W służbie śmierci - Róża Lewanowicz

Reflow text when sidebars are open.
I
Paweł początkowo uważał, że ładunek wybuchowy należy podłożyć jednemu z lekarzy do torby, jednak po dwóch tygodniach wnikliwej obserwacji ich zwyczajów zrozumiał, że taki plan jest zbyt trudny do zrealizowania i niesie ze sobą nadmierne ryzyko niepowodzenia. "Łatwiej ją będzie podmienić" - w głowie zaświtała mu genialna myśl. "Kupi się identyczną torbę, jaką ma lekarz, i wpakuje do niej śliczną bombkę". Wybór eleganckiego neseseru ginekologa Izydora Kowalskiego był oczywisty, bo ginekolożka Barbara Gęsicka za każdym razem przyjeżdżała do pracy z inną torebką.
- Szczuje bogactwem - relacjonował Paweł swoje odkrycie Zuzannie. - Pokazuje, jak się dorobiła na okaleczaniu i zabijaniu pacjentek. Pan doktor za to nigdy nie rozstaje się ze swoim kuferkiem.
Paweł przyjechał na parking przed szpitalem już w niedzielę wieczorem. By się tam dostać, wykorzystał załatwioną przez Zuzannę przepustkę pracowniczą. Nocowanie w aucie nie było dla niego żadną nowością, ale z powodu podekscytowania nie mógł zmrużyć oka. Raz za razem analizował wszystkie punkty swojego planu, co chwilę zerkając na siedzenie obok, żeby sprawdzić, czy duża lekarska torba na pewno tam była, a potem zaglądał do jej wnętrza, żeby się upewnić, czy przygotowany z największą starannością ładunek wciąż spoczywał na jej dnie.
- Przyjeżdżają, wysiadają, idą do budynku - wyliczał na głos. - Ja wysiadam z torbą, uruchamiam alarm w ich aucie, czekam... - Przy tym punkcie zawsze przerywał na chwilę i marszczył brwi. - Jeśli nikt nie wyjdzie... Będę musiał wejść do środka, żeby złapać lekarza na oddziale. - Plan nie był idealny, ale właśnie z tego powodu Paweł zdecydował się zastosować odpalanie ładunku drogą radiową, a nie na przykład za pomocą zegara albo mechanizmu inicjowanego otwarciem torby. - Jak wybuchnie, obserwuję otoczenie - kontynuował swoją śmiertelną wyliczankę. - Czekam na przyjazd policji, obserwuję ich, wtapiam się w tłum...
Jego wzrok znów powędrował na siedzenie pasażera. Torba lekarska z bombą leżała na niedużej czarnej walizce, w której trzymał wszystkie akcesoria konieczne do dokonania szybkiej zmiany wyglądu: peruki, wąsy, brody, okulary, a nawet sztuczne nosy i kolorowe soczewki kontaktowe. Miał też zestaw do makijażu, który pozwalał zmienić odcień skóry albo domalować siniaki, przypuszczał jednak, że tym razem mu się to nie przyda. Poza tym nie lubił przebieranek i uciekał się do nich tylko wtedy, gdy okoliczności nie dawały mu alternatywy. Preferował działać spontanicznie, na przykład dopaść ofiarę na drodze i ją po prostu zatłuc, a potem szybko...
- Kurwa! - zaklął i zacisnął mocno usta. - Bagażnik!
Z powodu całego podniecenia związanego z planowanym zamachem Paweł całkiem zapomniał, że w bagażniku wciąż leżały zwłoki młodej dziewczyny, którą zabił na szosie za Lesznem. Szła poboczem, prowadząc rower, więc zatrzymał się i zapytał uprzejmie, czy jej nie pomóc. Kiedy odmówiła i zaczęła iść dalej, zjechał z drogi, wysiadł z auta i po prostu rozbił jej czaszkę znalezionym pod stopami kamieniem. Rower wrzucił do rowu, a ciało umieścił w bagażniku. Uznał, że skoro swojej zbrodni dokonał gołymi rękami, na dziewczynie mogą znajdować się ślady biologiczne.
"To było głupie!" - pomyślał, uderzając dłońmi o kierownicę. "Zuzanna nie będzie zadowolona".
Paweł wiedział, że będzie ona po prostu wściekła, zwłaszcza że jeszcze dzień wcześniej prosiła go, żeby nie robił nic głupiego. Pod słowem głupie rozumiała: nie zabij nikogo przypadkowego. Ale kiedy zobaczył tę dziewczynę na poboczu, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, że musi ją zabić.
Impuls?
Zachcianka?
Jak zwał, tak zwał. Niezaplanowane morderstwa kręciły go najbardziej.
- Trudno - westchnął. Wiedział, że zwłoki będą musiały zostać w bagażniku do końca jego akcji, jak nazywał planowany zamach. Nie było upału, nie było więc obawy, że zaczną się rozkładać i śmierdzieć (taką przynajmniej miał nadzieję), komplikowały jednak sytuację. Będzie musiał później zboczyć z trasy i gdzieś je zakopać. Teraz jednak liczyło się tylko wykonanie planu!
Paweł z bijącym sercem patrzył, jak parking szpitalny zapełnia się powoli służbowymi autami. Spojrzał na zegarek. Dokładnie o szóstej pięćdziesiąt pięć w bramie pojawiła się zielona Toyota należąca do doktora Kowalskiego, który jak co dzień zajął swoje miejsce na parkingu i po chwili wysiadł z auta. Z Pawła uszło powietrze. Ponownie uderzając dłońmi o kierownicę, zawołał:
- Ja pierdolę! Przyjechał sam!
Ginekolog otworzył tylne drzwi auta i wyjął klasyczną skórzaną torbę lekarską. Taka sama leżała na siedzeniu pasażera obok Pawła.
- Gdzie jest ta głupia baba?!
Jakiś mężczyzna przechodził akurat obok i spojrzał z zaciekawieniem na mężczyznę wydzierającego się za kierownicą samochodu.
Paweł zauważył go i opanował się nieco.
- Nie zwracaj na siebie uwagi. Uspokój się - powtarzał sam do siebie. Musiał zdecydować, czy ma kontynuować realizację swojego planu. Skoro Gęsicka nie przyjechała z Kowalskim, to trzeba będzie ją dopaść jakoś inaczej. To zaś oznaczało działanie w pośpiechu, bez większego planowania... czyli znów spontaniczną akcję. Niby to właśnie Paweł lubił najbardziej, ale w tym wypadku wszystko miało się przecież potoczyć inaczej. - Jebać to! - warknął. - Później się zobaczy. Teraz jadę z koksem.
Kiedy Kowalski ruszył w stronę wejścia na SOR, Paweł złapał kuferek lekarski i wyskoczył z auta. Podszedł do Toyoty i uderzył torbą o maskę, natychmiast uruchamiając alarm. Zwrócił się ku wejściu do szpitala z przestraszoną minią i uniesioną dłonią.
Ginekolog od razu się obejrzał. Na widok mężczyzny w średnim wieku, który machał w jego stronę, wrócił na parking i podszedł do swojego auta.
- Bardzo pana przepraszam. - Paweł wyszczerzył się w uśmiechu, tak samo udawanym jak wcześniejszy przestrach. - Mam nadzieję, że niczego nie uszkodziłem. Myślę, że tylko otarłem się torbą o maskę, ale chyba się nic nie stało.
- Nie, nic się nie stało - odparł lekarz, choć widać było, że nie jest zadowolony. - Zaraz wyłączę alarm.
- Ale niech pan spojrzy, czy czegoś nie zatarłem. Wie pan, nie mam okularów i nie bardzo widzę.
- Nie, chyba nie.
W tym momencie chodziło o to, żeby Kowalski na parę sekund pozostawił torbę poza zasięgiem swojego wzroku. Paweł znał się trochę na ludziach i ich mimowolnych reakcjach, więc aby lekarza do tego zachęcić, swoją torbę postawił na asfalcie i obszedł auto z drugiej strony.
"Bingo!" - pomyślał, widząc, jak ginekolog kładzie neseser obok i idzie za nim.
- No niech pan zerknie - zachęcił Kowalskiego. - Szedłem, o tu, z tyłu, i mogło się nieco porysować. - Po tych słowach natychmiast ruszył w stronę toreb i złapał kufer należący do lekarza.
Początkowo zirytowany ginekolog uspokoił się i machnął ręką, kiedy zobaczył, że auto jest nieuszkodzone.
- Nadmierna przesada - zawyrokował, po czym spojrzał na Pawła dzierżącego torbę identyczną do jego własnej. - Pan tutaj pracuje?
- Ja? Nie, ja tylko przyjechałem na konsultację. Jestem ze szpitala w Oleśnicy.
- O, naprawdę? Ja też tam czasami pracuję.
- No tak mi się wydawało, że pana skądś kojarzę - powiedział Paweł i roześmiał się nerwowo. - Musieliśmy się kiedyś minąć na korytarzu. Ja pracuję na internie. A tutaj teraz leży mój pacjent i przyjechałem sprawdzić, czy wszystko u niego okej. - Zrobił wymowny gest palcami. - Jestem za to wynagradzany poza NFZ.
- No tak. - Lekarz uśmiechnął się kątem ust. - Jasne.
Kowalski podszedł do torby i bez sprawdzania, czy na pewno należy do niego, podniósł ją z ziemi i ruszył w stronę SOR-u.
- To idę. Do zobaczenia na placu boju - pożegnał się, machając ręką przez ramię.
- Tak, do zobaczenia - odparł Paweł, po czym wrócił do swojego auta i zajął miejsce kierowcy. Wiedział, że torba, którą złapał, należała do lekarza, ale i tak zajrzał do środka, żeby się upewnić.
- Tak, kurwa, tak! - krzyknął, widząc jej zawartość. Sięgnął do schowka na okulary i wyjął z niego starą komórkę, która miała posłużyć za pilota do odpalenia bomby. - Teraz tylko wejdź do środka i po sprawie, doktorku.
Paweł mógł zainicjować wybuch, zanim lekarz wszedł do budynku, ale uznał, że zabawniej będzie zrobić to w taki sposób, by zginęło więcej ludzi. Pomyślał, że dzięki temu złagodzi nieco swój gniew wywołany tym, że Gęsicka nie przyjechała do pracy.
Wklepał numer na telefonie, ale zanim wybrał przycisk połączenia, przez kilkanaście sekund kontemplował tę cudowną chwilę, przypominając sobie wszystkie inne sytuacje, kiedy wysadzał ludzi w powietrze. Bliski Wschód, Afganistan, Irak i ten jeden raz w Iranie, o którym nikt nie wiedział... Uświadomił sobie, że nigdy nie zrobił tego w Europie, i dopiero w ten poniedziałkowy poranek zrozumiał, że bardzo tego chciał i że spełnia swoje marzenie.
Eksplozja była większa, niż Paweł się spodziewał. Na tyle duża, że lecący w stronę lądowiska helikopter Lotniczego Pogotowia Ratunkowego zachwiał się i o mało nie spadł. Paweł był tym tak zaskoczony, że zaczął się zastanawiać, czy w torbie na pewno była tylko jedna kostka trotylu. "Może mi się pojebało?" - pomyślał. "Może wrzuciłem dwie?" Po chwili uświadomił sobie jednak, że w szpitalu znajdowały się instalacje z tlenem i prawdopodobnie gazowa, co zwiększyło siłę wybuchu.
- Zajebiście - mruknął. - Wprost cudownie.
Bardzo chciał wysiąść z samochodu, żeby podziwiać swoje dzieło z nieco lepszej perspektywy, ale wolał nie zwracać na siebie uwagi. Na pewno ktoś zauważyłby faceta, który z uśmiechem na twarzy przygląda się rannym ludziom uciekającym w panice z budynku szpitala. Oparł brodę o kierownicę i z rozmarzonym wzrokiem obserwował otoczenie.
Paweł mógłby kontemplować swoje dzieło zniszczenia godzinami, ale w każdej beczce miodu była jakaś łyżka dziegciu. W tym wypadku był to telefon od Zuzanny, o której niemal całkiem zapomniał.
- Zrobiłeś to? - zapytała bez zbędnych powitań.
- Tak, zrobiłem.
- Bo media jeszcze nic nie mówią - powiedziała nieco cichszym tonem.
Paweł domyślił się, że nie chciała, aby ich rozmowę słyszał jej mąż.
- Powiedzą - zapewnił. - Ale mam dla ciebie złą wiadomość.
- Mów.
- Ginekolog przyjechał sam. Nie było z nim jego koleżanki.
Po drugiej stronie zapadła złowroga cisza.
- Ale on nie żyje? - upewniła się Zuzanna.
- Tak, wziął ładunek ze sobą i wszedł do szpitala. Zrobiło się spore zamieszanie.
- O Boże! - w głosie Zuzanny słychać było irytację. - Czyli nawet nie potwierdziłeś, że on zginął. A w dodatku lekarka nie przyjechała i ciągle chodzi żywa po tej ziemi.
- Przestań się wkurzać. Lekarz na pewno nie żyje. Na pewno. A nią zajmę się później.
- Czy ty się dobrze czujesz? Czy ty w ogóle myślisz? Przecież teraz ona będzie mogła się gdzieś schować i nawet jej nie znajdziesz. Policja może dać jej ochronę.
Paweł wybuchnął głośnym śmiechem.
- Jaka policja? Jaką ochronę? Skąd będą wiedzieć, że oni są celem zamachu? Że ten lekarz był celem zamachu? Cały SOR na Kamieńskiego przestał istnieć i akurat będą wiedzieli, że ładunek był w jego torbie? Zanim się zorientują, minie przynajmniej doba.
- Ty naprawdę jesteś głupi. Masz w tej chwili jechać i załatwić sprawę lekarki! Ona jest twoim celem.
- Żaba, no nie mogę się stąd ruszyć. Muszę czekać na rozwój wypadków.
- Jaki rozwój wypadków? O czym ty mówisz?
- Muszę zobaczyć, jak prowadzona jest akcja ratunkowa i kto jest za nią odpowiedzialny. Jeśli okaże się, że są na naszym tropie... na moim tropie, to będę musiał reagować. Nie bój się, lekarka nie ucieknie. Poza tym...
- Tak?
- Poza tym teraz nabrałem ochoty na coś większego. Myślę, że wybiorę się w nocy do was i wezmę cały arsenał, jaki miałem. I tak planowałem się tego pozbyć. Nie będzie lepszej okazji.
Zuzanna nie odpowiedziała. Paweł wiedział, że była zdenerwowana, on zaś był wyjątkowo spokojny i opanowany. Był też pewien powodzenia swojej misji. W tamtym momencie czuł się niepokonany.
- Dobra, Żabo, będę kończyć. Przyjechało sporo służb i zaczęły działać. Wmieszam się w tłum i zobaczę, o co chodzi, okej?
- No, okej - mruknęła. - Dzwoń, gdybyś czegoś potrzebował.
- Jasne.
Wmieszanie się w tłum nie było wcale trudne. Akcja prowadzona była chaotycznie. Ludzie wchodzili i wychodzili bez żadnego nadzoru. Przez dłuższą chwilę Paweł nie mógł się nawet zorientować, kto dowodzi ze strony policji, ale kiedy w końcu zlokalizował człowieka, ten okazał się kompletnym ignorantem, powodującym więcej zamieszania niż pożytku. Saperzy przyjechali dopiero około południa. Wtedy też Zuzanna dała mu znać, że w mediach głównego nurtu informacji jest jak na lekarstwo, ale w mediach społecznościowych pojawiły się już nieoficjalne zdjęcia z miejsca wybuchu. To mu się nie spodobało, bo ktoś sfotografował pozostałości po ładunku.
"Gdyby to zobaczył ktoś ze starych znajomych, mógłbym mieć kłopoty" - pomyślał.
Kręcenie się po terenie szpitala ułatwiało mu to, że prawie wszyscy nosili maski, ale i bez tego Paweł umiał wtopić się w tłum i zachowywać tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Przez chwilę rozważał nawet, czy nie posprzątać pozostałości po ładunku, ale te zostały zabezpieczone najwcześniej.
Około godziny czternastej na terenie SOR-u pojawiło się kilku policjantów, którzy wydawali się mieć głowy na karku. Paweł wiedział, że trzeba ich bacznie obserwować. Jeden z nich nazywał się Borkowski, a jego wygląd umożliwiał Pawłowi podszycie się pod niego.
Paweł wrócił do auta i otworzył walizkę z rekwizytami. Kiedy obmyślał swoje przebranie, przyszło mu do głowy, że gdyby akcja prowadzona była należycie, wszystkie samochody na parkingu zostałyby już dawno sprawdzone i znaleziono by zwłoki w jego bagażniku. Oczywiście nic takiego się nie stało, dlatego mógł ze spokojem upodabniać się do policjanta. Na tylnym siedzeniu miał worek z ubraniami na różne okazje, od bardzo eleganckich garniturów po strój sportowy. Borkowski nosił prostą czarną kurtkę i choć Paweł nie miał identycznej, mógł narzucić sięgającą bioder bomberkę, która z powodzeniem mogła uchodzić za kurtkę pana aspiranta.
Kiedy Paweł skończył przebieranie się i dopasowywanie peruki, poczuł wielki głód, więc posilił się kanapkami zakupionymi wcześniej na stacji benzynowej. Szczęście mu sprzyjało, bo kiedy z zadowoleniem przeżuwał chleb z szynką, zauważył, że Borkowski i jego partner wychodzą z SOR-u, wsiadają do auta i gdzieś odjeżdżają.
"Mogę tam po prostu wejść i podawać się za niego" - skonstatował. Zanim jednak to zrobił, zadzwonił do Zuzanny.
- Żabo, mogłabyś mi zdobyć numer telefonu aspiranta Borkowskiego z wrocławskiej policji?
- Słucham? Po co ci to?
- Oj, nie pytaj, po prostu załatw mi go.
- Dobra, ale co ty w zasadzie robisz? Jesteś tam jeszcze?
- Tak, jestem. Wyślij mi ten numer.
Po skończonej rozmowie Paweł wyjął plik małych karteczek, które mogły służyć jako wizytówki. Pół godziny później zadzwoniła Zuzanna z numerem aspiranta Borkowskiego. Paweł zapisał go na kilku kartkach i schował je do kieszeni kurtki. Wysiadając z auta, zauważył w oddali dwa busy na warszawskich numerach. Mimo że nie były w żaden sposób oznaczone, od razu poznał, że to antyterroryści. Wystarczyło, że zobaczył czarne mundury i kominiarki.
- Niedobrze - wyszeptał. - Oby nie było tam nikogo, kto ogarnie ten burdel.
Ruszył w stronę SOR-u, mijając po drodze "czarnych", którzy wysiedli z busów. Przyjrzał się im uważnie, a gdy zauważył, że ich szef idzie rozmawiać z miejscowym policjantem dowodzącym akcją, podążył za nim i był świadkiem nieprzyjemnej wymiany zdań. Kiedy wracał do wyjścia, minął młodą funkcjonariuszkę trzymającą otwartego laptopa. Intuicja podpowiedziała mu, żeby ją zaczepić.
- Cześć - powiedział wesoło.
Spojrzała na niego zdziwiona, z szeroko otwartymi oczami.
- Aspirant Borkowski. Przyjechaliście z Warszawy nam pomóc?
Dziewczyna się zacukała:
- No... tak... Taki jest plan.
- Świetnie, bo tutaj ta akcja to jest o kant dupy potłuc. Słuchaj, dam ci mój numer telefonu, dobrze? Gdybyście potrzebowali kontaktu do kogoś, komu naprawdę zależy na rozwiązaniu tej sprawy. - Wyjął z kieszeni prowizoryczną wizytówkę i podał ją dziewczynie.
- Okej, dzięki. - Spojrzała niepewnie na karteluszek.
- Zapomniałem dorobić nowych, ale to naprawdę mój numer - zapewnił. - Zadzwońcie, gdybyście czegoś potrzebowali.
- Tak zrobimy.
- Super! Wobec tego ja teraz pojadę na komendę, ale bądźmy w kontakcie. Trzymajcie się.
Paweł nie był pewien, czy jego plan ma szanse powodzenia, ale uznał, że warto było spróbować. Następnie skupił się na obserwowaniu antyterrorystów. Kiedy odjeżdżali spod szpitala, pomyślał, że może wracają do domu, ale i tak ich śledził, aż dojechał za nimi do akademików Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Zaparkował auto w pewnej odległości od budynków i poszedł sprawdzić otoczenie. Zauważył, że na portierni siedział jakiś cieć, więc schował się i przez chwilę czekał na rozwój wypadków. Zuzanna dzwoniła dwa razy, ale odrzucał połączenia. Około północy pod akademikiem pojawił się samochód, z którego wysiadło dwóch mężczyzn.
- Jestem geniuszem - powiedział do siebie Paweł, widząc postać Borkowskiego i jego partnera. Wiedział, że musi dostać się do budynku, ale to oznaczało, że albo pozbędzie się ochroniarza, albo znajdzie inne wejście. Wolał nie robić niepotrzebnego zamieszania kolejnym trupem, więc wybrał się na poszukiwanie jakiegoś otwartego okna. "Zawsze jakieś są" - pomyślał i po chwili zauważył uchylone okno łazienki, przez które wśliznął się do środka, po czym ruszył na poszukiwanie policjantów.
Paweł podsłuchał ich rozmowę. To, czego się dowiedział, wcale mu się nie spodobało. Oznaczało bowiem, że czekała go jeszcze jedna bezsenna noc spędzona na konstruowaniu następnego ładunku... Mimo wszystko uważał, że los mu sprzyjał, ponieważ wciąż miał szansę na to, aby dokończyć swój plan. Co więcej, nikt nie dociekał, skąd pani funkcjonariusz miała numer telefonu Borkowskiego.
"Nikt w tej policji nie myśli" - doszedł do wniosku. "A Zuzanna mówi, że to ja jestem głupi".
***
- Gdzie jesteś? - zapytała Zuzanna, kiedy Paweł w końcu do niej zadzwonił.
- W trasie. Jadę po resztę ładunków wybuchowych. Jestem już bardzo blisko waszego domu.
- Co planujesz?
- Biorąc pod uwagę to, czego się dowiedziałem, muszę całą sprawę załatwić jeszcze o świcie.
- Ale czego się dowiedziałeś? Opowiedz mi wszystko.
Paweł streścił przebieg wydarzeń z minionego dnia.
- Jeszcze na koniec słyszałem, jak Borkowski załatwia nakaz przeszukania domu lekarki - relacjonował. - Dzwonił do prokuratury, zanim odjechał spod akademika.
- Czyli już wiedzą, że chodziło o nich.
- No powiedzmy, że się domyślają.
- Kurwa, wiedziałam!
- Uspokój się, okej? Panuję nad sytuacją. Jadę po ładunki, a ty zrób tak, żeby twój stary mnie nie zauważył. Załatwimy tę sprawę, zanim się obejrzysz.
- Mam nadzieję. Nie spieprz tego.
- Ma się rozumieć.
Paweł wiedział, że musi ukraść kolejny samochód. Postanowił zrobić wielką bombę, ale dopiero kiedy dotarł do garażu Zuzanny i Marka Iwanickich, przyszła mu do głowy myśl, że może upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. I to dosłownie.
"Skoro policja będzie jechać pod jej dom, to może wtedy ich wszystkich wysadzę?" - zaczął fantazjować, czując, jak narastające podekscytowanie odpędza sen.
Najlepiej byłoby zaparkować kilka numerów dalej od domu Zuzanny i jej męża. Paweł miał jednak do załadowania wiele kilogramów trotylu, co oznaczało, że musiał podjechać jak najbliżej garażu, żeby przeprowadzić tę akcję jak najdyskretniej. Na szczęście miał klucze zarówno do posesji, jak i do garażu, o czym mąż Zuzanny nie wiedział.
Zanim otworzył kłódkę, Paweł spojrzał na dom i dostrzegł w jednym z okien postać przyjaciółki, która po chwili zasunęła zasłonę. Uśmiechnął się, bardzo cicho otworzył drzwi i rozpoczął załadunek. Duża część kostek trotylu musiała znaleźć się w bagażniku, więc przykrył nim znajdującego się tam wciąż trupa, który był już sztywny.
"Narobiłem sobie kłopotów tym ciałem" - pomyślał. "Po jaką cholerę ją zabijałem?!"
Nie było jednak czasu na autoanalizy psychologiczne. Musiał wyczyścić garaż do ostatniej kostki trotylu i nie zapomnieć zabrać pudełka ze spłonkami, a także okablowania.
- Opłaciło się kitranie tego przez lata - powiedział do siebie z zadowoleniem, sięgając po skrzynkę z narzędziami. - Jeszcze tylko zajumamy Mareczkowi parę rzeczy do sklecenia ładunku i... gotowe.
Czekało go bardzo dużo pracy, dlatego Paweł nie oglądał się za siebie. Wsiadł do auta i ruszył w stronę Kobierzyc.
Włamywanie się do samochodów nie było dla Pawła trudne, zwłaszcza do starszych modeli, które nie były naszpikowane elektroniką. W pobliżu Kobierzyc wypatrzył Volkswagena Polo pamiętającego minione tysiąclecie, który idealnie nadawał się na samochód pułapkę. Auto, którym jeździł do tej pory, ukrył w krzakach nieopodal domu lekarki i na piechotę udał się do wsi, by wrócić na miejsce skradzionym pojazdem.
