Walentynki 2024
WALENTYNKI
2024
1
Leo
Słuchałem, jak wchodzą po tylnych schodach, tych przeciwpożarowych,
prowadzących z bocznej uliczki. Ich kroki były pewne, nieśpieszne,
zamierzone. Czyli nie przyszli, żeby mnie zabić.
Tyle, jeśli chodzi o dobre wieści.
Szli po to, żeby mnie aresztować.
Kiedy los ci daje tylko takie dwie opcje, powinieneś poważnie przemyśleć
swoje decyzje życiowe.
To gliniarze. Miejscowi czy federalni? Sam nie wiedziałem, których
powinienem się bardziej obawiać. Za chwilę miałem się o tym przekonać.
Chwyciłem za telefon i wybrałem numer mojego wspólnika z kancelarii,
Montgomery'ego Morrisa.
- Szczęśliwych walentynek - przywitał się ze mną.
- Masz chwilę?
- Wychodzę właśnie na mecz Bullsów. A co?
- Będę potrzebował adwokata, Monty.
- Co? Dlaczego?
- To długa historia. Zostanę zatrzymany.
- Ale kiedy?
- Za jakieś jedenaście sekund - odparłem.
- Jedenaście sek... Bullsi grają dzisiaj przeciwko Giannisowi. Czy to
coś poważnego?
- Yyy... Chyba tak. Zależy, o co mnie oskarżą.
- A mają kilka opcji do wyboru?
- To zależy, czy będzie to FBI, czy miejscowa policja.
- I nawet tego nie wiesz? Coś ty znowu nawyprawiał, Leo?
Pierwsze piętro od drugiego, na którym mieszkam, dzieliło czternaście
stopni na schodach pożarowych. Najpierw siedem, potem podest i kolejne
siedem. Można by wydedukować, że razem z tymi łączącymi parter z pierwszym piętrem jest dwadzieścia osiem schodków. Ale w rzeczywistości
jest dwadzieścia dziewięć, ponieważ na samym dole znajduje się jeden
dodatkowy. A dwadzieścia dziewięć to nie tylko liczba pierwsza, ale też
suma trzech następujących po sobie kwadratów (dwóch do kwadratu, trzech
do kwadratu i czterech do kwadratu), co nie przynosiło mi ani trochę
ulgi w tamtym momencie, ale... taka była prawda.
Trzy... dwa... jeden.
Przed tylnym wejściem pojawiły się dwie osoby. Jedna to mężczyzna,
którego nie znałem. A druga to Mary Cagnola, pani sierżant z policji w Deemer Park. Oboje wyjęli odznaki, żeby mi je pokazać.
- To policja - wyjaśniłem Monty'emu i rozłączyłem się, zanim zdążyłby
odmówić.
Otworzyłem drzwi, wpuszczając do mieszkania lodowate powietrze.
- Pan Leo Balanoff? - odezwała się sierżant Cagnola.
Gdybym był luzakiem, rzuciłbym coś w stylu: "Co tak długo?".
- No proszę, a ja nie mam dla was kartek walentynkowych - powiedziałem
zamiast tego.
- Nie chodzi o walentynki, Leo. Przyszliśmy z nakazem aresztowania za
zabójstwo Cyrusa Balika.
Proces rejestracji w komisariacie w Deemer Park to prawdziwa gratka.
Zrobili mi zdjęcia, pobrali z ust próbkę DNA i jeszcze odciski palców.
Ale punktem kulminacyjnym była kontrola osobista. Kiedy słyszysz, jak
ktoś z trzaskiem wkłada na dłonie gumowe rękawiczki, a potem każe ci się
pochylić i rozstawić nogi, to zawsze daje impuls do przemyślenia
własnego życia. W każdym razie była to jedyna intymna akcja, jaką miałem
od wielu miesięcy...
Pokój przesłuchań "A" w komisariacie policji Deemer Park był równie
ekscytujący, co kabina deprywacji sensorycznej. Ściany pokryte
drewnianymi panelami pomalowanymi na biało. Dacie wiarę? Siedziałem przy
starym, chwiejącym się stole, na niewygodnym, drewnianym krześle, które
miało nierówne nogi. Nierówne jak ramiona wagi sprawiedliwości. Może
dałoby się to wkomponować w jakiś tekst...
Cagnola i Dignan siedzieli naprzeciwko mnie. Tego drugiego dopiero co
poznałem. Miał zaczerwienioną cerę, konkretną czuprynę i twarz, która
zaczynała się poddawać upływowi czasu. Był porządnie po czterdziestce,
więc pewnie niedługo miało mu stuknąć dwadzieścia lat służby i przymierzał się do emerytury. Mogę się założyć, że często o tym myślał.
Udawał opanowanego i zuchwałego, żeby mnie onieśmielić, ale tak naprawdę
był mocno zdenerwowany. Zauważyłem, że nerwowo porusza nogą.
I słusznie. Powinien się denerwować.
- Będziesz z nami rozmawiał, Leo? - Czyli przesłuchanie miała
poprowadzić Cagnola. To ciekawe, szczerze mówiąc. Byłem zaskoczony jej
obecnością w tym pokoju. Wyglądała na zmęczoną, ale poza tym nic się nie
zmieniła od ostatniego razu, kiedy ją widziałem. Miała zimne, niebieskie
oczy, które dominowały na jej twarzy i ciemne blond włosy związane w kucyk. A postawą mówiła do mnie: "pierdol się".
- Nie zabiłem Cyrusa Balika - powiedziałem. - Wysłucham, co macie do
powiedzenia, ale to wszystko jest... wielkim błędem wymiaru
sprawiedliwości.
Czułem, że te słowa po prostu musiały paść.
Cagnola powstrzymała uśmiech. Spojrzała na mojego adwokata, Monty'ego, i potem znowu na mnie, kiwając głową, jakby mówiła: "Wierzysz mu?".
A tak przy okazji, odpowiedź na to pytanie brzmiała "nie". Monty
prawdopodobnie nie całkiem mi wierzył. A to z kolei nigdy nie wróżyło
dobrej współpracy na linii adwokat-klient.
- Dobrze. Cóż, na początek możesz nas wysłuchać. - Cagnola poprawiła się
na krześle. - Ale i tak już wiesz, co zaraz powiem.
Normalnie skrzyżowałbym ramiona, jednak nie jest to łatwe w kajdankach,
no chyba że byłbym zwinny jak Houdini.
Fajnie byłoby móc się tak wykręcać.
- Zacznijmy od tego, że nikt w tym pokoju nie nosi żałoby po Cyrusie
Baliku. Ten facet był najgorszy z najgorszych. Handlował ludźmi,
narkotykami, przemycał broń i kto wie, za ile morderstw odpowiadał.
Wabił kobiety, robił z nich narkomanki i prostytutki, przeżuwał je i wypluwał. Był kimś, kogo określamy niszczycielem. Zrujnował życie wielu
ludziom. Trzeba przyznać, że oddałeś światu przysługę, Leo.
Proszę bardzo.
- Zatem jeśli będziesz z nami współpracował, powiesz, co wtedy zaszło,
to ja będę rekomendowała dla ciebie łagodny wyrok.
Kiwnąłem głową, jakbym rozważał jej propozycję. Ale tylko udawałem.
- Nie pierwszy raz złamałeś prawo - kontynuowała. - Na studiach pobiłeś
policjanta.
- Wcale go nie pobiłem - odparłem.
- Oczywiście, że nie. Nie zrobiłeś tego. Tylko przyznałeś się do czegoś,
czego nie zrobiłeś, tak? To się przecież ciągle zdarza, prawda?
To się zdarza częściej, niż ludzie myślą.
- Jednak my na tym skorzystaliśmy - mówiła dalej. - Dzięki tamtemu
aresztowaniu zyskaliśmy twoje DNA i odciski palców. A te okazały się
bardzo przydatne.
Taaa, więcej o tym w następnych odcinkach, jak znam życie.
- No i był jeszcze tamten numer, który wykręciłeś, już jako prawnik.
Dopuściłeś się oszustwa sądowego. I straciłeś prawo wykonywania zawodu
na... Ile wtedy dostałeś? Tyle co nic?
Tak, dostałem zawieszenie na pięć lat. Rok temu odzyskałem uprawnienia.
To długa historia.
- I byłeś... Tamta komisja dyscyplinarna zatrudniła eksperta, który
zdiagnozował cię jako patologicznego kłamcę. Tak? Jesteś patologicznym
kłamcą?
Innymi słowy mówiła: "No dalej, spróbuj się z tego wykręcić. I tak nikt
ci nie uwierzy".
- Podobno - odparłem, co nie było równoznaczne z odpowiedzią twierdzącą.
Cagnola wydawała się zadowolona ze swojej przemowy.
- Więc porozmawiajmy o powodach twojej dzisiejszej obecności tutaj.
Wiemy, że chciałeś nakłonić policję do przyciśnięcia Cyrusa Balika.
Wiemy, że twoja... yyy... klientka, Bonnie Tressler, miała zeznawać
przeciwko niemu. I wiemy, że ona nie żyje.
- Została zamordowana - poprawiłem ją.
Monty położył mi dłoń na ramieniu.
- Teraz tylko słuchamy.
- Została zamordowana - powtórzyła za mną Cagnola, zadowolona, że mogła
wykorzystać moje słowa. - Zamordowana przez Cyrusa? Tak sądzisz? To
znaczy o to właśnie poszło, tak? Twoim zdaniem Cyrus zamordował Bonnie.
Oczywiście, że tak myślałem. To w naszej profesji nazywało się moim
"motywem".
Monty znowu się wtrącił.
- Tylko słuchamy.
Cagnola przytaknęła, ale patrzyła na mnie, nie na niego.
- I wiemy, że pojechałeś potem do Cyrusa Balika, już po śmierci Bonnie.
To była prawda.
- I wiemy, że to spotkanie nie potoczyło się dobrze.
A to z kolei niedopowiedzenie. To tak, jakby powiedzieć, że dziewiczy
rejs Titanica nie przebiegł zgodnie z oczekiwaniami.
- A niedługo potem Cyrus umiera od rany kłutej.
Przyjąłem.
- A technicy - powiedziała, przyglądając się mojej reakcji - znaleźli
twoją krew i twoje DNA na rękawie koszuli Cyrusa.
Dobra, pierwszy przyznam: to wszystko nie potoczyło się zgodnie z planem.
- A na nożu wbitym w szyję Cyrusa znaleźliśmy twoje odciski palców.
Nie będę owijał w bawełnę: to było żenujące niedopatrzenie.
- Więc? - Cagnola rozłożyła ręce. - Mamy motyw i mamy dowody, że byłeś
na miejscu zdarzenia z nożem w dłoni. Mamy cię, Leo. Już po tobie.
Chciałbyś coś dodać?
Raczej nie. Miałem alibi, ale takie, które nie utrzymałoby się w sądzie. A szansa, że przy badaniu DNA nastąpiła pomyłka, była jedna na
miliard.
- Może to była obrona konieczna? - powiedziała Cagnola, podpuszczając
mnie.
Nie, nie była. I ona to wiedziała. Przynajmniej nie obrona zgodna z prawną definicją.
- Może to była chwila paniki? - spróbowała znowu.
Na pewno nie paniki.
- Masz teraz okazję sobie pomóc - odezwał się Dignan. - Wyjaśnić, jak do
tego doszło.
Spojrzałem na Monty'ego. Nie mogło mi pomóc nic, co bym im powiedział.
Wiedzieliśmy to obydwaj.
Po raz pierwszy w życiu nie mogłem wykręcić się z czegoś ładną gadką.
Rok wcześniej. Styczeń 2023
ROK WCZEŚNIEJ
STYCZEŃ 2023
2
Leo
- Nadal męczą mnie koszmary. Nadal się go boję. Czy to nie dziwne? -
spytała. Bonnie Tressler siedziała na kanapie z kolanami podciągniętymi
pod brodę, a cienie tańczyły na jej twarzy. Przygryzała paznokieć kciuka
i wpatrywała się w widoczny z okna jej mieszkania ceglany mur, który
znajdował się po drugiej stronie uliczki. W przygaszonym świetle, ze
swoimi zapadniętymi oczami, wyglądała na o wiele starszą niż
czterdzieści dziewięć lat. Kilka dekad nadużywania narkotyków zrobiło
swoje.
- To wcale nie jest dziwne - odparłem.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale także z pewnością, że nigdy tego
nie zrozumiem.
- Mam już dość tego strachu. To znaczy... - Wypuściła powietrze. -
Uciekłam od niego dwadzieścia lat temu. On już dawno zdążył o mnie
zapomnieć. Zresztą teraz i tak byłabym dla niego zupełnie bezużyteczna.
Spójrz tylko na mnie. Ćpunka w średnim wieku?
Bonnie nie wyglądała źle. Miała mysie włosy poprzetykane niebieskimi
pasemkami i przekłute różne miejsca na twarzy, a jednocześnie widać
było, że wiele w życiu przeszła.
- Już eksćpunka - zaznaczyłem.
Po trzy kolczyki w każdym uchu, jeden nad wargami, jeden w płatku nosa i jeden w samym środku dołka w policzku. Do tego pięć tatuaży w widocznych
miejscach: po jednym na każdej kostce, małe serduszko na prawym
policzku, krzyż na przedramieniu i czaszka na karku. Od kiedy zaczęliśmy
rozmawiać, skrzyżowała i rozplotła nogi już sześć razy i oblizała usta
(to taki nerwowy odruch) siedem razy.
Czasami liczyłem różne rzeczy.
- Nie musisz nam nic mówić - odezwał się siedzący obok niej Trace,
kładąc dłoń na jej dłoni. - Wiem, że cię namawiałem, ale nie musisz tego
robić, Bon. Wszystko jest okej.
Uśmiechnęła się do niego łagodnie, a w oczach wezbrały jej łzy.
- Nie, nic nie jest okej. A wiesz dlaczego? Bo on może właśnie robić to
kolejnej kobiecie. I najprawdopodobniej to robi.
Pewnie tak było. Kimkolwiek był, jeśli nie siedział w więzieniu albo nie
był martwy, to z pewnością nadal żerował na kobietach. Handel ludźmi
przynosi zbyt duże zyski, żeby go sobie odpuścić. A ludzie, którzy się
nim trudnią, niekoniecznie mają sumienie.
- Pieprzyć to. - Wyprostowała się, zebrała dłońmi włosy z tyłu głowy.
Stary grzejnik akurat w tej chwili postanowił ryknąć i syknąć. - Cyrus -
powiedziała. - Tak ma na imię - dodała, a potem roztrzepała włosy i ze
zdecydowaną miną wypuściła powietrze, które wstrzymywała od dwudziestu
lat. - To Cyrus Balik.
- Pójdziemy z tym na policję. Pójdę z tobą - wtrąciłem szybko, widząc
minę Bonnie. - Zostanę twoim adwokatem, więc to ze mną będą musieli
rozmawiać.
- Możesz już to robić? Wróciłeś do zawodu?
- W zeszłym tygodniu przywrócono mi licencję.
W ubiegły piątek zakończył się mój pięcioletni okres zawieszenia.
Odzyskałem prawo do wykonywania zawodu.
To długa historia. A w wersji skróconej brzmiała tak: spierdoliłem.
- Znamy jedną glinę w Deemer Park, prawda? - odezwał się Trace,
oczekując na moją reakcję.
- Ach, no tak, Andi. - Bonnie się ożywiła. - Oczywiście! Ale... Wypadłeś
przecież z jej łask.
- Tak, na pięć lat. - Rzuciłem spojrzenie Trace'owi. - I nie
zamieniliśmy w tym czasie ani słowa. Andi zareaguje na mój telefon jak
na widok gigantycznego korka na trasie.
- No, ale to do niej powinniśmy zadzwonić. - Trace rozłożył dłonie.
Podrapałem się po szyi.
- Myślałem raczej o federalnych - wyjaśniłem. - O FBI.
Ale Trace miał rację. To Andi powinna się tym zająć, bo - według
przypuszczeń Bonnie - w Deemer Park, czyli na jej terenie, Cyrus nadal
prowadził część swoich interesów.
- Okej, odezwę się do niej.
Wyjąłem telefon i napisałem do Andi krótką wiadomość:
Potrzebuję Twojej pomocy w sprawie klienta.
Nie chciałem ujawniać więcej w zwykłej wiadomości. Nacisnąłem "wyślij",
a potem napisałem jeszcze drugiego SMS-a.
Z tej strony Leo, tak na marginesie, jeśli skasowałaś mój numer.
- Mogła zmienić numer - zastrzegłem. - A nawet jeśli nie, to może
odpisać... za sto lat albo nigdy.
- I nie można jej za to winić - odezwała się Bonnie.
Wcale nie powiedziałem, że ją winię. Bo nie winiłem. Po tym, co
odwaliłem, to i ja sam zerwałbym ze sobą.
- A właśnie, że można. - Trace stanął w mojej obronie. - Zrobiłeś, co
trzeba. Postąpiłeś słusznie. Kogo to obchodzi, że złamałeś jakieś głupie
prawnicze zasady?
Jednak kogoś obchodziło, a dokładnie Najwyższy Sąd Stanowy. Pięcioletnie
zawieszenie prawa wykonywania zawodu to nie byle klaps.
Telefon mi zabzyczał. To Andi. Szybko.
Odeszłam z policji. Działam teraz w ochronie. Zadzwoń do sierż. Mary
Cagnola, w Deemer Park. Ufam jej.
Czułem, że się rumienię. Andi odeszła z policji? Andi, którą znałem,
nigdy by tego nie zrobiła. To, co właśnie do mnie dotarło, poruszyło
mnie tak mocno, jak jeszcze nigdy: już jej nie znałem. Już wszystko
skończone. Odeszła. Na zawsze.
- Poważnie? - odezwał się Trace, kiedy pokazałem mu wiadomość.
Przeczytał ją na głos, jakby była napisana w obcym języku. - Andi nie
jest już gliną? O co tu, kurwa, chodzi? - powiedział i rzucił telefonem
o podłogę. A potem go kopnął.
- To mój telefon, T, nie twój.
3
Chris
- Dobrze, upewnię się, czy dobrze zrozumiałem - powiedział agent
specjalny Christopher Roberti, siedzący naprzeciw Bonnie Tressler i jej
adwokata Leo Balanoffa. Obok stała sierżant Mary Cagnola z policji w Deemer Park, prywatnie siostra Robertiego, która wprowadziła go w sprawę. - Pani Tressler...
- Bonnie - poprawiła go. - Wszyscy tak do mnie mówią.
Bonnie i jej adwokat przyglądali mu się, a przynajmniej takie Chris
odnosił wrażenie. Miał świadomość, że czupryna nie do końca jeszcze mu
odrosła, że coś tam dopiero kiełkuje. Że skóra na twarzy obwisała po
znaczącej utracie wagi. Że jego ubrania nie leżały dobrze: kołnierzyk
koszuli był za luźny, a ramiona marynarki zwisały. Zastanawiali się na
pewno, czy chodzi o drastyczną dietę, czy chorobę... A takie włosy
wskazywały raczej na to drugie.
- Okej, Bonnie - poprawił się. - Twierdzisz, że uciekłaś z domu w Indianie, kiedy miałaś czternaście lat. Zostałaś uwięziona przez Cyrusa
Balika, który cię narkotyzował i wielokrotnie zgwałcił. A potem zaszłaś
w ciążę.
- Zgadza się - przytaknęła, bawiąc się dłońmi i spoglądając co chwila na
Balanoffa, swojego adwokata. - Kiedy się dowiedziałam, od razu
przestałam brać. W ciąży byłam czysta.
- Okej, rozumiem. - Chris się uśmiechnął. - Potem urodziłaś, ale Cyrus
nadal przetrzymywał cię u siebie.
- Tak. On nie pozwalał... Nie wolno nam było wychodzić na zewnątrz. W środku budynku było takie jakby podwórko. Tam pozwalał nam chodzić.
- Nam? Czyli były tam też inne kobiety?
- No tak, kilka. Nie wiem, ile. Niektóre widywałam. Może sześć,
dziesięć?
- Dobrze. A kiedy twój syn miał cztery lata, Cyrus odebrał ci go.
Bonnie przytaknęła, krzywiąc się.
- Sądzisz, że sprzedał dziecko?
- Wiemy, że to zrobił - odezwał się Balanoff po raz pierwszy.
Chris spojrzał na niego.
- Komu? Czarny rynek? Sieć pedofilska?
- Dojdziemy do tego w odpowiedniej chwili.
Chris odchylił się na krześle. - Ta chwila jest odpowiednia. Sami
przecież do mnie przyszliście.
- Powiemy ci więcej o jej synu, kiedy będziemy mieli pewność, że coś z tego wyjdzie. Do tego czasu Bonnie nie będzie ryzykowała ujawnienia jego
tożsamości.
Chris spojrzał na siostrę.
- Niech pan posłucha, panie... Balanoff?
- Proszę mi mówić po imieniu.
- Leo, ja próbuję zamknąć Cyrusa Balika od pięciu lat. Jeśli macie coś
na niego, to z wielką ochotą spowoduję, że coś z tego wyjdzie. Ale jak
dotąd... Słuchajcie, wierzę wam. Wierzę ci, Bonnie. W stu procentach.
Ale nie jestem pewien, co mi to da. Po pierwsze, to się wydarzyło ponad
trzydzieści lat temu. A to oznacza, że, jak na tę chwilę, będę miał
tylko słowo przeciwko słowu i poważny problem z przedawnieniem.
- Po pierwsze - odparł Balanoff. - Nie ma problemu z przedawnieniem.
Istnieje minimum jeden zarzut dotyczący zbrodni handlu ludźmi, który nie
podlega przedawnieniu. A jeśli chodzi o dowody, to nie ma tu mowy o słowie przeciwko słowu. Bonnie urodziła dziecko. To możemy udowodnić. Po
DNA możemy dowieść, że to akurat dziecko jest jej. I możemy też
udowodnić, kiedy ono się urodziło... I to, ile Bonnie miała wtedy lat.
- Tak, rozumiem. Ale jak możemy to powiązać z... Ach... - Chris mocno
skinął głową. Wreszcie załapał. - Twierdzicie, że to Cyrus jest ojcem?
- Cyrus jest ojcem. Zdobądź próbkę jego DNA. To dowiedzie, że rodzicami
dziecka są Bonnie i Cyrus. On ma teraz trzydzieści cztery lata. Bonnie
zaś ma czterdzieści dziewięć. Czyli...
- Czyli to prosta matematyka. - Mary uderzyła dłonią w blat stołu. -
Czterdzieści dziewięć odjąć trzydzieści cztery daje piętnaście. Miałaś
piętnaście lat, kiedy rodziłaś.
Bonnie kiwnęła głową.
- Czternaście, kiedy mnie zaciążył.
- Wow. To naprawdę może się udać. - Mary spojrzała na brata.
- Ale nie dostanę zgody na zbadanie DNA potencjalnego ojca dziecka bez
rzeczonego dziecka - odparł Chris.
- Jest potrzebny prawdopodobny motyw - wytłumaczył Bonnie Leo. - Nie
można, ot tak, pobrać od kogoś próbki DNA. Potrzebny jest nakaz. A jemu
chodzi o to, że nie dostanie nakazu bez wcześniejszej rozmowy i pobrania
próbki od twojego syna.
Bonnie pokręciła głową, bardziej ze złości niż innego powodu.
- Wykaż się kreatywnością - zwrócił się Leo do Chrisa. - Próbkę DNA
można zdobyć na wiele sposobów. On pije ze szklanki, a ty ją zwijasz.
Gasi papierosa albo wypluwa gumę... Na to nie potrzebujesz nakazu.
Chris pomyślał przez chwilę, coraz bardziej zachęcony tym pomysłem.
- Wykazać się kreatywnością - powiedział. - To mogę zrobić.
Trzy tygodnie później Chris przechodził pod rozwiniętą policyjną taśmą.
Postawił kołnierz płaszcza, osłaniając się od zimnego wiatru.
- Gdzie jesteś? - odezwał się do kogoś przez telefon.
- W piwnicy. Schodami z tyłu.
Jednopiętrowy budynek w Humboldt Park wyglądał pod każdym względem na
niegdyś obiecujący pierwszy dom, który potem uległ całkowitemu
zniszczeniu. Miasto starało się zamykać dostęp do takich miejsc, ale
ćpuny były w tym temacie bardzo zaradne. Trudno się oprzeć pokusie
posiadania dachu nad głową lodowatą zimą, taką jak ta teraz. Idealne,
ciche miejsce, żeby dać sobie w żyłę.
Już sam zapach, który poczuł Chris, kiedy wszedł do środka, torując
sobie odznaką drogę wśród licznie zgromadzonych chicagowskich
policjantów, już sam ten zapach mówił wszystko o tym miejscu. Gęsty,
cierpki, bardziej jak w zoo niż we wnętrzu, w którym mieszkały istoty
ludzkie. Ale wystarczy odciąć bieżącą wodę i ludzie zaczną srać i oddawać mocz, gdzie popadnie.
Chris wstrzymał oddech i odnalazł schody, mijając kolejnych policjantów,
którym pokazywał swoją odznakę, choć nawet na nią nie zerkali.
Mary stała w rogu z odznaką zawieszoną na szyi, świecąc latarką na
kobietę, która leżała tuż obok z martwym wzrokiem i pianą na ustach.
Zaledwie trzy tygodnie wcześniej wyglądała zupełnie inaczej.
- Potwierdziliście tożsamość?
Mary przytaknęła, ale Chris i tak rozpoznał Bonnie Tressler z tymi jej
charakterystycznymi niebieskimi włosami, kolczykami i tatuażami.
- Myślisz, że zaczęła znowu brać? - spytała Mary.
- Za cholerę nie. Spotkaliśmy się trzy tygodnie temu, była czysta,
trzeźwa i zdeterminowana, znalazła adwokata i tak dalej. A teraz nagle
miałaby przedawkować? To był Cyrus. Cholera jasna. - Chris zakręcił się
dookoła własnej osi. - Gdzie... Gdzie popełniłem błąd? Jakim cudem
dostał o nas cynk? Zawęziliśmy krąg tak, że mysz by się nie przecisnęła.
A on i tak się dowiedział.
- Oni mają oczy dookoła głowy - powiedziała Mary. - I uszy. Mają je
wszędzie. Są dobrzy. Cholernie dobrzy.
Chris spojrzał w martwe oczy Bonnie Tressler.
- W takim razie my musimy być lepsi - stwierdził.
Obecnie. Styczeń 2024. Sześć tygodni przed walentynkami
OBECNIE
STYCZEŃ 2024
Sześć tygodni przed walentynkami
4
Leo
Sądny dzień. Taką przynajmniej miałem nadzieję. Bardzo chciałem, żeby to
się już skończyło.
Żeby dotrzeć do sali sądowej, musieliśmy się przedrzeć przez cały tłum
dziennikarzy i kamerzystów. Od windy do sali były czterdzieści trzy
kroki, a przynajmniej moje kroki. Czterdzieści trzy to najmniejsza
liczba pierwsza, którą można wyrazić jako sumę dwóch, trzech, czterech
lub pięciu różnych liczb pierwszych. Wolałbym tego nie wiedzieć.
