ROZDZIAŁ PIERWSZY
18 czerwca 1931
Limekiln Cottage, Dunfermline, Szkocja
- Boże święty, Marion, zupełnie upadłaś na głowę? - Matka zatrzasnęła
drzwiczki piekarnika i wyprostowała się. Rumieniec na policzkach nie
pojawił się z powodu pieczenia chleba w najgorętsze popołudnie lata.
Odgarnęła siwiejące włosy i pozostawiła dłoń na czole, jakby chciała się
przytrzymać rozsądku.
- Mam nadzieję, że nie przyjęłaś! - wykrzyknęła głosem wyższym o parę
tonów. - Mam nadzieję, że się nie zgodziłaś. - Świdrowała mnie wzrokiem
przez całą kuchnię. - Zgodziłaś się, prawda? - Wyrzuciła w górę ręce z wykrzywionymi w złości palcami. - No to musisz im powiedzieć, że nie
pojedziesz. Nie pozwolę, żebyś zrujnowała sobie przyszłość, bo ktoś wbił
ci do głowy jakiś szalony pomysł. Koniec rozmowy.
- Ojej - odparłam lekkim tonem. - A zawsze chciałam się dowiedzieć, jak
to jest, gdy pokojówka przynosi poranną herbatę, a lokaj czyści buty.
Zupełnie jakbym przyłożyła zapałkę do puddingu polanego brandy: policzki
mamy zapłonęły szkarłatem, a w oczach błysnęło ostrzeżenie.
- Taki brak powagi nie przystoi, moja droga. Nie w chwili, w której
zamierzasz zniszczyć sobie karierę tym niedorzecznym wyjazdem na
południe. - Rzuciła ścierkę do naczyń na stół. - Zupełnie nie rozumiem
ciebie i tych twoich pomysłów. Czy to lady Elgin namówiła cię na te
bzdury? Oczywiście. Wiedziałam, że opiekowanie się jej dziećmi przez
lato odciągnie cię od studiów.
Zaczęłam żałować pierwszych pełnych ekscytacji, nierozważnych słów.
- Zaproponowano mi pracę nauczycielki córeczki księżnej Yorku... -
Wyciągnęłam rękę i delikatnie objęłam palcami jej ramię. Strząsnęła je
gwałtownym ruchem. - Proszę, niech mama na chwilę przestanie.
- Próbuję cię powstrzymać, żebyś nie zrujnowała sobie życia!
- Chodzi o coś więcej niż tylko mój wyjazd do Londynu. Zaproponowano mi
wyjątkową pracę.
Chwyciła mnie za ramię. Potrząsała nim przy każdym słowie.
- Przez całe życie chciałaś być nauczycielką. - Napięcie w jej głosie
opadło. - Czy nie to było celem tej ciężkiej pracy? Listy polecające.
Moray Training College zgodził się na przedłużenie ci stypendium na
semestr jesienny. Większość osób oddałaby wszystko... Czemu, u licha,
chcesz to odrzucić? - Wzięła oddech, by mówić dalej, nie spuszczała
wzroku z mojej twarzy. - Kochanie, wiesz równie dobrze jak ja, że ci
ludzie... są inni. Nie przypominają nas w niczym. W niczym! Ich sposób
życia, pieniądze... ich... ich... - Wytarła dłonie w fartuch i ciągnęła: - Ich
miejsce w świecie. Są wymagający i nie liczą się z tymi, którzy dla nich
pracują. Znajdziesz się tylko o szczebelek wyżej niż jedna z ich
służących.
Otworzyłam usta, by zaprzeczyć, ale zaraz je zamknęłam. Rozumiałam jej
rozpaczliwą potrzebę, by ocalić mnie przed życiem, jakie znała moja
babka, która była gospodynią bogatej ziemiańskiej rodziny.
- Jeszcze się nie zgodziłam. Najpierw chciałam to omówić z mamą. Jak
zawsze to robimy. Właśnie tak. - Prychnęła i odwróciła się. - Wyjdźmy na
zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Tu jest strasznie duszno. Chcę
opowiedzieć mamie wszystko, co się wydarzyło, a potem mama powie mi, co
naprawdę myśli!
Mruknęła na zgodę z niechęcią, ale pozwoliła się wyprowadzić do ogrodu
za domem. Posadziłam ją na starej dębowej ławce pod kuchennym oknem.
Oparła się o kamienny mur i powachlowała dłonią.
- Ależ w tej kuchni jest gorąco. Co za lato!
Spojrzała na warzywnik. Dwie kaczki próbowały wylądować w sadzawce, ale
za późno zahamowały skrzydłami i wpadły na brzeg: to zawsze ją
rozśmieszało, ale nie dzisiaj. Obserwowałam, jak walczy, by się uspokoić
lub jak sama to ujmowała, "żeby się ogarnąć", co wypracowała podczas
wszystkich przeciwności losu i rozczarowań, których doznała w swoim
pięćdziesięciosześcioletnim życiu. Pierś falowała już wolniej, mięśnie
wciąż poróżowiałej twarzy rozluźniły się. Wróciłam do kuchni,
napracowałam się przy pompie, by ze studni napłynęła zimna woda, i wróciłam z dwiema szklankami.
Wypiła łyk.
- No, już lepiej. - Odwróciła się, żeby spojrzeć na mnie, osłaniając
dłonią oczy przed promieniami słońca wpadającymi przez liście morwy,
która ocieniała kuchenne drzwi. Położyła sobie moją dłoń na kolanach i pogładziła ją kciukiem, jakby próbowała ukoić moje zbuntowane myśli.
- Nie chciałam tak zaczynać... - Kąciki jej ust opadły. - Zupełnie mnie
zaskoczyłaś. - Poklepała mnie po dłoni, by się upewnić, że źle mnie
zrozumiała. - Nie myślisz chyba poważnie o przyjęciu tej propozycji?
Objęłam palcami jej dłoń.
- Po pierwsze, to praca tylko na trzy miesiące. Wrócę do Edynburga pod
koniec września, żeby zacząć kurs psychologii. Nic się...
- Wyczerpana, przepracowana i zupełnie nieprzygotowana.
Pokręciłam głową.
- Ależ skąd. To tylko praca na lato. I będę miała wolne popołudnia, żeby
się uczyć. W rodzinie są tylko dwie dziewczynki. Młodszą będzie się
opiekować niania. Ja mam uczyć starszą, księżniczkę Elżbietę, Lilibet,
jak ją nazywają. Ma pięć lat.
- Guwernantka to nie to samo co nauczycielka. Pierwsza należy do
personelu, druga wykonuje służbę publiczną, bardzo ważną i tak potrzebną
dla dzieci z pracujących rodzin!
- Wiem, mamo. Ale denerwuje się mama zupełnie bez powodu: to praca na
krótko, a nauczycielką będę przez resztę życia. W każdym razie polubiłam
ich. Ona jest miła, bezpośrednia, uprzejma i, choć brzmi to mało
prawdopodobnie, całkiem zwyczajna.
- W księżnej nie ma nic zwyczajnego, moja kochana, a już na pewno nie w należącej do rodziny królewskiej.
Uśmiechnęłam się, bo księżna, z bystrymi niebieskimi oczami, miękkimi
brązowymi włosami z niemodną kręconą grzywką i z dźwięcznym, dziewczęcym
śmiechem wydała mi się bardzo zwyczajna. Nie wyglądała na kobietę, z jaką ożeniłby się syn króla, nawet jeśli Albert, książę Yorku, był drugi
w kolejce do tronu: zapasowy następca.
Bądź cierpliwa, pouczyłam samą siebie, gdy matka mówiła coś o arogancji arystokratów, z których większość miała mózgi wielkości
ziarnka grochu. Wiesz, że to niesamowita propozycja. A teraz jej to
wyjaśnij, ale z wielkim taktem!
- Do dziś sobie tego nie uświadamiałam, ale nigdy dotąd nie wyjeżdżałam
ze Szkocji. Lato spędzone na nauczaniu wnuczki naszego króla będzie
okazją, by zobaczyć część życia, o którym tylko czytamy w książkach
historycznych... po latach. To nawet poszerzy moje horyzonty!
Mama uniosła wysoko brwi, jedno ramię też powędrowało w górę.
- A kto chciałby to oglądać? Nie wystarczyły opowieści twojej babki o pracy dla lorda Abercrombiego, który uważał się za boga, i jego rodziny?
Znosiła długie, ciężkie godziny pracy, nie miała własnego życia,
poświęciła się, żeby rodzina Abercrombiech mogła wieść wygodne życie w luksusie. - Prychnęła. - Ale w tamtych czasach nie było zbyt wielkiego
wyboru, z bożą pomocą przyjmowało się każdą pracę.
Udawałam, że nie dostrzegam lekceważącego gestu ramienia.
- Proponują mi dwa funty tygodniowo za nauczanie jednej dziewczynki
przez pięć poranków w tygodniu. Trudno to uznać za niewolniczą pracę.