- Ja jebię - stęknął, wysiadając z Volkswagena. - To robota dla dwóch osób.
Nie było jednak czasu na narzekanie. Paweł z werwą zabrał się za konstruowanie bomby. Pracował tak ciężko, że bolały go wszystkie mięśnie. Uważał jednak, że najważniejsze jest to, aby dało się zainicjować jak największą liczbę ładunków, więc okablowanie musiało być zamontowane bez zarzutu.
O czwartej trzydzieści nad ranem ładunek był gotowy. Obciążony samochód pułapka ruszył z trudem, ale udało się go podprowadzić pod dom lekarki bez włączania świateł. Paweł jechał bardzo wolno i znów miał szczęście, bo nikt go wtedy na drodze nie minął. Wysiadł i rozejrzał się w poszukiwaniu dogodnego miejsca, z którego mógłby obserwować otoczenie. Najgorsze było to, że nie wiedział, czy i kiedy przyjedzie policja z Wrocławia. Oznaczało to długie czekanie na zimnie i pod gołym niebem. Wrócił więc do swojego auta, z którego wyjął dodatkową kurtkę i ciepłą czapkę, po czym schował się w krzakach. Wtedy zrozumiał, że bardzo przydałaby mu się noktowizja.
Bliźniak należący do ginekologów Kowalskiego i Gęsickiej znajdował się na uboczu, z dala od zabudowań najbliższej wsi. Otoczony był polami i niedużymi zagajnikami, a szosa, przy której stał, nie miała żadnego oświetlenia. Paweł mógł swobodnie obejść przylegający do posesji płot bez obawy, że ktoś go zauważy. A jednak, kiedy zbliżył się do niego od tyłu po ściernisku, zza ogrodzenia dobiegło głośne szczekanie.
- Mają psa - szepnął. - Wcześniej żadnego nie widziałem.
Wycofał się w stronę krzaków, nie chcąc zdradzać swojej obecności. Wyjął komórkę i włączył aparat, który miał możliwość robienia dobrych zdjęć w nocy.
"To nie gogle z noktowizją" - pomyślał. "Ale zawsze coś..."
Policjanci i antyterroryści zjawili się chwilę potem. Paweł domyślił się, że zrobili to samo co on i ukryli pojazdy w zagajniku.
"Dobrze, że nie przyjechali z przeciwnej strony" - uświadomił sobie. "Mogliby znaleźć moją kryjówkę".
Policjanci i antyterroryści poruszali się bardzo cicho i sprawnie, ale Paweł był na tyle blisko, że mógł ocenić, gdzie dokładnie się znajdują, i uznać, że nadszedł czas, żeby ginekolożkę wywabić z domu.
- Chcieliście chronić panią doktor? - mruknął, wybierając numer lekarki. - To wy też oberwiecie.
Gęsicka nie odebrała.
Paweł warknął, niczym wściekły zwierz. Szybko wysłał do lekarki wiadomość tekstową. Napisał, że pies jej uciekł z posesji i że zaraz odłowi go policja. Wiedział, że to nieco słaby wybieg, ale nic innego nie przyszło mu do głowy.
"Ten kundel może nawet nie być jej" - dywagował. "A może nie ma jej w domu..."
Wtedy światło na ganku zapaliło się, a po kilku sekundach Paweł zobaczył na wyświetlaczu telefonu, że ktoś otwiera drzwi. W głowie kołatała się mu myśl, że przecież to mógł być jej mąż, lecz nie było już czasu na rozterki. Wyjął z kieszeni drugi telefon, za pomocą którego miał zainicjować wybuch. I wtedy poczuł spokój. Jego mięśnie rozluźniły się, a zmęczenie nagromadzone przez ostatnie dwie doby całkowicie ustąpiło radości i pewności siebie.
Taki widok nawet się Pawłowi nie śnił. Wybuch był piękny. Później jednak wyrzucał sobie, że nie włączył na smartfonie nagrywania i tego nie uwiecznił, ale prawda była taka, że żaden film nie mógł się równać doświadczeniu na żywo. Ziemia zadrżała, a fala uderzeniowa rozgrzała zmarznięte policzki Pawła. Cofnęło go na dwa kroki, lecz ustał, i przez długie, cudowne sekundy delektował się widokiem ognia i dymu. Do jego uszu dotarły stłumione krzyki ludzi, a potem wszystko ucichło. Chłonął tę ciszę. Była lepsza od wszystkiego, czego dokonał na Bliskim Wschodzie, lepsza od widoku rannych wybiegających z SOR-u na Kamieńskiego. Przestał robić sobie wyrzuty o rowerzystkę zabitą pod Lesznem, bo wiedział, że teraz już wszystko będzie dobrze.
Kiedy kurz niemal całkiem opadł, naszła Pawła ochota, by podejść i z bliska zobaczyć dzieło swojego zniszczenia, a przede wszystkim sprawdzić, czy ktoś nie przeżył. Wiedział jednak, że to nie byłoby rozsądne.
"Nikt z tego nie wyjdzie żywy" - pocieszał się, patrząc na niemal całkowicie zrujnowany dom lekarzy. "Wszyscy już gryzą piach".
Pokusa była jednak na tyle duża, że Paweł podszedł bliżej szosy. Już miał iść w stronę, gdzie leżały porozrzucane ciała, kiedy zza zakrętu wyjechał samochód dostawczy. Serce zabiło mu mocniej, ale szybko się uspokoił, kiedy pojął, że kierowca, zapewne przerażony tym, co zastał na miejscu eksplozji, akurat jego nie zauważył. Auto zahamowało gwałtownie i po chwili wyskoczył z niego młody mężczyzna, który podbiegł do ciała leżącego najbliżej. Paweł trochę mu zazdrościł i przez ułamek sekundy rozważał zamordowanie kierowcy.
- Cholera! - Złapał się za brzuch, z którego wydobywały się odgłosy burczenia. Spojrzał na ciężarówkę i mocno wciągnął nosem powietrze. - Pieczywo. - Jego organizm zareagował na zapach świeżego chleba, który miał trafić do pobliskich sklepów. Podszedł więc do auta, otworzył tylne drzwi i sięgnął do jednej ze skrzynek, z której wyjął dwie ciepłe bułki, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do wsi, gdzie zaparkowany był jego samochód, niezmiennie z trupem w bagażniku.
II
- Sprawa załatwiona - zakomunikował Paweł.
- Co mówisz? Jakoś mamroczesz... - irytowała się Zuzanna.
- Tak, bo jem bułkę. Głodny byłem - odparł beznamiętnie.
- Ona nie żyje?
- Ona i sporo policjantów. A nawet antyterroryści z Warszawy.
- Że co?!
- Oj, dowiesz się, jak wrócę i pogadamy. Przygotuj mi jakieś fajne łóżko. Jestem strasznie zmęczony.
- Jedziesz do nas? - zapytała Zuzanna. Nie brzmiała, jakby była zadowolona.
- A gdzie mam jechać? Do Poznania?
- Nie no, dobra... Zaraz powiem mężowi, co się stało. Przygotuję go. A ty, jak przyjedziesz, nie rozmawiaj z nim, okej?
- Jasne, nie ma sprawy, marzę tylko o prysznicu i długim śnie - odparł, a w myślach dodał: "I o pozbyciu się zwłok".
Zuzanna czekała na niego przed drzwiami. Stała na ganku owinięta w ciepłą chustę, ale Paweł widział z daleka, że była zdenerwowana.
- Wejdź do środka - powiedziała. - Ale nie rób hałasu.
- To mówiłaś Markowi, że przyjeżdżam, czy nie mówiłaś?
- Mówiłam. Nie jest zbyt zadowolony.
- No ja wiem, że mnie nie lubi, ale...
- Nie o to chodzi. Jest zły przez to, co zrobiłeś we Wrocławiu i pod Kobierzycami.
- Jak to? - Paweł stanął przed schodami na ganek i zadarł głowę, żeby spojrzeć jej w oczy. - Nie mówiłaś mu wcześniej, co planuję?
- Nie. Nie wszystko... Siedzi od rana i przegląda wiadomości w internecie. No i był w garażu...
- Mhm... - Paweł zaczął wolno wchodzić po schodach. - Był w garażu. I co z tego?
- Zauważył, że nie ma tych pudeł, które kiedyś przywiozłeś. Domyślił się, że tam był trotyl. Jest wściekły, że trzymałeś to u nas w domu.
- No nie u was w domu, tylko w garażu. - Paweł przewrócił oczami. - On nie wie, jak działają takie materiały? Nie wybuchłyby przecież.
- Wiesz, o co chodzi. Nie jest przyjemnie mieć ładunki wybuchowe pod nosem. Ktoś mógł to znaleźć... Zresztą nieważne. Właź i idź od razu na górę. Później przyniosę ci jakieś jedzenie. Na łóżku leżą ręcznik i coś do przebrania. A co z tym samochodem? - Skinęła głową w stronę podjazdu.
Paweł zaklął w duchu na myśl o zwłokach w bagażniku.
- No co ma być? Kradziony. Tablice też innego wozu, więc trudniej go namierzyć. Niech na razie stoi, później się go pozbędę, bo teraz nie mam siły na takie rzeczy. Zrobiłem, o co prosiłaś, i mogłabyś dać mi spokój.
- Przecież nic nie mówię. - Zuzanna zrobiła mu miejsce w przejściu. - Ale może trzeba go jakoś zasłonić? Mam plandekę w...
- Dobra, może być plandeka. - Paweł machnął ręką. - Muszę się przespać. Pogadamy potem.
Kiedy Paweł otworzył oczy, na dworze było jasno. Czuł się wypoczęty, ale nie umiał ocenić, jak długo spał. Podniósł się i sięgnął po resztki jedzenia na tacy obok łóżka. Chleb był suchy, a wędlina lekko nieświeża. Zjadł jednak wszystko, bo był bardzo głodny, po czym naciągnął spodnie i na bosaka zszedł do kuchni. Tam zastał Zuzannę przygotowującą coś do jedzenia. Jej mąż siedział przy stole, wpatrzony w komputer. Paweł domyślił się, że Marek ciągle śledził wydarzenia z Wrocławia.
- Cześć - przywitał się.
- O Boże! - Chochelka wypadła z dłoni Zuzanny. - Wystraszyłeś mnie.
Marek spojrzał na niego znad laptopa, ale nic nie powiedział.
Paweł wyczuwał, że mąż Zuzanny był bardzo niezadowolony. Postanowił więc od razu przejść do sedna sprawy.
- Hej! - zaczął, patrząc mu w twarz. - Zrobiłem, o co prosiliście. Sam miałem wybrać metodę. Zadanie wykonane w stu procentach.
- Wiesz, jak się nazywa to, co zrobiłeś? - zapytał Marek, a w jego oczach Paweł dostrzegł niebezpieczne błyski. - Robiąc... to, stałeś się masowym zabójcą. Masowym! Bo masz na koncie i na sumieniu masę ludzi, rozumiesz to?
- No. - Paweł wzruszył ramionami. - I co z tego? Jakbyś ty w służbach nigdy nie zrobił nikomu krzywdy.
- Ci ludzie nic złego ci nie zrobili.
- Marek... - chciała coś powiedzieć Zuzanna, ale umilkła, widząc, jak jej mąż unosi dłoń.
- Zginęli ludzie, którzy nie mają z tą sprawą nic wspólnego, a w dodatku miałeś załatwić oboje lekarzy naraz, a nie na raty. Ważniejsza była Gęsicka i skoro nie przyjechała na SOR z kolegą, to trzeba było pojechać do niej na wieś, zabić ją i dać sobie spokój z tym szpitalem.
- Stało się, co się stało. - Paweł kolejny raz wzruszył ramionami.
Ten gest wyprowadził Marka z równowagi. Iwanicki poderwał się i chciał podejść do mordercy, żeby coś mu zrobić, ale Zuzanna w dwóch susach doskoczyła do męża i go powstrzymała.
- Przestań! Sprawa jest zakończona - powiedziała, zaciskając dłoń na jego koszuli. - Stało się, co się stało. Paweł ma rację. Teraz on posprząta bałagan, który narobił, wyjedzie i o wszystkim zapomnimy.
- Jaki bałagan? - Paweł potrząsnął głową. - Nie było żadnego bałaganu! To była czysta akcja. Wszystko się udało, jak chcieliście...
- Ty jesteś jednak, kurwa, pojebany! - Tym razem Zuzannie puściły nerwy. - Jakie "wszystko się udało"? Z tego, co mówiłeś przez telefon, psy, które pojechały pod Kobierzyce, gryzą piach, a tymczasem jeden właśnie wychodzi do domu ze szpitala. Zginęły może dwie albo trzy osoby, a reszta to potencjalni świadkowie, którzy mogli cię widzieć albo nawet nagrać. Czy ty to rozumiesz?
- Jak to: wychodzi ze szpitala? - spytał Paweł i roześmiał się nerwowo.
- Najwyraźniej miał szczęście - mruknął Marek. - Wylizał się w dwa dni.
- Aaa! - parsknął Paweł. - Tyle spałem? To dlatego ta kiełbaska taka nieświeża była, he, he.
- To wcale nie jest śmieszne. - Zuzanna zrobiła krok w jego stronę. - Nic z tego, co robisz, nie jest śmieszne. To są poważne sprawy. Poprosiłam cię o załatwienie tego, bo nie miałam się do kogo zwrócić...
- Tu akurat się mylisz, kochana Żabciu - przerwał jej Paweł. - Albo okłamujesz samą siebie. Akurat wy dwoje mieliście bardzo dużo innych opcji, zanim do mnie zadzwoniliście. Mogliście na przykład sami zabić tych lekarzy. Macie broń, macie umiejętności... Mogliście wysłać kogokolwiek innego. Mogliście wsadzić ich do więzienia pod byle pretekstem. Ale nie! Woleliście zadzwonić do starego, kochanego Pawełka i poprosić go, żeby zajął się tą sprawą. Taka jest prawda. Wiedziałaś, że pójdę na ostro, i o to ci chodziło, bo chciałaś ich ukarać w najgorszy możliwy sposób, a ja byłem do tego odpowiednią osobą. Nie zaprzeczysz chyba, co?
Zuzanna zacisnęła usta i odwróciła wzrok.
- Wiecie, że lubię zabijać i że nie obchodzi mnie, kogo i w jaki sposób zabijam. Sami nie mieliście jaj, żeby to zrobić, dlatego wysłużyliście się mną, więc teraz oszczędźcie mi gadek na temat tego, co zrobiłem źle, okej? I dajcie mi coś do jedzenia, bo się, kurwa, zaraz tu przekręcę.
Zuzanna obróciła się w stronę gotującej się na kuchence zupy. Początkowo nic nie mówiła, ale po chwili do uszu Pawła dobiegł jej cichy głos:
- A ten trup w bagażniku to, przepraszam, co robi?
- Jaki trup... - zawiesił głos Paweł. - A! Zapomniałem... No muszę się go pozbyć. - Podrapał się po głowie i wykrzywił usta. - Tak jakoś wyszło.
- Jakoś wyszło, tak? Jakbyś nie mógł wytrzymać chociaż jednego dnia bez zabijania przypadkowych ludzi. - Marek wbijał w niego zimne spojrzenie.
- Myślałam, że już z tym skończyłeś - dodała Zuzanna ledwo słyszalnym głosem.
Paweł zerknął na nieruchome plecy przyjaciółki, a potem na bladą twarz Marka. Zrozumiał, że małżonkowie mają za sobą niemiłą rozmowę. Westchnął ciężko i usiadł przy stole.
- Z czym niby skończyłem? Wyduście to z siebie.
- Jesteś pierdolonym seryjnym zabójcą - wycedził Marek, ale zrobił to tak cicho, jakby się bał, że ktoś go usłyszy.
- Masowy, seryjny... - Paweł poruszył głową w prawo i lewo. - Jak zwał, tak zwał. Gdybym nie był zabójcą, nie znajdowalibyśmy się w miejscu, w którym jesteśmy. Powinieneś o tym wiedzieć. - Spojrzał na Zuzannę, która wciąż stała odwrócona tyłem.
- Bredzisz, człowieku! - Marek pokręcił głową. - Po obiedzie pojadę z tobą zutylizować te zwłoki. Trzeba zrobić też coś z samochodem...
- Nie no, samochodu to ja potrzebuję. Muszę wrócić do Poznania.
- Do Poznania?! - Zuzanna obróciła się gwałtownie i spojrzała na niego z gniewem. - Masz jechać do Wrocławia i zająć się tym gównem, które tam w tej chwili jest, zanim wypłynie i zrobi się gorzej.
- I właśnie tutaj nie wiem, o co ci chodzi. - Paweł rozłożył ręce w udawanym geście bezradności. - Możesz mówić jaśniej?
- Trzeba sprawdzić, co wiedzą ci, którzy przeżyli - wyjaśnił rzeczowo Marek. - Szybko wpadli na to, że celem ataku byli ci konkretni lekarze, więc na pewno już przeszukują listy pacjentek. Pojedziesz do prokuratora Koterskiego i załatwisz to tak, żeby ani nas, ani naszej córki nie było na tych listach, rozumiesz?
- Da się załatwić.
- Świetnie. Zostaniesz we Wrocławiu tak długo, aż będziemy pewni, że nic nam nie grozi. Masz jakichś ludzi, którym możesz zaufać?
- Sam mogę się tym zająć.
- Tego akurat nie jestem pewny - westchnął Marek. - Ale niech ci będzie. Najpierw trup, potem samochód, a następnie pociąg do Wrocławia.
- Serio? Mam jechać pociągiem? Ukradnę sobie coś.
- Nie mam więcej siły na tego człowieka. - Marek wstał, zgarnął komputer z blatu i ruszył do wyjścia z kuchni.
- Nie będziesz nic jadł? - zawołała Zuzanna.
- Nie. Straciłem apetyt.
***
Marek wymyślił, żeby pochować zwłoki rowerzystki nieopodal wysypiska śmieci należącego do gminy, ale Paweł zaproponował, aby zrobić to raczej w jakimś rozmokłym gruncie.
- Wiesz, bagno albo torfowisko będzie lepsze - zasugerował. - Szybciej się rozłożą.
- No tak. Ty masz w tym większe doświadczenie - westchnął Marek i pokręcił głową. - Dobra, robi się ciemno, więc teraz jest najlepszy moment, żeby to załatwić. Idź do auta, a ja zabiorę łopaty z garażu.
Kiedy Paweł zbliżył się do samochodu, zrozumiał, skąd Iwaniccy wiedzieli o zwłokach. Mimo niskiej temperatury odór rozkładającego się ciała czuć było z daleka. Mężczyzna skrzywił się lekko i potarł czubek nosa.
- No tak - szepnął. - Auto też trzeba będzie jakoś zutylizować.
- Znam jedno miejsce, które może być dobre - powiedział Marek, zajmując siedzenie pasażera. - Tylko to kawałek drogi.
- Nie ma sprawy.
- No właśnie jest, bo musimy po drodze zatankować. - Marek wskazał na deskę rozdzielczą.
- O, benzyna się kończy - stwierdził Paweł z uśmiechem. - Musimy zajechać na stację i uważać, żeby nikt nie podszedł blisko samochodu, he, he.
- Zatrzymasz się na tej małej stacji za wsią. O tej godzinie nie powinno być dużego ruchu.
Po zatankowaniu ruszyli wąską szosą pomiędzy polami. Po kilkunastu kilometrach Marek kazał Pawłowi skręcić w lewo w drogę szutrową.
- Rzeczywiście to daleko - zauważył Paweł, kiedy jechali pomiędzy gęstymi krzakami.
W końcu zatrzymali się, wysiedli i otworzyli bagażnik.
- O Boże! - jęknął Marek, zasłaniając nos dłonią. - Co ci przyszło do głowy? Po co ty ją zabiłeś?
Paweł zignorował tę uwagę. Sięgnął do bagażnika po rękawiczki ogrodowe, których używał w tego rodzaju sytuacjach.
- Nie mam drugiej pary - poinformował.
- Wziąłem lateksowe - odparł Marek, sięgając do kieszeni spodni.
Wyciągnęli zwłoki i ułożyli je na ziemi.
- Tu powinno się łatwo kopać - ocenił Iwanicki, pokazując palcem miejsce na gruncie. - Włączamy jakieś oświetlenie?
- No raczej nie. Lepiej dmuchać na zimne.
- To wyjaśnisz mi, dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Marek, wbijając łopatę w ziemię.
- Czyli co?
- Dlaczego ją zabiłeś?
- No... no nie wiem... - skrzywił się Paweł. - Szła drogą i... zabiłem.
- Ale musiał być jakiś powód. Przypominała ci kogoś? Zdenerwowała cię czymś?
- Nie! - Paweł wydawał się zirytowany tym pytaniem. - Po prostu sobie szła i prowadziła rower. Była... - Wyprostował się na chwilę i zamyślił. - Była jak darmowe żarcie, kiedy jesteś głodny. Po prostu... wyciągasz rękę i bierzesz.
Marek zastygł.
- Darmowe żarcie? Serio? Czyli tym są dla ciebie twoje ofiary... posiłkiem?
- No... w sumie. - Paweł uśmiechnął się i zaczął znów kopać.
- Ale... ale co to ci daje? W jaki sposób cię to, za przeproszeniem, karmi?
- No... to jest takie uczucie, że... po prostu musisz. Bo jak tego nie zrobisz, czujesz fizyczny ból.
- To ból czy głód?
- Hmm... Jedno i drugie. Jak jesteś bardzo głodny, to przecież w pewnym momencie nawet cię może boleć żołądek z głodu, prawda?
- Wiesz co... Nie przeraża mnie to, co mówisz, ale jak to mówisz - stwierdził Marek. - Przeraża mnie, bo gdybyś nagle poczuł się, jak to ująłeś, głodny, rozwaliłbyś mi głowę i tu mnie zostawił. Mógłbyś tak zrobić też z moją żoną. Z kimkolwiek w zasadzie...
- Nie no! Nie ruszam swoich. Nigdy nie skrzywdziłem nikogo bliskiego, zawsze obcych, jakieś randomowe osoby.
- No dobrze, a dlaczego powiedziałeś, że gdyby nie to, że zabijasz, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy.
- Hej, na serio pytasz? - Paweł znów się wyprostował i oparł o łopatę. - Żaba ci tego nie powiedziała?
- O czym miała niby powiedzieć?
- No o tym, jak w bidulu zabiłem tę dziewczynkę.
- Jaką... O czym ty... - Marek wyprostował się i spojrzał w ciemnościach na Pawła szeroko otwartymi ze strachu oczami. - W bidulu już kogoś zabiłeś?
- No oczywiście. Była taka dziewczynka... Nie wiem... Może miała z osiem lat i nosiła warkocze, zawsze takie krzywe, bo ona nie była do końca sprawna, rozumiesz? Strasznie mnie irytowała. I któregoś dnia bawiliśmy się za budynkiem, a ja nagle to poczułem, taki przymus, żeby ją złapać za te warkocze i walić jej głową o ścianę, aż przestanie się ruszać.
Markowi z trudem przyszło zachowanie spokoju.
- Ile ty miałeś wtedy lat? - zapytał cicho, starając się, aby jego głos brzmiał jak najbardziej neutralnie.
- Uh! Trudno powiedzieć. Ja wiem? Dziesięć albo jedenaście. Coś koło tego.
- I co, ukarali cię jakoś?
- Nie, bo nikt nie wiedział, że to ja zrobiłem. W ogóle nikt nie wiedział, że ktoś ją zabił. Wszyscy uznali, że to był wypadek i że wypadła z okna, czy się przewróciła i rozbiła sobie głowę.
- Niemożliwe!
- No tak pomyśleli ludzie z bidula: dyrektorka i opiekunki. W sumie tylko Zuzanna wiedziała, że to zabójstwo i że to ja zrobiłem.
- Skąd wiedziała? Powiedziałeś jej?
- Nie, ona po prostu to widziała.
- I nic nie powiedziała nikomu?
- Właśnie w tym rzecz, że nie powiedziała, bo ona wtedy nie mówiła.
- Nie rozumiem.
- Kurwa, jesteście razem od ćwierć wieku i nigdy ci nie wyznała, że do dziesiątego roku życia była niemową?
- Jakoś nie.
- Cóż, może to wyparła albo nie chciała wspominać.
- Mówiła tylko, że trafiła do bidula z bratem.
- Tak, pamiętam, jak przywieźli ją i Szczepana. - Paweł uśmiechnął się z rozrzewnieniem. - Dwie sierotki... Początkowo uważałem, że to on jest ten twardy, a ona taka mała mizerotka. A potem okazało się, że to Żabka ma potencjał, a Szczepan nie dorasta jej do pięt.
- Dobra, a w takim razie co z tym zabójstwem? Zuza nikomu nie powiedziała, co zrobiłeś, bo nie mogła, ale ktoś się w końcu dowiedział i poszedłeś do poprawczaka, tak?
- Nie, wydarzyło się coś, co odmieniło życie nas wszystkich, drogi Mareczku. Ktoś się domyślił w końcu, że dziewczynka została zabita, a w bidulu zjawił się ponury pan w czarnym płaszczu. Ten pan porozmawiał ze mną i zaproponował, że mi pomoże w przyszłości, bo skoro jestem taki dzielny i już w tym wieku potrafię... no wiesz... wysłać na tamten świat kogoś innego, to on mi pomoże z tymi umiejętnościami w taki sposób, żebym miał świetlaną przyszłość.
- Ktoś ze służb - domyślił się Marek.
- No.
- Ktoś, kogo znam?
- Jakby ci to powiedzieć? Oficer prowadzący Żabki.
- Chyba żartujesz?!
- Ano nie. Pan Bronowicki, wówczas jeszcze kapitan. Młody, ale obiecujący oficer służb odkrył nasze talenty na wielkopolskiej prowincji, chociaż jeśli mamy trzymać się faktów, to odkrył mój talent, a ja zaproponowałem, żeby zajął się również Żabką.
- W ogóle dlaczego ty mówisz do niej "Żabka"? To ma też coś wspólnego z bidulem?
- Bo ona miała takie wyłupiaste oczy i chudy pyszczek. - Paweł się roześmiał. - Dzieci wołały za nią: "Żaba! Żaba!", więc ja zacząłem wołać "Żabciu", żeby nie było jej przykro. No, lubiłem ją.
- Aha. I mówisz, że Bronowicki zgodził się zająć także Zuzanną, tak?
- Prawdę mówiąc, nie był zbyt chętny, ale ostatecznie się zgodził. Powiedział, że jest za mało kobiet w służbach, że ojczyzna ich potrzebuje i takie tam... Ja zaś wiedziałem, że muszę pogadać ze Szczepanem, żeby mu tę sytuację jakoś wyjaśnić, bo on był bardzo opiekuńczy wobec niej. Poszedłem do niego, a on zamiast być mi wdzięcznym, natłukł mnie. Był większy, przyznaję... nie mogłem się z nim równać. Powiedział, że właśnie przekreśliłem jej szansę na adopcję u fajnej rodziny i że Zuzia potrzebuje rodziców, a nie jakichś szemranych ludzi, i że mam się wstydzić, i takie tam bzdury. Kiedy kolejnym razem odwiedził nas pan kapitan, zasugerowałem, żeby Szczepana również włączył do tego planu. No i zajął się tą naszą trójką, a potem... - Urwał nagle Paweł. Złapał za trzonek łopaty i zaczął energicznie kopać miękki grunt.
- Co potem?
- Nie, nic. Po prostu zajęli się nami. Mnie wysłali do wojska, Żabę do szkoły, a Szczepana na jakieś szkolenie i tyle - odparł wymijająco. Paweł wolał nie mówić, że spotkanie Marka i Zuzanny także nie było przypadkiem. Zrozumiał nagle, że mąż jego przyjaciółki wie o wiele mniej, niż można się było spodziewać, i że może sobie z dodatkową wiedzą nie poradzić.
Tuż przed północą zwłoki młodej rowerzystki znalazły się w płytkim grobie. Około pierwszej Marek z Pawłem wrócili na główną szosę i znów udali się na małą stację benzynową, gdzie czekał na nich człowiek współpracujący z Iwanickim. Mężczyzna bez słowa odebrał kluczyki, wsiadł do auta i odjechał w nieznanym kierunku.
- Zabrał samochód do utylizacji - wyjaśnił Marek, kiedy zostali sami. - Zuza zaraz po nas przyjedzie.
- Sprawnie to załatwiłeś. - Paweł kiwnął głową z uznaniem. - Widać, że masz... doświadczenie.
Marek obdarzył go gniewnym spojrzeniem, ale po sekundzie odwrócił wzrok.
- Hej! - Paweł szarpnął go za rękaw kurtki.
- Czego chcesz? - burknął Marek, cofając ramię.
- Nic. Chciałem ci tylko powiedzieć o jednym... Tak dla jasności. Żaba nie dlatego, że była niemową, nie wygadała, że to ja zabiłem tę z warkoczami.
Marek obrócił gwałtownie głowę w jego stronę.
- Co ty... Nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? - Paweł uśmiechnął się złośliwie. - Ona też tej pokraki nie lubiła.
III
Paweł zniknął z domu Iwanickich przed świtem. Nie chciał budzić Zuzanny i Marka, bo nie miał ochoty na kolejne rozmowy pełne połajanek i moralizowania. Zanim zszedł na dół, zajrzał jeszcze do pokoju znajdującego się za sypialnią małżeństwa. Kiedyś należał on do Jagody, ich zmarłej córki. Obecnie pełnił funkcję kapliczki, którą rodzice poświęcili swojemu dziecku oraz nienarodzonemu wnukowi. Paweł stanął w progu, rozejrzał się po pomieszczeniu wypełnionym bibelotami, ubraniami, fotografiami, świecami... i pokręcił głową.
- Pojebana akcja - szepnął, cmokając z irytacją. Zupełnie nie rozumiał tego sentymentu. Nie spodziewał się, że Zuzanna może kogoś tak bardzo kochać i za kimś tak tęsknić. Całe to małżeństwo było przecież fikcją, kolejnym zadaniem agentki służb, która miała uwieść żołnierza z WSI i związać się z nim, żeby móc wynosić cenne informacje dla kapitana Bronowickiego... A jednak okazało się, że Zuzanna darzyła uczuciem zarówno swojego męża, jak i córkę.
Jagoda zaszła w ciążę na studiach, ale nie chciała mieć nic wspólnego z ojcem dziecka. Jej rodzicom to nie przeszkadzało. Cieszyli się na myśl o tym, że na świecie pojawi się pierwszy wnuk. Przez około dwie dekady Zuzanna żyła we względnie udanym związku, ciesząc się widokiem dorastającej córki, co zmieniło ją w osobę radosną, a nawet ciepłą. Kiedy w wyniku błędów lekarskich Jagoda i dziecko zmarli, Zuzanna całkowicie się załamała. Paweł zrozumiał to na pogrzebie i... bardzo się ucieszył. Nigdy tego nie powiedział wprost, ale nie lubił złagodzonej wersji Zuzanny. Najbardziej kochał w niej tę Żabcię, która nie mówiła i patrzyła na niego wytrzeszczonymi oczami. Miał wrażenie, że wtedy rozumieli się najlepiej, że stanowiła ona wtedy namiastkę jego rodziny i że też go kochała, nawet bardziej niż rodzonego brata. Tragedia, która ją dotknęła, była w jego oczach szansą na przywrócenie ich dawnych, dobrych relacji.
Paweł postanowił złapać stopa, ponieważ stacja kolejki była dość daleko. Podwiózł go jakiś młody dostawca artykułów spożywczych dla pobliskich sklepów, przypominający tego chłopaka, który rozwoził pieczywo pod Kobierzycami. Paweł nie miał pokusy, żeby zrobić mu krzywdę. Był nasycony, przynajmniej na razie. Przed oczami wciąż stawały mu wydarzenia z ostatnich kilku dni, słyszał wybuchy, widział ogień, zakrwawionych ludzi biegających wokoło bez celu. Myślał też o dziewczynie, której odebrał życie pod Lesznem, i o tym, że była taka głupia jak ten młody dostawca wiozący go na stację. Zawsze obwiniał swoje ofiary o to, co je spotykało. Był pewny, że gdyby były ostrożniejsze, nie miałby szans ich dopaść.
"Sami sobie byli winni" - myślał, choć wcale nie po to, by zagłuszyć wyrzuty sumienia. Tych akurat po prostu nigdy nie miewał.
We Wrocławiu Paweł zjadł szybkie śniadanie w jednej z dworcowych restauracji fast food, schował bagaż w skrytce, po czym ruszył w stronę prokuratury. Zdawał sobie sprawę z tego, że w czasie pandemii sądy nie pracowały na pełnych obrotach, ale liczył, że zastanie prokuratora Mariusza Koterskiego w pracy i nie będzie musiał składać mu wizyty w domu.
- Zajebiście! - mruknął z zadowoleniem, widząc o dziewiątej trzydzieści postać zmierzającą nerwowym krokiem w stronę budynku i znikającą w jego wnętrzu. Koterski nosił maskę na twarzy, ale rozpoznanie go nie było trudne. Paweł podążył za nim i bez pukania wszedł do jego gabinetu.
- Dzień dobry - powiedział uprzejmym tonem, w którym jednak było słychać jadowitą nutę.
Koterski obrócił się na pięcie, przerywając wieszanie płaszcza, i spojrzał na intruza z gniewem w oczach.
- Kim pan jest? Kto panu tu pozwolił wejść?
Paweł uśmiechnął się szeroko i przez chwilę nic nie mówił.
- Zaraz zawołam... - zaczął prokurator, ale umilkł, widząc, jak z kieszeni przybysza wyłania się mały pistolet. - Boże...
- Siadaj! - rozkazał Paweł. - Porozmawiamy.
Koterski wypuścił płaszcz, który swobodnie opadł na podłogę, a następnie bardzo powoli zajął fotel za swoim biurkiem. Paweł przyglądał mu się z rozbawieniem.
- Pewnie się zastanawiasz, od którego z twoich bandziorów przychodzę - powiedział, chowając broń do kurtki. - Zaspokoję twoją ciekawość od razu: od żadnego z nich. Miałem cię zabić zaraz po wykończeniu Gęsickiej i Kowalskiego, ale sprawy się... pokomplikowały.
- No tak... - wypuścił powietrze Koterski. Oparł głowę na zagłówku i przymknął oczy.
- Wiesz, o czym mówię, prawda?
- Domyślam się - przyznał cicho Koterski.
- Muszę przyznać, że mnie wzruszyłeś - stwierdził Paweł, przysuwając sobie krzesło. Usiadł naprzeciwko prokuratora, oparł łokcie na blacie i pokiwał głową. - Początkowo nie skojarzyłem faktów, ale potem było dla mnie oczywiste, że to ty załatwiłeś im ten wyjazd pod Kobierzyce. Liczyłeś na to, że wpadną w zasadzkę, prawda?
- Ja... Skąd takie...
- Dobra, dobra! Zrobiłem o tobie porządny wywiad i wiem, że jesteś sprytny. Zresztą... O twojej córeczce i jej wybrykach w szpitalu też słyszałem. W jej sprawie też tuszowałeś dowody, żeby nie odpowiadała za błędy w sztuce?
Koterski zacisnął mocno usta, a w jego oczach pojawił się błysk gniewu.
- Odpierdol się od mojej córki! Nie wiem, kim jesteś, cwelu, ale ją zostaw w spokoju.
- Dobre, he, he - parsknął Paweł. - Kochany z ciebie tatuś. Nie ma co. Pewnie przeszło ci przez myśl, że ten wybuch mógł być z myślą o niej, co?
Prokurator na chwilę odwrócił wzrok i przygryzł wargę.
- Mógł być - oznajmił Paweł, a w jego głosie nie było już słychać wesołości. - W dupie mam, czy ją by też trafiło. Pewnie dlatego przyłazisz do pracy, żeby wiedzieć, co się dzieje. Pali się pod dupą, prawda? To teraz posłuchaj uważnie. Mogę zmniejszyć nieco ten ogień, ale musisz zrobić to, co ci powiem. Po pierwsze, dasz mi listę zabitych i rannych spod Kobierzyc i napiszesz, gdzie konkretnie są leczeni. Możesz już zacząć pisać. - Zachęcił go ruchem dłoni.
Koterski sięgnął powoli po notatnik i długopis, nie odrywając wzroku od Pawła.
- Bardzo ładnie. Pisz, pisz, nie mam całego dnia. Po drugie, sprawisz, by nazwisko Jagody Iwanickiej zniknęło z listy pacjentek zabitych lekarzy. Rozumiesz, co powiedziałem?
Usta Koterskiego rozchyliły się lekko, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
- Możesz kiwnąć głową. Muszę wiedzieć, że rozumiesz, co masz zrobić.
- Iwaniccy? - wydusił w końcu z siebie Koterski. - Chodzi o...
- Chodzi o to, żebyś nie stracił głowy - przerwał mu Paweł. - I żebyś pamiętał w każdej sekundzie, że masz szczęście, że żyjesz. Będziesz żył, dopóki będziesz przydatny.
- Ale...
- Zorganizujesz tu wszystko tak, żeby nazwisko Iwanickich nigdy ani nigdzie nie wypłynęło. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale dopóki śledztwo będzie trzymane z dala od nich, tobie nic się nie stanie.
- A ty... Kim ty...
- Ja jestem Czarek. - Paweł się uśmiechnął. - Będę z tobą w kontakcie, no i będę cię miał na oku.
Zdawało się, że Zuzanna miała z Pawłem łączność telepatyczną, bo jego telefon zawibrował, gdy tylko opuścił on gabinet Koterskiego.
- Żabciu, Koterski załatwiony. Mam listę, więc teraz jadę do szpitala i zobaczę, co tam się dzieje.
- No dobra, świetnie - odparła, jakby machinalnie.
Paweł zatrzymał się u szczytu schodów i zmarszczył brwi.
- Co się stało?
- Rozmawiałeś z Markiem - stwierdziła.
- No... trochę sobie pogadaliśmy, kopiąc, wiesz co.
- Wrócił jakiś dziwny i teraz nie odzywa się do mnie.
- Oj... Żabciu, trzeba było mu o wszystkim opowiedzieć... o naszym pobycie w bidulu i ogólnie, wiesz, o czym... Słuchaj, nie martw się, nie wyznałem mu, że on też był zleceniem od twojego szefa, możesz być spokojna. Pomilczy, pomilczy i znowu będzie się odzywać. Przecież on cię kocha.
- No może... - przyznała, chociaż bez przekonania w głosie. - To jedź do tego szpitala i odezwij się, gdybyś potrzebował pomocy.
- Ma się rozumieć. Aha, jeszcze jedno. - Paweł rozejrzał się wokoło, upewniając się, że nikt nie słyszy jego rozmowy. - Twój pryncypał z Warszawy się odzywał?
- Pułkownik?
- Mhm.
- Mm... jeszcze nie. Napisałam mu wczoraj SMS, żeby dał znać, o co chodzi z tymi wybuchami... z wybuchem - poprawiła się. - O tym spod Kobierzyc na razie nikt nie mówi.
- No i co, odpisał ci?
- Napisał tylko, że się odezwie, bo jest bardzo zajęty.
- A to na pewno - powiedział Paweł i parsknął cicho. - Gdybyś coś wiedziała więcej, dawaj znać, skoro mamy tutaj posprzątać ten... burdel.
- Jasne, odezwę się od razu. Uważaj na siebie.
- Wiadomo. Zawsze.
Prosto z prokuratury Paweł pojechał do szpitala wojskowego przy ulicy Weigla, gdzie leżeli ranni funkcjonariusze. Spędził tam na tyle dużo czasu, że dowiedział się niemal wszystkiego na temat ich stanu zdrowia. Personel plotkował na korytarzach, w kafeterii, windzie, a nawet w toaletach. Wszędzie kręcili się jacyś policjanci, którzy także nie trzymali gęby na kłódkę. Wystarczyło wtopić się w tłum, dobrze naciągnąć maskę na nos i nadstawiać uszu.
Paweł dowiedział się między innymi tego, że z Warszawy przyjechali jacyś ważniacy, żeby doglądać stanu zdrowia kolegów, ale darował sobie śledzenie ich do hotelu. Był zmęczony i sam chciał znaleźć jakieś miejsce na nocleg, najeść się i wyspać. Zanim jednak opuścił szpital, na jednym z korytarzy wpadł na aspiranta Borkowskiego. Wydawało się, że policjant nie za bardzo ucierpiał w wybuchu. Trochę to Pawła zabolało, bo był niemal pewien, że taka eksplozja zabije wszystkich w promieniu stu metrów, a tu stał przed nim w pełni sprawny człowiek z raptem kilkoma siniakami na twarzy. Pomyślał, że może to właśnie tego funkcjonariusza dałoby się jakoś wrobić w zamach. Pytanie tylko jak...?
Paweł podjechał tramwajem na Dworzec Główny, skąd zabrał bagaż, a potem na piechotę ruszył do centrum, żeby wynająć pokój hotelowy. Z największą ulgą zamknął za sobą drzwi i zrzucił na podłogę torby, w których trzymał rekwizyty do przebieranek. Padł na łóżko z uczuciem, że tego wieczora podaruje sobie kolację. Przed pójściem spać zadzwonił jeszcze do Koterskiego.
- Jak tam, panie prokuratorze? - zapytał wesoło. - Jakieś postępy w naszym śledztwie?
- P...panie... znaczy się...
- No mów mi Czarek.
- Tak... to znaczy...
Paweł usłyszał, jak prokurator przełyka głośno ślinę.
- Eee, nikt nic nie wie. Z tego, co zrozumiałem, śledczy kłócą się między sobą o to, kto ma dowodzić i kto ma jakie kompetencje.
- To chyba dobrze dla nas, prawda?
- Tak, ale ludzie z Warszawy się tym zaczęli interesować.
- Czym się interesować i jacy ludzie? Konkrety.
- Zginęła funkcjonariuszka antyterrorystów i to się nie spodobało na górze.
- No i zrobią coś z tym?
- Na razie tylko się kręcą i próbują być na bieżąco. Staram się im pomagać, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
- Jasne! Grasz dobrego wujka, a przy okazji kontrolujesz sytuację.
- Dokładnie.
Paweł mógł przysiąc, że usłyszał w jego głosie dumę.
- No to dzielny z ciebie człowiek. Gratuluję! Tylko tak dalej.
- Słuchaj... A ty? Skąd ty... Dla kogo...
- Im mniej wiesz, tym lepiej - przerwał mu Paweł. - Możesz oczywiście założyć, że ściemniam i że jestem świrem, który nic ci nie zrobi poza straszeniem... Ale, jak już mówiłem, zrobiłem na twój temat solidny wywiad i wiem, w jakich kręgach się obracasz, komu pomagasz i tak dalej. Stąd wniosek, że szybko się dogadamy, bez słów praktycznie. No i okazało się, że mam rację: jesteś bystry, zorganizowany, a nasza współpraca idzie jak po maśle. Też tak uważasz?
- Tak, ja też - odparł z wyraźną niechęcią Koterski.
- Wspaniale! Wobec tego odpocznijmy i od jutra znów bierzmy się do pracy.
IV
Zuzanna denerwowała się przed rozmową z szefem, chociaż pułkownik Bronowicki nigdy nie dawał jej powodu do niepokoju. Nie podobało jej się jednak to, co usłyszała od Pawła, który zadzwonił rano, żeby zdać relację z wizyty w szpitalu wojskowym. Przeżyło więcej funkcjonariuszy, niż początkowo sądzili. Co więcej, dwóch było w całkiem dobrym stanie, a jeden właśnie wyszedł do domu, oni zaś nie mieli pojęcia, ile wiedział i na jakim etapie tak naprawdę było śledztwo.
- Koterskiemu nie można do końca wierzyć - zauważył Paweł podczas rozmowy telefonicznej. - Będę go miał na oku, bo na pewno spróbuje coś odwinąć.
Pułkownik zadzwonił po południu, przywitał się, zapytał o jej samopoczucie i jak sobie radzi, jak to ujął, tak ogólnie.
- Dziękuję, u mnie dobrze - odparła wymijająco. - Może mi pan powiedzieć, co się dzieje? Wie pan... ten Wrocław jest niedaleko i...
- No dzieje się. Jestem właśnie po spotkaniu z premierem. Pod uwagę brane są różne scenariusze, w tym atak terrorystyczny zorganizowany przez Rosjan.
- Rosjan?! - Zuzanna bardzo starała się nie wybuchnąć głośnym śmiechem. - W tym rządzie pracują sami debile, skoro byli w stanie wpaść tylko na coś takiego.
- Też uważam, że to głupie - westchnął Bronowicki. - Słuchaj, wiem, że ostatni rok nie był dla ciebie łatwy, ale i prezes, i premier nalegają, żebyś wróciła do Warszawy.
- Ja? A po co? Ja tylko w archiwum pracuję.
- No właśnie. I to archiwum może nam się teraz przydać. Zresztą, jak to ujął prezes Fornalski, teraz wszystkie ręce na pokład.
Zuzanna prychnęła.
- I w czym miałyby te ręce niby pomóc, co?
- Pewnie już wiesz, że był drugi wybuch, prawda?
- Tak, obiło mi się o uszy, chociaż nigdzie się o tym w mediach nie mówi. Koledzy Marka go powiadomili - skłamała.
- Właśnie... Nie wiadomo, kto za tym stoi. Nie było żadnych żądań, nie było żadnej komunikacji z nami ze strony terrorystów. Wydaje się, że celem ataku były konkretne osoby, chociaż liczba ofiar przeczy temu twierdzeniu.
- Rozumiem... Czyli moja obecność będzie przydatna w Warszawie, bo... Pan też tak uważa? Czy tylko przekazuje opinię prezesa i premiera?
- W sumie jedno i drugie. Wiesz, chętnie znów bym cię zobaczył. Dawno nie pracowaliśmy razem. Aha! Mam jeszcze jedno pytanie.
"Jeszcze żadnego nie zadałeś" - pomyślała Zuzanna, czując, że nie spodoba jej się to, co usłyszy.
- Teodor się odzywał?
Nie odpowiedziała od razu. Była zaskoczona i co rzadko jej się zdarzało, lekko przestraszona.
- Teodor... znaczy się Paweł?
- Mhm, dokładnie.
- No mamy jakiś kontakt. Rozmawialiśmy nawet niedawno. A czemu pan pyta?
- A, nic. Pomyślałem o nim ostatnio, ale to pogadamy, jak wrócisz do Warszawy. Nie musisz przyjeżdżać od razu. Spakujcie się na spokojnie i bądźcie z Markiem, powiedzmy, za tydzień. Pójdziemy na jakiś obiad. O, może ja coś ugotuję.
- Brzmi świetnie - odparła Zuzanna, zmuszając się do lekkiego tonu. - Odezwiemy się. Skoro jestem potrzebna, to przyjadę.
- Wspaniale! To jesteśmy w kontakcie. Do usłyszenia.
Zuzanna odłożyła komórkę na blat. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że stoi za nią Marek.
- Pytał o Pawła - stwierdził.
- Tak - rzuciła przez ramię.
- Czyli się domyśla.
- Niczego się nie domyśla. - Zuzanna potrząsnęła głową. - Nic nie wie.
- I w dodatku użył jego pseudonimu. Dobrze słyszałem.
Nie odpowiedziała.
- Jest na celowniku. Zuza, spójrz na mnie.
Nie ruszyła się ani o milimetr, więc Marek podszedł do niej, stanął naprzeciwko i położył dłonie na jej ramionach.
- Jeśli on jest na celowniku, to my też będziemy.
- Przesadzasz.
- Nie, nie przesadzam - odparł stanowczo. - On nie jest głupi. Po ilu... Po trzech, czterech dniach wywnioskował, że za zamachem może stać Paweł.
Zuzanna odwróciła wzrok.
- Paweł musi wyjechać - stwierdził Marek.
- Paweł musi ogarnąć burdel we Wrocławiu. Rozmawiał z Koterskim...
- Oszalałaś?! - Marek potrząsał nią lekko. - To teraz nie jest istotne. Ten facet musi zniknąć. W ogóle bardzo żałuję, że zgodziłem się na ten plan. My mieliśmy mieć ręce czyste, a może się to dla nas bardzo źle skończyć.
Zuzanna przygryzła wargę, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Ja myślałam... - zaczęła szeptem. - Ja nie chciałam, żeby mnie tak bolało. Sądziłam, że jak oni umrą... jak ona umrze, to poczuję się lepiej. Pomszczę Jagodę i naszego wnuka i będę żyć dalej, a jest tylko gorzej. Teraz mam ochotę zabić wszystkich. Wszystkich! Rozumiesz?
- Tak. - Marek pokiwał głową. - Rozumiem lepiej, niż ci się wydaje. Ale co to da?
- Nie wiem. Nie chcę już się nad tym zastanawiać. Jedźmy do tej Warszawy. Może jak będę pracować, to poczuję się inaczej...
- A nie masz wrażenia, że on chce cię ściągnąć do Warszawy, żeby przepytywać cię w sprawie Pawła?
- Gdyby chciał mnie przepytywać, to wysłałby tu swoich ludzi. Już bylibyśmy... przepytywani w naszej piwnicy. Marek, o czym ty mówisz?
- Trochę racja. - Iwanicki przewrócił oczami. - Ale jeśli planuje dobrać się do Pawła, to może chce zrobić to przez ciebie.
- Sądzisz, że chce go aresztować? Nie wydaje mi się. To też był jego człowiek.
- Aha, jego człowiek - w głosie Marka słychać było ironię. - Z tego, co wiem, ludzie Bronowickiego nie mordują przypadkowych rowerzystów ani nie wysadzają w powietrze połowy wsi.
- Jakbyś sam nie miał nikogo na sumieniu.
- W ogóle tego nie porównuj! On jest... - Marek potrząsnął głową. - Ten człowiek jest chodzącym złem. Jeśli można jakoś zło stopniować, to on stanowi absolutny szczyt wszystkiego. To już chyba nawet nie jest człowiek...
- O czym ty mówisz?
- Naprawdę tego nie widzisz? - Marek opuścił dłonie, jakby zrezygnowany. - Można kogoś lubić, ale chyba to nie przeszkadza w zobaczeniu w nim tego, kim jest naprawdę. A Paweł to po prostu psychol. Zuza, on musi zniknąć z naszego życia za wszelką cenę. Albo... my z jego życia.
Zuzanna skinęła głową i poprawiła włosy nad czołem.
- Tak - szepnęła. - Tak będzie najlepiej.
- Więc? - Marek spojrzał na nią pytająco. - Jaki jest plan?
- Plan jest taki, że on wróci do domu rodziców, okradnie ich i wyjedzie za granicę.
- Aha? Okradnie rodziców? Świetny plan.
- Przestań drwić. Jego rodzice są bardzo bogaci i...
- To w ogóle nie są jego rodzice. Od tego zacznijmy. Czy on nie może po prostu wsiąść do jakiegoś samochodu, choćby kradzionego, i wyjechać? Możemy mu dać pieniądze. Ja mogę załatwić...
- Nie! Niech zrobi tak, jak zaplanował, inaczej będzie chciał tu wracać.
- Jasne, niech tak zrobi... - Marek machnął ręką i wyszedł z kuchni.
V
Paweł wiedział, że będzie musiał pozbyć się świadków, którzy przeżyli zamach. Wyrzucał sobie, że nie poszedł sprawdzić, czy na pewno zginęli, i nie dobił ich na miejscu.
"Wtedy pojawiłby się dostawca chleba, jego też by się wykończyło i odjechało w siną dal samochodem z pachnącym pieczywem" - fantazjował, leżąc na hotelowym łóżku.
Paweł z niechęcią przyznał rację Zuzie, że jego akcja nie przebiegła w stu procentach należycie. Parę spraw należało naprostować, na przykład wrobienie Borkowskiego w zamach.
- Wrocławscy ważniacy z policji sami na to wpadli - zapewnił Koterski, do którego Paweł zadzwonił chwilę później.
- Na co? Że on podłożył ładunki?
- Nie. Chcą, żeby odpowiedział za wyjazd pod Kobierzyce.
- Aha... Ale ja bym wolał, żeby przypiąć mu sam zamach.
- Dlaczego? Jak?
- Jeszcze nie wiem jak, dlatego pytam eksperta.
Koterski nie odezwał się od razu. Paweł domyślił się, że prokurator rozważał, czy ma się poczuć mile połechtany, czy obrażony tą etykietką.
- Czemu chcesz go tym obarczyć? - zapytał w końcu. - Zrobił ci coś?
- Nie umarł - odparł Paweł ze śmiechem. - Za dużo może wiedzieć i wygląda na bystrego.
- To go zabij.
Tego się Paweł nie spodziewał. Domyślał się, że Koterski jest pozbawionym skrupułów skurwysynem, ale nie sądził, że jego zepsucie było aż tak wielkie.
- Możliwe, że to zrobię - stwierdził. - Ale dziś potrzebuję jakiegoś fajnego kozła ofiarnego. A nie ma lepszego niż działający na dwa fronty glina. Borkowski pasuje najlepiej.
- Bo wyszedł ze szpitala jako pierwszy - domyślił się prokurator.
- Właśnie. To co? Pomożesz go trochę umoczyć?
Koterski westchnął głośno.
- A mam inne wyjście?
- Nie masz.
Gdyby Koterski teraz widział Pawła, zobaczyłby na jego twarzy demoniczny uśmiech, od którego wielu ludziom skóra cierpła na plecach.
- Tak właśnie myślałem - mruknął prokurator. - Słuchaj, nawiązałem współpracę z tymi ludźmi z Warszawy, którzy chcą prowadzić śledztwo.
- Mhm. I co z nimi?
- Nie wiem, czy masz świadomość, że to CBŚP?
Paweł wyprostował się gwałtownie.
- Jakie CBŚP?! Z Warszawy przyjechali antyterroryści.
- Jeden z rannych funkcjonariuszy nie był od "czarnych". Jest po operacji, ale wciąż nieprzytomny.
- No dobra. I co z tymi śledczymi? Mają coś?
- Nie, kompletnie nic. Gadali z Borkowskim, ale po rozmowie z nim dalej nic nie wiedzą.
- I niech tak zostanie. Dobra, będę leciał. A ty wracaj do umarzania kolejnych śledztw dotyczących błędów lekarskich.
Koterski nie zdołał się odgryźć, bo Paweł już się rozłączył, po czym wstał z łóżka.
"Borkowski jest w domu i spełni swoje zadanie później" - rozmyślał, patrząc na wiszące w szafie ubrania. "Ale resztę trzeba dobić".
Paweł pojechał do szpitala tramwajem, bo uważał, że taksówka nie daje potrzebnej anonimowości. Jego zadanie nie było łatwe. Musiał jakoś dostać się na oddział intensywnej terapii i niepostrzeżenie zakończyć żywot rannych policjantów. Robił już takie rzeczy, ale nie w czasie pandemii, kiedy środki ostrożności były większe, a odwiedzających w szpitalach przebywało o wiele mniej. Zakładał jednak, że i tym razem samo poruszanie się po szpitalu nie powinno sprawiać mu trudności. I miał rację. Nikt go nie zaczepiał, nie pytał, po co i do kogo przyszedł. Naciągnął maskę na nos, wsunął ręce do kieszeni i swobodnie przechadzał się po korytarzach. W międzyczasie udało mu się dodzwonić do Koterskiego, od którego dowiedział się, że jedna z antyterrorystek, która nie zginęła w zamachu, przebywała na oddziale leczenia stresu bojowego. Słysząc to, Paweł skrzywił się, bo przeczuwał, że wejście na OIOM będzie łatwiejsze niż wejście na oddział psychiatryczny, zwłaszcza w szpitalu wojskowym. Postanowił więc zająć się tą sprawą następnego dnia. W końcu śmierć ciężko rannych funkcjonariuszy nie powinna wzbudzać podejrzeń. Poza tym nie musiał ich zabijać wszystkich naraz, całą akcję mógł rozłożyć na kilka dni.
"Dzisiaj odepnę kroplówkę jednemu, a jutro uduszę poduszką drugiego" - fantazjował Paweł. "A na trzeci dzień spróbuję wejść na oddział dla świrów i zajmę się panią aspirantką".
Na oddział najłatwiej było się dostać w porze rozwożenia posiłków, kiedy panowało małe zamieszanie, przydatne, gdy chciało się prześliznąć niezauważenie. Z OIOM-em było trudniej, bo wielu pacjentów było nieprzytomnych, a personel był nieco bardziej czujny, ale Paweł miał dużą pewność siebie i uważał, że nikt mu nie przeszkodzi w wykonaniu zadania. W toalecie przebrał się w skradziony poprzedniego dnia strój pielęgniarza, a na nos włożył okulary w grubej oprawce. Swoje zwykłe ciuchy schował do plastikowej torby, którą ukrył za koszami na śmieci. Zanim wyszedł z łazienki, ostatni raz sprawdził kartkę z informacjami o rannych funkcjonariuszach. "Wiśniewski i Bieluń są na OIOM-ie. Dziś zajmę się jednym z nich, a po drugiego przyjdę w nocy. Reszta będzie musiała poczekać".
Większość oddziałów była dość rozległa i miała kilka wejść. Paweł wybrał wąską klatkę schodową z tyłu budynku i szybko znalazł się pod właściwymi drzwiami. Wystarczyło tylko przyłożyć skradzioną wcześniej kartę do czytnika...
Na schodach Paweł usłyszał za sobą kroki. One same go nie zaniepokoiły. Raczej to, że kiedy się zatrzymał, osoba idąca za nim zrobiła to samo. Obejrzał się i początkowo nikogo nie zauważył, ale po chwili znów usłyszał, jak ktoś wchodzi na górę.
- O! - zdołał powiedzieć na widok wysokiego mężczyzny, który wszedł na piętro i stanął przed nim.
Olek Błądek, bo tak nazywał się ten człowiek, był zaufanym podwładnym pułkownika Bronowickiego, przez wiele lat nadzorującym poczynania Pawła.
- Co tu robisz? - zapytał. Dobrze wiedział, że obecność Błądka nie wróżyła nic dobrego. Po raz pierwszy od wielu dni odczuł realny lęk, zwłaszcza że na schodach zauważył jeszcze jedną postać, ubraną w strój medyka. - A ten to jakiś twój pomagier?
Olek bez słowa podszedł do Pawła na odległość trzydziestu centymetrów, z kieszeni wyjął rękę, w której trzymał strzykawkę. Sprawnym ruchem wbił igłę w szyję swojej ofiary.
Kolejnym, co Paweł zobaczył, był sufit jego sypialni w domu rodziców. Leżał na swoim łóżku i czuł się, jakby miał potężnego kaca. Ogarnęła go fala wściekłości. Chciał wyskoczyć z łóżka, pobiec na dół i zrobić coś złego, ale środek, jakim poczęstował go Błądek, ciągle działał na jego ciało, które było ociężałe i nie chciało się go słuchać.
- Kurwa! - zaklął, choć poruszanie ustami także przychodziło mu z trudnością. - Kurwa, kurwa, kurwa!
Leżał przez chwilę nieruchomo i nasłuchiwał odgłosów z domu. Domyślał się, co zaszło. Olek dostał zadanie, aby go odnaleźć, uśpić i przywieźć do Poznania, a następnie sprzedać jego rodzicom bajkę o tym, że niegrzeczny Czarek znów gdzieś zachlał albo zabalował z jakimiś kolegami i dzielny Aleksander uratował go kolejny raz, w związku z czym staruszkowie będą mu kolejny raz dozgonnie wdzięczni i będą się dziwić, że jest tak lojalnym przyjacielem przez ostatnie ćwierćwiecze, mimo że Czarek wykazywał się jedynie brakiem szacunku i bezczelnością. Na potwierdzenie tych przypuszczeń do jego uszu dobiegły wesołe głosy rodziców i Olka, najprawdopodobniej z kuchni.
"Ciekawe, co by powiedzieli, gdybym wyznał prawdę?" - pomyślał Paweł, zgrzytając ze złości zębami. "Gdybym im powiedział, że nie jestem Czarkiem, a mój dzielny kolega Olek to agent służb, który mnie pilnuje? Co by powiedzieli, gdyby się dowiedzieli, że to wszystko farsa? Może to właśnie trzeba zrobić: powiedzieć prawdę, a potem rozwalić im łby o ścianę i uciec z ich pieniędzmi".
Paweł planował okraść rodziców ze wszystkiego, co znajdowało się w domu, a co miało jakąkolwiek wartość. Planował zapakować samochód po sam dach, wsiąść za kierownicę i wyjechać do któregoś kraju europejskiego, a może... może na Wyspy Kanaryjskie. Jednak myśl o tym, żeby pozbawić ich życia, do tej pory nie zaświtała w jego głowie.
"Dlaczego teraz?" - zapytał samego siebie. "Dlatego, że jestem kurewsko wściekły. Powinienem zabić ich i tę cholerną siostrę. Podpalić dom i upozorować własną śmierć".
Gniew sprawił, że w jego wątłe ciało wlała się nowa energia. Paweł odrzucił koc, którym był przykryty, i postawił stopy na chłodnej posadzce. Ubierając się w dres, zauważył, że obok łóżka leżały jego rzeczy, co oznaczało, że Olek był także w hotelu. Prychnął ze złością i zszedł na bosaka do kuchni.
- O, widzę, że jest ci już lepiej - powiedział Olek na jego widok. - Cieszę się.
Paweł miał ochotę walnąć go w pysk, przede wszystkim za ten głupi uśmieszek. Zamiast tego schował dłonie głębiej do kieszeni bluzy i zacisnął mocno usta.
- Zaraz będę wstawiać obiad - zakomunikowała matka.
Paweł zauważył, jak odwróciła wzrok. Ojciec także nie chciał na niego patrzeć.
- Zostaniesz, prawda? - zapytał stary Dobrucki, patrząc na Olka.
- Nie, ale bardzo dziękuję za zaproszenie. I tak nadużyłem waszej gościnności, jak zawsze zresztą.
- Nigdy nie nadużywasz - zapewniła Dobrucka. - Jesteś tu zawsze mile widziany.
"Zaraz się zrzygam" - pomyślał Paweł, przewracając oczami.
- Bardzo dziękuję za gościnę i za pyszne wypieki - powiedział Olek, odstawiając kubek po kawie do zlewu. - Mam nadzieję, że nie byłem uciążliwy, i liczę, że się znów niedługo zobaczymy.
- A my dziękujemy, że odpowiedziałeś na naszą prośbę - odparł ojciec. - Zawsze możemy na ciebie liczyć.
Matka pokiwała głową i uśmiechnęła się blado.
- No dobra. To jeszcze uściski na pożegnanie i pojadę. - Olek spojrzał na Pawła wymownie. - Odprowadzisz mnie do auta?
- Oczywiście - wycedził Paweł niechętnie.
Samochód Błądka był zaparkowany tuż przed wejściem do domu. Paweł domyślił się, że dzięki temu jego było łatwiej wnieść do środka. Nie miał ochoty na rozmowę z Olkiem. Prędzej połamałby mu ręce i nogi, a potem wrzucił go do stawu w parku naprzeciwko ich domu.
- To powiesz mi, dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Paweł, kiedy znaleźli się za drzwiami. - Czemu mnie... porwałeś?
- A nie możesz się domyślić? - odparł Olek, śmiejąc się.
- Kto mnie sprzedał? Koterski?
- Kto? - Olek odwrócił się na pięcie i spojrzał mu w oczy.
- Nieważne. - Paweł wiedział, że popełnił błąd. - To kto mnie sprzedał?
- Jesteś bystry, domyślisz się.
- Aha... - Paweł pokiwał głową. - Mareczek. Niech zgadnę. Zadzwonił do Bronowickiego i powiedział, żebyście się mną zajęli.
- Może, może... - Olek uniósł brwi. - Dobrze zrobił. Wystarczająco namieszałeś. A swoją drogą... Kim jest Koterski? Pewnie i tak się dowiem, ale zrób mi tę uprzejmość i powiedz mi teraz.
- To jest taki prokurator, który lubi umarzać sprawy złym ludziom.
- Serio? - Olek roześmiał się głośno. - No to pasujecie do siebie i pewnie on też mógłby cię sprzedać. On wie o tobie cokolwiek?
- Nie, chyba nie. - Paweł zmarszczył nos. - Wiesz, że chciałem posprzątać...
- Posprzątać? - przerwał mu Olek. W jego oczach Paweł dostrzegł groźne błyski. - Tak to nazywasz? Najpierw robisz syf, a potem robisz jeszcze większy i nazywasz to sprzątaniem, tak? Jeśli w policji albo w innych służbach jest ktokolwiek z dwiema pracującymi komórkami mózgowymi, to w końcu do ciebie dotrze.
- Nie dotrze... - chciał zaprotestować Paweł, ale Olek uniósł dłoń, dając mu znak, żeby się zamknął.
- Dotrze. A wiesz dlaczego? Bo nie umiesz zacierać śladów, bo podejmujesz głupie decyzje, bo na przykład podałeś swoją własną siostrę za swoją żonę. Nie dość, że sfałszowane dokumenty są zrobione byle jak, to jeszcze podałeś informację, którą bardzo łatwo sprawdzić i podważyć.
- To nie jest moja siostra - wymamrotał Paweł.
- Jest twoją siostrą, tak jak ci dwoje są twoimi rodzicami. Jeśli dobrze liczę, są nimi dłużej niż byli rodzicami Czarka. To po pierwsze, a po drugie, ty jesteś na garnuszku państwa i masz robić, co do ciebie należy. Nieautoryzowane akcje, zwłaszcza takie, w których giną funkcjonariusze, są niedopuszczalne.
- No to musicie mnie ukarać - odparł Paweł z ironią w głosie.
- Będziesz ukarany. Zapewniam cię, że pójdziesz w końcu do więzienia.
- Oczywiście - prychnął Paweł, starając się ukryć zdenerwowanie.
- Tak. A wiesz dlaczego? Bo my wiemy, że więzienie to jedyna rzecz, której naprawdę się boisz. Na samym początku służby, jeszcze kiedy byłeś w bidulu, Bronowicki powiedział jasno: "Działasz na naszych zasadach i włos z głowy ci nie spadnie. Będziesz miał środki, będziesz miał pracę, będziesz miał pieniądze... Wyłamiesz się, to ukażemy cię tak, że pożałujesz, że się urodziłeś".
- Widzę, że jesteś najwierniejszym z piesków pana pułkownika.
- Możliwe, ale jest mi z tym bardzo dobrze.
Paweł zrobił krok do przodu, znajdując się w niedużej odległości od twarzy Olka, na którym ta bliskość nie zrobiła żadnego wrażenia.
- To powiem ci coś, o czym chyba nie masz pojęcia - powiedział cicho. - Wiesz, dlaczego Czarek zginął?
- Bo miał wypadek, a ty zająłeś jego miejsce. Jesteś dzięki temu agentem wydmuszką.
- Nie, kochanieńki. To nie był ani wypadek, ani główny powód. Było nim to, że Cezary Dobrucki, prymus z Torunia, wybrał sobie świetną jednostkę, w której miał pracować po promocji, a tak się składa, że w tej samej jednostce i na tym samym stanowisku bardzo chciał pracować syn naszego pana pułkownika. To dlatego Czarek zginął i dlatego ja, niedorozwój umysłowy, jak mnie czasem nazywacie, zająłem jego miejsce.
Twarz Olka pozostała nieodgadniona. Paweł nie mógł się zorientować, czy jego słowa zrobiły na nim jakieś wrażenie. Pomyślał jednak, że gdyby Olek wiedział o tej historii wcześniej, coś by teraz powiedział, a jednak milczał i wciąż milcząc, obrócił się na pięcie, wsiadł do auta i odjechał spod domu państwa Dobruckich.
Paweł miał wrażenie, że nad jego głową zbierały się czarne chmury. Po pierwsze, nie wykonał do końca zadania we Wrocławiu. Po drugie, był wściekły na Marka i na pułkownika; na Olka złościł się mniej, bo ten wykonywał jedynie rozkazy. Po trzecie, nie spodobało mu się to, co usłyszał od Błądka. Aleksander miał rację: tym, czego najbardziej Paweł się obawiał, było więzienie. Myśl o byciu zamkniętym przerażała go jak nic innego. Czasem w domu dziecka, kiedy był niegrzeczny, zamykano go w sypialni, żeby przemyślał swoje zachowanie, ale siedzenie w obszernym pokoju z wielkimi oknami i patrzenie, jak dzieci się bawią na podwórku, nie było dla niego wielką karą. Nikt jednak nie wiedział, że kiedy był bardzo mały, a jego matka poważnie chorowała, dziadek po kądzieli zamykał go w ciasnej szafie i kazał mu tam siedzieć i milczeć. Co więcej, stary Marcinek groził mu, że jeśli dalej będzie nieposłuszny, to wsadzi go do skrzyni, którą zamknie na kłódkę. A dzisiaj młody Marcinek (bo takie było prawdziwe nazwisko Pawła) zdawał sobie też sprawę z tego, jak wyglądają polskie więzienia, widział również kilka za granicą, i gdy myślał o przepełnionych celach z oknami umieszczonymi pod sufitem, robiło mu się duszno.
"Nie zamkną mnie" - próbował się pocieszać. "Przecież będą się bali, że o wszystkim opowiem. Pułkownik straciłby wszystko, gdybym puścił parę z ust o jego różnych akcjach".
Paweł nie bał się, że go zabiją. Śmierć nie jawiła mu się jako coś najgorszego. Owszem, trochę obawiał się tortur, ale - myślał sobie - i one się przecież kiedyś skończą, prawda?
Niepokojące było także to, że Olek wiedział o sytuacji z siostrą Czarka. Faktycznie Paweł wpisał ją jako swoją żonę w sfałszowanych dokumentach. Zrobił to, bo Monika Dobrucka była prawdziwą osobą, a on nie miał zamiaru ani się żenić, ani płacić komukolwiek, żeby udawał jego żonę przez dziesięć ostatnich lat. W duchu śmiał się ze służb, które miały te dane jak na tacy i ani razu się nie zorientowały, co tak naprawdę zrobił.
- Czarek, twoja ręka - słowa ojca wyrwały Pawła z zamyślenia.
Siedzieli we trójkę przy stole i jedli zupę.
- Co? - Paweł podniósł wzrok.
- No... - Modest Dobrucki pokazał łyżką na jego lewą dłoń. - Masz wszystkie palce.
- O... - Paweł spojrzał na swoją rękę. - Tak, czasem noszę protezę.
- Nie wygląda jak proteza - zauważyła matka. - Wygląda bardzo prawdziwie. Od kiedy to masz?
- Aa... Już jakiś czas - odparł wymijająco. - Olek pomógł mi ją załatwić.
Paweł stracił palec w Arabii Saudyjskiej podczas konstruowania ładunku wybuchowego. Kiedy był poza domem, nosił protezę i nikt nie wiedział o braku palca. Najwyraźniej Olek zapomniał ją zdjąć, kiedy przytaszczył go do domu.
- To... jakie masz plany? - zapytał Dobrucki, jakby od niechcenia.
- Plany miałem, ale przerwał mi je mój dobry przyjaciel Aleksander - w głosie Pawła słychać było złośliwość.
- Na pewno nie były dobre! - wypaliła Dobrucka. - Rzadko kiedy są.
- Zdania są podzielone... mamo.
- Dlaczego tak do mnie mówisz? Znowu to robisz.
- Co robię? No, powiedz głośno, co ci się we mnie nie podoba.
- Czarek... - zaczął ojciec, ale zamilkł, napotykając wzrok Pawła.
- Oboje powiedzcie, co się wam nie podoba we mnie. Powiedzcie, jak złym synem jestem, jak bardzo się zmieniłem.
- Nie mówię, że jesteś złym synem - broniła się matka, próbując zapanować nad drżącym głosem. - Tylko... po prostu...
- No co? Wyduś to z siebie. Powiedz, że kiedyś byłem lepszy, a teraz jestem zakałą rodziny.
- Nigdy tego nie powiem!
- A jednak dajesz mi do zrozumienia, że byłem lepszy przed wypadkiem. Że jestem dla was rozczarowaniem, bo nie jestem taki jak... - zawiesił głos. - Jak dawny Czarek. Mam czasami wrażenie, jakbyś podejrzewała mnie o to, że jestem kimś innym.
Paweł uwielbiał używać tego argumentu. Uwielbiał każdy argument, który powodował ból w sercu Modesta i Dobrochny Dobruckich, bo w głębi ducha on też czuł się rozczarowany tym, że nie zaakceptowali go oni takim, jakim był. Nie znał Czarka, tego prawdziwego, nie umiał go naśladować, nie zawsze potrafił udawać na tyle, by nie zorientowali się, jak złym był w głębi serca człowiekiem. Przede wszystkim jednak wierzył, że rodzice Cezarego nigdy nie pogodzili się z tym, że ich syn odszedł ze służby.
- Zawiodłem wasze oczekiwania - powiedział zimno. - Zostałem oficerem, ale nie zrobiłem kariery i nie mogliście się chwalić mną przed znajomymi.
- To wcale nie o to... - próbowała mu przerwać Dobrucka, ale nie dał jej dojść do słowa.
- Tak, przede wszystkim o to chodzi. Jakoś byście przeżyli, że mam uszkodzoną głowę od wypadku i problemy z emocjami, ale że zrezygnowałem ze świetlanej kariery w mundurze... Tego żeście mi nigdy nie darowali. Patrzyłaś na mnie zawsze tak, jakbym był obcym człowiekiem, jakby z tego szpitala wyszedł ktoś inny.
- Bo wyglądałeś inaczej! - zawołała Dobrucka, uderzając dłońmi o blat. - Byłeś pokiereszowany, po kilku operacjach plastycznych... Ledwo cię poznałam.
- A matka powinna wiedzieć, prawda? - wycedził, patrząc jej prosto w oczy. - Matka zawsze wie i pozna swoje dziecko.
Te słowa były kolejnym ciosem w serce Dobruckiej. Ojciec schował twarz w dłoniach i nic nie powiedział do końca posiłku. Paweł natomiast w duchu świetnie się bawił. Przyszło mu do głowy, że powinien jednak wyznać im prawdę, zadać im ten ostateczny cios, a potem ich okraść i wyjechać. Zostaliby z tą przerażającą wiedzą, że ich rodzony syn leży na jakimś małym cmentarzu w Lubuskiem. Jeszcze by im rzucił na odchodne, że nikt mu nie pali świeczek, choć rzeczywistość była inna. Czasem odwiedzał grób Czarka... sam nie miał pojęcia dlaczego... i widział, że mogiła jest zadbana.
Po chwili ciszy Paweł, jak gdyby nigdy nic, stwierdził:
- Pyszny obiad. - Wstał od stołu, złapał talerz i wrzucił go do zlewu. - Zawsze byłaś świetną kucharką, mamo. Idę się położyć i przemyśleć, co będę dalej robił ze swoim nieudanym życiem.
Tak naprawdę Paweł dobrze wiedział, co chce zrobić. Najważniejsze było zdobycie szyfru do sejfu znajdującego się w sypialni rodziców. Reszta zdawała się mu już łatwa do ogarnięcia.