Prokuratorzy, oskarżyciele posiłkowi, czyli dwóch mężczyzn i kobieta,
byli już na miejscu. Monty zawsze mówił na nich "dyrektorzy domu
pogrzebowego", bo byli to ludzie poważni aż do bólu, w czarnych
garniturach i białych koszulach, nie wspominając o ich absolutnym braku
zdolności do uśmiechu. To byli zawsze młodzi prawnicy po modnych
szkołach i z atrakcyjną pracą, w której szlifowali umiejętności po to,
żeby potem zboczyć na drogę prywatnej działalności i zarabiać tam
absurdalne kwoty na reprezentowaniu pozwanych jako (i tu uwaga) "byli
prokuratorzy federalni". Tymczasem jednak pozowali na bez reszty
zaangażowanych w swoją rolę i świętszych od papieża... Coś w stylu:
"skupmy się na faktach" i takie tam...
Nasz klient, Peter Sahin, który wszedł właśnie do sali z żoną Evą, witał
się z synami obecnymi już na miejscu pocałunkiem w oba policzki. Rozpiął
marynarkę i sięgnął do nadgarstków, żeby poprawić mankiety, ale nagle
zdał sobie sprawę, że nie włożył dziś koszuli z podwójnym mankietem.
Zakazaliśmy mu zakładania spinek do mankietów. Oraz tej do krawata. Nic
eleganckiego. Chodziło o to, żeby nie wyglądał na bogatą szuję.
W lewej kieszeni zawibrował mi telefon. Nie był to mój iPhone, tylko
telefon na kartę. Wyjąłem go i pod blatem sprawdziłem, kto się dobija.
Właściwie mogła to być tylko jedna osoba. Trace.
Wygrałeś już? Możemy już o tym zapomnieć?
Odpisałem mu: Cierpliwości, wyluzuj i wsunąłem
telefon z powrotem do kieszeni.
Peter ze zdenerwowania nie mógł usiedzieć w miejscu. Wyraz twarzy miał
niewzruszony (zawsze szczycił się zdolnością do ukrywania emocji), ale
jego zachowanie wskazywało na coś zupełnie przeciwnego. Na przykład w tym momencie pocierał palcem o palec, jakby chciał w ten sposób rozpalić
ogień.
- Spóźnia się - szepnął.
- Sędzia nigdy się nie spóźnia - przypomniałem mu. - A ona jest sędzią.
Po raz pierwszy wyjąłem telefon z prawej kieszeni, tego mojego
"codziennego" iPhone'a. Cztery po wyznaczonej godzinie. Nie lubię
czwórki. Wolę liczby nieparzyste. I te podzielne przez trzy.
Peter, od którego aż biła nerwowa energia, spojrzał na mnie.
- Nie znoszę czekania.
To może trzeba było nie dawać łapówki radnemu.
- Dzisiaj moja mama kończyłaby dziewięćdziesiąt pięć lat - mówił dalej,
cały czas się wiercąc.
Dziewięćdziesiąt pięć to liczba półpierwsza, jej czynnikami pierwszymi
są liczby dziewiętnaście i pięć, przy czym obie to liczby pierwsze.
- Może to przyniesie mi szczęście. - Spojrzał na mnie. - Masz z mamą
bliskie relacje?
Nie za bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Zwłaszcza na własny temat. Ale
tak ogólnie, po prostu nie przepadam za tym.
- Moja matka nie żyje - odparłem.
- Musiała umrzeć młodo.
Przytaknąłem.
- Zginęła w Afganistanie.
- Na polu walki?
- No. Była oficerem operacyjnym CIA. Podczas operacji Anakonda jej
konwój został zaatakowany w dolinie Shah-e-Kot. Zajmując pozycję
obronną, mama przetoczyła się po minie lądowej.
Zastanawiałem się, czy ktokolwiek kiedykolwiek zginął w ten sposób. To
by dopiero była historia.
- To... Przykro mi.
- Mnie też.
- Proszę wstać - odezwał się woźny, kiedy sędzia weszła na salę.
Dokładnie o godzinie 9.06 rano.
Dziewięćset sześć to liczba, która wygląda tak samo po odwróceniu o sto
osiemdziesiąt stopni. Może życie Petera Sahina też miało się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni.
- Zapoznałam się dokładnie z aktami sprawy i jestem gotowa wydać
werdykt, chyba że któraś ze stron zechce jeszcze coś dodać - powiedziała
prowadząca sprawę sędzia Miriam Blanchard, spoglądając na obie strony
znad okularów.
Kiedy sędzia stwierdza, że jest gotowy wydać werdykt, oznacza to, że nie
chce już słuchać argumentów żadnej ze stron. Ale i tak składa taką
propozycję, żeby dopełnić formalności. Monty zgarbił się lekko, sam nie
wiedziałem, czy to z poczucia ulgi, czy może czuł się zawiedziony.
- Sąd przychyla się do argumentów obrony, że przedstawiony materiał
dowodowy nie potwierdza jednoznacznie, że doszło do wymiany quid pro
quo, czyli przekazania datków na kampanię w zamian za wydanie
dokumentu. Władze nie przedstawiły dowodów potwierdzających zawarcie
porozumienia, a dokładniej, dowodów, że oskarżony kontaktował się z radnym Franconą, zanim przekazał środki finansowe na kampanię. W tych
okolicznościach sąd postanawia, że oskarżony jest niewinny stawianych mu
zarzutów.
Dwadzieścia siedem sekund. Tyle zajęło sędzi odczytanie wyroku głosem
tak beznamiętnym, jak głos dyrektora podczas apelu w auli szkolnej. A życie Petera zmieniło się na zawsze.
Mocno zamrugał oczami, zaskoczony, jakby go ktoś właśnie uderzył w twarz. Spojrzał na mnie.
- Czy my...?
- Już po wszystkim - potwierdziłem.
Monty objął go ramieniem.
- Gratulacje, przyjacielu.
Peter chwycił mnie za dłoń i uścisnął ją mocno, spoglądając mi głęboko w oczy. Bezgłośnie powiedział "dziękuję", a potem to samo powtórzył w kierunku Monty'ego.
I tak oto człowiek, który dał łapówkę radnemu, będzie wolny. Prawo go
obroniło. Zgodnie z prawem zasługiwał na wygraną, ponieważ zarówno on,
jak i radny byli na tyle sprytni, żeby nie wypowiadać na głos tego, co
powinno pozostać milczeniem: że Peter wpłacił zawrotną sumę na kampanię
radnego, prosząc w zamian jedynie o wydanie odpowiednich warunków
zabudowy już po zakończeniu kampanii. I nikt jednoznacznie nie powiązał
quid z quo.
Peter nie zatrudnił nas dla lekcji wiedzy o społeczeństwie czy nauki
moralności. On nas zatrudnił, żebyśmy znaleźli rozwiązanie. I my to
zrobiliśmy. Dlatego właśnie nigdy nie określamy kogoś jako niewinnego.
Mówimy po prostu, że jest albo winny, albo uniewinniony.
Wyjąłem telefon na kartę i napisałem wiadomość:
Zwycięstwo. Ale nie przyjeżdżaj. Sam się tym zajmę.
I nacisnąłem "wyślij".
Po jedenastu sekundach Trace odpowiedział:
Pierdolić to. Przyjeżdżam za dwa dni. I zapnij pasy.
5
Leo
Minęły dwa dni. Zdążyłem już nadrobić zaległości w spaniu i myśleniu.
Duuużo myślałem.
Wyszedłem wcześniej z pracy i złapałem Ubera. Wysadził mnie jedną ulicę
od mieszkania na Starym Mieście. Dojazd samochodem z mojego biura zajął
trzydzieści jeden minut. Jeśli dodasz do siebie pierwsze trzydzieści
jeden liczb pierwszych, otrzymasz trzydzieści jeden do kwadratu. A suma
pierwszych ośmiu znaków w liczbie pi to też trzydzieści jeden. Dość.
Niebo było szare. Wszędzie wokół utrzymywały się jeszcze pozostałości
ubiegłotygodniowej śnieżycy, a do tego niska temperatura, co powodowało,
że całe chodniki usiane były niewidzialnymi ślizgawkami. Klasyczny
styczeń w Chicago.
Rozejrzałem się po ulicy. Żadnego przypadkowego włóczęgi. Żadnego dymu z rury wydechowej, a przy tej temperaturze nikt nie wysiedziałby w samochodzie bez ogrzewania. Czyli przynajmniej na pierwszy rzut oka nikt
nie obserwował mieszkania.
Na wszelki wypadek wszedłem w boczną uliczkę. To samo. Nikt nie siedział
w zaparkowanym samochodzie, nikt się nie kręcił, udając, że interesuje
go zupełnie coś innego, podczas gdy w rzeczywistości tylko czeka na
mężczyznę, który wejdzie po schodach przeciwpożarowych budynku przy 1441
North.
Gdybyście kiedykolwiek potrzebowali kryjówki, to zima w Chicago ma wiele
do zaoferowania.
Wyjąłem telefon i wysłałem wiadomość:
Jestem. Zapukam za trzydzieści sekund.
Ściskając w jednej dłoni meksykańskie jedzenie na wynos, a w drugiej
teczkę, stąpałem ostrożnie, ponieważ lód w bocznych uliczkach ma dłuższą
datę przydatności niż na chodnikach. Po drodze zakręciłem piruet jak na
castingu do Disneya na lodzie, wpadając w poślizg na zamarzniętej
kałuży w kształcie pancernika. Nie byłem pewien, jak miał się ten ślizg
do mojej liczby kroków, która w tamtej chwili wynosiła sto trzydzieści
cztery. Życie jest pełne niewiadomych.
Kiedy dotarłem do schodów przeciwpożarowych budynku przy 1441 North,
naliczyłem sto sześćdziesiąt dwa kroki, co było ciekawe, ponieważ
ostatnim razem, kiedy tutaj byłem, zrobiłem sto sześćdziesiąt sześć
kroków. Może tym razem wysiadłem z Ubera w innym miejscu...
Adres o numerze 1441 nie bardzo mi się podobał, ale przynajmniej był to
palindrom oraz liczba nieparzysta. Zawsze mogło być gorzej. A poza tym
mieszkanie było tanie, a do tego płatne z miesiąca na miesiąc, a nie za
dłuższy okres z góry.
Wszedłem po schodach przeciwpożarowych na pierwsze piętro i odstawiłem
aktówkę, żeby zapukać, ale drzwi otworzyły się, zanim zdążyłem ich
dotknąć.
- Cześć. - Trace wpuścił mnie do środka i zamknął za mną drzwi. -
Śledził cię ktoś?
- No, są tuż za mną - zażartowałem. - Podałem im numer mieszkania, na
wypadek, gdyby się zgubili.
- Nie potrafisz po prostu odpowiedzieć na pytanie?
- Bo to głupie pytanie. Gdybym miał podejrzenie, że ktoś za mną idzie,
to czy przyprowadziłbym go do ciebie? Z definicji to, że tutaj jestem,
oznacza, że nie sądzę, że ktoś mnie śledził...
- Jezu, dobra. Przepraszam, że zapytałem - powiedział, po czym odwrócił
się do zasuwy na drzwiach i zamknął ją. - Trzeba zmienić ten system -
zasugerował. - Zaczynając od porządnego zamka. Na przykład typu 626 w chromie.
Trace prowadził firmę, która sprzedawała różnego rodzaju drzwi do domów,
magazynów, biur i tym podobnych, ale osobiście specjalizował się w ślusarstwie. Nie potrafił przejść obok drzwi bez skomentowania jakości
ich zabezpieczenia.
- Albo można po prostu podstawić na noc krzesło pod klamkę -
zasugerowałem. - Jak podróż?
- Mordęga. - Potarł dłonią kark. - A ta pogoda jest do dupy. Nie wierzę,
że mogłem tu kiedyś mieszkać.
Mieszkał w tym mieście, w wielkim stanie Illinois, od urodzenia.
Wyjechał przed czterema laty. Wtedy jego szef Hector, koleś z północnego
Meksyku, przejął po ojcu biznes drzwiowy w wiosce niedaleko Chihuahua.
Zwrócił się wtedy do Trace'a z pytaniem, czy nie poprowadziłby interesu
tam, na miejscu, bo sam chciał zostać w Chicago. A Trace musiał zmienić
otoczenie, więc się zgodził.
Położyłem torebkę z taco na blacie w maleńkiej kuchni. Od zapachu
grillowanego chorizo zaburczało mi w brzuchu.
- Mieszkam w Meksyku, w Chicago jestem niecały tydzień, a ty mi
przynosisz taco? - odezwał się Trace. - Nic greckiego. Nie kanapkę z wołowiną. Nie kurczaka w parmezanie. Poza tym dlaczego nie zjemy gdzieś
na mieście?
- Po pierwsze, nie kapryś jak dziecko - odparłem. - Ciągle marudzisz.
- Mówię tylko, że...
- Ma-ru-da. - Ułożyłem dłoń w kształt ust i kłapnąłem nią kilka razy. -
Nie wąchasz teraz kwiatków od spodu, tak jak Bonnie, tylko dlatego, że
oni nie wiedzą, kim jesteś.
- Ale przez to ty jesteś w niebezpieczeństwie. Jesteś naszym prawnikiem.
- Ta, co ty nie powiesz. Obaj jesteśmy w niebezpieczeństwie. Oni wiedzą,
kim jestem, i na to akurat nic nie mogę poradzić. Za to ty owszem.
Możesz pozostać anonimowy.
Wydał gardłowy dźwięk niezadowolenia i usiadł z jedzeniem na kanapie.
Dobrze wyglądał. Był umięśniony, miał zadbane włosy i uśmiechał się
radośnie. Teraz prezentował się znacznie lepiej niż wtedy, gdy nie
mieszkał po drugiej stronie granicy. Co prawda jeszcze w Chicago
przestał brać, ale cały czas miał wokół siebie mnóstwo pokus. Zawsze
sądziłem, że było mu trudniej, niż sam był gotów przyznać. A wyprowadzka
do Meksyku, zmiana otoczenia i wszystkiego wokół sprawiły, że
pozostawanie w trzeźwości stało się dla niego łatwiejsze, nawet jeśli
czasem pojawiały się tam pokusy pójścia na skróty.
- No to kiedy to będzie? - spytał.
- Najszybciej, jak się da - odparłem. - Będę musiał ustawić spotkanie.
- Nie musisz tego robić - powiedział. - Nie powinieneś tego robić.
Powinieneś pozwolić, żebym zrobił to sam.
- To ty powinieneś trzymać się od tego z daleka - podkreśliłem. -
Powiedziałem, że masz nie przyjeżdżać. Trzeba było zostać w Meksyku.
- Hej. - Poczekał, aż na niego spojrzę. - Poważnie. Pozwól, że ja to
zrobię. Nie ty.
Wyjąłem swoją porcję na blat w minikuchni.
- Od jak dawna się znamy?
- Od kiedy miałem cztery lata - przyznał.
- Czy kiedykolwiek udało ci się mnie od czegoś odwieść? A poza tym,
zdarzało mi się robić jeszcze większe wariactwa dla klientów.
Te słowa wywołały u niego wybuch śmiechu.
- To prawda. Ale ryzykowanie swojej kariery to coś innego. Nigdy nie
ryzykowałeś życia.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz - odparłem, jakby mnie to nie
ruszało. Jakbym był jakimś superbohaterem.
- Próba negocjowania z kimś takim jak Cyrus Balik to samobójstwo -
naciskał dalej Trace.
Odpakowałem pierwsze taco. Położyli mi na wierzchu kolendrę. Nie
znosiłem jej.
- Przesadzasz - odparłem. - Jestem pewien, że zachowa się jak
dżentelmen.
6
Andi
George McLaughlin miło spędzał czas. Bo i komu nie byłoby miło jeść
kolację w Gibson's Italia i popijać drogiego szampana, chłodzącego się w lodzie, przy stoliku przykrytym eleganckim obrusem, z miejsca z prześlicznym widokiem na zakole rzeki Chicago o zachodzie słońca.
Andi siedziała przy barze sama, co nie było przyjemne, choć nie dlatego,
że nie lubiła być sama (nie miała z tym problemu), ale dlatego, że
mężczyźni sądzili, że szuka towarzystwa (a nie szukała).
Trzymała telefon przy uchu, jakby z kimś prowadziła rozmowę. Choć tak
naprawdę rozmawiała z kimś, kto mówił do niej przez słuchawkę, którą
Andi miała podłączoną bezprzewodowo do odbiornika przyczepionego do
paska. Słuchawkę zasłaniały jej włosy, które miała tak uczesane, żeby
opadały na twarz. A odbiornik skrywał się pod marynarką.
- To już zaraz - powiedziała, kiedy George McLaughlin sięgnął do
kieszeni sportowej marynarki.
- Gotowi - powiedział jej do ucha Jack Cortland. - Światła, kamera,
akcja.
Jack Cortland siedział naprzeciw niej, przy czteroosobowym stoliku,
niedaleko okna z widokiem na rzekę. Andi podeszła do stolika George'a i jego towarzysza dokładnie w momencie, w którym ten drugi wpychał sobie
kopertę za pazuchę.
- George? - odezwała się, udając przyjacielski ton.
George miał pociągłą twarz i burzę włosów w kolorze rdzy. Tweedowa
marynarka nadawała mu profesorskiego wyglądu, chociaż tak naprawdę facet
całe życie zajmował się handlem.
Tydzień wcześniej przeszedł na emeryturę w wieku pięćdziesięciu czterech
lat, przepracowawszy dwadzieścia lat w QCI, twierdząc, że odpocznie
trochę, popodróżuje z żoną, a potem może zajmie się handlem przez
internet.
Tak, z tym że nie.
- George McLaughlin? - powtórzyła Andi. - Nie pamiętasz mnie, prawda?
Musiał zdecydować i dokonał właściwego wyboru, mówiąc prawdę:
- Przykro mi, nie przypominam sobie...
- Andrea - odparła. - Andi Piotrowski. Poznaliśmy się na konferencji
IHM, jesienią, w Portland. Nadal pracujesz w QCI?
Chodziło jej o Quigley Crowe International.
- Właściwie to dopiero co przeszedłem na...
- Mogę się na chwilę przysiąść? - przerwała mu, siadając na jednym z dwóch wolnych krzeseł.
- Yyy... Proszę - odparł, spoglądając na swojego towarzysza, który, tak
na marginesie, nazywał się Richard Jaconti. - To mój znajomy, Rich.
- Miło mi cię poznać, Rich. Andi Piotrowski. Nie przeszkadzam?
- Yyy... Nie, nie przeszkadzasz. - George przyglądał się uważnie Andi, a jego twarz przybierała powoli innego rodzaju "przyjacielski" wyraz. -
Musiałem chyba zdecydowanie za dużo pić w Portland, skoro cię nie
pamiętam.
Rety, George, na pewno łapiesz na ten tekst wszystkie laski.
- Piotrowski - powtórzył. - To polskie nazwisko, prawda?
- Oczywiście.
- Po mężu?
- Nie - zaprzeczyła Andi.
Kiedy ludzie słyszą to nazwisko, natychmiast wyobrażają sobie białą
blondynkę, nie kogoś o brązowym kolorze skóry. Większość ludzi tak ją
postrzegała, choć tak naprawdę Andi była dwurasowa.
- Ach, czyli jedno z twoich rodziców jest Polakiem?
Tak, George, tak właśnie to zwykle działa. Mam ci to rozrysować?
A teraz przeprosiny. Za trzy... dwa... jeden...
- To znaczy... Rozumiem - powiedział. - Nie... Nie chciałem cię urazić.
Gdyby czuła się urażona za każdym razem, kiedy ktoś zastanawiał się,
jakim cudem czarna kobieta nosi polskie nazwisko, musiałaby być ciągle
zła. Zazwyczaj ją to zdumiewało, a czasami męczyło.
- Nic nie szkodzi - odparła. - Więc, Rich, czym się zajmujesz?
Facet zaczął mówić, zatrzymał się na chwilę, a potem rzucił:
- Mam nudną pracę w handlu.
Richard Jaconti, czterdzieści dwa lata, był wiceprezesem i szefem do
spraw rynku krajowego w firmie Jenner 3D Labs, głównej rywalki Quigley
Crowe International.
- A ty? - zapytał, zmieniając temat.
- Ja? Ja też pracuję w QCI. - Uśmiechnęła się Andi. - To dziwne, że
nigdy nie widziałam cię w biurze, George. Chociaż w sumie ja pracuję w dziale ochrony.
Patrząc na miny obu panów, można by pomyśleć, że Andi właśnie
poinformowała ich, że ma pod bluzką bombę.
Wyjęła z marynarki odznakę i pokazała im. Była na niej tylko złota
gwiazda i logo firmy. Andi jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, że na
jej odznace nie widniał napis "Policja". Ale za to tutaj płacili jej
dużo lepiej.
- Tak? - wydusił z siebie George, udając beztroskiego, chociaż jego
twarz w szybkim tempie traciła kolor. - W ochronie? To... brzmi
interesująco.
- Czasami takie jest - przyznała Andi. Na przykład ten dzień właśnie
taki był.
- Wybaczcie mi na chwilę - powiedział nagle Richard, odsuwając krzesło
od stołu.
- Powinien pan pozostać na miejscu, panie Jaconti - zatrzymała go Andi.
Wypowiedziała jego nazwisko po raz pierwszy. Teraz przynajmniej wszyscy
już dokładnie się rozumieli.
- Przepraszam, co... Co tu się dzieje? - zapytał George drżącym głosem.
Andi zwróciła się do niego.
- Richard zostanie aresztowany przez FBI, zanim zdoła pozbyć się
pendrive'a, którego mu właśnie dałeś, George. Tego pendrive'a, na którym
znajdują się prognozy sprzedaży FY25 dla hematologii, nietrzymania
moczu, zapobiegania infekcjom, prawda? Nie umknęła mi jakaś inna linia
produktów?
Podczas jej krótkiej przemowy George zdążył uporać się z całą gamą
emocji, od zaskoczenia, przez przerażenie, aż do częściowego odzyskania
równowagi.
- Nie wiem, o czym mówisz - powiedział stanowczo. - Tak, zapisałem dane
dotyczące tych sprzedaży.
Czyli wiedział, że temu nie da rady zaprzeczyć. Wiedział, że wydział
ochrony QCI ma możliwość prześledzenia rejestrów danych każdego
komputera w firmie.
- Ale to tylko dlatego, że miałem obawy co do tych linii produktów i chciałem się upewnić, że nadal będą odnotowywały wzrost po moim
odejściu.
Oczywiście. Pewnie od początku planował w ten właśnie sposób się
tłumaczyć i miał to przećwiczone na wypadek konfrontacji. Nie była to
zła odpowiedź, a do tego niemożliwa do podważenia. Dlatego właśnie Andi
musiała poczekać do chwili, w której George przekaże te dane
konkurencji.
- Georgowi wydawało się, że jest sprytny - zwróciła się Andi do
Richarda. - Dane dotyczące nietrzymania moczu pobrał we środę przed
Świętem Dziękczynienia, mając nadzieję, że tego nie zauważymy. Nic się
potem nie stało, więc poczuł się bezpiecznie i w drugim tygodniu grudnia
pobrał prognozy sprzedaży dla hematologii. A następnie dane dotyczące
zapobiegania infekcjom, dokładnie w Wigilię. Wiesz, najlepiej rozłożyć
coś w czasie, poczekać na reakcję, a kiedy ta się nie pojawi, działać
dalej. Potem, w zeszłym tygodniu, złożył wymówienie. Aż tu nagle
spotykamy go na późnym obiedzie z naszą konkurencją!
Richard, który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, jakby mu z twarzy
odpłynęła cała krew, co do ostatniej kropelki, pochylił się w jej stronę
i wydusił z siebie jedyne literki, które zaprzątały całkowicie jego
myśli:
- FBI?
- Jeśli spróbujesz uciec albo zniszczyć pendrive, który wcisnąłeś sobie
do kieszeni marynarki, to tak, Richardzie, zostaniesz aresztowany przez
FBI - wyjaśniła mu Andi. - A muszę przyznać, że nic nie sprawiłoby mi
większej radości. Więc proszę, spróbuj. A tak na marginesie, jeśli
aresztowany zostanie jeden z was, to i drugi też. Albo zrobi się z tego
sprawa karna, albo nie.
Richard wodził wzrokiem po sali, usiłując jednocześnie powstrzymywać
dłonie przed drżeniem.
- Czyli jest inne wyjście... - zaczął, ale ściśnięte gardło nie dało mu
dokończyć.
- George, złamałeś podpisaną w QCI klauzulę poufności, nie wspominając
już o umowie o zakazie współpracy z konkurencją, za której zawarcie
otrzymałeś niemałą premię. A do tego popełniłeś przestępstwo federalne.
Jeśli w tej chwili powiesz nam wszystko i zgodzisz się na całkowitą
współpracę, a Richard odda mi pendrive, nie zgłosimy sprawy na policję.
George i Richard spojrzeli na siebie.
- Czyli... wszystko zostanie zapo... - George przerwał i z trudem
przełknął ślinę. - Zapomniane?
- Nie staniesz przed sądem za szpiegostwo przemysłowe, żaden z was nie
stanie - wyjaśniła Andi. - Zastanawiasz się teraz, czy nadal będzie ci
przysługiwała emerytura, ubezpieczenie zdrowotne i możliwość zakupu
akcji?
George przytaknął, zagryzając wargę.
- To już zależy od QCI - odparła Andi. - Nie ode mnie. Ja osobiście
zakułabym was obu w kajdanki.
- Kurwa mać, George. - Richard wyciągnął kopertę z kieszeni i podał ją
Andi. - Ja się zgadzam.
7
Andi
Jack Cortlad wrócił do swojego biura, w którym siedziała Andi z nogami
na jego biurku.
- Myślę, że George żałuje, że nie założył rano pieluchy - powiedziała.
Jack zdjął marynarkę i zarzucił ją na oparcie krzesła. Należał do tego
typu mężczyzn, którzy nie lubią się stroić, kiedy nie jest to absolutnie
konieczne. Gdyby mógł, nosiłby codziennie do pracy zwykłą koszulę i spodnie w kolorze khaki. Wyglądał jak ktoś, kto całe życie pracował
fizycznie i teraz, będąc już w podeszłym wieku, wyhodował duży brzuch
(choć nadal był solidnie zbudowany), miał zmarszczki na twarzy i rozwiane, siwe włosy.
- Muszę przyznać, Andi, że to było piękne i doskonałe. - Wyjął z szuflady biurka butelkę whisky Dewar's oraz dwie szklanki. - Napijesz
się?
Jeśli chodziło o relacje interpersonalne w pracy, Jack pozostawał nadal
w dwudziestym stuleciu. Stale komentował wygląd Andi i otwarcie z nią
flirtował. Z kimś takim można sobie poradzić na wiele sposobów i kiedyś
Andi pewnie reagowałaby znacznie bardziej agresywnie, ale teraz wolała
luz i spokój.
- Nie, dziękuję - odparła. Nie chciała go zachęcać, ale jednocześnie nie
chciała też robić z jego zachowania afery.
Agnes fajnie to określała. Co ona zwykła mówić? "Zawsze trudniej jest
odmówić po raz drugi".
- Nie przepadasz za szkocką, co?
- Raczej za piciem z przełożonym.
- Cóż, ale nie możesz mieć mi za złe, że zaproponowałem.
W zasadzie to mogłabym, Jack. Ale nie chcę.
Jack nalał sobie odrobinę.
- Ale go przyszpiliłaś. Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie widział. Twoje
zdrowie. - Wziął łyk i mlasnął z satysfakcją. - Brakuje ci pracy w policji, prawda?
Andi wzruszyła ramionami. Brakowało jej tamtego romantyzmu... gdzie
dobrzy ścigają złych. Ale tamten okręt odpłynął już dawno temu, jeszcze
zanim odeszła z komisariatu w Deemer Park, kiedy zdała sobie sprawę, że
ci źli nie zawsze byli tak źli, jak się wydawało, a ci dobrzy
zdecydowanie nie byli aż tacy dobrzy.
Tutaj przynajmniej nie było udawania. Firma Quigley Crowe International
sprzedawała produkty medyczne dla zysku. Oczywiście z ogromnym
uogólnieniem można było określić ją jako firmę, która wytwarzała
produkty, które pomagały ludziom. Chociaż tak naprawdę QCI była
prywatnym przedsiębiorstwem, które zwyczajnie zarabiało pieniądze i chroniło własne interesy.
- I ten blef z FBI - kontynuował Jack. - Nie wierzyłem, że się na to
nabiorą. Ale ty byłaś tego pewna.
- Popatrz na to z ich perspektywy - odparła. - Zostali przyłapani na
gorącym uczynku. Musieli szybko zdecydować. Nie zdawali sobie sprawy, że
aresztowanie pracownika przez FBI byłoby tak samo kompromitujące dla
QCI, jak dla nich samych. Myśleli tylko o tym, że mogą zaraz zostać
wyprowadzeni w kajdankach z Gibson's Italia, stracić wszystko i musieć
spojrzeć w oczy żonom i dzieciom, a potem odsiedzieć wyrok w zakładzie
karnym. Ten strach wyparł z ich głów racjonalne myślenie.
Jack zacisnął usta i kiwnął głową z uznaniem.
- Myślisz tak jak oni.
- Muszę.
- Mhm. - Kolejny łyk Dewar'sa. - Andi, przydzielam cię do Projektu Nano.
Słyszałaś o nim?
Oczywiście, że słyszała. Wszyscy w firmie o nim słyszeli, chociaż tylko
nieliczni znali szczegóły. Projekt Nano był arcydziełem. Absolutnym
przełomem. Nie do końca jeszcze gotowym, żeby zgłosić go do testów w Agencji Żywności i Leków, ale kiedy prace nad nim zostaną już ukończone,
będzie to najważniejszy produkt, który powstał w QCI. Jedna z największych innowacji w zakresie leczenia raka. Szacowano, że w ciągu
następnych dwudziestu lat przyniesie on firmie zyski wielkości około
trzech miliardów dolarów.
Wielu - w tym konkurencja, inne państwa czy piraci przemysłowi -
gotowych było zapłacić ogromne pieniądze, żeby położyć łapy na danych
Projektu Nano.
I od tej chwili Andi powinna zrobić wszystko, aby temu zapobiec.
8
Andi
W sobotni poranek Andi skończyła pierwszą połowę swojego biegu dokładnie
przed knajpą Sal's Diner. Bolała ją głowa od za dużej ilości wódki
wypitej poprzedniego wieczora (dziewczyńskiego wypadu na miasto), ale
była zbyt uparta, żeby odpuścić sobie poranne bieganie.
Zdjęła słuchawki, czapkę i weszła do środka.
- Dzień dobry, Andreo! - przywitał ją Sal zza lady. - Jak samopoczucie
tego pięknego poranka?
- Znasz mnie, Sal. Każdy dzień to dla mnie dar.
- Cała prawda. Twój staruszek siedzi z tyłu, jak zawsze.
Pomachała mu i przeszła do tylnej części restauracji, czując, że burczy
jej w brzuchu od zapachów smażonego mięsa i naleśników. W końcu
przebiegła już prawie pięć kilometrów po błocie pośniegowym i kałużach.
Brando siedział przy stoliku w boksie, ubrany w dres, a otwarta gazeta
zasłaniała jego twarz. Kelnerka właśnie dolewała mu kawy.
- Andi! - zawołał śpiewnie.
- Mój tata to wymierający gatunek - zwróciła się Andi do kelnerki. -
Jest jedynym człowiekiem na ziemi, który nadal czyta rano prawdziwe
gazety.
Ojciec spojrzał na nią znad dziennika.
- Zrób mi tę przyjemność i nie używaj słowa "wymierający", kiedy o mnie
mówisz.
Andi chwyciła kawałek chrupiącego bekonu z jego talerza i odgryzła
połowę.
Brando zawsze najpierw zamawiał bekon, który postrzegał jako przystawkę.
- Pewnie, częstuj się - powiedział, zwinął gazetę i odłożył ją na
siedzenie, po czym zwrócił się do kelnerki. - Urodę odziedziczyła po
matce, gdyby się pani zastanawiała...
Kelnerce chyba podobała się ta wymiana zdań. Andi zamówiła tylko sok
pomarańczowy, ponieważ zostało jej jeszcze do przebiegnięcia kolejne
pięć kilometrów. A Brando zażyczył sobie jajka z tabasco.
- Tak przy okazji, co u mamy? - zapytał.
- Nic nowego. A jak tam stawki?
Brando zrobił złośliwą minę. Jeszcze nie brał prysznica. Resztka włosów,
którą miał na głowie, wyglądała, jakby w nią strzelił piorun. A twarz
miał pooraną zmarszczkami i skaleczeniami, jakby goląc się, tańczył
pogo.
- Ze stawkami, jak zawsze, bywa różnie - odparł. - Ale wczoraj wyszedłem
na swoje. Zaryzykowałem w piątej kolejce. Dzięki temu czas szybciej
mija.
- Problem z hazardem nie jest sposobem na zabijanie czasu.
- A kto powiedział, że mam problem z hazardem? Czy człowiek w moim wieku
nie może robić czegoś, co sprawia mu przyjemność?
Andi oparła się o miękkie oparcie siedziska.
- Nie wyglądasz za dobrze, tato.
- Bo martwię się o ciebie. - Zmierzył ją wzrokiem. - Spójrz na siebie,
kochana. Trochę wczoraj zabalowałaś, co?
- Może... I wypiłam o parę kieliszków cosmo za dużo.
- A przynajmniej zaliczyłaś coś?
- Och, na litość boską! - Andi schowała twarz w dłoniach. Brando był
bezpośredni do bólu. Kelnerka zdążyła właśnie wrócić z sokiem dla niej i usłyszała to ostatnie pytanie.
- My... yyy... nie mamy tradycyjnej relacji ojca z córką - wyjaśniła jej
Andi. Kelnerka uśmiechnęła się tylko i poszła sobie.
Nie, Andi wczoraj nie zaliczyła. Miała czas posuchy. Po Leo (po tym, jak
ich związek niczym Hindenburg rozbił się i spłonął jakieś sześć lat
temu) nie była z nikim na poważnie. A to oznaczało sześć lat
okazjonalnych randek, jeszcze mniej okazjonalnego seksu i tylko jednego
kolesia, który wydawał się obiecujący. Ale wkrótce Andi dowiedziała się,
że jego żona też lubiła spędzać z nim czas.
Pewnie problemem była jej praca. Kiedy była policjantką w Deemer Park,
było jej jeszcze trudniej. Po pierwsze, chodziło o beznadziejne godziny
pracy. Chociaż jeszcze gorsze było przynoszenie tego całego gówna ze
sobą do domu, a potem musiała zmyć je z siebie, założyć szpilki i udawać
"normalną" dla jakiegoś kolesia, który zwykle okazywał się bez
porównania gorszy od książki czy serialu na Netflixie albo wypadu na
miasto z dziewczynami.
"Nie wzięłaś ślubu z pracą - zawsze powtarzała jej mama. - Ty się
chowasz za swoją pracą".
- W każdym razie - Brando zmienił temat. - Jak tam twoje śledztwo w sprawie tego faceta, co ukradł to coś tam... Te dane o sprzedaży?
- Złapałam go na gorącym uczynku. Wszystko oddał.
- Serio? Brawo! Jack Cortland na pewno był zadowolony.
- Był. A wiesz, jak zadowolony?
- Nie. Jak?
Andi pochyliła się w jego stronę.
- Tak, że skierował mnie do Projektu Nano.
- Och, Andi, to wspaniale! - Brando z dumną miną odchylił się na
oparcie. - No proszę, odnosisz sukcesy!
9
Chris
Agent specjalny Christopher Roberti, który wyszedł przed chwilą spod
prysznica, wyciągnął igłę z fiolki, nacisnął tłok, żeby usunąć ze
strzykawki duży pęcherzyk powietrza, po czym odłożył ją wraz z fiolką na
blat w łazience.
Spojrzał na telefon, na obszerny artykuł "Tribune" o tym, co poszło nie
tak w śledztwie FBI w sprawie Petera Sahina, któremu kilka dni wcześniej
postawiono zarzuty korupcyjne. Artykuł nie ukazywał we właściwym świetle
ani dowodów, ani sprawy, którą ostatecznie poskładali jego koledzy z wydziału do walki z korupcją, choć raczej należałoby powiedzieć, że
polegli na tym polu. Chris mógł wyrecytować każdy ich błąd, a było ich
wiele, na przykład rzeczy, które jego koledzy mogli i powinni byli
zrobić oraz ich działania, które potem obróciły się przeciwko nim.
Telefon zawibrował. To była jego siostra, Mary. Odebrał i włączył tryb
głośnomówiący.
- Co porabiasz, braciszku?
To była rutynowa kontrola. Często tak robiła. Chris pochylił się,
opierając ciężar na lewej nodze i odsłaniając prawy pośladek. Palcem
nakreślił na nim krzyżyk, a potem przetarł jego górny prawy róg wacikiem
nasączonym alkoholem.
- Muszę dzisiaj wcelować do narożnika. A w międzyczasie czytam o tym,
jak spartaczyliśmy sprawę Sahina.
- Czyli się gotujesz.
Wziął strzykawkę, wycelował igłą w wyznaczone miejsce, nabrał powietrza,
a potem wbił ją w skórę jednym sprawnym ruchem, jak przy grze w darta.
- Wcale się nie gotuję.
- Niech zgadnę. Ci goście z wydziału do walki z korupcją nie potrafiliby
znaleźć swoich własnych dup, nawet gdyby im dać kompasy, a mimo to
odrzucili ciebie i wzięli kogoś z zewnątrz. Tak było?
Irytowało go to, jak siostra dobrze go znała. Odchylił głowę, żeby
spojrzeć na strzykawkę. Wewnątrz nie pojawiła się krew. Dobrze.
Wcisnął tłok i dokończył zastrzyk.
- Po prostu mam już dość przestępczości zorganizowanej. Męczy mnie
ściganie pomniejszych handlarzy narkotykami.
- Chris, dopiero wróciłeś do pracy. Daj sobie czas.
Mary ciągle to powtarzała. Ten tekst zaczynał już powoli siwieć. A on
wcale nie "dopiero wrócił do pracy". Od jego powrotu minął już rok, a mimo to Chris nadal tkwił w przestępczości zorganizowanej, chociaż wiele
razy prosił o przeniesienie. Wszyscy nadal widzieli w nim rannego,
słabego osobnika. Nikt tego nie powiedział na głos, ale tak właśnie
było.
- Powinieneś zadzwonić do Leviego - zasugerowała Mary. - On zawsze
potrafi poprawić ci humor. Rozmawiałeś z nim ostatnio?
- Nie, ale za to umówiłem się na przyszły tydzień z wróżką. Z tym że
potem zadzwoniła do mnie i przepowiedziała, że będę musiał to odwołać.
Mary jęknęła z niesmakiem. Ale to była jedna z zasad Leviego, którą
Chris wprowadził w życie: "Co odpędza złe myśli? Codzienna dawka
kiepskich żartów".
- Sorki, muszę odebrać zamówienie - powiedział, po czym się rozłączył. A potem otworzył butelkę z pigułkami, która stała na blacie. Połknął jedną
i popił wodą z kranu, krzywiąc się. Bo smakowała obrzydliwie.
Włożył do ust wykałaczkę i usadowił się na łóżku. Wszedł do internetu i ponownie otworzył swoje wyniki badań, które dostał w zeszłym tygodniu i od tamtej pory co chwila je czytał. Były tam wykresy, liczby i dziwne
nazwy, takie jak morfologia, kompleksowy panel metaboliczny, lipidogram,
wskaźnik MPV czy hematokryt. Wszystkie te nazwy zlewały mu się w niejasną magmę. Jedyne, co rzucało mu się w oczy, to zwrot "w normie" na
końcu każdej linijki.
A do tego przyszła krótka wiadomość od doktora Quaresha, jego onkologa:
Christopherze, dobra robota! Cały rok w zdrowiu! Tak trzymaj i do
zobaczenia za kilka tygodni.
Chris czytał ją codziennie, i to wielokrotnie. Była dla niego niczym
zimny okład na rozgrzaną głowę. Ciągle upewniał się, że to prawda, a nie
sen.
Doktor Quaresh był małym mężczyzną o dużych uszach i z kępką siwych
włosów na głowie. To właśnie on trzy lata temu wypowiedział słowa, które
zmieniły życie Chrisa: "Cóż, guz jest złośliwy, co oznacza, że czeka nas
trochę pracy".
Jak dotąd, wynik wynosi: Christopher Roberti -1, rak - 0.
- Wygrałeś - powiedział Levi. Przyjmowali razem chemię, kiedy Chris
dostał pierwszy wynik potwierdzający jego powrót do zdrowia. - A teraz
ciesz się tym. Żyj! Wyjdź z domu i czerp ze świata garściami.
Chris zamknął plik z wynikami i otworzył ten z nagraniami z pluskwy
zainstalowanej w biurze Cyrusa Balika, w jego klubie ze striptizem o nazwie Seksi.
Cyrus Balik był dostawcą tak zwanej świętej trójcy, czyli broni,
dziewczyn i narkotyków. Był to biały mężczyzna, Estończyk z pochodzenia,
który zaopatrywał gangi z Calumet City i Deemer Park. Obecnie zajmował
się głównie przemytem ludzi, a konkretnie dziewczyn z Europy Wschodniej,
ale też tych miejscowych, głównie uciekinierek z domu. Był właścicielem
paru firm: kilku dyskotek, klubu ze striptizem, dwóch myjni
samochodowych oraz knajpy z burgerami. Wszystko po to, żeby prać
pieniądze.
Przez niektórych nazywany był Cyklopem, a to z powodu sztucznego lewego
oka. Wieść niosła, że stracił je podczas bójki na noże w jego rodzinnym
Tallinnie, po tym, jak wszedł w drogę jakiejś ważnej postaci z lokalnego
gangu. Uciekł potem do Stanów i tutaj skorzystał z okazji zbudowania
własnej przestępczej korporacji. Było to jakieś trzydzieści pięć lat
temu.
I trzeba przyznać, że mu się udało.
Pięć lat temu Chris miał już Cyrusa na widelcu podczas próby zakupu
broni - karabinków AR-15 z Ameryki Środkowej. Chris przyłapał na gorącym
uczynku kuriera, który pełnił funkcję łącznika, a był nim chudy gość o imieniu Arturo. Dwa tygodnie później głowę Arturo znaleziono w rowie na
poboczu ulicy Pulaski Road.
Trzy lata temu, tuż przed pojawieniem się w życiu Chrisa słowa na "r",
czyli tuż przed przymusowym odejściem na zwolnienie z powodu chemii,
Chris miał informatora w otoczeniu Cyrusa. Była nim łotewska nastolatka
Lucija, przemiła dziewczyna, która dała się namówić na przyjazd do
Stanów i została zmuszona do sprzedawania się i tańczenia w klubach
Cyrusa. Jej ciała nigdy nie udało się odnaleźć. Po prostu zniknęła
pewnego dnia.
No i przed rokiem była Bonnie Tressler.
Ludzie, którzy napotykali Cyrusa na swojej drodze, umierali tragicznie.
Chris nacisnął "play" na nagraniu z podsłuchu i przesunął je do przodu,
pomijając cichy fragment. Cyrus rzadko pojawiał się w klubie w ciągu
dnia. Spędzał w nim wieczory. Wczoraj pierwsze głosy dały się słyszeć na
nagraniu nieco po godzinie 19.30.
- Viin, mida me teeme, maitseb nagu piss.
- Kedagi ei huvita, mida me müüme. Nad on naiste jaoks olemas.
Chris zrozumiał z tego tylko tyle, że Cyrus mówił do jednego ze swoich
ludzi po estońsku. Wiedział, że była to całkowicie bezużyteczna wymiana
zdań, nie musiał nawet poświęcać czasu na tłumaczenie. Raz to zrobił i -
spędziwszy długie godziny na analizowaniu jednej z podobnych rozmów -
dowiedział się tylko, że Cyrus i jego idioci rozmawiali wyłącznie o cyckach, lodach, wódce, piłce nożnej i rozmiarach fiutów.
- Ütle sellele rumalale, et täna ?htul raha teenida.
- Ma ütlen talle, et ta peab oma perset vel natuke rapu tama.
Chris przesunął nagranie jeszcze do przodu, nadal nie wyłapując nic
użytecznego, a jedynie ciche fragmenty i coś po estońsku. Zamknął
nagranie i zapisał na swoim komputerze.
Nie obchodziło go, co Cyrus mówił do otaczających go zbirów. I tak nie
przekazywał im nic, co mogłoby się przydać. Interesowały go tylko te
chwile, kiedy Cyrus wyganiał wszystkich z biura i wyjmował telefon na
kartę, z którego dzwonił do osoby znajdującej się nad nim w łańcuchu
pokarmowym. Jedynej, przed którą odpowiadał, a był nim niejaki Nico.
Nico Katsaros, czyli człowiek niewidzialny, Grecki Duch, Pan Teflon.
I całe szczęście, że Nico nie mówił po estońsku, więc Cyrus rozmawiał z nim po angielsku.
Taki telefon wykonał osiem dni temu. Chris otworzył nagranie i zaczął
słuchać.
- Muszę z tobą porozmawiać o tamtym. Nie, nie tym. O Nano.
Chodziło o Projekt Nano. Jakiś przełomowy lek na raka, wynaleziony przez
prywatną firmę o nazwie Quigley Crowe International. Nico planował
wykraść im formułę i sprzedać ją Chińczykom. A Cyrus miał mu pomóc z dostawą. Miał być za nią odpowiedzialny.
- Tak, o to. Nie powinienem brać w tym udziału. Co będzie, jeśli mnie
złapią? O tym przecież zawsze mówiłeś. Żeby być przygotowanym na
najgorsze. Tak, oczywiście, nic bym im nie powiedział, ale jestem z tobą
blisko. Będą próbowali nas powiązać. Lepiej, żeby zajął się tym ktoś bez
powiązań. Okej. Okej, dobra, w porządku. Zrobię to, ale... Zastanów się
nad tym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki