W sieci pożądania - Nana Bekher, A.T Michalak

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (30,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

RI­LEY

- Do­brze, że cię wi­dzę. - Za­trzy­ma­łam się, gdy usły­sza­łam głos Hen­ry'ego, jed­ne­go z mo­ich współ­pra­cow­ni­ków. - Prze­sła­łem ci na ma­ila ma­te­ria­ły do no­wej kam­pa­nii i Upton po­twier­dził spo­tka­nie o dru­giej - po­wie­dział, a ja prze­wró­ci­łam ocza­mi. Jesz­cze tego mi bra­ko­wa­ło. To wy­jąt­ko­wo trud­ny i ma­rud­ny klient.

- Dla­cze­go ja? - jęk­nę­łam i po­ma­sze­ro­wa­łam w stro­nę swo­je­go biu­ra.

- Je­steś pra­wą ręką Ros­sa - od­parł z prze­ką­sem. Wie­dzia­łam, że to go boli.

- A ty moją - skwi­to­wa­łam. - Zaj­mij się nim, ja mam spo­ro pra­cy.

- Upton chce cie­bie, Ri­ley - po­wie­dział to tak, że aż prze­szedł mnie nie­przy­jem­ny dreszcz. - Omów­cie spra­wy pod­czas lun­chu, może bę­dzie bar­dziej zno­śny. - Na jego twa­rzy po­ja­wił się cy­nicz­ny uśmiech.

- Tak? A co to ta­kie­go lunch? - rzu­ci­łam z iro­nią.

- Po­wo­dze­nia, sze­fo­wo! - do­dał, po czym ob­ró­cił się i pew­nym kro­kiem po­szedł w stro­nę swo­je­go biu­ra.

Nim zdą­ży­łam na­ci­snąć na klam­kę, zła­pa­ła mnie Ro­xan­ne, na­sza se­kre­tar­ka, aby po­in­for­mo­wać, że za pół go­dzi­ny przyj­dzie nowy sta­ży­sta, któ­re­mu mam po­wie­dzieć, co mniej wię­cej ma ro­bić, bo pre­zes jest na spo­tka­niu poza fir­mą i wró­ci do­pie­ro po obie­dzie. Po pro­stu świet­nie! Od­kąd zo­sta­łam pra­wą ręką pre­ze­sa, zgu­bi­łam gdzieś ży­cie pry­wat­ne i wol­ny czas.

Pół­to­ra roku temu Ma­xi­mi­lian Ross, pre­zes jed­nej z naj­lep­szych agen­cji re­kla­my w Ko­lo­ra­do, awan­so­wał mnie i mia­no­wał sze­fo­wą. Oczy­wi­ście, ucie­szy­łam się. Ross do­ce­nił moją pra­cę, po­świę­ce­nie, za­an­ga­żo­wa­nie w roz­wój fir­my, do­sta­łam pod­wyż­kę, jed­nak wszyst­ko mia­ło swo­ją cenę. Od­da­łam się pra­cy cał­ko­wi­cie, za­po­mi­na­jąc, że wo­kół mnie ist­nie­je świat, a zwłasz­cza mój chło­pak Troy. Im wię­cej cza­su spę­dza­łam w biu­rze, tym mniej było mnie w domu.

Ja i Troy za­czę­li­śmy się od sie­bie od­da­lać. Kil­ka razy pla­no­wa­li­śmy ja­kiś cho­ciaż dwu­dnio­wy wy­pad tyl­ko we dwo­je, ale za­wsze w koń­cu coś się dzia­ło i nic z tego nie wy­cho­dzi­ło. Mia­łam wol­ną tyl­ko nie­dzie­lę i za­zwy­czaj je­dy­nie póź­ne po­po­łu­dnie. Cały czas do­sta­wa­li­śmy nowe, bar­dzo do­bre zle­ce­nia, a ja sta­ra­łam się da­wać z sie­bie mak­si­mum. Ow­szem, fi­nan­so­wo opła­ci­ło mi się to.

Chcia­łam na­wet zro­bić Troy­owi nie­spo­dzian­kę i na czter­na­ste­go lu­te­go, w wa­len­tyn­ki, za­re­zer­wo­wa­łam sto­lik w re­stau­ra­cji Le Ju­les Ver­ne u pod­nó­ża sa­mej wie­ży Eif­fla. Wzię­łam też wol­ne w pra­cy na czte­ry dni. Sza­leń­stwo, praw­da? Ale uzna­łam, że po­win­nam ja­koś zre­kom­pen­so­wać mu to wszyst­ko, te nie­uda­ne wy­ciecz­ki, sa­mot­ne wie­czo­ry, na­gle od­wo­ła­ne spo­tka­nia. Jed­nak się spóź­ni­łam.

Sa­mo­lot do Pa­ry­ża mie­li­śmy o pią­tej rano. Nie mó­wi­łam nic Troy­owi do ostat­niej chwi­li, za­dzwo­ni­łam do nie­go tej nocy i po­wie­dzia­łam, by się spa­ko­wał, bo za­raz le­ci­my do Fran­cji. Pa­mię­tam, że przy­je­chał do mnie, sta­nął w pro­gu zre­zy­gno­wa­ny i zmie­sza­ny, po czym po­in­for­mo­wał mnie, że to ko­niec. Ko­niec mię­dzy nami. Są­dzi­łam, że się prze­sły­sza­łam. Wła­śnie pro­po­no­wa­łam mu kil­ka dni w Pa­ry­żu, a on ze mną zry­wał.

Czu­łam się tak, jak­by ser­ce mi pę­ka­ło, ale nóż wbił mi w mo­men­cie, gdy mi wy­znał, że od kil­ku ty­go­dni spo­ty­ka się z kimś. Bo ja nie mia­łam dla nie­go cza­su, cią­gle by­łam po­chło­nię­ta pra­cą i ta­kie tam bzde­ty. Nie wie­dzia­łam już, czy bar­dziej jest mi przy­kro, czy je­stem na nie­go wście­kła.

Wy­rzu­ci­łam go za drzwi i opróż­ni­łam bu­tel­kę wina. Ni­g­dy do­tąd nie czu­łam się tak par­szy­wie. Okej, wiem, że nasz zwią­zek nie był ide­al­ny, ja sama po­świę­ca­łam nam mało cza­su, ale na­praw­dę chcia­łam to zmie­nić, a on to wszyst­ko znisz­czył, pie­prząc inną na boku.

Wte­dy zro­zu­mia­łam, że li­czy się tyl­ko pra­ca. Je­dy­nie na niej mogę po­le­gać, ona mnie nie za­wie­dzie. Od­da­łam się jej bez resz­ty. By­łam sama. Wy­cho­wa­łam się w domu dziec­ka, nie mia­łam ro­dzi­ców, przy­ja­ciół, zna­jo­mych, mia­łam tyl­ko współ­pra­cow­ni­ków z agen­cji. Nie cho­dzi­łam na im­pre­zy, nie spo­ty­ka­łam się z in­ny­mi fa­ce­ta­mi, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie bra­ko­wa­ło mi na to cza­su, zresz­tą na­wet nie­spe­cjal­nie mi na tym za­le­ża­ło.

Nie­ste­ty, ten na­tłok za­jęć spra­wił, że pra­wie za­po­mi­na­łam, jak się na­zy­wam. Po­trze­bo­wa­łam urlo­pu i tym ra­zem nie było szans, bym od­pu­ści­ła. Mu­sia­łam gdzieś wy­je­chać. Na­wet zna­la­złam swo­je miej­sce do­ce­lo­we. My­śla­łam, że Ross do­sta­nie sza­łu, jak się do­wie, że wzię­łam dwa ty­go­dnie wol­ne­go, ale, o dzi­wo, stwier­dził, że za­słu­ży­łam. Za­zna­czył jed­nak oczy­wi­ście, że mam tyl­ko czter­na­ście dni urlo­pu, bym przy­pad­kiem go nie prze­dłu­ży­ła. Nie za­mie­rza­łam tego ro­bić. Uzna­łam, że te dwa ty­go­dnie w zu­peł­no­ści mi wy­star­czą.

Moje roz­my­śla­nia prze­rwa­ła Ro­xan­ne, przy­no­sząc mi ma­te­ria­ły do kam­pa­nii re­kla­mo­wej my­de­łek na­tu­ral­nych i moje ulu­bio­ne mię­to­we lat­te.

- Tro­chę pra­cy i tro­chę ener­gii - po­wie­dzia­ła, sta­wia­jąc mi kawę na biur­ku.

- Dzię­ku­ję ci, tego mi było trze­ba. - Uśmiech­nę­łam się do niej i się­gnę­łam po ku­bek.

- Do­sta­li­śmy jesz­cze prób­ki - do­da­ła ra­do­śnie, po czym po­sta­wi­ła pu­deł­ko na bla­cie i otwo­rzy­ła po­kry­wę.

- O rany! - Po­chy­li­łam się nad pu­deł­kiem, z któ­re­go uno­sił się aro­ma­tycz­ny za­pach.

W środ­ku znaj­do­wa­ły się prób­ki ko­lo­ro­wych, pach­ną­cych my­de­łek w róż­nych kształ­tach. Za­czę­ły­śmy z Ro­xan­ne wy­kła­dać je na blat, uważ­nie je oglą­da­jąc. Były ja­śmi­no­we, wi­śnio­we, po­ma­rań­czo­we, la­wen­do­we, mio­do­we, a na­wet szał­wio­we.

- O! To bę­dzie moje ulu­bio­ne - po­wie­dzia­ła, ob­ra­ca­jąc w dło­niach la­wen­do­we.

- Mar­chew­ko­we? - Zdzi­wi­łam się, wy­cią­ga­jąc ko­lej­ne my­dło z pu­deł­ka. - Prze­te­stu­je­my. - Za­śmia­łam się. - Zo­sta­wię je w na­szej to­a­le­cie.

- Je­steś nie­moż­li­wa - prych­nę­ła. - Prze­rób jesz­cze jed­no biu­ro na sy­pial­nię - za­drwi­ła.

- Nie jest to taki głu­pi po­mysł - od­par­łam, pusz­cza­jąc do niej oko.

- Po­win­naś w koń­cu wziąć urlop i gdzieś wy­je­chać - za­su­ge­ro­wa­ła.

- Tak wła­śnie zro­bię.

- No pew­nie, za ja­kieś dzie­sięć lat. - Po­trzą­snę­ła gło­wą.

- I tu się my­lisz - po­wie­dzia­łam i otwo­rzy­łam stro­nę in­ter­ne­to­wą z moją re­zer­wa­cją, po czym od­wró­ci­łam lap­top w jej kie­run­ku. - I co ty na to? - za­py­ta­łam.

- Bar­ba­dos? - Z nie­do­wie­rza­nia aż prze­tar­ła oczy. - Ross wie? - upew­ni­ła się.

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nę­łam. - Wkrót­ce jadę do tego raju, gdzie spę­dzę całe dwa ty­go­dnie. I żeby nie przy­szło wam do gło­wy do mnie dzwo­nić!

- Ja­sne - skrzy­wi­ła się. - Zna­jąc cie­bie, co­dzien­nie będą kon­tro­l­ne te­le­fo­ny, chy­ba że wpad­niesz w si­dła ja­kie­goś przy­stoj­nia­ka, któ­ry nie wy­pu­ści cię z sy­pial­ni - za­chi­cho­ta­ła, a mnie aż ści­snę­ło w pod­brzu­szu.

Kie­dy ostat­nio upra­wia­łam seks? No tak, dwa mie­sią­ce temu z ko­le­gą z pra­cy. Wy­jąt­ko­wo da­łam się wte­dy na­mó­wić na drin­ka po cięż­kim dniu, ale mie­li­śmy oka­zję do świę­to­wa­nia. Suk­ce­syw­ne za­koń­cze­nie kam­pa­nii re­kla­mo­wej wpro­wa­dza­ją­cej na ry­nek nową li­nię ko­sme­ty­ków na­tu­ral­nych. Na­wet Ross wy­brał się z nami do baru. Tak na­praw­dę wy­pi­łam tyl­ko dwa drin­ki, po któ­rych za­czę­ło szu­mieć mi w gło­wie. Par­ker za­pro­po­no­wał, że od­wie­zie mnie do domu, a wy­lą­do­wa­li­śmy w jego łóż­ku. Nie za­prze­czam - było su­per - ale wiem, że coś wię­cej bar­dzo skom­pli­ko­wa­ło­by spra­wy mię­dzy nami, poza tym nic do nie­go nie czu­łam, prócz po­żą­da­nia, dla­te­go od razu mu po­wie­dzia­łam, że nie mo­że­my tego po­wtó­rzyć. Par­ker miał nie­co inne zda­nie na ten te­mat, bo kil­ka razy pro­po­no­wał wspól­ne wyj­ście, ja mu jed­nak od­ma­wia­łam.

- Wy­bra­łaś wa­ka­cje w stycz­niu?

- O tej po­rze na Bar­ba­do­sie jest bar­dzo cie­pło, poza tym w se­zo­nie Ross mnie nie pu­ści.

- Nie­ste­ty, to praw­da. - Skrzy­wi­ła się lek­ko.

- Za­mie­rzam na mak­sa wy­ko­rzy­stać ten urlop - po­wie­dzia­łam pew­nie.

- I pra­wi­dło­wo. - Ro­xan­ne po­sła­ła mi sze­ro­ki uśmiech.

***

Spo­tka­nie z Upto­nem jak zwy­kle było trud­ne. Mia­łam wra­że­nie, że Ross mnie uka­rał, od­da­jąc tego klien­ta, tyl­ko nie wie­dzia­łam, za co. By­łam pra­co­wi­ta, su­mien­na, uczci­wa, kre­atyw­na, moc­no za­an­ga­żo­wa­na w swo­ją pra­cę, a do­sta­łam go­ścia, któ­ry co spo­tka­nie wy­my­ślał nowe rze­czy i do­kła­dał mi do­dat­ko­wej ro­bo­ty. To była już trze­cia kam­pa­nia, któ­rą z nim prze­pro­wa­dza­łam, i za każ­dym ra­zem wy­glą­da­ło to tak samo.

Kie­dy ze­gar wska­zał czwar­tą, zro­bi­łam się strasz­nie głod­na. O tej po­rze po­win­nam była też zbie­rać się do domu, ale chcia­łam skoń­czyć dzi­siej­szą pra­cę, nie mia­łam ocho­ty zo­sta­wiać ni­cze­go na ju­tro. Po­trze­bo­wa­łam jesz­cze go­dzi­ny, by być wol­na. My­śla­łam, że więk­szość pra­cow­ni­ków po­szła już do domu, ale na ko­ry­ta­rzu spo­tka­łam Par­ke­ra.

- Nie mów, że jesz­cze zo­sta­jesz. - Zgro­mił mnie wzro­kiem.

- Upton ma ko­lej­ne su­ge­stie i chcę to dziś skoń­czyć - od­po­wie­dzia­łam.

- Za dużo pra­cu­jesz - stwier­dził.

- A co in­ne­go mam ro­bić? - Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Na przy­kład spo­tkać się ze mną. - Za­trzy­mał się i omiótł moją syl­wet­kę wy­głod­nia­łym spoj­rze­niem.

- Par­ker, roz­ma­wia­li­śmy o tym - przy­po­mnia­łam mu, czu­jąc, jak bar­dzo bra­ku­je mi bli­sko­ści z fa­ce­tem.

- Nie - za­prze­czył. - To ty mó­wi­łaś, ja słu­cha­łem.

- Mniej­sza z tym. - Wes­tchnę­łam z lek­ką tę­sk­no­tą. - Tak bę­dzie le­piej.

- To też tyl­ko two­je zda­nie - po­wie­dział, wsu­wa­jąc dło­nie w kie­sze­nie spodni, po czym na­chy­lił się do mo­je­go ucha i do­dał: - Gdy­byś jed­nak chcia­ła się ro­ze­rwać, wpad­nij albo daj znać, przy­ja­dę do cie­bie.

Za­drża­łam, a on po tych sło­wach po­słał mi enig­ma­tycz­ny uśmiech i od­szedł.

Nie, nie. Ty do mnie nie przy­je­dziesz, bo zo­sta­niesz na noc. Rano obu­dzi­my się obok sie­bie i bę­dzie nie­zręcz­nie.

Cho­le­ra ja­sna! O czym ja w ogó­le po­my­śla­łam? Na­praw­dę by­łam głod­na. W każ­dym zna­cze­niu tego sło­wa.

Do domu wró­ci­łam oko­ło szó­stej. Wstą­pi­łam jesz­cze do mo­jej ulu­bio­nej knajp­ki po ko­la­cję i od razu wzię­łam coś na śnia­da­nie. Lu­bi­łam go­to­wać, ale rzad­ko to ro­bi­łam. Głów­nie z bra­ku cza­su. Ale ro­bić to sa­mej dla sie­bie to też nie było to samo co na przy­kład go­to­wa­nie dla Troya. Cza­sem ża­ło­wa­łam, że to wszyst­ko tak się po­to­czy­ło. Może ja i Troy nie by­li­śmy so­bie pi­sa­ni. Mimo wszyst­ko chcia­ła­bym kie­dyś od­na­leźć mi­łość, za­ko­chać się i być ko­cha­ną, oba­wia­łam się jed­nak, że już nie po­tra­fię. Pra­ca sta­ła się ca­łym moim świa­tem i za­wład­nę­ła moim ży­ciem. Cie­szy­łam się, że wkrót­ce lecę na Bar­ba­dos i w koń­cu od­pocz­nę. Na­ła­du­ję ba­te­ryj­ki i peł­na ener­gii wró­cę do ro­bo­ty.

Do­cho­dzi­ła ósma, a ja bez­na­mięt­nie ga­pi­łam się w te­le­wi­zor. Gdy­bym za­bra­ła pra­cę do domu, pew­nie wła­śnie ślę­cza­ła­bym nad zle­ce­niem. To był je­den z tych bar­dzo nie­licz­nych wie­czo­rów, któ­ry mia­łam wol­ny. Gdzieś w gło­wie prze­wi­ja­ły mi się sło­wa Par­ke­ra, nie da­wa­ły mi spo­ko­ju, a całe moje cia­ło wręcz krzy­cza­ło: jedź do nie­go!

Raz się żyje!

Szyb­ko się prze­bra­łam. Nie da­jąc znać Par­ke­ro­wi, po pro­stu wsia­dłam w sa­mo­chód i ru­szy­łam w kie­run­ku jego miesz­ka­nia. Parę mi­nut póź­niej by­łam już na miej­scu. Męż­czy­zna otwo­rzył mi drzwi, nie kry­jąc za­sko­cze­nia, ale i za­do­wo­le­nia.

- Hej - po­wie­dział ochry­płym gło­sem.

- Je­śli masz inne pla­ny... - Urwa­łam.

Par­ker nic nie mó­wiąc, po pro­stu wcią­gnął mnie do środ­ka i wpił się na­mięt­nie w moje usta. Ca­ło­wa­li­śmy się za­pa­mię­ta­le, go­rącz­ko­wo po­zby­wa­jąc się swo­ich ubrań. Ser­ce dud­ni­ło mi jak sza­lo­ne, nogi mię­kły, a bie­li­zna sta­wa­ła się mo­kra. Par­ker się­gnął po pre­zer­wa­ty­wę, po czym chwy­cił mnie w pa­sie i uniósł tak, że oplo­tłam no­ga­mi jego bio­dra. Przy­szpi­lił mnie do ścia­ny, ob­sy­pu­jąc moje cia­ło go­rą­cy­mi po­ca­łun­ka­mi. Wplo­tłam pal­ce w jego wło­sy, lek­ko za nie po­cią­ga­jąc, a wte­dy on płyn­nym ru­chem wbił się we mnie. Za­klę­łam w du­chu, bo po­czu­łam ogrom­ną ulgę. Roz­py­chał mnie i tak przy­jem­nie wy­peł­niał po same brze­gi, że nie by­łam w sta­nie po­wstrzy­mać dłu­gie­go i gło­śne­go jęku, któ­ry opu­ścił moje gar­dło. Na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, jak tego po­trze­bo­wa­łam. Par­ker za­czął się po­ru­szać, wcho­dząc moc­niej i głę­biej, aż przy­gry­złam war­gę nie­mal­że do krwi.

Po chwi­li prze­nie­śli­śmy się na łóż­ko. Męż­czy­zna ob­ró­cił nas tak, że to ja by­łam na gó­rze, więc chwi­lo­wo prze­ję­łam ini­cja­ty­wę i za­czę­łam go ujeż­dżać. Od­chy­li­łam się nie­co do tyłu, opar­łam dło­nie o jego uda i ryt­micz­nie na­bi­ja­łam się na jego fiu­ta. Par­ker zła­pał mnie za bio­dra i za­czął ener­gicz­nie prze­su­wać po so­bie, po­war­ku­jąc przy tym ochry­ple. Czu­łam go tak do­kład­nie, każ­dy cen­ty­metr, każ­de pul­so­wa­nie, i wie­dzia­łam, że za­raz osią­gnę speł­nie­nie. Ści­snął mnie moc­niej, uniósł lek­ko, po czym na­bił na sie­bie tak moc­no, że gło­śno do­szłam z jego imie­niem na ustach, a on skoń­czył w na­stęp­nym ru­chu. To było cho­ler­nie do­bre, ale wie­dzia­łam, że za parę mi­nut wró­cę do sie­bie do domu, a ju­tro w pra­cy będę uni­ka­ła Par­ke­ra jak ognia.

ROZ­DZIAŁ 2

RI­LEY

Rano wsta­łam w cał­kiem do­brym hu­mo­rze i by­łam za­spo­ko­jo­na. Do mo­jej gło­wy pró­bo­wał się do­bić mo­ral­ny kac, ale sku­tecz­nie go prze­pę­dzi­łam. Jako do­ro­śli i wol­ni lu­dzie w koń­cu nie ro­bi­li­śmy nic złe­go. Przy­zna­łam jed­nak, że sy­tu­acja była nie­co nie­zręcz­na, bo pra­co­wa­li­śmy ra­zem. Mimo że nie wi­dy­wa­li­śmy się tak czę­sto w biu­rze, bo sie­dzie­li­śmy na in­nych pię­trach, to była jed­na fir­ma i ten sam bu­dy­nek. A gdy już uda­wa­ło mi się wy­rwać na lunch, wła­śnie Par­ke­ra spo­ty­ka­łam w knajp­ce na par­te­rze. Dziś po­sta­no­wi­łam od­pu­ścić so­bie prze­rwę. Zresz­tą mia­łam tyle pra­cy, że nie wie­dzia­łam w ogó­le, czy uda mi się wró­cić przed wie­czo­rem do domu.

Do fir­my do­tar­łam o wpół do ósmej - jak zwy­kle przed cza­sem. Zro­bi­łam so­bie kawę i za­bra­łam się do ro­bo­ty. Ow­szem, by­łam pra­co­ho­li­kiem, ale dzię­ki temu, że pra­ca tak mnie po­chła­nia­ła, nie mia­łam cza­su roz­my­ślać nad swo­ją sa­mot­no­ścią. Z jed­nej stro­ny prze­szka­dza­ło mi to, z dru­giej już się przy­zwy­cza­iłam. Je­dy­ne, cze­go się ba­łam, to to, że prze­pra­cu­ję całe ży­cie, nie zdą­żę się z ni­kim zwią­zać i zo­sta­nę zu­peł­nie sama. Mój szef jed­nak dbał o to, bym za czę­sto o tym nie my­śla­ła. Czas do po­łu­dnia spę­dzi­łam w biu­rze, nie wy­cho­dząc na­wet na chwi­lę. Ross wpadł do mnie na mo­ment, by mi po­wie­dzieć, że chce ze mną po­roz­ma­wiać, i po­le­cić, że­bym nie wy­cho­dzi­ła dziś wcze­śniej z pra­cy.

Ja i wcze­śniej­sze wyj­ście z pra­cy? Mo­gła­bym tu do­stać do­dat­ko­wy etat jako stróż.

W po­rze obia­do­wej zro­bi­łam się do­syć głod­na, więc za­pi­sa­łam pro­jekt i skie­ro­wa­łam się z biu­ra w stro­nę win­dy. Gdy drzwi się otwo­rzy­ły, zo­ba­czy­łam Par­ke­ra. Męż­czy­zna po­słał mi sze­ro­ki uśmiech i za­chę­cił dło­nią, bym we­szła.

- Skoń­czy­łeś na dziś? - za­py­ta­łam, prze­ry­wa­jąc nie­zręcz­ną ci­szę.

- Tak, prze­cież to pią­tek - skwi­to­wał. Dla mnie to nie sta­no­wi­ło róż­ni­cy. - Ty też?

- Nie, nie. - Za­śmia­łam się lek­ko. - Idę coś zjeść.

- To może pod­ja­dę póź­niej po cie­bie i wró­ci­my do mnie? - za­pro­po­no­wał nie­spo­dzie­wa­nie.

- Par­ker, mam wra­że­nie, że nie słu­chasz. - Po­ki­wa­łam gło­wą.

- Ri­ley, da­łaś mi do zro­zu­mie­nia, że nic z tego nie bę­dzie, dla­te­go nie pro­po­nu­ję ci wspól­nej przy­szło­ści, ślu­bu, dzie­ci, domu z ogród­kiem, tyl­ko do­brą za­ba­wę - po­wie­dział, sta­jąc bli­sko mnie. - A nie za­prze­czysz, że wczo­raj było nam bar­dzo do­brze - wy­chry­piał, na­chy­la­jąc się i za­kła­da­jąc mi pa­smo wło­sów za ucho.

Za­drża­łam, czu­jąc jego do­tyk na skó­rze. Oczy­wi­ście, że było nam bar­dzo do­brze, ale ro­mans z ko­le­gą z pra­cy nie wró­żył nic do­bre­go. Roz­nio­sło­by się to po ca­łej fir­mie. A gdy­by nam się nie uda­ło, by­ło­by do­syć dziw­nie spo­ty­kać się póź­niej w biu­rze, dla­te­go wo­la­łam tego unik­nąć. Par­ker prze­wier­cał mnie wzro­kiem, cze­ka­jąc na od­po­wiedź, choć prze­cież był pew­ny, że dzię­ki nie­mu mia­łam nie­sa­mo­wi­ty or­gazm. Gdy win­da się za­trzy­ma­ła, męż­czy­zna od­su­nął się ode mnie.

- Moje pię­tro - od­par­łam, mi­nę­łam go i wy­szłam na ko­ry­tarz.

Wciąż czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie, któ­re mnie roz­pa­la­ło.

- Ri­ley! - za­wo­łał mnie, a ja się od­wró­ci­łam. Nie my­li­łam się, aż pło­nął. - Wiesz, gdzie mnie szu­kać - rzu­cił krót­ko.

- Na ra­zie! - od­po­wie­dzia­łam i ru­szy­łam do bu­fe­tu.

Tym ra­zem za­mie­rza­łam grzecz­nie sie­dzieć w domu. Oczy­wi­ście, jak już do nie­go do­trę. Za kil­ka dni mam le­cieć na Bar­ba­dos, a do tego cza­su mu­szę do­koń­czyć wszyst­kie roz­po­czę­te spra­wy, ina­czej szef nie da mi spo­ko­ju. Cze­ka­ło mnie jesz­cze kil­ka bar­dziej pra­co­wi­tych dni, ale wie­dzia­łam, że nie­dłu­go od­pocz­nę. Na week­end za­pla­no­wa­łam za­ku­py. W so­bo­tę mia­łam skoń­czyć wcze­śniej, więc resz­tę dnia chcia­łam po­świę­cić na bie­ga­nie po skle­pach. Je­śli cze­goś mi brak­nie, do­ku­pię w nie­dzie­lę, bo w na­stęp­ny week­end już wy­la­tu­ję. Cie­szy­łam się jak małe dziec­ko na ten urlop i nie mo­głam się go już do­cze­kać.

Naj­pierw jed­nak obiad - żo­łą­dek do­ma­gał się je­dze­nia. Bę­dąc w związ­ku z Troy­em, sta­ra­łam się zdro­wo od­ży­wiać, po­nie­waż mój chło­pak był die­te­ty­kiem. Uło­żył mi plan ży­wie­nio­wy, uwzględ­nia­jąc mój sza­lo­ny tryb ży­cia, a ja na­praw­dę pró­bo­wa­łam się go trzy­mać, jed­nak na dłuż­szą metę bra­kło mi mo­bi­li­za­cji, a gdy roz­sta­łam się z Troy­em, to i chę­ci się skoń­czy­ły. Za­czę­łam ja­dać szyb­kie da­nia z bu­dek z fast fo­odem, a gdy mia­łam wię­cej cza­su albo ocho­tę na coś eks­tra, za­ma­wia­łam po­sił­ki z mo­jej ulu­bio­nej knajp­ki lub re­stau­ra­cji. Troy za­wsze szy­ko­wał mi do pra­cy lunch, za­zwy­czaj była to sa­łat­ka owo­co­wa, kok­tajl lub pud­ding. Bra­ko­wa­ło mi tego. Bra­ko­wa­ło mi tego, że ktoś się mną in­te­re­su­je, że ko­goś ob­cho­dzę.

Zja­dłam obiad i choć mia­łam jesz­cze wol­ne pięt­na­ście mi­nut, wró­ci­łam do biu­ra. Nie było sen­su tra­cić cza­su. Skoń­czę wcze­śniej, to wcze­śniej wró­cę do domu.

- Pan­no Mit­chell... - Pod­nio­słam wzrok znad kla­wia­tu­ry, sły­sząc głos sze­fa. - Moje gra­tu­la­cje. Upton jest za­chwy­co­ny - do­dał z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Spró­bo­wał­by nie być - prych­nę­łam, na co męż­czy­zna nie­co się skrzy­wił, ale nie sko­men­to­wał mo­jej wy­po­wie­dzi.

Ma­xi­mi­lian Ross był do­stoj­nym męż­czy­zną w śred­nim wie­ku. Miał dwój­kę dzie­ci: syna i cór­kę, ale od pięt­na­stu lat był roz­wod­ni­kiem. Stwo­rzył tę fir­mę i od­dał jej się cał­ko­wi­cie, sta­wia­jąc ją na pierw­szym miej­scu - przed ro­dzi­ną. Kie­dyś mi po­wie­dział, że po­cząt­ko­wo uwa­żał, iż to po­świę­ce­nie dla pra­cy znisz­czy­ło jego mał­żeń­stwo, ale z cza­sem do­szedł do wnio­sku, że po pro­stu on i żona nie pa­so­wa­li do sie­bie. Nie wie­dzia­łam, co tak na­praw­dę o tym my­śleć. W koń­cu nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­glą­da­ło jego mał­żeń­stwo. Cza­sa­mi od­no­si­łam wra­że­nie, że idę w jego kie­run­ku. Bar­dzo sku­pia­łam się na ro­bo­cie, od­da­wa­łam jej cał­ko­wi­cie. I tym spo­so­bem po­świę­ci­łam już je­den zwią­zek. Może cze­kał mnie taki sam los, jaki spo­tkał mo­je­go sze­fa?

- Mam dla pani pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia - po­wie­dział po chwi­li.

Wszyst­kie jego pro­po­zy­cje były nie do od­rzu­ce­nia.

- Jaką? - za­py­ta­łam z za­cie­ka­wie­niem.

- Fir­ma Clarks & Go­ods wcho­dzi na ry­nek z nową li­nią ko­sme­ty­ków - od­po­wie­dział. - Agen­cja Fi­rios... - Och, na­sza naj­więk­sza kon­ku­ren­cja. - Mia­ła się za­jąć ich kam­pa­nią re­kla­mo­wą, ale nie speł­ni­ła ocze­ki­wań - wy­ja­śnił. - Ro­zu­mie pani, co to dla nas zna­czy?

Do­sko­na­le.

- Zło­ży­my im pro­po­zy­cję?

- Do­kład­nie tak. - Uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo. - Oczy­wi­ście, chciał­bym, by to pani się tym za­ję­ła.

- Dzię­ku­ję. - Pod­nio­słam na nie­go spoj­rze­nie.

- Spo­tka­nie z nimi od­bę­dzie się w Dal­las, dzie­sią­te­go lu­te­go - po­in­for­mo­wał.

- Dzie­sią­te­go? - po­wtó­rzy­łam.

- Tak - przy­tak­nął.

- Dzie­wią­te­go wra­cam z urlo­pu - przy­po­mnia­łam mu.

- Pan­no Mit­chell, wszyst­ko już spraw­dzi­łem. - Na te sło­wa unio­słam brwi. - O go­dzi­nie pierw­szej wy­lą­du­je pani w Co­lo­ra­do Springs, a o szó­stej ma pani lot do Dal­las.

- W ten sam dzień? - Nie opusz­czał mnie cień na­dziei, że szef żar­tu­je.

- Tak, pan­no Mit­chell. Czy to ja­kiś pro­blem? - za­py­tał tak, że nie mo­głam od­po­wie­dzieć ina­czej.

- Nie - za­pew­ni­łam krót­ko.

Po pra­wie dzie­się­cio­go­dzin­nym lo­cie z Bar­ba­do­su nie będę ma­rzy­ła o ni­czym in­nym jak o tym, by po­now­nie wsiąść do sa­mo­lo­tu.

- Fi­nan­so­wo bar­dzo się to pani opła­ci - za­chę­cił. - Z pew­no­ścią każ­dy chciał­by być na pani miej­scu.

Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym. My­śla­mi by­łam już na zło­ci­stej pla­ży w Brid­ge­town. Roz­ko­szo­wa­łam się pro­mie­nia­mi słoń­ca, wsłu­chi­wa­łam w szum fal i de­lek­to­wa­łam pysz­ny­mi drin­ka­mi ser­wo­wa­ny­mi przez przy­stoj­ne­go kel­ne­ra. Obie­ca­łam so­bie, że nie zmar­nu­ję ani mi­nu­ty z urlo­pu, i do­trzy­mam sło­wa. To bę­dzie mój czas, a po­tem wró­cę do rze­czy­wi­sto­ści.

- Pan­no Mit­chell? - Jak przez mgłę usły­sza­łam głos sze­fa. - Od­pły­nę­ła pani - stwier­dził nie­co su­ro­wo.

- Do­słow­nie... - Roz­ma­rzo­na po­sła­łam mu lek­ki uśmiech.

- Będę u sie­bie - po­wie­dział, po czym wstał z fo­te­la. - Czy prze­sła­ła mi już pani pro­jekt Gros­sa?

- Jesz­cze go spraw­dzam, za dwa­dzie­ścia mi­nut bę­dzie go pan miał w ma­ilu - za­pew­ni­łam go.

- W po­rząd­ku, w ta­kim ra­zie będę cze­kał.

Z pew­no­ścią. Prych­nę­łam w my­ślach.

Tak na­praw­dę skoń­czy­łam już pra­cę nad tym pro­jek­tem, ale mu­sia­łam się upew­nić, że jest do­pra­co­wa­ny w naj­mniej­szym szcze­gó­le, by nie zo­sta­wić sze­fo­wi pola do ko­men­to­wa­nia. Zresz­tą on był świa­do­my, że wszyst­ko, co mu od­da­ję, jest do­pra­co­wa­ne i do­piesz­czo­ne w każ­dym aspek­cie.

ROZ­DZIAŁ 3

RI­LEY

Wy­szłam z bu­dyn­ku lot­ni­ska, ścią­gnę­łam oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i ro­zej­rza­łam się do­oko­ła.

O cho­le­ra!

Na­wet w snach tak so­bie tego nie wy­obra­ża­łam. Już nie czu­łam, że tra­fi­łam do raju, ja by­łam tego pew­na. Słoń­ce jesz­cze świe­ci­ło, ogrze­wa­jąc mnie swo­imi pro­mie­nia­mi, a de­li­kat­ny po­dmuch wia­tru był nie­mal­że nie­wy­czu­wal­ny. Zdję­łam kurt­kę i prze­rzu­ci­łam ją przez wa­liz­kę. Ależ tu pięk­nie! W po­wie­trzu uno­sił się za­pach mor­skiej bry­zy, eg­zo­tycz­nych kwia­tów i do­brej za­ba­wy. Już nie mo­głam się do­cze­kać, aż do­trę do ho­te­lu i na do­bre roz­pocz­nę urlop.

Za­re­zer­wo­wa­łam naj­lep­szy apar­ta­ment w pię­cio­gwiazd­ko­wym ho­te­lu Gol­den Pe­arl. Były to moje naj­droż­sze wa­ka­cje, ale wie­dzia­łam, że dru­gie ta­kie szyb­ko nie na­dej­dą, więc nie ża­ło­wa­łam tych pie­nię­dzy. Mia­łam odło­żo­ne fun­du­sze na ta­kie przy­jem­no­ści, lecz do tej pory nie było oka­zji, by ich użyć.

Po­cią­gnę­łam za sobą wa­liz­kę i gdy zo­ba­czy­łam nad­jeż­dża­ją­cą tak­sów­kę, pod­bie­głam do kra­wę­dzi chod­ni­ka, by ją za­trzy­mać.

- To moja tak­sów­ka. - Wzdry­gnę­łam się, sły­sząc za sobą ni­ski mę­ski głos.

Od­wró­ci­łam się, by spoj­rzeć na czło­wie­ka, któ­ry mnie lek­ko wy­stra­szył. Wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny bru­net zgro­mił mnie wzro­kiem. Jego spoj­rze­nie wy­ra­ża­ło zmę­cze­nie i po­iry­to­wa­nie. Na ze­wnątrz było ja­kieś trzy­dzie­ści stop­ni, a on wci­snął się w ele­ganc­ki do­pa­so­wa­ny gar­ni­tur. Może przy­le­ciał na ja­kieś biz­ne­so­we spo­tka­nie?

Był nie­zwy­kle przy­stoj­ny i in­try­gu­ją­cy. Pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się od jego wło­sów i nada­wa­ły im zło­ci­sty blask, a jego lek­ko przy­mru­żo­ne oczy sta­wa­ły się co­raz bar­dziej ta­jem­ni­cze.

- To moja tak­sów­ka - po­wtó­rzył.

- Tak? A jest pod­pi­sa­na pań­skim na­zwi­skiem? - Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Pani so­bie żar­tu­je? - Zde­ner­wo­wa­ny prze­stą­pił z nogi na nogę, wsu­wa­jąc dło­nie w kie­sze­nie spodni. - Do­pie­ro co wy­lą­do­wa­łem, sie­dzia­łem pięć go­dzin w sa­mo­lo­cie.

- A ja je­stem po pra­wie dzie­się­cio­go­dzin­nym lo­cie - oznaj­mi­łam. - Nie, nie żar­tu­ję - fuk­nę­łam.

- Bez­czel­na - rzu­cił pod no­sem. Ot, i jego urok prysł.

Znie­cier­pli­wio­ny kie­row­ca za­czął nas po­na­glać.

- Pro­szę. - Roz­gnie­wa­ny nie­zna­jo­my otwo­rzył mi drzwi. - Bo za­raz się oka­że, że aby się do­stać do ho­te­lu, musi pani po­ko­nać całą wy­spę.

- Zdzi­wił­by się pan - od­po­wie­dzia­łam, mie­rząc go wzro­kiem i za­pa­mię­tu­jąc jego wy­gląd.

Męż­czy­zna już się nie ode­zwał, tyl­ko po­krę­cił gło­wą, po czym za­mknął drzwi i wło­żył moją wa­liz­kę do ba­gaż­ni­ka. Kie­row­ca ru­szył, a ja uświa­do­mi­łam so­bie, że nie po­dzię­ko­wa­łam fa­ce­to­wi na­wet za ten ba­gaż. Od­wró­ci­łam się jesz­cze na chwi­lę, żeby na nie­go spoj­rzeć.

Cho­le­ra! Na­praw­dę faj­ny. Choć był tro­chę bu­co­wa­ty, to mnie za­in­try­go­wał. Wy­glą­dał na ja­kie­goś przed­się­bior­cę. Z pew­no­ścią przy­le­ciał tu w in­te­re­sach, co ra­czej nie jest po­cie­sza­ją­ce, gdy wo­kół wszy­scy wy­po­czy­wa­ją i się re­lak­su­ją. W Co­lo­ra­do Springs było do­syć chłod­no. Po­go­da się po­psu­ła i gdy je­cha­łam na lot­ni­sko, na­wet za­czę­ło pa­dać, dla­te­go za­bra­łam ze sobą na wszel­ki wy­pa­dek kurt­kę, ale on w tym gar­ni­tu­rze pew­nie się go­to­wał. Ow­szem wy­glą­dał za­bój­czo, mógł­by jed­nak nie­co z sie­bie zrzu­cić...

Boże, o czym ja my­śla­łam?!

Le­d­wo się za­czę­ły moje wa­ka­cje, a mój umysł wziął so­bie wol­ne i po­sta­no­wił jak ja kom­plet­nie wy­po­cząć. Kil­ka mi­nut póź­niej, pod­czas któ­rych roz­my­śla­łam o nie­zna­jo­mym, do­tar­łam do ho­te­lu. Niech mnie ktoś uszczyp­nie, my­śla­łam. Wciąż nie wie­rzy­łam, że je­stem na Bar­ba­do­sie na wa­ka­cjach i że na­wet szef ży­czył mi uda­ne­go urlo­pu i za­po­mnie­nia o pra­cy - w to naj­trud­niej było uwie­rzyć. Za­bra­łam ba­ga­że i ra­do­snym kro­kiem we­szłam do środ­ka. Za­trzy­ma­łam się w pro­gu, przy­glą­da­jąc się pięk­ne­mu wnę­trzu. Wy­glą­da­ło jak pa­łac, ale bar­dzo no­wo­cze­sny. Ścia­ny po­kry­wa­ła far­ba w cie­płym żół­tym ko­lo­rze, a wszyst­kie me­ble, do­dat­ki i cały wy­strój utrzy­ma­no w la­zu­ro­wym od­cie­niu. Po­de­szłam do re­cep­cji, a tam przy­wi­ta­ła mnie mło­da dziew­czy­na.

- Ser­decz­nie wi­ta­my w na­szym ho­te­lu - po­wie­dzia­ła i po­sła­ła mi sze­ro­ki uśmiech. - W czym mogę pani po­móc?

- Ale tu pięk­nie... - Nie mo­głam wyjść z za­chwy­tu. - Mam za­re­zer­wo­wa­ny apar­ta­ment na na­zwi­sko Mit­chell - do­da­łam.

- Se­kund­kę. - Dziew­czy­na za­czę­ła wy­stu­ki­wać coś na kla­wia­tu­rze i spoj­rza­ła na mo­ni­tor. - Pani Ri­ley Mit­chell? - upew­ni­ła się.

- To ja - po­twier­dzi­łam z za­do­wo­le­niem.

- Już pa­nią mel­du­ję - po­in­for­mo­wa­ła mnie i po­da­ła mi ja­kieś do­ku­men­ty. - Pro­szę o pod­pis tu. - Wska­za­ła.

- Ja­sne - od­par­łam.

Oczy­wi­ście naj­pierw mu­sia­łam się za­po­znać z pi­smem. Była to umo­wa oraz re­gu­la­min ho­te­lu. Za­czę­łam go czy­tać, mimo że przej­rza­łam go wcze­śniej, bo był do­stęp­ny na stro­nie ho­te­lu. Po chwi­li przy­szła dru­ga ko­bie­ta, chy­ba me­ne­dżer­ka, bo prze­ka­za­ła tej pierw­szej ja­kieś pa­pie­ry i za­czę­ła tłu­ma­czyć coś na te­mat re­zer­wa­cji. Gdy pod­pi­sy­wa­łam do­ku­ment, usły­sza­łam zna­ny mi już głos. Męż­czy­zna roz­ma­wiał przez te­le­fon, ale był na tyle bli­sko, że go roz­po­zna­łam. Za­nim się od­wró­ci­łam, pod­nio­słam wzrok na me­ne­dżer­kę, któ­ra pro­mien­nie się do nie­go uśmie­cha­ła.

- Dzień do­bry, pa­nie Craw­ford - po­wie­dzia­ła ra­do­śnie. - Wi­ta­my w na­szym ho­te­lu.

- Dzień do­bry - od­po­wie­dział i sta­nął tuż obok mnie.

O cho­le­ra! Po­wo­li od­wró­ci­łam się w jego stro­nę, a on spoj­rzał na mnie py­ta­ją­co. Jego na pew­no się tu nie spo­dzie­wa­łam.

- To pani - bąk­nął i oparł się o blat, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku.

- Śle­dzi mnie pan? - za­py­ta­łam, a on za­śmiał się tak, że aż prze­łknę­łam śli­nę.

- Oczy­wi­ście - za­drwił. - Od dłuż­sze­go cza­su pa­nią śle­dzę, wiem o pani wszyst­ko, nie znam je­dy­nie pani imie­nia.

- Cie­ka­we.

- Hud­son - po­wie­dział i wy­cią­gnął do mnie rękę.

- Ri­ley - od­po­wie­dzia­łam i uści­snę­łam jego dłoń.

Gdy mnie do­tknął, po­czu­łam przy­jem­ne cie­pło roz­cho­dzą­ce się po moim cie­le. Uniósł lek­ko ką­cik ust, po­sy­ła­jąc mi de­li­kat­ny uśmiech. Kto wie, może na­wet zy­ska przy bliż­szym po­zna­niu...

- Pro­szę, klucz do pani apar­ta­men­tu - prze­rwa­ła nam re­cep­cjo­nist­ka, wrę­cza­jąc mi kar­tę do drzwi.

- Dzię­ku­ję.

- Mój apar­ta­ment rów­nież jest go­to­wy? - za­py­tał Hud­son, prze­no­sząc wzrok na dziew­czy­nę.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dzia­ła szyb­ko me­ne­dżer­ka. - Apar­ta­ment 2A jest do pań­skiej dys­po­zy­cji - do­da­ła.

- Świet­nie! - przy­tak­nął.

2A? Za­my­śli­łam się i zer­k­nę­łam na do­ku­men­ty. 2A. Prze­cież to mój apar­ta­ment. Spoj­rza­łam na dziew­czy­nę, któ­ra chy­ba po­wo­li orien­to­wa­ła się, że coś jest nie tak.

- 2A to mój apar­ta­ment - wtrą­ci­łam i na­gle wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wa­ły się w moją stro­nę.

- Jak to? - Me­ne­dżer­ka aż wy­trzesz­czy­ła oczy.

- Ja mam za­re­zer­wo­wa­ny 2A - po­wtó­rzy­łam, a Hud­son zmarsz­czył brwi.

- To jest ukry­ta ka­me­ra? - Ro­zej­rzał się wo­kół.

- Pro­szę dać nam chwi­lę, za­raz to wy­ja­śni­my - za­pew­ni­ła zde­ner­wo­wa­na ko­bie­ta.

Obie prze­glą­da­ły do­ku­men­ta­cję, spraw­dza­ły coś w kom­pu­te­rze, a ja z Hud­so­nem cze­ka­li­śmy na roz­wią­za­nie. Dwa mie­sią­ce temu re­zer­wo­wa­łam tu miej­sce i apar­ta­ment był wol­ny. To w re­zer­wa­cji Hud­so­na mu­sia­ło dojść do po­mył­ki.

- By­łam pierw­sza - rzu­ci­łam do Hud­so­na.

- Bo ukra­dłaś mi tak­sów­kę - przy­po­mniał.

- Mam na my­śli re­zer­wa­cję - spro­sto­wa­łam.

- To mój apar­ta­ment - po­wie­dział, na co za­czę­łam się śmiać.

- Zno­wu za­czy­nasz? - za­kpi­łam z nie­go. - Moja tak­sów­ka, mój apar­ta­ment - wy­mie­ni­łam drwią­co, a on wy­raź­nie się zi­ry­to­wał. - Czy ty je­steś ja­kimś kró­lem?

- Tak się skła­da, że je­stem tu już któ­ryś raz z ko­lei i za­wsze re­zer­wu­ję ten apar­ta­ment, a co roku przy­jeż­dżam tu w stycz­niu w tym sa­mym ter­mi­nie - wy­sy­czał. - Wszy­scy tu­taj o tym wie­dzą, praw­da? - zwró­cił się do ko­biet. One prze­ra­żo­ne spoj­rza­ły na nie­go.

- Jak­byś nie mógł w se­zo­nie... - prych­nę­łam. - Kto przy­jeż­dża na urlop w stycz­niu?

- I kto to mówi? - Prze­niósł gniew­ny wzrok na mnie.

- Bar­dzo prze­pra­sza­my za za­ist­nia­łą sy­tu­ację - za­czę­ła mó­wić me­ne­dżer­ka. - Zda­je się, że do­szło do po­mył­ki, oczy­wi­ście z na­szej stro­ny.

- Bez wąt­pie­nia - za­grzmiał Hud­son.

- Pro­szę wy­ba­czyć Agnes. - Ko­bie­ta spoj­rza­ła wście­kle na dziew­czy­nę. - Jest jesz­cze na okre­sie prób­nym, któ­ry z pew­no­ścią nie zo­sta­nie jej prze­dłu­żo­ny - mó­wiąc to, po­pa­trzy­ła na re­cep­cjo­nist­kę, a ta mało się nie roz­pła­ka­ła.

- A... ale... - wy­ją­ka­ła.

- Ty już le­piej nic nie mów. - Za­ci­snę­ła usta. - Sze­fo­wa ci tego nie da­ru­je - do­da­ła ci­szej, ale i tak to sły­sze­li­śmy.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem.

Czu­łam się nie­zręcz­nie i było mi żal tej dziew­czy­ny. Ow­szem, po­peł­ni­ła błąd, ale z pew­no­ścią nie­świa­do­mie. Sko­ro pra­co­wa­ła tu od nie­daw­na i jesz­cze była na okre­sie prób­nym, mo­gła nie wie­dzieć, że ten oto tu­taj jest trak­to­wa­ny jak ja­kieś bó­stwo.

- Do­brze, co w taki ra­zie pa­nie pro­po­nu­ją? - za­py­ta­łam.

- Przez dwa dni mamy jesz­cze wol­ny apar­ta­ment 1C i mo­że­my za­pro­po­no­wać po­kój na ostat­nim pię­trze - po­wie­dzia­ła z na­dzie­ją, że ja­koś uda nam się do­ga­dać.

- Ostat­nie pię­tro? - Hud­son zmarsz­czył brwi.

- Od­stą­pię ci je - stwier­dzi­łam.

- Nie, nie. - Po­krę­cił gło­wą. - To ja ci od­stą­pię ten po­kój.

- Nie chcę tak wy­so­ko.

- A niby dla­cze­go? - Zmie­rzył mnie wzro­kiem.

- Bo nie lu­bię. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- I po­my­śleć, że przy­le­cia­łaś sa­mo­lo­tem - rzu­cił z sar­ka­zmem.

- Po­kój jest rów­nież bo­ga­to wy­po­sa­żo­ny - za­chę­ca­ła me­ne­dżer­ka. Mło­da re­cep­cjo­nist­ka była tak wy­stra­szo­na, że nie po­tra­fi­ła wy­krztu­sić z sie­bie sło­wa. - Ofe­ru­je­my mi­ni­bar, te­le­wi­zję, do­stęp do In­ter­ne­tu, wan­nę z hy­dro­ma­sa­żem, a wi­dok z bal­ko­nu na oce­an wprost za­pie­ra dech w pier­siach.

- Spodo­ba ci się. - Pu­ści­łam Hud­so­no­wi oko.

- Chy­ba so­bie kpisz. - Oparł się dłoń­mi o blat, po­trzą­sa­jąc gło­wą.

- Nie rób scen. - Na­chy­li­łam się tak, by tyl­ko on mnie sły­szał. - Chy­ba nie chcesz, by ta dziew­czy­na stra­ci­ła pra­cę.

Nie mia­łam ocho­ty od­da­wać mu apar­ta­men­tu na par­te­rze, dla­te­go li­czy­łam, że uda mi się go prze­ko­nać, by to wła­śnie on wziął po­kój na ostat­nim pię­trze. Oczy­wi­ście po­świę­ci­ła­bym się, ale mu­sia­łam spró­bo­wać.

Hud­son po­pa­trzył na mnie, marsz­cząc brwi. Enig­ma­tycz­ne spoj­rze­nie męż­czy­zny dało mi do zro­zu­mie­nia, że w jego gło­wie ro­dzi się ja­kiś nie­ty­po­wy po­mysł, bo on też nie za­mie­rzał ła­two od­pu­ścić.

- Okej - po­wie­dział po chwi­li i pa­trząc na re­cep­cjo­nist­kę, kon­ty­nu­ował: - we­zmę ten po­kój na ostat­nim pię­trze i za­po­mni­my o ca­łej spra­wie, je­śli prze­ko­na pani Ri­ley, by zja­dła ze mną ko­la­cję.

Za­mu­ro­wa­ło mnie. Tyl­ko tyle i aż tyle.

W oczach dziew­czy­ny za­krę­ci­ły się łzy. Bez dwóch zdań za­le­ża­ło jej na tej pra­cy, a ja też nie chcia­łam, by stra­ci­ła ją przez tę sy­tu­ację. Ale pro­po­zy­cja Hud­so­na mnie za­sko­czy­ła. Nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go za­su­ge­ro­wał ko­la­cję ze mną?

- Bar­dzo pa­nią pro­szę - po­wie­dzia­ła bła­gal­nie, pa­trząc na mnie szklą­cy­mi się od łez ocza­mi. - Jest mi strasz­nie głu­pio z po­wo­du tej po­mył­ki. Obie­cu­ję, że już ni­g­dy do cze­goś po­dob­ne­go nie do­pusz­czę, o ile tyl­ko będę mia­ła taką szan­sę - do­da­ła ci­cho i spu­ści­ła wzrok.

Nie mia­łam ser­ca jej od­mó­wić i jemu chy­ba też.

- Zga­dzam się - od­po­wie­dzia­łam, a dziew­czy­na ode­tchnę­ła z ulgą i za­czę­ła mi dzię­ko­wać.

- Bar­dzo dzię­ku­je­my i jesz­cze raz naj­moc­niej prze­pra­sza­my - ode­zwa­ła się me­ne­dżer­ka. - Oczy­wi­ście zwró­ci­my panu pie­nią­dze - do­da­ła.

- Nie ma ta­kiej po­trze­by - od­parł, a ja unio­słam brwi. To był gest.

- Prze­pra­szam - po­wtó­rzy­ła skru­szo­na re­cep­cjo­nist­ka.

- W po­rząd­ku, po­pro­szę o klucz, a my... - od­wró­cił się do mnie - ...wi­dzi­my się o wpół do siód­mej.

- Zje­my tu­taj? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na.

- Nie­spo­dzian­ka - od­parł, po czym wziął klucz i ru­szył w kie­run­ku win­dy, a za­raz za nim po­szedł boy ho­te­lo­wy z ba­ga­żem.

Ten męż­czy­zna z pew­no­ścią był in­try­gu­ją­cy. Naj­pierw spo­tka­nie na par­kin­gu lot­ni­ska, po­tem w ho­te­lu. Wła­ści­wie to cie­szy­łam się, że po­now­nie na sie­bie wpa­dli­śmy - może w nie naj­lep­szej sy­tu­acji. By­łam cie­ka­wa jego i tej nie­spo­dzian­ki.

Po chwi­li i ja po­szłam w stro­nę swo­je­go apar­ta­men­tu. Kie­dy we­szłam do środ­ka, zro­zu­mia­łam, dla­cze­go Hud­son wła­śnie w nim się za­trzy­my­wał. To było ist­ne kró­le­stwo.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki