­skiego, za­wsze ob­cych, ja­kieś ran­do­mowe osoby.

- No do­brze, a dla­czego po­wie­dzia­łeś, że gdyby nie to, że za­bi­jasz, nie by­li­by­śmy w tym miej­scu, w któ­rym je­ste­śmy.

- Hej, na se­rio py­tasz? - Pa­weł znów się wy­pro­sto­wał i oparł o ło­patę. - Żaba ci tego nie po­wie­działa?

- O czym miała niby po­wie­dzieć?

- No o tym, jak w bi­dulu za­bi­łem tę dziew­czynkę.

- Jaką... O czym ty... - Ma­rek wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał w ciem­no­ściach na Pawła sze­roko otwar­tymi ze stra­chu oczami. - W bi­dulu już ko­goś za­bi­łeś?

- No oczy­wi­ście. Była taka dziew­czynka... Nie wiem... Może miała z osiem lat i no­siła war­ko­cze, za­wsze ta­kie krzywe, bo ona nie była do końca sprawna, ro­zu­miesz? Strasz­nie mnie iry­to­wała. I któ­re­goś dnia ba­wi­li­śmy się za bu­dyn­kiem, a ja na­gle to po­czu­łem, taki przy­mus, żeby ją zła­pać za te war­ko­cze i wa­lić jej głową o ścianę, aż prze­sta­nie się ru­szać.

Mar­kowi z tru­dem przy­szło za­cho­wa­nie spo­koju.

- Ile ty mia­łeś wtedy lat? - za­py­tał ci­cho, sta­ra­jąc się, aby jego głos brzmiał jak naj­bar­dziej neu­tral­nie.

- Uh! Trudno po­wie­dzieć. Ja wiem? Dzie­sięć albo je­de­na­ście. Coś koło tego.

- I co, uka­rali cię ja­koś?

- Nie, bo nikt nie wie­dział, że to ja zro­bi­łem. W ogóle nikt nie wie­dział, że ktoś ją za­bił. Wszy­scy uznali, że to był wy­pa­dek i że wy­pa­dła z okna, czy się prze­wró­ciła i roz­biła so­bie głowę.

- Nie­moż­liwe!

- No tak po­my­śleli lu­dzie z bi­dula: dy­rek­torka i opie­kunki. W su­mie tylko Zu­zanna wie­działa, że to za­bój­stwo i że to ja zro­bi­łem.

- Skąd wie­działa? Po­wie­dzia­łeś jej?

- Nie, ona po pro­stu to wi­działa.

- I nic nie po­wie­działa ni­komu?

- Wła­śnie w tym rzecz, że nie po­wie­działa, bo ona wtedy nie mó­wiła.

- Nie ro­zu­miem.

- Kurwa, je­ste­ście ra­zem od ćwierć wieku i ni­gdy ci nie wy­znała, że do dzie­sią­tego roku ży­cia była nie­mową?

- Ja­koś nie.

- Cóż, może to wy­parła albo nie chciała wspo­mi­nać.

- Mó­wiła tylko, że tra­fiła do bi­dula z bra­tem.

- Tak, pa­mię­tam, jak przy­wieźli ją i Szcze­pana. - Pa­weł uśmiech­nął się z roz­rzew­nie­niem. - Dwie sie­rotki... Po­cząt­kowo uwa­ża­łem, że to on jest ten twardy, a ona taka mała mi­ze­rotka. A po­tem oka­zało się, że to Żabka ma po­ten­cjał, a Szcze­pan nie do­ra­sta jej do pięt.

- Do­bra, a w ta­kim ra­zie co z tym za­bój­stwem? Zuza ni­komu nie po­wie­działa, co zro­bi­łeś, bo nie mo­gła, ale ktoś się w końcu do­wie­dział i po­sze­dłeś do po­praw­czaka, tak?

- Nie, wy­da­rzyło się coś, co od­mie­niło ży­cie nas wszyst­kich, drogi Ma­reczku. Ktoś się do­my­ślił w końcu, że dziew­czynka zo­stała za­bita, a w bi­dulu zja­wił się po­nury pan w czar­nym płasz­czu. Ten pan po­roz­ma­wiał ze mną i za­pro­po­no­wał, że mi po­może w przy­szło­ści, bo skoro je­stem taki dzielny i już w tym wieku po­tra­fię... no wiesz... wy­słać na tam­ten świat ko­goś in­nego, to on mi po­może z tymi umie­jęt­no­ściami w taki spo­sób, że­bym miał świe­tlaną przy­szłość.

- Ktoś ze służb - do­my­ślił się Ma­rek.

- No.

- Ktoś, kogo znam?

- Jakby ci to po­wie­dzieć? Ofi­cer pro­wa­dzący Żabki.

- Chyba żar­tu­jesz?!

- Ano nie. Pan Bro­no­wicki, wów­czas jesz­cze ka­pi­tan. Młody, ale obie­cu­jący ofi­cer służb od­krył na­sze ta­lenty na wiel­ko­pol­skiej pro­win­cji, cho­ciaż je­śli mamy trzy­mać się fak­tów, to od­krył mój ta­lent, a ja za­pro­po­no­wa­łem, żeby za­jął się rów­nież Żabką.

- W ogóle dla­czego ty mó­wisz do niej "Żabka"? To ma też coś wspól­nego z bi­du­lem?

- Bo ona miała ta­kie wy­łu­pia­ste oczy i chudy pysz­czek. - Pa­weł się ro­ze­śmiał. - Dzieci wo­łały za nią: "Żaba! Żaba!", więc ja za­czą­łem wo­łać "Żab­ciu", żeby nie było jej przy­kro. No, lu­bi­łem ją.

- Aha. I mó­wisz, że Bro­no­wicki zgo­dził się za­jąć także Zu­zanną, tak?

- Prawdę mó­wiąc, nie był zbyt chętny, ale osta­tecz­nie się zgo­dził. Po­wie­dział, że jest za mało ko­biet w służ­bach, że oj­czy­zna ich po­trze­buje i ta­kie tam... Ja zaś wie­dzia­łem, że mu­szę po­ga­dać ze Szcze­pa­nem, żeby mu tę sy­tu­ację ja­koś wy­ja­śnić, bo on był bar­dzo opie­kuń­czy wo­bec niej. Po­sze­dłem do niego, a on za­miast być mi wdzięcz­nym, na­tłukł mnie. Był więk­szy, przy­znaję... nie mo­głem się z nim rów­nać. Po­wie­dział, że wła­śnie prze­kre­śli­łem jej szansę na ad­op­cję u faj­nej ro­dziny i że Zu­zia po­trze­buje ro­dzi­ców, a nie ja­kichś szem­ra­nych lu­dzi, i że mam się wsty­dzić, i ta­kie tam bzdury. Kiedy ko­lej­nym ra­zem od­wie­dził nas pan ka­pi­tan, za­su­ge­ro­wa­łem, żeby Szcze­pana rów­nież włą­czył do tego planu. No i za­jął się tą na­szą trójką, a po­tem... - Urwał na­gle Pa­weł. Zła­pał za trzo­nek ło­paty i za­czął ener­gicz­nie ko­pać miękki grunt.

- Co po­tem?

- Nie, nic. Po pro­stu za­jęli się nami. Mnie wy­słali do woj­ska, Żabę do szkoły, a Szcze­pana na ja­kieś szko­le­nie i tyle - od­parł wy­mi­ja­jąco. Pa­weł wo­lał nie mó­wić, że spo­tka­nie Marka i Zu­zanny także nie było przy­pad­kiem. Zro­zu­miał na­gle, że mąż jego przy­ja­ciółki wie o wiele mniej, niż można się było spo­dzie­wać, i że może so­bie z do­dat­kową wie­dzą nie po­ra­dzić.

Tuż przed pół­nocą zwłoki mło­dej ro­we­rzystki zna­la­zły się w płyt­kim gro­bie. Około pierw­szej Ma­rek z Paw­łem wró­cili na główną szosę i znów udali się na małą sta­cję ben­zy­nową, gdzie cze­kał na nich czło­wiek współ­pra­cu­jący z Iwa­nic­kim. Męż­czy­zna bez słowa ode­brał klu­czyki, wsiadł do auta i od­je­chał w nie­zna­nym kie­runku.

- Za­brał sa­mo­chód do uty­li­za­cji - wy­ja­śnił Ma­rek, kiedy zo­stali sami. - Zuza za­raz po nas przy­je­dzie.

- Spraw­nie to za­ła­twi­łeś. - Pa­weł kiw­nął głową z uzna­niem. - Wi­dać, że masz... do­świad­cze­nie.

Ma­rek ob­da­rzył go gniew­nym spoj­rze­niem, ale po se­kun­dzie od­wró­cił wzrok.

- Hej! - Pa­weł szarp­nął go za rę­kaw kurtki.

- Czego chcesz? - burk­nął Ma­rek, co­fa­jąc ra­mię.

- Nic. Chcia­łem ci tylko po­wie­dzieć o jed­nym... Tak dla ja­sno­ści. Żaba nie dla­tego, że była nie­mową, nie wy­ga­dała, że to ja za­bi­łem tę z war­ko­czami.

Ma­rek ob­ró­cił gwał­tow­nie głowę w jego stronę.

- Co ty... Nie ro­zu­miem.

- Nie ro­zu­miesz? - Pa­weł uśmiech­nął się zło­śli­wie. - Ona też tej po­kraki nie lu­biła.

III

Pa­weł znik­nął z domu Iwa­nic­kich przed świ­tem. Nie chciał bu­dzić Zu­zanny i Marka, bo nie miał ochoty na ko­lejne roz­mowy pełne po­ła­ja­nek i mo­ra­li­zo­wa­nia. Za­nim zszedł na dół, zaj­rzał jesz­cze do po­koju znaj­du­ją­cego się za sy­pial­nią mał­żeń­stwa. Kie­dyś na­le­żał on do Ja­gody, ich zmar­łej córki. Obec­nie peł­nił funk­cję ka­pliczki, którą ro­dzice po­świę­cili swo­jemu dziecku oraz nie­na­ro­dzo­nemu wnu­kowi. Pa­weł sta­nął w progu, ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu wy­peł­nio­nym bi­be­lo­tami, ubra­niami, fo­to­gra­fiami, świe­cami... i po­krę­cił głową.

- Po­je­bana ak­cja - szep­nął, cmo­ka­jąc z iry­ta­cją. Zu­peł­nie nie ro­zu­miał tego sen­ty­mentu. Nie spo­dzie­wał się, że Zu­zanna może ko­goś tak bar­dzo ko­chać i za kimś tak tę­sk­nić. Całe to mał­żeń­stwo było prze­cież fik­cją, ko­lej­nym za­da­niem agentki służb, która miała uwieść żoł­nie­rza z WSI i zwią­zać się z nim, żeby móc wy­no­sić cenne in­for­ma­cje dla ka­pi­tana Bro­no­wic­kiego... A jed­nak oka­zało się, że Zu­zanna da­rzyła uczu­ciem za­równo swo­jego męża, jak i córkę.

Ja­goda za­szła w ciążę na stu­diach, ale nie chciała mieć nic wspól­nego z oj­cem dziecka. Jej ro­dzi­com to nie prze­szka­dzało. Cie­szyli się na myśl o tym, że na świe­cie po­jawi się pierw­szy wnuk. Przez około dwie de­kady Zu­zanna żyła we względ­nie uda­nym związku, cie­sząc się wi­do­kiem do­ra­sta­ją­cej córki, co zmie­niło ją w osobę ra­do­sną, a na­wet cie­płą. Kiedy w wy­niku błę­dów le­kar­skich Ja­goda i dziecko zmarli, Zu­zanna cał­ko­wi­cie się za­ła­mała. Pa­weł zro­zu­miał to na po­grze­bie i... bar­dzo się ucie­szył. Ni­gdy tego nie po­wie­dział wprost, ale nie lu­bił zła­go­dzo­nej wer­sji Zu­zanny. Naj­bar­dziej ko­chał w niej tę Żab­cię, która nie mó­wiła i pa­trzyła na niego wy­trzesz­czo­nymi oczami. Miał wra­że­nie, że wtedy ro­zu­mieli się naj­le­piej, że sta­no­wiła ona wtedy na­miastkę jego ro­dziny i że też go ko­chała, na­wet bar­dziej niż ro­dzo­nego brata. Tra­ge­dia, która ją do­tknęła, była w jego oczach szansą na przy­wró­ce­nie ich daw­nych, do­brych re­la­cji.

Pa­weł po­sta­no­wił zła­pać stopa, po­nie­waż sta­cja ko­lejki była dość da­leko. Pod­wiózł go ja­kiś młody do­stawca ar­ty­ku­łów spo­żyw­czych dla po­bli­skich skle­pów, przy­po­mi­na­jący tego chło­paka, który roz­wo­ził pie­czywo pod Ko­bie­rzy­cami. Pa­weł nie miał po­kusy, żeby zro­bić mu krzywdę. Był na­sy­cony, przy­naj­mniej na ra­zie. Przed oczami wciąż sta­wały mu wy­da­rze­nia z ostat­nich kilku dni, sły­szał wy­bu­chy, wi­dział ogień, za­krwa­wio­nych lu­dzi bie­ga­ją­cych wo­koło bez celu. My­ślał też o dziew­czy­nie, któ­rej ode­brał ży­cie pod Lesz­nem, i o tym, że była taka głu­pia jak ten młody do­stawca wio­zący go na sta­cję. Za­wsze ob­wi­niał swoje ofiary o to, co je spo­ty­kało. Był pewny, że gdyby były ostroż­niej­sze, nie miałby szans ich do­paść.

"Sami so­bie byli winni" - my­ślał, choć wcale nie po to, by za­głu­szyć wy­rzuty su­mie­nia. Tych aku­rat po pro­stu ni­gdy nie mie­wał.

We Wro­cła­wiu Pa­weł zjadł szyb­kie śnia­da­nie w jed­nej z dwor­co­wych re­stau­ra­cji fast food, scho­wał ba­gaż w skrytce, po czym ru­szył w stronę pro­ku­ra­tury. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że w cza­sie pan­de­mii sądy nie pra­co­wały na peł­nych ob­ro­tach, ale li­czył, że za­sta­nie pro­ku­ra­tora Ma­riu­sza Ko­ter­skiego w pracy i nie bę­dzie mu­siał skła­dać mu wi­zyty w domu.

- Za­je­bi­ście! - mruk­nął z za­do­wo­le­niem, wi­dząc o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści po­stać zmie­rza­jącą ner­wo­wym kro­kiem w stronę bu­dynku i zni­ka­jącą w jego wnę­trzu. Ko­ter­ski no­sił ma­skę na twa­rzy, ale roz­po­zna­nie go nie było trudne. Pa­weł po­dą­żył za nim i bez pu­ka­nia wszedł do jego ga­bi­netu.

- Dzień do­bry - po­wie­dział uprzej­mym to­nem, w któ­rym jed­nak było sły­chać ja­do­witą nutę.

Ko­ter­ski ob­ró­cił się na pię­cie, prze­ry­wa­jąc wie­sza­nie płasz­cza, i spoj­rzał na in­truza z gnie­wem w oczach.

- Kim pan jest? Kto panu tu po­zwo­lił wejść?

Pa­weł uśmiech­nął się sze­roko i przez chwilę nic nie mó­wił.

- Za­raz za­wo­łam... - za­czął pro­ku­ra­tor, ale umilkł, wi­dząc, jak z kie­szeni przy­by­sza wy­ła­nia się mały pi­sto­let. - Boże...

- Sia­daj! - roz­ka­zał Pa­weł. - Po­roz­ma­wiamy.

Ko­ter­ski wy­pu­ścił płaszcz, który swo­bod­nie opadł na pod­łogę, a na­stęp­nie bar­dzo po­woli za­jął fo­tel za swoim biur­kiem. Pa­weł przy­glą­dał mu się z roz­ba­wie­niem.

- Pew­nie się za­sta­na­wiasz, od któ­rego z two­ich ban­dzio­rów przy­cho­dzę - po­wie­dział, cho­wa­jąc broń do kurtki. - Za­spo­koję twoją cie­ka­wość od razu: od żad­nego z nich. Mia­łem cię za­bić za­raz po wy­koń­cze­niu Gę­sic­kiej i Ko­wal­skiego, ale sprawy się... po­kom­pli­ko­wały.

- No tak... - wy­pu­ścił po­wie­trze Ko­ter­ski. Oparł głowę na za­główku i przy­mknął oczy.

- Wiesz, o czym mó­wię, prawda?

- Do­my­ślam się - przy­znał ci­cho Ko­ter­ski.

- Mu­szę przy­znać, że mnie wzru­szy­łeś - stwier­dził Pa­weł, przy­su­wa­jąc so­bie krze­sło. Usiadł na­prze­ciwko pro­ku­ra­tora, oparł łok­cie na bla­cie i po­ki­wał głową. - Po­cząt­kowo nie sko­ja­rzy­łem fak­tów, ale po­tem było dla mnie oczy­wi­ste, że to ty za­ła­twi­łeś im ten wy­jazd pod Ko­bie­rzyce. Li­czy­łeś na to, że wpadną w za­sadzkę, prawda?

- Ja... Skąd ta­kie...

- Do­bra, do­bra! Zro­bi­łem o to­bie po­rządny wy­wiad i wiem, że je­steś sprytny. Zresztą... O two­jej có­reczce i jej wy­bry­kach w szpi­talu też sły­sza­łem. W jej spra­wie też tu­szo­wa­łeś do­wody, żeby nie od­po­wia­dała za błędy w sztuce?

Ko­ter­ski za­ci­snął mocno usta, a w jego oczach po­ja­wił się błysk gniewu.

- Od­pier­dol się od mo­jej córki! Nie wiem, kim je­steś, cwelu, ale ją zo­staw w spo­koju.

- Do­bre, he, he - par­sk­nął Pa­weł. - Ko­chany z cie­bie ta­tuś. Nie ma co. Pew­nie prze­szło ci przez myśl, że ten wy­buch mógł być z my­ślą o niej, co?

Pro­ku­ra­tor na chwilę od­wró­cił wzrok i przy­gryzł wargę.

- Mógł być - oznaj­mił Pa­weł, a w jego gło­sie nie było już sły­chać we­so­ło­ści. - W du­pie mam, czy ją by też tra­fiło. Pew­nie dla­tego przy­ła­zisz do pracy, żeby wie­dzieć, co się dzieje. Pali się pod dupą, prawda? To te­raz po­słu­chaj uważ­nie. Mogę zmniej­szyć nieco ten ogień, ale mu­sisz zro­bić to, co ci po­wiem. Po pierw­sze, dasz mi li­stę za­bi­tych i ran­nych spod Ko­bie­rzyc i na­pi­szesz, gdzie kon­kret­nie są le­czeni. Mo­żesz już za­cząć pi­sać. - Za­chę­cił go ru­chem dłoni.

Ko­ter­ski się­gnął po­woli po no­tat­nik i dłu­go­pis, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Pawła.

- Bar­dzo ład­nie. Pisz, pisz, nie mam ca­łego dnia. Po dru­gie, spra­wisz, by na­zwi­sko Ja­gody Iwa­nic­kiej znik­nęło z li­sty pa­cjen­tek za­bi­tych le­ka­rzy. Ro­zu­miesz, co po­wie­dzia­łem?

Usta Ko­ter­skiego roz­chy­liły się lekko, ale nie wy­do­był się z nich ża­den dźwięk.

- Mo­żesz kiw­nąć głową. Mu­szę wie­dzieć, że ro­zu­miesz, co masz zro­bić.

- Iwa­niccy? - wy­du­sił w końcu z sie­bie Ko­ter­ski. - Cho­dzi o...

- Cho­dzi o to, że­byś nie stra­cił głowy - prze­rwał mu Pa­weł. - I że­byś pa­mię­tał w każ­dej se­kun­dzie, że masz szczę­ście, że ży­jesz. Bę­dziesz żył, do­póki bę­dziesz przy­datny.

- Ale...

- Zor­ga­ni­zu­jesz tu wszystko tak, żeby na­zwi­sko Iwa­nic­kich ni­gdy ani ni­g­dzie nie wy­pły­nęło. Nie ob­cho­dzi mnie, jak to zro­bisz, ale do­póki śledz­two bę­dzie trzy­mane z dala od nich, to­bie nic się nie sta­nie.

- A ty... Kim ty...

- Ja je­stem Cza­rek. - Pa­weł się uśmiech­nął. - Będę z tobą w kon­tak­cie, no i będę cię miał na oku.

Zda­wało się, że Zu­zanna miała z Paw­łem łącz­ność te­le­pa­tyczną, bo jego te­le­fon za­wi­bro­wał, gdy tylko opu­ścił on ga­bi­net Ko­ter­skiego.

- Żab­ciu, Ko­ter­ski za­ła­twiony. Mam li­stę, więc te­raz jadę do szpi­tala i zo­ba­czę, co tam się dzieje.

- No do­bra, świet­nie - od­parła, jakby ma­chi­nal­nie.

Pa­weł za­trzy­mał się u szczytu scho­dów i zmarsz­czył brwi.

- Co się stało?

- Roz­ma­wia­łeś z Mar­kiem - stwier­dziła.

- No... tro­chę so­bie po­ga­da­li­śmy, ko­piąc, wiesz co.

- Wró­cił ja­kiś dziwny i te­raz nie od­zywa się do mnie.

- Oj... Żab­ciu, trzeba było mu o wszyst­kim opo­wie­dzieć... o na­szym po­by­cie w bi­dulu i ogól­nie, wiesz, o czym... Słu­chaj, nie martw się, nie wy­zna­łem mu, że on też był zle­ce­niem od two­jego szefa, mo­żesz być spo­kojna. Po­mil­czy, po­mil­czy i znowu bę­dzie się od­zy­wać. Prze­cież on cię ko­cha.

- No może... - przy­znała, cho­ciaż bez prze­ko­na­nia w gło­sie. - To jedź do tego szpi­tala i ode­zwij się, gdy­byś po­trze­bo­wał po­mocy.

- Ma się ro­zu­mieć. Aha, jesz­cze jedno. - Pa­weł ro­zej­rzał się wo­koło, upew­nia­jąc się, że nikt nie sły­szy jego roz­mowy. - Twój pryn­cy­pał z War­szawy się od­zy­wał?

- Puł­kow­nik?

- Mhm.

- Mm... jesz­cze nie. Na­pi­sa­łam mu wczo­raj SMS, żeby dał znać, o co cho­dzi z tymi wy­bu­chami... z wy­bu­chem - po­pra­wiła się. - O tym spod Ko­bie­rzyc na ra­zie nikt nie mówi.

- No i co, od­pi­sał ci?

- Na­pi­sał tylko, że się ode­zwie, bo jest bar­dzo za­jęty.

- A to na pewno - po­wie­dział Pa­weł i par­sk­nął ci­cho. - Gdy­byś coś wie­działa wię­cej, da­waj znać, skoro mamy tu­taj po­sprzą­tać ten... bur­del.

- Ja­sne, ode­zwę się od razu. Uwa­żaj na sie­bie.

- Wia­domo. Za­wsze.

Pro­sto z pro­ku­ra­tury Pa­weł po­je­chał do szpi­tala woj­sko­wego przy ulicy We­igla, gdzie le­żeli ranni funk­cjo­na­riu­sze. Spę­dził tam na tyle dużo czasu, że do­wie­dział się nie­mal wszyst­kiego na te­mat ich stanu zdro­wia. Per­so­nel plot­ko­wał na ko­ry­ta­rzach, w ka­fe­te­rii, win­dzie, a na­wet w to­a­le­tach. Wszę­dzie krę­cili się ja­cyś po­li­cjanci, któ­rzy także nie trzy­mali gęby na kłódkę. Wy­star­czyło wto­pić się w tłum, do­brze na­cią­gnąć ma­skę na nos i nad­sta­wiać uszu.

Pa­weł do­wie­dział się mię­dzy in­nymi tego, że z War­szawy przy­je­chali ja­cyś waż­niacy, żeby do­glą­dać stanu zdro­wia ko­le­gów, ale da­ro­wał so­bie śle­dze­nie ich do ho­telu. Był zmę­czony i sam chciał zna­leźć ja­kieś miej­sce na noc­leg, na­jeść się i wy­spać. Za­nim jed­nak opu­ścił szpi­tal, na jed­nym z ko­ry­ta­rzy wpadł na aspi­ranta Bor­kow­skiego. Wy­da­wało się, że po­li­cjant nie za bar­dzo ucier­piał w wy­bu­chu. Tro­chę to Pawła za­bo­lało, bo był nie­mal pe­wien, że taka eks­plo­zja za­bije wszyst­kich w pro­mie­niu stu me­trów, a tu stał przed nim w pełni sprawny czło­wiek z rap­tem kil­koma si­nia­kami na twa­rzy. Po­my­ślał, że może to wła­śnie tego funk­cjo­na­riu­sza da­łoby się ja­koś wro­bić w za­mach. Py­ta­nie tylko jak...?

Pa­weł pod­je­chał tram­wa­jem na Dwo­rzec Główny, skąd za­brał ba­gaż, a po­tem na pie­chotę ru­szył do cen­trum, żeby wy­na­jąć po­kój ho­te­lowy. Z naj­więk­szą ulgą za­mknął za sobą drzwi i zrzu­cił na pod­łogę torby, w któ­rych trzy­mał re­kwi­zyty do prze­bie­ra­nek. Padł na łóżko z uczu­ciem, że tego wie­czora po­da­ruje so­bie ko­la­cję. Przed pój­ściem spać za­dzwo­nił jesz­cze do Ko­ter­skiego.

- Jak tam, pa­nie pro­ku­ra­to­rze? - za­py­tał we­soło. - Ja­kieś po­stępy w na­szym śledz­twie?

- P...pa­nie... zna­czy się...

- No mów mi Cza­rek.

- Tak... to zna­czy...

Pa­weł usły­szał, jak pro­ku­ra­tor prze­łyka gło­śno ślinę.

- Eee, nikt nic nie wie. Z tego, co zro­zu­mia­łem, śled­czy kłócą się mię­dzy sobą o to, kto ma do­wo­dzić i kto ma ja­kie kom­pe­ten­cje.

- To chyba do­brze dla nas, prawda?

- Tak, ale lu­dzie z War­szawy się tym za­częli in­te­re­so­wać.

- Czym się in­te­re­so­wać i jacy lu­dzie? Kon­krety.

- Zgi­nęła funk­cjo­na­riuszka an­ty­ter­ro­ry­stów i to się nie spodo­bało na gó­rze.

- No i zro­bią coś z tym?

- Na ra­zie tylko się kręcą i pró­bują być na bie­żąco. Sta­ram się im po­ma­gać, je­śli ro­zu­miesz, co mam na my­śli.

- Ja­sne! Grasz do­brego wujka, a przy oka­zji kon­tro­lu­jesz sy­tu­ację.

- Do­kład­nie.

Pa­weł mógł przy­siąc, że usły­szał w jego gło­sie dumę.

- No to dzielny z cie­bie czło­wiek. Gra­tu­luję! Tylko tak da­lej.

- Słu­chaj... A ty? Skąd ty... Dla kogo...

- Im mniej wiesz, tym le­piej - prze­rwał mu Pa­weł. - Mo­żesz oczy­wi­ście za­ło­żyć, że ściem­niam i że je­stem świ­rem, który nic ci nie zrobi poza stra­sze­niem... Ale, jak już mó­wi­łem, zro­bi­łem na twój te­mat so­lidny wy­wiad i wiem, w ja­kich krę­gach się ob­ra­casz, komu po­ma­gasz i tak da­lej. Stąd wnio­sek, że szybko się do­ga­damy, bez słów prak­tycz­nie. No i oka­zało się, że mam ra­cję: je­steś by­stry, zor­ga­ni­zo­wany, a na­sza współ­praca idzie jak po ma­śle. Też tak uwa­żasz?

- Tak, ja też - od­parł z wy­raźną nie­chę­cią Ko­ter­ski.

- Wspa­niale! Wo­bec tego od­pocz­nijmy i od ju­tra znów bierzmy się do pracy.

IV

Zu­zanna de­ner­wo­wała się przed roz­mową z sze­fem, cho­ciaż puł­kow­nik Bro­no­wicki ni­gdy nie da­wał jej po­wodu do nie­po­koju. Nie po­do­bało jej się jed­nak to, co usły­szała od Pawła, który za­dzwo­nił rano, żeby zdać re­la­cję z wi­zyty w szpi­talu woj­sko­wym. Prze­żyło wię­cej funk­cjo­na­riu­szy, niż po­cząt­kowo są­dzili. Co wię­cej, dwóch było w cał­kiem do­brym sta­nie, a je­den wła­śnie wy­szedł do domu, oni zaś nie mieli po­ję­cia, ile wie­dział i na ja­kim eta­pie tak na­prawdę było śledz­two.

- Ko­ter­skiemu nie można do końca wie­rzyć - za­uwa­żył Pa­weł pod­czas roz­mowy te­le­fo­nicz­nej. - Będę go miał na oku, bo na pewno spró­buje coś od­wi­nąć.

Puł­kow­nik za­dzwo­nił po po­łu­dniu, przy­wi­tał się, za­py­tał o jej sa­mo­po­czu­cie i jak so­bie ra­dzi, jak to ujął, tak ogól­nie.

- Dzię­kuję, u mnie do­brze - od­parła wy­mi­ja­jąco. - Może mi pan po­wie­dzieć, co się dzieje? Wie pan... ten Wro­cław jest nie­da­leko i...

- No dzieje się. Je­stem wła­śnie po spo­tka­niu z pre­mie­rem. Pod uwagę brane są różne sce­na­riu­sze, w tym atak ter­ro­ry­styczny zor­ga­ni­zo­wany przez Ro­sjan.

- Ro­sjan?! - Zu­zanna bar­dzo sta­rała się nie wy­buch­nąć gło­śnym śmie­chem. - W tym rzą­dzie pra­cują sami de­bile, skoro byli w sta­nie wpaść tylko na coś ta­kiego.

- Też uwa­żam, że to głu­pie - wes­tchnął Bro­no­wicki. - Słu­chaj, wiem, że ostatni rok nie był dla cie­bie ła­twy, ale i pre­zes, i pre­mier na­le­gają, że­byś wró­ciła do War­szawy.

- Ja? A po co? Ja tylko w ar­chi­wum pra­cuję.

- No wła­śnie. I to ar­chi­wum może nam się te­raz przy­dać. Zresztą, jak to ujął pre­zes For­nal­ski, te­raz wszyst­kie ręce na po­kład.

Zu­zanna prych­nęła.

- I w czym mia­łyby te ręce niby po­móc, co?

- Pew­nie już wiesz, że był drugi wy­buch, prawda?

- Tak, obiło mi się o uszy, cho­ciaż ni­g­dzie się o tym w me­diach nie mówi. Ko­le­dzy Marka go po­wia­do­mili - skła­mała.

- Wła­śnie... Nie wia­domo, kto za tym stoi. Nie było żad­nych żą­dań, nie było żad­nej ko­mu­ni­ka­cji z nami ze strony ter­ro­ry­stów. Wy­daje się, że ce­lem ataku były kon­kretne osoby, cho­ciaż liczba ofiar prze­czy temu twier­dze­niu.

- Ro­zu­miem... Czyli moja obec­ność bę­dzie przy­datna w War­sza­wie, bo... Pan też tak uważa? Czy tylko prze­ka­zuje opi­nię pre­zesa i pre­miera?

- W su­mie jedno i dru­gie. Wiesz, chęt­nie znów bym cię zo­ba­czył. Dawno nie pra­co­wa­li­śmy ra­zem. Aha! Mam jesz­cze jedno py­ta­nie.

"Jesz­cze żad­nego nie za­da­łeś" - po­my­ślała Zu­zanna, czu­jąc, że nie spodoba jej się to, co usły­szy.

- Teo­dor się od­zy­wał?

Nie od­po­wie­działa od razu. Była za­sko­czona i co rzadko jej się zda­rzało, lekko prze­stra­szona.

- Teo­dor... zna­czy się Pa­weł?

- Mhm, do­kład­nie.

- No mamy ja­kiś kon­takt. Roz­ma­wia­li­śmy na­wet nie­dawno. A czemu pan pyta?

- A, nic. Po­my­śla­łem o nim ostat­nio, ale to po­ga­damy, jak wró­cisz do War­szawy. Nie mu­sisz przy­jeż­dżać od razu. Spa­kuj­cie się na spo­koj­nie i bądź­cie z Mar­kiem, po­wiedzmy, za ty­dzień. Pój­dziemy na ja­kiś obiad. O, może ja coś ugo­tuję.

- Brzmi świet­nie - od­parła Zu­zanna, zmu­sza­jąc się do lek­kiego tonu. - Ode­zwiemy się. Skoro je­stem po­trzebna, to przy­jadę.

- Wspa­niale! To je­ste­śmy w kon­tak­cie. Do usły­sze­nia.

Zu­zanna odło­żyła ko­mórkę na blat. Nie mu­siała się od­wra­cać, żeby wie­dzieć, że stoi za nią Ma­rek.

- Py­tał o Pawła - stwier­dził.

- Tak - rzu­ciła przez ra­mię.

- Czyli się do­my­śla.

- Ni­czego się nie do­my­śla. - Zu­zanna po­trzą­snęła głową. - Nic nie wie.

- I w do­datku użył jego pseu­do­nimu. Do­brze sły­sza­łem.

Nie od­po­wie­działa.

- Jest na ce­low­niku. Zuza, spójrz na mnie.

Nie ru­szyła się ani o mi­li­metr, więc Ma­rek pod­szedł do niej, sta­nął na­prze­ciwko i po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach.

- Je­śli on jest na ce­low­niku, to my też bę­dziemy.

- Prze­sa­dzasz.

- Nie, nie prze­sa­dzam - od­parł sta­now­czo. - On nie jest głupi. Po ilu... Po trzech, czte­rech dniach wy­wnio­sko­wał, że za za­ma­chem może stać Pa­weł.

Zu­zanna od­wró­ciła wzrok.

- Pa­weł musi wy­je­chać - stwier­dził Ma­rek.

- Pa­weł musi ogar­nąć bur­del we Wro­cła­wiu. Roz­ma­wiał z Ko­ter­skim...

- Osza­la­łaś?! - Ma­rek po­trzą­sał nią lekko. - To te­raz nie jest istotne. Ten fa­cet musi znik­nąć. W ogóle bar­dzo ża­łuję, że zgo­dzi­łem się na ten plan. My mie­li­śmy mieć ręce czy­ste, a może się to dla nas bar­dzo źle skoń­czyć.

Zu­zanna przy­gry­zła wargę, a w jej oczach po­ja­wiły się łzy.

- Ja my­śla­łam... - za­częła szep­tem. - Ja nie chcia­łam, żeby mnie tak bo­lało. Są­dzi­łam, że jak oni umrą... jak ona umrze, to po­czuję się le­piej. Po­msz­czę Ja­godę i na­szego wnuka i będę żyć da­lej, a jest tylko go­rzej. Te­raz mam ochotę za­bić wszyst­kich. Wszyst­kich! Ro­zu­miesz?

- Tak. - Ma­rek po­ki­wał głową. - Ro­zu­miem le­piej, niż ci się wy­daje. Ale co to da?

- Nie wiem. Nie chcę już się nad tym za­sta­na­wiać. Jedźmy do tej War­szawy. Może jak będę pra­co­wać, to po­czuję się ina­czej...

- A nie masz wra­że­nia, że on chce cię ścią­gnąć do War­szawy, żeby prze­py­ty­wać cię w spra­wie Pawła?

- Gdyby chciał mnie prze­py­ty­wać, to wy­słałby tu swo­ich lu­dzi. Już by­li­by­śmy... prze­py­ty­wani w na­szej piw­nicy. Ma­rek, o czym ty mó­wisz?

- Tro­chę ra­cja. - Iwa­nicki prze­wró­cił oczami. - Ale je­śli pla­nuje do­brać się do Pawła, to może chce zro­bić to przez cie­bie.

- Są­dzisz, że chce go aresz­to­wać? Nie wy­daje mi się. To też był jego czło­wiek.

- Aha, jego czło­wiek - w gło­sie Marka sły­chać było iro­nię. - Z tego, co wiem, lu­dzie Bro­no­wic­kiego nie mor­dują przy­pad­ko­wych ro­we­rzy­stów ani nie wy­sa­dzają w po­wie­trze po­łowy wsi.

- Jak­byś sam nie miał ni­kogo na su­mie­niu.

- W ogóle tego nie po­rów­nuj! On jest... - Ma­rek po­trzą­snął głową. - Ten czło­wiek jest cho­dzą­cym złem. Je­śli można ja­koś zło stop­nio­wać, to on sta­nowi ab­so­lutny szczyt wszyst­kiego. To już chyba na­wet nie jest czło­wiek...

- O czym ty mó­wisz?

- Na­prawdę tego nie wi­dzisz? - Ma­rek opu­ścił dło­nie, jakby zre­zy­gno­wany. - Można ko­goś lu­bić, ale chyba to nie prze­szka­dza w zo­ba­cze­niu w nim tego, kim jest na­prawdę. A Pa­weł to po pro­stu psy­chol. Zuza, on musi znik­nąć z na­szego ży­cia za wszelką cenę. Albo... my z jego ży­cia.

Zu­zanna ski­nęła głową i po­pra­wiła włosy nad czo­łem.

- Tak - szep­nęła. - Tak bę­dzie naj­le­piej.

- Więc? - Ma­rek spoj­rzał na nią py­ta­jąco. - Jaki jest plan?

- Plan jest taki, że on wróci do domu ro­dzi­ców, okrad­nie ich i wy­je­dzie za gra­nicę.

- Aha? Okrad­nie ro­dzi­ców? Świetny plan.

- Prze­stań drwić. Jego ro­dzice są bar­dzo bo­gaci i...

- To w ogóle nie są jego ro­dzice. Od tego za­cznijmy. Czy on nie może po pro­stu wsiąść do ja­kie­goś sa­mo­chodu, choćby kra­dzio­nego, i wy­je­chać? Mo­żemy mu dać pie­nią­dze. Ja mogę za­ła­twić...

- Nie! Niech zrobi tak, jak za­pla­no­wał, ina­czej bę­dzie chciał tu wra­cać.

- Ja­sne, niech tak zrobi... - Ma­rek mach­nął ręką i wy­szedł z kuchni.

V

Pa­weł wie­dział, że bę­dzie mu­siał po­zbyć się świad­ków, któ­rzy prze­żyli za­mach. Wy­rzu­cał so­bie, że nie po­szedł spraw­dzić, czy na pewno zgi­nęli, i nie do­bił ich na miej­scu.

"Wtedy po­ja­wiłby się do­stawca chleba, jego też by się wy­koń­czyło i od­je­chało w siną dal sa­mo­cho­dem z pach­ną­cym pie­czy­wem" - fan­ta­zjo­wał, le­żąc na ho­te­lo­wym łóżku.

Pa­weł z nie­chę­cią przy­znał ra­cję Zu­zie, że jego ak­cja nie prze­bie­gła w stu pro­cen­tach na­le­ży­cie. Parę spraw na­le­żało na­pro­sto­wać, na przy­kład wro­bie­nie Bor­kow­skiego w za­mach.

- Wro­cław­scy waż­niacy z po­li­cji sami na to wpa­dli - za­pew­nił Ko­ter­ski, do któ­rego Pa­weł za­dzwo­nił chwilę póź­niej.

- Na co? Że on pod­ło­żył ła­dunki?

- Nie. Chcą, żeby od­po­wie­dział za wy­jazd pod Ko­bie­rzyce.

- Aha... Ale ja bym wo­lał, żeby przy­piąć mu sam za­mach.

- Dla­czego? Jak?

- Jesz­cze nie wiem jak, dla­tego py­tam eks­perta.

Ko­ter­ski nie ode­zwał się od razu. Pa­weł do­my­ślił się, że pro­ku­ra­tor roz­wa­żał, czy ma się po­czuć mile po­łech­tany, czy ob­ra­żony tą ety­kietką.

- Czemu chcesz go tym obar­czyć? - za­py­tał w końcu. - Zro­bił ci coś?

- Nie umarł - od­parł Pa­weł ze śmie­chem. - Za dużo może wie­dzieć i wy­gląda na by­strego.

- To go za­bij.

Tego się Pa­weł nie spo­dzie­wał. Do­my­ślał się, że Ko­ter­ski jest po­zba­wio­nym skru­pu­łów skur­wy­sy­nem, ale nie są­dził, że jego ze­psu­cie było aż tak wiel­kie.

- Moż­liwe, że to zro­bię - stwier­dził. - Ale dziś po­trze­buję ja­kie­goś faj­nego ko­zła ofiar­nego. A nie ma lep­szego niż dzia­ła­jący na dwa fronty glina. Bor­kow­ski pa­suje naj­le­piej.

- Bo wy­szedł ze szpi­tala jako pierw­szy - do­my­ślił się pro­ku­ra­tor.

- Wła­śnie. To co? Po­mo­żesz go tro­chę umo­czyć?

Ko­ter­ski wes­tchnął gło­śno.

- A mam inne wyj­ście?

- Nie masz.

Gdyby Ko­ter­ski te­raz wi­dział Pawła, zo­ba­czyłby na jego twa­rzy de­mo­niczny uśmiech, od któ­rego wielu lu­dziom skóra cier­pła na ple­cach.

- Tak wła­śnie my­śla­łem - mruk­nął pro­ku­ra­tor. - Słu­chaj, na­wią­za­łem współ­pracę z tymi ludźmi z War­szawy, któ­rzy chcą pro­wa­dzić śledz­two.

- Mhm. I co z nimi?

- Nie wiem, czy masz świa­do­mość, że to CBŚP?

Pa­weł wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- Ja­kie CBŚP?! Z War­szawy przy­je­chali an­ty­ter­ro­ry­ści.

- Je­den z ran­nych funk­cjo­na­riu­szy nie był od "czar­nych". Jest po ope­ra­cji, ale wciąż nie­przy­tomny.

- No do­bra. I co z tymi śled­czymi? Mają coś?

- Nie, kom­plet­nie nic. Ga­dali z Bor­kow­skim, ale po roz­mo­wie z nim da­lej nic nie wie­dzą.

- I niech tak zo­sta­nie. Do­bra, będę le­ciał. A ty wra­caj do uma­rza­nia ko­lej­nych śledztw do­ty­czą­cych błę­dów le­kar­skich.

Ko­ter­ski nie zdo­łał się od­gryźć, bo Pa­weł już się roz­łą­czył, po czym wstał z łóżka.

"Bor­kow­ski jest w domu i spełni swoje za­da­nie póź­niej" - roz­my­ślał, pa­trząc na wi­szące w sza­fie ubra­nia. "Ale resztę trzeba do­bić".

Pa­weł po­je­chał do szpi­tala tram­wa­jem, bo uwa­żał, że tak­sówka nie daje po­trzeb­nej ano­ni­mo­wo­ści. Jego za­da­nie nie było ła­twe. Mu­siał ja­koś do­stać się na od­dział in­ten­syw­nej te­ra­pii i nie­po­strze­że­nie za­koń­czyć ży­wot ran­nych po­li­cjan­tów. Ro­bił już ta­kie rze­czy, ale nie w cza­sie pan­de­mii, kiedy środki ostroż­no­ści były więk­sze, a od­wie­dza­ją­cych w szpi­ta­lach prze­by­wało o wiele mniej. Za­kła­dał jed­nak, że i tym ra­zem samo po­ru­sza­nie się po szpi­talu nie po­winno spra­wiać mu trud­no­ści. I miał ra­cję. Nikt go nie za­cze­piał, nie py­tał, po co i do kogo przy­szedł. Na­cią­gnął ma­skę na nos, wsu­nął ręce do kie­szeni i swo­bod­nie prze­cha­dzał się po ko­ry­ta­rzach. W mię­dzy­cza­sie udało mu się do­dzwo­nić do Ko­ter­skiego, od któ­rego do­wie­dział się, że jedna z an­ty­ter­ro­ry­stek, która nie zgi­nęła w za­ma­chu, prze­by­wała na od­dziale le­cze­nia stresu bo­jo­wego. Sły­sząc to, Pa­weł skrzy­wił się, bo prze­czu­wał, że wej­ście na OIOM bę­dzie ła­twiej­sze niż wej­ście na od­dział psy­chia­tryczny, zwłasz­cza w szpi­talu woj­sko­wym. Po­sta­no­wił więc za­jąć się tą sprawą na­stęp­nego dnia. W końcu śmierć ciężko ran­nych funk­cjo­na­riu­szy nie po­winna wzbu­dzać po­dej­rzeń. Poza tym nie mu­siał ich za­bi­jać wszyst­kich na­raz, całą ak­cję mógł roz­ło­żyć na kilka dni.

"Dzi­siaj ode­pnę kro­plówkę jed­nemu, a ju­tro udu­szę po­duszką dru­giego" - fan­ta­zjo­wał Pa­weł. "A na trzeci dzień spró­buję wejść na od­dział dla świ­rów i zajmę się pa­nią aspi­rantką".

Na od­dział naj­ła­twiej było się do­stać w po­rze roz­wo­że­nia po­sił­ków, kiedy pa­no­wało małe za­mie­sza­nie, przy­datne, gdy chciało się prze­śli­znąć nie­zau­wa­że­nie. Z OIOM-em było trud­niej, bo wielu pa­cjen­tów było nie­przy­tom­nych, a per­so­nel był nieco bar­dziej czujny, ale Pa­weł miał dużą pew­ność sie­bie i uwa­żał, że nikt mu nie prze­szko­dzi w wy­ko­na­niu za­da­nia. W to­a­le­cie prze­brał się w skra­dziony po­przed­niego dnia strój pie­lę­gnia­rza, a na nos wło­żył oku­lary w gru­bej oprawce. Swoje zwy­kłe ciu­chy scho­wał do pla­sti­ko­wej torby, którą ukrył za ko­szami na śmieci. Za­nim wy­szedł z ła­zienki, ostatni raz spraw­dził kartkę z in­for­ma­cjami o ran­nych funk­cjo­na­riu­szach. "Wi­śniew­ski i Bie­luń są na OIOM-ie. Dziś zajmę się jed­nym z nich, a po dru­giego przyjdę w nocy. Reszta bę­dzie mu­siała po­cze­kać".

Więk­szość od­dzia­łów była dość roz­le­gła i miała kilka wejść. Pa­weł wy­brał wą­ską klatkę scho­dową z tyłu bu­dynku i szybko zna­lazł się pod wła­ści­wymi drzwiami. Wy­star­czyło tylko przy­ło­żyć skra­dzioną wcze­śniej kartę do czyt­nika...

Na scho­dach Pa­weł usły­szał za sobą kroki. One same go nie za­nie­po­ko­iły. Ra­czej to, że kiedy się za­trzy­mał, osoba idąca za nim zro­biła to samo. Obej­rzał się i po­cząt­kowo ni­kogo nie za­uwa­żył, ale po chwili znów usły­szał, jak ktoś wcho­dzi na górę.

- O! - zdo­łał po­wie­dzieć na wi­dok wy­so­kiego męż­czy­zny, który wszedł na pię­tro i sta­nął przed nim.

Olek Błą­dek, bo tak na­zy­wał się ten czło­wiek, był za­ufa­nym pod­wład­nym puł­kow­nika Bro­no­wic­kiego, przez wiele lat nad­zo­ru­ją­cym po­czy­na­nia Pawła.

- Co tu ro­bisz? - za­py­tał. Do­brze wie­dział, że obec­ność Błądka nie wró­żyła nic do­brego. Po raz pierw­szy od wielu dni od­czuł re­alny lęk, zwłasz­cza że na scho­dach za­uwa­żył jesz­cze jedną po­stać, ubraną w strój me­dyka. - A ten to ja­kiś twój po­ma­gier?

Olek bez słowa pod­szedł do Pawła na od­le­głość trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów, z kie­szeni wy­jął rękę, w któ­rej trzy­mał strzy­kawkę. Spraw­nym ru­chem wbił igłę w szyję swo­jej ofiary.

Ko­lej­nym, co Pa­weł zo­ba­czył, był su­fit jego sy­pialni w domu ro­dzi­ców. Le­żał na swoim łóżku i czuł się, jakby miał po­tęż­nego kaca. Ogar­nęła go fala wście­kło­ści. Chciał wy­sko­czyć z łóżka, po­biec na dół i zro­bić coś złego, ale śro­dek, ja­kim po­czę­sto­wał go Błą­dek, cią­gle dzia­łał na jego ciało, które było ocię­żałe i nie chciało się go słu­chać.

- Kurwa! - za­klął, choć po­ru­sza­nie ustami także przy­cho­dziło mu z trud­no­ścią. - Kurwa, kurwa, kurwa!

Le­żał przez chwilę nie­ru­chomo i na­słu­chi­wał od­gło­sów z domu. Do­my­ślał się, co za­szło. Olek do­stał za­da­nie, aby go od­na­leźć, uśpić i przy­wieźć do Po­zna­nia, a na­stęp­nie sprze­dać jego ro­dzi­com bajkę o tym, że nie­grzeczny Cza­rek znów gdzieś za­chlał albo za­ba­lo­wał z ja­ki­miś ko­le­gami i dzielny Alek­san­der ura­to­wał go ko­lejny raz, w związku z czym sta­rusz­ko­wie będą mu ko­lejny raz do­zgon­nie wdzięczni i będą się dzi­wić, że jest tak lo­jal­nym przy­ja­cie­lem przez ostat­nie ćwierć­wie­cze, mimo że Cza­rek wy­ka­zy­wał się je­dy­nie bra­kiem sza­cunku i bez­czel­no­ścią. Na po­twier­dze­nie tych przy­pusz­czeń do jego uszu do­bie­gły we­sołe głosy ro­dzi­ców i Olka, naj­praw­do­po­dob­niej z kuchni.

"Cie­kawe, co by po­wie­dzieli, gdy­bym wy­znał prawdę?" - po­my­ślał Pa­weł, zgrzy­ta­jąc ze zło­ści zę­bami. "Gdy­bym im po­wie­dział, że nie je­stem Czar­kiem, a mój dzielny ko­lega Olek to agent służb, który mnie pil­nuje? Co by po­wie­dzieli, gdyby się do­wie­dzieli, że to wszystko farsa? Może to wła­śnie trzeba zro­bić: po­wie­dzieć prawdę, a po­tem roz­wa­lić im łby o ścianę i uciec z ich pie­niędzmi".

Pa­weł pla­no­wał okraść ro­dzi­ców ze wszyst­kiego, co znaj­do­wało się w domu, a co miało ja­ką­kol­wiek war­tość. Pla­no­wał za­pa­ko­wać sa­mo­chód po sam dach, wsiąść za kie­row­nicę i wy­je­chać do któ­re­goś kraju eu­ro­pej­skiego, a może... może na Wy­spy Ka­na­ryj­skie. Jed­nak myśl o tym, żeby po­zba­wić ich ży­cia, do tej pory nie za­świ­tała w jego gło­wie.

"Dla­czego te­raz?" - za­py­tał sa­mego sie­bie. "Dla­tego, że je­stem ku­rew­sko wście­kły. Po­wi­nie­nem za­bić ich i tę cho­lerną sio­strę. Pod­pa­lić dom i upo­zo­ro­wać wła­sną śmierć".

Gniew spra­wił, że w jego wą­tłe ciało wlała się nowa ener­gia. Pa­weł od­rzu­cił koc, któ­rym był przy­kryty, i po­sta­wił stopy na chłod­nej po­sadzce. Ubie­ra­jąc się w dres, za­uwa­żył, że obok łóżka le­żały jego rze­czy, co ozna­czało, że Olek był także w ho­telu. Prych­nął ze zło­ścią i zszedł na bo­saka do kuchni.

- O, wi­dzę, że jest ci już le­piej - po­wie­dział Olek na jego wi­dok. - Cie­szę się.

Pa­weł miał ochotę wal­nąć go w pysk, przede wszyst­kim za ten głupi uśmie­szek. Za­miast tego scho­wał dło­nie głę­biej do kie­szeni bluzy i za­ci­snął mocno usta.

- Za­raz będę wsta­wiać obiad - za­ko­mu­ni­ko­wała matka.

Pa­weł za­uwa­żył, jak od­wró­ciła wzrok. Oj­ciec także nie chciał na niego pa­trzeć.

- Zo­sta­niesz, prawda? - za­py­tał stary Do­brucki, pa­trząc na Olka.

- Nie, ale bar­dzo dzię­kuję za za­pro­sze­nie. I tak nad­uży­łem wa­szej go­ścin­no­ści, jak za­wsze zresztą.

- Ni­gdy nie nad­uży­wasz - za­pew­niła Do­brucka. - Je­steś tu za­wsze mile wi­dziany.

"Za­raz się zrzy­gam" - po­my­ślał Pa­weł, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Bar­dzo dzię­kuję za go­ścinę i za pyszne wy­pieki - po­wie­dział Olek, od­sta­wia­jąc ku­bek po ka­wie do zlewu. - Mam na­dzieję, że nie by­łem uciąż­liwy, i li­czę, że się znów nie­długo zo­ba­czymy.

- A my dzię­ku­jemy, że od­po­wie­dzia­łeś na na­szą prośbę - od­parł oj­ciec. - Za­wsze mo­żemy na cie­bie li­czyć.

Matka po­ki­wała głową i uśmiech­nęła się blado.

- No do­bra. To jesz­cze uści­ski na po­że­gna­nie i po­jadę. - Olek spoj­rzał na Pawła wy­mow­nie. - Od­pro­wa­dzisz mnie do auta?

- Oczy­wi­ście - wy­ce­dził Pa­weł nie­chęt­nie.

Sa­mo­chód Błądka był za­par­ko­wany tuż przed wej­ściem do domu. Pa­weł do­my­ślił się, że dzięki temu jego było ła­twiej wnieść do środka. Nie miał ochoty na roz­mowę z Ol­kiem. Prę­dzej po­ła­małby mu ręce i nogi, a po­tem wrzu­cił go do stawu w parku na­prze­ciwko ich domu.

- To po­wiesz mi, dla­czego to zro­bi­łeś? - za­py­tał Pa­weł, kiedy zna­leźli się za drzwiami. - Czemu mnie... po­rwa­łeś?

- A nie mo­żesz się do­my­ślić? - od­parł Olek, śmie­jąc się.

- Kto mnie sprze­dał? Ko­ter­ski?

- Kto? - Olek od­wró­cił się na pię­cie i spoj­rzał mu w oczy.

- Nie­ważne. - Pa­weł wie­dział, że po­peł­nił błąd. - To kto mnie sprze­dał?

- Je­steś by­stry, do­my­ślisz się.

- Aha... - Pa­weł po­ki­wał głową. - Ma­re­czek. Niech zgadnę. Za­dzwo­nił do Bro­no­wic­kiego i po­wie­dział, że­by­ście się mną za­jęli.

- Może, może... - Olek uniósł brwi. - Do­brze zro­bił. Wy­star­cza­jąco na­mie­sza­łeś. A swoją drogą... Kim jest Ko­ter­ski? Pew­nie i tak się do­wiem, ale zrób mi tę uprzej­mość i po­wiedz mi te­raz.

- To jest taki pro­ku­ra­tor, który lubi uma­rzać sprawy złym lu­dziom.

- Se­rio? - Olek ro­ze­śmiał się gło­śno. - No to pa­su­je­cie do sie­bie i pew­nie on też mógłby cię sprze­dać. On wie o to­bie co­kol­wiek?

- Nie, chyba nie. - Pa­weł zmarsz­czył nos. - Wiesz, że chcia­łem po­sprzą­tać...

- Po­sprzą­tać? - prze­rwał mu Olek. W jego oczach Pa­weł do­strzegł groźne bły­ski. - Tak to na­zy­wasz? Naj­pierw ro­bisz syf, a po­tem ro­bisz jesz­cze więk­szy i na­zy­wasz to sprzą­ta­niem, tak? Je­śli w po­li­cji albo w in­nych służ­bach jest kto­kol­wiek z dwiema pra­cu­ją­cymi ko­mór­kami mó­zgo­wymi, to w końcu do cie­bie do­trze.

- Nie do­trze... - chciał za­pro­te­sto­wać Pa­weł, ale Olek uniósł dłoń, da­jąc mu znak, żeby się za­mknął.

- Do­trze. A wiesz dla­czego? Bo nie umiesz za­cie­rać śla­dów, bo po­dej­mu­jesz głu­pie de­cy­zje, bo na przy­kład po­da­łeś swoją wła­sną sio­strę za swoją żonę. Nie dość, że sfał­szo­wane do­ku­menty są zro­bione byle jak, to jesz­cze po­da­łeś in­for­ma­cję, którą bar­dzo ła­two spraw­dzić i pod­wa­żyć.

- To nie jest moja sio­stra - wy­mam­ro­tał Pa­weł.

- Jest twoją sio­strą, tak jak ci dwoje są two­imi ro­dzi­cami. Je­śli do­brze li­czę, są nimi dłu­żej niż byli ro­dzi­cami Czarka. To po pierw­sze, a po dru­gie, ty je­steś na gar­nuszku pań­stwa i masz ro­bić, co do cie­bie na­leży. Nie­au­to­ry­zo­wane ak­cje, zwłasz­cza ta­kie, w któ­rych giną funk­cjo­na­riu­sze, są nie­do­pusz­czalne.

- No to mu­si­cie mnie uka­rać - od­parł Pa­weł z iro­nią w gło­sie.

- Bę­dziesz uka­rany. Za­pew­niam cię, że pój­dziesz w końcu do wię­zie­nia.

- Oczy­wi­ście - prych­nął Pa­weł, sta­ra­jąc się ukryć zde­ner­wo­wa­nie.

- Tak. A wiesz dla­czego? Bo my wiemy, że wię­zie­nie to je­dyna rzecz, któ­rej na­prawdę się bo­isz. Na sa­mym po­czątku służby, jesz­cze kiedy by­łeś w bi­dulu, Bro­no­wicki po­wie­dział ja­sno: "Dzia­łasz na na­szych za­sa­dach i włos z głowy ci nie spad­nie. Bę­dziesz miał środki, bę­dziesz miał pracę, bę­dziesz miał pie­nią­dze... Wy­ła­miesz się, to uka­żemy cię tak, że po­ża­łu­jesz, że się uro­dzi­łeś".

- Wi­dzę, że je­steś naj­wier­niej­szym z pie­sków pana puł­kow­nika.

- Moż­liwe, ale jest mi z tym bar­dzo do­brze.

Pa­weł zro­bił krok do przodu, znaj­du­jąc się w nie­du­żej od­le­gło­ści od twa­rzy Olka, na któ­rym ta bli­skość nie zro­biła żad­nego wra­że­nia.

- To po­wiem ci coś, o czym chyba nie masz po­ję­cia - po­wie­dział ci­cho. - Wiesz, dla­czego Cza­rek zgi­nął?

- Bo miał wy­pa­dek, a ty za­ją­łeś jego miej­sce. Je­steś dzięki temu agen­tem wy­dmuszką.

- Nie, ko­cha­nieńki. To nie był ani wy­pa­dek, ani główny po­wód. Było nim to, że Ce­zary Do­brucki, pry­mus z To­ru­nia, wy­brał so­bie świetną jed­nostkę, w któ­rej miał pra­co­wać po pro­mo­cji, a tak się składa, że w tej sa­mej jed­no­stce i na tym sa­mym sta­no­wi­sku bar­dzo chciał pra­co­wać syn na­szego pana puł­kow­nika. To dla­tego Cza­rek zgi­nął i dla­tego ja, nie­do­ro­zwój umy­słowy, jak mnie cza­sem na­zy­wa­cie, za­ją­łem jego miej­sce.

Twarz Olka po­zo­stała nie­od­gad­niona. Pa­weł nie mógł się zo­rien­to­wać, czy jego słowa zro­biły na nim ja­kieś wra­że­nie. Po­my­ślał jed­nak, że gdyby Olek wie­dział o tej hi­sto­rii wcze­śniej, coś by te­raz po­wie­dział, a jed­nak mil­czał i wciąż mil­cząc, ob­ró­cił się na pię­cie, wsiadł do auta i od­je­chał spod domu pań­stwa Do­bruc­kich.

Pa­weł miał wra­że­nie, że nad jego głową zbie­rały się czarne chmury. Po pierw­sze, nie wy­ko­nał do końca za­da­nia we Wro­cła­wiu. Po dru­gie, był wście­kły na Marka i na puł­kow­nika; na Olka zło­ścił się mniej, bo ten wy­ko­ny­wał je­dy­nie roz­kazy. Po trze­cie, nie spodo­bało mu się to, co usły­szał od Błądka. Alek­san­der miał ra­cję: tym, czego naj­bar­dziej Pa­weł się oba­wiał, było wię­zie­nie. Myśl o by­ciu za­mknię­tym prze­ra­żała go jak nic in­nego. Cza­sem w domu dziecka, kiedy był nie­grzeczny, za­my­kano go w sy­pialni, żeby prze­my­ślał swoje za­cho­wa­nie, ale sie­dze­nie w ob­szer­nym po­koju z wiel­kimi oknami i pa­trze­nie, jak dzieci się ba­wią na po­dwórku, nie było dla niego wielką karą. Nikt jed­nak nie wie­dział, że kiedy był bar­dzo mały, a jego matka po­waż­nie cho­ro­wała, dzia­dek po ką­dzieli za­my­kał go w cia­snej sza­fie i ka­zał mu tam sie­dzieć i mil­czeć. Co wię­cej, stary Mar­ci­nek gro­ził mu, że je­śli da­lej bę­dzie nie­po­słuszny, to wsa­dzi go do skrzyni, którą za­mknie na kłódkę. A dzi­siaj młody Mar­ci­nek (bo ta­kie było praw­dziwe na­zwi­sko Pawła) zda­wał so­bie też sprawę z tego, jak wy­glą­dają pol­skie wię­zie­nia, wi­dział rów­nież kilka za gra­nicą, i gdy my­ślał o prze­peł­nio­nych ce­lach z oknami umiesz­czo­nymi pod su­fi­tem, ro­biło mu się duszno.

"Nie za­mkną mnie" - pró­bo­wał się po­cie­szać. "Prze­cież będą się bali, że o wszyst­kim opo­wiem. Puł­kow­nik stra­ciłby wszystko, gdy­bym pu­ścił parę z ust o jego róż­nych ak­cjach".

Pa­weł nie bał się, że go za­biją. Śmierć nie ja­wiła mu się jako coś naj­gor­szego. Ow­szem, tro­chę oba­wiał się tor­tur, ale - my­ślał so­bie - i one się prze­cież kie­dyś skoń­czą, prawda?

Nie­po­ko­jące było także to, że Olek wie­dział o sy­tu­acji z sio­strą Czarka. Fak­tycz­nie Pa­weł wpi­sał ją jako swoją żonę w sfał­szo­wa­nych do­ku­men­tach. Zro­bił to, bo Mo­nika Do­brucka była praw­dziwą osobą, a on nie miał za­miaru ani się że­nić, ani pła­cić ko­mu­kol­wiek, żeby uda­wał jego żonę przez dzie­sięć ostat­nich lat. W du­chu śmiał się ze służb, które miały te dane jak na tacy i ani razu się nie zo­rien­to­wały, co tak na­prawdę zro­bił.

- Cza­rek, twoja ręka - słowa ojca wy­rwały Pawła z za­my­śle­nia.

Sie­dzieli we trójkę przy stole i je­dli zupę.

- Co? - Pa­weł pod­niósł wzrok.

- No... - Mo­dest Do­brucki po­ka­zał łyżką na jego lewą dłoń. - Masz wszyst­kie palce.

- O... - Pa­weł spoj­rzał na swoją rękę. - Tak, cza­sem no­szę pro­tezę.

- Nie wy­gląda jak pro­teza - za­uwa­żyła matka. - Wy­gląda bar­dzo praw­dzi­wie. Od kiedy to masz?

- Aa... Już ja­kiś czas - od­parł wy­mi­ja­jąco. - Olek po­mógł mi ją za­ła­twić.

Pa­weł stra­cił pa­lec w Ara­bii Sau­dyj­skiej pod­czas kon­stru­owa­nia ła­dunku wy­bu­cho­wego. Kiedy był poza do­mem, no­sił pro­tezę i nikt nie wie­dział o braku palca. Naj­wy­raź­niej Olek za­po­mniał ją zdjąć, kiedy przy­tasz­czył go do domu.

- To... ja­kie masz plany? - za­py­tał Do­brucki, jakby od nie­chce­nia.

- Plany mia­łem, ale prze­rwał mi je mój do­bry przy­ja­ciel Alek­san­der - w gło­sie Pawła sły­chać było zło­śli­wość.

- Na pewno nie były do­bre! - wy­pa­liła Do­brucka. - Rzadko kiedy są.

- Zda­nia są po­dzie­lone... mamo.

- Dla­czego tak do mnie mó­wisz? Znowu to ro­bisz.

- Co ro­bię? No, po­wiedz gło­śno, co ci się we mnie nie po­doba.

- Cza­rek... - za­czął oj­ciec, ale za­milkł, na­po­ty­ka­jąc wzrok Pawła.

- Oboje po­wiedz­cie, co się wam nie po­doba we mnie. Po­wiedz­cie, jak złym sy­nem je­stem, jak bar­dzo się zmie­ni­łem.

- Nie mó­wię, że je­steś złym sy­nem - bro­niła się matka, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad drżą­cym gło­sem. - Tylko... po pro­stu...

- No co? Wy­duś to z sie­bie. Po­wiedz, że kie­dyś by­łem lep­szy, a te­raz je­stem za­kałą ro­dziny.

- Ni­gdy tego nie po­wiem!

- A jed­nak da­jesz mi do zro­zu­mie­nia, że by­łem lep­szy przed wy­pad­kiem. Że je­stem dla was roz­cza­ro­wa­niem, bo nie je­stem taki jak... - za­wie­sił głos. - Jak dawny Cza­rek. Mam cza­sami wra­że­nie, jak­byś po­dej­rze­wała mnie o to, że je­stem kimś in­nym.

Pa­weł uwiel­biał uży­wać tego ar­gu­mentu. Uwiel­biał każdy ar­gu­ment, który po­wo­do­wał ból w sercu Mo­de­sta i Do­brochny Do­bruc­kich, bo w głębi du­cha on też czuł się roz­cza­ro­wany tym, że nie za­ak­cep­to­wali go oni ta­kim, ja­kim był. Nie znał Czarka, tego praw­dzi­wego, nie umiał go na­śla­do­wać, nie za­wsze po­tra­fił uda­wać na tyle, by nie zo­rien­to­wali się, jak złym był w głębi serca czło­wie­kiem. Przede wszyst­kim jed­nak wie­rzył, że ro­dzice Ce­za­rego ni­gdy nie po­go­dzili się z tym, że ich syn od­szedł ze służby.

- Za­wio­dłem wa­sze ocze­ki­wa­nia - po­wie­dział zimno. - Zo­sta­łem ofi­ce­rem, ale nie zro­bi­łem ka­riery i nie mo­gli­ście się chwa­lić mną przed zna­jo­mymi.

- To wcale nie o to... - pró­bo­wała mu prze­rwać Do­brucka, ale nie dał jej dojść do słowa.

- Tak, przede wszyst­kim o to cho­dzi. Ja­koś by­ście prze­żyli, że mam uszko­dzoną głowę od wy­padku i pro­blemy z emo­cjami, ale że zre­zy­gno­wa­łem ze świe­tla­nej ka­riery w mun­du­rze... Tego że­ście mi ni­gdy nie da­ro­wali. Pa­trzy­łaś na mnie za­wsze tak, jak­bym był ob­cym czło­wie­kiem, jakby z tego szpi­tala wy­szedł ktoś inny.

- Bo wy­glą­da­łeś ina­czej! - za­wo­łała Do­brucka, ude­rza­jąc dłońmi o blat. - By­łeś po­kie­re­szo­wany, po kilku ope­ra­cjach pla­stycz­nych... Le­dwo cię po­zna­łam.

- A matka po­winna wie­dzieć, prawda? - wy­ce­dził, pa­trząc jej pro­sto w oczy. - Matka za­wsze wie i po­zna swoje dziecko.

Te słowa były ko­lej­nym cio­sem w serce Do­bruc­kiej. Oj­ciec scho­wał twarz w dło­niach i nic nie po­wie­dział do końca po­siłku. Pa­weł na­to­miast w du­chu świet­nie się ba­wił. Przy­szło mu do głowy, że po­wi­nien jed­nak wy­znać im prawdę, za­dać im ten osta­teczny cios, a po­tem ich okraść i wy­je­chać. Zo­sta­liby z tą prze­ra­ża­jącą wie­dzą, że ich ro­dzony syn leży na ja­kimś ma­łym cmen­ta­rzu w Lu­bu­skiem. Jesz­cze by im rzu­cił na od­chodne, że nikt mu nie pali świe­czek, choć rze­czy­wi­stość była inna. Cza­sem od­wie­dzał grób Czarka... sam nie miał po­ję­cia dla­czego... i wi­dział, że mo­giła jest za­dbana.

Po chwili ci­szy Pa­weł, jak gdyby ni­gdy nic, stwier­dził:

- Pyszny obiad. - Wstał od stołu, zła­pał ta­lerz i wrzu­cił go do zlewu. - Za­wsze by­łaś świetną ku­charką, mamo. Idę się po­ło­żyć i prze­my­śleć, co będę da­lej ro­bił ze swoim nie­uda­nym ży­ciem.

Tak na­prawdę Pa­weł do­brze wie­dział, co chce zro­bić. Naj­waż­niej­sze było zdo­by­cie szy­fru do sejfu znaj­du­ją­cego się w sy­pialni ro­dzi­ców. Reszta zda­wała się mu już ła­twa do ogar­nię­cia.