Niech mama pomyśli o pieniądzach, jakie zaoszczędzę. - Widziałam, jak
niecierpliwie kręci głową, pragnąc mi przerwać, i podniosłam rękę. -
Myślę, że księżna by się mamie spodobała. A w zasadzie mam pewność. Jest
naturalna, praktyczna, ma swobodny sposób bycia. A jej mąż wcale nie
pasuje do obrazu księcia z mojej wyobraźni.
Oparłam rękę na jej kolanie i mówiłam spokojniej.
- Książę przypomina mi człowieka, który wynajmował przed laty Old
Cottage. Pamięta mama?
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Chyba nie chodzi ci o tego, jak mu tam było, emerytowanego naczelnika
poczty z Glasgow, który chciał zamieszkać na wsi, a potem nie mógł
znieść ciszy? - Zakryła usta dłońmi i zachichotała. - Ale on miał nie po
kolei w głowie.
- Tak, ten. Nie chcę przez to powiedzieć, że księciu brakuje piątej
klepki. Ale jest nerwowy. Pamięta mama, jak krowa pana Rossa goniła
tamtego pana, szkoda, że nie wiem, jak się nazywał, przez pola? Spakował
się potem i wrócił do miasta.
- Chciał tu spędzić emeryturę i wytrzymał tydzień. - Mama pokręciła
głową. - Biedaczyna. - Roześmiała się. - Że też go pamiętasz... pan
Thistle? Nie, Twistleton. - Podniosła szklankę do ust i wypiła kilka
małych łyków, śmiejąc się na to wspomnienie. - Książę przypomina ci pana
Twistletona?
- Trochę. Nie jest aż tak nerwowy i nieśmiały, ale jest raczej cichy i zamknięty w sobie, a w towarzystwie obcych i w nieznanych sytuacjach
wydaje się czujny i skrępowany.
- Pobierają się z krewnymi, na tym polega problem arystokracji.
Zignorowałam jej nieufność w stosunku do wyższych klas.
- Książę ma przyjemną twarz, najlepszą cechą są jego oczy, kiedy podnosi
głowę. Jest też trochę chudy... można go chyba uznać za mało atrakcyjnego.
- Ujęłam to dość łagodnie, bo uznałam go za skromnego człowieczka, który
trzymał się na uboczu podczas zaimprowizowanego drugiego śniadania u lady Elgin; palił papierosy, wpatrując się w czubki swoich
wypolerowanych butów. - Mylnie wzięłam go za wyniosłego: był znudzony,
bo musiał siedzieć z grupką kobiet. Potem przyszło mi do głowy, że chyba
jest nieśmiały. Z pewnością pozwolił, by żona przejęła inicjatywę.
Mama przestała pić wodę.
- Gadułka, prawda? - wtrąciła.
- Energiczna. Sporo wspominała o swoim pochodzeniu z regionu Highlands.
Jej rodzina wywodzi się z Angus. Mówiła, że uwielbia wracać do domu do
Szkocji. Ale przede wszystkim opowiadała o swoich córeczkach, nazwała je
uroczymi.
Mama zawsze burzyła się na takie przejawy czułości. To prosta Szkotka,
która lubiła, żeby dzieci były hałaśliwe i nie plątały się pod nogami:
łapały kijanki w stawie, podkradały jabłka i budowały fortece z gałęzi.
Spojrzałam na jej szczupłe nadgarstki i przygarbione ramiona. Jej dni
jako matki trójki małych dzieci dawno minęły. Teraz ma już tylko mnie, a ja przekazuję jej wieści o pracy, którą chcę podjąć prawie sześćset
kilometrów od domu.
Rozłożyłam palce obu dłoni.
- Ta praca to taka mała przygoda przed powrotem do Moray College -
wyjaśniłam. - Księżna w pełni rozumie, że we wrześniu muszę wrócić do
Edynburga, żeby skończyć studia. Bardzo interesował ją mój kurs
psychologii, zadawała wiele pytań. - Ale nie jest też głuptaską, której
łatwo zaimponować. Przypomniałam sobie, jak patrzyła na mnie znad
brzegu filiżanki, szacując mnie chłodnym, niebieskim spojrzeniem.
Skierowała rozmowę na moją pracę - uczyłam latem nieznośny gang dzieci
lorda i lady Elginów.
- Lady Elgin mówi, że uczy pani Andrew historii? - W jej wysokim,
kulturalnym głosie nie było słychać, że rodzina pochodzi z Angus. Gdybym
zamknęła oczy, mogłabym uznać, że księżna ma czternaście lat.
Spojrzałam na lady Elgin, która siedziała spokojnie w wygodnym, lecz
lekko podniszczonym salonie i uśmiechem kwitowała postępy syna pod moim
kierunkiem.
- Tak, ma'am1. Piętnasty wiek: wojna Dwóch Róż.
Księżna przechyliła głowę, a na jej okrągłej twarzy pojawił się uśmiech
rozbawienia.
- Mam nadzieję, że jest po stronie Yorków! - rzuciła ku rozbawieniu
wszystkich. - A dziewczęta?
- Martha i Jeanie zapisują w dzienniczku książki, które czytają tego
lata. Martha lubi siostry Brontë, a Jeanie... - roześmiałam się - Jeanie
jest zaprzysięgłą Szkotką: zakochała się w poezji Roberta Burnsa. Mary...
Księżnej nie interesowała jednak Mary, kuzynka Elginów, dukająca swoją
pierwszą czytankę.
- Bardzo dobrze dla Jeanie. Jako dziewczynka też uwielbiałam Robbiego
Burnsa. - Księżna wyprostowała się na krześle i splotła dłonie na
kolanach okrytych sukienką w kolorze pudrowego błękitu, parodiując
uczennicę, którą poproszono, by wyrecytowała wiersz po podwieczorku. -
Zobaczmy, czy jeszcze pamiętam. - Przybrała spokojny wyraz twarzy i uniosła oczy, szukając inspiracji. - A tak: "Och, moja miła jest jak
róży pąk - Tak świeży jest jej wdzięk. Och, moja miła jest jak coś tam,
coś tam...". - Zakręciła dłonią w powietrzu - "Piosenki czułej
dźwięk"2. - Podniosła ręce i wzruszyła ramionami w przesadnych
przeprosinach.
- Ś-ś-śpiew - wtrącił jej mąż. - Moja m-m-miła jest jak... śpiew. -
Szeroki uśmiech zamienił go w bardziej bezbronną wersję przystojnego
brata, księcia Walii.
- Oczywiście, palnęłam głupstwo. Dziękuję, Bertie. - Rozpromieniła się.
- "Moja miła jest jak śpiew"!
Jej perlisty śmiech z samej siebie, jej żywotność i poczucie absurdu
sprawiły, że poczułam do niej sympatię. Mogła być dziewczyną w moim
wieku, a nie synową króla z dwojgiem dzieci. Czasami my, Szkoci, zbyt
poważnie podchodzimy do życia, ale ta drobna kobieta, z jasnym uśmiechem
i w dość śmiesznym kapeluszu z piórami, była zabawna!
Opowiedziałam to wszystko mamie, pomijając poezję i kapelusz.
- Czy ona na pewno rozumie, że to tylko na trzy miesiące i że wrócisz do
Edynburga, żeby kontynuować studia?
- Wrócę do Edynburga dwudziestego dziewiątego sierpnia, żeby zacząć
zajęcia, a oni wynagrodzą mnie bardzo hojnie, zważywszy że nie mam
żadnego doświadczenia, z wyjątkiem dzieci Elginów. - Starałam się, by
mój głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie. Protesty matki w połączeniu z myślą o długiej samotnej podróży do Londynu, do dziwnego i porażająco
wielkiego domu księcia zaczęły przyćmiewać moją ekscytację z powodu
nowej przygody.
Mama westchnęła.
- Tu nie chodzi o pieniądze, Marion. Nie musisz aż tak bardzo się
wysilać, żeby zarobić kilka dodatkowych funtów. Zawsze wystarczały nam
moje oszczędności i renta wojennej wdowy. Bardziej martwi mnie, że
skończysz jako guwernantka, a nie nauczycielka.
Mama nigdy się do tego nie przyzna, ale istnieje też inny powód, dla
którego podchodziła do tej pracy z tak wielką niechęcią. Jestem jej
jedynym dzieckiem i nasza rodzina jest bardzo mała. Obaj moi starsi
bracia zginęli podczas Wielkiej Wojny, ojciec zmarł niedługo potem, gdyż
gaz musztardowy uszkodził mu płuca. Dwie niezamężne siostry mamy
mieszkają w jednym domu w Aberdeen, który dzielą wyłącznie z Panem
Bogiem. Studiując w Edynburgu, przyjeżdżałabym do domu autobusem w co
drugi weekend. Z Londynu nie mogłabym sobie na to pozwolić.
- A kim w ogóle była ta księżna, zanim wyszła za mąż?
- Lady Elżbietą Bowes-Lyon. - Przeszłam na dialekt z Highlands, którym
mówiła moja babka. - Ta książna jezd Szkotyką, jak my z mamum, a jej
rodzena to Strathmores o'Glamis.
Rzuciła mi znaczące spojrzenie.
