Jak w Albanii zostałem Kaczyńskim...
październik 2007
7.10.2007
Dziś przez Wiedeń wyruszam w moją trzecią podróż do Albanii.
Jestem jedynym Polakiem w składzie delegacji Parlamentu Europejskiego.
8.10.2007
Albania - dzień drugi. Nocleg w hotelu Sheraton, którego nowoczesność kontrastuje z architektonicznym otoczeniem stolicy
i największego miasta kraju - Tirany. W wymiarze demograficznym Albania to głównie Tirana, tak jak Węgry to głównie Budapeszt. Stolica liczy ponad pół miliona mieszkańców, cztery pozostałe największe miasta mają siedemdziesiąt - osiemdziesiąt parę
tysięcy mieszkańców.
Hotel imponuje tylko na zewnątrz, bo z trzech aparatów telefonicznych w moim pokoju tylko jeden jest czynny, a zegar pokazuje
czas, który był dokładnie 11 minut wcześniej. Ciekawa gwarancja
spóźniania się na każde spotkanie.
Jestem w Albanii trzeci raz w ciągu dwóch lat i pięciu miesięcy. To konsekwencja członkostwa delegacji UE-Europa Południowo-Wschodnia. Tym razem jestem członkiem dziewięcioosobowej delegacji, w skład której wchodzą przedstawiciele ośmiu
narodowości (RFN - dwie osoby, w tym przewodnicząca ekipy,
chadeczka Doris Pack, oraz po jednym przedstawicielu z Polski,
Austrii, Cypru, Czech, Holandii, Rumunii i Słowenii). W sensie
politycznym reprezentowanych jest pięć największych grup, z czego chadecy i socjaliści po trzy osoby, a my oraz liberałowie i zieloni
po jednej.
Program bardzo intensywny i na wysokim szczeblu. Już pierwszego dnia mieliśmy spotkania z prezydentem, premierem, przewodniczącą jednoizbowego parlamentu, ministrem spraw zewnętrznych, merem Tirany (jednocześnie szefem głównej partii
opozycyjnej) oraz rzecznikiem praw obywatelskich.
Po kolei. Szybko spisuję wrażenia na oficjalnym programie wizyty i materiałach przygotowanych przez administrację PE. Albania
to prawdopodobnie jeden z trzech najbiedniejszych krajów Europy
(obok Mołdawii i Serbii). Stąd niespecjalnie szokuje przykry widok grupki żebraków w centrum miasta, gdy z hotelu jedziemy
na pierwsze spotkanie z ombudsmanem. Widzimy też targ, a na
nim handel uwiązanymi za nogi żywymi kurami. Uwagę zwraca
niezbyt duży gmach Biblioteki Narodowej z trzema flagami przed
wejściem: Albanii, UE (oczywiście, Albania stara się o członkostwo) oraz USA! Kręcimy bardzo wąskimi uliczkami, aby trafić do
skromnej siedziby Avocati Popullit, czyli Rzecznika Praw Obywatelskich. Klinujemy się w jednej z uliczek zastawionych przez auta.
Mieszkańcy Tirany okazują wielką życzliwość: zbierają się, doradzają, jak przejechać, w końcu paru mężczyzn podnosi zawadzające
nam auto i przenosi je trochę na bok. Wreszcie wyjeżdżamy bez
strat w taborze własnym i cudzym. Trochę szokuje widok żołnierza
z kałasznikowem na dachu domu, tuż obok budynku, w którym
mieści się biuro RPO. Rzecznik, Emir Dobjani, jest starszy, drobny
i brzuchaty, mówi tylko po albańsku i trochę ginie pod dużym portretem prezydenta swego kraju.
Po spotkaniu z nim jedziemy do szefa albańskiego rządu. Mijamy sporo starszych mężczyzn w garniturach i krawatach, pamiętających jeszcze czasy Envera Hodży - I sekretarza KC Albańskiej
Partii Komunistycznej. Nas, ludzi Zachodu, trochę zaskakuje widok wielu kawiarenek pełnych mężczyzn w sile wieku, którzy od
rana debatują przy kawie, choć są oczywiście godziny pracy. Nasz
kierowca jedzie jak wariat, drżę o los innych aut i przechodniów, ale
w tym szaleństwie jest metoda - dojeżdżamy bezpiecznie.
Premier Sali Berisha to najwybitniejszy polityk prawicowy tego
kraju ostatnich dwudziestu lat. W 1992 obalono ekipę postkomunistów, którzy rok wcześniej wygrali pierwsze wolne wybory po
upadku komunizmu (kłania się, niemal po sąsiedzku, Rumunia).
Po 5 latach rządzenia Partii Demokratycznej premiera Berishy jego
rząd upadł na skutek ekonomicznego załamania. Wówczas, równo
10 lat temu, państwo albańskie było w zaniku: władza leżała na
ulicy, grasowały uzbrojone bandy, policja chowała się po kątach,
w wyniku zamieszek zginęło ponad 1000 osób. Ale Berisha okazał się twardym zawodnikiem - po 8 latach wrócił do władzy,
wygrywając wybory, które miały miejsce 1 maja (!) 2005 roku.
Dobrze je pamiętam. Byłem wówczas jednym z dwóch polskich
euro deputowanych (obok Wiesława Kuca) - oficjalnych obserwatorów. Premier, prawicowy antykomunista, jest bardzo bezpośredni, nie trzyma dystansu, dobrze mówi po angielsku. I gada, gada,
gada... Około 30 minut - jak na protokół dyplomatyczny to bardzo dużo! Poza chwaleniem się sukcesami własnego rządu, w wielkim stopniu słusznie, powiedział też o konkretach, podając istotne
daty w kalendarzu negocjacyjnym akcesu Albanii do UE: 16 października 2007 roku i 8 lipca 2008 roku - jako terminy przedstawienia kolejnych stanowisk jego kraju (moim zdaniem wejście Albanii do UE nastąpi nie wcześniej niż za paręnaście lat). Podkreślił
też, że wybór nowego prezydenta Albanii to efekt ponadpartyjnego
konsensusu, a sam prezydent organizuje "okrągłe stoły" z udziałem
opozycji. Zaznaczył też, że jednym z głównych celów jego ekipy
jest walka z korupcją. Wspomniał o aresztowaniu ponad 80 mafiosów i o powiązaniach albańskiego świata przestępczego z diasporą
w USA, we Włoszech, w Grecji i Szwecji. Zapytany przez nas o Kosowo sformułował trzy zasady, którymi kieruje się w tym względzie
Tirana: 1. poszanowanie niezależności "rządu większości" w tym
regionie, czyli faktycznej dominacji miejscowych Albańczyków,
2. zachowanie praw mniejszości (w domyśle serbskiej), 3. krytyczna
ocena funkcjonowania międzynarodowych obserwatorów. Berisha
nie byłby sobą, gdyby na koniec nie skrytykował ostro socjalistycznego mera Tirany, lidera Partii Socjalistycznej.
Kolumną na sygnałach (dwa auta plus dwóch policjantów na
motorach), paraliżując na chwilę ruch w centrum Tirany, pędzimy
na kolejne spotkanie. Tym razem z krytykowanym przez premiera
merem stolicy, Edim Ramą. Młody, przekonujący, biegle mówiący
po angielsku - nowe pokolenie postkomunistów. Mer ostro atakuje rząd. Stawia zarzut upolitycznienia policji i wszystkich dziedzin życia. Mówi "pod nas", że rząd wyrzucił setki wyższych oficerów policji, wcześniej przeszkolonych przez UE. Bardzo krytycznie
wypowiada się o prezydencie Albanii, podkreślając, że przy jego
wyborze rząd wręcz korumpował posłów jego partii, proponując
kwoty wielu tysięcy euro. W pewnym momencie mer Rama porównuje prawicowy rząd do tego z okresu stalinizmu (skąd my to
znamy?). Na moje pytanie o przestępczość w jego mieście odpowiada, że to kwestia "permanentnej pracy" nowoczesnego państwa
(a policja miejska to pies?). Socjalistyczny burmistrz krytykuje też
wyborcze obietnice rządzącej partii (skąd my to znamy?) sprzed...
2 lat! Berisha obiecywał m.in. w 2005 roku załatwienie w ciągu 30
dni spraw dotyczących własności oraz nowe dowody osobiste dla
wszystkich w ciągu 3 miesięcy. Po spotkaniu z nami na mera czekają trzy telewizje, podczas gdy po spotkaniu z premierem nie było
żadnej (skąd my to znamy?)...
Spotkanie z ministrem spraw wewnętrznych Bujarem Nishani
przekonuje mnie, że szefowie MSW są chyba podobni do siebie,
niezależnie od szerokości geograficznej. Na ścianie sali konferencyjnej napis: "Ministria e Brendshme", po lewej flaga Albanii, po
prawej - UE. Na stołach zatrzęsienie nektaru brzoskwiniowego
produkcji włoskiej i wody mineralnej produkcji włoskiej, tak jakby
w tym kraju nie można było wyprodukować tych prostych napojów.
Minister Nishani chwali się sukcesami w walce z przestępczością,
jak każdy szef MSW, i promienieje, gdy słyszy pytanie o spełnienie
wyborczej obietnicy - dowodu osobistego dla każdego obywatela:
dowody i paszporty mają być szybko; dowody w cenie nie więcej
niż równowartość 10 euro, paszporty zaś 40-45 euro.
Szef albańskiego MSW mówi po angielsku, nosi dobry garnitur, miło się uśmiecha i przyjmuje nas w eleganckiej sali. Luksusy
kończą się po wejściu do resortowej toalety. W ubikacjach nie ma
muszli klozetowych, są tylko specjalne miejsca na stopy. Niczym
w dawnym ZSRR lub dziś w krajach muzułmańskich. Przez okno
wyglądam na wewnętrzne podwórze. Widzę walające się śmieci,
puste butelki... Albańska wieś potiomkinowska?
Ostatnie spotkanie przed przerwą obiadową to 50-minutowa
rozmowa z prezydentem Albanii - Bamirem Topi. Czeka na nas
rekordowa liczba ok. 20 dziennikarzy, fotoreporterów i kamerzystów. W błyskach fleszy, ale i bez nich, prezydent sprawia wrażenie raczej introwertyka. Siedzi w garniturze zapiętym na guzik (!)
i mówi wyłącznie po albańsku, tak jak ombudsman, a inaczej niż
premier, szef MSW i lider opozycji. Jak wszędzie, podają nam kawę
i wodę (oczywiście włoską). Na ścianie tylko flaga Albanii. Mam
poczucie, że gdy chodzi o strukturę władzy, to w Albanii jest taka,
jak pewnie będzie w Rosji za parę miesięcy, za premiera... Putina:
malowany prezydent, karty rozdaje szef rządu.
Przed Pałacem Prezydenckim jest jak u Stendhala: żołnierze
w czerwono-czarnych uniformach (czerwona góra, czarne spodnie).
Salutują nam majestatycznie, tak jak wcześniej policjant z MSW
i później cywilny (!) ochroniarz w parlamencie.
Obiadu nie jem - piszę bloga. A przy okazji ćwiczę dietę, co
znakomicie poprawia mi samopoczucie.
Po godzinnej przerwie - spotkanie z moim ulubionym albańskim politykiem, z opisywaną już przeze mnie w blogu dobrze
ponad rok temu przewodniczącą jednoizbowego parlamentu (Kuvendi Popullor) Josefiną Topali. Cóż, piękna kobieta... Zresztą,
w albańskiej polityce sporo ważnych funkcji zajmują kobiety i jakoś żadna z nich nie jest brzydulą. Majlinda Bregu jest ministrem
integracji europejskiej, a Arenca Trashani, była minister integracji
europejskiej, jest przewodniczącą albańskiej delegacji ds. kontaktów z Parlamentem Europejskim. Mimowolnie zauważam, że polscy politycy kobiety noszą wyraźnie dłuższe spódnice niż albańscy
politycy kobiety...
Szefowa parlamentu dziękuje nam za stanowisko mojej Komisji
Spraw Zagranicznych PE w sprawie Albanii. Znowu jest bardzo
dużo mediów, prawie jak u prezydenta. Widać pani Josefina dba
o PR. I u niej jest, jak wszędzie, włoska woda mineralna.
Posiedzenie wspólnego zgromadzenia PE-parlament Albanii.
Trzech mówców na dzień dobry. Włoski ambasador Saba D'Elia,
reprezentujący Radę UE, albańska "Miss Europe" Majlinda Bregu (ta sama od dwóch lat) i... polski akcent - Jan Truszczyński,
niegdyś polski minister i nasz główny negocjator w rokowaniach
akcesyjnych z UE, potem ambasador RP przy Unii, a teraz zastępca dyrektora generalnego w Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia w Komisji Europejskiej. Dyskusja trwa trzy godziny i, pomijając nasze pytania, przerodzi się w albańskiego politycznego ping-ponga. Tak jak przed rokiem w Strasburgu, tak jak przed dwoma
laty w Tiranie: rząd oskarża opozycję, opozycja rząd, a postępy na
drodze integracji Albanii z UE są raczej mierne. Gdy słyszę, jak
obie strony się zacietrzewiają, dyskutując o wymiarze sprawiedliwości, to myślę - bez owijania w bawełnę - że opozycja boi się,
iż rząd będzie używał sądów do walki z nią, a rządząca Partia Demokratyczna ma w tyle głowy, iż jak się władza - nie daj Boże! -
zmieni, to Partia Socjalistyczna będzie zamykać obecną ekipę.
Głos zabierają kolejni albańscy posłowie, m.in. były premier
Ilir Meta, Arian Madhi, Rexhep Uka, Taulant Balla czy Skender
Gjnushi. Ten przedostatni wyjmuje laptopa i bardzo dobrym angielskim odczytuje listę wyrzuconych z roboty wysokich oficerów
policji. Ripostuje Gjnushi i tak w koło Macieju... A wszystko to
pod godłem Albanii i dwiema flagami: albańską i unijną. O dziwo - po ośmiu godzinach spotkań wreszcie spotykamy albańską
wodę mineralną - o nazwie "Lajthiza".
Jako Polakowi jest mi przyjemnie, że mój kraj jest jednym z dziesięciu członków UE, który już ratyfikował "porozumienie o stabilizacji i stowarzyszeniu między UE a Albanią" (charakterystyczne,
że z tej dziesiątki aż szóstka to państwa "nowej" UE: obok Polski
jeszcze Węgry, Słowacja, Słowenia, Litwa i Łotwa, a tylko czwórka
"starej" - Hiszpania, Irlandia, Szwecja i Luksemburg).
***
Najbardziej zabawnym momentem dzisiejszego długiego dnia
(15 godzin z uroczystą kolacją!) była sytuacja, w której przewodnicząca naszej delegacji, Niemka Doris Pack, przedstawiając mnie
(kolejny zresztą raz) szefowej albańskiego parlamentu, nagle, mimo
że tego dnia już z dziesięć razy wymieniała moje nazwisko, pomyliła się i powiedziała: "Z Polski pan Kaczyński"... Gruchnął śmiech,
a ja stwierdziłem, że to był komplement. A potem pomyślałem, że
niejaki Freud ciekawe rzeczy pisał w swoim czasie o podświadomości. No i jaka jest ta podświadomość niemieckich polityków?
Wszyscy z Polski to Kaczyńscy?
9.10.2007
Albania - dzień trzeci, ostatni. I znowu wizyta w parlamencie.
Ichni sejm ma dwie nazwy: jedna to Zgromadzenie Ludowe - Kuvendi Popullor, druga, bardziej oficjalna, częściej spotykana w dokumentach to: Zgromadzenie Republiki Albańskiej, czyli Kuvendi
i Republikës së Shqipërisë. Uff... Tutejszy parlament odziedziczył
gmach po Komitecie Centralnym Albańskiej Partii Komunistycznej. Ma to ten plus, że budynek jest w bardzo dobrym stanie i ma
znacznie lepsze wyposażenie (także sanitarne - w miarę normalne
toalety!) niż choćby ten, w którym mieści się MSW. Enver Hodża,
przez 40 lat (!) I sekretarz KC i albański dyktator, miał tu swoje
przestronne, eleganckie biuro. Byliśmy w nim wczoraj (to w zasadzie dwa pomieszczenia na pierwszym piętrze) - piękna, gustowna sala recepcyjna służąca teraz przewodniczącemu, a właściwie
przewodniczącej parlamentu. Wolę Josefinę Topali od towarzysza
Envera Hodży - i ze względów merytorycznych, i estetycznych.
Te drugie też są w życiu ważne.
Reasumując: ubikacja Hodży zdecydowanie wygrywa z przaśną
toaletą jego "towarzyszy od bezpieczeństwa"...
***
Jeżdżąc po mieście, zwracam uwagę na często spotykane, czarodziejskie słowo: "kombetar". "Kombetar" jest stadion, "kombetar" jest biblioteka... Proste: "kombetar" to "narodowy". I właśnie
na tym stadionie słabiutka piłkarska reprezentacja Albanii, sportowy Dawid, w historycznym 2004 roku wygrała jedną bramką
z futbolowym Goliatem - ówczesnym mistrzem Europy Grecją.
Było to w czasie eliminacji mistrzostw świata, skądinąd przegranych i przez Ateny, i przez Tiranę. Ale ta sensacyjna wiktoria sprzed
3 lat żyje dziś własną legendą, niczym epicka epopeja o herosach,
którzy obronili wolność i honor narodu. No i ma swój polityczny
podtekst, ze względu na skomplikowane historycznie stosunki albańsko-greckie.
Pora wracać. Z sympatycznym eurodeputowanym z Cypru, Panayiotisem Demetriou (centroprawica), panią z protokołu dyplomatycznego i kierowcą przebijamy się na Lotnisko im. Matki Teresy (!) przez tirańskie korki, tym razem bez policyjnej obstawy. To
nie są godziny szczytu, ale na ulicach spory ruch - trochę wbrew
statystykom, które mówią, że na tysiąc Albańczyków przypada zaledwie ok. 60 aut. Policjanci dość sprawnie kierują rzekami samochodów; świateł na skrzyżowaniach nie widziałem, choć pewnie
gdzieś tam są.
Jedziemy na północ, w kierunku na Szkodrę, jedno z większych
miast Albanii (ponad 80 tys. mieszkańców). Po półgodzinie skręcamy w prawo na lotnisko, które, podobnie jak w Warszawie, jest
stosunkowo blisko centrum.
Pamiętam tę drogę. Już raz nią jechałem. To było 2,5 roku
temu - długa jazda po zniszczonej, wyboistej drodze. Autostradą
byłoby mniej niż godzinę, a my - z brytyjskim socjalistą, trzeci już
raz z kolei wybranym na posła do PE, Robertem Evansem - jechaliśmy i jechali. "Pilnowałem" wówczas wyborów w Szkodrze -
bastionie antykomunizmu, gdzie opozycyjna Partia Demokratyczna wygrała, jak chciała. Pamiętam miejscową halę sportową, gdzie
co weekend są mecze koszykówki, w której odbywało się nocne,
żmudne, kiepsko zorganizowane liczenie głosów. Właśnie tam,
a nie w lokalach wyborczych. Nikt nie miał tu zaufania do nikogo. Widziałem entuzjazm, zapał, wiarę "w nowe" - i zasypiałem
ze zmęczenia. Może wtedy spotkałem pierwszy raz Arencę? Arenca
mruży oczy i mówi, że chyba tak. Nie będę kłamał, że ją pamiętam.
Nie pamiętam tej brunetki, swobodnie przechodzącej z angielskiego na włoski, potem na niemiecki, o jej albańskim nie wspomnę.
Wszystkimi tymi językami mówi bez żadnego akcentu. Może i nic
w tym dziwnego, bo studiowała i w Anglii, i w Italii, i w RFN. Siedzimy obok siebie na kolacji i Arenca w trakcie kolejnych przystawek i drugich dań mówi o strachu. Strachu ludzi w Szkodrze, którzy jeszcze w latach 90. bali się - już przecież ładnych parę lat po
upadku (?) komunizmu w jej kraju - że komuna wróci i zaczną się
represje, jak kilkadziesiąt lat wcześniej. O dziadku, który... Zresztą
czy człowiek "z Zachodu", z bogatej Unii, może zrozumieć ludzi
z najbiedniejszego kąta Europy, zapomnianego przez Boga i UE?
Może, Arenca, może. Bo my z Europy Środkowo-Wschodniej, bardzo szeroko rozumianej, mamy podobne - choć nie takie same -
doświadczenia. Mówił o tym dziś w albańskim parlamencie Słoweniec - Jelko Kacin. Tak więc Albańczyków rozumiemy - może
nie w 100 procentach - ale znacznie lepiej niż nasi koledzy znad
Tamizy czy Sekwany. Zresztą Arenca to rozumie. Arenca Trashani,
w 2005 roku wybrana na posła do Kuvendi, właśnie wtedy, gdy
"pilnowałem" wyborów parlamentarnych (w Szkodrze było spokojnie, gorzej w Tiranie, gdzie zabito członka komisji wyborczej).
Arenca - zupełnie jak ja - była ministrem integracji europejskiej,
a teraz jest współprzewodniczącą albańskiej delegacji ds. kontaktów
z europarlamentem. Chciałbym jej życzyć, aby ludzie ze Szkodry
nie bali się już więcej.
***
W sali VIP-ów na lotnisku w Tiranie jest i światowo, i narodowo. Światowo, bo na ścianie wisi osiem zegarów, z których każdy
pokazuje czas w innym mieście. Czytam podpisy: Los Angeles, Waszyngton, Londyn, Tirana oczywiście, Ateny, Ankara, Hongkong,
Tokio. Tak właśnie Albańczycy leczą kompleksy. Ich stolica, obok
dwóch sławnych miast USA, stolic Wielkiej Brytanii i Japonii, ale
i trudnych sąsiadów: Turcji i Grecji. Narodowo, bo na ścianach
wiszą ryciny z albańskimi krajobrazami (autor ma greckie nazwisko: Anastas Konstandini), do których dołączono fragmenty wierszy albańskiego wieszcza Lasgusha Poradeciego. Narodowo, bo na
sąsiedniej ścianie widzę wielki olejny obraz (socrealizm? nacjonalrealizm?) z młodzieńcem owiniętym czerwoną flagą Albanii, z charakterystycznym czarnym dwugłowym orłem pośrodku.
W VIP-owskim saloniku proszę o herbatę, wywołując zdziwienie, bo przecież Albania, jak całe Bałkany, to region kawy (tureckiej!). W końcu przynoszą... Już pierwszy rzut oka wystarczy, aby
zorientować się, że wpadłem. Dostałem... rumianek, niczym chore
na brzuszek dziecko. A rumiankiem trudno wznieść albański tradycyjny toast "gezuar", czyli "na zdrowie".
***
Gdyby KE teraz, po naszej wizycie, przygotowywała doroczną
ocenę przygotowań Albanii do członkostwa, pewnie wypadłaby
ona bardziej pesymistycznie. Na szczęście dla naszych gospodarzy
KE zrobiła ją już wcześniej, obserwacje więc towarzyszącego nam
"numeru 2" w Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia KE, Polaka
Jana Truszczyńskiego - obserwacje raczej pesymistyczne - na to
stanowisko Komisji wpływu mieć nie będą. Choć na ogólną atmosferę na pewno tak. A tę można by zawrzeć w jednym zdaniu: postęp
jest, ale zbyt wolny. Trochę właśnie w tym duchu rozmawiam na
lotnisku z moim kolegą z Cypru. Problem Albanii bowiem wydaje
się realizacją starego polskiego powiedzenia: "złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma". Władza i opozycja wzajemnie się
szachują, tyle że z tego nie ma szacha-mata, jedynie nieustający pat. I tak w kółko. Tak było przed trzema laty, gdy rządzili postkomuniści (oficjalnie: socjaliści), tak jest teraz, gdy u władzy są demokraci. Choć jednak trzeba być sprawiedliwym: postęp, zwłaszcza
w gospodarce, wyglądzie miasta, jest niewątpliwy, w polityce też,
tyle że tu oczekiwania są może najbardziej rozdęte, powiększone
dodatkowo wyborczymi obietnicami.
***
Tym razem nie spotykam w Tiranie naszego ambasadora, Artura
Tomaszewskiego, którego poznałem przed dwoma laty. Wyjechał
do Warszawy, gdzie toczy ciężki bój o zdrowie. Niech wraca z wygraną![2]
***
Ta wizyta była też dla mnie ciekawą lekcją tego, jak eurodeputowani mogą lobbować. Jeden z naszych kolegów z "nowej" Unii
(kraj słowiański), obojętnie, czy zadawał pytanie prezydentowi, premierowi, szefowej parlamentu, ombudsmanowi, szefowi MSW czy
posłom, miał tylko jeden lejtmotyw: prawa własności, gwarancje
dla zagranicznych inwestorów... Cóż, facetowi chodziło o inwestycje turystyczne i dobrze po prostu "dbał" o interesy tego - silnego
w jego kraju - sektora gospodarki. Przesłanie z tych wszystkich
spotkań strona albańska mogła mieć tylko jedno: eurodeputowanym zależy na... no, wiadomo, na czym, skoro bez przerwy o tym
mówią.
***
Cóż, przyjdzie mi bronić Gronkiewicz-Waltz przed atakami PiS.
Byłem w Tiranie i widziałem (i poczułem): tamtejsze ulice i drogi
są jeszcze gorsze niż w Warszawie. A więc niech PiS nie przesadza:
nasza stolica jest jednak nieco lepsza od stolicy Albanii. Sukces jest?
Jest. I cicho, nie narzekać.
10.10.2007
Podsumowuję podróż do Albanii, segreguję notatki, dokumenty, doniesienia albańskiej prasy anglojęzycznej. Spisuję fakty i wrażenia, zwłaszcza takie, w których dostrzegam echa tego, co dzieje
się w Polsce.
W Albanii pod rządami prawicy - niczym w Polsce - postępuje dekomunizacja. Także w ważnej (!) sferze symboli. Z inicjatywy rządzącej Partii Demokratycznej i jej klubu poselskiego powstała rezolucja albańskiego parlamentu potępiająca dyktatorskie rządy
i negatywną rolę w historii tego kraju lidera komunistów Envera
Hodży (Hoxhy), władającego Albanią 43 lata! W tym ważnym
czasie lewicowa opozycja uczciła jego pamięć. Skąd my to znamy?
Czyż nie jest to przykład albańskiej polityki historycznej?
Rząd albański zdecydował pogodzić się z ekonomicznymi faktami i zaakceptować powszechną samowolę budowlaną. Chodzi o olbrzymią ilość ok. 100 tysięcy (!) nielegalnie zbudowanych domów
w całej Albanii, z czego ponad połowa powstała w Tiranie. W stolicy kraju dotyczy to 36 skupisk i 57 tys. hektarów. Władza nadrabia
kilkunastoletnie zaległości i próbuje jakoś opanować bałagan powstały za rządów i lewicy (dłuższych), i prawicy (krótszych).
Albania to kraj tolerancyjny religijnie, jednak do pewnych granic. Siedmiu na dziesięciu Albańczyków to muzułmanie, pozostali
to chrześcijanie (ale prawosławnych jest dwa razy więcej niż katolików), choć z kolei w albańskim Kosowie jedna z największych partii to chrześcijańska demokracja albańskojęzycznych Kosowarów.
Wszystkie te wspólnoty religijne żyją zgodnie, lecz ostatnio muzułmanie ostro zaprotestowali przeciwko pomysłowi, aby katolicka
błogosławiona, Matka Teresa z Kalkuty, została umieszczona -
jako symbol Albanii - na nowych dowodach osobistych, które
mają być wyemitowane w przyszłym roku. Wspólnota islamska
poszła dalej, powołując się na konstytucję, która gwarantuje laicki
charakter państwa, i zaprotestowała przeciwko temu, aby Matka
Teresa była patronką wszystkich publicznych instytucji - choć jej
imieniem nazwane jest lotnisko w Tiranie. Chociaż takich problemów nie mamy w Polsce...
[2]
Świętej pamięci Ambasador Artur Tomaszewski zmarł w Polsce, wkrótce po mojej
drugiej wizycie w Albanii (przyp. aut.).