W służbie Hitlera - Steve Matthews

Kup ebooka

36.90 zł
31.05 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Ingrid Koch chęt­nie korzy­stała z życia i miała do dys­po­zy­cji mnó­stwo pie­nię­dzy, zanim jej mąż poszedł na wojnę w tysiąc dzie­więć­set czter­na­stym roku. Po jego odej­ściu nie zostało jej nic prócz miesz­ka­nia, mod­nej nie­gdyś, a teraz wypło­wia­łej gar­de­roby oraz syna Bernda, obi­boka. Na szczę­ście apar­ta­ment znaj­do­wał się w jed­nej z lep­szych czę­ści mia­sta i Ingrid z lubo­ścią opo­wia­dała ludziom, gdzie mieszka, a potem delek­to­wała się ich minami, gdy z sza­cun­kiem i zachwy­tem kiwali gło­wami. To, że lokum popa­dało w ruinę i wyma­gało remontu oraz wymiany rur, miało zni­kome zna­cze­nie. Adres robił wra­że­nie. Zda­niem Ingrid w życiu liczy się per­cep­cja -?i to od zawsze -?cho­ciaż obec­nie musiała wkła­dać wię­cej wysiłku w zacho­wy­wa­nie pozo­rów.

Mąż Ingrid, Uwe, był czło­wie­kiem eks­pan­syw­nym, praw­dzi­wym męż­czy­zną z krwi i kości, miło­śni­kiem piwiarni, biwa­ków, polo­wań, wszel­kiego rodzaju spor­tów na świe­żym powie­trzu oraz zajęć tere­no­wych. Lubił przy tym tęgo popić i zapa­dać w głę­boki sen w uko­cha­nym fotelu. Od czasu do czasu odwie­dzał któ­re­goś z kum­pli albo wypusz­czał się wie­czo­rem w mia­sto, odda­jąc się pale­niu dobrych cygar oraz innym męskim roz­ryw­kom, takim jak flirt czy cho­dze­nie na dziwki. Trzy sklepy mię­sne przy­no­siły mu wystar­cza­jący dochód, by przed wojną mógł sza­stać pie­niędzmi. Ucho­dził za czło­wieka majęt­nego, ważną per­sonę w lokal­nej spo­łecz­no­ści. Życie ukła­dało się pomyśl­nie.

Uwego ogar­nęła eks­cy­ta­cja na wieść, że Ingrid jest w ciąży. Mówił tylko o nad­cho­dzą­cych naro­dzi­nach syna, nie­ustan­nie zanu­dzał pra­cow­ni­ków i klien­tów swo­imi marze­niami. Zaczął nawet uczęsz­czać do miej­sco­wego kościoła, gdzie pro­sił Boga o męskiego potomka. Dziecko będzie ule­pione z tej samej gliny co ojciec, Uwe nauczy je wszyst­kiego, co sam wie o życiu i świe­cie. Pośle chłopca do naj­lep­szych szkół, po któ­rych ukoń­cze­niu zaj­mie on miej­sce u boku rodzica i będzie pro­wa­dził, a w końcu przej­mie, dyna­micz­nie roz­wi­ja­jącą się sieć skle­pów rzeź­ni­czych - Koch i Syn.

Wresz­cie nad­szedł ów wie­ko­pomny dzień. Ingrid prze­żyła długi i bole­sny poród, ale trud się opła­cił, na świat przy­szedł bowiem uma­zany krwią, wrzesz­czący wnie­bo­głosy, czer­wony na buzi Bernd. "Ma jaja wiel­kie jak jego ojciec!" -?ryk­nął zachwy­cony Uwe, gdy jego wzrok po raz pierw­szy spo­czął na chłopcu.

Dla uczcze­nia naro­dzin potomka rzeź­nik poda­ro­wał każ­demu ze sta­łych klien­tów po dwie kieł­basy i obwie­ścił rado­sną nowinę w witry­nach skle­pów, wypi­su­jąc na nich wiel­kimi bia­łymi lite­rami: "To chło­piec!". Nie było dotąd na świe­cie dum­niej­szego ojca. Uwe czu­wał przy dziecku przez całą pierw­szą noc, wpa­trzony w koły­skę. Nie mógł uwie­rzyć, że ma syna.

Gdy Bernd skoń­czył pół roku, Ingrid zauwa­żyła coś dziw­nego w wyglą­dzie jego nóżek. Uwe zawiózł chłopca do naj­lep­szego szpi­tala w Ber­li­nie i tam zdia­gno­zo­wano nie­ule­czalną krzy­wicę. Był to dla Uwego dru­zgo­cący cios, taki, z któ­rego ni­gdy się nie otrzą­snął. Jego syn był koślawy. Klienci wkrótce nauczyli się nie pytać o małego Bernda -?gdyby się ośmie­lili, dosta­liby naj­gor­szą sztukę mięsa oraz nara­zili się na obraź­liwą tyradę.

Po dia­gno­zie Uwe spę­dzał jesz­cze wię­cej czasu ze swo­imi kom­pa­nami od kie­liszka, znaw­cami wszyst­kiego i mistrzami niczego, z wyjąt­kiem spo­ży­wa­nia pokaź­nych ilo­ści alko­holu. Orze­kli, że defor­ma­cje chłopca muszą pocho­dzić ze strony matki, ponie­waż wszy­scy wie­dzą, że Uwe jest wspa­nia­łym oka­zem nie­miec­kiej męsko­ści.

W tysiąc dzie­więć­set czter­na­stym roku nade­szła wojna, dając zawie­dzio­nemu Uwemu oka­zję, na którą cze­kał. Mógł uciec przed wsty­dem powo­do­wa­nym kośla­wo­ścią syna oraz przed zrzę­dze­niem żony, nie­ustan­nie pomstu­ją­cej na jego picie.

Uwe był nie­ustra­szo­nym żoł­nie­rzem, nic nie spra­wiało mu więk­szej frajdy niż atak na bagnety na ziemi niczy­jej, zakoń­czony walką wręcz. Za męstwo odzna­czono go Żela­znym Krzy­żem dru­giej klasy. Po woj­nie zna­lazł sobie w bawar­skim Regens­burgu zamożną wdowę z dwoma peł­no­spraw­nymi synami, z któ­rych mógł być dumny. Otwo­rzył nowy sklep mię­sny i zaczął życie od nowa, wysy­ła­jąc Ingrid zło­śliwy list, w któ­rym poin­for­mo­wał o końcu ich mał­żeń­stwa i zagro­ził, że upo­ko­rzy ją na wszyst­kie moż­liwe spo­soby, jeśli będzie pró­bo­wała go odszu­kać. Ocho­czo prze­ka­zał jej swoją woj­skową eme­ry­turę i pozwo­lił zatrzy­mać miesz­ka­nie, raz na zawsze umy­wa­jąc ręce od prze­szło­ści. "Powiedz wszyst­kim, że zgi­ną­łem na woj­nie -?napi­sał. - Zwłasz­cza temu two­jemu kalece".

Ingrid nie miała innego wyboru, jak samot­nie wycho­wy­wać Bernda, i poin­for­mo­wała wszyst­kich, że Uwe poniósł śmierć w oko­pach. Była wojenną wdową, jedną z wielu w tam­tych cza­sach. Wią­zała koniec z koń­cem tylko dzięki szczo­dro­ści swo­jego brata Die­tera, który jako jedyny znał prawdę.

Bernd wyrósł na cho­ro­wite dziecko, blade i przy­lepne, nie­ustan­nie zabie­ga­jące o uwagę i współ­czu­cie. Z powodu kośla­wych nóg doku­czano mu w szkole, doro­bił się nie­for­tun­nego prze­zwi­ska Krzy­was. Nie­zdolny do upra­wia­nia sportu i nie­za­in­te­re­so­wany lek­cjami, oka­zał się też bez­na­dziejny w rela­cjach męsko-dam­skich. Pod­czas gdy jego nasto­let­nich rówie­śni­ków zaj­mo­wało obma­cy­wa­nie dziew­cząt i piesz­czoty toru­jące im drogę do utraty dzie­wic­twa, Bernd musiał zado­wa­lać się pod­glą­da­niem kole­ża­nek w szatni przez dziurę w ścia­nie i mastur­ba­cją.

Miał trzy­na­ście lat, gdy wuj Die­ter sta­rał się zapi­sać go do nowo powsta­łej orga­ni­za­cji Hitler­ju­gend. Ponie­waż roz­pacz­li­wie potrze­bo­wali człon­ków, przy­jęli chłopca i Die­ter był pewien, że zro­bią z niego męż­czy­znę -?tym­cza­sem wytrwał tam zale­d­wie trzy mie­siące, a potem wyrzu­cono go za brak zaan­ga­żo­wa­nia. Gdy nad­szedł rok tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty szó­sty, leni­wego dwu­dzie­sto­trzy­latka, który nie ska­lał sobie ni­gdy rąk pracą, odrzu­cił także Wehr­macht, nie­miecka armia. Die­ter uznał, że nie ma wyboru, musi przy­jąć sio­strzeńca do rodzin­nej firmy dru­kar­skiej w cha­rak­te­rze pod­rzęd­nego sprzą­ta­cza.

Pomimo że przez dzie­sięć godzin dzien­nie machał mio­tłą, Bernd poczuł się ważny i przy­jął postawę, która nie zjed­nała mu sym­pa­tii innych pra­cow­ni­ków; ow­szem, zaczyna od naj­niż­szego szcze­bla dra­biny, ale szybko awan­suje, ponie­waż wła­ści­cie­lem dru­karni jest jego wuj.

Wie­czo­rami i w week­endy Bernd włó­czył się po miej­sco­wych piwiar­niach, gdzie prze­chwa­lał się przed każ­dym, kto chciał słu­chać, jak to pew­nego dnia będzie pro­wa­dził firmę wuja. Jeden rzut oka wystar­czał, by stwier­dzić, że to czcze popisy. Cza­sem uda­wało mu się komuś zaim­po­no­wać, ale tylko wtedy, gdy sta­wiał piwo. "Nadej­dzie dzień -?mawiał -?kiedy wszy­scy dowie­dzą się, kim jestem!"

* * *

Sze­ścio­mie­sięczną Klarę zna­le­ziono pod drzwiami kato­lic­kiego kościółka na obrze­żach Schwedt, nie­da­leko nie­miec­kiej gra­nicy z Pol­ską. Do stopy miała przy­wią­zaną sznur­kiem kar­teczkę z datą uro­dze­nia i imie­niem. Cała reszta była tajem­nicą. Oddano ją miej­sco­wym pod opiekę w naj­lep­szych inten­cjach, ale z powodu sze­rzą­cej się biedy wie­lo­krot­nie prze­cho­dziła z rodziny do rodziny. Z cza­sem zaczęła czuć się naj­le­piej we wła­snym towa­rzy­stwie, ucho­dziła za dziew­czynę bez żad­nych per­spek­tyw. Miała świeżą cerę, szczu­płą syl­wetkę i dzie­cięcą deli­kat­ność, a także nie­win­ność, która spra­wiała, że dziew­czyna wyda­wała się znacz­nie młod­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści -?choć liczyła sobie już pięt­na­ście wio­sen, wciąż wyglą­dała jak dzie­się­cio­latka przed wej­ściem w okres doj­rze­wa­nia.

Wiele wska­zy­wało na to, że Klara zna­la­zła wresz­cie stały kąt. Zamiesz­kała u bogo­boj­nej chłop­skiej rodziny w Win­son w Dol­nej Sak­so­nii. Przy ośmiorgu dzie­ciach i kolej­nym w dro­dze uznano, że jedno wię­cej nie zrobi róż­nicy. W grun­cie rze­czy wyszło im to na dobre, ponie­waż Klara była wystar­cza­jąco duża, by wziąć na sie­bie roz­ma­ite domowe obo­wiązki, któ­rych jej nowa matka z racji ciąży nie mogła już wyko­ny­wać.

W nowej kato­lic­kiej rodzi­nie Klary pano­wała surowa dys­cy­plina, lecz bra­ko­wało miło­ści. Mimo to dziew­czyna szybko się zado­mo­wiła, nauczyła się upra­wiać warzywa, zabi­jać kury i goto­wać pro­ste, pożywne nie­miec­kie potrawy. Pan domu, wielki bro­daty chłop o traf­nie dobra­nym imie­niu Wolf, zaczął prze­ja­wiać nie­zdrowe zain­te­re­so­wa­nie dziew­czyną, a jego żona wyzwała Klarę od dzi­wek i spu­ściła jej lanie, gdy zdała sobie sprawę, co cho­dzi mężowi po gło­wie. W wieku szes­na­stu lat Klara wzięła nogi za pas, a jedyne, co ze sobą zabrała, to nazwi­sko Friese. Był to dla Klary pierw­szy i zde­cy­do­wa­nie nie ostatni raz, kiedy uświa­do­miła sobie, że męż­czyźni się nią inte­re­sują.

Po ucieczce przed lubież­nymi zaku­sami Wolfa podró­żo­wała po Niem­czech, od czasu do czasu odpy­cha­jąc dło­nie błą­dzące tam, gdzie nie trzeba, ucząc się przed nimi bro­nić oraz uni­kać nie­chcia­nej uwagi chu­tli­wych męż­czyzn. Nie­ła­two było dopro­wa­dzić ją do osta­tecz­no­ści, kiedy jed­nak został prze­kro­czony punkt kry­tyczny, nale­żało mieć się na bacz­no­ści. Stała się nie­za­leżną, silną młodą kobietą i sumienną pra­cow­nicą, która z łatwo­ścią znaj­do­wała zatrud­nie­nie w roz­ma­itych restau­ra­cjach i kawiar­niach.

W wieku osiem­na­stu lat Klara, wyglą­da­jąca wów­czas na dwu­na­sto­latkę, na­dal z nie­po­ko­jem myślała o tym, gdzie w końcu zdoła zagrzać miej­sce na dłu­żej. Przy­jęła pro­po­zy­cję pod­wie­zie­nia zło­żoną przez kie­rowcę cię­ża­rówki, który pró­bo­wał ją mole­sto­wać. Wyrwała mu się i ucie­kła, porzu­ca­jąc go z okrop­nym bólem głowy i otwartą raną zadaną zna­le­zioną pod sie­dze­niem łyżką do opon. Wyda­rze­nie to pozo­sta­wiło w niej pewien uraz psy­chiczny, wywo­łany nie tyle żało­snymi i nie­udol­nymi zabie­gami napast­nika, ile jej wła­sną reak­cją i zacho­wa­niem. Wtedy po raz pierw­szy zaata­ko­wała męż­czy­znę. I nie miała na tym poprze­stać.

Kilka tygo­dni póź­niej dzięki pomocy ludzi bar­dziej życz­li­wych niż kie­rowca cię­ża­rówki dotarła do Berch­tes­ga­den. Miała ser­decz­nie dość sypia­nia w sto­do­łach i żebra­nia o jedze­nie, aż w końcu w tej cichej oazie w Alpach Bawar­skich, gdzie życie pły­nęło leni­wie, zna­la­zła zasłu­żony spo­kój. Dopi­sało jej szczę­ście, przy­glą­dała się bowiem witry­nie kawiarni aku­rat w chwili, gdy jej wła­ści­cielka wywie­szała ogło­sze­nie: "Potrzebna pomoc".

Tam poznała swoją przy­szłą teściową, Ingrid, która przy­cho­dziła do kawiarni z grupką przy­ja­ció­łek na plotki, poga­duszki oraz wyśmie­nitą kuch­nię Klary. Jedną z naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek Ingrid była Traudl Junge, która zdo­była nie­dawno pre­sti­żową pracę sekre­tarki nowego Führera, Adolfa Hitlera.

W życiu Klary miał nastą­pić wielki prze­łom.

* * *

Klara po raz pierw­szy skosz­to­wała alko­holu pew­nego wie­czoru, kiedy stwier­dziw­szy, że nie ma nic lep­szego do roboty, udała się na tańce do ratu­sza w Berch­tes­ga­den w towa­rzy­stwie dziew­czyny pra­cu­ją­cej razem z nią w kawiarni. Gdy tylko zna­la­zły się w środku, zdała sobie sprawę, że jest sama, a kole­żanka wyko­rzy­stała ją, by mieć pre­tekst do spo­tka­nia ze swoją sym­pa­tią, prysz­cza­tym mło­dzień­cem, który palił papie­rosa za papie­ro­sem, pozu­jąc na twar­dziela, i cheł­pił się, że jako jeden z pierw­szych miej­sco­wych wstą­pił do par­tii nazi­stow­skiej.

Klara już miała odwró­cić się na pię­cie i udać do swo­jego pokoju na pod­da­szu kawiarni, gdy dostrze­gła kogoś, kto przy­glą­dał się jej z dru­giego końca sali.

Tym kimś był Bernd.

Nie wia­domo, dla­czego Klara popeł­niła błąd i się uśmiech­nęła, a chwilę póź­niej sie­działa obok pyszał­ko­wa­tego chło­paka, popi­ja­jąc jakąś wstrętną mik­sturę, która paliła w gar­dło i od któ­rej krę­ciło się jej w gło­wie. Po raz pierw­szy w życiu miała w ustach alko­hol. Wkrótce cał­ko­wi­cie stra­ciła poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści, z upły­wem czasu prze­chwałki Bernda wyco­fały się na drugi plan, a pomiesz­cze­nie zaczęło wiro­wać. Nagle zna­leźli się na zewnątrz pod ścianą, oboje pijani, oboje zazna­jąc pierw­szych w życiu poca­łun­ków.

Dla Bernda było to dozna­nie tajem­ni­cze i osza­ła­mia­jące, ponie­waż w miarę roz­woju sytu­acji jego dło­nie zaczęły błą­dzić po ciele dziew­czyny. Nie­ba­wem Klara prze­ko­nała się, jak szybko alko­hol wpły­nął na jej ocenę sytu­acji, i kiedy pają­ko­wate palce Bernda się­gnęły do gumki maj­tek, znie­ru­cho­miała. Ponie­waż nie potra­fiła trzeźwo myśleć, była to jedyna rzecz, jaką mogła zro­bić, by się nie prze­wró­cić i nie stra­cić przy­tom­no­ści. Wokół było ciemno i zimno, czuła na uchu ciężki, piwny oddech Bernda, wszystko wiro­wało. Nie wie­działa, co się dzieje.

Bernd nato­miast bawił się dosko­nale. Tra­cąc wszel­kie poczu­cie przy­zwo­ito­ści, przy­parł Klarę do ściany, obma­cy­wał ją i pie­ścił jej ciało, aż wresz­cie wszedł w nią siłą. Kiedy skoń­czył, zdał sobie sprawę, że dziew­czyna pła­cze, pod­cią­gnął więc spodnie i uciekł, zosta­wia­jąc ją z majt­kami wokół kostek i twa­rzą ukrytą w dło­niach. Zsu­nęła się po ścia­nie na zie­mię i zwy­mio­to­wała.

Bernd obu­dził się następ­nego dnia z poczu­ciem roz­sa­dza­ją­cej go dumy. Stał się męż­czy­zną, a gdyby miał jakich­kol­wiek przy­ja­ciół, mógłby pochwa­lić się swo­imi wyczy­nami z minio­nego wie­czoru oraz doko­na­nym pod­bo­jem. Para­do­wał but­nie z pewną sie­bie miną, a gdyby ktoś coś zauwa­żył albo zapy­tał, Brend potwier­dziłby, że stra­cił dzie­wic­two.

Zmia­ta­jąc ścinki papieru i czysz­cząc maszyny dru­kar­skie, roz­my­ślał o wyda­rze­niach wie­czoru i doszedł do wnio­sku, że jeśli postą­pił źle, z pew­no­ścią była temu winna dziew­czyna, która go zba­ła­mu­ciła. Zresztą nawet nie pamię­tał jej imie­nia, przy­po­mi­nał sobie za to, że wyglą­dała bar­dzo młodo.

Zebrał się na odwagę, by poroz­ma­wiać o spra­wie z jed­nym z dru­ka­rzy: w ogóle nie pró­bo­wała ucie­kać, po pro­stu stała tam jak słup soli, nawet kiedy ścią­gnął jej majtki i roz­piął roz­po­rek.

-?Wygląda mi na to, że wszystko w porządku, Krzy­wus -?oznaj­mił dru­karz, dając sio­strzeń­cowi szefa męskiego kuk­sańca. -?Nie ude­rzy­łeś jej, więc na co mia­łaby się skar­żyć?

Bernd się zasta­no­wił i uznał po chwili, że dru­karz ma rację. W końcu po kilku stęk­nię­ciach było po robo­cie, no nie? Z per­spek­tywy czasu żadne wiel­kie halo.

Kato­licka "matka" Klary, cier­piąca w mil­cze­niu żona Wolfa, ostrze­gała ją przed chłop­cami, gdy w wieku dwu­na­stu lat dziew­czyna zaczęła mie­siącz­ko­wać. Im wszyst­kim zależy tylko na "garncu miodu", a gdy już go dostaną, prze­stają się tobą inte­re­so­wać. Jakże praw­dziwe oka­zały się tamte słowa, ponie­waż Klara wię­cej Bernda nie widziała i dopiero po kilku mie­sią­cach ocze­ki­wa­nia na okres zro­zu­miała, że czeka ją w życiu kolejna wielka zmiana.

Zdaw­szy sobie sprawę, że jest w ciąży, Klara roz­pła­kała się w pracy i opo­wie­działa wła­ści­cielce kawiarni o gor­szą­cym wie­czo­rze w ratu­szu. Jedyne, co pamię­tała, to że na chło­paka wołali Krzy­wus.

-?Taki blady mię­czak z nogami pro­sto­wa­nymi na beczce?

-?Tak. Upił mnie i wyko­rzy­stał! Teraz jestem w ciąży i nie wiem, co robić -?szlo­chała Klara.

Wła­ści­cielka kawiarni powie­działa, że matka Krzy­wusa jest ich klientką. Apo­dyk­tyczna karie­ro­wiczka znana ze ską­pych napiw­ków. Nazywa się Ingrid Koch.

-?Ale wydaje mi się, że pod tą bufo­nadą kryje się przy­zwo­ita kobieta - dodała.

Zaopa­trzona w kartkę z adre­sem Ingrid, Klara zebrała się na odwagę i po skoń­czo­nej pracy zapu­kała do jej drzwi. Po krót­kiej roz­mo­wie w progu Ingrid zapro­siła zroz­pa­czoną dziew­czynę do środka z obawy, że sąsie­dzi coś usły­szą i pomy­ślą sobie o niej coś złego.

Przy her­ba­cie zapła­kana Klara opo­wie­działa o swo­jej krzyw­dzie. Gdy Bernd nie­spo­dzie­wa­nie wró­cił wcze­śniej do domu, powie­dziano mu bez ogró­dek, że musi oże­nić się z dziew­czyną, by nie okryć hańbą rodziny.

-?Skąd mam wie­dzieć, że to moje dziecko? -?wrza­snął z roz­draż­nie­niem, zanim matka wymie­rzyła mu poli­czek.

Dla Ingrid było jasne, że dziew­czyna nie kła­mała.

-?Zobacz, jaka jest mło­dziutka, prze­pła­kała przy her­ba­cie całe popo­łu­dnie!

Ingrid nie miała abso­lut­nie żad­nych wąt­pli­wo­ści co do rela­cji Klary, toteż mał­żeń­stwo wyda­wało się jedy­nym roz­wią­za­niem.

Nie było ofi­cjal­nej cere­mo­nii, cere­gieli, jedy­nie kilka słów urzęd­nika w Urzę­dzie Stanu Cywil­nego w Ratu­szu. Póź­niej znu­dzony funk­cjo­na­riusz pań­stwowy pod­stem­plo­wał doku­menty, wrę­czył papiery Krzy­wu­sowi i oznaj­mił, że są teraz z Klarą mężem i żoną.

Ingrid roz­ma­wiała już z Traudl, która miała dosko­nałe konek­sje, odkąd zaczęła pra­co­wać dla Führera. Skon­tak­to­wała mał­żon­ków z kimś, kto zgo­dził się wyna­jąć im tanie trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie w zanie­dba­nej czę­ści mia­sta. To lep­sze niż nic, a Klara doło­żyła sta­rań, by urzą­dzić w nim praw­dziwy dom.

Po naro­dzi­nach Giseli nastą­pił krótki czas rado­ści, ale szybko zabiły ją nocne kar­mie­nie, kolki, ząb­ko­wa­nie i ogólny nie­do­sta­tek snu.

Cały ten zamęt nie przy­padł do gustu Bern­dowi, posta­rał się więc o klu­cze do dru­karni wuja i wziął na sie­bie odpo­wie­dzial­ność wcze­snego otwie­ra­nia i póź­nego zamy­ka­nia zakładu. "Czas jest gorącz­kowy, wuj Die­ter ma w tej chwili pełne ręce roboty" -?w ten spo­sób tłu­ma­czył dłu­gie godziny pracy.

Ale Bernd miał swoje plany i kiedy wszy­scy szli do domu, on uczył się robić skład i ręcz­nie obsłu­gi­wać sta­ro­świecką jed­no­ko­lo­rową prasę Guten­berga. Die­ter był zado­wo­lony, że chło­pak wresz­cie się tym zain­te­re­so­wał.

Bernd zaska­ku­jąco szybko opa­no­wał sztukę druku, a ponie­waż sprzą­ta­cze nie zara­biali dużo, uznał, że wyko­rzy­sta­nie nowych umie­jęt­no­ści leży w jego inte­re­sie, i zaczął roz­glą­dać się za jakąś pracą po godzi­nach. Dys­kret­nie roz­pu­ścił wici w miej­sco­wej piwiarni, że może wyko­ny­wać pry­watne zle­ce­nia dru­kar­skie -?pla­katy i ulotki, jed­no­stronne, jed­no­ko­lo­rowe.

W poło­wie lat trzy­dzie­stych piwiar­nie pękały w szwach od barw­nych, podej­rza­nych postaci wszel­kiej maści. Pijacy, gawę­dzia­rze, marzy­ciele i dzia­ła­cze z wielu róż­nych legal­nych i nielegal­nych par­tii poli­tycz­nych, wszy­scy narze­kali na sytu­ację gospo­dar­czą i roz­pra­wiali o powsta­niu nowych Naro­do­wych Socja­li­stów -?nazi­stów. Bernd poznał więk­szość rebe­lian­tów i bojow­ni­ków, tych dobrych i tych złych, i to wła­śnie dopro­wa­dziło go osta­tecz­nie do zguby.

Rozdział 2

2

W pracy Bernd nie miał kim rzą­dzić, za to w domu bywał rosz­cze­niowy i zło­śliwy. Raz ude­rzył Klarę. Ślad po razie pozo­stał na dłu­żej, przez kilka dni nie mogła iść do pracy. Po tym incy­den­cie wyda­wał się dumny z sie­bie i stwier­dził, że za odszcze­ki­wa­nie mu dostała to, na co zasłu­żyła, mimo że jego agre­sywne zacho­wa­nia ni­gdy nie powstrzy­mały jej przed wypo­wie­dze­niem wła­snego zda­nia. Tydzień póź­niej znów się na nią zamach­nął, tym jed­nak razem rzu­ciła w niego kub­kiem, a póź­niej zaczęła wyma­chi­wać kuchen­nym tabo­re­tem. Zaci­snęła usta, jej zie­lone oczy pło­nęły.

-?Zrób to jesz­cze raz, a będzie to twój ostatni! -?syk­nęła.

-?Co ty nie powiesz? -?iro­ni­zo­wał, zbli­ża­jąc się o krok w jej stronę ze zwi­nię­tymi w pię­ści dłońmi.

-?Dopadnę cię, gdy będziesz spał pijany i nie­przy­tomny jak nie­mal każ­dego dnia, jeśli w ogóle raczysz wró­cić do domu. No, spró­buj! Uderz mnie jesz­cze raz, wyświadcz mi przy­sługę!

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Klara nie żar­tuje.

Wyraz jej twa­rzy oraz twarde spoj­rze­nie wystar­czyły, by prze­ko­nać Bernda, że lepiej się wyco­fać, i od tam­tego czasu posta­no­wił trzy­mać ręce przy sobie. Ujrzał inne obli­cze Klary, dotych­czas skry­wane, i pojął, że pod pozor­nie nie­winną fasadą czai się tem­pe­ra­ment, któ­rego wolał nie wysta­wiać na próbę. Z Bernda był bowiem żaden boha­ter.

Zagu­sto­wał w dorod­nych, pier­sia­stych kobie­tach z piwiarni -?tych, które nosiły po cztery kufle w każ­dej ręce i poda­wały je z uśmie­chem, eks­po­nu­jąc bujny dekolt. Klara była ich prze­ci­wień­stwem: nie­śmiała, powścią­gliwa, o chło­pię­cej syl­wetce i pła­skim biu­ście, wciąż nieco dzie­cięca z wyglądu pomimo swo­ich dwu­dzie­stu paru lat. Zgod­nie z obo­wią­zu­jącą modą cia­sno spla­tała jasno­brą­zowe włosy, odgar­nia­jąc je z twa­rzy. Miała gładką cerę i lśniące zie­lone oczy -?zupeł­nie nie przy­po­mi­nała bar­ma­nek z piwiarni, jasno­wło­sych, nie­bie­sko­okich, o obfi­tych kształ­tach, któ­rych pożą­dał jej mąż.

Bernd był prze­ko­nany, że Klara umyśl­nie zła­pała go w sidła mał­żeń­stwa od początku ska­za­nego na porażkę. Do córki żywił bar­dzo let­nie uczu­cia, żony nie kochał wcale.

* * *

Pew­nego desz­czo­wego ponie­dział­ko­wego poranka Klara, dygo­cząc z zimna, wsu­nęła stopy w ranne pan­to­fle i otu­liła się zno­szo­nym szla­fro­kiem, po czym udała się do maleń­kiej kuchni. Wiatr wył za oknami, deszcz siekł w szyby, przez co i tak już ponure miesz­ka­nie zda­wało się jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­jące. Sta­rała się nie hała­so­wać, sta­wia­jąc czaj­nik na fajerkę, ponie­waż Gisela jesz­cze spała; natych­miast po otwar­ciu oczu żywa czte­ro­latka wyma­gała cią­głej uwagi.

Tam­ten ranek nie róż­nił się od innych. Bernd pokuś­ty­kał do drzwi, spóź­niony jak zwy­kle, w pośpie­chu wsiadł na rower i pope­da­ło­wał kilka kilo­me­trów do dru­karni. Nie zadał sobie trudu, by poca­ło­wać na poże­gna­nie żonę albo śpiącą córkę, za to roz­myśl­nie trza­snął drzwiami, by mieć pew­ność, że obu­dzi dziecko i zruj­nuje Kla­rze krótką chwilę wytchnie­nia.

Natych­miast zaczął się roz­gar­diasz, Gisela krę­ciła się w pod­sko­kach po całym miesz­ka­niu, nie zamy­kała się jej buzia, pod­śpie­wy­wała, jedną ręką cią­gnęła kota za ogon, drugą wpy­chała sobie do ust suchą grzankę. Miała oczy i włosy tego samego koloru co matka oraz aniel­ską twarz i zdą­żyła już roz­gryźć, jak wyko­rzy­stać te atuty. Była nie­po­korna, zbyt wiele ucho­dziło jej pła­zem, ale Kla­rze łatwiej przy­cho­dziła zgoda niż odmowa, nie zno­siła bowiem roz­cza­ro­wa­nej miny córeczki, gdy jej decy­zje oka­zy­wały się nie po myśli dziew­czynki. Takie postę­po­wa­nie miało tę dodat­kową zaletę, że dzia­łało Bern­dowi na nerwy, pod­wa­ża­jąc jego próby zdy­scy­pli­no­wa­nia córki przy nie­licz­nych oka­zjach, kiedy w ogóle się nią inte­re­so­wał.

W dni powsze­dnie Bernd rzadko bywał w domu, wolał pra­co­wać do późna i spę­dzać wie­czory u matki zamiast z Klarą i Giselą. Ingrid miesz­kała w pobliżu dru­karni, więc Bern­dowi to odpo­wia­dało, nie musiał jechać przez całe mia­sto, kiedy wcze­śnie zaczy­nał pracę albo późno koń­czył. Szanse na kolejne dziecko wyda­wały się zni­kome, ponie­waż mał­żon­ko­wie prak­tycz­nie wie­dli osobne życie, a kiedy byli razem, nie­ustan­nie się kłó­cili i z łatwo­ścią uni­kali jakie­go­kol­wiek kon­taktu fizycz­nego. Bernd uwa­żał, że jego żona jest ozię­bła.

Mimo wszystko Klara widziała, w jaki spo­sób patrzą na nią męż­czyźni, zwłasz­cza ci nie­na­gan­nie ubrani żoł­nie­rze SS, któ­rym rzadko zda­rzało się za nią nie obej­rzeć, gdy mijała ich na ulicy. Miej­scowi sprze­dawcy także nie stro­nili od flirtu, gdy robiła u nich zakupy, ale ich zaloty ni­gdy jej nie inte­re­so­wały. Stała się ujmu­jącą, piękną, nie­śmiałą, choć cza­sem zadziorną młodą kobietą o pro­stych potrze­bach, bez ambi­cji bycia kimś wię­cej niż kucharką w kawiarni, a także czułą, kocha­jącą matką.

To wszystko miało się jed­nak zmie­nić.

* * *

W ponie­dzia­łek zawsze robiła pra­nie; nie był to dzień wycze­ki­wany, ponie­waż Klara nie zno­siła roz­wie­szać w cia­snym miesz­ka­niu wil­got­nych ubrań i pościeli, a potem cze­kać, aż wyschną. Tymi dniami rzą­dził zawsze pośpiech, musiała sta­wić się w kawiarni przed wpół do dwu­na­stej, by zdą­żyć ugo­to­wać obiad dla sta­łych klien­tów. Na szczę­ście Ingrid zabie­rała rano Giselę, więc Klara mogła przy­naj­mniej zaj­mo­wać się swo­imi obo­wiąz­kami ze świa­do­mo­ścią, że córka jest bez­pieczna i zado­wo­lona. Może i jej teściowa była okropną snobką, za to Gisela ją uwiel­biała i Klara musiała przy­znać, że Ingrid dosko­nale opie­kuje się dziec­kiem, choć cza­sem pozwala mu na zbyt wiele.

-?To moja jedyna wnuczka i roz­piesz­cza­nie jej jest moim zada­niem. Jeśli nie ja, to kto? Bóg jeden wie, że cie­bie stać na nie­wiele!

Ingrid była ślepa na wady wła­snego syna, za to natych­miast zauwa­żała wszel­kie nie­do­statki jego żony i miała cięty język.

O ósmej, punk­tu­al­nie jak w zegarku, puka­nie do drzwi obwie­ściło przy­by­cie Ingrid. Klara szybko prze­cią­gnęła szczotką po wło­sach Giseli, otarła z jej buzi okruszki grzanki i otwo­rzyła drzwi, przy­kle­ja­jąc do twa­rzy uśmiech.

Ingrid stała w progu dumna i wypro­sto­wana. Wysoka, ele­gancka, na swój spo­sób atrak­cyjna, przy­cią­ga­jąca uwagę. Spra­wiała wra­że­nie dobrze ubra­nej kobiety o nie­na­gan­nie uło­żo­nej fry­zu­rze i takim maki­jażu, jej szyję zdo­bił sznur tanich pereł. Stuk­nęła para­solką w wycie­raczkę, nie omiesz­kaw­szy dopil­no­wać, by woda pry­snęła na nogi syno­wej.

Jak zwy­kle miała na sobie wygry­zione przez mole futro z lisów, które jej zda­niem pla­so­wało ją w wyż­szych war­stwach klasy śred­niej. Ukryte pod futrem ubra­nia były zde­cy­do­wa­nie nie­modne i zno­szone, bluzki miały prze­tarte koł­nie­rzyki, spód­nice pło­wiały z każ­dym pra­niem. Ci, któ­rzy dobrze ją znali, dosko­nale się orien­to­wali, jaką zdo­była wprawę w pene­tro­wa­niu żydow­skich domów, opusz­czo­nych w pośpie­chu po doj­ściu Hitlera do wła­dzy i ucieczce ich loka­to­rów z Nie­miec. "Tak już jest, że jeden traci, a drugi zyskuje, po co mają się zmar­no­wać porządne rze­czy, prawda?" Klara nie­na­wi­dziła futra Ingrid -?a mówiąc ści­śle, nie­na­wi­dziła tego, co się za nim kryło, oraz spo­sobu, w jaki teściowa weszła w jego posia­da­nie. Ale Ingrid ni­gdy nie przej­mo­wała się opi­nią syno­wej. Czasy są trudne, więc dla­czego nie sko­rzy­stać z oka­zji?

-?Klaro, kocha­nie, dla­czego zawsze wyglą­dasz tak nie­chluj­nie? Powin­naś nieco bar­dziej się posta­rać. Nic dziw­nego, że mój drogi Bernd woli w dni powsze­dnie przy­cho­dzić do mnie. Mogła­byś się pre­zen­to­wać atrak­cyj­nie, gdy­byś tylko wło­żyła w to odro­binę wysiłku; nie jesteś bez­na­dziej­nym przy­pad­kiem... na razie. -?Ingrid prze­ci­snęła się obok Klary i ener­gicz­nym kro­kiem weszła do cia­snego miesz­kanka. -?Gdzie podziewa się moja mała pta­szynka?

Gisela wsko­czyła pro­sto w ramiona babci, obsy­pu­jąc jej twarz poca­łun­kami i głasz­cząc futro z lisów.

-?Pój­dziemy dzi­siaj do kawiarni, Oma? Mam ochotę na stru­del, pro­szę... Mut­ter mówiła, że upie­cze w pią­tek i odłoży dla mnie kawa­łek. O, a do picia chcia­ła­bym szklankę tego kre­mo­wego mleka. -?Zro­biła wiel­kie oczy i uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

-?Gdzie twoje maniery, młoda damo? -?zapy­tała Klara, żar­to­bli­wie szczy­piąc dziecko w nos.

-?Pro­szę, kochana Oma -?dodała szel­mow­sko Gisela, nie zwa­ża­jąc na uwagę matki.

-?No ja myślę, pta­szynko -?rze­kła Ingrid suro­wym tonem, ale z uśmie­chem. Następ­nie zwró­ciła się do Klary: -?Cóż, musimy wyjść na ten deszcz. - Posta­wiła wnuczkę na ziemi. -?Bierz płaszcz, skar­bie, stru­del czeka.

-?Hurra! -?krzyk­nęła dziew­czynka, wsu­wa­jąc ramiona w rękawy poda­nego jej przez matkę płasz­cza.

-?Jest gotowa -?oznaj­miła Klara, gdy już zapięła płaszcz wier­cą­cego się dziecka i owi­nęła mu szyję sza­li­kiem.

-?Widzę, że będę musiała zdo­być dla wnuczki jakieś ubra­nia -?zauwa­żyła osten­ta­cyj­nie Ingrid. -?Wyra­sta już z tego palta.

-?Robię, co mogę, Ingrid, a Bóg mi świad­kiem, że twój syn mógłby nieco bar­dziej mi poma­gać.

Ta uwaga była nie­wła­ściwa, toteż Ingrid sap­nęła wymow­nie, wyra­ża­jąc w ten spo­sób dez­apro­batę, że żona syna skarży się na niego za ple­cami.

-?Gdy­bym miała więk­sze moż­li­wo­ści, tak jak w daw­nych cza­sach, kupo­wa­ła­bym jej ubra­nia co tydzień, ale jak dobrze wiesz, obec­nie bra­kuje mi pie­nię­dzy. Wojenna wdowa musi nauczyć się sobie radzić. Ale dziecko? Dziecko zawsze powinno mieć wszystko, co naj­lep­sze, zanim doro­śnie i pozna trudy życia.

Nie tra­cąc wię­cej czasu, Ingrid i Gisela wyszły razem na wietrzną pogodę. Klara stała w oknie i patrzyła za odcho­dzą­cymi. Pod wpły­wem podmu­chów wia­tru para­solka Ingrid chciała wywi­nąć się na drugą stronę, deszcz siekł uko­śnie na ulicy. Kla­rze ści­skało się serce za każ­dym razem, gdy córka wycho­dziła z Ingrid, ale było to konieczne, jeśli miała nadą­żyć z zaję­ciami domo­wymi, nie zanie­dbu­jąc pracy w kawiarni. Bóg świad­kiem, że potrze­bo­wała teraz pie­nię­dzy bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

* * *

Pod­czas gdy Klara z tru­dem wią­zała koniec z koń­cem, Bern­dowi ni­gdy nie bra­ko­wało pie­nię­dzy na prze­sia­dy­wa­nie w piwiarni.

-?Żeby zaro­bić tro­chę gro­sza, trzeba też i wydać -?mawiał i czę­sto cheł­pił się zle­ce­niami, które wyko­ny­wał za ple­cami wuja. Oczy­wi­ście zawsze za gotówkę, bez księ­go­wa­nia, a jego klien­tami byli ludzie, któ­rych poznał przy kuflu, tak zwani przy­ja­ciele. Z tego, co prze­bą­ki­wał, Klara wywnio­sko­wała, że Bernd zadaje się z nie­wła­ści­wymi typami, on jed­nak naj­wy­raź­niej się tym nie przej­mo­wał. "Przy­ja­ciele", któ­rzy dawali mu zaro­bić, prze­ciw­sta­wiali się Hitle­rowi i jego ban­dzie zbi­rów, ale hoj­nie pła­cili, a tylko to się liczyło.

W Niem­czech kło­poty wisiały w powie­trzu, kolejna wojna z każ­dym mie­sią­cem wyda­wała się coraz bar­dziej praw­do­po­dobna. Nie­któ­rych to cie­szyło, inni byli ostrożni. Od zakoń­cze­nia poprzed­niej wojny minęło rap­tem dwa­dzie­ścia lat i kraj wciąż mie­rzył się z jej kon­se­kwen­cjami narzu­co­nymi przez trak­tat wer­sal­ski. Ale z popio­łów powstała nowa siła poli­tyczna -?Naro­do­wo­so­cja­li­styczna Nie­miecka Par­tia Robot­ni­ków -?i obie­cy­wała odmie­nić los Nie­miec na lep­sze.

Nazi­stow­ska swa­styka zawi­sła na każ­dym gma­chu publicz­nym w mie­ście, a mała żydow­ska enklawa na odle­głym krańcu głów­nej ulicy, gdzie pro­wa­dzili nie­gdyś swoje inte­resy den­ty­sta, dwóch kraw­ców, księ­gowy i jubi­ler, świe­ciła teraz pust­kami, zaś okna ich lokali zostały zabite deskami. Pani Horo­witz, szwaczka pra­cu­jąca u jed­nego z kraw­ców, regu­lar­nie odwie­dzała kawiar­nię i zasma­ko­wała w kuchni Klary.

-?Ty nauczysz mnie goto­wać jak Niemka, a ja nauczę cię szyć jak Żydówka! -?powie­działa star­sza kobieta i zachi­cho­tała. Zawsze zosta­wiała sute napiwki, Klara z cza­sem ją polu­biła, dla­tego bar­dzo się zmar­twiła, gdy kobieta z dnia na dzień znik­nęła. Nie­stety, zakłady kra­wiec­kie stały teraz zamknięte na cztery spu­sty i popa­dały w ruinę.

Gdy tylko Ingrid i Gisela znik­nęły z pola widze­nia, Klara zaczęła zbie­rać brudne ubra­nia. Co prawda w ciągu tygo­dnia Bernd miesz­kał u matki, ale jego brudy zawsze lądo­wały na ster­cie w łazience Klary -?bez wąt­pie­nia jako ele­ment kary za to, że mu się posta­wiła.

Gdyby miała gra­mo­fon, włą­czy­łaby sobie jakąś muzykę; zamiast tego śpie­wała melo­die, które w jej mnie­ma­niu przy­po­mi­nały arie ope­rowe. Gisela kochała muzykę i czę­sto przy­łą­czała się do wspól­nych śpie­wów, a Klara miała nadzieję, że kie­dyś będą razem kolek­cjo­no­wać płyty.

Gdy rzu­ciła na pod­łogę przy zle­wie ostat­nie narę­cze pra­nia, ciszę poranka prze­rwało gło­śne puka­nie do drzwi. Sądząc, że Ingrid cze­goś zapo­mniała, wes­tchnęła i zawo­łała: "Już idę, Mut­ter", zmie­rza­jąc w stronę drzwi i wycie­ra­jąc dło­nie w szla­frok.

Kiedy jed­nak je otwo­rzyła, wcale nie przy­wi­tały jej Ingrid i Gisela. Miała przed sobą żoł­nie­rza w pięk­nie skro­jo­nym sza­rym mun­du­rze. Wyglą­dał na dość mło­dego i zadu­fa­nego w sobie, jak wszy­scy męż­czyźni noszący podwójną bły­ska­wicę SS na koł­nier­zach.

-?Frau Koch?

-?Tak.

-?A więc tra­fi­łem pod wła­ściwy adres i stoję przed wła­ściwą osobą. Pój­dzie pani ze mną.

Rozdział 3

3

Pod­czas pięt­na­sto­mi­nu­to­wej jazdy czar­nym samo­cho­dem ze swa­styką powie­wa­jącą na masce żoł­nierz nie­mal się nie odzy­wał. Sły­chać było jedy­nie dud­nie­nie opon oraz stu­ka­nie wycie­ra­czek o przed­nią szybę. Klara widziała, jak kie­rowca od czasu do czasu prze­nosi wzrok z drogi na lusterko wsteczne, i uznała, że zde­cy­do­wa­nie nie jest on typem, z któ­rym chcia­łoby się pro­wa­dzić roz­mowę.

Wkrótce dotarli na szczyt wzgó­rza, miej­sce, o któ­rego ist­nie­niu wie­działo całe mia­sto, lecz które odwie­dzili tylko nie­liczni. Ktoś otwo­rzył drzwi, gdy tylko samo­chód się zatrzy­mał. Klara wysia­dła, sma­gana podmu­chami wia­tru, a już po chwili inny żoł­nierz w sza­rym mun­du­rze wpro­wa­dził ją do środka.

-?Za mną -?pole­cił tonem służ­bi­sty.

Szli pośród dobrze jej zna­nych wido­ków, odgło­sów i zapa­chów ruchli­wej kuchni. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi, z wyjąt­kiem nie­chluj­nego męż­czy­zny o wysta­ją­cych zębach, który ski­nął głową, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały.

Dalej był wyło­żony płyt­kami kory­tarz z kil­koma parami zamknię­tych drzwi po obu stro­nach. Kroki nio­sły się po pustej prze­strzeni, aż wresz­cie zna­leźli się w dużym holu pozba­wio­nym jakich­kol­wiek mebli, z przy­krytą chod­ni­kami pod­łogą. Klara dostrze­gła swoje odbi­cie w dużym zło­co­nym lustrze i spró­bo­wała dopro­wa­dzić się do porządku, idąc dalej za żoł­nie­rzem.

-?Sły­sza­łem, jak szef rano pogwiz­dy­wał, to zły znak -?rzu­cił przez ramię żoł­nierz, pro­wa­dząc Klarę po scho­dach na górę. -?Już wkrótce sama się pani prze­kona, jaki jest. Jeśli nuci po wsta­niu z łóżka, zapo­wiada się dobry dzień, ale kiedy gwiż­dże, lepiej zacho­wać zimną krew.

Gdy dotarli na słabo oświe­tlone pół­pię­tro, Klara zna­la­zła się przed cięż­kimi drew­nia­nymi drzwiami; po jed­nej ich stro­nie stało wygodne krze­sło, po dru­giej mały drew­niany tabo­ret.

-?Niech pani tu zaczeka. Może pani usiąść na krze­śle, w żad­nym razie nie na tabo­re­cie. I niech pani przy­gła­dzi włosy. On nie lubi zanie­dba­nych kobiet.

Żoł­nierz odwró­cił się i znik­nął na scho­dach, zosta­wia­jąc Klarę samą i coraz bar­dziej zde­ner­wo­waną w tym ponu­rym miej­scu.

Posta­no­wiła usiąść na krze­śle, ner­wowo wytarła dło­nie w płaszcz i nacią­gnęła jego rąbek na kolana. Prze­cze­sała pal­cami włosy, przy­kle­pała je, by wyglą­dały schlud­niej. Nie poma­lo­wała ust szminką, pod swoim jedy­nym płasz­czem miała zno­szoną domową sukienkę, ponie­waż żoł­nierz, który przy­szedł po nią rano, nie dał jej czasu na prze­bra­nie. Miała dość roz­sądku, by nie dys­ku­to­wać z eses­ma­nem.

W budynku było cie­pło, może nawet zbyt cie­pło. Klara zauwa­żyła rząd kalo­ry­fe­rów wzdłuż prze­ciw­le­głej ściany. Nagle zaczęły lepić się jej dło­nie, na czoło i górną wargę wystą­piły kro­pelki potu, roz­pięła więc płaszcz i ner­wowo wes­tchnęła. Mijały kolejne minuty, serce biło jej coraz szyb­ciej, a gdyby dostała od Bernda obrączkę, okrę­ca­łaby ją sobie teraz na palcu.

Z dołu dobie­gły stłu­mione głosy, gdzieś w pokoju obok zadzwo­nił tele­fon, roz­legł się stu­kot kla­wi­szy maszyny do pisa­nia. Potem ktoś prze­biegł na dole przez hol, woła­jąc jakieś imię, ale Klara nie dosły­szała. Wyda­wało się jej, że sły­szy też gdzieś w głębi domu szcze­ka­nie psa. Wszę­dzie pach­niało pastą do drewna.

Myśli Klary powę­dro­wały do sterty brud­nych ubrań, które zosta­wiła przy zle­wie w miesz­ka­niu. Będzie jej teraz sza­le­nie trudno zdą­żyć z pra­niem i dotrzeć na czas do pracy. Potem pomy­ślała o Giseli w kawiarni, gdzie jej sze­fowa pod­su­nie dziew­czynce kawa­łek cze­ko­lady dese­ro­wej, kiedy Ingrid odwróci wzrok, uda­jąc, że to ich tajem­nica. Wyobra­ziła sobie buzię dziew­czynki, obwódkę bia­łej pianki wokół ust, gdy wysą­czy mleko do ostat­niej kro­pelki i wyliże szklankę.

Uśmiech­nęła się na myśl o ślicz­nej córeczce i znów wes­tchnęła, a jej wzrok padł na dwa obrazy na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Przed­sta­wiały dorodne nagie kobiety w oto­cze­niu anioł­ków czy che­ru­bi­nów. Bogate malo­wi­dła były opra­wione w kunsz­towne ramy, wyglą­dały na bar­dzo cenne.

Nagle Klara pod­sko­czyła, ponie­waż otwo­rzyły się drzwi obok i sta­nął przed nią męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, z ważną miną i wpiętą w klapę poły­sku­jącą nazi­stow­ską odznaką. Miał obwi­sły pod­bró­dek, prze­rze­dzone włosy. Przy­po­mi­nał despo­tycz­nego nauczy­ciela dyżu­ru­ją­cego na szkol­nym boisku, w pra­wej ręce trzy­mał pod­kładkę, w lewej ołó­wek.

-?Frau Koch? -?zapy­tał ofi­cjal­nym tonem.

Ski­nęła głową.

-?Pro­szę za mną.

Otak­so­wał ją wzro­kiem od stóp do głów, chrząk­nął i wyszedł, zosta­wia­jąc Klarę samą w gabi­ne­cie, ale wcze­śniej uprze­dził, by niczego nie doty­kała. Rozej­rzała się wokół: dwie ściany zasta­wione ugi­na­ją­cymi się od ksią­żek rega­łami biblio­tecz­nymi, oka­załe, pro­ste drew­niane biurko usta­wione w widocz­nym miej­scu w głębi pokoju. Zauwa­żyła dwie foto­gra­fie na ścia­nie -?jedna przed­sta­wiała męż­czy­znę o suro­wym obli­czu i prze­ni­kli­wym wzroku, druga budzącą respekt kobietę -?obie prze­ra­ża­jące, ponie­waż posta­cie zda­wały się ją śle­dzić. Za biur­kiem stało pro­ste skó­rzane krze­sło, lekko odsu­nięte w bok, jakby ktoś nie­dawno je zwol­nił, na bla­cie spo­czy­wało kilka sta­ran­nie uło­żo­nych sto­sów doku­men­tów, luź­nych kar­tek i teczek. Z okna roz­ta­czał się wspa­niały widok na Alpy, pod oknem znaj­do­wał się stół zarzu­cony mapami.

Przed biur­kiem usta­wiono dwa masywne, dość asce­tyczne drew­niane krze­sła. W dru­gim, przy­tul­nym kącie gabi­netu przed trza­ska­ją­cym w kominku ogniem stały wygodne sofa i fotel, a pomię­dzy nimi niski sto­lik.

Klara na­dal nie miała poję­cia, dla­czego ją tu przy­pro­wa­dzono. Z kim miała się spo­tkać? Kim był "szef", o któ­rym wspo­mniał żoł­nierz i puco­ło­waty męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze? Powinna cze­kać tu na sto­jąco czy na sie­dząco? W kory­ta­rzu na zewnątrz powie­dziano jej, że może usiąść, ale tutaj to co innego. Gabi­net wyglą­dał jak czy­jaś prze­strzeń pry­watna, miej­sce pracy, posta­no­wiła więc stać, czuła się nie­zręcz­nie, była skrę­po­wana, nie wie­działa, co zro­bić z rękami.

Spoj­rzała na widok za oknem, prze­sło­nięty teraz olbrzy­mimi ciem­nymi chmu­rami, które spły­nęły z gór­skich szczy­tów i prak­tycz­nie spo­wiły górne pię­tro budynku. Gwał­towny podmuch wia­tru sma­gnął desz­czem w szybę, dźwięk przy­po­mi­nał roz­pacz­liwe skro­ba­nie dzie­cię­cych palusz­ków. Klara pomy­ślała przez chwilę o Giseli i z jakie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego powodu poczuła, jak dreszcz prze­biega jej po ple­cach. W tej samej chwili prze­stra­szył ją odgłos prze­krę­ca­nego w zamku klu­cza. Odwró­ciła się i zdą­żyła zoba­czyć, jak powoli otwie­rają się drzwi, a kilka sekund póź­niej poja­wiła się w nich zna­joma twarz.

* * *

Zasko­czył ją jego przy­jemny spo­sób bycia -?na żywo ani tro­chę nie był taki, jak sobie wyobra­żała. Wyglą­dał jak zwy­kły, szary czło­wiek, gdy powoli wszedł do pokoju z zało­żo­nymi za plecy rękoma i deli­kat­nie opusz­czoną głową. Musiał lekko ją pod­nieść, by napo­tkać jej wzrok.

Nogi Klary zro­biły się nagle jak z waty, ręka drżała, gdy się­gała do wycią­gnię­tej na powi­ta­nie dłoni. Wymie­nili uścisk. Zaska­ku­jąco uprzejmy, nie­zbyt silny, praw­do­po­dob­nie przez wzgląd na to, że wita się z kobietą, pomy­ślała sobie. Następ­nie deli­kat­nie pokle­pał jej rękę, jakby chciał ją uspo­koić. Była zbyt onie­śmie­lona, by po raz drugi spoj­rzeć mu w oczy, ale zauwa­żyła jego cie­pły uśmiech i usły­szała coś, co przy­po­mi­nało pomruk apro­baty.

Miał zwy­czaj doda­wać ludziom otu­chy w takich sytu­acjach, w pełni rozu­miał bowiem zdu­mie­nie i zachwyt malu­jące się na ich twa­rzach. Kobiety mdlały, spo­ty­ka­jąc się z nim twa­rzą w twarz, nie­które nawet pisz­czały ze szczę­ścia, jak gdyby był słynną gwiazdą kina albo woka­li­stą. Takie chwile spra­wiały mu przy­jem­ność, wie­dział też, że czeka go ich w życiu wiele.

-?Nie ma powodu do zde­ner­wo­wa­nia, dziecko. Wyglą­dasz na prze­ra­żoną - prze­mó­wił życz­li­wym gło­sem. -?Chodź, usiądźmy razem na sofie i poroz­ma­wiajmy. -?Wyko­nał zapra­sza­jący gest dło­nią.

Zapa­dła krótka cisza. Zro­bił tę pauzę celowo, chcąc zoba­czyć jej reak­cję.

Klara odzy­skała mowę, choć lekko drżał jej głos.

-?Dzię­kuję.

Nie­zdar­nie dygnęła, gdy ponow­nie wska­zał sofę. Bez względu na to, czego miało doty­czyć spo­tka­nie, posta­no­wiła zapa­mię­tać z niego jak naj­wię­cej. Gisela będzie ocza­ro­wana, a Ingrid despe­racko pochło­nie wszyst­kie szcze­góły. Klara ni­gdy sobie nie wyobra­żała, nawet w naj­śmiel­szych marze­niach, że znaj­dzie się tuż obok Adolfa Hitlera, naj­waż­niej­szego czło­wieka na świe­cie, sie­dząc na sofie w jego pry­wat­nym gabi­ne­cie w Ber­gho­fie.

Rozdział 4

4

Gdy Klara roz­ma­wiała z Führerem, pod głów­nym wej­ściem Ber­ghofu z czar­nego mer­ce­desa szta­bo­wego wysiadł rosły i naj­wy­raź­niej bar­dzo ważny męż­czy­zna. Prze­cią­gnął się, ziew­nął dość osten­ta­cyj­nie, zaczerp­nął świe­żego powie­trza, cmok­nął i w końcu powie­dział:

-?Naresz­cie w domu!

Z sze­ro­kim uśmie­chem pokle­pał żoł­nie­rza po ramie­niu, jakby spo­tkał sta­rego przy­ja­ciela. Her­mann Göring nie zawsze posłu­gi­wał się tra­dy­cyj­nym hitle­row­skim pozdro­wie­niem i nie widział powodu, dla­czego miałby to robić. W grun­cie rze­czy wolałby usły­szeć "Heil Göring" towa­rzy­szące nazi­stow­skiemu salu­towi.

Histo­ria zna­jo­mo­ści Göringa z Führerem była burz­liwa, ale koniec koń­ców zawsze lądo­wał po pra­wej ręce wodza. Wyda­wało się, że wyba­cza­nie Reich­smar­schal­lowi daw­nych grzesz­ków nie sta­no­wiło dla Hitlera pro­blemu. Bądź co bądź, bar­dzo się wyróż­niał pośród gro­mady nad­gor­li­wych urzęd­ni­ków i księ­go­wych, któ­rzy zna­leźli się na pozy­cjach wła­dzy w rzą­dzie oraz w wąskim gro­nie współ­pra­cow­ni­ków Hitlera. Göring był sza­no­wa­nym boha­te­rem wojen­nym. Doma­gał się sza­cunku i go otrzy­my­wał.

Rodzice Her­manna wzbo­ga­cili się dzięki rol­nic­twu, mieli też bli­skie powią­za­nia z nie­miecką ary­sto­kra­cją. Patriar­cha rodu, Hein­rich Göring, były Reich­skom­mis­sar Nie­miec­kiej Afryki Połu­dnio­wej, miał konek­sje wszę­dzie -?cheł­pił się, że łączy go zażyła przy­jaźń mię­dzy innymi z Fer­di­nan­dem von Zep­pe­li­nem, słyn­nym lot­ni­kiem. Jed­nak życie Hein­richa legło w gru­zach po pierw­szej woj­nie świa­to­wej wraz z upad­kiem nie­miec­kiej gospo­darki, a w wyniku sza­le­ją­cej infla­cji pozo­stał prak­tycz­nie bez gro­sza. Jed­nego dnia ucho­dził za zamoż­nego poten­tata rol­ni­czego, nie­omal ary­sto­kratę, a już kolej­nego wyprze­da­wał mają­tek, by spła­cić część licz­nych nie­ure­gu­lo­wa­nych dłu­gów.

Na szczę­ście konek­sje ode­grały pierw­szo­rzędną rolę: czło­wiek, po któ­rym mały Her­mann dostał imię, żydow­ski ary­sto­krata Her­man von Epstein, jego ojciec chrzestny, zapro­po­no­wał rodzi­nie Göringów zamiesz­ka­nie w oka­za­łym zamku. Układ wyda­wał się legalny i doprawdy hojny, oka­zało się jed­nak, że towa­rzy­szy mu pewien waru­nek, który Hein­rich musiał przy­jąć, nie mając więk­szego wyboru. Jego żona Fanny musiała wpro­wa­dzić się do sypialni Epste­ina.

Przed pierw­szą wojną świa­tową Her­mann i jego brat Albert podą­żali odmien­nymi ścież­kami kariery. Albert odniósł suk­ces jako inży­nier, jego dochody pozwa­lały na życie znacz­nie lep­sze niż tylko przy­zwo­ite, zdo­był zna­ko­mitą repu­ta­cję w świe­cie biz­nesu. Inte­resy zawsze szły dobrze, nie­ścią­galne długi nie miały wiel­kiego zna­cze­nia, więk­szość trans­ak­cji przy­pie­czę­to­wy­wał uścisk dłoni, choć wiele zawie­rano przy butelce szkoc­kiej. Ucho­dził za szczo­drego i towa­rzy­skiego gospo­da­rza, potra­fił spo­ży­wać ogromne ilo­ści alko­holu, nie popa­da­jąc przy tym w lek­ko­myśl­ność czy bra­wurę.

Sły­nący ze zna­ko­mi­tego wyczu­cia stylu Albert wiódł wygodne życie pod zna­ko­mi­tym adre­sem na jed­nym z lep­szych przed­mieść Ber­lina. Uwiel­biał towa­rzy­stwo kobiet i czte­ro­krot­nie wstę­po­wał w zwią­zek mał­żeń­ski. Pomię­dzy jedną a drugą żoną można go było spo­tkać w najlep­szych restau­ra­cjach, barach i klu­bach, gdzie palił fran­cu­skie cyga­retki w dłu­gich, ele­ganc­kich fif­kach i zawsze miał w zasięgu ręki butelkę wykwint­nego szam­pana. Gładko zacze­sane czarne włosy oraz ręcz­nie robione buty stały się łatwo roz­po­zna­wal­nymi sym­bo­lami jego suk­cesu. Wszy­scy z biz­ne­so­wych krę­gów Ber­lina znali Alberta Göringa jako sym­pa­tycz­nego, twar­dego, ale spra­wie­dli­wego czło­wieka o skłon­no­ściach do filan­tro­pii.

Pod­czas gdy Albert był zajęty toro­wa­niem drogi w świe­cie han­dlu, Her­mann wal­czył o wyro­bie­nie sobie marki. Ukoń­czył szkołę woj­skową w Ber­li­nie, a potem wstą­pił do pru­skiej armii, osta­tecz­nie prze­no­sząc się do lot­nic­twa, gdzie został dziar­skim pilo­tem i dowódcą eska­dry w pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Ale wojna poto­czyła się dla Nie­miec nie­ko­rzyst­nie i Her­mann skoń­czył jako czło­wiek bez zatrud­nie­nia i pie­nię­dzy. Po krót­kim okre­sie pracy w cha­rak­te­rze pilota akro­baty nada­rzyło się inne zaję­cie, obwo­że­nie samo­lo­tem po całej Euro­pie boga­tych i sław­nych -?i wła­śnie wtedy poznał swoją pierw­szą żonę, piękną Szwedkę Carin Fock.

Dla Her­manna było to korzystne mał­żeń­stwo, ponie­waż Carin pocho­dziła z zamoż­nej rodziny o usta­lo­nej pozy­cji, która kupiła im duży, wygodny dom w Alpach nie­da­leko Mona­chium. Jed­nak Niemcy na­dal bory­kały się z sza­lo­nym bez­ro­bo­ciem i galo­pu­jącą infla­cją, a scenę poli­tyczną zdo­mi­no­wały rady­kalne ugru­po­wa­nia. Z tej hała­stry powoli, acz pew­nie wyło­nił się czło­wiek z wizją, postać, która miała zawład­nąć wyobraź­nią Her­manna Göringa i wynieść go na odu­rza­jące wyżyny sta­tusu, pie­nię­dzy i wła­dzy, które, jak zawsze uwa­żał, słusz­nie mu się nale­żały.

Tym czło­wie­kiem był Adolf Hitler.

Her­mann wstą­pił do par­tii nazi­stow­skiej i został szybko dostrze­żony przez Hitlera jako ktoś, kto może oka­zać się uży­teczny. Był boha­te­rem wojen­nym, któ­remu nadano wyso­kie odzna­cze­nia i który umiał zna­leźć wspólny język zarówno z mecha­ni­kami dba­ją­cymi o stan tech­niczny samo­lotu, jak i z przed­sta­wi­cie­lami nie­miec­kiej ary­sto­kra­cji, zabie­ga­ją­cymi o jego towa­rzy­stwo na wystaw­nych przy­ję­ciach. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Her­mann Göring wie­dział, jak zacho­wy­wać się przy sto­łach w obec­no­ści przed­sta­wi­cieli nie­miec­kiej śmie­tanki.

Göring był przy Hitle­rze pod­czas nie­uda­nego puczu w mona­chij­skiej piwiarni w listo­pa­dzie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego trze­ciego roku. Po krwa­wej jatce Hitlera ska­zano na wię­zie­nie, a ranny Her­mann zbiegł z Carin do Austrii, kolejny raz chro­niąc się w domu dobro­czyńcy swo­jego ojca -?Żyda, von Epste­ina.

Pod­czas rekon­wa­le­scen­cji Her­mann uza­leż­nił się od mor­finy. W trak­cie dłu­giej drogi do ozdro­wie­nia odwie­dzili z Carin Wło­chy, korzy­sta­jąc z oka­zji, by spo­tkać się z Benito Mus­so­li­nim, który przy­jął ich jak dawno nie­wi­dzia­nych przy­ja­ciół. Göringom sza­le­nie podo­bał się prze­pych, który ota­czał dyk­ta­tora: pałace i ich skrzące się wnę­trza, służba, szo­fe­rzy, ukłony, czo­ło­bit­ność, straż i pry­watne woj­sko.

Po powro­cie z wizyty, w przy­pły­wie nowych sił i pychy, try­ska­jący ener­gią Her­mann znów poja­wił się u boku Hitlera, wkrótce po tym jak zwol­niono go z wię­zie­nia Lands­berg. Dwaj męż­czyźni spi­sko­wali niczym żebracy na uczcie. Hitler opo­wia­dał Göringowi o pla­nach na Tysiąc­let­nią Rze­szę, Her­mann marzył o majątku i wła­dzy, które sta­łyby się jego udzia­łem. Hitler wrę­czył mu szkic Mein Kampf, który Göring uważ­nie prze­czy­tał i z entu­zja­zmem wyra­ził swoją apro­batę.

Oto przy­szłość! Takie ide­ały i filo­zo­fia przy­wrócą Niem­com wiel­kość.

-?Europa będzie nasza! -?zachwy­cał się Her­mann.

-?Zapo­mnij o Euro­pie, będziemy rzą­dzić świa­tem! -?grzmiał Hitler. -?Ale naj­pierw musimy roz­wią­zać kwe­stię żydow­ską. -?Uniósł palec wska­zu­jący. - Naro­dowa par­tia socja­li­styczna raz na zawsze upora się z bolącz­kami tego kraju.

Ponie­waż Göring znaj­do­wał się nie­ustan­nie w sta­nie mor­fi­no­wej eufo­rii, Hitler wyko­rzy­sty­wał go do pro­sto­wa­nia ście­żek w rela­cjach z innymi poli­ty­kami, wiel­kimi prze­my­słow­cami oraz nie­miecką elitą. Roz­ta­cza­jący urok, wiecz­nie uśmiech­nięty bon vivant nie mar­no­wał żad­nej oka­zji do nawią­za­nia poży­tecz­nych kon­tak­tów dla Hitlera, par­tii, a co waż­niej­sze - dla sie­bie. Her­mann Göring był nume­rem jeden na wszyst­kich listach gości i uwiel­biał to zain­te­re­so­wa­nie swoją osobą nie­mal tak bar­dzo, jak bar­dzo Hitler pra­gnął wła­dzy.

* * *

Szczę­śliwy i bar­dzo zako­chany w żonie Her­mann był zdru­zgo­tany, kiedy Carin zacho­ro­wała. Przy­je­chał do niej do Mona­chium w te pędy i dowie­dział się, że nie­stety nie pozo­stało jej wiele czasu. Był zde­cy­do­wany trwać przy niej do końca, lecz gdy Carin umie­rała na raka, kilka dni przed jej śmier­cią Hitler wezwał go z powro­tem do Ber­lina.

Prośby i bła­ga­nia Göringa tra­fiały w próż­nię. Hitler był wresz­cie nowym Führerem i zamie­rzał uczy­nić Her­manna szes­na­stym pre­zy­den­tem Reich­stagu! Nie widząc innego wyboru, Göring posłusz­nie wró­cił do Ber­lina, by ode­brać swoją koronę. Miał teraz auto­ry­tet i wła­dzę -?a za tym nie­uchron­nie napłyną pie­nią­dze. W końcu dopiął swego, ale jakim kosz­tem?

Göring, pełen nie­chęci i skry­wa­nej zło­ści na Führera, nie zdą­żył na pogrzeb Carin. Co prawda człon­ko­wie wąskiego kręgu Hitlera uro­nią przez lata nie­wiele łez, ale Her­mann opła­ki­wał śmierć uko­cha­nej żony i ogrom­nie żało­wał, że nie było go przy niej w ostat­nich chwi­lach.

Gdy Her­mann rzu­cił się w wir pracy, nie ule­gało już wąt­pli­wo­ści, że jego nie­sły­chany ape­tyt na jedze­nie, picie i zabawę prze­kształ­cił i tak już kor­pu­lentną postać w cho­ro­bli­wie otyłą. Jego próż­ność prze­ja­wiała się w miria­dach zapro­jek­to­wa­nych spe­cjal­nie dla niego mun­du­rów, pele­ryn i płasz­czy, a wiele z nich ude­rza­jąco przy­po­mi­nało stroje Mus­so­li­niego. Wysa­dzane dro­gimi kamie­niami laski, które chęt­nie nosił, oraz liczne medale zdo­biące jego pierś zda­wały się nie mieć pod­staw w kate­go­riach mili­tar­nych -?Göring po pro­stu je wymy­ślił, by dodać splen­doru swo­jej kolek­cji.

Przy­my­ka­jąc oko na ten brak umiaru i nad­uży­cia pre­zy­denta Reich­stagu, Hitler z przy­jem­no­ścią wystą­pił w roli drużby Her­manna, gdy ten oże­nił się ponow­nie w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pią­tym roku. Zamknięto cen­trum Ber­lina, by Göring i jego nowa wybranka Emmy mogli uczest­ni­czyć w cere­mo­nii zaślu­bin. Przed kościo­łem przede­fi­lo­wało trzy­dzie­ści tysięcy żoł­nie­rzy, a Hitler poma­chał nowo­żeń­com, gdy uda­wali się na przy­ję­cie weselne, na któ­rym wśród wybit­nych gości zna­lazł się także bry­tyj­ski amba­sa­dor w Niem­czech.

Szczę­śliwa młoda para wpro­wa­dziła się do ogrom­nej wiej­skiej posia­dło­ści w Lesie Schor­fhe­ide, pięć­dzie­siąt kilo­me­trów od Ber­lina. Nazwano ją Carin­hall w hoł­dzie dla pierw­szej żony Her­manna, któ­rej ciało eks­hu­mo­wano i ponow­nie pocho­wano na roz­le­głych grun­tach wokół domu. Budy­nek był pełen prze­py­chu, sty­li­zo­wany na wiej­ski dwór, oto­czony wspa­nia­łymi ogro­dami, z dom­kiem myśliw­skim, a las obfi­to­wał w jele­nie i bażanty do odstrzału, o co dbali gajowi. Wokół kro­czyły dum­nie pawie, przez pewien czas Göringowie mieli też małego lwa, który swo­bod­nie prze­cha­dzał się po domu i ogro­dach. Na pod­da­szu Her­mann trzy­mał model kolejki zaj­mu­jący powierzch­nię czte­ry­stu metrów kwa­dra­to­wych i odda­wał się swo­jemu dzie­cię­cemu hobby, zaba­wie pocią­gami. Służby było w bród - per­so­nel kła­niał się uni­że­nie, kucha­rze kar­mili, szo­fer woził Emmy na zakupy, kamer­dy­ne­rzy usłu­gi­wali, poko­jówki i pozo­stała służba zaspo­ka­jali wszyst­kie potrzeby mał­żon­ków. Her­mann Göring wresz­cie wiódł życie zie­mia­nina.

W pełni cie­szył się swoim nowym sta­tu­sem i zamoż­no­ścią, ale ni­gdy nie zapo­mniał Hitle­rowi, że ten odcią­gnął go od łoża śmierci Carin i odmó­wił zgody na uczest­nic­two w pogrze­bie.

Pew­nej nocy, patrząc na kilka pustych fio­lek mor­finy i porzu­coną strzy­kawkę, Her­mann poprzy­siągł, że wyrówna rachunki z "kapra­lem Hitle­rem" bez względu na to, jak długo będzie musiał cze­kać.

-?Przy­się­gam na życie wła­snej matki, on mi za to zapłaci... kie­dyś... jakoś -?wark­nął.

Rozdział 5

5

Hitler usa­do­wił się na sofie i uśmiech­nął z sym­pa­tią do Klary.

-?Oglą­da­łaś obrazy. -?Nie było to pyta­nie, tylko spo­strze­że­nie. - Rubens. Arcy­dzieła, oba. Jestem kolek­cjo­ne­rem, a sztuka to jedna z nie­licz­nych rado­ści w moim życiu. Nie­stety, obec­nie mam nie­wiele czasu na takie przy­jem­no­ści.

W jego gło­sie pobrzmie­wał dziwny smu­tek. Przy­gła­dził włosy prawą ręką, gestem, który Klara widziała wie­lo­krot­nie na kro­ni­kach fil­mo­wych.

-?Ale musisz opo­wie­dzieć mi o sobie, droga Klaro -?rzekł już pogod­niej. -?Ładna z cie­bie dziew­czyna, wyglą­dasz bar­dzo młodo. Podobno masz dwa­dzie­ścia dwa lata, zga­dza się? -?Ski­nęła głową i nie­mal zachi­cho­tała z zakło­po­ta­nia. -?Jestem pewien, że repre­zen­tu­jesz sobą znacz­nie wię­cej niż tylko ładną buzię -?dodał Führer.

-?Jestem żoną Bernda, mamy córkę Giselę, teraz już czte­ro­let­nią - odparła Klara nie­mal szep­tem.

Sta­rała się nie patrzeć mu w oczy. Przy­po­mi­nały klej­noty, skrzyły się błę­ki­tem nawet w przy­ćmio­nym świe­tle gabi­netu, ale miały w sobie coś jesz­cze -?coś, co napa­wało ją prze­czu­ciem, że gdyby spo­glą­dała w nie zbyt długo, rzu­ci­łyby na nią jakiś urok. Był w nich mrok, który ją nie­po­koił. Nie ona jedna tak czuła, on zaś czę­sto robił z tych oczu uży­tek. Lubił roz­bra­jać ludzi.

-?Twój mąż jest, zdaje się, dru­ka­rzem? Dopil­nuję, by jego dru­kar­nia otrzy­mała drobne zle­ce­nie na druk mate­ria­łów, nad któ­rymi pra­cuje obec­nie nasz drogi mini­ster Goeb­bels. Jest w tej chwili sza­le­nie zajęty przy­go­to­wy­wa­niem pla­ka­tów i roz­po­rzą­dzeń, tego rodzaju rze­czy.

-?Dzię­kuję, Mein Führer -?rze­kła Klara, ponow­nie spusz­cza­jąc wzrok. - Nie orien­tuję się, czym zaj­muje się teraz dru­kar­nia, w któ­rej pra­cuje mój mąż, ale jestem prze­ko­nana, że będą zachwy­ceni, jeśli otrzy­mają pań­ską szczo­drą pomoc.

-?Nie roz­ma­wia­cie z mężem o jego pracy?

-?Rzadko się widu­jemy, ponie­waż on pra­cuje do późna i w dni powsze­dnie nocuje u swo­jej matki. Ona ma miesz­ka­nie nie­da­leko dru­karni.

-?Tak, rozu­miem... Dobrze, że nie roz­ma­wia­cie z mężem o pracy. W ten spo­sób tajem­nica pozo­staje tajem­nicą, a usta są zamknięte na kłódkę. To pożą­dana cecha. -?Przez jego twarz prze­mknął uśmiech. -?Pozwól, że wyja­śnię teraz cel two­jej wizyty.

Hitler poin­for­mo­wał Klarę, że cierpi na dole­gli­wo­ści żołąd­kowe. Jego oso­bi­sty lekarz badał ten pro­blem i chciałby roz­wią­zać go raz na zawsze.

-?Mam kło­poty tra­wienne, wzdę­cia, te sprawy -?oznaj­mił z lek­ce­wa­żą­cym mach­nię­ciem ręki. -?Cza­sem gazy -?dodał, uno­sząc brwi. -?Klara zaru­mie­niła się, sły­sząc tak oso­bi­ste wyzna­nia, ale Hitler tylko się zaśmiał. -?Wszy­scy mie­wamy od czasu do czasu takie pro­blemy, moja droga, nie ma się czego wsty­dzić.

Wypo­wie­dział te słowa lekko zmie­nio­nym tonem. Ledwo wyczu­wal­nie, ale z cza­sem Klara nauczyła się wychwy­ty­wać niu­anse w gło­sie męż­czyzn i mieć się na bacz­no­ści.

-?Lekarz twier­dzi, że pro­blem leży w moim spo­so­bie odży­wia­nia. Widzisz, jestem wege­ta­ria­ni­nem. Od czasu pierw­szej wojny, kiedy to nawdy­cha­łem się gazu w oko­pach, nie tole­ruję smaku mięsa. Moja dieta nie zmie­nia się od lat, podob­nie jak mój kucharz. Posiłki stały się mało inte­re­su­jące i nija­kie, znu­dziły mi się i nie poma­gają w moich pro­blemach żołąd­ko­wych ani nie wpły­wają korzyst­nie na nastrój, tak mi w każ­dym razie powie­dziano. Prze­ko­nują mnie, że potrze­buję bar­dziej uroz­ma­ico­nej diety, takiej, powiedzmy, bar­dziej domo­wej, wiej­skiej. Kilka sosów nie zaszko­dzi, byle nic ostrego, pamię­taj, żad­nego curry. Zwy­kłe, smaczne nie­miec­kie dania, takie, jakie goto­wała moja matka.

-?Prze­pra­szam, Mein Führer, ale na­dal nie rozu­miem...

-?Oczy­wi­ście. Moje myśli cza­sem błą­dzą... tak wiele się obec­nie dzieje. - Uśmiech­nął się dobro­tli­wie. -?Nie wiem, jak to było... ktoś coś powie­dział, poja­wiło się twoje imię, a przy oka­zji wspo­mniano, że dosko­nale gotu­jesz.

Oto, jak Hitler funk­cjo­no­wał -?rzadko mówił bez­po­śred­nio, czego chce. Wystar­czyła alu­zja, uwaga, nie­ważne jak mgli­sta, i mate­ria­li­zo­wało się roz­wią­za­nie.

Pod­niósł jed­no­cze­śnie głowę i brwi i oznaj­mił:

-?Wła­śnie dla­tego tutaj jesteś, moja droga. Czy zechcia­ła­byś goto­wać dla swo­jego Führera?

Kla­rze nagle zakrę­ciło się w gło­wie. Prze­ga­lo­po­wały tysiące myśli, nie potra­fiła się sku­pić na żad­nej. Prze­su­nęła dłońmi po spód­nicy, nacią­gnęła ją na kolana, odkaszl­nęła, otwo­rzyła usta, chcąc odpo­wie­dzieć, lecz nie zdo­łała wykrztu­sić ani słowa. Oto sie­działa na sofie w gabi­ne­cie Adolfa Hitlera, który cier­pli­wie cze­kał, aż się ode­zwie! Wresz­cie ski­nęła głową i gło­śno prze­łknęła ślinę.

-?Jestem poru­szona, Mein Führer. Byłby to dla mnie wielki zaszczyt; nie wiem, co powie­dzieć!

Wyda­wał się szcze­rze zado­wo­lony, gdy wsu­nął palec pod pod­bró­dek dziew­czyny, uniósł jej głowę i głę­boko zaglą­dał w oczy przez długą, krę­pu­jącą chwilę. Czego tam szu­kał? Uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy, lecz Kla­rze zda­wało się, że dostrzega pod nim coś innego.

-?Dosko­nała nowina. Bar­dzo jestem rad, moje dziecko. -?Cof­nął palec, odwró­cił głowę i nie pod­no­sząc głosu ani nie zmie­nia­jąc tonu, powie­dział:

-?Mar­tin?

Nagle otwo­rzyły się drzwi po dru­giej stro­nie pokoju i do środka wszedł cicho ten sam męż­czy­zna, któ­rego Klara widziała wcze­śniej z pod­kładką do pisa­nia. Sta­nął przy sofie, cze­ka­jąc na roz­kazy Führera.

-?Mar­ti­nie, pozna­łeś Klarę? -?Hitler wie­dział, że tak. Męż­czy­zna ski­nął głową, stuk­nął obca­sami i się ukło­nił. -?Dołą­czy do służby jako kucharka -?cią­gnął. -?Moja kucharka. Nie wąt­pię, że zapew­nisz jej nie­zbędne wygody.

Następ­nie się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni mun­duru i wrę­czył Mar­ti­nowi kilka trzy­krot­nie zło­żo­nych kar­tek papieru. Klara wów­czas tego nie wie­działa, ale te dostar­czone przez Gestapo doku­menty szcze­gó­łowo opi­sy­wały jej życie oraz obecne w nim osoby, szcze­gól­nie rodzinę męża. Na­dal nie było wia­domo, gdzie się uro­dziła ani w jakiej rodzi­nie, uznano jed­nak za mało praw­do­po­dobne, by w jej żyłach pły­nęła żydow­ska krew. Będą węszyć dalej. Ofi­ce­ro­wie Gestapo prze­pro­wa­dzili roze­zna­nie z dnia na dzień. Zapu­kano do kil­korga drzwi, odbyto kilka roz­mów tele­fo­nicz­nych, zadano pyta­nia, uzy­skano infor­ma­cje. Wedle Gestapo Klara Koch była prawą, lojalną, porządną Niemką.

Kie­dyś okaże się, że byli w błę­dzie.

* * *

Męż­czy­zna z pod­kładką pod pachą spro­wa­dził Klarę na dół. Czuła się nie­swojo w jego obec­no­ści. Były w nim fałsz i prze­bie­głość -?miał nie­spo­kojny wzrok, nie­ustan­nie strze­lał oczami na wszyst­kie strony, wyglą­dał jak ktoś, kto czai się w cie­niu, obser­wuje, nasłu­chuje. Mar­tin Bor­mann miał na wszyst­kich haki, celowo pod­słu­chi­wał roz­mowy, nad­sta­wiał ucha na plotki, prze­cho­wy­wał cudze sekrety -?dopóki nie potrze­bo­wał wyko­rzy­stać ich do wła­snych celów.

-?Masz zwra­cać się do mnie Reich­sle­iter Bor­mann -?poin­for­mo­wał ofi­cjal­nym tonem, nie patrząc na Klarę. -?Zarzą­dzam tym domem i jestem pry­wat­nym sekre­ta­rzem Führera. Nic nie dzieje się bez mojej zgody. Zro­zu­mia­łaś?

Zatrzy­mał się i odwró­cił do Klary, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Ski­nęła głową, choć nie dosły­szała wszyst­kiego. Wró­ciła myślami do gabi­netu Führera, gdzie roz­ma­wiali przez kwa­drans, a może i dłu­żej -?sami, w cztery oczy! Zapro­po­no­wał jej her­batę, ale grzecz­nie odmó­wiła. Byłoby to dla niej zbyt dużym wyzwa­niem, z pew­no­ścią nie zdo­ła­łaby utrzy­mać w dło­niach fili­żanki, nie roz­le­wa­jąc przy tym napoju.

Bor­mann jesz­cze nie skoń­czył.

-?W Ber­gho­fie zoba­czysz i usły­szysz różne rze­czy doty­czące Führera oso­bi­ście oraz jego sze­fów sztabu. Pozwól, że wyrażę się jasno: wszystko, co się tu dzieje, tutaj pozo­staje. Jeśli zosta­niesz przy­ła­pana na plot­ko­wa­niu, kon­se­kwen­cje będą surow­sze, niż jesteś w sta­nie sobie wyobra­zić.

Klara ner­wowo poki­wała głową.

-?Nie widzisz nic, nie sły­szysz nic. Od tej chwili jesteś ślepa i głu­cha.

Po tym wykła­dzie Bor­mann zapro­wa­dził Klarę kory­ta­rzem dla służby do pomiesz­cze­nia, z któ­rego po otwar­ciu drzwi dobyły się stu­koty i pobrzę­ki­wa­nia.

-?Oto kuch­nia. Per­so­nel kuchenny sam ci się póź­niej przed­stawi.

Klara rozej­rzała się dokoła -?prze­cho­dziła już tędy wcze­śniej z żoł­nie­rzem. Wszę­dzie krzą­ta­nina, garnki bul­go­tały, ludzie kro­ili warzywa, wszy­scy i wszystko znaj­do­wało się na swoim miej­scu.

-?To jest Frau Koch, nowa kucharka Führera. -?Bor­mann mówił znu­dzo­nym tonem. Służba prze­rwała swoje zaję­cia i patrzyła, nikt się nie uśmiech­nął. Poważne twa­rze pochło­nięte poważ­nymi spra­wami, tak to wyglą­dało. Następ­nie Bor­mann zwró­cił się do Klary: -?Dzi­siaj mamy kom­plet na obie­dzie i kola­cji, jutro wcze­sne śnia­da­nie i bar­dzo ważny gość. Tutaj się nie próż­nuje. -?Odwró­cił się i ruszył naprzód. -?Za mną.

Szybko ruszył innym kory­ta­rzem, wkro­czył zama­szy­ście do nowo dobu­do­wa­nej czę­ści na tyłach budynku.

-?Widzisz tamte drzwi? Pro­wa­dzą do piw­nicy. Nie scho­dzisz tam bez upo­waż­nie­nia. Zro­zu­miano?

-?A co tam jest? -?zapy­tała Klara.

Bor­mann sta­nął gwał­tow­nie i odwró­cił się do niej z pło­ną­cymi oczami.

-?Wystar­czy, że masz tam nie scho­dzić. Nie zada­waj pytań, chyba że doty­czą two­ich obo­wiąz­ków. Na inne sprawy nie mam czasu. -?I znów szybko ruszył przed sie­bie wąskim kory­ta­rzem, aż dotarli na sam jego koniec. Tam otwo­rzył jesz­cze jedne drzwi, infor­mu­jąc: -?To jest twój pokój.

-?Mój pokój?

-?Tu będziesz sypiać. Twój pokój. Rzuć okiem.

Zmarsz­czyw­szy czoło, Klara wetknęła głowę za drzwi. Pokój urzą­dzono oszczęd­nie: pod ścia­nami dwa poje­dyn­cze łóżka, komoda pod jedy­nym oknem, obok niej mała szafa.

-?Ubi­ka­cja i łazienka są w kory­ta­rzu. Inni ci pokażą.

-?Nie rozu­miem. Dla­czego dostaję pokój?

Bor­mann prych­nął gło­śno i spoj­rzał na Klarę jak na idiotkę. Jego żółte zęby i tłu­sta cera nie uszły jej uwa­dze, oddech potwier­dzał, że jest nało­go­wym pala­czem.

-?Jesteś teraz zatrud­niona u Führera i musisz być pod ręką codzien­nie przez okrą­głą dobę. Jeśli będziesz dobrze się spi­sy­wać, w pierw­szym mie­siącu dosta­niesz pozwo­le­nie na jedną roz­mowę tele­fo­niczną. Pod­czas pobytu Führera jesteś na służ­bie przez cały dzień i noc. Cza­sem pra­cuje do póź­nej nocy nad prze­mó­wie­niami, mapami i tego rodzaju spra­wami. Śpisz wtedy, kiedy śpi on.

-?Prze­pra­szam, Herr Bor­mann...

-?Reich­sle­iter Bor­mann -?popra­wił.

-?Prze­pra­szam. Reich­sle­iter Bor­mann, mam w domu czte­ro­let­nie dziecko i męża...

-?Twój mąż Bernd został już powia­do­miony o two­jej nowej pracy. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, być może dosta­niesz pozwo­le­nie na krót­kie odwie­dziny od czasu do czasu. Ale oczy­wi­ście wszystko zależy od jako­ści two­ich usług i zacho­wa­nia. Teraz pra­cu­jesz dla Führera, twoje życie się zmie­niło. Tutaj w Ber­gho­fie klu­czem do suk­cesu i dłu­go­wiecz­no­ści jest sza­cu­nek, zapa­mię­taj to sobie. I mocno nale­gam, żebyś także pamię­tała, kim jestem. -?Z tymi słowy Mar­tin Bor­mann odwró­cił się i wyszedł, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Oszo­ło­miona Klara usia­dła na jed­nym z łóżek. Co się wła­ści­wie wyda­rzyło? Porwano ją? Pokój przy­po­mi­nał raczej celę, Ber­ghof wię­zie­nie. Zaszczyt goto­wa­nia dla Führera natych­miast prze­ro­dził się w kosz­mar. Na myśl o Giseli poczuła cisnące się do oczu łzy i opu­ściła ramiona. Puka­nie do drzwi wyrwało ją z zadumy. Zigno­ro­wała je, lecz wkrótce się powtó­rzyło.

-?Tak? -?ode­zwała się wresz­cie, pocią­ga­jąc nosem.

Drzwi się otwo­rzyły, w progu sta­nął z walizką w ręku ten sam żoł­nierz, który rano zabrał ją z domu.

-?Spa­ko­wała ją twoja teściowa. Pro­siła prze­ka­zać, że jest z cie­bie dumna. -?Posta­wił bagaż w nogach łóżka. -?Rodzina została dziś rano powia­do­miona o two­jej posa­dzie. Po tym, jak cię tutaj przy­wio­złem, poje­cha­łem po twoją teściową i córkę i zabra­łem je do miesz­ka­nia, żeby spa­ko­wały twoje rze­czy.

-?Córkę? -?zapy­tała z oży­wie­niem Klara.

-?Reich­sle­iter Bor­mann powie­dział, że dziew­czynka przez jakiś czas zamieszka z twoją teściową. -?Wzru­szył ramio­nami. -?Tak to wygląda. To poświę­ce­nie, które czy­nimy, by słu­żyć Führerowi, i które jest naj­więk­szym zaszczy­tem dla każ­dego Niemca. -?Mówiąc to, zesztyw­niał. -?A tak na mar­gi­ne­sie, mam na imię Erich. Jestem kie­rowcą Führera. Erich Kempa. Wszy­scy mówią na mnie Kempa. Jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wała, daj mi znać. -?Stuk­nął obca­sami i lekko się ukło­nił.

-?Dzię­kuję -?rze­kła Klara, ocie­ra­jąc oczy i wydmu­chu­jąc nos. -?Zdaje się, że wie­dzą o mnie wszystko.

-?Gestapo. Praw­do­po­dob­nie wie­dzą wię­cej niż ty sama! -?Lekko się uśmiech­nął. -?No ale tak to jest i już. -?Ton jego głosu zła­god­niał. - Muszę iść. Zresztą ocze­kują cię w kuchni, masz przy­go­to­wać obiad dla szefa. Karl kazał ci prze­ka­zać, że Führer zje dzi­siaj punk­tu­al­nie o godzi­nie trzy­na­stej, wraz z innymi.

-?Karl?

-?Tak, poko­jowy Führera. Wkrótce go poznasz. Wszyst­kie panie szybko nawią­zują z nim zna­jo­mość -?dodał z nutką podziwu w gło­sie.

-?Powie­dzia­łeś, że Führer zje obiad wraz z innymi. Kim są ci inni?

-?Göring, Him­m­ler, cały sztab. Są tu wszy­scy. Więk­szość z nich jest w porządku. Göring to dość miły gość, zawsze stara się opo­wie­dzieć jakiś kawał, za to biedny Him­m­ler ma wdzięk szafy. -?Klara zdo­była się na uśmiech. -?Jak już się zaakli­ma­ty­zu­jesz, nie będzie źle. Roz­pa­kuj się, a potem zejdź do kuchni. Spo­dzie­wają się tam cie­bie za pół godziny.

-?A gdzie łazienka?

-?Trze­cie drzwi na prawo, po tej stro­nie kory­ta­rza. -?Kempa ruszył do wyj­ścia, a potem się zawa­hał, jakby chciał coś jesz­cze powie­dzieć, lecz zre­zy­gno­wał z tego zamiaru. Gdy zamknął drzwi, usły­szał, jak Klara zaczyna pła­kać. Na końcu kory­ta­rza wciąż sły­szał jej łka­nie.

Rozdział 6

6

Mini­ster pro­pa­gandy Joseph Goeb­bels był drugą naj­waż­niej­szą osobą, która miała przy­być tego dnia do Ber­ghofu. Mie­rzący około stu sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów Goeb­bels może i nie mógł poszczy­cić się impo­nu­ją­cym wzro­stem, za to z pew­no­ścią nie bra­ko­wało mu zaan­ga­żo­wa­nia i poświę­ce­nia. Z wyglądu służ­bi­sta, czło­wiek o kan­cia­stych rysach i nie­mal kości­stej, ospo­wa­tej twa­rzy uro­dził się z defor­ma­cją pra­wej stopy i nosił szynę orto­pe­dyczną oraz spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wane obu­wie. Uzy­skaw­szy dok­to­rat z lite­ra­tury, marzył o pisa­niu powie­ści, lecz gdy ujrzał Adolfa Hitlera prze­ma­wia­ją­cego na nazi­stow­skim zjeź­dzie, zmie­nił się kie­ru­nek jego życia -?co stało się zresztą udzia­łem rów­nież wielu innych. Wkrótce uświa­do­mił sobie, że łączą ich wspólne idee: selek­cja natu­ralna, eli­mi­na­cja nie­do­sko­na­ło­ści w świe­cie roślin, zwie­rząt oraz istot ludz­kich, silna nie­chęć do kapi­ta­li­zmu i przede wszyst­kim głę­boka nie­na­wiść do Żydów. Czy­stość rasowa była dla Goeb­belsa rów­nie istotna jak dla Hitlera.

Szybko awan­so­wał w par­tii nazi­stow­skiej. Pomimo nieco cho­ro­wi­tego wyglądu i drob­nej postury jego odda­nie i wyczu­le­nie na szcze­gół pomo­gły mu wyróż­nić się z grona awan­tur­ni­ków i mier­not. W oczach Hitlera był czło­wie­kiem wpły­wo­wym i wysoce nie­bez­piecz­nym dla tych, któ­rzy nie wyzna­wali war­to­ści par­tii, pań­stwa czy Führera. Gdy nazi­ści doszli do wła­dzy, Goeb­bels bez trudu prze­ko­nał nie­miec­kie spo­łe­czeń­stwo, że Hitler przy­wróci kra­jowi dawny dobro­byt i zli­kwi­duje bez­ro­bo­cie.

Goeb­bels spryt­nie pojął, że klu­czem do wła­dzy Hitlera w Niem­czech sta­nie się zawład­nię­cie wyobraź­nią miesz­kań­ców sto­licy, Ber­lina. W mie­ście roiło się od roz­cza­ro­wa­nych, bez­ro­bot­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy wró­cili z pierw­szej wojny świa­to­wej, a część z nich orga­ni­zo­wała się w małe grupy para­mi­li­tarne. Nie trzeba było wiele czasu, by pory­wa­jące prze­mó­wie­nia Goeb­belsa zain­spi­ro­wały tak zwane bru­natne koszule do roz­ru­chów, swo­bod­nych polo­wań na komu­ni­stów i Żydów, napa­da­nia na nich bez pro­wo­ka­cji.

Zda­jąc sobie sprawę ze swo­ich rosną­cych wpły­wów, Goeb­bels zało­żył gazetę naro­do­wych socja­li­stów zaty­tu­ło­waną "Atak" i sku­pił się na orga­ni­zo­wa­niu bru­nat­nych koszul do pil­no­wa­nia żydow­skich skle­pów i zakła­dów, by nie dopu­ścić do nich aryj­skich klien­tów. Gdy w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym roku doszło do kra­chu na Wall Street, Goeb­bels jako pierw­szy ogło­sił, że to wina Żydów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki