W sieci kłamstw - David Ellis

Kup ebooka

49.99 zł
38.79 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Walentynki 2024

WALEN­TYNKI 2024

1 Leo

Słu­cha­łem, jak wcho­dzą po tyl­nych scho­dach, tych prze­ciw­po­ża­ro­wych, pro­wa­dzą­cych z bocz­nej uliczki. Ich kroki były pewne, nie­śpieszne, zamie­rzone. Czyli nie przy­szli, żeby mnie zabić.

Tyle, jeśli cho­dzi o dobre wie­ści.

Szli po to, żeby mnie aresz­to­wać.

Kiedy los ci daje tylko takie dwie opcje, powi­nie­neś poważ­nie prze­my­śleć swoje decy­zje życiowe.

To gli­nia­rze. Miej­scowi czy fede­ralni? Sam nie wie­dzia­łem, któ­rych powi­nie­nem się bar­dziej oba­wiać. Za chwilę mia­łem się o tym prze­ko­nać.

Chwy­ci­łem za tele­fon i wybra­łem numer mojego wspól­nika z kan­ce­la­rii, Mont­go­mery'ego Mor­risa.

- Szczę­śli­wych walen­ty­nek - przy­wi­tał się ze mną.

- Masz chwilę?

- Wycho­dzę wła­śnie na mecz Bul­l­sów. A co?

- Będę potrze­bo­wał adwo­kata, Monty.

- Co? Dla­czego?

- To długa histo­ria. Zostanę zatrzy­many.

- Ale kiedy?

- Za jakieś jede­na­ście sekund - odpar­łem.

- Jede­na­ście sek... Bul­lsi grają dzi­siaj prze­ciwko Gian­ni­sowi. Czy to coś poważ­nego?

- Yyy... Chyba tak. Zależy, o co mnie oskarżą.

- A mają kilka opcji do wyboru?

- To zależy, czy będzie to FBI, czy miej­scowa poli­cja.

- I nawet tego nie wiesz? Coś ty znowu nawy­pra­wiał, Leo?

Pierw­sze pię­tro od dru­giego, na któ­rym miesz­kam, dzie­liło czter­na­ście stopni na scho­dach poża­ro­wych. Naj­pierw sie­dem, potem podest i kolejne sie­dem. Można by wyde­du­ko­wać, że razem z tymi łączą­cymi par­ter z pierw­szym pię­trem jest dwa­dzie­ścia osiem schod­ków. Ale w rze­czy­wi­sto­ści jest dwa­dzie­ścia dzie­więć, ponie­waż na samym dole znaj­duje się jeden dodat­kowy. A dwa­dzie­ścia dzie­więć to nie tylko liczba pierw­sza, ale też suma trzech nastę­pu­ją­cych po sobie kwa­dra­tów (dwóch do kwa­dratu, trzech do kwa­dratu i czte­rech do kwa­dratu), co nie przy­no­siło mi ani tro­chę ulgi w tam­tym momen­cie, ale... taka była prawda.

Trzy... dwa... jeden.

Przed tyl­nym wej­ściem poja­wiły się dwie osoby. Jedna to męż­czy­zna, któ­rego nie zna­łem. A druga to Mary Cagnola, pani sier­żant z poli­cji w Deemer Park. Oboje wyjęli odznaki, żeby mi je poka­zać.

- To poli­cja - wyja­śni­łem Monty'emu i roz­łą­czy­łem się, zanim zdą­żyłby odmó­wić.

Otwo­rzy­łem drzwi, wpusz­cza­jąc do miesz­ka­nia lodo­wate powie­trze.

- Pan Leo Bala­noff? - ode­zwała się sier­żant Cagnola.

Gdy­bym był luza­kiem, rzu­cił­bym coś w stylu: "Co tak długo?".

- No pro­szę, a ja nie mam dla was kar­tek walen­tyn­ko­wych - powie­dzia­łem zamiast tego.

- Nie cho­dzi o walen­tynki, Leo. Przy­szli­śmy z naka­zem aresz­to­wa­nia za zabój­stwo Cyrusa Balika.

Pro­ces reje­stra­cji w komi­sa­ria­cie w Deemer Park to praw­dziwa gratka. Zro­bili mi zdję­cia, pobrali z ust próbkę DNA i jesz­cze odci­ski pal­ców. Ale punk­tem kul­mi­na­cyj­nym była kon­trola oso­bi­sta. Kiedy sły­szysz, jak ktoś z trza­skiem wkłada na dło­nie gumowe ręka­wiczki, a potem każe ci się pochy­lić i roz­sta­wić nogi, to zawsze daje impuls do prze­my­śle­nia wła­snego życia. W każ­dym razie była to jedyna intymna akcja, jaką mia­łem od wielu mie­sięcy...

Pokój prze­słu­chań "A" w komi­sa­ria­cie poli­cji Deemer Park był rów­nie eks­cy­tu­jący, co kabina depry­wa­cji sen­so­rycz­nej. Ściany pokryte drew­nia­nymi pane­lami poma­lo­wa­nymi na biało. Dacie wiarę? Sie­dzia­łem przy sta­rym, chwie­ją­cym się stole, na nie­wy­god­nym, drew­nia­nym krze­śle, które miało nie­równe nogi. Nie­równe jak ramiona wagi spra­wie­dli­wo­ści. Może dałoby się to wkom­po­no­wać w jakiś tekst...

Cagnola i Dignan sie­dzieli naprze­ciwko mnie. Tego dru­giego dopiero co pozna­łem. Miał zaczer­wie­nioną cerę, kon­kretną czu­prynę i twarz, która zaczy­nała się pod­da­wać upły­wowi czasu. Był porząd­nie po czter­dzie­stce, więc pew­nie nie­długo miało mu stuk­nąć dwa­dzie­ścia lat służby i przy­mie­rzał się do eme­ry­tury. Mogę się zało­żyć, że czę­sto o tym myślał. Uda­wał opa­no­wa­nego i zuchwa­łego, żeby mnie onie­śmie­lić, ale tak naprawdę był mocno zde­ner­wo­wany. Zauwa­ży­łem, że ner­wowo poru­sza nogą.

I słusz­nie. Powi­nien się dener­wo­wać.

- Będziesz z nami roz­ma­wiał, Leo? - Czyli prze­słu­cha­nie miała popro­wa­dzić Cagnola. To cie­kawe, szcze­rze mówiąc. Byłem zasko­czony jej obec­no­ścią w tym pokoju. Wyglą­dała na zmę­czoną, ale poza tym nic się nie zmie­niła od ostat­niego razu, kiedy ją widzia­łem. Miała zimne, nie­bie­skie oczy, które domi­no­wały na jej twa­rzy i ciemne blond włosy zwią­zane w kucyk. A postawą mówiła do mnie: "pier­dol się".

- Nie zabi­łem Cyrusa Balika - powie­dzia­łem. - Wysłu­cham, co macie do powie­dze­nia, ale to wszystko jest... wiel­kim błę­dem wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

Czu­łem, że te słowa po pro­stu musiały paść.

Cagnola powstrzy­mała uśmiech. Spoj­rzała na mojego adwo­kata, Monty'ego, i potem znowu na mnie, kiwa­jąc głową, jakby mówiła: "Wie­rzysz mu?".

A tak przy oka­zji, odpo­wiedź na to pyta­nie brzmiała "nie". Monty praw­do­po­dob­nie nie cał­kiem mi wie­rzył. A to z kolei ni­gdy nie wró­żyło dobrej współ­pracy na linii adwo­kat-klient.

- Dobrze. Cóż, na począ­tek możesz nas wysłu­chać. - Cagnola popra­wiła się na krze­śle. - Ale i tak już wiesz, co zaraz powiem.

Nor­mal­nie skrzy­żo­wał­bym ramiona, jed­nak nie jest to łatwe w kaj­dan­kach, no chyba że był­bym zwinny jak Houdini.

Faj­nie byłoby móc się tak wykrę­cać.

- Zacznijmy od tego, że nikt w tym pokoju nie nosi żałoby po Cyru­sie Baliku. Ten facet był naj­gor­szy z naj­gor­szych. Han­dlo­wał ludźmi, nar­ko­ty­kami, prze­my­cał broń i kto wie, za ile mor­derstw odpo­wia­dał. Wabił kobiety, robił z nich nar­ko­manki i pro­sty­tutki, prze­żu­wał je i wyplu­wał. Był kimś, kogo okre­ślamy nisz­czy­cie­lem. Zruj­no­wał życie wielu ludziom. Trzeba przy­znać, że odda­łeś światu przy­sługę, Leo.

Pro­szę bar­dzo.

- Zatem jeśli będziesz z nami współ­pra­co­wał, powiesz, co wtedy zaszło, to ja będę reko­men­do­wała dla cie­bie łagodny wyrok.

Kiw­ną­łem głową, jak­bym roz­wa­żał jej pro­po­zy­cję. Ale tylko uda­wa­łem.

- Nie pierw­szy raz zła­ma­łeś prawo - kon­ty­nu­owała. - Na stu­diach pobi­łeś poli­cjanta.

- Wcale go nie pobi­łem - odpar­łem.

- Oczy­wi­ście, że nie. Nie zro­bi­łeś tego. Tylko przy­zna­łeś się do cze­goś, czego nie zro­bi­łeś, tak? To się prze­cież cią­gle zda­rza, prawda?

To się zda­rza czę­ściej, niż ludzie myślą.

- Jed­nak my na tym sko­rzy­sta­li­śmy - mówiła dalej. - Dzięki tam­temu aresz­to­wa­niu zyska­li­śmy twoje DNA i odci­ski pal­ców. A te oka­zały się bar­dzo przy­datne.

Taaa, wię­cej o tym w następ­nych odcin­kach, jak znam życie.

- No i był jesz­cze tam­ten numer, który wykrę­ci­łeś, już jako praw­nik. Dopu­ści­łeś się oszu­stwa sądo­wego. I stra­ci­łeś prawo wyko­ny­wa­nia zawodu na... Ile wtedy dosta­łeś? Tyle co nic?

Tak, dosta­łem zawie­sze­nie na pięć lat. Rok temu odzy­ska­łem upraw­nie­nia. To długa histo­ria.

- I byłeś... Tamta komi­sja dys­cy­pli­narna zatrud­niła eks­perta, który zdia­gno­zo­wał cię jako pato­lo­gicz­nego kłamcę. Tak? Jesteś pato­lo­gicz­nym kłamcą?

Innymi słowy mówiła: "No dalej, spró­buj się z tego wykrę­cić. I tak nikt ci nie uwie­rzy".

- Podobno - odpar­łem, co nie było rów­no­znaczne z odpo­wie­dzią twier­dzącą.

Cagnola wyda­wała się zado­wo­lona ze swo­jej prze­mowy.

- Więc poroz­ma­wiajmy o powo­dach two­jej dzi­siej­szej obec­no­ści tutaj. Wiemy, że chcia­łeś nakło­nić poli­cję do przy­ci­śnię­cia Cyrusa Balika. Wiemy, że twoja... yyy... klientka, Bon­nie Tres­sler, miała zezna­wać prze­ciwko niemu. I wiemy, że ona nie żyje.

- Została zamor­do­wana - popra­wi­łem ją.

Monty poło­żył mi dłoń na ramie­niu.

- Teraz tylko słu­chamy.

- Została zamor­do­wana - powtó­rzyła za mną Cagnola, zado­wo­lona, że mogła wyko­rzy­stać moje słowa. - Zamor­do­wana przez Cyrusa? Tak sądzisz? To zna­czy o to wła­śnie poszło, tak? Twoim zda­niem Cyrus zamor­do­wał Bon­nie.

Oczy­wi­ście, że tak myśla­łem. To w naszej pro­fe­sji nazy­wało się moim "moty­wem".

Monty znowu się wtrą­cił.

- Tylko słu­chamy.

Cagnola przy­tak­nęła, ale patrzyła na mnie, nie na niego.

- I wiemy, że poje­cha­łeś potem do Cyrusa Balika, już po śmierci Bon­nie.

To była prawda.

- I wiemy, że to spo­tka­nie nie poto­czyło się dobrze.

A to z kolei nie­do­po­wie­dze­nie. To tak, jakby powie­dzieć, że dzie­wi­czy rejs Tita­nica nie prze­biegł zgod­nie z ocze­ki­wa­niami.

- A nie­długo potem Cyrus umiera od rany kłu­tej.

Przy­ją­łem.

- A tech­nicy - powie­działa, przy­glą­da­jąc się mojej reak­cji - zna­leźli twoją krew i twoje DNA na ręka­wie koszuli Cyrusa.

Dobra, pierw­szy przy­znam: to wszystko nie poto­czyło się zgod­nie z pla­nem.

- A na nożu wbi­tym w szyję Cyrusa zna­leź­li­śmy twoje odci­ski pal­ców.

Nie będę owi­jał w bawełnę: to było żenu­jące nie­do­pa­trze­nie.

- Więc? - Cagnola roz­ło­żyła ręce. - Mamy motyw i mamy dowody, że byłeś na miej­scu zda­rze­nia z nożem w dłoni. Mamy cię, Leo. Już po tobie. Chciał­byś coś dodać?

Raczej nie. Mia­łem alibi, ale takie, które nie utrzy­ma­łoby się w sądzie. A szansa, że przy bada­niu DNA nastą­piła pomyłka, była jedna na miliard.

- Może to była obrona konieczna? - powie­działa Cagnola, pod­pusz­cza­jąc mnie.

Nie, nie była. I ona to wie­działa. Przy­naj­mniej nie obrona zgodna z prawną defi­ni­cją.

- Może to była chwila paniki? - spró­bo­wała znowu.

Na pewno nie paniki.

- Masz teraz oka­zję sobie pomóc - ode­zwał się Dignan. - Wyja­śnić, jak do tego doszło.

Spoj­rza­łem na Monty'ego. Nie mogło mi pomóc nic, co bym im powie­dział. Wie­dzie­li­śmy to oby­dwaj.

Po raz pierw­szy w życiu nie mogłem wykrę­cić się z cze­goś ładną gadką.

Rok wcześniej. Styczeń 2023

ROK WCZE­ŚNIEJ STY­CZEŃ 2023

2 Leo

- Na­dal męczą mnie kosz­mary. Na­dal się go boję. Czy to nie dziwne? - spy­tała. Bon­nie Tres­sler sie­działa na kana­pie z kola­nami pod­cią­gnię­tymi pod brodę, a cie­nie tań­czyły na jej twa­rzy. Przy­gry­zała pazno­kieć kciuka i wpa­try­wała się w widoczny z okna jej miesz­ka­nia ceglany mur, który znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie uliczki. W przy­ga­szo­nym świe­tle, ze swo­imi zapad­nię­tymi oczami, wyglą­dała na o wiele star­szą niż czter­dzie­ści dzie­więć lat. Kilka dekad nad­uży­wa­nia nar­ko­ty­ków zro­biło swoje.

- To wcale nie jest dziwne - odpar­łem.

Uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią, ale także z pew­no­ścią, że ni­gdy tego nie zro­zu­miem.

- Mam już dość tego stra­chu. To zna­czy... - Wypu­ściła powie­trze. - Ucie­kłam od niego dwa­dzie­ścia lat temu. On już dawno zdą­żył o mnie zapo­mnieć. Zresztą teraz i tak była­bym dla niego zupeł­nie bez­u­ży­teczna. Spójrz tylko na mnie. Ćpunka w śred­nim wieku?

Bon­nie nie wyglą­dała źle. Miała mysie włosy poprze­ty­kane nie­bie­skimi pasem­kami i prze­kłute różne miej­sca na twa­rzy, a jed­no­cze­śnie widać było, że wiele w życiu prze­szła.

- Już eks­ć­punka - zazna­czy­łem.

Po trzy kol­czyki w każ­dym uchu, jeden nad war­gami, jeden w płatku nosa i jeden w samym środku dołka w policzku. Do tego pięć tatu­aży w widocz­nych miej­scach: po jed­nym na każ­dej kostce, małe ser­duszko na pra­wym policzku, krzyż na przed­ra­mie­niu i czaszka na karku. Od kiedy zaczę­li­śmy roz­ma­wiać, skrzy­żo­wała i roz­plo­tła nogi już sześć razy i obli­zała usta (to taki ner­wowy odruch) sie­dem razy.

Cza­sami liczy­łem różne rze­czy.

- Nie musisz nam nic mówić - ode­zwał się sie­dzący obok niej Trace, kła­dąc dłoń na jej dłoni. - Wiem, że cię nama­wia­łem, ale nie musisz tego robić, Bon. Wszystko jest okej.

Uśmiech­nęła się do niego łagod­nie, a w oczach wez­brały jej łzy.

- Nie, nic nie jest okej. A wiesz dla­czego? Bo on może wła­śnie robić to kolej­nej kobie­cie. I naj­praw­do­po­dob­niej to robi.

Pew­nie tak było. Kim­kol­wiek był, jeśli nie sie­dział w wię­zie­niu albo nie był mar­twy, to z pew­no­ścią na­dal żero­wał na kobie­tach. Han­del ludźmi przy­nosi zbyt duże zyski, żeby go sobie odpu­ścić. A ludzie, któ­rzy się nim trud­nią, nie­ko­niecz­nie mają sumie­nie.

- Pie­przyć to. - Wypro­sto­wała się, zebrała dłońmi włosy z tyłu głowy. Stary grzej­nik aku­rat w tej chwili posta­no­wił ryk­nąć i syk­nąć. - Cyrus - powie­działa. - Tak ma na imię - dodała, a potem roz­trze­pała włosy i ze zde­cy­do­waną miną wypu­ściła powie­trze, które wstrzy­my­wała od dwu­dzie­stu lat. - To Cyrus Balik.

- Pój­dziemy z tym na poli­cję. Pójdę z tobą - wtrą­ci­łem szybko, widząc minę Bon­nie. - Zostanę twoim adwo­ka­tem, więc to ze mną będą musieli roz­ma­wiać.

- Możesz już to robić? Wró­ci­łeś do zawodu?

- W zeszłym tygo­dniu przy­wró­cono mi licen­cję.

W ubie­gły pią­tek zakoń­czył się mój pię­cio­letni okres zawie­sze­nia. Odzy­ska­łem prawo do wyko­ny­wa­nia zawodu.

To długa histo­ria. A w wer­sji skró­co­nej brzmiała tak: spier­do­li­łem.

- Znamy jedną glinę w Deemer Park, prawda? - ode­zwał się Trace, ocze­ku­jąc na moją reak­cję.

- Ach, no tak, Andi. - Bon­nie się oży­wiła. - Oczy­wi­ście! Ale... Wypa­dłeś prze­cież z jej łask.

- Tak, na pięć lat. - Rzu­ci­łem spoj­rze­nie Trace'owi. - I nie zamie­ni­li­śmy w tym cza­sie ani słowa. Andi zare­aguje na mój tele­fon jak na widok gigan­tycz­nego korka na tra­sie.

- No, ale to do niej powin­ni­śmy zadzwo­nić. - Trace roz­ło­żył dło­nie.

Podra­pa­łem się po szyi.

- Myśla­łem raczej o fede­ral­nych - wyja­śni­łem. - O FBI.

Ale Trace miał rację. To Andi powinna się tym zająć, bo - według przy­pusz­czeń Bon­nie - w Deemer Park, czyli na jej tere­nie, Cyrus na­dal pro­wa­dził część swo­ich inte­re­sów.

- Okej, ode­zwę się do niej.

Wyją­łem tele­fon i napi­sa­łem do Andi krótką wia­do­mość:

Potrze­buję Two­jej pomocy w spra­wie klienta.

Nie chcia­łem ujaw­niać wię­cej w zwy­kłej wia­do­mo­ści. Naci­sną­łem "wyślij", a potem napi­sa­łem jesz­cze dru­giego SMS-a.

Z tej strony Leo, tak na mar­gi­ne­sie, jeśli ska­so­wa­łaś mój numer.

- Mogła zmie­nić numer - zastrze­głem. - A nawet jeśli nie, to może odpi­sać... za sto lat albo ni­gdy.

- I nie można jej za to winić - ode­zwała się Bon­nie.

Wcale nie powie­dzia­łem, że ją winię. Bo nie wini­łem. Po tym, co odwa­li­łem, to i ja sam zerwał­bym ze sobą.

- A wła­śnie, że można. - Trace sta­nął w mojej obro­nie. - Zro­bi­łeś, co trzeba. Postą­pi­łeś słusz­nie. Kogo to obcho­dzi, że zła­ma­łeś jakieś głu­pie praw­ni­cze zasady?

Jed­nak kogoś obcho­dziło, a dokład­nie Naj­wyż­szy Sąd Sta­nowy. Pię­cio­let­nie zawie­sze­nie prawa wyko­ny­wa­nia zawodu to nie byle klaps.

Tele­fon mi zabzy­czał. To Andi. Szybko.

Ode­szłam z poli­cji. Dzia­łam teraz w ochro­nie. Zadzwoń do sierż. Mary Cagnola, w Deemer Park. Ufam jej.

Czu­łem, że się rumie­nię. Andi ode­szła z poli­cji? Andi, którą zna­łem, ni­gdy by tego nie zro­biła. To, co wła­śnie do mnie dotarło, poru­szyło mnie tak mocno, jak jesz­cze ni­gdy: już jej nie zna­łem. Już wszystko skoń­czone. Ode­szła. Na zawsze.

- Poważ­nie? - ode­zwał się Trace, kiedy poka­za­łem mu wia­do­mość. Prze­czy­tał ją na głos, jakby była napi­sana w obcym języku. - Andi nie jest już gliną? O co tu, kurwa, cho­dzi? - powie­dział i rzu­cił tele­fo­nem o pod­łogę. A potem go kop­nął.

- To mój tele­fon, T, nie twój.

3 Chris

- Dobrze, upew­nię się, czy dobrze zro­zu­mia­łem - powie­dział agent spe­cjalny Chri­sto­pher Roberti, sie­dzący naprze­ciw Bon­nie Tres­sler i jej adwo­kata Leo Bala­noffa. Obok stała sier­żant Mary Cagnola z poli­cji w Deemer Park, pry­wat­nie sio­stra Rober­tiego, która wpro­wa­dziła go w sprawę. - Pani Tres­sler...

- Bon­nie - popra­wiła go. - Wszy­scy tak do mnie mówią.

