W ślady Kolumba. (#2). W ślady Kolumba. Królik i oceany - Melchior Wańkowicz

-
Proszę czekać

SUCHOROSTY PRERIOWE

Czym Meksyk jest dla USA i jego obywateli? Miejscem taniego wypoczynku? Gigantycznym barem oferującym napitki, narkotyki i damskie towarzystwo? Zapleczem półdarmowej siły roboczej, której nielegalny napływ oficjalnie się tępi, ale w ostatecznym rachunku patrzy się na to przez palce, bo gdyby nie meksykańscy robotnicy już dawno upadłyby kalifornijskie rolnictwo i parę gałęzi przemysłu? Wyrzutem sumienia, bo w dziewiętnastowiecznych wojnach ograbiony i znacznie pomniejszony terytorialnie, tkwi do dzisiaj w biedzie, zacofaniu i antyamerykańskości? Zagrożeniem, jako siedlisko przestępczości, narkobiznesu i epicentrum eksplozji ludnościowej zalewającej już nie tylko południowe, ale całe już Stany wzbierającym morzem latynoskim?

Meksyk kusi i pociąga, a jednocześnie odrzuca i napawa lękiem. Doświadczył tego Melchior Wańkowicz, marząc o zobaczeniu tajemniczego Półwyspu Kalifornijskiego, na co miał trochę czasu między uroczym pobytem w Fundacji Hartforda opisanym pod koniec poprzedniego tomu a mniej udanym (dokuczyła Wańkowiczom arogancka administratorka) w Fundacji Montavalo. Ale gdy już przemógł lęki swego Królika i przekroczył wraz z żoną południową granicę USA, utkwił w miasteczku Ensenada, u nasady wymarzonego półwyspu, i nigdy nie zobaczył nawet wód Zatoki Kalifornijskiej, choć w tych czasach w głąb półwyspu prowadziła już kręta, górska, ale jednak szosa. Spędza dni na wycieczkach po okolicy, rozmowach z miejscowymi ludźmi, głównie jednak Amerykanami, i małżeńskich przekomarzankach z Królikiem.

Moje doświadczenie meksykańskie to przeciwna, atlantycka strona. U szczytu półwyspu Jukatan usadowił się Cancun, wczasowa enklawa Stanów przeniesiona na meksykańską ziemię, gdzie wszystko jest jak na Florydzie albo i lepiej, a tubylców spotyka się tylko w roli wyszkolonej służby. Niedaleko znajdują się fascynujące piramidy Majów i Tolteków w Chichen Itza i Tulum obstawione setkami autokarów i wynajętych samochodów, omalże zadeptane przez tłumy Jankesów. Ale jeśli ktoś chce zobaczyć starszą i większą piramidę w Uxmal, musi przejechać zaledwie sto kilkadziesiąt kilometrów, lecz jest to podróż w głąb epok i kultur. Miasto Merida, brudne i zaniedbane, z tłumem żebraków wokół hiszpańskiej katedry, wioski, gdzie ludzie całymi dniami tkwią w bezruchu wokół rozlatujących się chałup; nie chcą ani jałmużny, ani rozmowy po angielsku, Ameryka nie budzi ich sympatii, Polska zresztą także, bo któż o niej słyszał? Doprawdy, nie dziwię się, że Mistrz Melchior nie pobiegł za marzeniem.

Dopiero gdy wraca na północ, zaczynają się przyjazne krajobrazy. Ale jakie... Zachwyca go łańcuch misji, które budowali wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża hiszpańscy misjonarze, usiłujący nawracać miejscowych Indian na długo przedtem, nim przybyli tu kowboje i poszukiwacze złota. Mnie też utkwiły w pamięci tonące w podzwrotnikowym kwieciu białe ściany kościółków i otaczających je zabudowań gospodarczych. Najdalej na północ wysunięta placówka znajduje się w dzisiejszym centrum San Francisco. W Santa Barbara przekształcono misyjny kościół w kawiarenkę pełną miejscowej studenterii. No i Big Sur, jedna z atrakcji widokowych Ameryki: prawie stukilometrowy odcinek pacyficznego wybrzeża na południe od Monterey, gdzie droga wije się urwiskami, na chwilę spada ku falom i głęboko wciętym zatoczkom, by za moment wystrzelić serpentynami ku niebu. Ale czterdzieści lat temu, gdy podróżował tam Mistrz Melchior, było to miejsce rzeczywiście dzikie i bezludne; "ludzie Big Sur", których spotyka i z którymi rozmawia, to samotnicy szukający odosobnienia albo głęboko poranione dusze. Dziś do zboczy poprzyklejały się luksusowe rezydencje gwiazd telewizji i biznesu, co chwilę można zjechać do knajpy z widokiem wliczonym w cenę potraw. Pozostał tylko ten sam Pacyfik wdzierający się burzliwą falą w zatoczki o dwieście metrów pionowej skały pod naszymi stopami. Pozostał ten sam cudowny i niepowtarzalny kalifornijski zapach, gęsty aromat wygrzanych w słońcu suchorostów i eterycznych olejków spływających z iglastej krzewiny, która w powietrzu kalifornijskiego lata pewnie zaraz zapłonie jak mojżeszowy krzak biblijny.

Przedtem jednak polecam Państwu historię Williama Randolpha Hearsta i tego szczytu nowobogackiego bezguścia, jakim jest jego zamek San Simeon, nieco na południe od Big Sur. Pisząc o Hearście - jako twórcy "żółtej prasy", już na przełomie XIX i XX wieku goniącej za sensacją, krwią i seksem - opowiada bowiem Wańkowicz gorzką prawdę o dzisiejszych mediach epoki telewizyjnej, nie tylko w Ameryce. Ale zaraz potem spokój zamieszkiwania najpierw w Fundacji Montalvo, a potem w Palo Alto pod opiekuńczym okiem państwa Sworakowskich pozwala mu na kontakt z codziennym życiem prowincjonalnej Ameryki (Palo Alto dopiero za jakiś czas zasłynie "Doliną Krzemową"). Jest to doświadczenie pouczające, a wnioski jak z dzieła Tocqueville'a: otwartość Amerykanów względem sąsiadów i lokalnej społeczności jest może płytka i powierzchowna, ale skuteczna. Łatwo i zaradnie stowarzyszają się dla załatwienia spraw bezpośrednio ich obchodzących, które postrzegają jako ważniejsze od wielkiej polityki. Polegają na sobie i na nich też można polegać. Siłą Stanów Zjednoczonych nie jest rząd federalny, ale lokalny samorząd, bo składa się nie tylko z wybieralnych organów, ale z nieprzeliczonej liczby stowarzyszeń, grup interesu i kółek, w których ludzie się spotykają, by coś wspólnie przedsięwziąć. W takim środowisku nikogo nie dziwi burmistrz z radnymi osobiście malujący ratusz, bo profesjonalna firma chciała za drogo. W Polsce tak przedwojennej, jak dzisiejszej - nie do pomyślenia. Opowiada Wańkowicz nieprzeliczone mnóstwo takich historyjek wziętych z amerykańskiego życia. "A że podkoloryzowałem? To i Mickiewicz robił" - powiada.

Centrum tego przyjaznego i sielskiego świata jest biała wieża Instytutu Hoovera górująca nad Uniwersytetem Stanforda i przyległą okolicą. Mnie też łączy z tym miejscem sporo wspomnień. Skąd mógł wiedzieć Wańkowicz, że kiedyś znajdzie się tam - największe w USA i skrzętnie kompletowane przez polskich pracowników - archiwum "Solidarności", zbiór podziemnych druków, do którego wzbogacenia sam się też przyczyniłem? No i pomagał nieoceniony John Brown, konsul ds. kultury w Krakowie w latach osiemdziesiątych, który chętnie umożliwiał przemycanie do USA naszych prohibitów. Wszędzie - gdziekolwiek by się ruszyli Wańkowiczowie - można dostrzec Polskę i Polaków. Jakże trudna jest jednak ta emigrancka miłość do starej ojczyzny... Kiedy pobyt w USA po 1949 roku miał być - wobec popadnięcia Polski w sowiecką orbitę - bezterminowy, narzucili sobie oboje pancerz powściągliwości, bo serdeczniejsze wspomnienia ranią rozdzielonych; "mówiliśmy o Polsce niechętnie, kłamliwymi ustami" - pisze. I dalej: "Żona mówiła: już nie chcę wracać. A ja milczałem, bo znałem popłacone przez nią ceny". Dramat wszystkich emigrantów politycznych: kiedy wrócić nie mogą, kłamią, że nie chcą. Chwała Bogu, że to się skończyło po historycznym 1989 roku. Gdy w tej podróży Wańkowiczowie jadą przez kolejne stany, Mistrz Melchior pisze: "znowu dwaj normalni ludzie" - porównuje tamte czasy i swoją ówczesną dzisiejszość. "Już za ile to? Już za cztery miesiące będziemy na Puławskiej, przy cieknących kranach, unieruchomionych windach". Ale Wańkowicz nie tylko wiedział, że ustrój jest narzucony, a Polska zniewolona, ale przewidywał, co go czeka; miał za sobą List 34 i wyrok więzienia, przed sobą niewiadomą przyszłość.

Więc lepiej pisać o zupełnie zapomnianych polskich śladach jak uwzględnieni jeszcze w poprzednim tomie Bracia Morawscy - którzy przed rewolucją przybywali do Ameryki Północnej - a byli też między nimi polscy protestanci, którzy po wojnach szwedzkich schronili się do Czech. Właśnie w Salem w Karolinie (to nie tamto Salem od czarownic, leżące w stanie Massachusetts) Siostry Morawskie wręczyły Pułaskiemu wyhaftowany przez siebie sztandar, co potem opisał Henry Longfellow, pierwszy wielki poeta, jakiego wydała ziemia amerykańska. Wyłapuje, gdzie się da, i opisuje z sympatią zasymilowanych potomków Polaków albo polskich Żydów, zwłaszcza tych, którzy zajmując eksponowane stanowiska w amerykańskim życiu, zachowali dumę ze swojej polskości. Ja dorzucę do tego skarbca dwu jeszcze mało znanych, a jakże ważnych z czasów najnowszych. Profesor Janusz Przemieniecki, powstaniec warszawski, był długie lata dyrektorem najtajniejszego amerykańskiego instytutu aerodynamiki wojsk lotniczych, ale nie zmienił trudnego dla tutejszej wymowy nazwiska i imienia. Drugi to Julian Starostecki, bohater spod Monte Cassino, później twórca części mechanicznej słynnej rakiety Patriot. Pamiętajmy o nich, jak pamiętamy o Pułaskim.

A jakież cudowne jest Wańkowiczowskie słowotwórstwo, bo opisuje ówczes­ną Amerykę, odważnie sięgając do archaicznej polszczyzny. Kto dziś wie, że łuza to może być otwór, w który zsuwa się towar w magazynie. Kto wie, co to jest: siulić, pudło łubiane, przemanić albo robron - długa suknia dworska? Z angielszczyzny wziął sobie "prospektora" i operuje nim w polszczyźnie. Ale przynajmniej wiadomo, co to znaczy, gdy Królik złośliwie "sandauerzy". Dopiero gdzieś w stepach Nevady zaczynamy rozumieć, że właśnie takim językiem najporęczniej jest Kresowiakowi opisywać inną, odległą pustać bezgranicznie rozciągającą się między horyzontami jak bagna Polesia lub pastwiska Podola. Przecież w takich miejscach każdy rozumie, po co wypala się bydłu klejmo i że suchorosty preriowe to przecież swojski burzan.

Trafia wreszcie do upadłego miasteczka-widma Virginia w górach stanu Nevada, gdzie w okresie największej gorączki złota i srebra powstawały w kopalniach i ginęły w spelunkach gigantyczne fortuny szczęśliwych poszukiwaczy. Do dziś można napić się w jednym z dawnych saloons, zobaczyć ogromny drewniany teatr, w którym występowała także Helena Modrzejewska. Byłem i tam; miasteczko coraz bardziej podupada, teatr jeszcze stoi, ale kim była wielka aktorka - nikt już nie wie.

Jerzy Surdykowski

NA PODBRZUSZU TECHNOKRACJI

W MIASTECZKU-WIDMIE

Tak musieli się czuć pierwsi rodzice wygnani z raju, jak my, opuszczający Fundację po czteromiesięcznym pobycie. Zapachniała - jak Adamowi i Ewie - swoboda włóczęgi. Jaki był ich pierwszy nocleg? Pod jakim przykucnęli krzakiem?

My - dobrnęliśmy do Santa Monica, miasteczka nad Pacyfikiem, odległego o dwadzieścia mil, do którego z Fundacji jeździliśmy niemal co dzień na pocztę i po sprawunki. Byliśmy wreszcie na swoim garnuszku. Wzięliśmy numer w skromnym hoteliku, zjedliśmy obiadek, popiwszy winkiem (aha, tego nie było w Fundacji) i poszliśmy na spacer. Pieszo na spacer!

Na rynku wielkie widowisko: młodzież szkolna odstawia tańce indiańskie. Malowane twarze, tomahawki, pióra, kostiumy - wszystko zdradza umiejętne kierownictwo nauczycieli-etnografów. Pełen ekspresji jest taniec orła i myśliwego z tomahawkiem. Taniec kończy się pantomimą umierającego ptaka. Potem kilkuletnie maleńtasy przebrane po indiańsku, z dzwonkami na nogach, tańczą taniec z obręczami, który przypomina mi wykryty pod Stołpcami relikt białoruski - taniec między położonymi na krzyż drewienkami. Towarzyszy drumla o drążącym werblu.

Z dziwnym uczuciem patrzę na ten powszechny kult tradycji indiańskich. Przypomina mi to Hitlerjugend tańczącą tańce mazurskie i odgrzebującą mazurskie motywy. Prochy ludów wytępionych nie straszą.

Szliśmy ku oceanowi. Potoki, strumienie, lawiny kwiatów zlewały się ze zboczy górskich w Santa Monica. Po niebie odrzutowce kreśliły srebrne arabeski, długo stojące w lazurze. Może dla tych wrzaskliwych Amerykaniąt, roztrącających nas na hulajnogach, będą słodkim wspomnieniem dzieciństwa jak dla nas słupy dymów stojących w mróz nad strzechami.

Żona oparła się o gruby pień palmy. Tyle razy jechaliśmy tą aleją przysadzistych palm. Lubiliśmy je, nazywaliśmy "grubusie". Teraz czuliśmy ich szorstką korę, przestały być dekoracją. Ocean świecił wzdętym wyrównanym szkliwem bez kresu.

- Można tu siąść w motorówkę i znaleźć się na Hawajach...

- Brawo, paniusiu. Jak już nawet króliki wzdyma na egzotykę, to znaczy Kalifornia poskutkowała.

Wieczorem, rozpatrując mapę, rozważałem:

- Hawaje nie Hawaje, ale egzotyki mamy tu pełno pod nogami. Przecież tu wszędzie poszukiwano złota, przecież dopiero sto lat, jak dotarł tu biały człowiek na dobre, przecież żyją jeszcze ludzie, którzy widzieli walki z Indianami.

Zakreśliłem kółko na mapie:

- Jutro Knott's Berry Farm. A pojutrze Meksyk.

Ania, moja starsza wnuczka, ma za matkę chrzestną amerykańską straganiarkę, panią Baron; mówią, że to jest przemienione z "baran", ja tam nie wiem.

"Ciocia Hela", bo tak się nazywa w rodzinie, wyemigrowała już jako dorosła dziewczyna z Polski, zaznała biedy tak strasznej w latach trzydziestych, że kiedyś powzięła zamiar rzucenia się w wodę, uratowały ją dwa dolary jakiegoś litościwego, starszego pana, który dyskretnie poszedł dalej, nie wiedząc, że w tej chwili uratował życie ludzkie.

Życie ludzkie było czepliwe, założyła straganik z owocami przy drodze. Ameryka rosła, straganik rósł w stragan, ciocia Hela jest possessionatus, a i dla stosunków krajowych dosyć poręczna, bo ciotki wypytują - "z jakich to baronowych". Mówię, że z kurlandzkich, takich najlepszych. No, bo i prawda z takich najlepszych, bo dzielnych. Z wielkiego pokrewieństwa światowego - pionierów.

Tu, gdzie dojeżdżamy teraz, w Knott's Berry Farm, w 1920 roku stało przy zapylonej drodze też tylko takie stoisko - z jagodami. Założył je Beniamin Knott, wyrobnik rolny wraz z żoną Kordulą (Cordelia) i czterema pisklakami wołającymi "jeść".

Bosonogie dzieciaki ciągnęły przechodniów (takie species człowieka spotykało się jeszcze wówczas dosyć często) do stoiska. Nasze, czteroletnia Ewa i sześcioletnia Ania, kiedyś usadowiły się u wylotu drogi od naszej farmy, na trakcie, z dzbankiem lemoniady (patent własny), sprzedając ją na kubki przechodniom. Interes poszedł z kopyta, ale rychło uwiądł, bo przychodzili goście - dzieciaki z innych farm. Ania więc za każdy kubek wyczęstowanej lemoniady dolewała kubek wody i splajtowała.

Nic takiego nie zdarzyło się Knottom. Kordula poczęła niebawem sprzedawać czarne jagody w słoikach, a niesłychane powodzenie się zaczęło, kiedy Beniamin wynalazł roślinę będącą mieszanką maliny z czarną jagodą. Interes począł lecieć na skrzydłach. Dokupywał akry pod uprawę. Obecnie te jagody, boysenberries, importuje wiele krajów Europy.

Beniamin był z rodu pionierów. Jego matka jako sześcioletnie dziecko przebyła pięć kilometrów ze wschodu w krytym wozie, jego babka opowiadała o trudach przejazdu przez pustynię, o surowych dniach poszukiwaczy srebra i złota, kiedy w ciągu kilku miesięcy stawały osady, aby w kilka lat potem opustoszeć.

Właśnie taka osada z rzędu ghost-towns, miast-widm tak licznych na szlakach eksploratorów, wznosiła się tuż przy stoisku. Rozpadały się shaki - drewniane domki, murszały domy klecone z adoby (gliny ze słomą), świeciły dziurami dachy z falistej blachy pokrywającej domki z werandami w stylu kolonialnym. Tu przed laty była kopalnia złota, po nocach świeciły saloony i domy publiczne. Drzewo stojące dotąd z tabliczką TU SIĘ WIESZAŁO na uschłym konarze świadczy o wartkim życiu środowiska rządzącego się krótkim prawem.

W Beniaminie wzbierały tęsknoty i dolary. I wówczas wskrzesił zamarłe miasteczko w dawnej postaci. Wykupił gdzieś hotel pionierski w starodawnym stylu, rozebrał, przewiózł, złożył. W nim zalokował panoramę obstalowaną u dobrego malarza. Na cześć pamięci matki. Według jej przeżyć z 1868 roku. Widzimy kolisko wozów z płóciennymi budami, typowy obóz pionierski w pustyni, ustawiony obronnie na wypadek napadu Indian. Naga pustynia - w dali sinieją góry. Obraz zaczyna się ściemniać, rozbłyskują gwiazdy. W szybko nasuwającej się ciemności nagrana taśma opowiada o mękach z pragnienia w bezwodnej pustyni. Przyciszony chór śpiewa "pieśń szlaku" i potem błagalny hymn. Już jest zupełnie ciemno. Słychać przejmujący płacz dziecka proszącego o wodę.

Wychodzimy z panoramy i... natykamy się na odtworzony taki sam obóz, kolisko dwudziestu pionierskich wozów z typowymi baryłkami dziegciu do smarowania osi.

Dalej widzimy sprzężone wozy, ciągnione przez zaprzęg dwudziestu koni. Taki "pociąg towarowy" zdolny przewozić dziesięć ton służył do transportu towarów. Tylne koła tych wozów mają po dwa metry średnicy, są okute obręczami szerokimi na osiem cali, grubymi na trzy czwarte cala.

Beniamin Knott wykupił z czasem całe miasto-widmo i począł je pieczołowicie odtwarzać przy pomocy konserwatorów. To miasto, zwane Calico, istniało piętnaście lat, zatrudniając trzy i pół tysiąca prospektorów. Nad domami wiszą odnalezione z tamtych czasów znaki cyrulików, szynków, rzemieślników.

Przypomina mi się miasto-widmo sprzed wojny - Dzisna, wtłoczona w klin nad granicą radziecką, zamarła, zabita deskami, z połową domów niezamieszkanych, rozpadających się.

Ale ambicją Knotta było pójść dalej: nie tylko zakonserwować, ale ożywić przeszłość. Oto przy typowej dla tamtych czasów balustradzie, służącej do uwiązywania wierzchowców, stoi kudłaty mustang, przy nim kowboj z koltem na biodrze rozmawia z dziewczęciem w namarszczonej spódnicy, z szalem na ramionach, w kapeluszu słomianym o szerokim rondzie.

Zatrzymujemy się, zdumieni tym widoczkiem, nie mogąc się połapać, kiedy nagle zajeżdża typowy dla tamtych czasów kocz, z którego wysiada pięknotka, szumiąc robronami halek. Teraz rozumiemy, że Knott nie poskąpił ludzkiego sztafażu. Oto brodaty pionier w kraciastej koszuli, z meksykańskimi kolczastymi ostrogami, z pistoletami na obu biodrach, prowadzi wycieczkę rozentuzjazmowanych młokosów. Wyrywa pistolety, strzela z obu rąk, uczy, jak należy strzelać z przyrzutu, z biodra, z kieszeni. Opodal na turystów czekają ponies, koniki pionierskie, posiodłane w meksykańskie siodła z wygiętymi łękami, z płaskimi strzemionami. Obok kuźnia, przed którą kowal podkuwa konia. Wycieczkowicze z zapartym tchem obserwują ten obrazek z życia przed potopem.

Oto saloon z ogłoszeniem LADIES WITHOUT ESCORT CORDIALLY INVITED, samotne panie mile widziane, który równocześnie był miejscem urzędowania władz. W oknie wisi ogłoszenie szeryfa, zapraszające respectfully, z całym uszanowaniem, na uroczystość wieszania koniokrada. Zbiórka nazajutrz o dziesiątej rano. Inne ogłoszenie zapowiada publiczne tarzanie w pierzu źle prowadzącej się niewiasty. Tyczy to najwidoczniej żony lub siostry któregoś ze stałych mieszkańców, bo "samotne kobiety" o jednoznacznej konduicie są podejmowane z entuzjazmem. Oto plakat rysunkowy, zapraszający na kankana. Przed saloonem ławeczka, na której usadowiono dwie gipsowe postaci dam lekkiego prowadzenia w strojach tamtoczesnych. Siadam między nimi, prosząc Królika, żeby mnie sfotografował. Ale, widać z zazdrości, drżały jej ręce i sfotografowała tylko czubki naszych głów. Za to ja ją uwieczniłem bez żenady między dwoma poszukiwaczami złota.

Knott poprowadził linię kolejową dookoła swych posiadłości. Siadamy do jednego z wagoników ciągniętych przez przedpotopową lokomotywę z okuciami z brązu, z tłokami na zewnątrz. Zagłębiam się w czytanie staroświeckiego biletu kolejowego w formie długiego paska papieru, podającego szereg cennych pouczeń bardzo przydatnych w czasie, kiedy kraj przebiegały pierwsze pionierskie koleje:

1. Nie oddawaj konduktorowi ani bagażowemu na przechowanie złotego piasku; przez to straciliśmy wielu dzielnych pracowników.

2. Mężczyźni niech zajmują miejsca przy oknach, żeby w razie ataku Indian kule nie trafiały kobiet, bo w naszych stronach o nie trudno.

3. Strzeżcie się szulerów.

4. Strzelanie z okien do bawołów jest zabronione.

5. Wykolejanie pociągu jest karalne.

6. Konduktor gasi o godzinie 8 minut 30 lampy naftowe u tych, którzy chcą spać.

7. Żadnych strzelanin nie ma być w wagonie; na to są westybule (przedsionki przy wejściu do wagonu).

8. Piecyki do gotowania strawy są rozpalane na godzinę przed czasem posiłków.

Pociąg zatrzymuje się na stacyjce, przy której znajduje się zrekonstruowana w pierwotnej postaci kopalnia. Wąską ścieżką schodzimy w dół kanionu, w którym na strumieniu stoi młyn wodny. Drewniane koło wlewa wodę do korytek, nad którymi pochylają się roznamiętnieni turyści z patelniami, w których przepłukują piasek. Płaci się ćwierć dolara za każdą przemytą patelnię. Prospektor w kapeluszu z szeroką kryzą, z pistoletem przy pasie, poucza żonę, jak lekkimi wahadłowymi ruchami powoli ulewać wodę, zostawiając piasek na dnie. Wreszcie na patelni już jest tylko nieco drobnego żwirku. Prospektor rozgarnia go palcami i pokazuje zachwyconej prospektorce błyskające, drobne pyłki złotego piasku.

- Ach jej! - entuzjazmuje się hazardzistka. - Słuchaj, zapłać kwodra (ćwierć dolara) za następną patelnię, on mówi, że czasem zdarza się samorodek!

Niewiasta poczyna przemywać drugą patelnię, a ja pytam prospektora, czy to złoto, któreśmy znaleźli, nie świadczy, że kopalnia nie jest jeszcze całkowicie wyjałowiona.

Stary lis zerknął na zaperzoną przemywaczkę, czy aby czego nie dostrzega, poślinił palec wskazujący i sięgnął do skórzanej torebki na lewym boku; na czubku palca lśniło parę pyłków złota.

- Sprowadzamy złoty piasek z Alaski i każdemu przemywającemu dodajemy szczyptę.

Wówczas przypomniałem sobie, jak Murzyn fordanser poprosił w Paryżu żonę do tańca, a potem nieznacznie za każdym razem dostawał pięć franków i niewiasta cieszyła się, że ma powodzenie, bo "Murzyni lubią blondynki". Mówię więc drabowi:

- Obliż pan gruntownie paluch na cały regulator, zamieszaj pan nim dobrze w tej torebce, płacę za dziesięć porcji, dwa i pół dolara - była nie była!

Jeszcze zdążył wsadzić ten uzłocony paluch, zanim cała woda odpłynęła. Cóż za jubel! "A mówiłam!"...

- Niestety, regulamin nie pozwala przemywać trzeciej patelni. Rozumiesz, powstałby nowy run złoty, zleciałaby się cała Ameryka, a staremu Knottowi chodzi o to, aby kopalnia przez lata zwabiała turystów.

- Ach jej! Może mógłby się trafić samorodek...

- Spieszmy na stację, bo pociąg nadchodzi.

Wsiadamy do antycznego wagonu. Ongiś wyjeżdżali nim szczęśliwcy z woreczkami namytego złota.

Nagle słyszę głos Hands up!... i dwa strzały pistoletowe. To dwaj zamaskowani "bandyci" w strojach kowbojskich. Młodzi podróżnicy z mamusiami, z których każdy ma po dwa kapiszonowe pistolety u pasa, są w siódmym niebie. Strzelają "z biodra" z obu pistoletów naraz do bandytów przebiegających wagon. Nasz wagon mężnie się broni.

Niebawem w następnym wagonie wybucha strzelanina. Jest to atrakcja jak bułka za grosz: taką samą przygodę już przeżyliśmy, zwiedzając Disneyland, największy lunapark świata założony przez wielkiego Disneya.

Miasto-widmo Knotta jest jednak autentyczniejsze, odtworzone z czegoś, co istniało.

Pociąg zatrzymuje się przed stacyjką, od której idzie się do wielkiej restauracji, obfitującej w "pionierskie" smakołyki: befsztyki pieczone na węglach, bób ze sperką z kotłów na trójnogach itd. W roku ubiegłym skonsumowano tu ponad półtora miliona obiadów.

Ale my idziemy do "Chicken House", gdzie są wydawane wyłącznie kurczęta southern style, tzn. ich części opieczone w mące, podawane w koszyczkach z frytkami.

Mama Cordelia Knott, siwiutka pani, promienieje dumą:

- Moi państwo, trza było pracy, by to wszystko z jednego standu owocowego wyprowadzić. Teraz tysiąc siedemset pięćdziesiąt osób naraz może zasiąść przy stołach, plac parkingowy mieści cztery tysiące wozów.

Walter Knott, podobny nieco do Trumana, stwierdza z dumą:

- Teraz, kiedy dzieci podrosły - o ileż jest lżej. Syn Russel jest moim zastępcą, jeden zięć jest dyrektorem przetworów owocowych, które eksportujemy do piętnastu krajów, drugi zięć ma na głowie wyżywienie tych tysięcy zwiedzających, trzeci jest dyrektorem naszych wszystkich komunikacji z koleją łącznie, córki prowadzą na miejscu sklep z ubraniami sportowymi, turystycznymi i dziecinnymi, synowa - sklep z suwenirami, a każdy z siedmiuset pięćdziesięciu pracowników należy jakby do rodziny i ma udział w zyskach.

- Dad, tatuś, krzyczy na nich wszystkich, jeśli w niedzielę do kościoła nie idą, i sam się modli o nowe pomysły, aby wskrzesić przeszłość pionierów w barwach jak najżywszych - mówi syn.

- Ma tylko kłopoty, aby jego szlachetne tendencje zrozumiały należycie władze - dodaje jeden z zięciów.

Trudno się dziwić, inspektorzy podatkowi ze zrozumieniem akceptują takie, na przykład, pozycje:

Two bandits full time job (dwaj bandyci, zajęcie całodzienne).

Three bandits part time job (trzej bandyci na półetacie).

Rozlegają się delikatne dźwięki - to staruszka w krochmalonym czepeczku, w pięknie krochmalonym, haftowanym, białym fartuchu, w mantylce sprzed stu lat, gra na jakimś bardzo prymitywnym klawesynie. Struny trącane piórkami wydają krótkie szklane dźwięki bez echa.

I tak oto świętujemy z rodziną Knottów dni minione, dni przysypane przez technicznego molocha.

Lokujemy się w archaicznym hoteliku. Nawet drzwi skrzypiące, ramy niedopasowane ma dla stylu. I ma dla stylu - rzecz niebywała: dwie muchy.

Kiedy żona wyłania się z łazienki, mówię, ziewając:

- Dzielmy ciężary życia: były dwie muchy, jedną zabiłem, ty zajmij się drugą.

- Niech sobie łazi - mówi żona.

Jest jakby wdzięczna Knottom za tę "żywą muchę".

BĘDZIEMY KORTEZAMI

- Ojej, wieżowiec stanął! - woła Królik.

"Wieżowcem" nazywamy zwykły kuchenny budzik, który Królik musi wozić w swoim neseserku za karę. Upiera się bowiem, aby mieć maciupkie zegarki, tak maciupkie, że ich nie umie dokręcić. Na moje fulminacje dowodzi, że taki mały zegarek to na pewno idzie tylko dwanaście godzin z jednego nakręcania. Od kiedy zrzuciłem jarzmo nakręcania żoninego zegarka, wozi się z "wieżowcem", który jej służy na pozostałe pół doby.

Pyszniem się wyspał po tym zwiedzeniu Knott's Berry Farm, jestem więc kooperatywny:

- Nie denerwuj się, te amerykańskie budziki mają to do siebie...

Królik podnosi wdzięczne oczy (raz przynajmniej nie ona będzie winna).

- ...że jak ich nie dokręcić, to stają.

Sięgam w czeluści po ukrywany, Królikowi na złość, swój zegarek i jednym susem wyskakuję z łóżka z alarmem:

- Ósma godzina!...

A przecież dziś wielki dzień, wielka podróż. A przecież dziś my, Zofia i Melchior, przestajemy być Kolumbami. Już my nie Kolumby, już my Kortezy... Jedziemy odkrywać Meksyk.

Bo w tym pchaniu się poprzez amerykański kontynent spotkała mnie przygoda, jak naszego wiecznie pijanego kapitana małego stateczku, który kursował po Niewiaży. Wjechawszy kiedyś w łachę, wpadł do kajuty pasażerskiej z rozwianym włosem, obwieszczając z przerażeniem, że "Niewiaża skończywszy się".

Rozkładam mapę. U nas też "Ameryka skończywszy się". Doparliśmy do Pacyfiku, stoimy jak nasz airedale terrier, który, dopadłszy wreszcie kota, stał z głupią mordą, nie wiedząc, co z nim robić. Przez ocean na Hawaje nie skoczysz, bo drogo... No więc, w prawo, na północ, czy w lewo wzdłuż Pacyfiku, na południe?

W lewo, na południe, widzę na mapie tajemnicę: taki hyperborejski Hel - przylądek, wąską kosą wchodzący w Ocean Spokojny na... 1440 kilometrów. Jest to słynna Baja California, przynależąca do Meksyku.

Kiedy mi po raz pierwszy rzuciła się ta Baja California w oczy, olsnąłem i powiadam do Królika:

- Zobacz, jedziesz dalej i dalej, jak przez cztery Polski, a ciągle musisz uważać, żeby do morza nie wpaść: z lewa morze, z prawa morze...

- O mój Boże, wszędzie morze, wpadniemy może - mówi zatrwożony Królik i w nagłym porywie woła: - Nie!

Tym razem wiem, co w trawie piszczy: jak pojedziemy na północ, to w Santa Monica rezyduje Jadwinia Daabowa, w Los Angeles Zosia Bernhardtowa, w Monterey Ninka Siedlecka, w Los Gatos Sally, dla odmiany, amerykańska psiapsiółka, w Stanford najukochańsza Alusia Sworakowska i tak by psiapsiółkami bezpiecznie można zapewnić sobie nocleg aż do samej kanadyjskiej granicy.

- No, a na południu masz Helenkę w San Diego.

Mała to pociecha. Zaraz za San Diego ta okropna Baja California, krok się zmylisz i już tylko rekiny...

Żeby ją uspokoić, wyciągnąłem mapę, jak na dłoni wykazywałem, że ten meksykański Hel nigdzie nie jest węższy jak sto kilometrów, ale Królik łypnął okiem na obok leżący opis Baja California przez misjonarza, ojca Baegerta, z roku 1752. Czcigodnego ojca zaprzątała myśl, skąd się bierze czarna skóra u ludzi? Jeśli od tropików, to dlaczego zamieszkali od dwustu lat pod tropikami biali nie czernieją? A jeśli to kara za grzechy, to dlaczego - zapytuje ojciec Baegert - "nie bieleją, kiedy ich chrzczę, ani nie bieleje ich chrześcijańskie potomstwo?".

Ojciec Baegert informuje, że krajowcy żywią się ślimakami, gąsienicami i innym paskudztwem, a jeśli im się zdarzy kawałek mięsa, to według obyczaju caroma, uwiązują go na kawałku sznurka, połyka jeden, wyciągają mu z powrotem, połyka drugi, wyciągają mu, połyka trzeci...

Najgorzej, że współczesny uczony Homer Ashmann w swojej The central desert of Baja California twierdzi, że we wnętrzu tej krainy nic się nie zmieniło, że i w XX wieku stwierdził istnienie caroma, i że jest taki sam brak dróg jak w pierwszym roku naszej ery.

Dziennikarz amerykański, którego podbechtywałem na ten kawałek egzotycznego reportażu, bo wszak z Los Angeles można śmignąć do Baja California w dwie godziny i reporter za głupie nic będzie miał egzotykę, po którą inni za gruby grosz zapuszczają się w dorzecza Amazonki, nie czuł w sobie ducha Kortezów:

- Tam droga bita kończy się siedemdziesiąt kilometrów od granicy amerykańskiej, w Ensenadzie. Już i na tym kawałku jest niebezpiecznie. Meksykanie radzi są okazywać arogancję Stanom Zjednoczonym. Przed kilku laty zatrzymali turystę amerykańskiego za prawo jazdy, nie pozwolili powiadomić amerykańskiego konsula i rok przetrzymali w więzieniu. A w dół od Ensenady, szkoda gadać... Wybrali się dwaj reporterzy z San Francisco i nie wiemy o nich nic...

- Też siedzą?

- Chyba nie, bo to już pięć lat.

- Więc co?

- Pewno zapuścili się w dół od Ensenady i tam ich zjedli.

I to wszystko takie rozmowy przy Króliku...

Ale już się uparłem. Jak nic się nie zmieniło, to i obyczaje te same. Kortezowi, po wylądowaniu, krajowcy ofiarowali dwadzieścia najcudniejszych dziewcząt, z przecudnej urody donną Malinche na czele. Baja California jest mniejsza, na dwadzieścia hurys nie ma co liczyć, ale coś tam z tego obyczaju może zostało... Jedziemy!

No i to właśnie miała być ostatnia noc na ziemi amerykańskiej. Umyśliliśmy (na to pluralis następuje ironiczne westchnienie Królika) spędzić w tej Baja dwa miesiące dzielące nas od terminu zaproszenia do Fundacji Montalvo. Nie dla egzotyki, broń Boże (drugie Królicze westchnienie), tylko dla taniości. Homary jak cielęta po pięćdziesiąt centów... Napitki czterokroć tańsze... A o różnych kurkach, serkach - szkoda gadać. Za nic wyżyjemy. Jeszcze przyjdzie czas, że jej pokażę tę karteczkę podziękowaniem dla mnie za Meksyk, którą z góry wypisałem. Trzeba tylko wyjechać tak wcześnie, żeby za białego dnia do Ensenady dobić, żeby gruntownie poszukać i od pierwszego dnia osied­lić się w jakimś wyszukanym lokalu na dwa miesiące. A tu "wieżowiec" stanął, zaspałem, jest ósma.

Wystrzeliliśmy jak z procy w słońce i przygodę. Mkniemy autostradą nr 101 wzdłuż Pacyfiku na południe. Powietrze jest przesiąknięte morzem i wczasami. Tu wszędzie raz po raz otwierają się prześwity na piaszczystą plażę, migają amerykańskie kociaki w bikini. Jakieś niezwykłe pomieszanie pracy i wypoczynku. Przecie oto jedziemy wzdłuż Long Beach - piątego co do wielkości miasta Kalifornii, o ćwierć milionie mieszkańców, z fabrykami i wszystkim jak należy. I to Long Beach ma plażę jak złoto, długości dwunastu kilometrów. Wszędzie kawiarenki, wynajem łodzi, przyborów płetwonurkowych, stosy plażowych kapeluszy, ciemnych okularów, koszul nylonowych o jaskrawo wymalowanych rybach, palmach, ananasach, wszędzie wywieszki Bait, to znaczy sprzedaż żywej przynęty na ryby. Nie tylko na ryby; pod jednym z tych napisów "Przynęta" jest wyjaśnienie dodatkowe: Matching water skis and baiting suits for frisky athletes (więc zamiast bathing suits - kostiumy kąpielowe, sprzedawca ogłasza baiting - przynętowe).

Mijamy Newport - wielkie centrum jachtingu. Cztery tysiące jachtów stoi w jego przystani - od najmniejszych do takich, jakim zawinął syn eksdyktatora dominikańskiego, Trujillo, z orkiestrą złożoną z dwunastu muzykantów, z osiemdziesięciu ludźmi załogi.

Wszystkie milionery się tu cisną pod to łagodne słońce Kalifornii. Tu w Newport moglibyśmy wjechać autem na prom oceaniczny i po dwu godzinach znaleźlibyśmy się na wyspie Catalina. Niezła wysepka, długa na czterdzieści dwa kilometry, szeroka na 12 kilometrów, jest prywatną własnością rodziny Wrighley, fabrykantów gumy do żucia.

Jest tu trochę niedużych wysepek prywatnych. Sam omal się nie stałem mieszkańcem wyspy Santa Barbara koło Los Angeles.

Pewnego razu na jakiejś zabawie kostiumowej ukląkłem czołobitnie przed starszą panią przebraną za... papieża. Posłałem fotografię do znajomego w Rzymie z prośbą, aby przeadresował ją z moim listem z Rzymu do innego znajomego. Pisałem, nie szczędząc realistycznych szczegółów, jak to Kongres, idąc z pomocą pisarzom zza żelaznej kurtyny, przyznał mi dożywotnio trzysta dolarów miesięcznie, a kiedym wykazał, że i Królik nie jest od macochy, na dowód czego załączyłem jej artykuł - i jej odpalono trzysta dożywotnio. Że teraz jestem bezpłatnie w Rzymie jako przewodnik wycieczki amerykańskiej i jej członek. Milioner poprosił mnie o zamieszkanie w jego pałacyku na wyspie Santa Barbara, w zamian za co zapisze mi ten pałacyk w testamencie.

Na skutek czego uzbierałem w emigracyjnej prasie serię jadowitych wzmianek na temat "ten się zawsze urządzi" i zdumień, "jakim to ludziom" Amerykanie dają subwencję (jako "taki to człowiek" w tym czasie napisałem antyemigracyjną broszurę Klub trzeciego miejsca).

Na to posłałem sprostowanie, tym razem z autentyczną fotografią - jak w piwnicy czyszczę kurze jaja, z adnotacją, że od skrzyni otrzymuję pięćdziesiąt centów. Z notatki skorzystało jedynie katolickie "Życie", stwierdzające, że z owymi dolarami wszystko nieprawda i że okazuje się, że Wańkowiczowi "nie brak tylko jaj".

Westchnąłem więc tylko, mijając drogę odchodzącą na prom ku Santa Catalina, ale nie było czasu.

Santa Catalina należy do Stanów Zjednoczonych bezprawnie. Po zakończeniu wojny meksykańskiej, kiedy Kalifornia odeszła do Ameryki Północnej, ówczesny prezydent Polk, wysławszy instrukcje dla delegacji ustalającej granicę, rychło w czas uświadomił sobie, że w instrukcjach nie była wspomniana Baja California i wszystkie wyspy przybrzeżne. Pchnął więc na gwałt kuriera z dodatkową instrukcją, ale kurier, wylądowawszy w Vera Cruz, zmarł na febrę. Meksykanie nie kwapili się dostarczyć znalezionej w bagażach zmarłego instrukcji i w ten sposób Baja California została przy Meksyku. Santa Catalina i inne wyspy dzięki położeniu geograficznemu przypaść Meksykowi nie mogły, ale de jure po dziś dzień są własnością Meksyku.

Im bardziej ku granicy, im bliżej tej egzotycznej Baja California, tym bardziej dziko powinno by się robić. Tymczasem autostrady gęścieją od samochodów, jedziemy w swoistej otoczce luksusu, ciągiem plaż przerywanych od czasu do czasu dużymi centrami. Mijamy Oceanside, w którym co czerwiec odbywają się słynne targi na dziewczęta (wybór królowej plaż kalifornijskich), przecinamy wonny pas niezmierzonych pól kwietnych pod Carlsbadem, który przypomina pola tulipanowe i hiacyntowe w Holandii, wreszcie przecinamy półmilionowe, rosnące jak na drożdżach San Diego, rozporządzające największym pono naturalnym portem świata - bazę marynarki wojennej Pacyfiku.

Meksykańska graniczna Tijuana już blisko, już tylko trzydzieści kilometrów. Zagęszczają się stacje obsługi, wisi nad tym wszystkim Wielka Przygoda.

Jeszcze tylko władować się na olbrzymi prom przez zatokę i na tamtej stronie - Tijuana.

Jest niemożliwe zgęszczenie wozów. Piątek czy świątek pilno Amerykanom do tego gniazda szulerki i rozpusty zbudowanego dla nich, gdzie nie będzie na nich patrzył amerykański policjant, gdzie zrzucą za cichą ogólną umową krępujące cywilizowane formy i gdzie solidni przemysłowcy zjeżdżający lśniącymi cadillacami będą mogli odnaleźć w sobie dzikich przodków-pionierów.

Stajemy przed przydrożną kawiarenką, aby łyknąć ostatni haust kawy, który Amerykanin aplikuje sobie co sto mil.

Przed kawiarenkę podjeżdża od strony Meksyku station wagon, to znaczy amerykański wóz osobowy wielkorodzinny.

Z czeluści station wagon poczyna się sypać nieskończona ilość dzieciaków, każdy z czymś meksykańskim na głowie, brzuszku lub pupce. Towarzystwo, waląc z pistoletów kapiszonowych, potrząsając meksykańskimi drumlami, produkując się kastanietami, wwala się na popcorn i lizaki, z punktu uruchamia szafę grającą i wrzeszczy o double-deep, podwójne lody, o coca-colę i doughnuts, pożerane milionami ciastka drożdżowe. Za tym dopiero starsza kobieta wlokąca dwuletnie za rączkę i młoda kobieta trzymająca, zwyczajem meksykańskim, niemowlaka konno na biodrze. Wreszcie, zgrzany, spocony właściciel tego wszystkiego, który ciężko opadł przy kontuarze tuż przy nas.

- Jakże tam, mieliście good time w Tijuanie?

- To było okropne - wytrzeszczył na mnie oczy z wyrazem pretensji, jakbym to ja go posyłał do Meksyku - Indianie tu, Indianie tam, nie można się było obronić, otoczyli nas zewsząd, rozdzielili mnie z rodziną.

- Ojeju - mówi z przejęciem Królik - no i cóż pan zrobił?

- A cóż ja mogłem zrobić? Musiałem kupić ten dywanik.

RACZKUJEMY

To jest rozkosz przejeżdżanie kanadyjskiej albo meksykańskiej granicy. Uprzejme kiwnięcie ręką amerykańskich celników i... już jesteśmy między jakimiś drewniakami na brudnych ulicach. Kupa obdartusów domaga się czegoś od nas, siedzimy, zablokowawszy wszystkie szyby wozu, dopóki nie podszedł czekoladowy na gębie mundurowiec meksykański z wielkim jak armata pistoletem dyndającym na biodrze, obejrzał szczepienie ospy, dał w ręce drugiego, który spytał, czy nic nie mamy. Nie wiedząc, czego nie mamy mieć, zapewniłem, że nic, i... ruszyliśmy w Tijuanę.

Mater Dei! A toż co? Z lewa, z prawa, z przodu i z tyłu równocześnie najeżdżają na mnie i potrąbują. Potrąbują tak wesoło, że orientuję się: to nie żaden napad, tylko normalny ruch według tutejszego fasonu. Wjechaliśmy na plac centralny; począłem w swojej naiwności rozglądać się za bankiem, aby zmienić dolary na pesos. Dlatego w swej naiwności, że te same pesos wymieniłem z powrotem w tymże banku, wyjeżdżając z Meksyku - przez dwa miesiące pobytu płaciłem amerykańską walutą.

Cały bank pełen urzędniczek-czarnogłówek i urzędników z zabójczymi wąsikami i baczkami. Wracając, zaszedłem na szklankę piwa. Na ścianie napis (po angielsku): "Jeśli pijesz, by zapomnieć, to przedtem zapłać". Przy kontuarze zległa na mnie stukilowa Carmen, żądając, abym jej postawił piwo. Przy stolikach siedziały odwody z kwiatami w kruczych włosach.

Wyskoczyłem chybko, pomykając do ślubnej żony. A tu Królika ani na lekarstwo. Dopieroż przycwałowuje zemocjonowany; brunet z baczkami i wąsikiem zaproponował jej zwiedzenie miasta.

Błogosławię bruneta, że ją przepłoszył od obkupywania się widokówkami. Wszem i wobec naszym przyjaciołom we wszystkich stolicach Polski, we wszystkich miastach powiatowych, we wszystkich pomniejszych aż po Kozie Pupki włącznie (gdzie też mieszka jedna z koleżanek z pensji panny Jastrzębowskiej) oświadczam, że skoro otrzymują pocztówkę z toreadorem, mustangiem, grzechotnikiem, obłokami nad niebieską wodą, palmą, skorpionem, z sombrero, z sarapą, kaktusami, palmami etc., etc., a pod tym podpis nieczytelny i natchnione: "chcielibyśmy, abyście tu byli", to niech wiedzą, że w tym pluralis, przywłaszczonym bez mojej autoryzacji, ukrywa się światu życzliwy Królik.

Dobrze więc, że brunet z baczkami zdążył ją wystraszyć, ale swoją drogą należy Królika zmonitować:

- Dlaczego łazisz po tej zakazanej Tijuanie? Mogłaś z powrotem nie trafić do auta.

- Każdy głupi ma swój rozum - wydyma się Królik - idę jak w dym zawsze do auta najkrzywiej ustawionego przy chodniku.

Ruszamy do wyjazdu. Plakaty zapowiadają walkę byków - widzieliśmy tego dosyć w Hiszpanii. Plakaty reklamujące Jai Mai... Tłumaczę Królikowi, że to to samo co pelota (gra w piłkę rzucaną z koszyka, przedłużającego rękę), którą widzieliśmy w Pirenejach. Nie, nie zatrzymamy się. Dalej, w prowincjonalny Meksyk, gdzie czeka nas cisza i taniocha!

Za Tijuana od razu nie ten kraj, nie ta epoka, nie ten krajobraz nawet. A przecież mkniemy brzegiem tego samego Pacyfiku.

Góry niskie, nagie i bure. Między nimi nasze auto meandruje po wąskiej drodze jak jaszczurka. Deszczyk rzęsisty i rzadki, dobrotliwy i prześwietlony słońcem poczyna kropić. Koloryt jest kremoworóżowy i rześki, bramowany od prawej strony wskakującym od czasu do czasu w pole widzenia mocnym szafirem oceanu.

Królik, przysięgły back-seat-driver, kierowca z tylnego siedzenia, uważa za swój obowiązek w tym okropnym kraju (gdzie amerykańskich kierowców wsadzają na rok bez uwiadomienia konsula) odczytywać uważnie mnożące się znaki drogowe: isquierda (w lewo), camino sinuoso (droga kręta), despacio (zwolnić), ale załamuje się na derecha (w prawo) i derecho (wprost). Zapamiętaj tu, kobieto.

Najwięcej jednak jest tajemniczych napisów peligro (niebezpiecznie), co Królika przejmuje przerażeniem. Bo - co niebezpiecznie? Może przepaść, może głaz, może rozkop albo barierka, albo woda...

- No i może uprzedzają, że w danym miejscu zwykli zasadzki urządzać desperados, bandyci.

- Nie - Królik nieraz rozpoczyna zdanie od przeczenia - ale żeby pisali, co peligroso.

Nagle zza skały wyskakuje wielki napis CURVA PELIGROSA.

Parskam śmiechem, bo sam się na chwilę stropiłem, kiedy Polak, mechanik samochodowy, urodzony w Kalifornii, obrządzając mi wóz przed drogą ostrzegł, że w Meksyku trzeba się strzec tych "kurwów peligrosów", niebezpiecznych zakrętów.

Zapewniam Królika, że będę się strzegł ich bardzo tu, w Meksyku i na każdym miejscu, amen.

Wdzieramy się między skały, droga idzie w górę, przypominają się partie w Arizonie. Kaktusy czepiają się rozpadlin. Z najwynioślejszego punktu widzimy morze i znów spływać poczynamy spiralami ku oceanowi.

Napis - Hombres trabajando, ludzie pracują. Istotnie, nad przepaścią na zakręcie wbijają paliki. Pewno z czasem zrobią barierkę ochronną. Ale czemu dopiero teraz?

W dole robi się przytulniej. Między skałami coraz więcej zielonych poletek. Rosną na nich niezwykle rzadkie pojedyncze kłosy jęczmienne. Myślałbym, że to samosiejki, gdyby nie to, że raz po razie trafia się przy nich campesino, chłop z krzywą maczetą, którą ścina kłosy.

- Mógłby wygodniej używać nożyczek - mówi zgorszony Królik.

Zjechawszy nad ocean, poczynamy trafiać na poszczególne "resorty". Są to drewniane domki przy kolejnej plaży. Zatrzymawszy się przy jednym z nich na szklankę kawy, otrzymujemy, postawioną na brudny, drewniany szynkwas, filiżankę amerykańskiej instant coffee, tyle że o parę centów drożej.

Potrząsam wojowniczo wymienionymi pesos i stwierdzam, że to już kres drożyzny amerykańskiej. Od jutra - indyk i homar za bezdurno.

- Pusiu, ty jesteś genialny - mówi z podziwem Królik - jak ty się umiesz urządzać!

- Już Kazimierz Brandys napisał, że jestem zaradny...

- ...i że brak ci namiętnego spojrzenia na fakty - nie darowuje Królik.

- Jemu samemu brak, jego cioci, jego wujkowi! - mówię bardzo niezadowolony.

Oho! Szklany pawilon eleganckiej restauracji nad morzem. I parking na przyczepy, w tym sezonie jeszcze pusty. Pod nami Ensenada. Wielka błękitna zatoka Todos Santos (Wszystkich Świętych) między rojem domków. Już wjeżdżamy między nie.

Dojeżdżamy do jakiegoś placu, na którym stoi jakiś pomnik. Jest to padre Miguel Hidalgo y Costilla, który w 1810 roku wszczął rewolucję przeciw Hiszpanom. Acz stłumiona, jest teraz datą święta niepodległości. Każda niepodległość, chociaż to rodzaj żeński, lubi się postarzać.

Na wyciągniętych rękach ojca Miguela wiatr powiewa smętnie zerwanymi kajdanami, sumiennie ubielonymi przez kawki.

Co tu robić?

Wołam taksówkę prowadzoną - okazuje się - przez dwóch ludzi. Siedzący przy kierownicy przypomina wieloryba, towarzyszący mu - konika morskiego. Każemy się wieźć po hotelach, motelach i pensjonatach. Naturalnie do tych pierwszorzędnych nie zajeżdżamy, w tych drugorzędnych jest brudnowato, ale również dolarowato.

Konik Morski jest nieoceniony, wyskakuje przed każdym hotelem jeszcze w biegu i zanim jeszcze stanęliśmy, już przyholowuje do auta portiera czy właściciela. Nie wiem, czemu każdy z nich pogryza wielkie kandyzowane jabłko na patyczku, co mnie rozczula, przypomina bowiem nasze urzędniczki, pojadające pajdy chleba przy dawaniu informacji. Ale tu przez wypchane gęby mogę zrozumieć przynajmniej jedno: pięć, sześć dolarów za dobę za pokoik z kuchnią albo osiemdziesiąt-sto dolarów miesięcznie.

Wreszcie szoferska fauna morska wywiozła nas na rozlewisko piasków. Wjechaliśmy w ogrodzenie, nad którego bramą wisiał szyld "Motel El Rey". Przejechaliśmy prowadzącą od niej alejką agaw i już na jej końcu czekał Konik Morski z przyholowaną właścicielką.

Babina była śniada, przy kości, ze śladami jeszcze trwającej urody, mówiąca płynnie po angielsku.

Przypadliśmy sobie do gustu, zwłaszcza że lokal złożony z dużej sypialni, przestronnej kuchni i łazienki miał kosztować sześćdziesiąt dolarów miesięcznie.

Zastrzegłszy się, że jeśli się nie spodoba w ciągu pierwszych trzech dni, będziemy się mogli wynieść, opłaciwszy po pięć dolarów za dobę, wprowadziliśmy się niezwłocznie. A więc z punktu bez straty na hotele. "Pusiu, ty jesteś genialny".

Gospodyni jest żywa jak skra. Podejrzewam, że może golnęła sobie tequili, miejscowej wódki. Została więc w naszych rozmowach jako Tequila.

- Oj - jęknął Królik z łazienki - woda czarna idzie!

- Zejdzie i będzie czysta.

- Aj - jęknął, wyjrzawszy na zewnątrz. - Murzyn koło nas mieszka!

- A cóż za rasizm! - zgromiłem. - Pamiętaj, że jesteśmy z demokratycznego i biednego kraju. Murzyn Murzynem, ale za to od jutra indyk - za tyle co kartofle w Los Angeles, a o homarze już i nie mówię. Homary za bezdurno.

Królik się wczepił w Tequilę, czy ma dzidziusiów. Dzidziusiów nie ma, ale trzy córki jak łanie, dwie mężatki, jedna na wpół... A współtwórca tych wyrobów? Owszem, istnieje, nazywa się se?or Commachio; o, właśnie wyjeżdża, jeździł do San Diego, do USA - po żywność.

- Do USA po żywność? - Nogi załamują się pode mną.

Z wozu gramoli się pękaty se?or Commachio i potrząsa pięknym indorem w cynfolii. Przywiózł go na rocznicę ślubu.

- Może i homara też - jadowici Królik. Hołdowniczy w powodzeniach, jest bezczelny, jak mi się co nie uda.

Układamy się na sen tej pierwszej nocy w Meksyku.

Królik, jak to Królik, widzi, żem się speszył tymi koszami żywności ze Stanów Zjednoczonych, i chce mnie pocieszyć:

- Słyszysz? Żaby... - mówi z ożywieniem, bo wie, że podczas całej drogi wzdychałem za polską żabą nad rowem porosłym rzęsą. - Jakoś inaczej kumkają, ale zawsze...

Istotnie dźwięk się nasila, przybliża, ogarnia motel.

- Gdzie te stawy? - pyta.

- Nie słyszysz, że to drzewa grają, jakby wióry kto z nich darł?

- Może żabki drzewne?

- Opiekane i z chablis.

- Ty byś tylko...

- Jadł? No, Jan Chrzciciel...

- Jadł szarańczę, a nie słyszałam, żeby żaby.

- Żeby żaby, żaby żeby, ale to właśnie skrzeczą cykady, kuzynki szarańczy i pasikoników, które ususzone w soli serwuje się do koktajli.

Z początku drażnił mnie ten skrzek cykad, idący za mną od Cypru przez Bliski Wschód aż tu, na drugą półkulę.

Sens cykadziego życia?...

Siedemnaście lat żyje cykada w ciemnościach, w czeluściach podziemnych. Zaczyna się to, kiedy samica nakłuje jajowodem liść, znosząc jaja. Wylęgłe gąsienice spadają na ziemię, wkopują się, budują swoje mieszkanko przy korzeniu, którym się żywią. Tam przechodzą sześć przepoczwarzeń - przez długie siedemnaście lat! Może przy każdym przepoczwarzaniu się przenika ich kruchy kształt przeczucie wyłonienia się na świat - ale zamiast tego skuwa je pancerz ponownego przepoczwarzenia.

Aż na siedemnasty rok, jednego dnia, wszystkie wyłażą z ziemi. Naliczono w obrębie jednego drzewa dziewięć tysięcy otworków-wyjść. Nie mają żuchw jak szarańcza, tylko rurki, którymi wysysają sok roślin. Są gotowe do bytowania pod kopułą gwiazd. I do miłości. Mają cztery centymetry długości, rozpiętość ich skrzydeł wynosi osiem centymetrów. Na coś musi służyć ta wspaniała postawa. Ledwo spróbują wyborności soków roślinnych, już nadciąga na nie inny potężny smak życia - miłość. Inicjatywa należy do samców! Mają z obu stron brzucha tablice akustyczne, rowkowane membrany, o które trą jak oszalałe rowkowanymi nogami. Przycupione samice mają uszy - pod brzuchem.

Teraz, kiedym zrozumiał, to już nie jest dla mnie nieznośny skrzekot. Drzewa dookoła naszego motelu buchają namiętną pieśnią miłosną, ślepą żądzą, która po spełnieniu się zejdzie pod ziemię, by ponownie eksplodować za siedemnaście lat.

- I oni jutro znowu będą to robić?

- Oni zwykli to robić przez sześć tygodni!

- Jak oni się nie wstydzą tak się ogłaszać na cały świat?

Królik budzi się z promiennym uśmiechem:

- Psy szczekają...

Istotnie. Nawet naczelny szczekacz bardzo poczciwym basem. Takim, co to przy tym merda się ogonem. No, tośmy dobili na wieś.

Wychylam się oknem. Motel ma długi korpus z "apartamentami", przed nim takiż podłużny podwórzec, na którym stoją wozy gości i podium. Na tym podium osklepiona cementem sykomora, pod sykomorą ruszt wmurowany w kamieniu, stół i ławy do sjest na świeżym powietrzu.

Na murku suszą się w wysoko już stojącym słońcu przybory płetwonurkowskie: gumowe ciężkie kombinezony, płetwy, zbiorniki na tlen, okulary, hełmy, proce. Ci już zdążyli wrócić z wczesnego połowu.

Przysiadłem na murku, prażę się w słońcu jak jaszczurka: rozumiem, jak jaszczurkom przyjemnie jest kontemplować świat.

Wzdłuż bramy wiodącej na ulicę, jak oko lunety w alejce agaw i różowych pelargonii, przesuwają się pod słońce jakby wycięte z papieru postacie w sombrerach. Kłęby kurzu ciągnące ulicą robią jeszcze bardziej abstrakcyjnym ten widoczek, w którym nagle pojawia się dziewczyna z szopą kruczych włosów i w czerwonym swetrze. Zielona kropa dwuletniego bimbasa przykucnęła przy kole mego wozu i coś majdruje. Ten płowy krajobraz sprzyja eksponowaniu koloru.

Oj, już jest kolor. Idąc wzrokiem z dołu w górę, widzę najpierw cynobrowe ciżmy, po czym kobiece nogi w obcisłych, purpurowych dżinsach. Dążąc w górę, widzę tylko nogi i nogi - końca im nie ma? W pewnym miejscu jednak się kończą, dalej harmonijnym falowaniem posuwa się przez ten piaszczysty podwórzec purpurowa pupka, po czym nad nią rozwija się kolorowa orgia: jedwabna bluzka-kaftanik, wdziana luźno na spodnie, cała tłoczona w szafirowe morza, zielone mangrowce, złote rozgwiazdy, nad tym wszystkim usta wymalowane na rozcięty granat, wszystko pokryte szopą paląco rudych włosów.

- Gee!... - mówi piękność (pobeknięcie uniwersalne) i siada na ławce koło mnie, składając torby z wiktuałami. Otwiera srebrnymi paznokciami butelkę brunatnej mroźnej coca-coli i chciwie pije.

Zerkam na nasze okna, czy w nich się nie czai Królik. Ani chybi oceniłby, że to jakaś peligrosa ze znaków drogowych, których przysiągłem się wystrzegać.

- Gee!... - stęknęło dziewczę, dudląc z kupionej butli zimną coca-colę - galon bym tego wypiła; znowu się czuję, jakbym miała swoje osiemnaście.

Obrzuciłem wzrokiem jej młodziutką sylwetkę.

- Chyba nie ma pani więcej.

- O, mam już dwadzieścia.

- Cóż za różnica?

- Mąż i dwa niemowlaki.

Z jednego z numerów wybiegła inna.

- Masz tu klucz do mieszkania.

Z mieszkania dał się słyszeć wrzask niemowlaka i pięknotka odkołysała się. Jej towarzyszka, nieco starsza, zdradziła ochotę do rozmowy.

- Obie przyjechałyśmy tu w sprawach rozwodowych.

Przypomniałem już sobie te liczne szyldy adwokatów rozwodowych, które wczoraj widziałem, wjeżdżając do Ensenady.

- Ona ma dwa lata małżeństwa i dwójeczkę. Ale ja mam sześć lat i czworo dzieci. Zobaczy je pan.

Posłyszy - skorygowałem w duchu z goryczą. Pieski bukoliczne, wsi zaciszna - cholera!

Jejmość parło do zwierzeń.

- Mąż mój jest karciarz. Mieszkaliśmy w San Diego. Dzień w dzień odchodził u nas w domu poker z popijawą. Wreszcie pewnego dnia miałam tego dosyć, oświadczyłam, że biorę dzieci i jadę do mamy w Los Angeles. Mój mąż nie stawiał przeszkód, ale okazało się, że jak tylko siadłam do wozu, zamówił awionetkę i... - chlipnęła - ...wchodzę do domu mamusi, a tu cała kompania gra u niej w kuchni w pokera i popija.

Z biura motelu żeglowała Tequila, wywabiona jękami z apartamentu numer 3.

Apartament numer 3 należał do nas, a jęki były najautentyczniej Królicze. Królik mocował się beznadziejnie z kranem.

- A któż z kranu bierze wodę? - zdumiała się Tequila.

Wzięła nas ku bramie i poczęliśmy czatować. Niebawem rozgrzmiała trąba i z kłębów pyłu ukazało się coś lśniącego i potrąbującego. Była to platforma z rusztowaniem w otwory, a w każdym otworze tkwił gąsior z wodą. Taki gąsior kosztuje dwanaście centów.

Jęki powtórzyły się po półgodzinie. Z kranu nie szedł gaz. Macierzyńska Tequila wypromenowała nas za bramę, gdzie już za zakrętem popiskiwała, tylko cieńszym głosem, inna platforma. Niebawem z kłębów pyłu wyłoniła się platforma z gąsiorami gazu.

- Daj spokój - mówię - już ty obiadu z tym wszystkim nie zdążysz upryczyć.

A tu przed bramą przeciąga wyjątkowy dobór chińskich cieni, i to z hałasem. Najprzód przemajtał się wielki brzuch, nad nim sombrero, na nim olbrzymi bęben. Za bębnem przepiskały się jakieś fujarki, dopieroż dreptały jakieś piaskołazy sklecone czwórkami.

- Dziś święto narodowe na stadionie - mówi Tequila. No to już... Skoczył Królik, skoczył ja, pomykamy obydwa.

Na stadionie szkoły a szkoły. Każda w innych mundurkach. Na stadionie ktoś wyje morte i patria. Coś bardzo po polsku - u nas też ojczyzna i śmierć bywały przez wieki przyprawą każdego obchodu, jak pieprz i sól.

Wreszcie tańczą dzieciaki przebrane w indiańskie kostiumy. Podindianione pyszczki pasują do nich więcej niż do marynarskich bluzek uczennic. Małe to, kurduplowate, ale oczy jak gwiazdy, zęby, cera... Odpalić od wuja Sama nieco żarcia, to i tym dziewczynom nogi się wyciągną jak naszym Kaśkom w drugim pokoleniu w Ameryce.

Szkoda tylko, że tymi dziewczynami dyrygują straszliwe, wysuszone megiery w czarnych szatach - jak z Sabatu czarownic Goi. Jakaż tam musi być niewola w tych szkołach!

Zatrzymujemy auto, aby poprosić parę idącą chodnikiem o wskazanie meksykańskiej restauracji. Kobieta ma takie oczy w migdałowej oprawie, że nic nie rozumiem, co mówi. Ruszam wolno, chciałoby się coś wiedzieć o tych oczach. Przypomina mi się młodość, czekanie cudów za każdym załomkiem ulicy. Nic z tego nie ma w Stanach, gdzie kobietę odarto z wszelkiej tajemniczości.

Restauracja "El Rancho", to mi dopiero restauracja!

Na wstępie wielkie palenisko, przy palenisku gruba Meksykanica z furią robi tortille. Są to gorące przaśne placki, które jej spod ręki rwą kolorowe kelnerki, roznosząc zamiast chleba przy potrawach. Meksykanica rytmicznie dudni po stolnicy i to jednostajne klaskanie jest melodią zakładu. Sześć długich rożnów, po sześć kurcząt na każdym, obraca się nad paleniskiem.

Wewnątrz, na ścianach, wiszą wypchane żółwie, rekiny i inne stwory morskie. U góry wnęki z egzotycznymi roślinami. U dołu pływają między stolikami (jak ryby kolorowe w akwarium) kelnerki w bufiastych, meksykańskich spódnicach, nadkolorowych chustach, manelach, zausznicach do ramion, naddużych grzebieniach w nadczarnych włosach.

Zastanawiam się, czyby nie wziąć bouillabaisse.

Se?orita, widząc namysły, podsuwa:

- Dzisiaj jest paella.

Wreszcie wjeżdża paella. Smacznie to zapiekane, niepotrzebnie jednak ugarnirowane żółtymi strączkami chile, piekielnego pieprzu południowoamerykańskiego. Odgarnąwszy chile, zabrałem się bezpiecznie do paelli.

Cóż ja tu będę mówił?... Kiedy Czechow opisuje uroki należycie przygotowanego prosiaka pod chrzanem, ogranicza się do informacji, że częstowany, spróbowawszy tej doskonałości, "tichońko pożał choziainu kolienku i mołcza prosleziłsia" (bez słów uścisnął kolano gospodarza i oczy mu zwilgotniały).

Ja wolę podać przepis, po który pomaszerowałem do kucharza. Z pewnymi adaptacjami można by to odtworzyć w Polsce. Przestałem już przyjmować zaproszenia na kołduny, ale na trzy pierwsze "polpaelle" - przyjadę.

A OTO PRZEPIS:

1,5 kg duszonego kurczęcia w małych kawałkach

25 dkg duszonej wołowiny pokrajanej w kostkę

25 dkg ćwiartek pomarańczowych

6 łyżek stołowych oliwy

1 duża cebula

3 ząbki czosnku

25 dkg pomidorów obranych ze skórki i posiekanych

2 małe strączki pieprzu tureckiego, oczyszczone z nasion i przetarte

1 puszka papryki

Tuzin "clamsów" (rodzaj ostryg)

25 dkg krewetek

25 dkg homara

25 dkg ryby (np. halibut, ale może być, sądzę, sandacz lub szczupak, a najlepiej - co popadnie),

2 filiżanki ryżu

4 filiżanki wody

25 dkg gotowanego groszku

8 małych gotowanych jąder karczochowych

1 łyżka stołowa pietruszki

1 łyżka stołowa białego wina sec

Sól i pieprz - do smaku

Zasmaż kurczaka i wołowinę w oliwie, najlepiej w kamiennym garnczku. Potem kolejno dodawaj zaprawy, następnie skorupiaki, wreszcie rybę. To wszystko duś 3 minuty. Następnie pokryj wszystko trzykroć przepłukanym ryżem, wlej cztery filiżanki wody, zagotuj, nakryj, trzymaj 5 minut, gotując szczelnie zamknięte. Wówczas odsłoń pokrywę, wsyp pietruszkę, szafran, wlej wino i trzymaj, ciągle lekko mieszając, 20 minut na małym ogniu. Mieszaj drewnianą łyżką, z wyczuciem, aby nie zrobić masy z tego, co gotujesz. Wreszcie zapiecz to wszystko, umieściwszy na 10 minut w piecyku o temperaturze 170 stopni.

Krewetki, czasem homary, są w delikatesach. Bez "clamsów" można by się obejść, chybabyśmy zeksperymentowali z polskimi małżami? Dlaczegóż by nie, skoro polskie snoby zajadają się we Francji escargot w burgundzie, grenouille po wiedeńsku, a tu nie tknie żaden winniczka ("pokaż rogi") ani zielonej żabki, eksportowanej z Polski do Francji. Tak samo wcinamy najtańszy morski przysmak - mule, a są to zwykłe małże morskie, czyżby tak inne od naszych słodkowodnych?

Pierwszy człowiek, który ząbki kobiece przyrównał do perełek, był poetą. Pierwszy człowiek, który odważył się zjeść ostrygę, był geniuszem.

Otwieram konkurs na geniusza, który pierwszy zje małże. Można by też zamiast homara dać polskie raki, a zamiast karczochów dać grzyby - których gastronomiczne głuptaki po świecie nie doceniają - np. cienkie plasterki krajanych przez całą szerokość prawdziwków.

Publiczność w kapeluszach na głowach, knajpa jest niedaleko portu, jakiś lud morski, rybacki. Nieco ciekawskich turystów.

Z przeciwległego końca sali patrzą uparte oczy. Tkwią w twarzy kobiecej, ściętej w trójkąt - jakaś bryła geometryczna, takie widziałem na płaskorzeźbach azteckich przed trzydziestu pięciu laty w muzeum w Mexico City. A może u kubistów.

Aztecka twarz patrzy na żonę - na błękitne oczy, zaczesany, mazowiecki nosek. Tego nie niszczy czas. Widzę, że żona stopniowo jest złapana w to spojrzenie - obie kobiety patrzą na siebie z zachłanną ciekawością, ślą bezsilne rozpoznawcze sygnały przez zalegające ciemności tysiącleci.

Bliżej siedzi zakochana para amerykańskich turystów. Tu - wszystko znajome. Chłopak wziął z flakonika na stoliku kwiatek i meksykańską modą wpina go we włosy dziewczynie.

Królik rozpromienia się - bardzo lubi, jak się kochają, choć wybrzydza się na parki całujące się po paryskich kawiarniach. Równocześnie nie zapomina o smrodku dydaktycznym:

- Chciałabym mieć drugiego męża, żeby mi dawał małe prezenty.

- To już lepiej niech on ci daje duże, a ja będę dawał małe.

Królik nieoczekiwanie się wzrusza:

- Co dzień kwiatek? Ot, taki malutki. - Pokazuje na palcu.

- Nawet większy. Nawet siedem. Wiesz, cudne są teraz i sztuczne. Kupię komplet i na każdy dzień tygodnia będziesz miała po innym kwiatku. Tylko nie gub, to taki komplet starczy do złotego wesela.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

SUCHOROSTY PRERIOWE

KRÓLIK I OCEANY

NA PODBRZUSZU TECHNOKRACJI

W MIASTECZKU-WIDMIE

BĘDZIEMY KORTEZAMI

RACZKUJEMY

RYPCIUM-PYPCIUM

KOLONIZATOR FLOURIER

MEKSYKAŃSKIE SMAKI

JEDZIEMY "DO WÓD"

T-A-A-KA RYBA!

SZTAMA Z PŁETWONURKAMI

JAK POCZĄŁEM IZABELĘ SEGUNDO DE ITAMARRA

U MOŁOKANÓW

WITAMY PREZYDENTA

REKINY I OWIECZKI

PRZEPISUJĘ Z RYPCIUM-PYPCIUM:

KRAWĘDZIĄ OCEANU I PRÓŻNYCH ODKUPIEŃ

MELTING-POT

ODKUPIENIA PRZEZ CISZĘ

ODKUPIENIA PRZEZ DOLAR

ODKUPIENIA PRZEZ OKULTYZM

MILIONY I MARSKOŚĆ WĄTROBY

PROWINCJONALNA AMERYKA

DLA ARTYSTÓW I PTAKÓW

I DLA HOBBYSTÓW

JAK DŁUGO W SIODLE?

PODGLĄDAM MILIONERÓW

SZARA MYSZ I ŚWIATY

FRISCO NA KONWEJERZE

WIDZI, ŻE MOST... I JEDZIE!...

CHIŃCZYCY BEZ WARKOCZY

PISARZ ZRACJONALIZOWANY

LUKULLUS "STAYLORYZOWANY"

STOLICZKU, NAKRYJ SIĘ!

CIĄGOTY I TĘSKNOTY

W UNIWERSYTECKIM MIASTECZKU

OSIEDLAMY SIĘ W PALO ALTO

"HEJ, SOWY, PUCHACZE, KRUKI!..."

PIECHOTĄ PO MIASTECZKU

W RAJU KOBIET

CO MÓWI PANI SALMON, A CO JEJ MĄŻ?

UNIWERSYTET RUSZYŁ

POŻEGNANIE ŻYCIA OSIADŁEGO

WZNAWIAMY WĘDRÓWKĘ

WSPOMNIENIE Z MARIPOZY

WŚRÓD GÓR I DRZEW

DIABELSKI KULIG

AMERYKAŃSKA POMPEJA

MNIE GROZI ZGRANIE SIĘ, KRÓLIKOWI ROZWÓD

PUSTACIAMI NEVADY

ATOMOWE TARAPATY

GDZIE TAM, U LICHA, CHWILA PRZEDWIECZORNA?

ZDJĘCIA