- Czyli dla ciebie jej córki to księżniczka Elżbieta i księżniczka
Małgorzata Róża, Ich Królewskie Wysokości. Mam nadzieję, że to
rozumiesz. - Kręceniem głowy podsumowała moje pragnienie, by pracować
dla rozpieszczonej przywilejami rodziny królewskiej z południa. A jeśli
mój opis księcia Yorku nie mijał się z prawdą, był on mężczyzną, który
nie przepłoszyłby krowy.
- Spodobały mi się jej słowa, kiedy proponowała mi pracę. Powiedziała:
"Może przyjedzie pani do nas do Royal Lodge na miesiąc?". - Zabrzmiało
to jak zaproszenie na wizytę, a nie oferta pracy dla tymczasowej
guwernantki. - "A potem zobaczy pani, czy nas polubi, a my panią. Jeśli
dobrze nam pójdzie, zostanie pani na lato!".
1 lipca 1931
Royal Lodge, rezydencja księcia Yorku
Windsor Great Park, Berkshire, Anglia
Obudziłam się o piątej w chłodnym szarym świetle poranka sączącym się
zza brzegów ciężkich kotar w mojej sypialni w Royal Lodge. Leżałam tak
jak zasnęłam zmęczona, na wznak, z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała. Z poprzedniego wieczoru zapamiętałam jedynie samochód skręcający w podjazd
w wieczornym świetle i wielki, trzykondygnacyjny dom, śliczny jak tort
ślubny, lśniący jak różowa perła w ostatnich promieniach słońca.
Gdy robiło się jaśniej, z cienia w pokoju wyłaniały się kształty mebli.
Ścianę przy drzwiach zajmowała wielka szafa. Po obu stronach kominka
stały dwa nieduże fotele z haftowanymi poduszkami. W biblioteczce w rogu
ustawiono według wysokości oprawione w skórę książki. Na ścianach
oklejonych tapetą w zielono-białe paski wisiały akwarele w czarnych
ramkach. Był to wygodny, sympatyczny pokój, różniący się bardzo od
pachnących różami i bzem apartamentów, do których rzucałam okiem, gdy po
przyjeździe kamerdyner prowadził mnie szerokimi marmurowymi schodami na
drugie piętro.
Kiedy daimler zatrzymał się przed Royal Lodge, wiejską rezydencją
księcia Yorku, nachyliłam się i zacisnęłam zimne dłonie na kolanach, by
powstrzymać ich drżenie. Surowa, imponująca fasada, która ze swoimi
rozświetlonymi oknami przypominała pasażerski liniowiec wyruszający w podróż przez ocean, była przytłaczająca. Czułam się brudna i potargana.
Zawahałam się, nie chcąc opuszczać mojego azylu, kiedy szofer księcia
otworzył tylne drzwi. Podczas naszej krótkiej podróży mężczyzna, który
pomógł mi się wydostać z chaosu dworca King's Cross, stał się moim
jedynym sojusznikiem w obcym świecie.
- Jesteśmy na miejscu, panno Crawford. Pani długa podróż wreszcie
dobiegła końca.
Pan Hughes wyciągnął dużą dłoń w skórzanej rękawiczce, by pomóc mi
wysiąść, a na podjazd ze schodów zszedł wysoki szpakowaty mężczyzna.
- Dobry wieczór, panno Crawford. Jestem kamerdynerem Jego Wysokości,
nazywam się Ainslie. Witamy w Royal Lodge.
Ten zadbany, dobrze ubrany mężczyzna o cichym głosie w niczym nie
przypominał grubego, protekcjonalnego majordomusa w poplamionym zupą
krawacie, którego zatrudniali Elginowie.
- To zdecydowanie zbyt długa podróż, by odbywać ją samotnie. Pierwszy
raz jest pani na południu, prawda? - Empatycznym skinieniem głowy
wyraził współczucie z powodu długich godzin spędzonych przeze mnie w wagonie trzeciej klasy z czterema przesiadkami.
Odwróciłam się w poszukiwaniu walizki.
- Proszę się nie martwić bagażem, panno Crawford. James przyniesie go na
górę.
Z cienia portyku wyłonił się młody mężczyzna i wziął od szofera moją
podniszczoną walizkę. Zrobiłam trzy kroki i mrugając, stanęłam na jasno
oświetlonym progu, a James zniknął w drzwiach ukrytych w pokrytej
boazerią ścianie.
Przede mną rozciągał się hol wyłożony czarno-białymi płytkami z marmuru.
- Księżniczki udały się już na spoczynek - uspokoił mnie pan Ainslie. -
Książę i księżna wyszli na wieczór i zostaną na noc w londyńskim domu,
więc będzie pani miała okazję odpocząć i oswoić się z miejscem. Ma pani
ochotę na kolację? - Na wpół odwrócił się do mnie, gdy wchodziliśmy na
schody. Myślałam tylko o tym, żeby zdjąć tweedowy kostium; czułam, że w rezydencji jest niemiłosiernie gorąco w porównaniu z naszym pełnym
przeciągów domkiem i smaganymi wiatrem peronami, na których czekałam.
- Dziękuję, nie jestem głodna, ale z chęcią wypiłabym filiżankę herbaty
- odparłam, potykając się na ostatnim stopniu. Byłam zbyt zmęczona, by
jeść, i marzyłam, żeby zdjąć nowe buty, które mnie cisnęły.
Pan Ainslie otworzył drzwi w szerokim korytarzu.
- To pani sypialnia, tamtędy można przejść do małego saloniku. - Gestem
wskazał drzwi w przeciwległej ścianie. - Łazienka znajduje się po
drugiej stronie korytarza. Kiedy James przyjdzie z bagażem, proszę mu
powiedzieć, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała. Zaraz przyniosą
herbatę. - Poprawił zasłonę i rozejrzał się po pokoju. - Cieszymy się,
że pani do nas dołączyła, panno Crawford. Życzę pani dobrej nocy. -
Zostawił mnie w ciszy moich pokoi, a ja usiadłam na łóżku i zdjęłam
buty. Drzwi znów się otworzyły: pokojówka przyniosła tacę z herbatą,
spoglądając czujnie spod półprzymkniętych powiek. Przed wyjściem
mruknęła coś o chlebie z masłem.
Rozebrałam się jak najszybciej, włożyłam koszulę nocną, wypiłam
filiżankę gorącej, słodkiej herbaty i pochłonęłam trzy cienkie kromki
chleba z masłem. Odrzuciłam narzutę i złożyłam na wykrochmalonej
pościeli zmęczone ciało. Zdrętwiałe kończyny wyprostowały się z wdzięcznością. Naciągnęłam koc na uszy i zamknęłam oczy.
*
- Lilibet... ona śpi. - Obudziłam się w blasku słońca i ujrzałam
dziewczynkę o okrągłej buzi, stojącą przy łóżku w białej haftowanej
koszuli nocnej. Odwróciła się i uniosła palec do ust.
Gdy próbowałam usiąść, dołączyła do niej wyższa dziewczynka.
- Dzień dobry - powiedziała. - Z poważnej twarzy spoglądały na mnie
wielkie jasnoniebieskie oczy. - Pukałyśmy, ale chyba pani nie słyszała.
Jestem Lilibet, a to Małgorzata Róża. Ogromnie nam przykro, że panią
obudziłyśmy, ale chciałyśmy panią zobaczyć jako pierwsze. - Zmarszczyła
brwi w obawie, że powiedziała coś niewłaściwego. - Tak naprawdę chciałam
zapytać, czy zjadłaby pani z nami śniadanie? - Jej powaga i pewność
siebie były urocze, podobnie jak troska, że mi przeszkodziła. Dwie
siostry grzecznie czekały na moją odpowiedź. Miały wielkie oczy ojca,
ale ich spojrzenie było spokojne i bezpośrednie jak u matki.
- Dziękuję, będzie mi bardzo miło. Na pewno już się domyśliłyście, że
jestem Marion Crawford. - Spojrzałam na zegar na kominku. Wielkie nieba,
była prawie ósma! Aby uniknąć mało eleganckiego poszukiwania szlafroka,
zapytałam:
- A gdzie jadacie śniadanie?
Lilibet też spojrzała na zegar.
- O dziewiątej w dziennym pokoju dziecięcym, ale powinna pani przyjść
wcześniej. To w korytarzu po prawej stronie. - Rzuciła mi uprzejmy,
nieśmiały uśmiech, ukazując szparę po brakujących przednich zębach.
- Dziś jemy jajka sadzone, a kiedy stygną, robią się śliskie. -
Szczerość siostry sprawiła, że Lilibet szerzej się uśmiechnęła.
- Chodź, Małgorzato, musimy iść. - Wzięła ją za rękę. - Alah będzie zła,
jeśli nie ubierzemy się przed śniadaniem.
- Alah to wasza niania?
Lilibet skinęła głową.
- To pani Knight, ale mówimy na nią Alah.
Alah. W tej uporządkowanej atmosferze zalanych słońcem pokoi i sadzonych
jajek nie dziwiło mnie, że ktoś o tak boskim imieniu mógłby się
zirytować taką drobnostką jak brak punktualności.
ROZDZIAŁ DRUGI
Sierpień 1936
Royal Lodge, Windsor Great Park, Berkshire, Anglia
Spojrzałam na pokrytą lokami główkę podskakującą przy moim łokciu.
- Podsadzisz mnie, Crawfie? Nic nie widzę! - Sześcioletnia Małgorzata
była wciąż niedużą, okrąglutką dziewczynką.
- Niewiele jest do oglądania. - Chwyciłam ją w talii i podsadziłam na
podstawę kamiennej balustrady, która biegła wzdłuż dachu Royal Lodge. -
Lepiej? - Ujęłam jej gorącą dłoń w swoją, żeby ją podtrzymać, gdy
wspięła się na palce, by spojrzeć na podjazd w dole.
- Trochę tak, ale widzę przede wszystkim żwir.
Wciągnęłam łagodne letnie powietrze: unosił się w nim zapach świeżo
skoszonej trawy z nutą letnich kwiatów.
- Stąd można zobaczyć ogród różany. Spójrz, pan Carter ścina kwiaty do
jadalni. - Nigdy nie miałam dość pogodnego widoku z tego wspaniałego
domu z jego tchnącymi spokojem ogrodami, które otaczały stare libańskie
cedry. Nie byłam też w stanie wyobrazić sobie życia bez córeczek księcia
i księżnej Yorku; stały się częścią mnie, podobnie jak ja stałam się
częścią ich rodziny.
List, który z takim mozołem napisałam do matki latem 1931 roku,
informując ją, że podjęłam decyzję, by zostać, był najtrudniejszy, jaki
wysłałam w życiu. Ogromna odległość dzieląca Dunfermline i Windsor z każdą linijką stawała się coraz większa. W szybkiej odpowiedzi zapewniła
mnie, że rozumie moją decyzję. Rodzina Yorków oferowała mi ogromne
możliwości, żeby doświadczyć innego życia i spojrzeć na nie z szerszej
perspektywy. Matka miała na tyle taktu, żeby to napisać, ale wiedziałam,
że tęskni za moim towarzystwem.
Małgorzata Róża otarła noski butów o kamień, gdy wychyliła się jeszcze
bardziej, przywołując mnie z powrotem do teraźniejszości.
- Spójrz, to tato i mama. Wychodzą, żeby poczekać na przyjazd stryja
Davida i jego przyjaciółki. - Obie spojrzałyśmy na czubki głów w dole,
jednej nagiej w przyćmionym popołudniowym słońcu, drugiej nakrytej
jasnoniebieskim kapeluszem przybranym fioletoworóżowymi różami z jedwabiu. Książę i księżna czekali na nowego króla Anglii, który miał
przyjechać na podwieczorek.
Kiedy Małgorzata zobaczyła już wszystko, co było do zobaczenia, była
gotowa na zabawę.
- Chodź, Crawfie, Lilibet przyjdzie tu za chwilę. Musimy się schować.
Zatrzymałam ją jeszcze na moment, gdy dobiegł nas lekki, czysty głos
księżnej, rozbrzmiewający jak dzwoneczek w ciężkim sierpniowym
powietrzu.
- On się z nią ożeni, Bertie. Pewnie oświadczył się już wiele miesięcy
temu i oczywiście wiesz, że się zgodziła.
Nachyliłam się, żeby spróbować usłyszeć pełną wahania, cichą odpowiedź
księcia.
- Nie, kochany, nie sądzę, że to coś przelotnego - powiedziała księżna,
śmiejąc się dźwięcznie. - On zupełnie stracił głowę. Tym razem to
poważna sprawa.
Książę powiedział głośniej:
- Ona jest... at... atrakcją.
- Żałuję, że to nie jest takie proste. - Głos księżnej zabrzmiał ostro,
jakby zirytowało ją, że tak sceptycznie podchodzi do jej słów. - Wiesz,
że nie pozwolą mu zostać, jeśli się z nią ożeni.
Podsłuchiwałam, ale nie mogłam się powstrzymać. Wychyliłam się jeszcze
bardziej, pragnąc dosłyszeć odpowiedź księcia.
- On tego nigdy nie zrobi. - Książę łatwo się denerwował, ale pod jego
zniecierpliwioną i pełną emfazy odpowiedzią kryło się coś jeszcze.
Patrzyłam, jak księżna wyciąga rękę, żeby poklepać go po przedramieniu,
jak robiła to niezliczone razy, gdy mężowi zaczynały puszczać nerwy.
Poklepuje go, jakby był zbyt narowistym koniem, pomyślałam.
Książę odchrząknął.
- Nie zrobiłby mi tego, rozmawialiśmy o tym. - Potem dodał z lekkim
zwątpieniem w głosie: - D-d-dał mi s-s-słowo.
- Módlmy się, żeby go dotrzymał, bo inaczej zachcą, żebyśmy go zastąpili
i będziemy się mogli pożegnać z wygodnym życiem tutaj - odparła księżna.
Rozległ się klakson i na podjazd wjechał długi zielony samochód,
kierując się w stronę domu. - Wielkie nieba, czym on jeździ?
Książę nie odpowiedział, ale patrzyłam, jak spuszcza głowę i wiedziałam,
że wbija wzrok w stopy.
- To jego nowy samochód? - Księżna dotknęła łokcia męża, przywołując go
z powrotem do rzeczywistości i powitania brata. - Zielony. Cóż za dziwny
pomysł!
- Tak, jest z niego bardzo dum... dumny, nazywa się kombi. Amerykański.
- Oczywiście. Przynajmniej ona nie przyjedzie w przyszłym tygodniu do
Balmoral!
Małgorzata wysunęła rączkę z mojej dłoni i pociągnęła mnie za rękę.
- Chodź, Crawfie, schowamy się za kominami. - Odwróciłam się od krawędzi
dachu, lecz wcześniejsze słowa księżnej wciąż unosiły się w powietrzu,
ostrzegawczo ciężkie jak chmury zbierające się na wschodzie: "Wiesz, że
nie pozwolą mu zostać, jeśli się z nią ożeni". Najbardziej dziwiło mnie
to, że w jej głosie nie słychać było niepokoju ani przerażenia, które
pobrzmiewały w głosie jej męża. Przemawiała ze spokojem kobiety, która
wie, co szykuje dla niej przyszłość.
- Znalazłam was, znalazłam was obie! - Lilibet wystawiła głowę przez
okno pokoju szkolnego. - Nawet się nie schowałyście. Poza tym i tak
zawsze zaczynam szukać tutaj, bo to ulubione miejsce Małgorzaty.
- Nieładnie, nie dałaś nam dość czasu! - Małgorzata zeskoczyła z podstawy balustrady.
- Dałam i to nawet więcej, bo Alah kazała mi posprzątać bałagan, którego
narobiłaś w szafce z zabawkami.
Małgorzata Róża oparła dłonie na biodrach.
- To wcale nie był bałagan, tylko ty lubisz wszystko sprzątać. A my
dopiero co tu wyszłyśmy!
Wstążka do włosów się rozwiązała, a mój mały urwis z otartymi bucikami i brudnymi rękami uniósł brodę, spoglądając na świeżo umytą i uczesaną
siostrę. Taksujące spojrzenie Lilibet wyrażało drwinę.
- Widziałaś swoją sukienkę? Jak ci się udało ją rozedrzeć? Miałaś
mnóstwo czasu, żeby znaleźć kryjówkę. Teraz moja kolej.
- Nie, Lilibet, nie! To niesprawiedliwe! - Małgorzata zawsze tak
krzyczała, gdy życie groziło, że pokrzyżuje jej plany. - Stryj David
przyjechał na podwieczorek, a ja jeszcze się nie schowałam! - W proteście wysunęła dolną wargę.
Lilibet wspięła się przez okno na dach i minąwszy nas, podeszła do
balustrady, by się przez nią wychylić.
- Rodzice wsiadają do jego nowego samochodu. Dokąd oni się wybierają?
Małgorzata zaczęła tupać nogami, a po pulchnych policzkach popłynęły
łzy.
- On już wyjeżdża, a ja nawet się nie przywitałam ani nie wypiłam
herbaty!
Przykucnęłam przed nią i podałam jej chusteczkę.
- Pojechali tylko na krótką przejażdżkę nowym samochodem Jego
Królewskiej Mości. No chodź, wydmuchaj nos. Powiedz mi... - Uniosłam jej
nadgarstek. - Która jest godzina na twoim nowym zegarku?
- Za pięć minut psiakość czwarta. - Zachichotała, gdy wstrząśnięta
Lilibet głośno wciągnęła powietrze. Małgorzata niedawno zaprzyjaźniła
się z nowym paziem, który w chwilach zdenerwowania rzucał pod nosem
"psiakość".
- Samo za pięć czwarta zdecydowanie wystarczy, bardzo dziękuję. A o której jemy podwieczorek?
- O piątej.
- Grzeczna dziewczynka. Widzisz więc, że możemy się jeszcze raz pobawić
w chowanego i teraz chyba jest moja kolej, żeby się schować. No,
wskakuj! - Pomogłam Małgorzacie wrócić przez okno do środka i zbiegłam
po stopniach do komórki mieszczącej się pomiędzy tylnymi schodami a główną klatką schodową. Będę miała chwilę spokoju, żeby przemyśleć
urywki rozmowy, którą podsłuchałam na dachu.
Czy król na pewno nie ma zamiaru poślubić pani Simpson? Wcześniej
wszystkie romanse nawiązywał, co prawda, z mężatkami, ale nie chciał się
z nimi żenić.
Powróciły do mnie słowa, którymi książę, jąkając się, zareagował na
stwierdzenie żony, że król zupełnie stracił głowę: "D-d-dał mi
s-s-słowo". Z całego serca współczułam człowiekowi, który uwielbiał
swojego wytwornego, pewnego siebie starszego brata i ufał mu. Ale jego
zaufanie zaczynało się kruszyć, gdy żona utrzymywała, że król zamierza
się ożenić z panią Simpson. Zdecydowane słowa księżnej sprawiły, że jego
własne uwięzły mu w gardle; nie mógł uwierzyć, że ukochany brat mógłby
go zawieść.
Ale już czas, żeby się ożenił, skoro został królem - ma przecież
czterdzieści dwa lata.
Ale z panią Simpson? Próbowałam sobie przypomnieć, co mówi
konstytucja. Nasz monarcha nie może się ożenić z katoliczką - tego byłam
pewna. Brytyjski monarcha jest głową Kościoła Anglii, więc małżeństwo z katoliczką nie wchodzi w grę.
Może dezaprobata, którą słyszałam w głosach pana Ainslie i Alah, kiedy
wspominano o pani Simpson, była związana z faktem, że jest katoliczką?
Nie, to dlatego, że się rozwiodła i to nie tylko z panem Simpsonem,
który również brał czynny udział w ożywionym życiu towarzyskim Londynu.
Czy pani Simpson nie schowała drugiego byłego męża gdzieś w Ameryce?
Zaczęłam się zastanawiać nad mężami Amerykanki. To niewyobrażalne, by
nasz król, choć uważał się za człowieka bardzo postępowego, mógł choćby
rozważać możliwość poślubienia dwukrotnej rozwódki.
Rozwód, mimo że legalny, pozostaje w naszym kraju sprawą bardzo
delikatną, a Kościół nie usankcjonuje małżeństwa króla z rozwódką, gdy
obaj jej mężowie nadal żyją.
Kiedy kucałam w ciemności pod niskim sklepieniem komórki, mając za
towarzystwo mopy i wiadra, z niezwykłą jasnością uderzyła mnie kolejna
myśl. Jeśli nasz król playboy, który panuje zaledwie od siedmiu
miesięcy, a jego koronacja pozostaje wciąż w sferze planów, uprze się,
by poślubić panią Simpson - podniosłam głowę tak gwałtownie, że
uderzyłam nią w sufit kryjówki - czy nie wywoła to tak gigantycznego
kryzysu, że ślub umożliwi jedynie abdykacja? Bystra księżna Yorku
najwyraźniej też tak myślała. Gdybym parę minut wcześniej nie słyszała
jej zapewnień, uznałabym pomysł, że Bertie zostanie królem Anglii, za
niedorzeczny.
Lubiłam księcia: był najmilszym i najbardziej wielkodusznym ojcem,
oddanym mężem, życzliwym i uprzejmym pracodawcą. Ale jego wady jako
przyszłego monarchy były znaczne. Powściągliwość i pełna rezerwy
skłonność do izolowania się to jedno, ale niechęć do publicznych
wystąpień i zacinanie się podczas mówienia nie były surowcem, z którego
królów się wyrabia3. Biedny człowiek, nie ma zamiłowania ani
siły do tej okropnej pracy.
Dwie tupiące pary stóp podbiegły do mojej kryjówki, a chrzęst kół na
podjeździe przypomniał mi, że dorośli wrócili. Czas się ogarnąć.
Zostałam zaatakowana na dwa fronty: Lilibet uchyliła drzwi komórki od
strony tylnych schodów, a Małgorzata z rozmachem zdeterminowanego
iluzjonisty otworzyła te ukryte w boazerii przy schodach głównych, gdy
król, para książęca i pani Simpson weszli do holu.
- Znalazłam cię! Pierwsza! - wrzasnęła Małgorzata, kipiąc podnieceniem,
gdy razem z Lilibet z większą godnością wyszłyśmy z komórki między
schodami.
- Wielkie nieba, Małgorzato Różo, coś ty zrobiła z sukienką? - zapytała
ze śmiechem księżna. - Chodź się przywitać z Jego Królewską Mością!
- Stryju Davidzie, w samą porę na podwieczorek. - Małgorzata rzuciła się
w jego stronę, za nią ruszyła spokojniejsza siostra, która dygnęła przed
królem, a potem wyczuwając być może skrępowanie ojca, stanęła koło niego
i wzięła go za rękę.
Król podniósł Małgorzatę i zakręcił nią w kółko.
- Podwieczorek? Skąd wiedziałaś, że jestem głodny jak wilk? - Postawił
bratanicę na ziemi.
Czyżbym się przesłyszała? Spojrzałam na księżnę, potem na księcia. Jego
Królewska Mość z pewnością żartował, ale przemawiał z niewątpliwie
amerykańskim akcentem.
- Nie widziałaś jeszcze mojego nowego samochodu, prawda, Lilibet?
Przybył ze Stanów, to kombi.
- Widziałyśmy. - Lilibet podniosła wzrok na ojca. - Jest zielony! -
Kąciki jej ust opadły, a matka uśmiechnęła się.
- Zdecydowanie. - Pani Simpson, chłodna w lepkim cieple późnego lat i otulona zapachem perfum Guerlaina, nachyliła się, by Lilibet mogła ją
posłusznie, a Małgorzata z całego serca pocałować w policzek. Księżna
wyprostowała się znacząco na widok prostackiego żądania pani Simpson, by
jej córki ją całowały. Nasze spojrzenia spotkały się, a jej cienkie brwi
uniosły się nieznacznie, zanim twarz przybrała wyraz uprzejmej
tolerancji.
Stojąc w cieniu otwartych drzwi, mogłam pierwszy raz dobrze się
przyjrzeć kochance króla. Dotąd zawsze oglądałam ją z daleka, gdy
przechadzała się po parku albo na tarasie popijała koktajl w otoczeniu
przyjaciół - zdziwiłam się, że nie jest ani piękna, ani nawet ładna w konwencjonalnym sensie. Miała za dużą głowę, zbyt kwadratową twarz z mocno zarysowaną szczęką i kościstym nosem. Za to mogła się poszczycić
modną sylwetką: kanciastą, niemal chłopięcą, z rodzaju tych, na których
ubrania leżą doskonale. Nie było w niej miękkich, kobiecych krągłości, a spojrzenie, którym przebiegała od króla do księżnej, było taksujące i przenikliwe. Nie przypominała cieplarnianego kwiatu z długiej linii
uprzywilejowanych arystokratów ani córeczki bogatego tatusia z Ameryki.
Zadbana, wytwornie i drogo ubrana w idealnie skrojoną suknię ze
szmaragdowego jedwabiu pani Simpson może i nie była pięknością, ale była
niedbale i doskonale szykowna. Palce gołych stóp wystawały z sandałków
na szpilkach, a paznokcie były polakierowane na jaskrawoczerwono, na
taki sam odcień jak surowe usta: imponujące połączenie kasyna w Monte
Carlo i cienistych werand w Wirginii, o których czytałam w kolumnach
towarzyskich.
Obok tego uosobienia nieskazitelnej elegancji stała księżna ubrana w niebieską kwiecistą żorżetę i ozdobiony różami kapelusz; w sierpniowym
upale wyglądała na przebraną i zbyt strojną. Zupełnie jakby przed chwilą
wróciła z otwarcia kościelnego festynu. Ale nie dawała się pokonać,
stojąc na środku swojego holu na rozstawionych nogach w jedwabnych
pończochach, z torebką zawieszoną w zgięciu łokcia i dwoma sznurami
nieskazitelnych pereł na szyi. Elżbieta, księżna Yorku, patrzyła
obojętnie na amerykańską atrakcję. Lustrowała uprzejmym acz wnikliwym
spojrzeniem szkarłatne paznokcie u stóp pani Simpson, jakby nie była do
końca pewna, co robią w jej pięknym holu.
Witając się ze mną, pani Simpson uniosła podbródek.
- Panna Crawford, nieprawdaż? Kiedy tylko odwiedzam Royal Lodge, zawsze
tak świetnie bawicie się z dziewczynkami! - Jej głos brzmiał twardo,
metalicznie. Zrozumiałam, czemu książę i księżna mówią o niej
"zardzewiała piła".
- Bawiłyśmy się w chowanego - wyjaśniłam, czując wyrzuty sumienia z powodu tego, co podsłuchałam.
Odwróciła się do króla, a tyłem do książęcej pary i dziewczynek. Kości
szczęki sterczały po obu stronach jej chudej szyi, przez co przypominała
żmiję.
- Brzmi zachęcająco. - Oparła dłoń na ramieniu króla, wbijając w niego
spojrzenie okrągłych ciemnych oczu. - Powinniśmy też kiedyś spróbować. -
Rzuciła mu najbardziej prowokujące spojrzenie, jakie widziałam w życiu,
a uśmiech, którym jej odpowiedział, był tak jawnie namiętny, że musiałam
odwrócić wzrok.
Ta oszałamiająca mieszanka seksu i aroganckiej finezji była rozwódką,
kochanką króla! W chwili gdy ta obdarzona niezwykłym wyglądem kobieta
odezwała się do niego, w pełni pojęłam, czemu on stoi tutaj z wyrazem
głupiej tęsknoty na twarzy.
Potwierdziwszy swoje prawo własności do króla Anglii, pani Simpson
ponownie zwróciła uwagę na księżniczki.
- A gdzie się chowałyście, w piwnicy na węgiel?
- Na dachu - odparła Małgorzata Róża. - Obserwowałyśmy was wszystkich z góry!
- To dlatego jesteś taka brudna! - Flirtowała nawet z Małgorzatą.
Spojrzałam na parę książęcą, by sprawdzić, jak przyjmują żarty pani
Simpson.
Król odrzucił głowę do tyłu i zaniósł się śmiechem, lecz jego brat w milczeniu wyjął z kieszeni marynarki papierośnicę i zapalił papierosa.
Nie wiedziałam, czy tylko to sobie wyobraziłam, czy też naprawdę rzucił
bratu taksujące spojrzenie, pozbawione tego szczenięcego uwielbienia,
które zwykle przejawiał, gdy byli razem.
Księżna zawtórowała szwagrowi srebrnym, radosnym śmiechem, co prawda, z życzliwym wyrazem twarzy, lecz ze sztywnymi z niechęci plecami.
- Pomyślałam, że miło byłoby wypić herbatę na tarasie. Nie będzie ci za
chłodno, Wallis? - Obrzuciła szybkim spojrzeniem nagie ramiona pani
Simpson. - Dziewczynki, biegnijcie do Alah, żeby się umyć i przebrać
przed podwieczorkiem. - Zniżyła głos, gdy podeszłam do niej i wzięłam
Małgorzatę Różę za rękę. - To nieoficjalne spotkanie, Crawfie, nie
musisz się przebierać; jak widzisz, pani Simpson jest idealnie ubrana na
tę okazję.
Małgorzata wyczuła nastrój matki.
- Psiakość - szepnęła pod nosem.
- Otóż to - odparła księżna.
Jeśli przyjdzie co do czego, pomyślałam, gdy kierowałyśmy się do
pokoju dziecięcego, mogę się założyć, że księżna Yorku zostanie
królową. Uśmiechnięta księżna byłaby o wiele lepszą królową małżonką
niż Wallis Simpson, nawet jeśli Brytyjczycy z niechęcią zamieniliby
przystojnego króla na jego skrępowanego, jąkającego się brata.
9 grudnia 1936
Royal Lodge, Windsor Great Park, Berkshire, Anglia
Kochana Mamo!
Nareszcie skończyło się czekanie i zamartwianie się. Wczoraj wieczorem
król przyjechał, by zjeść kolację z bratem. Przywiózł ze sobą swojego
doradcę, pana Moncktona (który niemal zacierał ręce z zachwytu - na
pewno zarabia krocie, doradzając królowi w całym tym zamęcie), i premiera - czułam fajkę pana Baldwina aż w mojej kryjówce na drugim
piętrze!
W chwili gdy ujrzałam twarz króla, potwierdziły się moje najgorsze
podejrzenia. Tryskał dobrym humorem, był niezwykle serdeczny i rozpływał
się w uśmiechach, zwłaszcza kierowanych do brata. Udali się do różowego
salonu i zamknęli drzwi, a ja poszłam powiedzieć dobranoc dziewczynkom.
Przed pójściem spać wybrałam się z psami na wieczorny spacer. Kiedy
przechodziłam przez trawnik, zauważyłam, że na podjeździe nie ma już
samochodów. Na tarasie stał pan Ainslie, więc zbliżyłam się, by życzyć
mu dobrej nocy.
- Zrobił to - powiedział, gdy weszłam na stopnie tarasu. - Co to za
król, który porzuca swoich poddanych? Swój kraj?
A potem opowiedział mi, co się wydarzyło przy kolacji. Król był w szczytowej formie: opowiadał dowcipy i pił wino kieliszek za
kieliszkiem, pan Baldwin opychał się kuropatwami, Monckton obserwował
księcia, a książę siedział w milczeniu, nie odrywając wzroku od twarzy
brata. Pan A. zostawił ich potem przy porto, a kiedy wrócił, książę
błagał brata, by mu tego nie robił. Pan A. uświadomił sobie, że to
koniec - król zamierzał porzucić monarchię, by ożenić się z panią
Simpson.
Strasznie było oglądać mojego drogiego przyjaciela tak wstrząśniętego,
a najgorsze było to, że nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłabym
powiedzieć - poza "krzyżyk na drogę"!
To okropny tydzień: książę dłubie w jedzeniu, odpala papierosa od
papierosa przez cały dzień i pewnie też przez większość nocy, sądząc po
tym, jak łatwo się irytuje. Dziewczynki snują się po domu z lękiem na
twarzach i starają się być grzeczne - nawet Małgorzata. Nie wyobrażam
sobie, jak dziwnie się poczują, mieszkając w gmaszysku udającym pałac
zamiast w tym pięknym domu.
Jednak czapki z głów przed księżną! Ona świetnie sobie z tym radzi.
Naprawdę sądzę, że bez jej zdrowego rozsądku i rezonu nasz nowy król po
prostu by się poddał. Mówię o tym tylko Mamie, ale nasz już niebawem
były król jest tandetnym człowieczkiem, a nowy przyzwoitym i odpowiedzialnym mężczyzną, który zrobi co w jego mocy dla swoich
poddanych i kraju - kiedy już dojdzie do siebie po wstrząsie wywołanym
przez nierzetelność brata.
Kiedy dostanie Mama ten list, na pewno będzie już wszystko wiedziała,
bo pojutrze nasz były król wygłosi w radiu mowę abdykacyjną.
Boże, zachowaj króla Jerzego VI!
Całuję mocno
Marion
ROZDZIAŁ TRZECI
Grudzień 1944
Zamek Windsor, Great Park, Berkshire, Anglia
- I co myślisz? Czyż nie jest cudowna? Nie mogę uwierzyć, że Bobo tak
świetnie skopiowała ją ze zdjęcia!
Wojenny chłód potężnych kamiennych ścian zamku Windsor, gdzie
schroniliśmy się przed nalotami na Londyn - i zostaliśmy na dłużej - nie
wywierał żadnego wrażenia na cudownej istocie, która kręciła się powoli
przede mną, rozpościerając ręce. Długie fałdy sukni opadały na podłogę
pełnymi wdzięku falami złotego jedwabiu. Suknia dodawała jej wzrostu,
podkreślała szczupłą talię i drobną figurę w kształcie klepsydry, ale
mój wzrok przykuwał głęboko wycięty dekolt. "Czy nie jest zbyt duży?".
Mrużąc oczy, spojrzałam na białe ramiona i dekolt Lilibet; tej sukni
było daleko do błękitnej szyfonowej z dziecięcym kołnierzykiem z koronki.
- Myślałam, że włożysz błękitną. - Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
- Tamtą starą? Och nie, Crawfie. Nie mogę jej nosić. Wisi na mnie jak na
wieszaku.
Okręciła się szybciej i jedwab otoczył ją kołem.
- Mogłabym w niej przetańczyć całą noc. - Zatrzymała się gwałtownie, by
obejrzeć się przez ramię w dużym lustrze, a suknia zmysłowo otuliła jej
nogi. - Zobaczyłam ją na zdjęciu w amerykańskim czasopiśmie. Wiem, że
jest trochę niemodna, ale krój doskonale pasuje do jedwabiu, który
znalazła Bobo.
Pocieszyłam się, że Bobo MacDonald, dawna opiekunka Lilibet i ostoja
szkockiej prawości, nigdy nie uszyłaby sukni, która zbyt mocno
odsłaniałaby dekolt następczyni tronu.
- Pokazałaś się Alah? - Królewska niania wyprułaby Bobo flaki, gdyby ta
pozwoliła na nieskromność.
- Jest zachwycona. - Lilibet otworzyła ilustrowane czasopismo, które
przyniosła ze sobą. - Spójrz, Bobo skopiowała suknię z tego zdjęcia. -
Postukała w nie palcem. - Poradziła sobie wspaniale. - Aktorkę
przypominającą Ginger Rogers, z głową odrzuconą do tyłu i z na wpół
przymkniętymi z ekstazy oczami, trzymał w ramionach szczupły mężczyzna z dużą głową i włosami, które wyglądały na przyklejone; jego nazwisko
umknęło mi na moment.
Jeśli Ginger Rogers odzwierciedla obecny stan umysłu Lilibet, to
podczas świątecznych uroczystości w Windsorze będzie to szok dla całej
rodziny.
Trzymając na kolanach otwarte czasopismo, podniosłam na nią wzrok.
Pomalowała rzęsy, jasnoniebieskie oczy wyróżniały się w ładnej buzi.
Pełne usta podkreślone czerwoną szminką tworzyły zmysłowy łuk na tle jej
nieskazitelnej cery.
- To... - przesunęła dłońmi po staniku sukni - jest najpiękniejsza rzecz,
jaką kiedykolwiek miałam.
- Jest rewelacyjna.
- Nie za bardzo? - Uśmiech zniknął.
- Nie, nie - uspokoiłam ją. - Nie w ten sposób. Wyglądasz w niej uroczo.
- Nie chciałam umniejszać radości, jaką Lilibet sprawiała nowa suknia. -
Ale na pewno umrzesz z zimna.
Zbyła to wzruszeniem ramion.
- Wiem, że eksponuje coś, co nazywają dekoltem, ale zakrywa mnie całą...
kompletnie. - Odwróciła się, by pokazać skromny tył sukni i krótkie
falbaniaste rękawki.
Czemu odnosiłam wrażenie, że jest najbardziej uwodzicielską kobietą,
jaką widziałam od lat? To tylko kwestia makijażu? Nie, nawet on był
dyskretny, podkreślał jedynie, że stała się pięknością. W minionym roku
Lilibet zrzuciła resztki dziecięcego tłuszczyku i rozwinęła się jak
angielska róża. Jednak w tej sukni olśniewała zdrowiem i urodą: była
jasnym światłem w słabo oświetlonym pokoju, promiennym obłokiem
młodzieńczego uroku w tym zimnym, okropnym, starym zamku.
To nie chodzi o sukienkę, lecz o nią. Czuje, że jest kobieca i urzekająca, bo właśnie taka jest. Lilibet, poważna, zadumana, która
bawiła się konikami, skupiona marszczyła brwi nad zadaniem z prawa
konstytucyjnego i martwiła się, czy stanowi dobry przykład dla zastępu
skautek, dorosła. Pokręciłam głową i roześmiałam się.
- Crawfie, o co chodzi teraz? Jest nie do przyjęcia?
- Nie, nie, jest jak najbardziej. - Zbyt łatwo można ją było wpędzić w wątpliwości co do własnej osoby. - Wyglądasz przepięknie. Suknia jest
wspaniała. - A ty jesteś oszałamiająca, gdy nie masz na sobie beżowej
plisowanej spódnicy z wełny i białej bluzki z kołnierzem w stylu
Piotrusia Pana.
Nie miałam pojęcia, czemu królowa pozwalała, by osiemnastoletnia Lilibet
wyglądała, jakby zastygła w czasie: nosiła te same stroje uczennicy co
jej czternastoletnia siostra. Nie chce pozwolić jej dorosnąć? Czy w ogóle zdawała sobie sprawę, że Lilibet i jej młodsza siostra wyglądają
jak dwie dobrze wychowane dwunastolatki? Przygryzłam dolną wargę. Gdy
patrzyłam na suknię, martwiło mnie, że Jej Królewska Mość nie chce
przyjąć do wiadomości, że jej córka dojrzała.
- Cieszę się, że ci się podoba, Crawfie, naprawdę. Teraz możemy się
skupić na całej reszcie: kolędach i próbach do przedstawienia w drugi
dzień świąt. - Znów pojawiła się poważna księżniczka, zajęta planami
zajęć i punktualna.
Położyła mi dłoń na ramieniu.
- Powiedziałabyś mi, gdyby suknia była nieodpowiednia, prawda? No wiesz...
zbyt rzucająca się w oczy?
Skinęłam głową i poklepałam ją po ramieniu.
- Oczywiście...
Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadła moja druga podopieczna.
W jej oczach lśniły łzy gniewu.
- Nie będę... - krzyknęła i rzuciła na ziemię starą wieczorową suknię
siostry. Susan, suczka corgi należąca do Lilibet, podeszła, żeby
powąchać zwój materiału. Zadowolona ze znajomego zapachu, zwinęła się w kłębek na sztywnym tiulu z wyhaftowanymi różami i pogrążyła w szczenięcych snach.
- Nie obchodzi mnie, że trwa wojna. Nieważne, że znoszone ubrania są w modzie. Nie włożę tego starego ciucha. Musisz porozmawiać z nianią,
Crawfie, bo inaczej będę wyglądać okropnie. - Dostrzegła starszą siostrę
i jej dolna warga zadrżała. Gdyby Małgorzata Róża była dwa lata młodsza,
na pewno zaczęłaby tupać nogami. - Spójrz na Lilibet! Dostała to, czego
chciała. To niesprawiedliwe. Ona będzie błyszczeć, a ja będę wyglądać
jak straszydło.
Lilibet zdjęła szczeniaka z sukni i podniosła ją.
- Niania nie chce, żebyś nosiła tę suknię w takim stanie, w jakim jest
teraz. Ja nie wkładam jej dlatego, że na mnie nie pasuje. Wykorzystamy
tylko materiał. Spójrz. - Rozłożyła spódnicę. - Zapomnij o tiulu. Pod
spodem znajduje się przepiękny jedwab, z którego uszyje się śliczną
suknię. A koronkowy kołnierzyk wykorzystamy do przybrania góry. Błękit
jest idealny; to twój kolor. Zobacz... o właśnie tak. - Przerzuciła strony
podniszczonego czasopisma, by odnaleźć uroczą wieczorową suknię z marszczoną górą. - Będziesz wyglądać bosko. Jeśli ci się podoba, Bobo
zacznie szyć dziś po południu.
Małgorzata zamrugała, by odpędzić łzy, i przyjrzała się ilustracji.
- Tak... ale...
- Jest idealna, Małgorzato, i taka śliczna. Wszyscy będą chcieli z tobą
zatańczyć.
Musiałam się powstrzymać, by nie zacząć bić brawa Lilibet za jej takt,
gdy patrzyłam nad ramieniem Małgorzaty na zdjęcie.
- Kolor podkreśla twoje oczy. - Przyłożyłam lśniący jedwab do jej
policzka. Lilibet uniosła zachęcająco brwi i skinęła głową. Małgorzata
wzięła suknię i strzepnęła jej fałdy, po czym przerzuciła ją przez
oparcie fotela.
- Ale chcę, żeby miała głębszy dekolt i była obcisła aż do dołu. -
Zacisnęła usta. Czułam jedynie litość dla Bobo MacDonald, która
siedziała w dziecięcym skrzydle mieszczącym się w Lancaster Tower i szykowała swoją maszynę do szycia nieświadoma, że w jej stronę zmierza
nawałnica.
Przyłapałam spojrzenie Lilibet i dostrzegłam, że na moment się zawahała.
W wieku czternastu lat Małgorzata miała równie wystający brzuszek jak
wtedy, gdy była sześciolatką.
- Małgorzato - zaczęła z bardzo poważnym wyrazem twarzy, spoglądając na
nachmurzoną siostrę. - Nasze przyjęcie bożonarodzeniowe jest nie tylko
dla rodziny, lecz także dla przyjaciół mamy. Nie możesz być... ubrana jak...
no właśnie tak, Alah i mama i tak ci na to nie pozwolą. Ale to... -
Odnalazła znów w czasopiśmie niebieską suknię. - Widzisz, jak cudownie
układa się jej dół? Chodźmy teraz pokazać Bobo to zdjęcie. - Ruszyła w stronę drzwi. - Nie zapomnij o sukni. - Wskazała na zwój jedwabiu, który
Małgorzata rzuciła na fotel. - Musimy jej pokazać dokładnie, które
kawałki ma wykorzystać.
- Mam nadzieję, że już jesteś po śniadaniu, Crawfie, bo w nocy spadło
prawie trzydzieści centymetrów śniegu. - Małgorzata wpadła do mojego
saloniku w Victoria Tower, gdy kończyłam grzankę i dopijałam ostatnią
filiżankę herbaty. - Będziemy mieć białe Boże Narodzenie!
Okrągłe policzki miała zarumienione z wysiłku, bo przebiegła długie,
pełne przeciągów, nieogrzewane korytarze z ich pokoi w Lancaster Tower.
Niespokojnym wzrokiem oszacowała moją gotowość do wyjścia na mróz.
- Będziesz potrzebowała tego i tego. - Podała mi szalik i beret. - No,
Crawfie, zostaw to. To tylko grzanka. Ulepimy panią bałwanową. Będzie
stała na straży przy wejściu na dziedziniec, gdy przyjadą rodzice.
Lilibet weszła do pokoju za siostrą.
- Nie dyktuj Crawfie, co ma robić, Małgorzato. Mamy przed sobą pracowity
dzień, a ona nie lubi dławić się przy śniadaniu. - Podniosła Susan i usiadła na parapecie, by zaczekać. Ale ja już wypiłam herbatę i szukałam
rękawiczek. W chwili gdy rozsunęłam kotary w oknach sypialni i ujrzałam
biały krajobraz, wiedziałam już, czego się spodziewać.
- Na pewno będzie ci ciepło? - zapytałam Lilibet, która wyglądała przez
okno z brodą opartą na łebku Susan. Miała na sobie sukienkę z wełny w kolorze wiśni: jedynym ustępstwem na rzecz mrozu była para starych butów
do konnej jazdy i grube skarpetki wywinięte na brzeg cholewki.
Odwróciła się od okna z tak wyraźnym oczekiwaniem w oczach, że poczułam
ukłucie niepokoju.
- Lilibet, nie zmarzniesz w tej sukience?
- Przepraszam, Crawfie, nie usłyszałam. Mam płaszcz na dole. - Podniosła
się z parapetu i postawiła Susan na podłodze, a kiedy uniosła twarz,
dostrzegłam na niej jedynie maskę nieprzeniknionej uprzejmości. Zajęłam
się zawiązywaniem szalika. Wiedziałam, jak to jest, gdy ludzie się
wtrącają, kiedy rozpaczliwie pragniesz, by nie zwracali na ciebie uwagi.
Lilibet strzepnęła sierść z sukienki. Normalnie nie obchodzi jej, że
jest oblepiona sierścią Susan. Nie mogłam się powstrzymać.
- Jesteś dziś wyjątkowo rozradowana.
Zaskoczona uniosła brwi, zanim ukryła myśli pod starannie dopracowanym
wyrazem twarzy.
- Ty też, Crawfie. To nasza krew z Highlands: mroźna pogoda dobrze nam
robi. I jest Wigilia! - Wsunęła rękę pod moje ramię, jakby wciąż była
małą dziewczynką, i przyszło mi do głowy, że Lilibet stoi na krawędzi
wielkiego objawienia, które dotyczy nie tylko jej, ale i całego życia,
jej życia. W ten pochmurny zimowy poranek wydawało się, że ma przed sobą
coś wielkiego, co jest dla niej ogromnie ważne. To nie przyjazd
rodziców, choć oczekiwany z radością, tak ją rozkojarzył.
- Biała Wigilia, co za gratka! Lepiej już chodźmy, niedługo wszyscy
przyjadą - powiedziałam, pomagając Małgorzacie włożyć dwie pary
rękawiczek. Lilibet rzuciła mi szybkie, niemal triumfalne spojrzenie i w jednej chwili zrozumiałam podniecenie wywołane przez nową suknię
wieczorową u młodej kobiety, która rzadko dwa razy spoglądała w lustro.
Oto powód jej zmiennych nastrojów w ostatnim tygodniu: w jednej chwili
rozmarzona, a w następnej bardzo rzeczowa.
Włożyłam beret i zapinałam płaszcz.
- No chodź, Crawfie, nie ociągaj się. - Małgorzata chwyciła mnie za rękę
i pociągnęła do drzwi. W prawej dłoni trzymała szarą papierową torbę.
- Okruchy dla ptaków? - zapytałam.
- Nie, marchewka i dwa węgielki. I ukradłyśmy czapkę jednemu z gwardzistów. Nasza pani bałwanowa będzie żołnierzem.
Lilibet porzuciła świat, który wymagał tyle jej czasu, i popchnęła
siostrę w stronę drzwi.
- Małgorzato, nie mamy całego dnia. Będą tutaj przed wpół do jedenastej.
- Śmiała się, gdy zbiegałyśmy po krętych schodach wieży.
Przez którego z naszych młodych oficerów jest tak podekscytowana akurat
tego ranka?
Na dworze nie było nikogo, wewnętrzny górny dziedziniec i trawnik
pokrywał świeży śnieg. Zawahałam się, niemal nie chcąc wchodzić na tę
idealną powierzchnię. Ale Małgorzata nie miała żadnych oporów. Tanecznym
krokiem pobiegła do przodu, pozostawiając ślady na śniegu, minęła
stojącego na warcie gwardzistę i wybiegła przez George Gate.
- Musi stać tutaj, żeby zaraz ją zobaczyli. Zacznijmy tu i potoczmy kulę
na szczyt zbocza! - Prawie nie zwracałyśmy uwagi na zimno, gdy
zabrałyśmy się do pracy. W połowie zbocza dołączyło do nas kilku
grenadierów i przyjaciel, który przyjechał w odwiedziny.
- Hej, chwileczkę. Wasza kula jest zupełnie krzywa! - Kapitan lord
Rupert Nevill w mundurze regimentu kawalerii wyszedł na taras.
- Potoczcie ją w tę stronę, gdzie wszyscy ją zobaczą! - krzyknęła
Małgorzata.
- Ją? Nie, ten koleś wygląda na tak tęgiego jak nasz dowódca. - Nevill
naciągnął skórzane rękawice i nachylił się, by pomóc. Spojrzałam na
Lilibet. Też się pochyliła, dłońmi w rękawiczkach wygładzała drugą kulę
przeznaczoną na głowę. To nie przez Nevilla godzinami wpatrywała się w pustkę przez okno.
Małgorzata wyprzedziła siostrę i stała na szczycie zbocza przy bramie,
gdy trzech mężczyzn toczyło ogromną kulę twardo ubitego śniegu.
- Popchnij ją na to płaskie miejsce, Teddy, bo inaczej się stoczy. O nie, Lilibet, ta głowa jest stanowczo za mała.
Lilibet przewróciła oczami.
- Nie stój tak i nie dyryguj, Małgorzato. Pomóż mi! O nie, stacza się! -
Policzki płonęły jej z wysiłku, a na mrozie oczy nabrały
ciemnoniebieskiej barwy. W przekrzywionym kapeluszu, zdyszana ze śmiechu
z całych sił podparła wielką kulę, a trzej mężczyźni, jeden przez
drugiego, pospieszyli jej z pomocą.
- Nie za szybko - instruowała Małgorzata. - Bo się rozpadnie. - Sapiąc z wysiłku, umocowaliśmy głowę na korpusie. - Teraz jest idealnie. I kto
mówi, że panie bałwanowe nie mogą być kapitanami? Gdzie jest węgiel na
oczy? Za szeroko, Crawfie, o, tak jest lepiej. Jeszcze marchewka!
Lilibet wspięła się na palce i próbowała osadzić czapkę na gładkiej
głowie.
- Czy to przypadkiem nie moja? - Wysoki młody mężczyzna o długim,
prostym nosie i idealnie przystrzyżonych wąsach wziął od niej czapkę i odwrócił ją w dłoniach. - Moja! Podkradłyście ją, nic dziwnego, że nie
mogłem jej znaleźć. Masz tupet, Lilibet! - Położył czapkę na głowie
bałwana pod odpowiednim kątem dla oficera grenadierów, cofnął się i zasalutował.
- To naprawdę twoja, Hugh? Przepraszam. Myślałam, że Teddy'ego. W każdym
razie to tylko do czasu, aż wszyscy przyjadą. Powiedz, jeśli
potrzebujesz jej teraz.
Przepraszający ton zmusił Hugh do urywanych zapewnień.
- Och nie, naprawdę... Wcale jej nie potrzebuję. Dopiero jutro w kościele.
- Zaczerwieniony aż po nasadę ciemnych włosów Hugh nie był w stanie
przekonać Lilibet, że zabranie mu czapki było drobnostką.
Hugh? I jak dalej? Próbowałam sobie przypomnieć nazwisko oficera.
Euston! To na pewno porucznik wicehrabia Hugh Euston, najstarszy syn
księcia Grafton. Przeniosłam wzrok na Lilibet, by sprawdzić, jak
reaguje na jego rumieniec i jąkający się zachwyt, lecz ona się
odwróciła, a całe zainteresowanie bałwanem i Hugh Eustonem zniknęło.
Wpatrywała się w Long Walk za bramami zamku i w podjazd, który ciągnął
się jak okiem sięgnąć do Great Park. Szybko spojrzała na zegarek, a potem znów na podjazd, jakby spodziewała się zobaczyć zbliżający się
samochód.
- Jest mi okropnie zimno i boli mnie głowa. - Wełniane rękawiczki
Małgorzaty stały się ciężkie od stopionego śniegu.
Nie było czasu do stracenia; o tej porze roku jej zdrowie zawsze
szwankowało, a w połączeniu z tremą mogło to mieć katastrofalne skutki
dla jej roli w przedstawieniu.
- Wracaj do środka, Małgorzato. Czas na gorące kakao. - Zostawiłyśmy
Lilibet przy bałwanie; wciąż wpatrywała się w podjazd.
- Wiemy, na czym polega jej problem, prawda? - Małgorzata naśladowała
panią Mundy, główną kucharkę w zamku, która mówiła z silnym akcentem z East Endu głosem mogącym rozbijać szkło. Uniosłam brwi. - Miłość -
odparła Małgorzata z przekonaniem, nikogo już nie udając. - Wiesz, kogo
ona kocha, Crawfie? - Roześmiałam się; Małgorzata bezwzględnie zdradzała
sekrety innych.