Bon­nie i jej adwo­kat przy­glą­dali mu się, a przy­naj­mniej takie Chris odno­sił wra­że­nie. Miał świa­do­mość, że czu­pryna nie do końca jesz­cze mu odro­sła, że coś tam dopiero kieł­kuje. Że skóra na twa­rzy obwi­sała po zna­czą­cej utra­cie wagi. Że jego ubra­nia nie leżały dobrze: koł­nie­rzyk koszuli był za luźny, a ramiona mary­narki zwi­sały. Zasta­na­wiali się na pewno, czy cho­dzi o dra­styczną dietę, czy cho­robę... A takie włosy wska­zy­wały raczej na to dru­gie.

- Okej, Bon­nie - popra­wił się. - Twier­dzisz, że ucie­kłaś z domu w India­nie, kiedy mia­łaś czter­na­ście lat. Zosta­łaś uwię­ziona przez Cyrusa Balika, który cię nar­ko­ty­zo­wał i wie­lo­krot­nie zgwał­cił. A potem zaszłaś w ciążę.

- Zga­dza się - przy­tak­nęła, bawiąc się dłońmi i spo­glą­da­jąc co chwila na Bala­noffa, swo­jego adwo­kata. - Kiedy się dowie­dzia­łam, od razu prze­sta­łam brać. W ciąży byłam czy­sta.

- Okej, rozu­miem. - Chris się uśmiech­nął. - Potem uro­dzi­łaś, ale Cyrus na­dal prze­trzy­my­wał cię u sie­bie.

- Tak. On nie pozwa­lał... Nie wolno nam było wycho­dzić na zewnątrz. W środku budynku było takie jakby podwórko. Tam pozwa­lał nam cho­dzić.

- Nam? Czyli były tam też inne kobiety?

- No tak, kilka. Nie wiem, ile. Nie­które widy­wa­łam. Może sześć, dzie­sięć?

- Dobrze. A kiedy twój syn miał cztery lata, Cyrus ode­brał ci go.

Bon­nie przy­tak­nęła, krzy­wiąc się.

- Sądzisz, że sprze­dał dziecko?

- Wiemy, że to zro­bił - ode­zwał się Bala­noff po raz pierw­szy.

Chris spoj­rzał na niego.

- Komu? Czarny rynek? Sieć pedo­fil­ska?

- Doj­dziemy do tego w odpo­wied­niej chwili.

Chris odchy­lił się na krze­śle. - Ta chwila jest odpo­wied­nia. Sami prze­cież do mnie przy­szli­ście.

- Powiemy ci wię­cej o jej synu, kiedy będziemy mieli pew­ność, że coś z tego wyj­dzie. Do tego czasu Bon­nie nie będzie ryzy­ko­wała ujaw­nie­nia jego toż­sa­mo­ści.

Chris spoj­rzał na sio­strę.

- Niech pan posłu­cha, panie... Bala­noff?

- Pro­szę mi mówić po imie­niu.

- Leo, ja pró­buję zamknąć Cyrusa Balika od pię­ciu lat. Jeśli macie coś na niego, to z wielką ochotą spo­wo­duję, że coś z tego wyj­dzie. Ale jak dotąd... Słu­chaj­cie, wie­rzę wam. Wie­rzę ci, Bon­nie. W stu pro­cen­tach. Ale nie jestem pewien, co mi to da. Po pierw­sze, to się wyda­rzyło ponad trzy­dzie­ści lat temu. A to ozna­cza, że, jak na tę chwilę, będę miał tylko słowo prze­ciwko słowu i poważny pro­blem z przedaw­nie­niem.

- Po pierw­sze - odparł Bala­noff. - Nie ma pro­blemu z przedaw­nie­niem. Ist­nieje mini­mum jeden zarzut doty­czący zbrodni han­dlu ludźmi, który nie pod­lega przedaw­nie­niu. A jeśli cho­dzi o dowody, to nie ma tu mowy o sło­wie prze­ciwko słowu. Bon­nie uro­dziła dziecko. To możemy udo­wod­nić. Po DNA możemy dowieść, że to aku­rat dziecko jest jej. I możemy też udo­wod­nić, kiedy ono się uro­dziło... I to, ile Bon­nie miała wtedy lat.

- Tak, rozu­miem. Ale jak możemy to powią­zać z... Ach... - Chris mocno ski­nął głową. Wresz­cie zała­pał. - Twier­dzi­cie, że to Cyrus jest ojcem?

- Cyrus jest ojcem. Zdo­bądź próbkę jego DNA. To dowie­dzie, że rodzi­cami dziecka są Bon­nie i Cyrus. On ma teraz trzy­dzie­ści cztery lata. Bon­nie zaś ma czter­dzie­ści dzie­więć. Czyli...

- Czyli to pro­sta mate­ma­tyka. - Mary ude­rzyła dło­nią w blat stołu. - Czter­dzie­ści dzie­więć odjąć trzy­dzie­ści cztery daje pięt­na­ście. Mia­łaś pięt­na­ście lat, kiedy rodzi­łaś.

Bon­nie kiw­nęła głową.

- Czter­na­ście, kiedy mnie zacią­żył.

- Wow. To naprawdę może się udać. - Mary spoj­rzała na brata.

- Ale nie dostanę zgody na zba­da­nie DNA poten­cjal­nego ojca dziecka bez rze­czo­nego dziecka - odparł Chris.

- Jest potrzebny praw­do­po­dobny motyw - wytłu­ma­czył Bon­nie Leo. - Nie można, ot tak, pobrać od kogoś próbki DNA. Potrzebny jest nakaz. A jemu cho­dzi o to, że nie dosta­nie nakazu bez wcze­śniej­szej roz­mowy i pobra­nia próbki od two­jego syna.

Bon­nie pokrę­ciła głową, bar­dziej ze zło­ści niż innego powodu.

- Wykaż się kre­atyw­no­ścią - zwró­cił się Leo do Chrisa. - Próbkę DNA można zdo­być na wiele spo­so­bów. On pije ze szklanki, a ty ją zwi­jasz. Gasi papie­rosa albo wypluwa gumę... Na to nie potrze­bu­jesz nakazu.

Chris pomy­ślał przez chwilę, coraz bar­dziej zachę­cony tym pomy­słem.

- Wyka­zać się kre­atyw­no­ścią - powie­dział. - To mogę zro­bić.

Trzy tygo­dnie póź­niej Chris prze­cho­dził pod roz­wi­niętą poli­cyjną taśmą. Posta­wił koł­nierz płasz­cza, osła­nia­jąc się od zim­nego wia­tru.

- Gdzie jesteś? - ode­zwał się do kogoś przez tele­fon.

- W piw­nicy. Scho­dami z tyłu.

Jed­no­pię­trowy budy­nek w Hum­boldt Park wyglą­dał pod każ­dym wzglę­dem na nie­gdyś obie­cu­jący pierw­szy dom, który potem uległ cał­ko­wi­temu znisz­cze­niu. Mia­sto sta­rało się zamy­kać dostęp do takich miejsc, ale ćpuny były w tym tema­cie bar­dzo zaradne. Trudno się oprzeć poku­sie posia­da­nia dachu nad głową lodo­watą zimą, taką jak ta teraz. Ide­alne, ciche miej­sce, żeby dać sobie w żyłę.

Już sam zapach, który poczuł Chris, kiedy wszedł do środka, toru­jąc sobie odznaką drogę wśród licz­nie zgro­ma­dzo­nych chi­ca­gow­skich poli­cjan­tów, już sam ten zapach mówił wszystko o tym miej­scu. Gęsty, cierpki, bar­dziej jak w zoo niż we wnę­trzu, w któ­rym miesz­kały istoty ludz­kie. Ale wystar­czy odciąć bie­żącą wodę i ludzie zaczną srać i odda­wać mocz, gdzie popad­nie.

Chris wstrzy­mał oddech i odna­lazł schody, mija­jąc kolej­nych poli­cjan­tów, któ­rym poka­zy­wał swoją odznakę, choć nawet na nią nie zer­kali.

Mary stała w rogu z odznaką zawie­szoną na szyi, świe­cąc latarką na kobietę, która leżała tuż obok z mar­twym wzro­kiem i pianą na ustach. Zale­d­wie trzy tygo­dnie wcze­śniej wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

- Potwier­dzi­li­ście toż­sa­mość?

Mary przy­tak­nęła, ale Chris i tak roz­po­znał Bon­nie Tres­sler z tymi jej cha­rak­te­ry­stycz­nymi nie­bie­skimi wło­sami, kol­czy­kami i tatu­ażami.

- Myślisz, że zaczęła znowu brać? - spy­tała Mary.

- Za cho­lerę nie. Spo­tka­li­śmy się trzy tygo­dnie temu, była czy­sta, trzeźwa i zde­ter­mi­no­wana, zna­la­zła adwo­kata i tak dalej. A teraz nagle mia­łaby przedaw­ko­wać? To był Cyrus. Cho­lera jasna. - Chris zakrę­cił się dookoła wła­snej osi. - Gdzie... Gdzie popeł­ni­łem błąd? Jakim cudem dostał o nas cynk? Zawę­zi­li­śmy krąg tak, że mysz by się nie prze­ci­snęła. A on i tak się dowie­dział.

- Oni mają oczy dookoła głowy - powie­działa Mary. - I uszy. Mają je wszę­dzie. Są dobrzy. Cho­ler­nie dobrzy.

Chris spoj­rzał w mar­twe oczy Bon­nie Tres­sler.

- W takim razie my musimy być lepsi - stwier­dził.

Obecnie. Styczeń 2024. Sześć tygodni przed walentynkami

OBEC­NIE STY­CZEŃ 2024 Sześć tygo­dni przed walen­tyn­kami

4 Leo

Sądny dzień. Taką przy­naj­mniej mia­łem nadzieję. Bar­dzo chcia­łem, żeby to się już skoń­czyło.

Żeby dotrzeć do sali sądo­wej, musie­li­śmy się prze­drzeć przez cały tłum dzien­ni­ka­rzy i kame­rzy­stów. Od windy do sali były czter­dzie­ści trzy kroki, a przy­naj­mniej moje kroki. Czter­dzie­ści trzy to naj­mniej­sza liczba pierw­sza, którą można wyra­zić jako sumę dwóch, trzech, czte­rech lub pię­ciu róż­nych liczb pierw­szych. Wolał­bym tego nie wie­dzieć.

Pro­ku­ra­to­rzy, oskar­ży­ciele posił­kowi, czyli dwóch męż­czyzn i kobieta, byli już na miej­scu. Monty zawsze mówił na nich "dyrek­to­rzy domu pogrze­bo­wego", bo byli to ludzie poważni aż do bólu, w czar­nych gar­ni­tu­rach i bia­łych koszu­lach, nie wspo­mi­na­jąc o ich abso­lut­nym braku zdol­no­ści do uśmie­chu. To byli zawsze mło­dzi praw­nicy po mod­nych szko­łach i z atrak­cyjną pracą, w któ­rej szli­fo­wali umie­jęt­no­ści po to, żeby potem zbo­czyć na drogę pry­wat­nej dzia­łal­no­ści i zara­biać tam absur­dalne kwoty na repre­zen­to­wa­niu pozwa­nych jako (i tu uwaga) "byli pro­ku­ra­to­rzy fede­ralni". Tym­cza­sem jed­nak pozo­wali na bez reszty zaan­ga­żo­wa­nych w swoją rolę i święt­szych od papieża... Coś w stylu: "skupmy się na fak­tach" i takie tam...

Nasz klient, Peter Sahin, który wszedł wła­śnie do sali z żoną Evą, witał się z synami obec­nymi już na miej­scu poca­łun­kiem w oba policzki. Roz­piął mary­narkę i się­gnął do nad­garst­ków, żeby popra­wić man­kiety, ale nagle zdał sobie sprawę, że nie wło­żył dziś koszuli z podwój­nym man­kie­tem. Zaka­za­li­śmy mu zakła­da­nia spi­nek do man­kie­tów. Oraz tej do kra­wata. Nic ele­ganc­kiego. Cho­dziło o to, żeby nie wyglą­dał na bogatą szuję.

W lewej kie­szeni zawi­bro­wał mi tele­fon. Nie był to mój iPhone, tylko tele­fon na kartę. Wyją­łem go i pod bla­tem spraw­dzi­łem, kto się dobija. Wła­ści­wie mogła to być tylko jedna osoba. Trace.

Wygra­łeś już? Możemy już o tym zapo­mnieć?

Odpi­sa­łem mu: Cier­pli­wo­ści, wylu­zuj i wsu­ną­łem tele­fon z powro­tem do kie­szeni.

Peter ze zde­ner­wo­wa­nia nie mógł usie­dzieć w miej­scu. Wyraz twa­rzy miał nie­wzru­szony (zawsze szczy­cił się zdol­no­ścią do ukry­wa­nia emo­cji), ale jego zacho­wa­nie wska­zy­wało na coś zupeł­nie prze­ciw­nego. Na przy­kład w tym momen­cie pocie­rał pal­cem o palec, jakby chciał w ten spo­sób roz­pa­lić ogień.

- Spóź­nia się - szep­nął.

- Sędzia ni­gdy się nie spóź­nia - przy­po­mnia­łem mu. - A ona jest sędzią.

Po raz pierw­szy wyją­łem tele­fon z pra­wej kie­szeni, tego mojego "codzien­nego" iPhone'a. Cztery po wyzna­czo­nej godzi­nie. Nie lubię czwórki. Wolę liczby nie­pa­rzy­ste. I te podzielne przez trzy.

Peter, od któ­rego aż biła ner­wowa ener­gia, spoj­rzał na mnie.

- Nie zno­szę cze­ka­nia.

To może trzeba było nie dawać łapówki rad­nemu.

- Dzi­siaj moja mama koń­czy­łaby dzie­więć­dzie­siąt pięć lat - mówił dalej, cały czas się wier­cąc.

Dzie­więć­dzie­siąt pięć to liczba pół­pierw­sza, jej czyn­ni­kami pierw­szymi są liczby dzie­więt­na­ście i pięć, przy czym obie to liczby pierw­sze.

- Może to przy­nie­sie mi szczę­ście. - Spoj­rzał na mnie. - Masz z mamą bli­skie rela­cje?

Nie za bar­dzo lubię roz­ma­wiać z ludźmi. Zwłasz­cza na wła­sny temat. Ale tak ogól­nie, po pro­stu nie prze­pa­dam za tym.

- Moja matka nie żyje - odpar­łem.

- Musiała umrzeć młodo.

Przy­tak­ną­łem.

- Zgi­nęła w Afga­ni­sta­nie.

- Na polu walki?

- No. Była ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym CIA. Pod­czas ope­ra­cji Ana­konda jej kon­wój został zaata­ko­wany w doli­nie Shah-e-Kot. Zaj­mu­jąc pozy­cję obronną, mama prze­to­czyła się po minie lądo­wej.

Zasta­na­wia­łem się, czy kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek zgi­nął w ten spo­sób. To by dopiero była histo­ria.

- To... Przy­kro mi.

- Mnie też.

- Pro­szę wstać - ode­zwał się woźny, kiedy sędzia weszła na salę. Dokład­nie o godzi­nie 9.06 rano.

Dzie­więć­set sześć to liczba, która wygląda tak samo po odwró­ce­niu o sto osiem­dzie­siąt stopni. Może życie Petera Sahina też miało się obró­cić o sto osiem­dzie­siąt stopni.

- Zapo­zna­łam się dokład­nie z aktami sprawy i jestem gotowa wydać wer­dykt, chyba że któ­raś ze stron zechce jesz­cze coś dodać - powie­działa pro­wa­dząca sprawę sędzia Miriam Blan­chard, spo­glą­da­jąc na obie strony znad oku­la­rów.

Kiedy sędzia stwier­dza, że jest gotowy wydać wer­dykt, ozna­cza to, że nie chce już słu­chać argu­men­tów żad­nej ze stron. Ale i tak składa taką pro­po­zy­cję, żeby dopeł­nić for­mal­no­ści. Monty zgar­bił się lekko, sam nie wie­dzia­łem, czy to z poczu­cia ulgi, czy może czuł się zawie­dziony.

- Sąd przy­chyla się do argu­men­tów obrony, że przed­sta­wiony mate­riał dowo­dowy nie potwier­dza jed­no­znacz­nie, że doszło do wymiany quid pro quo, czyli prze­ka­za­nia dat­ków na kam­pa­nię w zamian za wyda­nie doku­mentu. Wła­dze nie przed­sta­wiły dowo­dów potwier­dza­ją­cych zawar­cie poro­zu­mie­nia, a dokład­niej, dowo­dów, że oskar­żony kon­tak­to­wał się z rad­nym Fran­coną, zanim prze­ka­zał środki finan­sowe na kam­pa­nię. W tych oko­licz­no­ściach sąd posta­na­wia, że oskar­żony jest nie­winny sta­wia­nych mu zarzu­tów.

Dwa­dzie­ścia sie­dem sekund. Tyle zajęło sędzi odczy­ta­nie wyroku gło­sem tak bez­na­mięt­nym, jak głos dyrek­tora pod­czas apelu w auli szkol­nej. A życie Petera zmie­niło się na zawsze.

Mocno zamru­gał oczami, zasko­czony, jakby go ktoś wła­śnie ude­rzył w twarz. Spoj­rzał na mnie.

- Czy my...?

- Już po wszyst­kim - potwier­dzi­łem.

Monty objął go ramie­niem.

- Gra­tu­la­cje, przy­ja­cielu.

Peter chwy­cił mnie za dłoń i uści­snął ją mocno, spo­glą­da­jąc mi głę­boko w oczy. Bez­gło­śnie powie­dział "dzię­kuję", a potem to samo powtó­rzył w kie­runku Monty'ego.

I tak oto czło­wiek, który dał łapówkę rad­nemu, będzie wolny. Prawo go obro­niło. Zgod­nie z pra­wem zasłu­gi­wał na wygraną, ponie­waż zarówno on, jak i radny byli na tyle sprytni, żeby nie wypo­wia­dać na głos tego, co powinno pozo­stać mil­cze­niem: że Peter wpła­cił zawrotną sumę na kam­pa­nię rad­nego, pro­sząc w zamian jedy­nie o wyda­nie odpo­wied­nich warun­ków zabu­dowy już po zakoń­cze­niu kam­pa­nii. I nikt jed­no­znacz­nie nie powią­zał quid z quo.

Peter nie zatrud­nił nas dla lek­cji wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie czy nauki moral­no­ści. On nas zatrud­nił, żeby­śmy zna­leźli roz­wią­za­nie. I my to zro­bi­li­śmy. Dla­tego wła­śnie ni­gdy nie okre­ślamy kogoś jako nie­win­nego. Mówimy po pro­stu, że jest albo winny, albo unie­win­niony.

Wyją­łem tele­fon na kartę i napi­sa­łem wia­do­mość:

Zwy­cię­stwo. Ale nie przy­jeż­dżaj. Sam się tym zajmę.

I naci­sną­łem "wyślij".

Po jede­na­stu sekun­dach Trace odpo­wie­dział:

Pier­do­lić to. Przy­jeż­dżam za dwa dni. I zapnij pasy.

5 Leo

Minęły dwa dni. Zdą­ży­łem już nad­ro­bić zale­gło­ści w spa­niu i myśle­niu. Duuużo myśla­łem.

Wysze­dłem wcze­śniej z pracy i zła­pa­łem Ubera. Wysa­dził mnie jedną ulicę od miesz­ka­nia na Sta­rym Mie­ście. Dojazd samo­cho­dem z mojego biura zajął trzy­dzie­ści jeden minut. Jeśli dodasz do sie­bie pierw­sze trzy­dzie­ści jeden liczb pierw­szych, otrzy­masz trzy­dzie­ści jeden do kwa­dratu. A suma pierw­szych ośmiu zna­ków w licz­bie pi to też trzy­dzie­ści jeden. Dość.

Niebo było szare. Wszę­dzie wokół utrzy­my­wały się jesz­cze pozo­sta­ło­ści ubie­gło­ty­go­dnio­wej śnie­życy, a do tego niska tem­pe­ra­tura, co powo­do­wało, że całe chod­niki usiane były nie­wi­dzial­nymi śli­zgaw­kami. Kla­syczny sty­czeń w Chi­cago.

Rozej­rza­łem się po ulicy. Żad­nego przy­pad­ko­wego włó­częgi. Żad­nego dymu z rury wyde­cho­wej, a przy tej tem­pe­ra­tu­rze nikt nie wysie­działby w samo­cho­dzie bez ogrze­wa­nia. Czyli przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka nikt nie obser­wo­wał miesz­ka­nia.

Na wszelki wypa­dek wsze­dłem w boczną uliczkę. To samo. Nikt nie sie­dział w zapar­ko­wa­nym samo­cho­dzie, nikt się nie krę­cił, uda­jąc, że inte­re­suje go zupeł­nie coś innego, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści tylko czeka na męż­czy­znę, który wej­dzie po scho­dach prze­ciw­po­ża­ro­wych budynku przy 1441 North.

Gdy­by­ście kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wali kry­jówki, to zima w Chi­cago ma wiele do zaofe­ro­wa­nia.

Wyją­łem tele­fon i wysła­łem wia­do­mość:

Jestem. Zapu­kam za trzy­dzie­ści sekund.

Ści­ska­jąc w jed­nej dłoni mek­sy­kań­skie jedze­nie na wynos, a w dru­giej teczkę, stą­pa­łem ostroż­nie, ponie­waż lód w bocz­nych ulicz­kach ma dłuż­szą datę przy­dat­no­ści niż na chod­ni­kach. Po dro­dze zakrę­ci­łem piruet jak na castingu do Disneya na lodzie, wpa­da­jąc w poślizg na zamar­z­nię­tej kałuży w kształ­cie pan­cer­nika. Nie byłem pewien, jak miał się ten ślizg do mojej liczby kro­ków, która w tam­tej chwili wyno­siła sto trzy­dzie­ści cztery. Życie jest pełne nie­wia­do­mych.

Kiedy dotar­łem do scho­dów prze­ciw­po­ża­ro­wych budynku przy 1441 North, nali­czy­łem sto sześć­dzie­siąt dwa kroki, co było cie­kawe, ponie­waż ostat­nim razem, kiedy tutaj byłem, zro­bi­łem sto sześć­dzie­siąt sześć kro­ków. Może tym razem wysia­dłem z Ubera w innym miej­scu...

Adres o nume­rze 1441 nie bar­dzo mi się podo­bał, ale przy­naj­mniej był to palin­drom oraz liczba nie­pa­rzy­sta. Zawsze mogło być gorzej. A poza tym miesz­ka­nie było tanie, a do tego płatne z mie­siąca na mie­siąc, a nie za dłuż­szy okres z góry.

Wsze­dłem po scho­dach prze­ciw­po­ża­ro­wych na pierw­sze pię­tro i odsta­wi­łem aktówkę, żeby zapu­kać, ale drzwi otwo­rzyły się, zanim zdą­ży­łem ich dotknąć.

- Cześć. - Trace wpu­ścił mnie do środka i zamknął za mną drzwi. - Śle­dził cię ktoś?

- No, są tuż za mną - zażar­to­wa­łem. - Poda­łem im numer miesz­ka­nia, na wypa­dek, gdyby się zgu­bili.

- Nie potra­fisz po pro­stu odpo­wie­dzieć na pyta­nie?

- Bo to głu­pie pyta­nie. Gdy­bym miał podej­rze­nie, że ktoś za mną idzie, to czy przy­pro­wa­dził­bym go do cie­bie? Z defi­ni­cji to, że tutaj jestem, ozna­cza, że nie sądzę, że ktoś mnie śle­dził...

- Jezu, dobra. Prze­pra­szam, że zapy­ta­łem - powie­dział, po czym odwró­cił się do zasuwy na drzwiach i zamknął ją. - Trzeba zmie­nić ten sys­tem - zasu­ge­ro­wał. - Zaczy­na­jąc od porząd­nego zamka. Na przy­kład typu 626 w chro­mie.

Trace pro­wa­dził firmę, która sprze­da­wała róż­nego rodzaju drzwi do domów, maga­zy­nów, biur i tym podob­nych, ale oso­bi­ście spe­cja­li­zo­wał się w ślu­sar­stwie. Nie potra­fił przejść obok drzwi bez sko­men­to­wa­nia jako­ści ich zabez­pie­cze­nia.

- Albo można po pro­stu pod­sta­wić na noc krze­sło pod klamkę - zasu­ge­ro­wa­łem. - Jak podróż?

- Mor­dęga. - Potarł dło­nią kark. - A ta pogoda jest do dupy. Nie wie­rzę, że mogłem tu kie­dyś miesz­kać.

Miesz­kał w tym mie­ście, w wiel­kim sta­nie Illi­nois, od uro­dze­nia. Wyje­chał przed czte­rema laty. Wtedy jego szef Hec­tor, koleś z pół­noc­nego Mek­syku, prze­jął po ojcu biz­nes drzwiowy w wio­sce nie­da­leko Chi­hu­ahua. Zwró­cił się wtedy do Trace'a z pyta­niem, czy nie popro­wa­dziłby inte­resu tam, na miej­scu, bo sam chciał zostać w Chi­cago. A Trace musiał zmie­nić oto­cze­nie, więc się zgo­dził.

Poło­ży­łem torebkę z taco na bla­cie w maleń­kiej kuchni. Od zapa­chu gril­lo­wa­nego cho­rizo zabur­czało mi w brzu­chu.

- Miesz­kam w Mek­syku, w Chi­cago jestem nie­cały tydzień, a ty mi przy­no­sisz taco? - ode­zwał się Trace. - Nic grec­kiego. Nie kanapkę z woło­winą. Nie kur­czaka w par­me­za­nie. Poza tym dla­czego nie zjemy gdzieś na mie­ście?

- Po pierw­sze, nie kapryś jak dziecko - odpar­łem. - Cią­gle maru­dzisz.

- Mówię tylko, że...

- Ma-ru-da. - Uło­ży­łem dłoń w kształt ust i kłap­ną­łem nią kilka razy. - Nie wąchasz teraz kwiat­ków od spodu, tak jak Bon­nie, tylko dla­tego, że oni nie wie­dzą, kim jesteś.

- Ale przez to ty jesteś w nie­bez­pie­czeń­stwie. Jesteś naszym praw­ni­kiem.

- Ta, co ty nie powiesz. Obaj jeste­śmy w nie­bez­pie­czeń­stwie. Oni wie­dzą, kim jestem, i na to aku­rat nic nie mogę pora­dzić. Za to ty ow­szem. Możesz pozo­stać ano­ni­mowy.

Wydał gar­dłowy dźwięk nie­za­do­wo­le­nia i usiadł z jedze­niem na kana­pie. Dobrze wyglą­dał. Był umię­śniony, miał zadbane włosy i uśmie­chał się rado­śnie. Teraz pre­zen­to­wał się znacz­nie lepiej niż wtedy, gdy nie miesz­kał po dru­giej stro­nie gra­nicy. Co prawda jesz­cze w Chi­cago prze­stał brać, ale cały czas miał wokół sie­bie mnó­stwo pokus. Zawsze sądzi­łem, że było mu trud­niej, niż sam był gotów przy­znać. A wypro­wadzka do Mek­syku, zmiana oto­cze­nia i wszyst­kiego wokół spra­wiły, że pozo­sta­wa­nie w trzeź­wo­ści stało się dla niego łatwiej­sze, nawet jeśli cza­sem poja­wiały się tam pokusy pój­ścia na skróty.

- No to kiedy to będzie? - spy­tał.

- Naj­szyb­ciej, jak się da - odpar­łem. - Będę musiał usta­wić spo­tka­nie.

- Nie musisz tego robić - powie­dział. - Nie powi­nie­neś tego robić. Powi­nie­neś pozwo­lić, żebym zro­bił to sam.

- To ty powi­nie­neś trzy­mać się od tego z daleka - pod­kre­śli­łem. - Powie­dzia­łem, że masz nie przy­jeż­dżać. Trzeba było zostać w Mek­syku.

- Hej. - Pocze­kał, aż na niego spoj­rzę. - Poważ­nie. Pozwól, że ja to zro­bię. Nie ty.

Wyją­łem swoją por­cję na blat w mini­kuchni.

- Od jak dawna się znamy?

- Od kiedy mia­łem cztery lata - przy­znał.

- Czy kie­dy­kol­wiek udało ci się mnie od cze­goś odwieść? A poza tym, zda­rzało mi się robić jesz­cze więk­sze wariac­twa dla klien­tów.

Te słowa wywo­łały u niego wybuch śmie­chu.

- To prawda. Ale ryzy­ko­wa­nie swo­jej kariery to coś innego. Ni­gdy nie ryzy­ko­wa­łeś życia.

- Zawsze musi być ten pierw­szy raz - odpar­łem, jakby mnie to nie ruszało. Jak­bym był jakimś super­bo­ha­te­rem.

- Próba nego­cjo­wa­nia z kimś takim jak Cyrus Balik to samo­bój­stwo - naci­skał dalej Trace.

Odpa­ko­wa­łem pierw­sze taco. Poło­żyli mi na wierz­chu kolen­drę. Nie zno­si­łem jej.

- Prze­sa­dzasz - odpar­łem. - Jestem pewien, że zachowa się jak dżen­tel­men.

6 Andi

Geo­rge McLau­gh­lin miło spę­dzał czas. Bo i komu nie byłoby miło jeść kola­cję w Gib­son's Ita­lia i popi­jać dro­giego szam­pana, chło­dzą­cego się w lodzie, przy sto­liku przy­kry­tym ele­ganc­kim obru­sem, z miej­sca z prze­ślicz­nym wido­kiem na zakole rzeki Chi­cago o zacho­dzie słońca.

Andi sie­działa przy barze sama, co nie było przy­jemne, choć nie dla­tego, że nie lubiła być sama (nie miała z tym pro­blemu), ale dla­tego, że męż­czyźni sądzili, że szuka towa­rzy­stwa (a nie szu­kała).

Trzy­mała tele­fon przy uchu, jakby z kimś pro­wa­dziła roz­mowę. Choć tak naprawdę roz­ma­wiała z kimś, kto mówił do niej przez słu­chawkę, którą Andi miała pod­łą­czoną bez­prze­wo­dowo do odbior­nika przy­cze­pio­nego do paska. Słu­chawkę zasła­niały jej włosy, które miała tak ucze­sane, żeby opa­dały na twarz. A odbior­nik skry­wał się pod mary­narką.

- To już zaraz - powie­działa, kiedy Geo­rge McLau­gh­lin się­gnął do kie­szeni spor­to­wej mary­narki.

- Gotowi - powie­dział jej do ucha Jack Cor­tland. - Świa­tła, kamera, akcja.

Jack Cor­tland sie­dział naprze­ciw niej, przy czte­ro­oso­bo­wym sto­liku, nie­da­leko okna z wido­kiem na rzekę. Andi pode­szła do sto­lika Geo­rge'a i jego towa­rzy­sza dokład­nie w momen­cie, w któ­rym ten drugi wpy­chał sobie kopertę za pazu­chę.

- Geo­rge? - ode­zwała się, uda­jąc przy­ja­ciel­ski ton.

Geo­rge miał pocią­głą twarz i burzę wło­sów w kolo­rze rdzy. Twe­edowa mary­narka nada­wała mu pro­fe­sor­skiego wyglądu, cho­ciaż tak naprawdę facet całe życie zaj­mo­wał się han­dlem.

Tydzień wcze­śniej prze­szedł na eme­ry­turę w wieku pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat, prze­pra­co­waw­szy dwa­dzie­ścia lat w QCI, twier­dząc, że odpocz­nie tro­chę, popo­dró­żuje z żoną, a potem może zaj­mie się han­dlem przez inter­net.

Tak, z tym że nie.

- Geo­rge McLau­gh­lin? - powtó­rzyła Andi. - Nie pamię­tasz mnie, prawda?

Musiał zde­cy­do­wać i doko­nał wła­ści­wego wyboru, mówiąc prawdę:

- Przy­kro mi, nie przy­po­mi­nam sobie...

- Andrea - odparła. - Andi Pio­trow­ski. Pozna­li­śmy się na kon­fe­ren­cji IHM, jesie­nią, w Por­t­land. Na­dal pra­cu­jesz w QCI?

Cho­dziło jej o Quigley Crowe Inter­na­tio­nal.

- Wła­ści­wie to dopiero co prze­sze­dłem na...

- Mogę się na chwilę przy­siąść? - prze­rwała mu, sia­da­jąc na jed­nym z dwóch wol­nych krze­seł.

- Yyy... Pro­szę - odparł, spo­glą­da­jąc na swo­jego towa­rzy­sza, który, tak na mar­gi­ne­sie, nazy­wał się Richard Jaconti. - To mój zna­jomy, Rich.

- Miło mi cię poznać, Rich. Andi Pio­trow­ski. Nie prze­szka­dzam?

- Yyy... Nie, nie prze­szka­dzasz. - Geo­rge przy­glą­dał się uważ­nie Andi, a jego twarz przy­bie­rała powoli innego rodzaju "przy­ja­ciel­ski" wyraz. - Musia­łem chyba zde­cy­do­wa­nie za dużo pić w Por­t­land, skoro cię nie pamię­tam.

Rety, Geo­rge, na pewno łapiesz na ten tekst wszyst­kie laski.

- Pio­trow­ski - powtó­rzył. - To pol­skie nazwi­sko, prawda?

- Oczy­wi­ście.

- Po mężu?

- Nie - zaprze­czyła Andi.

Kiedy ludzie sły­szą to nazwi­sko, natych­miast wyobra­żają sobie białą blon­dynkę, nie kogoś o brą­zo­wym kolo­rze skóry. Więk­szość ludzi tak ją postrze­gała, choć tak naprawdę Andi była dwu­ra­sowa.

- Ach, czyli jedno z two­ich rodzi­ców jest Pola­kiem?

Tak, Geo­rge, tak wła­śnie to zwy­kle działa. Mam ci to roz­ry­so­wać?

A teraz prze­pro­siny. Za trzy... dwa... jeden...

- To zna­czy... Rozu­miem - powie­dział. - Nie... Nie chcia­łem cię ura­zić.

Gdyby czuła się ura­żona za każ­dym razem, kiedy ktoś zasta­na­wiał się, jakim cudem czarna kobieta nosi pol­skie nazwi­sko, musia­łaby być cią­gle zła. Zazwy­czaj ją to zdu­mie­wało, a cza­sami męczyło.

- Nic nie szko­dzi - odparła. - Więc, Rich, czym się zaj­mu­jesz?

Facet zaczął mówić, zatrzy­mał się na chwilę, a potem rzu­cił:

- Mam nudną pracę w han­dlu.

Richard Jaconti, czter­dzie­ści dwa lata, był wice­pre­ze­sem i sze­fem do spraw rynku kra­jo­wego w fir­mie Jen­ner 3D Labs, głów­nej rywalki Quigley Crowe Inter­na­tio­nal.

- A ty? - zapy­tał, zmie­nia­jąc temat.

- Ja? Ja też pra­cuję w QCI. - Uśmiech­nęła się Andi. - To dziwne, że ni­gdy nie widzia­łam cię w biu­rze, Geo­rge. Cho­ciaż w sumie ja pra­cuję w dziale ochrony.

Patrząc na miny obu panów, można by pomy­śleć, że Andi wła­śnie poin­for­mo­wała ich, że ma pod bluzką bombę.

Wyjęła z mary­narki odznakę i poka­zała im. Była na niej tylko złota gwiazda i logo firmy. Andi jesz­cze nie przy­zwy­cza­iła się do tego, że na jej odznace nie wid­niał napis "Poli­cja". Ale za to tutaj pła­cili jej dużo lepiej.

- Tak? - wydu­sił z sie­bie Geo­rge, uda­jąc bez­tro­skiego, cho­ciaż jego twarz w szyb­kim tem­pie tra­ciła kolor. - W ochro­nie? To... brzmi inte­re­su­jąco.

- Cza­sami takie jest - przy­znała Andi. Na przy­kład ten dzień wła­śnie taki był.

- Wybacz­cie mi na chwilę - powie­dział nagle Richard, odsu­wa­jąc krze­sło od stołu.

- Powi­nien pan pozo­stać na miej­scu, panie Jaconti - zatrzy­mała go Andi.

Wypo­wie­działa jego nazwi­sko po raz pierw­szy. Teraz przy­naj­mniej wszy­scy już dokład­nie się rozu­mieli.

- Prze­pra­szam, co... Co tu się dzieje? - zapy­tał Geo­rge drżą­cym gło­sem.

Andi zwró­ciła się do niego.

- Richard zosta­nie aresz­to­wany przez FBI, zanim zdoła pozbyć się pen­drive'a, któ­rego mu wła­śnie dałeś, Geo­rge. Tego pen­drive'a, na któ­rym znaj­dują się pro­gnozy sprze­daży FY25 dla hema­to­lo­gii, nie­trzy­ma­nia moczu, zapo­bie­ga­nia infek­cjom, prawda? Nie umknęła mi jakaś inna linia pro­duk­tów?

Pod­czas jej krót­kiej prze­mowy Geo­rge zdą­żył upo­rać się z całą gamą emo­cji, od zasko­cze­nia, przez prze­ra­że­nie, aż do czę­ścio­wego odzy­ska­nia rów­no­wagi.

- Nie wiem, o czym mówisz - powie­dział sta­now­czo. - Tak, zapi­sa­łem dane doty­czące tych sprze­daży.

Czyli wie­dział, że temu nie da rady zaprze­czyć. Wie­dział, że wydział ochrony QCI ma moż­li­wość prze­śle­dze­nia reje­strów danych każ­dego kom­pu­tera w fir­mie.

- Ale to tylko dla­tego, że mia­łem obawy co do tych linii pro­duk­tów i chcia­łem się upew­nić, że na­dal będą odno­to­wy­wały wzrost po moim odej­ściu.

Oczy­wi­ście. Pew­nie od początku pla­no­wał w ten wła­śnie spo­sób się tłu­ma­czyć i miał to prze­ćwi­czone na wypa­dek kon­fron­ta­cji. Nie była to zła odpo­wiedź, a do tego nie­moż­liwa do pod­wa­że­nia. Dla­tego wła­śnie Andi musiała pocze­kać do chwili, w któ­rej Geo­rge prze­każe te dane kon­ku­ren­cji.

- Geo­r­gowi wyda­wało się, że jest sprytny - zwró­ciła się Andi do Richarda. - Dane doty­czące nie­trzy­ma­nia moczu pobrał we środę przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia, mając nadzieję, że tego nie zauwa­żymy. Nic się potem nie stało, więc poczuł się bez­piecz­nie i w dru­gim tygo­dniu grud­nia pobrał pro­gnozy sprze­daży dla hema­to­lo­gii. A następ­nie dane doty­czące zapo­bie­ga­nia infek­cjom, dokład­nie w Wigi­lię. Wiesz, naj­le­piej roz­ło­żyć coś w cza­sie, pocze­kać na reak­cję, a kiedy ta się nie pojawi, dzia­łać dalej. Potem, w zeszłym tygo­dniu, zło­żył wymó­wie­nie. Aż tu nagle spo­ty­kamy go na póź­nym obie­dzie z naszą kon­ku­ren­cją!

Richard, który wyglą­dał, jakby miał zaraz zemdleć, jakby mu z twa­rzy odpły­nęła cała krew, co do ostat­niej kro­pelki, pochy­lił się w jej stronę i wydu­sił z sie­bie jedyne literki, które zaprzą­tały cał­ko­wi­cie jego myśli:

- FBI?

- Jeśli spró­bu­jesz uciec albo znisz­czyć pen­drive, który wci­sną­łeś sobie do kie­szeni mary­narki, to tak, Richar­dzie, zosta­niesz aresz­to­wany przez FBI - wyja­śniła mu Andi. - A muszę przy­znać, że nic nie spra­wi­łoby mi więk­szej rado­ści. Więc pro­szę, spró­buj. A tak na mar­gi­ne­sie, jeśli aresz­to­wany zosta­nie jeden z was, to i drugi też. Albo zrobi się z tego sprawa karna, albo nie.

Richard wodził wzro­kiem po sali, usi­łu­jąc jed­no­cze­śnie powstrzy­my­wać dło­nie przed drże­niem.

- Czyli jest inne wyj­ście... - zaczął, ale ści­śnięte gar­dło nie dało mu dokoń­czyć.

- Geo­rge, zła­ma­łeś pod­pi­saną w QCI klau­zulę pouf­no­ści, nie wspo­mi­na­jąc już o umo­wie o zaka­zie współ­pracy z kon­ku­ren­cją, za któ­rej zawar­cie otrzy­ma­łeś nie­małą pre­mię. A do tego popeł­ni­łeś prze­stęp­stwo fede­ralne. Jeśli w tej chwili powiesz nam wszystko i zgo­dzisz się na cał­ko­witą współ­pracę, a Richard odda mi pen­drive, nie zgło­simy sprawy na poli­cję.

Geo­rge i Richard spoj­rzeli na sie­bie.

- Czyli... wszystko zosta­nie zapo... - Geo­rge prze­rwał i z tru­dem prze­łknął ślinę. - Zapo­mniane?

- Nie sta­niesz przed sądem za szpie­go­stwo prze­my­słowe, żaden z was nie sta­nie - wyja­śniła Andi. - Zasta­na­wiasz się teraz, czy na­dal będzie ci przy­słu­gi­wała eme­ry­tura, ubez­pie­cze­nie zdro­wotne i moż­li­wość zakupu akcji?

Geo­rge przy­tak­nął, zagry­za­jąc wargę.

- To już zależy od QCI - odparła Andi. - Nie ode mnie. Ja oso­bi­ście zaku­ła­bym was obu w kaj­danki.

- Kurwa mać, Geo­rge. - Richard wycią­gnął kopertę z kie­szeni i podał ją Andi. - Ja się zga­dzam.

7 Andi

Jack Cor­tlad wró­cił do swo­jego biura, w któ­rym sie­działa Andi z nogami na jego biurku.

- Myślę, że Geo­rge żałuje, że nie zało­żył rano pie­lu­chy - powie­działa.

Jack zdjął mary­narkę i zarzu­cił ją na opar­cie krze­sła. Nale­żał do tego typu męż­czyzn, któ­rzy nie lubią się stroić, kiedy nie jest to abso­lut­nie konieczne. Gdyby mógł, nosiłby codzien­nie do pracy zwy­kłą koszulę i spodnie w kolo­rze khaki. Wyglą­dał jak ktoś, kto całe życie pra­co­wał fizycz­nie i teraz, będąc już w pode­szłym wieku, wyho­do­wał duży brzuch (choć na­dal był solid­nie zbu­do­wany), miał zmarszczki na twa­rzy i roz­wiane, siwe włosy.

- Muszę przy­znać, Andi, że to było piękne i dosko­nałe. - Wyjął z szu­flady biurka butelkę whi­sky Dewar's oraz dwie szklanki. - Napi­jesz się?

Jeśli cho­dziło o rela­cje inter­per­so­nalne w pracy, Jack pozo­sta­wał na­dal w dwu­dzie­stym stu­le­ciu. Stale komen­to­wał wygląd Andi i otwar­cie z nią flir­to­wał. Z kimś takim można sobie pora­dzić na wiele spo­so­bów i kie­dyś Andi pew­nie reago­wa­łaby znacz­nie bar­dziej agre­syw­nie, ale teraz wolała luz i spo­kój.

- Nie, dzię­kuję - odparła. Nie chciała go zachę­cać, ale jed­no­cze­śnie nie chciała też robić z jego zacho­wa­nia afery.

Agnes faj­nie to okre­ślała. Co ona zwy­kła mówić? "Zawsze trud­niej jest odmó­wić po raz drugi".

- Nie prze­pa­dasz za szkocką, co?

- Raczej za piciem z prze­ło­żo­nym.

- Cóż, ale nie możesz mieć mi za złe, że zapro­po­no­wa­łem.

W zasa­dzie to mogła­bym, Jack. Ale nie chcę.

Jack nalał sobie odro­binę.

- Ale go przy­szpi­li­łaś. Nie uwie­rzył­bym, gdy­bym tego nie widział. Twoje zdro­wie. - Wziął łyk i mla­snął z satys­fak­cją. - Bra­kuje ci pracy w poli­cji, prawda?

Andi wzru­szyła ramio­nami. Bra­ko­wało jej tam­tego roman­ty­zmu... gdzie dobrzy ści­gają złych. Ale tam­ten okręt odpły­nął już dawno temu, jesz­cze zanim ode­szła z komi­sa­riatu w Deemer Park, kiedy zdała sobie sprawę, że ci źli nie zawsze byli tak źli, jak się wyda­wało, a ci dobrzy zde­cy­do­wa­nie nie byli aż tacy dobrzy.

Tutaj przy­naj­mniej nie było uda­wa­nia. Firma Quigley Crowe Inter­na­tio­nal sprze­da­wała pro­dukty medyczne dla zysku. Oczy­wi­ście z ogrom­nym uogól­nie­niem można było okre­ślić ją jako firmę, która wytwa­rzała pro­dukty, które poma­gały ludziom. Cho­ciaż tak naprawdę QCI była pry­wat­nym przed­się­bior­stwem, które zwy­czaj­nie zara­biało pie­nią­dze i chro­niło wła­sne inte­resy.

- I ten blef z FBI - kon­ty­nu­ował Jack. - Nie wie­rzy­łem, że się na to nabiorą. Ale ty byłaś tego pewna.

- Popatrz na to z ich per­spek­tywy - odparła. - Zostali przy­ła­pani na gorą­cym uczynku. Musieli szybko zde­cy­do­wać. Nie zda­wali sobie sprawy, że aresz­to­wa­nie pra­cow­nika przez FBI byłoby tak samo kom­pro­mi­tu­jące dla QCI, jak dla nich samych. Myśleli tylko o tym, że mogą zaraz zostać wypro­wa­dzeni w kaj­dan­kach z Gib­son's Ita­lia, stra­cić wszystko i musieć spoj­rzeć w oczy żonom i dzie­ciom, a potem odsie­dzieć wyrok w zakła­dzie kar­nym. Ten strach wyparł z ich głów racjo­nalne myśle­nie.

Jack zaci­snął usta i kiw­nął głową z uzna­niem.

- Myślisz tak jak oni.

- Muszę.

- Mhm. - Kolejny łyk Dewar'sa. - Andi, przy­dzie­lam cię do Pro­jektu Nano. Sły­sza­łaś o nim?

Oczy­wi­ście, że sły­szała. Wszy­scy w fir­mie o nim sły­szeli, cho­ciaż tylko nie­liczni znali szcze­góły. Pro­jekt Nano był arcy­dzie­łem. Abso­lut­nym prze­ło­mem. Nie do końca jesz­cze goto­wym, żeby zgło­sić go do testów w Agen­cji Żyw­no­ści i Leków, ale kiedy prace nad nim zostaną już ukoń­czone, będzie to naj­waż­niej­szy pro­dukt, który powstał w QCI. Jedna z naj­więk­szych inno­wa­cji w zakre­sie lecze­nia raka. Sza­co­wano, że w ciągu następ­nych dwu­dzie­stu lat przy­nie­sie on fir­mie zyski wiel­ko­ści około trzech miliar­dów dola­rów.

Wielu - w tym kon­ku­ren­cja, inne pań­stwa czy piraci prze­my­słowi - goto­wych było zapła­cić ogromne pie­nią­dze, żeby poło­żyć łapy na danych Pro­jektu Nano.

I od tej chwili Andi powinna zro­bić wszystko, aby temu zapo­biec.

8 Andi

W sobotni pora­nek Andi skoń­czyła pierw­szą połowę swo­jego biegu dokład­nie przed knajpą Sal's Diner. Bolała ją głowa od za dużej ilo­ści wódki wypi­tej poprzed­niego wie­czora (dziew­czyń­skiego wypadu na mia­sto), ale była zbyt uparta, żeby odpu­ścić sobie poranne bie­ga­nie.

Zdjęła słu­chawki, czapkę i weszła do środka.

- Dzień dobry, Andreo! - przy­wi­tał ją Sal zza lady. - Jak samo­po­czu­cie tego pięk­nego poranka?

- Znasz mnie, Sal. Każdy dzień to dla mnie dar.

- Cała prawda. Twój sta­ru­szek sie­dzi z tyłu, jak zawsze.

Poma­chała mu i prze­szła do tyl­nej czę­ści restau­ra­cji, czu­jąc, że bur­czy jej w brzu­chu od zapa­chów sma­żo­nego mięsa i nale­śni­ków. W końcu prze­bie­gła już pra­wie pięć kilo­me­trów po bło­cie pośnie­go­wym i kału­żach.

Brando sie­dział przy sto­liku w bok­sie, ubrany w dres, a otwarta gazeta zasła­niała jego twarz. Kel­nerka wła­śnie dole­wała mu kawy.

- Andi! - zawo­łał śpiew­nie.

- Mój tata to wymie­ra­jący gatu­nek - zwró­ciła się Andi do kel­nerki. - Jest jedy­nym czło­wie­kiem na ziemi, który na­dal czyta rano praw­dziwe gazety.

Ojciec spoj­rzał na nią znad dzien­nika.

- Zrób mi tę przy­jem­ność i nie uży­waj słowa "wymie­ra­jący", kiedy o mnie mówisz.

Andi chwy­ciła kawa­łek chru­pią­cego bekonu z jego tale­rza i odgry­zła połowę.

Brando zawsze naj­pierw zama­wiał bekon, który postrze­gał jako przy­stawkę.

- Pew­nie, czę­stuj się - powie­dział, zwi­nął gazetę i odło­żył ją na sie­dze­nie, po czym zwró­cił się do kel­nerki. - Urodę odzie­dzi­czyła po matce, gdyby się pani zasta­na­wiała...

Kel­nerce chyba podo­bała się ta wymiana zdań. Andi zamó­wiła tylko sok poma­rań­czowy, ponie­waż zostało jej jesz­cze do prze­bie­gnię­cia kolejne pięć kilo­me­trów. A Brando zaży­czył sobie jajka z taba­sco.

- Tak przy oka­zji, co u mamy? - zapy­tał.

- Nic nowego. A jak tam stawki?

Brando zro­bił zło­śliwą minę. Jesz­cze nie brał prysz­nica. Resztka wło­sów, którą miał na gło­wie, wyglą­dała, jakby w nią strze­lił pio­run. A twarz miał pooraną zmarszcz­kami i ska­le­cze­niami, jakby goląc się, tań­czył pogo.

- Ze staw­kami, jak zawsze, bywa róż­nie - odparł. - Ale wczo­raj wysze­dłem na swoje. Zary­zy­ko­wa­łem w pią­tej kolejce. Dzięki temu czas szyb­ciej mija.

- Pro­blem z hazar­dem nie jest spo­so­bem na zabi­ja­nie czasu.

- A kto powie­dział, że mam pro­blem z hazar­dem? Czy czło­wiek w moim wieku nie może robić cze­goś, co spra­wia mu przy­jem­ność?

Andi oparła się o mięk­kie opar­cie sie­dzi­ska.

- Nie wyglą­dasz za dobrze, tato.

- Bo mar­twię się o cie­bie. - Zmie­rzył ją wzro­kiem. - Spójrz na sie­bie, kochana. Tro­chę wczo­raj zaba­lo­wa­łaś, co?

- Może... I wypi­łam o parę kie­lisz­ków cosmo za dużo.

- A przy­naj­mniej zali­czy­łaś coś?

- Och, na litość boską! - Andi scho­wała twarz w dło­niach. Brando był bez­po­średni do bólu. Kel­nerka zdą­żyła wła­śnie wró­cić z sokiem dla niej i usły­szała to ostat­nie pyta­nie.

- My... yyy... nie mamy tra­dy­cyj­nej rela­cji ojca z córką - wyja­śniła jej Andi. Kel­nerka uśmiech­nęła się tylko i poszła sobie.

Nie, Andi wczo­raj nie zali­czyła. Miała czas posu­chy. Po Leo (po tym, jak ich zwią­zek niczym Hin­den­burg roz­bił się i spło­nął jakieś sześć lat temu) nie była z nikim na poważ­nie. A to ozna­czało sześć lat oka­zjo­nal­nych ran­dek, jesz­cze mniej oka­zjo­nal­nego seksu i tylko jed­nego kole­sia, który wyda­wał się obie­cu­jący. Ale wkrótce Andi dowie­działa się, że jego żona też lubiła spę­dzać z nim czas.

Pew­nie pro­ble­mem była jej praca. Kiedy była poli­cjantką w Deemer Park, było jej jesz­cze trud­niej. Po pierw­sze, cho­dziło o bez­na­dziejne godziny pracy. Cho­ciaż jesz­cze gor­sze było przy­no­sze­nie tego całego gówna ze sobą do domu, a potem musiała zmyć je z sie­bie, zało­żyć szpilki i uda­wać "nor­malną" dla jakie­goś kole­sia, który zwy­kle oka­zy­wał się bez porów­na­nia gor­szy od książki czy serialu na Net­fli­xie albo wypadu na mia­sto z dziew­czy­nami.

"Nie wzię­łaś ślubu z pracą - zawsze powta­rzała jej mama. - Ty się cho­wasz za swoją pracą".

- W każ­dym razie - Brando zmie­nił temat. - Jak tam twoje śledz­two w spra­wie tego faceta, co ukradł to coś tam... Te dane o sprze­daży?

- Zła­pa­łam go na gorą­cym uczynku. Wszystko oddał.

- Serio? Brawo! Jack Cor­tland na pewno był zado­wo­lony.

- Był. A wiesz, jak zado­wo­lony?

- Nie. Jak?

Andi pochy­liła się w jego stronę.

- Tak, że skie­ro­wał mnie do Pro­jektu Nano.

- Och, Andi, to wspa­niale! - Brando z dumną miną odchy­lił się na opar­cie. - No pro­szę, odno­sisz suk­cesy!

9 Chris

Agent spe­cjalny Chri­sto­pher Roberti, który wyszedł przed chwilą spod prysz­nica, wycią­gnął igłę z fiolki, naci­snął tłok, żeby usu­nąć ze strzy­kawki duży pęche­rzyk powie­trza, po czym odło­żył ją wraz z fiolką na blat w łazience.

Spoj­rzał na tele­fon, na obszerny arty­kuł "Tri­bune" o tym, co poszło nie tak w śledz­twie FBI w spra­wie Petera Sahina, któ­remu kilka dni wcze­śniej posta­wiono zarzuty korup­cyjne. Arty­kuł nie uka­zy­wał we wła­ści­wym świe­tle ani dowo­dów, ani sprawy, którą osta­tecz­nie poskła­dali jego kole­dzy z wydziału do walki z korup­cją, choć raczej nale­ża­łoby powie­dzieć, że pole­gli na tym polu. Chris mógł wyre­cy­to­wać każdy ich błąd, a było ich wiele, na przy­kład rze­czy, które jego kole­dzy mogli i powinni byli zro­bić oraz ich dzia­ła­nia, które potem obró­ciły się prze­ciwko nim.

Tele­fon zawi­bro­wał. To była jego sio­stra, Mary. Ode­brał i włą­czył tryb gło­śno­mó­wiący.

- Co pora­biasz, bra­ciszku?

To była ruty­nowa kon­trola. Czę­sto tak robiła. Chris pochy­lił się, opie­ra­jąc cię­żar na lewej nodze i odsła­nia­jąc prawy pośla­dek. Pal­cem nakre­ślił na nim krzy­żyk, a potem prze­tarł jego górny prawy róg waci­kiem nasą­czo­nym alko­ho­lem.

- Muszę dzi­siaj wce­lo­wać do naroż­nika. A w mię­dzy­cza­sie czy­tam o tym, jak spar­ta­czy­li­śmy sprawę Sahina.

- Czyli się gotu­jesz.

Wziął strzy­kawkę, wyce­lo­wał igłą w wyzna­czone miej­sce, nabrał powie­trza, a potem wbił ją w skórę jed­nym spraw­nym ruchem, jak przy grze w darta.

- Wcale się nie gotuję.

- Niech zgadnę. Ci goście z wydziału do walki z korup­cją nie potra­fi­liby zna­leźć swo­ich wła­snych dup, nawet gdyby im dać kom­pasy, a mimo to odrzu­cili cie­bie i wzięli kogoś z zewnątrz. Tak było?

Iry­to­wało go to, jak sio­stra dobrze go znała. Odchy­lił głowę, żeby spoj­rzeć na strzy­kawkę. Wewnątrz nie poja­wiła się krew. Dobrze.

Wci­snął tłok i dokoń­czył zastrzyk.

- Po pro­stu mam już dość prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Męczy mnie ści­ga­nie pomniej­szych han­dla­rzy nar­ko­ty­kami.

- Chris, dopiero wró­ci­łeś do pracy. Daj sobie czas.

Mary cią­gle to powta­rzała. Ten tekst zaczy­nał już powoli siwieć. A on wcale nie "dopiero wró­cił do pracy". Od jego powrotu minął już rok, a mimo to Chris na­dal tkwił w prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, cho­ciaż wiele razy pro­sił o prze­nie­sie­nie. Wszy­scy na­dal widzieli w nim ran­nego, sła­bego osob­nika. Nikt tego nie powie­dział na głos, ale tak wła­śnie było.

- Powi­nie­neś zadzwo­nić do Leviego - zasu­ge­ro­wała Mary. - On zawsze potrafi popra­wić ci humor. Roz­ma­wia­łeś z nim ostat­nio?

- Nie, ale za to umó­wi­łem się na przy­szły tydzień z wróżką. Z tym że potem zadzwo­niła do mnie i prze­po­wie­działa, że będę musiał to odwo­łać.

Mary jęk­nęła z nie­sma­kiem. Ale to była jedna z zasad Leviego, którą Chris wpro­wa­dził w życie: "Co odpę­dza złe myśli? Codzienna dawka kiep­skich żar­tów".

- Sorki, muszę ode­brać zamó­wie­nie - powie­dział, po czym się roz­łą­czył. A potem otwo­rzył butelkę z piguł­kami, która stała na bla­cie. Połknął jedną i popił wodą z kranu, krzy­wiąc się. Bo sma­ko­wała obrzy­dli­wie.

Wło­żył do ust wyka­łaczkę i usa­do­wił się na łóżku. Wszedł do inter­netu i ponow­nie otwo­rzył swoje wyniki badań, które dostał w zeszłym tygo­dniu i od tam­tej pory co chwila je czy­tał. Były tam wykresy, liczby i dziwne nazwy, takie jak mor­fo­lo­gia, kom­plek­sowy panel meta­bo­liczny, lipi­do­gram, wskaź­nik MPV czy hema­to­kryt. Wszyst­kie te nazwy zle­wały mu się w nie­ja­sną magmę. Jedyne, co rzu­cało mu się w oczy, to zwrot "w nor­mie" na końcu każ­dej linijki.

A do tego przy­szła krótka wia­do­mość od dok­tora Quare­sha, jego onko­loga:

Chri­sto­phe­rze, dobra robota! Cały rok w zdro­wiu! Tak trzy­maj i do zoba­cze­nia za kilka tygo­dni.

Chris czy­tał ją codzien­nie, i to wie­lo­krot­nie. Była dla niego niczym zimny okład na roz­grzaną głowę. Cią­gle upew­niał się, że to prawda, a nie sen.

Dok­tor Quaresh był małym męż­czy­zną o dużych uszach i z kępką siwych wło­sów na gło­wie. To wła­śnie on trzy lata temu wypo­wie­dział słowa, które zmie­niły życie Chrisa: "Cóż, guz jest zło­śliwy, co ozna­cza, że czeka nas tro­chę pracy".

Jak dotąd, wynik wynosi: Chri­sto­pher Roberti -1, rak - 0.

- Wygra­łeś - powie­dział Levi. Przyj­mo­wali razem che­mię, kiedy Chris dostał pierw­szy wynik potwier­dza­jący jego powrót do zdro­wia. - A teraz ciesz się tym. Żyj! Wyjdź z domu i czerp ze świata gar­ściami.

Chris zamknął plik z wyni­kami i otwo­rzył ten z nagra­niami z plu­skwy zain­sta­lo­wa­nej w biu­rze Cyrusa Balika, w jego klu­bie ze strip­ti­zem o nazwie Seksi.

Cyrus Balik był dostawcą tak zwa­nej świę­tej trójcy, czyli broni, dziew­czyn i nar­ko­ty­ków. Był to biały męż­czy­zna, Estoń­czyk z pocho­dze­nia, który zaopa­try­wał gangi z Calu­met City i Deemer Park. Obec­nie zaj­mo­wał się głów­nie prze­my­tem ludzi, a kon­kret­nie dziew­czyn z Europy Wschod­niej, ale też tych miej­sco­wych, głów­nie ucie­ki­nie­rek z domu. Był wła­ści­cie­lem paru firm: kilku dys­ko­tek, klubu ze strip­ti­zem, dwóch myjni samo­cho­do­wych oraz knajpy z bur­ge­rami. Wszystko po to, żeby prać pie­nią­dze.

Przez nie­któ­rych nazy­wany był Cyklo­pem, a to z powodu sztucz­nego lewego oka. Wieść nio­sła, że stra­cił je pod­czas bójki na noże w jego rodzin­nym Tal­lin­nie, po tym, jak wszedł w drogę jakiejś waż­nej postaci z lokal­nego gangu. Uciekł potem do Sta­nów i tutaj sko­rzy­stał z oka­zji zbu­do­wa­nia wła­snej prze­stęp­czej kor­po­ra­cji. Było to jakieś trzy­dzie­ści pięć lat temu.

I trzeba przy­znać, że mu się udało.

Pięć lat temu Chris miał już Cyrusa na widelcu pod­czas próby zakupu broni - kara­bin­ków AR-15 z Ame­ryki Środ­ko­wej. Chris przy­ła­pał na gorą­cym uczynku kuriera, który peł­nił funk­cję łącz­nika, a był nim chudy gość o imie­niu Arturo. Dwa tygo­dnie póź­niej głowę Arturo zna­le­ziono w rowie na pobo­czu ulicy Pula­ski Road.

Trzy lata temu, tuż przed poja­wie­niem się w życiu Chrisa słowa na "r", czyli tuż przed przy­mu­so­wym odej­ściem na zwol­nie­nie z powodu che­mii, Chris miał infor­ma­tora w oto­cze­niu Cyrusa. Była nim łotew­ska nasto­latka Lucija, prze­miła dziew­czyna, która dała się namó­wić na przy­jazd do Sta­nów i została zmu­szona do sprze­da­wa­nia się i tań­cze­nia w klu­bach Cyrusa. Jej ciała ni­gdy nie udało się odna­leźć. Po pro­stu znik­nęła pew­nego dnia.

No i przed rokiem była Bon­nie Tres­sler.

Ludzie, któ­rzy napo­ty­kali Cyrusa na swo­jej dro­dze, umie­rali tra­gicz­nie.

Chris naci­snął "play" na nagra­niu z pod­słu­chu i prze­su­nął je do przodu, pomi­ja­jąc cichy frag­ment. Cyrus rzadko poja­wiał się w klu­bie w ciągu dnia. Spę­dzał w nim wie­czory. Wczo­raj pierw­sze głosy dały się sły­szeć na nagra­niu nieco po godzi­nie 19.30.

- Viin, mida me teeme, mait­seb nagu piss.

- Kedagi ei huvita, mida me müüme. Nad on naiste jaoks ole­mas.

Chris zro­zu­miał z tego tylko tyle, że Cyrus mówił do jed­nego ze swo­ich ludzi po estoń­sku. Wie­dział, że była to cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczna wymiana zdań, nie musiał nawet poświę­cać czasu na tłu­ma­cze­nie. Raz to zro­bił i - spę­dziw­szy dłu­gie godziny na ana­li­zo­wa­niu jed­nej z podob­nych roz­mów - dowie­dział się tylko, że Cyrus i jego idioci roz­ma­wiali wyłącz­nie o cyc­kach, lodach, wódce, piłce noż­nej i roz­mia­rach fiu­tów.

- Ütle sel­lele ruma­lale, et täna ?htul raha teenida.

- Ma ütlen talle, et ta peab oma per­set vel natuke rapu tama.

Chris prze­su­nął nagra­nie jesz­cze do przodu, na­dal nie wyła­pu­jąc nic uży­tecz­nego, a jedy­nie ciche frag­menty i coś po estoń­sku. Zamknął nagra­nie i zapi­sał na swoim kom­pu­te­rze.

Nie obcho­dziło go, co Cyrus mówił do ota­cza­ją­cych go zbi­rów. I tak nie prze­ka­zy­wał im nic, co mogłoby się przy­dać. Inte­re­so­wały go tylko te chwile, kiedy Cyrus wyga­niał wszyst­kich z biura i wyj­mo­wał tele­fon na kartę, z któ­rego dzwo­nił do osoby znaj­du­ją­cej się nad nim w łań­cu­chu pokar­mo­wym. Jedy­nej, przed którą odpo­wia­dał, a był nim nie­jaki Nico.

Nico Kat­sa­ros, czyli czło­wiek nie­wi­dzialny, Grecki Duch, Pan Teflon.

I całe szczę­ście, że Nico nie mówił po estoń­sku, więc Cyrus roz­ma­wiał z nim po angiel­sku.

Taki tele­fon wyko­nał osiem dni temu. Chris otwo­rzył nagra­nie i zaczął słu­chać.

- Muszę z tobą poroz­ma­wiać o tam­tym. Nie, nie tym. O Nano.

Cho­dziło o Pro­jekt Nano. Jakiś prze­ło­mowy lek na raka, wyna­le­ziony przez pry­watną firmę o nazwie Quigley Crowe Inter­na­tio­nal. Nico pla­no­wał wykraść im for­mułę i sprze­dać ją Chiń­czy­kom. A Cyrus miał mu pomóc z dostawą. Miał być za nią odpo­wie­dzialny.

- Tak, o to. Nie powi­nie­nem brać w tym udziału. Co będzie, jeśli mnie zła­pią? O tym prze­cież zawsze mówi­łeś. Żeby być przy­go­to­wa­nym na naj­gor­sze. Tak, oczy­wi­ście, nic bym im nie powie­dział, ale jestem z tobą bli­sko. Będą pró­bo­wali nas powią­zać. Lepiej, żeby zajął się tym ktoś bez powią­zań. Okej. Okej, dobra, w porządku. Zro­bię to, ale... Zasta­nów się nad tym.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki