W sieci strachu - Mike Omer

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Na ciem­nym placu zabaw wiał lodo­waty wiatr. Karu­zela obra­cała się wolno, pisz­cząc prze­raź­li­wie. Gra­cie Dur­ham gapiła się na nią, drżąc z zimna; marzyła, by wró­cić do domu, do cie­płego łóżka. A tym­cza­sem sie­działa na podwój­nej huś­tawce, naprze­ciwko Abby. Huś­tawka była nad­żarta rdzą, żółta farba się łusz­czyła, odsła­nia­jąc poczer­niały metal. Gra­cie ode­tchnęła gło­śno, w zim­nym wie­czor­nym powie­trzu z jej ust buch­nęła para.

- Wąt­pię, żeby się zja­wił - mruk­nęła.

- Przyj­dzie - odparła Abby, zagry­za­jąc wargę.

- Przy­słał ci ese­mesa?

Abby spraw­dziła tele­fon.

- Nie. Ale przyj­dzie. Prze­cież jest dopiero pięć po ósmej.

Był Dzień Świę­tego Patryka. Na uli­cach prze­wa­lały się hordy pija­nych doro­słych, któ­rzy recho­tali albo ryczeli wnie­bo­głosy. Gra­cie zoba­czyła faceta rzy­ga­ją­cego za rogiem budynku. Kilka minut póź­niej minęła ją zata­cza­jąca się przy­tu­lona para - gość trzy­mał rękę w majt­kach dziew­czyny. Gra­cie miała nadzieję, że ni­gdy nie doro­śnie i ni­gdy nie będzie tak obrzy­dliwa. Ulżyło jej, gdy zosta­wiły festyn za sobą i skrę­ciły na plac zabaw przy Babel Lane, gdzie Abby umó­wiła się z Noelem.

Gra­cie wola­łaby się spo­tkać po połu­dniu, a nie wie­czo­rem. Ani jej, ani Abby nie wolno było wycho­dzić tak późno, jeśli naza­jutrz miały iść do szkoły, więc gdyby rodzice odkryli, że nie ma jej w domu, pew­nie by ją zabili. Tyle że obie­cała to Abby i... no cóż, na nią zawsze mogła liczyć. Abby posta­wiła się Tarze i jej kum­pe­lom, kiedy naśmie­wały się z tego, jak Gra­cie się ubiera. A w zeszłym roku, w pią­tej kla­sie, kiedy panna Moreno przy­ła­pała je na ścią­ga­niu, Abby nie wsy­pała Gra­cie, tylko wzięła winę na sie­bie. I zawsze dobrze wyra­żała się o jej muzyce.

Abby była nie­sa­mo­witą przy­ja­ciółką. W ramach rewanżu Gra­cie mogła więc przy­naj­mniej pójść z nią na spo­tka­nie z Noelem.

Rozej­rzała się i objęła ramio­nami; huś­tawka koły­sała się pod nimi. Na tym placu zabaw spę­dziły nie­jedno popo­łu­dnie. Abby twier­dziła, że po raz pierw­szy spo­tkały się wła­śnie tu na karu­zeli, ale Gra­cie była pra­wie pewna, że poznały się w szkole pod­czas prze­rwy obia­do­wej. Tak czy owak, kiedy były mniej­sze, bawiły się tu godzi­nami - bujały się na huś­tawkach, zjeż­dżały na zjeż­dżalni, ale nie wcho­dziły z powro­tem po schod­kach, jak należy, tylko wdra­py­wały się po pochylni. A gdy pod­ro­sły, na­dal tu prze­sia­dy­wały; roz­ma­wiały o szkole, muzyce, chłop­cach, książ­kach... o wszyst­kim, byleby tylko mówić. Gadały jak najęte. Cza­sami raczyły się cukier­kami Skit­tles, cze­ko­lad­kami Reese's, a także jabł­kami (odkąd mama zabro­niła Abby jada­nia codzien­nie sło­dy­czy).

Ale po ciemku było tu cał­kiem ina­czej. W świe­tle dwóch latarni sprzęty na placu zabaw rzu­cały nie­sa­mo­wite dłu­gie cie­nie. I tylko skrzy­pie­nie huś­tawki prze­ry­wało panu­jącą ciszę. Za dnia brzmiało nawet zabaw­nie, więc dzie­ciaki popy­chały huś­tawkę coraz to szyb­ciej i szyb­ciej, żeby zgrzy­tała jesz­cze piskli­wiej. Jed­nak teraz ten dźwięk był nie­przy­jemny, przy­pra­wiał Gra­cie o gęsią skórkę. W peł­nej cieni ciem­no­ści leżące tu i tam na ziemi placki śniegu wyda­wały się bia­ło­nie­bie­skie.

Meta­lowa rama huś­tawki była nie­sa­mo­wi­cie zimna; mimo że Gra­cie miała na sobie cie­płe spodnie, zmar­zła jej pupa. Wier­ciła się, w miarę moż­no­ści pró­bu­jąc sie­dzieć na połach płasz­cza.

- Przy­szło coś? - zapy­tała w końcu.

Abby znowu spoj­rzała na ekran, który na chwilę oświe­tlił jej twarz.

- Nic - odparła przy­gnę­biona.

- Słu­chaj, musimy się zbie­rać. On pew­nie nie mógł przyjść.

Abby też dygo­tała z zimna.

- Tak - przy­znała; roz­cza­ro­wa­nie w jej gło­sie było nie­mal nama­calne. - Chodźmy.

Gra­cie odnio­sła wra­że­nie, że Abby zaraz się roz­pła­cze. Od trzech dni nic tylko gadała o tym wie­czo­rze, cała prze­jęta, że w końcu spo­tka Noela. Póź­niej Gra­cie pocie­szy przy­ja­ciółkę, na razie jed­nak musiały wra­cać do domu, zanim cał­kiem zamar­zną. Zesko­czyła z huś­tawki i podała rękę Abby, jed­no­cze­śnie sta­jąc twa­rzą do parku, który przy­le­gał do placu zabaw. Ciemne drzewa zasła­niały świa­tła leżą­cego za nimi mia­sta.

Gra­cie wystra­szyła się, gdy na ścieżce bie­gną­cej od parku poja­wiła się postać wyso­kiego męż­czy­zny zmie­rza­ją­cego w ich stronę. Poru­szał się dziw­nie, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki. Gra­cie spięła się, przez głowę prze­mknęła jej nie­znana dotych­czas myśl: on nie chce, żeby­śmy go usły­szały. Sekundę póź­niej uświa­do­miła sobie, że nie widzi jego twa­rzy... nie z powodu ciem­no­ści, tylko dla­tego, że ma na niej komi­niarkę.

Tym­cza­sem on już przy­śpie­szył.

- Abby... W nogi! - wrza­snęła Gra­cie.

Zdez­o­rien­to­wana Abby się zawa­hała. Gra­cie, na­dal trzy­ma­jąc przy­ja­ciółkę za rękę, pocią­gnęła ją i puściła się bie­giem w kie­runku ulicy. Gdy rzu­ciła okiem za sie­bie, męż­czy­zna był znacz­nie bli­żej niż wcze­śniej, prze­bie­rał nogami tak szybko, że jego stopy roz­ma­zy­wały jej się przed oczami. Umysł reje­stro­wał roz­ma­ite drobne szcze­góły. Mały przed­miot w jego ręce, błysk bieli. Kiedy je gonił, jego zmru­żone oczy migo­tały w ciem­no­ści. Na ścieżce kła­dły się dłu­gie cie­nie trzy­ma­jących się za ręce dziew­czy­nek. Nad nimi zaś góro­wał znacz­nie więk­szy cień, zbli­ża­jący się z każdą chwilą.

Abby przy­śpie­szyła. Z nich dwóch to ona miała zacię­cie spor­towe, była sil­niej­sza i szyb­sza od Gra­cie. Teraz to ona cią­gnęła przy­ja­ciółkę za sobą, nie na odwrót.

Zbli­żały się do wyj­ścia na ulicę. Stam­tąd już tylko krótki bieg i znajdą się na sta­cji ben­zy­no­wej, gdzie będą bez­pieczne.

Przed nimi ulicą nad­je­chała z wyciem sil­nika ciemna fur­go­netka. Przed­nie koła wal­nęły o kra­węż­nik, zapisz­czały hamulce i pojazd zatrzy­mał się, blo­ku­jąc wyj­ście. Drzwi fur­go­netki się otwo­rzyły i wysko­czyła z niej następna postać. Jej twarz rów­nież zakry­wała komi­niarka.

Gra­cie krzyk­nęła ze stra­chu, gdy czło­wiek przed nimi puścił się bie­giem. Za ple­cami sły­szała tupot kro­ków gonią­cego ich męż­czy­zny, ten odgłos mie­szał się z biciem jej serca. Abby pra­wie się nie wahała - skrę­ciła ostro w prawo, zbie­gła ze ścieżki i popę­dziła po zamar­z­nię­tym na lód grun­cie w parku. Gra­cie chciała coś powie­dzieć, ale nie mogła wydo­być głosu - płuca paliły ją żywym ogniem, a strach ści­skał gar­dło. Nie miały wyj­ścia, mogły jedy­nie ucie­kać dalej.

Pod­łoże stało się błot­ni­ste, śli­skie, nie­równe. Gra­cie skrę­ciła nogę w kostce, potknęła się, puściła dłoń Abby i od tej chwili ucie­kały osobno. Gdy Gra­cie pozo­stała w tyle, odzy­skała wresz­cie głos.

- Ratunku! - krzyk­nęła. - Niech nam ktoś pomoże!

W jej myślach zro­dził się sza­lony pomysł. Może zdo­ła­łaby wdra­pać się na drzewo, zanim ją zła­pią. We wcho­dze­niu na drzewa była bar­dzo dobra.

Nie­da­leko ujrzała wiel­kie drzewo, obró­ciła się więc w prawo i pobie­gła do niego. Zauwa­żyła, że obaj prze­śla­dowcy wciąż gonią Abby, ale jeden z nich zer­kał w kie­runku Gra­cie, oczami dra­pieżcy śle­dząc jej postępy. Gorącz­kowo roz­glą­dała się za jakąś niską gałę­zią, któ­rej mogłaby się­gnąć, ale w panu­ją­cych ciem­no­ściach niczego nie widziała, jak więc mia­łaby się wdra­pać na drzewo?

Cał­kiem stra­ciła nadzieję.

Grunt był śli­ski, mie­sza­nina błota i lodo­wej brei. Pośli­znęła się, stra­ciła rów­no­wagę, upa­dła na zie­mię, pró­bu­jąc chro­nić głowę, ale była zbyt wolna, nie wysu­nęła rąk na czas i wyrżnęła głową w pień drzewa. Pora­ził ją ośle­pia­jący ból.

Tego wie­czoru śled­cza Han­nah Shor wcze­śniej urwała się z pracy i wła­śnie była na randce z bez­ro­bot­nym dwu­dzie­sto­pię­cio­lat­kiem w cylin­drze irlandz­kiego skrzata. Nie wie­działa, co bar­dziej ją nie­po­koi: to, że Bob Mills uznał, że faj­nie będzie się poja­wić w takim kape­lu­szu, czy fakt, że na sam jego widok od razu nie zre­zy­gno­wała z randki. Oszu­kał ją, to jasne jak słońce. Na foto­gra­fii nie miał cylin­dra skrzata i nie wspo­mi­nał o nim w notce o sobie ani w swoim mot­cie. Napi­sał tylko, że jest przy­ja­zny, zabawny oraz że lubi psy.

Trzeba przy­znać, że pod tym kape­lu­szem było nie­złe cia­cho. Młod­szy od niej o sześć lat, miał nie­dbale potar­gane blond włosy i sze­ro­kie bary. Kiedy szedł do toa­lety, stwier­dziła, że ma też świetny tyłek. W sumie była skłonna mu wyba­czyć i puścić całą tę histo­rię z cylin­drem w nie­pa­mięć. W końcu zdjął go natych­miast, gdy tylko usie­dli przy sto­liku.

Bły­snął do niej w uśmie­chu ide­al­nymi zębami, a ona odpo­wie­działa uśmie­chem, odrzu­ca­jąc kosmyk postrzę­pio­nych kasz­ta­no­wych wło­sów. Miała nadzieję, że wygląda non­sza­lancko i na luzie, a nie jak dziew­czyna, która nie miała czasu wsko­czyć pod prysz­nic, zro­bić maki­jażu ani nawet przej­rzeć się w lustrze - a tak wła­śnie było w jej przy­padku.

A potem się ode­zwał.

Bob Mills cier­piał na coś, co Han­nah nazy­wała syn­dro­mem Sowy. Ludzie dotknięci tą przy­pa­dło­ścią, któ­rej nazwa wzięła się od postaci Sowy Prze­mą­drza­łej z Kubu­sia Puchatka uwa­żali, że zje­dli wszyst­kie rozumy i muszą się dzie­lić swoją wie­dzą z całym świa­tem. Okropna cho­roba, cho­ciaż rzadko kiedy śmier­telna, jedy­nie w skraj­nych przy­pad­kach.

Bob z każdą chwilą tra­cił na atrak­cyj­no­ści.

Podzie­lił się z nią swoją roz­le­głą wie­dzą na temat Dnia Świę­tego Patryka. Zapy­tał, dla­czego nie prze­brała się na to święto. Wymi­gała się od oczy­wi­stej odpo­wie­dzi - że jej zda­niem Dzień Świę­tego Patryka jest głupi - i odparła, że jest Żydówką. Oka­zało się, że Bob zna się na juda­izmie. I dużo wie o Izra­elu. Wygła­szał długi mono­log o sytu­acji na Bli­skim Wscho­dzie, ale Han­nah się wyłą­czyła, wra­ca­jąc do wspo­mnień i porów­nu­jąc tę randkę z innymi kosz­mar­nymi rand­kami. Przy­znała jej sie­dem i pół punktu na skali Davida Fer­gu­sona - mier­niku opar­tym na jej naj­gor­szej randce w dzie­jach, obej­mu­ją­cej fatalny seks, kom­plet­nie znisz­czoną koszulę i mnó­stwo pła­czu... z jego strony.

W roz­pa­czy rozej­rzała się po lokalu. Klienci baru naj­wy­raź­niej dobrze się bawili, ich nie obcho­dziła jej nie­udana randka. Grupka ład­nych dwu­dzie­sto­la­tek wiwa­to­wała, bo jedna z nich wychy­liła dusz­kiem kufel piwa, wyle­wa­jąc połowę na bluzkę. Przy innym sto­liku jakaś para miała czel­ność trzy­mać się za ręce, jakby spe­cjal­nie chciała zro­bić jej na złość. Wokół krą­żyły uśmiech­nięte kel­nerki w zie­lo­nych peru­kach z oka­zji irlandz­kiego święta i poda­wały piwo roz­ba­wio­nym klien­tom. W Dzień Świę­tego Patryka praw­do­po­dob­nie dosta­wały fan­ta­styczne napiwki. A tym­cza­sem ona sie­działa tu z face­tem, który wła­śnie zamie­rzał jej wytłu­ma­czyć "praw­dziwy pro­blem z impor­to­wa­nymi warzy­wami". Poważ­nie zasta­na­wiała się, czy nie wstać i nie wyjść.

Sęk w tym, że była samotna, znu­dzona i pra­gnęła poznać kogoś, kto prze­gnałby twarz, którą ostat­nio cią­gle widy­wała w snach. Mit­chell Lon­nie, jeden ze śled­czych w jej wydziale, nawie­dzał jej myśli znie­nacka, a wtedy jej twarz oble­wała się rumień­cem. Tak być nie mogło. Musiała zacząć cho­dzić na randki.

Gdy w końcu Bob Mills się zamknął, wyglą­dał na kogoś, z kim mogłaby się zaba­wić. Może powinna zapro­po­no­wać, żeby poszli do niej, zanim straci resztki atrak­cyj­no­ści sek­su­al­nej, które w nim jesz­cze widziała.

Jed­nak nagle zaczął roz­pra­wiać o poli­cji Glen­more Park i od tej pory randka nie­uchron­nie była już ska­zana na porażkę. Na skali Davida Fer­gu­sona osią­gnęła osiem i pół punktu.

Poli­cja Glen­more Park jest bez­u­ży­teczna, tłu­ma­czył Bob, a Han­nah z zacie­ka­wie­niem kiwała głową. W Glen­more Park jest jeden z naj­wyż­szych wskaź­ni­ków prze­stęp­czo­ści w Mas­sa­chu­setts, a Bob wie z pierw­szej ręki, że bie­rze się to ze sko­rum­po­wa­nia i nie­udol­no­ści poli­cji.

- To straszne - powie­działa Han­nah.

- A jaki mają budżet?! Wiesz, że gli­nia­rze z Glen­more Park są naj­le­piej opła­ca­nymi poli­cjan­tami w całym sta­nie?

- Obu­rza­jące! - oświad­czyła Han­nah. - A nale­ża­łoby ocze­ki­wać, że przy­naj­mniej zapew­nią nam bez­pie­czeń­stwo.

- No nie? W zeszłym mie­siącu wle­pili mi man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści. Przy­się­gam, że jecha­łem poni­żej dopusz­czal­nego limitu. Mógł­bym z tym pójść do sądu, ale wiesz, jak to jest. Nie warto kopać się z koniem.

- Jasna sprawa. Ze sko­rum­po­waną poli­cją w sądzie nie wygrasz. - Han­nah ze smut­kiem pokrę­ciła głową, kwi­tu­jąc poża­ło­wa­nia godny stan wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. - Rozu­miesz... każdy sędzia praw­do­po­dob­nie sie­dzi u nich w kie­szeni.

- Praw­do­po­dob­nie? Moim zda­niem na pewno.

Han­nah zasta­na­wiała się, dla­czego nie przy­go­to­wała sobie planu awa­ryj­nego. Każda kobieta ma przy­ja­ciółkę, która dzwoni do niej godzinę po roz­po­czę­ciu randki, by w razie czego można było się wykrę­cić wezwa­niem w jakiejś nagłej spra­wie. Każda tylko nie Han­nah Shor. Nie... Han­nah Shor na każdą randkę szła tak, jakby to było spo­tka­nie z kimś, za kogo lada chwila ma wyjść za mąż.

No cóż, ona i Bob nie staną na ślub­nym kobiercu, nawet nie pójdą do łóżka, pal licho sze­ro­kie bary i fajny tyłek. Będzie musiała wymó­wić się bólem głowy. Choć pew­nie zrobi jej wtedy wykład o bólach głowy. Na pewno wie, jak wyle­czyć migrenę.

- Posłu­chaj... - bąk­nęła, masu­jąc skro­nie, jak gdyby roz­sza­lał się tam hura­gan migren. - Nie...

Zadzwo­nił jej tele­fon. Cud w Dzień Świę­tego Patryka. Wyjęła komórkę z torebki. Nie roz­po­znała numeru, ale nie szko­dzi. W tym momen­cie była gotowa roz­ma­wiać z kim­kol­wiek, byleby urwać się z tej randki.

- Halo? - ode­zwała się.

- Han­nah? - Głos był zna­jomy, ale nie potra­fiła go z nikim sko­ja­rzyć.

- Tak - odparła. - Kto mówi?

- Tu Naamit.

Jasne, teraz ją poznała. Naamit to przy­ja­ciółka jej matki. Cho­ciaż nie była pewna, w jakich oko­licz­no­ściach matka się z nią zaprzy­jaź­niła. Czyżby w syna­go­dze? A może na zaję­ciach pila­tesu? Szcze­góły nie były jasne, w każ­dym razie jej matka i Naamit przy­jaź­niły się już od kilku lat.

- Witaj, Naamit, co u cie­bie? - rzu­ciła.

- Nie­do­brze - odparła kobieta, a poli­cjantka zdała sobie sprawę, że jej roz­mów­czyni pła­cze. - Han­nah, mogła­byś do nas przy­je­chać? Bar­dzo by nam się przy­dała twoja pomoc.

- Jasne. - Han­nah zmarsz­czyła czoło. - Czy coś się stało?

- Cho­dzi o Abi­gail - wyja­śniła Naamit. - Znik­nęła.

- Podaj mi adres - popro­siła Han­nah.

- Lavetta Way dwa­dzie­ścia trzy.

- Już jadę - powie­działa Han­nah i się roz­łą­czyła. - Muszę się zbie­rać.

- O co cho­dzi? - zain­te­re­so­wał się Bob.

- Przy­ja­ciółka potrze­buje mojej pomocy. To sprawa dla poli­cji.

Przez kilka sekund sły­chać było obra­ca­jące się try­biki. W końcu Bob zasko­czył.

- Jesteś poli­cjantką? - zapy­tał.

- Tak, śled­czą. - Han­nah rzu­ciła na stół dwa bank­noty.

- Aha - bąk­nął Bob.

Han­nah wstała.

- Było cudow­nie - powie­działa tonem świad­czą­cym o tym, że randka była rów­nie wspa­niała jak podatki.

- Powin­ni­śmy to kie­dyś powtó­rzyć - rzekł Bob.

- Koniecz­nie - odparła.

Za żadne skarby. Nawet gdyby ostat­nimi ludźmi na tej ziemi zostali on i David Fer­gu­son.

Gdy Naamit otwo­rzyła drzwi, jej widok zasko­czył Han­nah. Ubrana była w pąsową spód­niczkę i czarne leg­ginsy. Jej upstrzona ceki­nami bluzka poły­ski­wała w żół­ta­wym świe­tle lampy nad wej­ściem. Usta miała poma­lo­wane ciem­no­czer­woną szminką, a na twa­rzy zostały ślady jasnego maki­jażu, ale nos i oczy miała zapuch­nięte i czer­wone. Naj­wy­raź­niej od dłuż­szego czasu pła­kała.

- Han­nah - powie­działa, pocią­ga­jąc nosem. - Dzię­kuję, że przy­je­cha­łaś.

- To oczy­wi­ste - odparła poli­cjantka. - Co się stało?

- Przed godziną wró­ci­li­śmy do domu i nie zasta­li­śmy Abi­gail! Naj­pierw pomy­śle­li­śmy, że poszła do przy­ja­ciółki. Ale tele­fon ma wyłą­czony, a więk­szość jej przy­ja­ció­łek nie wie, gdzie ona może być.

- Więk­szość? - pod­chwy­ciła Han­nah, gdy Naamit pro­wa­dziła ją w głąb miesz­ka­nia, do salonu. Pomiesz­cze­nie było nie­wiel­kie, a meble pospo­lite i znisz­czone. Na nie­gdyś bia­łym dywa­nie stały dwie sofy, a mię­dzy nimi okrą­gły drew­niany sto­lik.

- Tak... Jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Gra­cie, nie odbiera tele­fonu, tak samo jak jej rodzice. Ron poje­chał do nich, ale w domu jest ciemno i nikt nie otwiera.

- Rozu­miem. Może zabrali Abi­gail i jej przy­ja­ciółkę do kina czy gdzieś indziej?

- Nie uprze­dza­jąc nas o tym? - odrze­kła Naamit. - Nie wie­rzę.

Han­nah czuła przez skórę, że wła­śnie tak było. Ale nie zamie­rzała się z tym zdra­dzać. Na razie zagi­nęło dziecko.

- Ile lat ma Abi­gail? - spy­tała.

- Dwa­na­ście - odparła Naamit drżą­cym gło­sem.

- Dobrze, a gdzie wy byli­ście, kiedy wyszła z domu?

- Na przy­ję­ciu - oznaj­miła Naamit. - Nie powin­nam była zosta­wiać jej samej! Chcia­łam zadzwo­nić po matkę, żeby tu przy­je­chała, ale Abi­gail stale się upiera, że nie jest małą dziew­czynką i nie potrze­buje niańki.

- Uhm. Na przy­ję­ciu. Z oka­zji Dnia Świę­tego Patryka? - Han­nah unio­sła brwi.

- Nie­zu­peł­nie - rze­kła Naamit. - To była impreza fir­mowa. A ponie­waż wie­dzą, że jeste­śmy Żydami, połą­czyli Dzień Świę­tego Patryka ze świę­tem Purim.

- Jasne. - Rze­czy­wi­ście, oba święta wypa­dały w tym samym cza­sie. To by tłu­ma­czyło strój Naamit. - O któ­rej zaczęła się ta impreza?

- O szó­stej, ale tro­chę się spóź­ni­li­śmy. Wyszli­śmy z domu około siód­mej.

- Rozu­miem. A uprze­dzi­li­ście Abi­gail, o któ­rej wra­ca­cie?

- Powie­dzie­li­śmy jej, że nie będzie nas do pół­nocy, przy­ję­cie skoń­czyło się jed­nak tro­chę wcze­śniej. To jest nie­wielka firma. Byli tam wszy­scy moi kole­dzy z pracy, ale mimo że przy­szli ze swo­imi dru­gimi poło­wami, w sumie było nie­wiele ponad dzie­sięć osób. Posta­no­wi­li­śmy więc skró­cić zabawę.

Han­nah wes­tchnęła. A zatem córka wie­działa, że rodzi­ców nie będzie do póź­nej nocy, i uparła się, żeby zosta­wić ją samą, tym­cza­sem oni wró­cili wcze­śniej, niż zapo­wie­dzieli. Jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka rów­nież znik­nęła wraz z resztą rodziny. Han­nah była gotowa iść o zakład, że Abi­gail wróci lada chwila i okaże się, że poszła na kon­cert, na który mama jej nie puściła, albo coś w tym rodzaju.

- Gdzie jest Ron? - zapy­tała.

- Jeź­dzi po oko­licy i jej szuka - odparła Naamit.

- Posłu­chaj - powie­działa Han­nah. - Mówi­łaś, że córka ma wyłą­czony tele­fon?

- Zga­dza się.

Jeśli cokol­wiek zanie­po­ko­iło Han­nah w tej histo­rii, to wła­śnie to.

- A czy wcze­śniej wyłą­czała komórkę?

- Nie. Bez prze­rwy a to wysyła ese­mesy, a to roz­ma­wia czy coś w niej ogląda. Ten jej tele­fon ni­gdy nie prze­staje wibro­wać.

- I powie­dzia­łaś, że Gra­cie i jej rodzice mają włą­czone tele­fony, tylko nie odbie­rają? Dobrze mówię?

- Tak. Ale nie sądzę, żeby była z nimi. W nocy nie wypu­ści­łaby się na mia­sto, nie uprze­dza­jąc mnie o tym.

Wypu­ści­łaby się, a jakże, ale Han­nah nie zamie­rzała się sprze­czać.

- W porządku. Czy możesz mi dać aktu­alne zdję­cie Abi­gail?

- Oczy­wi­ście. - Naamit szybko wyszła z pokoju. Han­nah przy­sia­dła na brzegu jed­nej z sof i wró­ciła pamię­cią do cza­sów, gdy sama była nasto­latką. Bo cho­ciaż nie bun­to­wała się, to jed­nak i ona miała na kon­cie roz­ma­ite występki. Pod­kra­dała mamie papie­rosy i paliła je ze swoją przy­ja­ciółką Tiną. Gdy miała pięt­na­ście lat, po raz pierw­szy się upiła i wró­ciła do domu tak wsta­wiona, że od razu po wej­ściu padła na krze­sło koło drzwi. W środku nocy wymy­kała się na spo­tka­nia z Garym Jone­sem, pierw­szym chło­pa­kiem, z któ­rym się cało­wała. Uśmiech­nęła się na wspo­mnie­nie tego poca­łunku, nie­zdar­nego i nie­po­rad­nego - on miał usta roz­chy­lone, ona zaci­śnięte, a żadne z nich nie wie­działo, co tak naprawdę robią.

Gdzie teraz jest Abi­gail?

Wró­ciła Naamit i podała Han­nah opra­wioną w ramkę foto­gra­fię.

- Z jej ostat­nich uro­dzin - wyja­śniła.

Han­nah przyj­rzała się nie­śmia­łej, uśmiech­nię­tej dziew­czynce. Abi­gail była w tym trud­nym wieku doj­rze­wa­nia, kiedy to roz­ma­ite czę­ści ciała rosną bez kon­sul­ta­cji z pozo­sta­łymi. Miała wiel­kie stopy i dłu­gie ręce, ale jej buzia, ze śla­dami pulch­no­ści na policz­kach, wciąż zacho­wy­wała dzie­cięcy wygląd. Kasz­ta­nowe włosy się­gały aż do pasa. Obok niej stali Naamit i Ron i dum­nie uśmie­chali się do obiek­tywu.

Han­nah połą­czyła się ze swo­jej komórki z dys­po­zy­tor­nią. Ode­brano nie­mal natych­miast.

- Poli­cja miej­ska Glen­more, mówi Can­dace.

- Can­dace? Cześć, tu Han­nah.

- Cześć! - odparła wesoło Can­dace, ulu­biona dys­po­zy­torka wszyst­kich poli­cjan­tów. Była bystra, szybka i uro­cza.

- Posłu­chaj, mam tu zagi­nię­cie dziecka. Dwu­na­sto­let­nia Abi­gail Lisman mię­dzy siódmą a dzie­wiątą wie­czo­rem wyszła z domu i dotąd nie wró­ciła.

- Jasne. Ryso­pis i adres?

- Lavetta Way dwa­dzie­ścia trzy. Biała, nieco ponad metr pięć­dzie­siąt wzro­stu, kasz­ta­nowe włosy. Może być razem z inną dziew­czynką mniej wię­cej w tym samym wieku, Gra­cie... - Zer­k­nęła na zroz­pa­czoną matkę.

- Dur­ham - powie­działa Naamit.

- Dur­ham.

- Nie ma sprawy, Han­nah, zawia­do­mię patrole.

- Dzięki. - Han­nah się roz­łą­czyła. Przy pew­nej dozie szczę­ścia patrol znaj­dzie Abi­gail i odstawi ją do rodzi­ców, po dro­dze napę­dza­jąc jej nie­złego stra­cha. Mała nie­prędko znów się urwie z domu.

Dzie­ciaki wciąż robią takie rze­czy. Han­nah była prze­jęta, ale nie­zbyt się mar­twiła.

- Pojeż­dżę po oko­licy - obie­cała Naamit. - Zoba­czę, może uda mi się ją zna­leźć.

- Bar­dzo ci dzię­kuję... - Naamit urwała, bo zadzwo­nił tele­fon. Pode­szła do torebki, pogrze­bała w niej i wyjęła komórkę. - Halo? Tak? - Przez chwilę słu­chała roz­mówcy, coraz bar­dziej wytrzesz­cza­jąc oczy. - Nie. Jej też tu nie ma. Zawia­do­mi­li­śmy poli­cję, wła­śnie jest u mnie poli­cjantka. Nie mogli­śmy się do was dodzwo­nić, Ron pod­je­chał, ale... - Zamil­kła, kiwa­jąc głową, i pod­chwy­ciła spoj­rze­nie Han­nah. - Nie, oczy­wi­ście. Prze­każę jej. Tak, bar­dzo pro­szę.

Naamit odło­żyła tele­fon.

- Dzwo­niła Karen... matka Gra­cie - wyja­śniła roz­trzę­sio­nym gło­sem. - Byli na mie­ście z oka­zji Dnia Świę­tego Patryka. Gra­cie także znik­nęła i także nie odbiera tele­fonu. Jej rodzice już tutaj jadą.

Han­nah kiw­nęła głową.

- Wezwę swo­jego part­nera - rzu­ciła.

Bo teraz się zanie­po­ko­iła.

Rozdział 2

Ber­nard Gla­dwin bar­dzo kochał swoje dzieci. Świata poza nimi nie widział. Co jed­nak wcale nie uła­twiało mu życia. W dodatku miał ich cał­kiem sporo.

Kiedy jesz­cze była dwójka, radził sobie zupeł­nie nie­źle. Z dwoj­giem dzieci mógł robić roz­ma­ite rze­czy. Na przy­kład opo­wia­dać jed­nemu bajkę, pod­czas gdy jego żona Car­men bawiła się z dru­gim. Jeden rodzic na jedno dziecko, taki układ był spra­wie­dliwy.

W sumie było to na tyle wyko­nalne, że wraz z Car­men uznali, iż trze­cie dziecko to wcale nie­głupi pomysł.

Sęk w tym, że dopóki nie doro­bili się trze­ciego dziecka, nie wie­dział, bo i skąd, że trze­cie to o jedno za dużo... a wtedy już nie mógł go prze­cież zwró­cić do sklepu. Teraz, mając trójkę, opo­wia­dał bajkę jed­nemu, Car­men bawiła się z dru­gim, a tym­cza­sem trze­cie demo­lo­wało dom, wty­kało widelce do gniaz­dek elek­trycz­nych, pró­bo­wało się pod­pa­lić i wrzu­cało zabawki bra­ciszka do sedesu. Spro­sta­nie tej sytu­acji wyma­gało ekwi­li­bry­stycz­nych umie­jęt­no­ści, któ­rych jak dotąd nie opa­no­wał. I oba­wiał się, że ni­gdy nie opa­nuje.

Kolejną trudną sytu­acją, z którą on i Car­men musieli się mie­rzyć, był seks. Warto by go zasma­ko­wać od czasu do czasu. Ale jego dzieci miały na ten temat inne zda­nie, zwłasz­cza Rory, nie­mow­lak. Rory podobno ząb­ko­wał, cho­ciaż nie było żad­nych dowo­dów na potwier­dze­nie tej tezy. Nie potra­fił powie­dzieć: "Ja ząb­kuję, pomóż­cie" ani niczego w tym stylu. Po pro­stu co godzina, naj­póź­niej dwie, budził się z histe­rycz­nym pła­czem i ani myślał się uspo­koić. Car­men twier­dziła, że praw­do­po­dob­nie ząb­kuje. Jed­nakże Ber­nard cza­sami się zasta­na­wiał, czy jego dziecko nie jest aby złem wcie­lo­nym. W oczach Rory'ego dostrze­gał chwi­lami zło­śliwy błysk, jaki widy­wał wyłącz­nie w oczach psy­cho­pa­tów.

Trudno zabie­rać się do seksu ze świa­do­mo­ścią, że w każ­dej chwili może go prze­rwać wrzesz­czące dziecko. Może był to odruch ewo­lu­cyjny - nie­do­pusz­cza­nie do zwięk­sze­nia kon­ku­ren­cji. "Zero seksu" ozna­czało, że nie będzie wię­cej maleń­kich sio­strzy­czek ani bra­cisz­ków. Ber­nard się zasta­na­wiał, czy nie zapew­nić Rory'ego, że nie ma się o co mar­twić. Nie grożą mu już kolejne sio­strzyczki ani kolejni bra­cisz­ko­wie. Przy­naj­mniej dopóki Ber­nard będzie miał coś do powie­dze­nia w tej kwe­stii.

Ten wie­czór jed­nak zapo­wia­dał się cał­kiem obie­cu­jąco. Rory spał od bitych trzech godzin i nic nie wska­zy­wało na to, by Gina i Tom mieli się źle zacho­wy­wać. W Ber­narda wstą­piła nadzieja.

Sie­dział z Car­men na kana­pie. Oglą­dali tele­wi­zję, cho­ciaż nie bar­dzo nawet wie­dział, co leci. Żona leżała bez­tro­sko obok, prze­rzu­ciw­szy nad nim dłu­gie nogi. Miała na sobie obci­słe czarne leg­ginsy, a ponie­waż krą­gło­ści jej ud oraz pupy prze­sła­niały mu widok, wszystko, co się działo na ekra­nie, nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. Zer­k­nął na jej twarz - z zafa­scy­no­wa­niem patrzyła w tele­wi­zor; piwne oczy miała sze­roko otwarte, a usta lekko roz­chy­lone. Była w jed­nym z jego T-shir­tów; sze­ro­kie wycię­cie odsła­niało jej zło­to­brą­zową skórę i kuszącą wypu­kłość piersi. Tak, zde­cy­do­wa­nie to była wła­ściwa pora. Tyle że naj­pierw musiał ją wpra­wić we wła­ściwy nastrój.

- Hej - szep­nął. - Chcesz pofi­glo­wać?

Zer­k­nęła na niego.

- Dobry pomysł - odparła z sze­ro­kim uśmie­chem.

Był kró­lem uwo­dzi­cieli, nie da się ukryć.

Cho­ciaż nie tylko on nie kochał się od bli­sko dwóch tygo­dni.

Nachy­lił się i wsu­nął jedną rękę pod koszulkę, a drugą pogła­skał jej poli­czek. Poca­ło­wał ją deli­kat­nie, pal­cami odna­lazł coś, co mógł popie­ścić i uszczyp­nąć...

Zadzwo­nił jego tele­fon. Zer­k­nął na niego.

- Ani się waż! - syk­nęła Car­men.

Prze­rwał na chwilę, po czym wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Oczy­wi­ście - rzu­cił, prze­su­wa­jąc pal­cem po zagłę­bie­niu mię­dzy jej szyją i ramie­niem. - Myślisz, że zwa­rio­wa­łem? - Kto­kol­wiek dzwo­nił, mógł pocze­kać. On miał tu waż­niej­sze sprawy.

Tele­fon dzwo­nił dalej. Ber­nard poli­zał szyję Car­men. Wes­tchnęła z pod­nie­ce­nia, wygięła plecy w łuk, ich ciała otarły się o sie­bie...

I wtedy roz­legł się dźwięk, któ­rego Ber­nard tak bar­dzo się oba­wiał: płacz Rory'ego. Obu­dzony dzwon­kiem tele­fonu malec przy­po­mniał sobie, że jest zobo­wią­zany zruj­no­wać życie ojca.

- Cho­lera! - mruk­nęła Car­men.

- Ano.

- Ciąg dal­szy nastąpi? - spy­tała, wysu­wa­jąc się z jego objęć.

- Jasne - odparł takim gło­sem, jakby uszło z niego powie­trze.

Prze­szła na pal­cach do pokoju małego.

Ber­nard z nie­na­wi­ścią spoj­rzał na tele­fon. To drań­stwo wciąż dzwo­niło. Zer­k­nął na ekran. Han­nah! W tej sytu­acji ode­brał.

- Cześć.

- Cześć, Ber­nar­dzie, nie prze­szka­dzam?

- A jeśli nawet, to co? Roz­łą­czysz się i dasz mi spo­kój?

Przez chwilę pano­wała cisza.

- Nie - odparła w końcu. - Przy­kro mi.

- Tak myśla­łem. O co cho­dzi, Han­nah?

- Mam dwie zagi­nione dziew­czynki. Dwu­na­sto­latki.

Spoj­rzał na zega­rek. Dopiero minęła jede­na­sta.

- O któ­rej znik­nęły?

- Jakoś mię­dzy siódmą a dzie­wiątą. Mam powody do nie­po­koju, Ber­nar­dzie. Nie sądzę, by się wypu­ściły na imprezkę.

- Fakt - przy­tak­nął, idąc do sypialni, żeby się ubrać. - Zresztą jest tak późno, że nawet gdyby, powinny już wró­cić.

- Wła­śnie... Poza tym znam matkę.

Szlag!

- Gdzie jesteś?

- W jej domu. Matki.

- W porządku - rzekł, prze­pra­sza­jąc wzro­kiem żonę, która z syn­kiem na rękach patrzyła na niego. - Już jadę.

Han­nah sie­działa w salo­nie, a Ron i Naamit zajęli miej­sca naprze­ciwko niej. Ron prawą ręką obej­mo­wał żonę, a lewą ner­wowo sku­bał brzeg koszuli. Miał na sobie białe spodnie i białą koszulę z czar­nymi łat­kami przy­kle­jo­nymi do ubra­nia - kostiumu na Purim. Widocz­nie prze­brał się za cęt­ko­wa­nego psa albo krowę, trudno było orzec. Han­nah podej­rze­wała, że nawet nie pamię­tał, że wciąż jest w kostiu­mie.

Naamit na szczę­ście prze­stała pła­kać, ale patrzyła pustym wzro­kiem, a w jej sze­roko otwar­tych oczach Han­nah widziała strach. Poli­cjantka nawet nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jak bar­dzo ta kobieta się boi. Sama zresztą też mocno się nie­po­ko­iła. Zda­wała sobie sprawę, że w grę wcho­dzą roz­ma­ite wyja­śnie­nia - star­szy chło­pak, albo obie wybrały się na spa­cer po świę­tu­ją­cym mie­ście i się zgu­biły - i modliła się, żeby tak wła­śnie było, ale nie zapo­mi­nała także o innych moż­li­wo­ściach.

Pedo­file i inni zbo­czeńcy pory­wa­jący dzieci i wcią­ga­jący je do ciem­nych zauł­ków. Pijani kie­rowcy, któ­rzy po prze­je­cha­niu przy­pad­ko­wego prze­chod­nia ucie­kają z miej­sca zda­rze­nia, a ich ofiara wykrwa­wia się na śmierć. Dzie­ciaki zni­ka­jące na dobre i pamię­tane tylko ze zdjęć w ogło­sze­niach poka­zy­wa­nych w mediach.

W dodatku był Dzień Świę­tego Patryka. Piwo i moc­niej­sze drinki lały się stru­mie­niami, alko­hol zaś zwięk­szał ryzyko poja­wie­nia się prze­mocy i lek­ko­myśl­nych zacho­wań.

- Może się ubierz­cie - zapro­po­no­wała łagod­nie Han­nah. Chcia­łaby, żeby Ber­nard wresz­cie przy­je­chał. On świet­nie sobie radził z ludźmi, roz­ta­czał aurę spo­koju i doda­wał otu­chy.

Naamit i jej mąż spoj­rzeli po sobie i chyba dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że na­dal są prze­brani w kostiumy.

- Ja... oczy­wi­ście - bąk­nął Ron. Chudy i wysoki, był jasnym sza­ty­nem i nosił okrą­głe oku­lary. Twarz miał nieco zbyt pocią­głą, niczym postać na fil­mie ze źle usta­wio­nym for­ma­tem obrazu tele­wi­zora. Wstał, po czym zawa­hał się i odwró­cił do żony. - Pój­dziesz pierw­sza... czy wolisz, żebym ja...?

Naamit praw­do­po­dob­nie potrze­bo­wała męża potra­fią­cego prze­jąć kon­trolę nad sytu­acją, on jed­nak wyraź­nie nie miał takiego zamiaru. Usi­ło­wał nie­zdar­nie pod­py­ty­wać ją, co woli, zamiast samemu decy­do­wać, co robić, jak przy­stało na sil­nego part­nera. Han­nah widziała, że miał dobre chęci, pró­bo­wał jed­nak narzu­cić rolę moc­nej, domi­nu­ją­cej osoby żonie, która pra­gnęła jedy­nie roz­kleić się na dobre i nie musieć decy­do­wać o niczym.

- Idź - odparła mato­wym gło­sem. - Ja pójdę potem.

Prze­szedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi.

- Może powin­nam jej szu­kać... - powie­działa Naamit, wpa­tru­jąc się w ścianę. - No bo... jeżeli się zgu­biła, to na widok mojego samo­chodu...

- Lepiej zacze­kaj tutaj - wpa­dła jej w słowo Han­nah. - Ona może po pro­stu wróci. Albo zadzwoni na wasz numer sta­cjo­narny.

- Ni­gdy tego nie robi - rze­kła Naamit. - Zawsze dzwoni na komórkę.

- Czy możesz mi poka­zać... - zaczęła Han­nah, ale prze­rwało jej puka­nie do drzwi.

Wstały jed­no­cze­śnie. Naamit szybko pode­szła do wej­ścia i rap­tow­nie otwo­rzyła drzwi, jak gdyby spo­dzie­wała się ujrzeć w progu Abi­gail. Tyle że Abi­gail oczy­wi­ście by nie pukała.

Na zewnątrz stała para doro­słych z małym chłop­cem. Na ich widok Naamit uśmiech­nęła się blado.

- Tony. Karen. Wejdź­cie, pro­szę. - Odsu­nęła się na bok i ruchem ręki zapro­siła ich do środka. Cała trójka weszła z waha­niem. Tony był postaw­nym męż­czy­zną. Łysy, z wyta­tu­owaną na szyi rybą. Powierz­chow­ność twar­dziela burzyła jego łagodna, zmar­twiona twarz. Karen była szczu­płą blon­dynką o wydat­nych ustach. Miała zapuch­nięte, zaczer­wie­nione oczy, które ocie­rała grzbie­tem dłoni, pocią­ga­jąc nosem.

- To śled­cza Han­nah Shor - doko­nała pre­zen­ta­cji Naamit. - Jest tu, żeby nam pomóc.

- Czy coś już pani wia­domo? - zapy­tał Tony. Mówił cichym, twar­dym gło­sem, z akcen­tem, któ­rego Han­nah nie potra­fiła roz­po­znać. - Czy któ­raś z nich się ode­zwała?

- Jesz­cze nie - odparła Han­nah. - Ale nasze radio­wozy patro­lują ulice.

- Po co? - spy­tał.

- Na wypa­dek, gdyby się zgu­biły - wyja­śniła Han­nah. - Albo...

- Jeśli się zgu­biły, dla­czego nie zadzwo­niły? I czemu Gra­cie nie odbiera tele­fonu?

- Może gdzieś zapo­działy swoje komórki - odpo­wie­działa Han­nah. A po chwili dodała: - Albo ktoś im je ukradł. Pro­szę pań­stwa, czy orien­tu­je­cie się, dokąd poszła Gra­cie?

- Nie - odparła sła­bym gło­sem Karen. - Nic nie mówiła. Miała się opie­ko­wać Don­nym.

Gdy jego mama się ode­zwała, chłop­czyk zadarł głowę, a wtedy Han­nah przyj­rzała mu się uważ­nie. Był blady i spo­kojny. Zmru­żone oczy - wąskie jak u Azjaty, podobne do oczu jego ojca - utkwił wyłącz­nie w Han­nah.

Uklę­kła przed nim.

- Donny, czy Gra­cie powie­działa ci, dokąd się wybiera? - spy­tała.

Po chwili waha­nia kiw­nął głową.

- Co? Dla­czego nic nie mówi­łeś? - Głos Tony'ego był surowy. - Dokąd poszła? Mów, natych­miast!

Donny cof­nął się i oparł o matkę.

- Tony! - wark­nęła Karen. - Wystra­szy­łeś go!

Han­nah ujęła obu­rącz dłoń Donny'ego. Była zimna jak lód.

- Co ci powie­działa, Donny? Że dokąd idzie?

- Powie­działa, że idzie się spo­tkać z przy­ja­cie­lem Abby - odparł cien­kim gło­si­kiem. - Obie­cała, że wróci nie­długo. I kazała mi dzwo­nić, gdyby coś się stało. - Roz­kleił się. - No to do niej dzwo­ni­łem. Cią­gle. Bałem się! Chcia­łem, żeby wró­ciła do domu! Ale nie odbie­rała tele­fonu! A obie­cała, że będzie odbie­rać!

Han­nah wstała. Zro­biło jej się nie­do­brze. Skoro Gra­cie nie odbie­rała tele­fonu, mimo że obie­cała bratu, naprawdę był powód do nie­po­koju. Przez chwilę zasta­na­wiała się, po czym rzu­ciła:

- Prze­pra­szam, muszę zadzwo­nić.

Wyszła drzwiami fron­to­wymi. Na dwo­rze było lodo­wato, więc objęła się ramio­nami, żeby się tro­chę ogrzać. Wybrała numer kapi­tana Baileya, z nadzieją, że szybko odbie­rze.

Ode­brał po kilku sekun­dach.

- Cześć, Han­nah.

- Kapi­ta­nie, mam tu zagi­nię­cie dziecka. Znik­nęły dwie dwu­na­sto­latki...

- Nikt mnie nie zawia­do­mił o zagi­nię­ciu dziecka. Skąd dosta­łaś to zgło­sze­nie?

- Zawia­da­miam pana teraz, kapi­ta­nie. Matka jed­nej z dziew­czy­nek przy­jaźni się z moją matką. Cho­dzi o Abi­gail Lisman i Gra­cie Dur­ham. Jedna nie odbiera tele­fonu, a komórka dru­giej od razu się prze­łą­cza na pocztę gło­sową. Pewne oznaki świad­czą o tym, że sprawa jest poważna.

- Jakie oznaki?

- Abi­gail Lisman wyłą­czyła tele­fon, a według jej matki ni­gdy tego nie robi. A Gra­cie nie odbiera, cho­ciaż kazała młod­szemu bratu dzwo­nić, gdyby coś się stało.

- To nie są żadne poważne powody - skwi­to­wał Bailey. - Coś jesz­cze?

Han­nah zawa­hała się. Nie, w sumie nic już nie miała, jedy­nie paskudne prze­czu­cie.

- To głów­nie kwe­stia intu­icji - przy­znała w końcu.

- No dobrze - powie­dział kapi­tan poważ­nym tonem. - Zadzwo­nię do Man­cuso, powinna o tym wie­dzieć. FBI może loka­li­zo­wać komórki znacz­nie szyb­ciej niż my.

- Chce pan, żebym sama do niej zadzwo­niła, kapi­ta­nie? Dzięki temu unik­niemy kilku zbęd­nych roz­mów.

Na chwilę zapa­dła cisza.

- Tak, tak będzie lepiej. Zacze­kaj, dam ci jej numer.

- Mam go - odparła Han­nah.

- Świet­nie. Infor­muj mnie na bie­żąco. - Sądząc po gło­sie, chyba był zde­ner­wo­wany. Zagi­nię­cie dziecka powo­do­wało, że wszy­scy robili się ner­wowi.

Han­nah zabrała się do szu­ka­nia numeru Man­cuso. Zajęło jej to dłuż­szą chwilę, na zim­nie stu­kała pal­cami w ekran nie­zdar­nie i nie­mrawo. Zanim Man­cuso ode­brała, Han­nah wstrzą­sały już dresz­cze.

- Halo? - ode­zwała się agentka ochry­płym gło­sem, jak gdyby została wyrwana ze snu.

- Agentka Man­cuso? Mówi śled­cza Han­nah Shor z poli­cji Glen­more Park. Pozna­ły­śmy się pod­czas śledz­twa...

- Pamię­tam panią. O co cho­dzi?

Han­nah powtó­rzyła to, co przed chwilą prze­ka­zała kapi­ta­nowi.

- Rozu­miem - rze­kła agentka Man­cuso. Han­nah z ulgą stwier­dziła, że nie sły­szy śladu scep­ty­cy­zmu.

- Moim zda­niem przyda nam się pomoc FBI - powie­działa. - Tu nie cho­dzi o dwie dziew­czynki, które urwały się na imprezkę.

- Zgoda - odparła agentka Man­cuso. - Ale po kolei. Mówi pani, że jedna z nich nie odbiera tele­fonu. A czy jej komórka na pewno jest włą­czona?

- O ile wiem, tak.

- Każę fir­mie tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej dać nam przy­bli­żone miej­sce logo­wa­nia.

Han­nah zamru­gała.

- Tak po pro­stu?

- Ow­szem. Miejmy nadzieję, że ta dziew­czynka wciąż ma tele­fon przy sobie i że loka­li­za­cja będzie w miarę dokładna. Cza­sami mar­gi­nes błędu wynosi kilka kilo­me­trów. Jaki jest numer tego włą­czo­nego tele­fonu?

- Chwi­leczkę. - Han­nah wró­ciła do domu. - Jaki jest numer Gra­cie? - zwró­ciła się do Karen. Ta podała jej numer, a Han­nah prze­dyk­to­wała go agentce FBI.

- W porządku - rzu­ciła Man­cuso. - Oddzwo­nię za kilka minut.

Prze­rwała połą­cze­nie. Han­nah odwró­ciła się do rodzi­ców dziew­czy­nek. Sie­dzieli na kana­pach w salo­nie. Na sto­liku stało sześć paru­ją­cych kub­ków. Han­nah zauwa­żyła, że Naamit zdjęła kostium i prze­brała się w czarne spodnie i jasno­nie­bie­ską bluzkę.

- Z kim pani roz­ma­wiała? - zapy­tał Tony.

- Z moim kapi­ta­nem i z FBI - odparła Han­nah po chwili. Nie była pewna, czy wia­do­mość o udziale FBI pod­nie­sie rodzi­ców na duchu, czy wręcz prze­ciw­nie.

Wyglą­dało na to, że uzy­skała i jedno, i dru­gie. Tony i Ron się odprę­żyli, nato­miast Naamit i Karen wyraź­nie się spięły.

- Poma­gają nam namie­rzyć tele­fon Gra­cie - powie­działa, by dodać im otu­chy.

Tony ski­nął głową.

- Świet­nie.

- Zro­bi­łem her­batę dla wszyst­kich - rzekł Ron, wska­zu­jąc kubki.

Han­nah z roz­tar­gnie­niem poki­wała głową. Nie prze­pa­dała za her­batą. Potrze­bo­wała kawy. Po her­ba­cie musiała tylko czę­ściej odwie­dzać łazienkę.

Roz­le­gło się kolejne puka­nie do drzwi. Tym razem Han­nah dotarła do wej­ścia przed Naamit. Do domu wszedł Ber­nard i przyj­rzał się dwóm parom oraz małemu chłopcu, któ­rzy jak jeden mąż gapili się na jego wysoką postać.

- To śled­czy Ber­nard Gla­dwin - przed­sta­wiła go Han­nah. - Mój part­ner.

Zanim dokoń­czono pre­zen­ta­cji wszyst­kich obec­nych, zabrzę­czał tele­fon Han­nah.

Dzwo­niła agentka Man­cuso.

- No, mam już namiary.

- Gdzie ona jest?

- No cóż, tele­fon jest na rogu Babel Lane i Kim­ball Way... w każ­dym razie w pro­mie­niu dwu­stu metrów od tego miej­sca, mniej wię­cej.

Było kwa­drans po pół­nocy, zale­d­wie kilka minut po tym, jak funk­cjo­na­riu­sze Tanessa Lon­nie i Ser­gio Ber­tini dopiero roz­po­częli swoją zmianę. Prze­wi­dy­wali, że nie obej­dzie się bez awan­tur - Dzień Świę­tego Patryka sły­nął z naj­gor­szych alko­ho­lo­wych eks­ce­sów, jakie sobie można wyobra­zić. Ow­szem, to rado­sny dzień, w końcu jed­nak ktoś musiał poskro­mić pija­ków, któ­rzy wda­wali się w bójki albo uwa­żali, że są dosta­tecz­nie trzeźwi, by sia­dać za kół­kiem. Tanessa nie­chęt­nie zapa­try­wała się na tę noc.

- Słu­chaj, ja tylko mówię, że powin­naś raz spró­bo­wać. Jeśli ci się nie spodoba, dam ci spo­kój - powie­dział Ser­gio, kiedy jechała powoli Clay­ton Road.

- Ser­gio, nie ma mowy, żebym sur­fo­wała w marcu! - odparła Tanessa z nie­do­wie­rza­niem. To już była ich trze­cia zmiana, pod­czas któ­rej pró­bo­wał ją namó­wić na swoje hobby igra­nia z hipo­ter­mią. - Rozej­rzyj się! W zeszłym tygo­dniu padał śnieg! Jeśli chcesz umrzeć na zapa­le­nie płuc, pro­szę bar­dzo, ale dla­czego pró­bu­jesz pocią­gnąć mnie za sobą?

- Będziesz w kom­bi­ne­zo­nie. To nic wiel­kiego.

- W kom­bi­ne­zo­nie! Teraz ledwo wysiądę z samo­chodu, zama­rza mi tyłek, a mam na sobie kurtkę, dwie koszule i sza­lik, w dodatku cał­kiem suche! A ty chcesz, żebym wło­żyła jakąś mokrą piankę i wsko­czyła do lodo­wa­tej wody? Jesteś nie­nor­malny.

- Wcale nie czuje się zimna!

- Może ty nie czu­jesz. Twój mózg obumarł, nie czu­jesz niczego. Więc daj sobie z tym spo­kój, nie zamie­rzam...

Roz­mowę prze­rwało trzesz­cze­nie radio­te­le­fonu.

- Cztery pięć­dzie­siąt jeden, tu cen­trala.

- Mów - powie­działa Tanessa do mikro­fonu na ramie­niu.

- Cztery pięć­dzie­siąt jeden, jeste­ście potrzebni na rogu Babel Lane i Kim­ball Way, macie odna­leźć dziecko, które zagi­nęło w tej oko­licy.

- Przy­ję­łam - odparła Tanessa. - Czy cho­dzi o te dziew­czynki, za któ­rymi mie­li­śmy się roz­glą­dać?

- Potwier­dzam, cztery pięć­dzie­siąt jeden.

- Uda­jemy się na miej­sce.

- Kto pozwala dzie­cia­kom włó­czyć się po nocy? - mruk­nął Ser­gio, kiedy Tanessa obra­cała kie­row­nicę.

- Nie sądzę, żeby pozwa­lali im się włó­czyć - zapro­te­sto­wała Tanessa. - Wiesz, jako nasto­latka też wymy­ka­łam się z domu. Rodzice ni­gdy się nie zorien­to­wali.

- Chcę tylko powie­dzieć, że to jest zanie­dba­nie. Dziećmi trzeba się zaj­mo­wać jak należy.

- Ty z tru­dem radzisz sobie z zaj­mo­wa­niem się swoją papugą! - przy­po­mniała mu Tanessa, zer­ka­jąc na grupkę mło­dych ludzi idą­cych ulicą; roze­śmiani, pew­nie zmie­rzali do kolej­nego baru.

- Gabriella to bar­dzo trudne zwie­rzę, jasne? Ma swoje humory!

- To cał­kiem jak dzieci, one też są humo­rza­ste.

Doje­chali na miej­sce i zapar­ko­wali radio­wóz koło czar­nego dodge'a char­gera i dwóch bia­łych che­vro­le­tów. W pobliżu stała grupa ludzi, wśród któ­rych góro­wał Ber­nard. Tego wiel­ko­luda trudno było nie zauwa­żyć. Zwy­kle prze­wyż­szał wszyst­kich wokół sie­bie o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Tanessa ruszyła ku nim, gdy zorien­to­wała się, że obok Ber­narda jest kapi­tan Bailey. Patrzył na kobietę sto­jącą na wprost pozo­sta­łych - agentkę Man­cuso, którą spo­tkała raz, krótko po tym, jak Tan­nesy omal nie zabił Jovan Sto­kes.

Man­cuso była impo­nu­jącą kobietą, wład­czą w obej­ściu i ele­gancką. Miała śniadą cerę, któ­rej lata się nie imały, czarne, prze­tkane sre­brzy­stymi nit­kami włosy, a obok ust pie­przyk, nada­jący jej twa­rzy nie­za­po­mniany wygląd. Trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach płasz­cza, prze­ma­wiała do sto­ją­cych przed nią męż­czyzn i kobiet. Kiedy Tanessa i Ser­gio do nich dołą­czyli, prze­rwała na chwilę, ski­nęła Tanes­sie głową i mówiła dalej.

- Gra­cie Dur­ham i Abi­gail Lisman znik­nęły ponad trzy godziny temu, więc mamy powody do nie­po­koju. Tele­fon Gra­cie logo­wał się w tym miej­scu, mar­gi­nes błędu to jakieś dwie­ście metrów. Jej komórka jest na­dal włą­czona, dzwo­nimy na nią bez prze­rwy. Dla­tego jeśli się do niej zbli­żymy, powin­ni­śmy usły­szeć sygnał.

Rozej­rzała się.

- Mamy tu kilka blo­ków miesz­kal­nych i biu­row­ców, musimy obejść wszyst­kie lokale. Zajmą się tym kapi­tan Bailey, śled­cza Shor i śled­czy Gla­dwin, a pomogą im agenci Ful­ler i Man­ning. Zacznij­cie od sta­cji ben­zy­no­wej, może ktoś tam coś widział. Reszta z nas, w tym funk­cjo­na­riuszka Lon­nie oraz jej part­ner, któ­rzy do nas dołą­czyli, spraw­dzą ulice, zaułki i plac zabaw. - Ruchem ręki wska­zała ciemny plac odda­lony o jakieś sie­dem­dzie­siąt metrów. - Nie mamy poję­cia, czy Gra­cie na­dal ma tele­fon przy sobie ani czy dziew­czynki są jesz­cze razem, dla­tego niczego nie zakła­damy. No, do roboty. Jest późno, a chcę odsta­wić dziew­czynki do rodzi­ców naj­da­lej za godzinę.

Grupa się roz­dzie­liła. Bailey, Han­nah i Ber­nard spoj­rzeli na Tanessę i ski­nęli gło­wami; na ich twa­rzach malo­wała się powaga. Byli wyraź­nie prze­jęci. A skoro ci doświad­czeni śled­czy się nie­po­ko­ili, to zna­czy, że mieli powody. Tanessa gorąco modliła się, żeby ta zmiana nie zakoń­czyła się zna­le­zie­niem zwłok dwu­na­sto­latki.

- Miło znów panią widzieć - zwró­ciła się do niej agentka Man­cuso, kuląc się z zimna. - Wygląda pani... dobrze.

Poprzed­nio widziały się dwa dni po tym, jak Tanessa została porwana i omal nie zgi­nęła z rąk zabójcy. Przez kolejny tydzień mało sypiała i pra­wie wcale nie jadła, nic więc dziw­nego, że w oczach agentki Man­cuso pre­zen­to­wała się teraz znacz­nie lepiej.

- Dzię­kuję - odparła. - Pani rów­nież.

- No dobrze, a teraz znajdźmy te dziew­czynki - oświad­czyła Man­cuso. - Wy dwoje zaj­mij­cie się pla­cem zabaw. My spraw­dzimy ulice.

Tanessa ski­nęła głową i wraz z Ser­giem ruszyła na plac zabaw.

- Znasz tę kobietę? - zapy­tał jej part­ner.

- Kie­dyś ją pozna­łam - odparła.

- Wygląda na twar­dzielkę - oce­nił.

- Bo chyba wła­śnie taka jest.

Nocny ziąb stał się nie­zno­śny. Prze­ni­kał pod koł­nierz kurtki, przez pode­szwy butów, nawet przez liczne war­stwy ubra­nia. Z każ­dym odde­chem zapra­szała chłód, by wni­kał w głąb jej płuc i ciała. Kłuło ją w nosie i w uszach.

Nie zno­siła zimna. Ostre zimy były głów­nym powo­dem, dla któ­rego nie­na­wi­dziła Glen­more Park. Zasta­na­wiała się, czy te dziew­czynki naprawdę są gdzieś na ulicy. Jeśli tak, mogą zamar­z­nąć na śmierć.

Dotarli do placu zabaw oto­czo­nego niskim meta­lo­wym płot­kiem. Prze­szli wzdłuż ogro­dze­nia kil­ka­na­ście metrów, aż zoba­czyli małą prze­rwę słu­żącą jako wej­ście. Ścieżka po dru­giej stro­nie była błot­ni­sta, roz­dep­tana dzie­siąt­kami par butów. Po jej bokach leżały nie­wiel­kie kop­czyki śniegu, który nie zdą­żył się sto­pić, kiep­sko oświe­tlone sła­bym bla­skiem latarni. Plac zabaw był cał­kiem spory. Zna­la­zło się miej­sce na karu­zelę, zjeż­dżal­nie, kilka huś­ta­wek, a jesz­cze dalej było boisko do koszy­kówki i cią­gnął się długi rząd drzew.

- Ciemno tu - mruk­nął Ser­gio, wycią­gnął zza paska latarkę i ją włą­czył. Tanessa zro­biła to samo. Gdy prze­szli za pło­tek, wąskie pro­mie­nie nie radziły sobie z ciem­no­ścią. Tanessa nasłu­chi­wała dźwięku dzwonka albo wibra­cji komórki, ale sły­szała jedy­nie chrzęst żwiru na ścieżce pod sto­pami swo­imi i Ser­gia.

Ona też raz się zgu­biła, była wtedy jesz­cze mała. Kiedy miała osiem lat, matka zabrała ją i jej braci na wie­czorny spa­cer. Tanessa w pod­sko­kach wysfo­ro­wała się do przodu, obser­wu­jąc swój cień, który to się wydłu­żał, to skra­cał w świe­tle ulicz­nych latarni. Nie zauwa­żyła, że matka zatrzy­mała się, by zamie­nić z kimś kilka słów, zapewne z jakimś fanem. W tam­tych cza­sach jej matka była aktorką i nie­mal codzien­nie wiel­bi­ciele zatrzy­my­wali ją, pro­sząc o auto­graf albo zdję­cie. Na ulicy pano­wał wielki ruch i nagle Tanessa uświa­do­miła sobie, że matki i braci już za nią nie ma. Zamarła w miej­scu i roz­glą­dała się za nimi, a strach ści­skał jej serce. Już miała się roz­pła­kać, gdy pod­szedł do niej jakiś męż­czy­zna i spy­tał, czy wszystko gra. Wciąż pamię­tała zapach jego potu, kwa­śny i nie­przy­jemny. Jeden z jego zębów był sczer­niały. Z krzy­kiem odsko­czyła i wybuch­nęła pła­czem.

Kilka sekund póź­niej dobie­gli do niej Mit­chell i Richard. Widocz­nie byli nie­da­leko. Razem nakrzy­czeli na zawsty­dzo­nego męż­czy­znę, który przy­pusz­czal­nie chciał jej tylko pomóc. Potem Tanessa pła­kała całymi godzi­nami. W dzie­ciń­stwie nie przy­da­rzyło jej się nic rów­nie strasz­nego.

Czy Gra­cie i Abi­gail też były same na jakiejś ulicy, zapła­kane? Ale jeśli tak, to dla­czego nie odbie­rały tele­fo­nów?

- Praw­do­po­dob­nie są w któ­rymś z miesz­kań w oko­licy - powie­dział Ser­gio. - Może poszły na jakąś imprezę.

- Może - przy­tak­nęła Tanessa, cho­ciaż nie­stety prze­czu­wała, że to wcale nie tak. Pora była zbyt późna, dziew­czynki za młode, a skoro nie odbie­rały... - Sły­sza­łeś? - rzu­ciła nagle i sta­nęła jak wryta.

- Co mia­łem sły­szeć?

- Cicho!

- Pyta­łaś mnie...

- Przy­mknij się na chwilę, do cho­lery!

Stali w mil­cze­niu i nagle znów to usły­szała. Cichą melo­dyjkę, daleko po pra­wej.

- Tam - powie­działa Tanessa i ruszyła po zamar­z­nię­tej ziemi; serce jej łomo­tało. Pro­mień latarki ska­kał cha­otycz­nie, prze­szu­ki­wał teren, aż w końcu padł na małe nie­ru­chome ciało. Przy­kuc­nęła i deli­kat­nie odwró­ciła je tak, by odsło­nić twarz.

Ujrzała dziew­czynkę z zaschniętą krwią na czole. Była bez­władna, a jej blada skóra była nie­mal sina.

- Ścią­gnij tu karetkę! - krzyk­nęła Tanessa do Ser­gia. Oparła dłoń na piersi dziew­czynki, przy­su­nęła ucho do jej ust. Gdzieś w pobliżu ćwier­kał tele­fon małej, przez co Tanessa nie bar­dzo mogła się sku­pić. W końcu jed­nak to usły­szała i poczuła: słaby, płytki oddech.

Dziew­czynka na­dal żyła.

Tanessa ścią­gnęła ręka­wiczkę i dotknęła jej policzka. Był lodo­waty. Zdjęła kurtkę i nie zwa­ża­jąc na prze­ni­kliwy ziąb, okryła dziew­czynkę, przez cały czas mówiąc do niej cicho:

- Już dobrze, skar­bie. Zna­leź­li­śmy cię. Trzy­maj się. Otwórz oczy. Zrób to dla mnie i otwórz oczy. Trzy­maj się, pomoc już jest w dro­dze.

Rozdział 3

- Przy­kro mi, ale naprawdę nie mogę pani wpu­ścić - oświad­czył lekarz. - To dziecko jest wyczer­pane, nie chcemy go prze­cią­żać.

Na czubku głowy miał łysinę, tylko na skro­niach ster­czały mu kępki siwych wło­sów. Han­nah kor­ciło, żeby go za nie chwy­cić i potrzą­sać nim, aż zmieni śpiewkę.

- Drugi raz tego nie powtó­rzę, dok­to­rze - wyce­dziła przez zaci­śnięte zęby. - Gdzieś jest jesz­cze jedna dziew­czynka, któ­rej na razie nie zna­leź­li­śmy. Ta tutaj może wie­dzieć, co się z nią stało. Muszę ją prze­słu­chać natych­miast.

- No... jeśli dobrze zro­zu­mia­łem, zna­le­ziono ją w parku - rzekł lekarz. - Czy prze­szu­ka­li­ście park?

Han­nah myślała, że szlag ją trafi na miej­scu.

- Sama wiem, co należy do moich obo­wiąz­ków! A teraz z drogi! - Ruszyła do przodu, zmu­sza­jąc go, by się odsu­nął, i pocią­gnęła dwu­skrzy­dłowe drzwi. Były zamknięte na klucz. Przez maleń­kie okienko w drzwiach zoba­czyła, że za nimi jest kory­tarz z poko­jami po obu stro­nach, ską­pany w ostrym świe­tle jarze­nió­wek. Poja­wiła się idąca wolno pie­lę­gniarka, pcha­jąca wózek szpi­talny.

Han­nah zało­mo­tała w szybę; roz­legł się głu­chy stu­kot.

- Otwórz te cho­lerne drzwi!

- Jak mówi­łem...

Z windy wysia­dła agentka Man­cuso i pode­szła do nich, już z daleka wyma­chu­jąc odznaką.

- Agentka Man­cuso, FBI - przed­sta­wiła się. - Musimy natych­miast pomó­wić z Gra­cie Dur­ham.

Lekarz zamru­gał.

- Jak mówi­łem tej poli­cjantce, Gra­cie Dur­ham jest...

- To śledz­two fede­ralne, dok­to­rze. Życie małej dziew­czynki jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Zawa­hał się. W końcu ustą­pił.

- Dobrze - powie­dział. - Ale tylko pięć minut. Pokój trzy­sta dzie­więć. - Pod­szedł do zamka szy­fro­wego znaj­du­ją­cego się na ścia­nie i wstu­kał czte­ro­cy­frowy kod. Drzwi otwo­rzyły się z lek­kim trza­skiem.

- Tak długo, jak będzie trzeba, dok­to­rze - odrze­kła agentka Man­cuso, otwo­rzyła drzwi i prze­szła przez nie. Han­nah szybko ruszyła za nią.

- Ta odznaka jed­nak się przy­daje - stwier­dziła, nie­mal bie­gnąc, by dotrzy­mać kroku wyso­kiej kobie­cie.

- Ma swoje zalety.

Dotarły do pokoju Gra­cie Dur­ham i otwo­rzyły drzwi. Pomiesz­cze­nie było beżowe i ponure. Gra­cie, blada jak kreda, spo­czy­wała na szpi­tal­nym łóżku, pod­łą­czona do kro­plówki. Miała na sobie zie­loną szpi­talną koszulę, była czę­ściowo przy­kryta cien­kim kocem. Na noc­nym sto­liku przy jej łóżku stał dla ozdoby jakiś sztuczny kwiat w doniczce. Na jasno­brą­zo­wym krze­śle koło łóżka sie­działa matka Gra­cie z zaci­śniętą szczęką i trzy­mała córkę za rękę.

- Pro­szę pani, musimy zadać pani córce kilka pytań - ode­zwała się agentka Man­cuso.

Kobieta kiw­nęła głową, pocią­ga­jąc nosem.

- Oczy­wi­ście - odparła. Han­nah poznała po jej oczach, że Gra­cie coś już jej powie­działa. Coś bar­dzo waż­nego.

- Gra­cie, mam na imię Chri­stine, a to jest Han­nah - przed­sta­wiła je agentka. - Możesz nam odpo­wie­dzieć na kilka pytań?

Dziew­czynka poki­wała głową.

- Czy wiesz, gdzie jest Abi­gail?

Tym razem dziew­czynka pokrę­ciła głową.

- Zabrali ją jacyś ludzie - wyszep­tała. - Tacy w czar­nych maskach.

Han­nah miała wra­że­nie, że po jej karku cho­dzi osa. Abi­gail została porwana.

- Opo­wiedz nam, pro­szę, co się stało - powie­działa agentka Man­cuso.

- Były­śmy na placu zabaw - szep­nęła dziew­czynka sła­biut­kim, ledwo sły­szal­nym gło­sem. - Wła­śnie mia­ły­śmy wra­cać do domu, kiedy poja­wił się jakiś pan. Męż­czy­zna w... w czar­nej masce. Ucie­kły­śmy, a on nas gonił. Wtedy dołą­czył do niego drugi pan. On też nosił czarną maskę. Zła­pali Abby. A ja ucie­kłam. - Zamil­kła.

- I co było potem? - Agentka nachy­liła się, jej postawa świad­czyła o tym, że ma w zana­drzu wiele pytań. Han­nah się nie wtrą­cała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki