W sieci - Anna Sakowicz

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mam na imię Hanna. Jestem kobietą na skraju wyczer­pa­nia ner­wo­wego jak Pepa z filmu Almo­dó­vara...

Stoję przy drzwiach i nasłu­chuję odgło­sów domu. Jasiek od godziny śpi, więc jestem pewna, że jego nie usły­szę. Naprze­ciwko mojej kry­jówki znaj­duje się pomiesz­cze­nie z zamknię­tymi drzwiami, za któ­rymi czai się on. W ostat­nich tygo­dniach zacho­wuje się jak roz­ju­szone zwie­rzę. Kładę dłoń na klamce. Zaska­kuje mnie jej chłód. Powoli naci­skam i wsu­wam głowę w szparę. Drzwi do jego pokoju są na­dal zamknięte, ale wewnątrz pali się świa­tło. Przez szybę nie dostrze­gam nie­po­ko­ją­cego cie­nia. Być może śpi przed tele­wi­zo­rem. Po cichu robię krok naprzód. Czuję pod sto­pami zimną tera­kotę. Poło­ży­li­śmy ją w przed­po­koju tuż przed uro­dze­niem Jaśka. Spie­szy­li­śmy się, żeby zdą­żyć przed roz­wią­za­niem, a facho­wiec wciąż zmie­niał ter­min roz­po­czę­cia pracy. Wresz­cie Paweł nie wytrzy­mał, zro­bił face­towi kar­czemną awan­turę, rzu­cał prze­kleń­stwami, aż tam­ten zna­lazł ter­min i w kilka dni poło­żył kafle. Dziś bym takich nie wybrała. Nie­prak­tyczne, ciemne, imi­tu­jące kamień, w dodatku na wysoki połysk. Widać na nich każdy okruch i pyłek kurzu.

Sta­wiam kolejny krok i kiedy wresz­cie chwy­tam klamkę drzwi do łazienki, przy­spie­szam. Wpa­dam do środka i natych­miast prze­krę­cam zamek. Opie­ram dło­nie o pralkę i patrzę w lustro. Popra­wiam włosy. Są matowe i szorst­kie, kolor dawno wyblakł. Powin­nam je pod­ciąć i zafar­bo­wać. Nacią­gam skórę policzka, wszyst­kie nie­rów­no­ści momen­tal­nie zni­kają. Pod­no­szę kąciki ust. Zapo­mnia­łam, jak się to robi, więc teraz jest to niczym dźwi­ga­nie sztangi w siłowni. Roz­bie­ram się i wcho­dzę pod prysz­nic. Sta­ram się zacho­wy­wać cicho, jak­bym była zło­dziejką we wła­snym domu. Wiem jed­nak, że jeśli on nie śpi, usły­szy szum wody. Wyobra­żam sobie, jak bie­rze śru­bo­kręt i dobiera się do zamka, żeby tu wejść. Wstrząsa mną dreszcz, natych­miast zakrę­cam wodę i sku­piam wszyst­kie swoje zmy­sły. Cisza. Powoli otwie­ram drzwi kabiny i szyb­kimi ruchami wycie­ram ciało. Nie wkle­puję już żad­nych kre­mów i bal­sa­mów. Muszę wró­cić do swo­jego pokoju, bo tylko tam czuję się bez­piecz­nie, choć nie mogę zamknąć się na klucz. Na szczę­ście jesz­cze nie naru­szył prze­strzeni mojej sypialni, wie­rzę więc, że tak zosta­nie. Przed dwoma mie­sią­cami wyraź­nie okre­śli­li­śmy gra­nicę, cze­ka­jąc na orze­cze­nie roz­wodu. Nie rozu­miem, dla­czego się nie wypro­wa­dził. Nie ma żad­nych praw do miesz­ka­nia, które odzie­dzi­czy­łam po babci, gdy byłam jesz­cze stu­dentką. Kie­dyś będzie musiał je opu­ścić, dla­czego to odwleka? Ner­wowo cze­szę włosy. Szczotka z tru­dem prze­bija się przez splą­tane kosmyki. Ponow­nie patrzę w lustro. Robię kilka głę­bo­kich wde­chów i wresz­cie odwra­cam się, prze­krę­cam zamek i powoli otwie­ram drzwi. Miesz­ka­nie wciąż jest pogrą­żone w ciszy.

- I co teraz?! - Sły­szę jego głos. Paweł nagle wyra­sta przede mną. Jest bez koszulki, ma zwi­chrzone włosy i śmier­dzi kil­ku­dnio­wym potem. Popy­cha mnie, czuję jego palce wbi­ja­jące się w ramiona. Cofam się do łazienki i ude­rzam bio­drem o umy­walkę. Momen­tal­nie napiera na mnie cia­łem i przy­ci­ska swoim cię­ża­rem do pralki.

- Au... - syczę z bólu, a on zaci­ska palce na moich ramio­nach. Nie pozwala mi odwró­cić twa­rzy i potrząsa mną jak szma­cianą lalką, choć jeste­śmy tego samego wzro­stu. Nie wiem, kiedy zamyka za sobą drzwi, odci­na­jąc mi drogę ucieczki.

- Będziesz krzy­czeć? - kpi. Wie, że nie zro­bię nic, co mogłoby obu­dzić i wystra­szyć Jasia. - Boisz się?

Na twarz pry­skają mi dro­binki jego śliny. Wykrzy­wiam się z odrazą.

- Puść mnie!

- Mógł­bym cię tu wziąć na tej pralce i nawet byś nie pisnęła - szep­cze mi do ucha, a moim cia­łem wstrząsa dreszcz.

Obrzy­dze­nie mie­sza się we mnie ze stra­chem. Szar­pię się, ale wzmac­nia uścisk. Jego palce wbi­jają się we mnie z jesz­cze więk­szą siłą. Chwyta mnie za gar­dło. Nie mogę nabrać powie­trza. Kiedy jego druga ręka zbliża się do mojego uda, pró­buję go kop­nąć, ale wsuwa kolano pomię­dzy moje nogi i moc­niej zaci­ska palce na krtani. Char­czę, pró­bu­jąc wydo­być z sie­bie głos. Śmieje się. Jego dłoń powoli wędruje z uda w górę, a kolano napiera na kro­cze. Pró­buję go ode­pchnąć, ale jest masyw­niej­szy i sil­niej­szy, a ja wciąż nie mogę zła­pać tchu. Czuję, jak krew ude­rza mi do głowy, a pod powieki cisną się łzy.

- Yyyy... - jęczę, bo nie mogę wykrztu­sić nic wię­cej. Moje ciało z coraz więk­szym tru­dem napina mię­śnie, przed oczami latają czarne mroczki. Nagle znów się naprę­żam. Jego palec wbija się we mnie. Szar­pię się, ale on wciąż nie zwal­nia uści­sku. Po chwili ponow­nie się śmieje, wyj­muje palec z pochwy i pod­suwa mi go do twa­rzy.

- Przy­jem­nie, nie? - szep­cze. Jego głos brzmi chra­pli­wie. Jestem pewna, że to go pod­nieca. Napiera na mnie, bym poczuła jego wzwód, jakby czy­tał w moich myślach. Obli­zuje palec i wresz­cie zwal­nia uścisk. Zaczy­nam łapać powie­trze i kasz­leć. Wycho­dzi z łazienki, zamy­ka­jąc za sobą drzwi, a moim cia­łem wstrzą­sają tor­sje. Jak ja go nie­na­wi­dzę! Nie­na­wi­dzę też sie­bie za to, że jestem bez­wolna i pozwa­lam, by mnie gnę­bił. W ostat­niej chwili pod­no­szę klapę deski i wymio­tuję. Osu­wam się na kolana i po raz kolejny nachy­lam się nad muszlą. Gorycz w ustach nabiera sło­nego posmaku łez. Nie mogę się uspo­koić, ale odru­chowo sta­ram się zacho­wy­wać cicho, powta­rza­jąc w myślach, że Jasiek nie może zoba­czyć swo­jej mamy w takim sta­nie.

Spusz­czam wodę i myję twarz. Ponow­nie wcho­dzę pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie jego dotyk, i dopiero po kilku minu­tach powoli wycho­dzę z łazienki. Już się nie czaję, nie nasłu­chuję, wiem, że zro­bił to, co chciał, i dzi­siaj już da mi spo­kój. Zamy­kam drzwi pokoju i patrzę na łóżko. Nie­na­wi­dzę tego sta­rego mebla. Koja­rzy mi się z Paw­łem. Nasza mał­żeń­ska sypial­nia przy­wo­łuje złe wspo­mnie­nia. Wzdry­gam się. Ścią­gam narzutę i roz­kła­dam ją na pod­ło­dze. Rzu­cam na nią poduszkę i koł­drę. Nie wrócę dziś do łóżka. Roz­glą­dam się po pokoju. Na toa­letce, która służy mi za biurko, tuż obok lap­topa leżą nożyczki. Biorę je do ręki, nie wsu­wam jed­nak pal­ców w uchwyty, lecz zaci­skam na nich dłoń tak, jakby to był nóż. Macham nimi kilka razy w powie­trzu. Mar­kuję ude­rze­nie. Wbiję je skur­wie­lowi w oko, jeżeli jesz­cze raz mnie dotknie!

Wybie­ram numer do Joli. Drżą mi palce, a obraz na wyświe­tla­czu lekko się roz­ma­zuje. Nie jest to naj­lep­sza godzina na poga­duszki, ale muszę usły­szeć czyjś spo­kojny głos, bo nie zasnę. Odzywa się po kilku sygna­łach.

- Hanka, co się stało? - mru­czy zaspana, a ja do razu zaczy­nam pła­kać i nie mogę wydo­być z sie­bie głosu. - Nie strasz mnie - mówi już przy­tom­niej. - Przy­je­chać?

- Nie... - wydu­szam wresz­cie z sie­bie. - Nie... Musia­łam... Musia­łam zadzwo­nić... - Pocią­gam nosem i się­gam po chu­s­teczkę. - Wystra­szył mnie i muszę z kimś poga­dać...

- Mów! Znów Paweł?

Bez zasta­no­wie­nia opo­wie­dzia­łam jej scenę w łazience. Słu­cha, choć kilka razy soczy­ście klnie.

- A to skur­wiel - pod­su­mo­wuje. - Załóż mu nie­bie­ską kartę!

- Boję się o Jasia... Nie chcę, żeby...

- Hanka! Jasiek ma dzie­więć lat, nie jest malutki.

- Jest małym dziec­kiem, kocha ojca - mówię zde­cy­do­wa­nym tonem. - Roz­wa­lam mu rodzinę.

- Ty? - kpi.

- Zło­ży­łam pozew, więc tak jakby ja...

- Kurde! - dener­wuje się. - Czy ty sie­bie sły­szysz? Facet cię zdra­dzał latami, a ty teraz bie­rzesz na sie­bie winę za roz­pad mał­żeń­stwa? - pyta reto­rycz­nie. Zda­nie brzmi jak wyrwane z orze­cze­nia sędziego, a ja powta­rzam w myślach jak echo: Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina. Wybra­łam nie­od­po­wied­niego męż­czy­znę na ojca mojego dziecka. Moja wina!

Przez chwilę mil­czę, bo głowę wypeł­nia mi skru­cha. W moim wspo­mnie­niu poja­wiają się obrazy sprzed lat, kiedy dowie­dzia­łam się, że Paweł ma kochankę. Zadzwo­niła do mnie. Pew­nie znie­cier­pli­wiło ją to, że wciąż nie nakry­łam wia­ro­łom­nego męża, i posta­no­wiła mi uła­twić sprawę, a tym samym mieć Pawła na wyłącz­ność. Zdzi­wi­łam się, że ją znam. Sprze­daw­czyni z naszego osie­dlo­wego skle­piku oka­zała się wyjąt­kowo sprytna. Codzien­nie robi­łam tam zakupy i nawet przez myśl mi nie prze­szło, że pie­przy się z moim mężem. Przy­znał się wtedy od razu, więc sprawa była pro­sta. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. W prak­tyce było zupeł­nie ina­czej. Ucze­pi­łam się myśli, że to jed­no­ra­zowy wyskok po pijaku, choć fakty świad­czyły o czymś innym. Paweł otwar­cie powie­dział, że ma romans od dwóch lat, a ja głu­pia pinda chcia­łam wie­rzyć, że to ten jeden jedyny raz w dele­ga­cji do osie­dlo­wego skle­piku. Obie­cał, że to skoń­czy, że mnie kocha, że nie chce roz­wodu. Ucze­pi­łam się tych posta­no­wień i naiw­nie w nie brnę­łam, zakła­da­jąc, że prze­cież oka­zał skru­chę i żałuje. Może i nawet żało­wał, ale chyba tylko tego, że się wydało.

- Kocham cię, ale... - powie­dział dwa lata po tele­fo­nie od kochanki, kiedy odkry­łam, że romans trwa w naj­lep­sze, dele­ga­cja się prze­dłu­żyła, choć Paweł lepiej się ukry­wał, a ja byłam w ciąży, bo dru­gim dziec­kiem posta­no­wi­li­śmy umoc­nić nasz zwią­zek. Zna­leź­li­śmy lekar­stwo dosko­nałe. Miało nas na nowo sce­men­to­wać, bo kto by się roz­wo­dził, kiedy dziecko w dro­dze? Sprze­daw­czyni zmie­niła pracę, ale kole­żanki donio­sły mi, gdzie codzien­nie widują nasz samo­chód. Raz tam poje­cha­łam, by prze­ko­nać się na wła­sne oczy. Napi­sa­łam ese­mesa z pyta­niem, czy wró­cił do domu, a on bez mru­gnię­cia okiem skła­mał, że jest u den­ty­sty. Od kilku tygo­dni narze­kał na zęby, że ma sporo ubyt­ków, że szarp­nie nas to po kie­szeni, a ja głu­pia, naiwna pinda, prze­ko­ny­wa­łam go, że pie­nią­dze się nie liczą, zdro­wie jest naj­waż­niej­sze. Wzię­łam nawet pożyczkę z kasy zapo­mo­go­wej. Trzy tysiące! Spraw­dzi­łam mu tego samego dnia tele­fon. Poszedł się kąpać i zosta­wił apa­rat na stole w kuchni. Pokusa była silna. Nie ska­so­wał miło­snych wia­do­mo­ści, więc szybko doszłam, że "Becik" w spi­sie kon­tak­tów to ONA. Znów się przy­znał, nawet pła­kał i kajał się, że jest sła­bym czło­wie­kiem.

- Ale... ja jej... pożą­dam - wyznał z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią, a potem zaczął opo­wia­dać, jak trudne jest dla niego życie pomię­dzy dwiema kobie­tami, że w nocy nie może spać, leży na skraju łóżka zwi­nięty w embrion, bo tar­gają nim wyrzuty sumie­nia. Mówił tak, że o mało nie zaczę­łam mu współ­czuć. Trzy­ma­łam wtedy rękę na brzu­chu i patrzy­łam na niego prze­ra­żona. Spo­dzie­wa­li­śmy się dziecka, a on wciąż cią­gnął dłu­go­letni romans! Tylko robił to z więk­szą wprawą i poczu­ciem bez­kar­no­ści. Raz się upie­kło, drugi raz też się upie­cze.

Otrzą­sam się ze wspo­mnie­nia. Minęło sporo czasu od tam­tej roz­mowy. Kiedy powia­do­mi­łam Pawła, że chcę roz­wodu, zmie­nił się o sto osiem­dzie­siąt stopni, już się nie kajał, nie pró­bo­wał tłu­ma­czyć, lecz opę­tany wście­kło­ścią powta­rzał, że będę tego żało­wać.

- Wiem... - odpo­wia­dam teraz w słu­chawkę. Moje ciało prze­cho­dzą dresz­cze, jakby ktoś raził mnie prą­dem pod nie­wiel­kim napię­ciem. Robi mi się zimno. Nakry­wam się szczel­niej koł­drą i zer­kam na szybę w drzwiach. Miesz­ka­nie pogrąża się w ciem­no­ści. Paweł wyłą­czył tele­wi­zor, być może zasy­pia. - Nie umiem sobie z tym pora­dzić - dodaję cicho. - Boję się o Jasia, boję się przy­szło­ści. Jak ja sobie dam radę? A jak zabie­rze mi synka?

- Prze­stań gdy­bać! I nie uża­laj się nad sobą. Dasz sobie radę. Nie jesteś pierw­sza i nie ostat­nia - przy­wo­łuje mnie do porządku. - Chyba że pasuje ci życie w trój­ką­cie.

- Nie! Nie cofnę się przed roz­wo­dem, ale... - Waham się. - Jak mam go zmu­sić do wypro­wadzki?

Teraz milk­nie Jola. Zasta­na­wia się, sły­szę jej oddech, w tle chyba odzywa się jej mąż.

- Wytrzy­maj do roz­wodu - radzi. - Musi się w końcu wypro­wa­dzić, prze­cież ta jego kochanka nie dla­tego do cie­bie wtedy zadzwo­niła, żeby teraz sie­dział u byłej żony. Wie­rzę w nią - iro­ni­zuje po raz kolejny. - Nie wypu­ści go ze swo­ich łap.

Kiwam głową, choć Jola nie może tego widzieć. Wydmu­chuję nos w chu­s­teczkę i wycie­ram policzki.

- Dzię­kuję ci, już mi lepiej.

- I załóż mu nie­bie­ską kartę! Albo... - zasta­na­wia się. - Albo zadzwoń do jego matki. Z tego, co opo­wia­da­łaś, wynika, że jest mamin­syn­kiem. To powinno pomóc. Mamu­sia na pewno będzie chciała chro­nić jedy­naka przed poli­cją.

- Hm, dobra myśl, zadzwo­nię.

Wędruję pomię­dzy meblami, od czasu do czasu zer­ka­jąc na zega­rek. Za godzinę powin­nam ode­brać Jasia sprzed szkoły.

- W czymś pani pomóc? - Pod­cho­dzi do mnie pra­cow­nik sklepu. Na iden­ty­fi­ka­to­rze zawie­szo­nym na kolo­ro­wej smy­czy dostrze­gam jego imię.

- Szu­kam łóżka - odpo­wia­dam. - Ale dostęp­nego od ręki. Chcia­ła­bym też, żeby pań­stwo wnie­śli je do miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze i zabrali stare.

Męż­czy­zna uważ­nie mi się przy­gląda, po chwili się uśmie­cha i wska­zuje ręką kie­ru­nek.

- Zapra­szam, coś znaj­dziemy. Jakie wymiary panią inte­re­sują?

- Pro­szę mi naj­pierw poka­zać, co jest w skle­pie. Zależy mi, żeby było szybko.

Sprze­dawca unosi brwi, ale nie komen­tuje mojego pośpie­chu. Chyba nikt nie kupuje mebli w ten spo­sób. Z reguły trzeba obejść kilka skle­pów, porów­nać modele, kolory, ceny, a dopiero potem się zde­cy­do­wać. Mnie jest to obo­jętne. Łóżko ma być wygodne i nowe, bez żad­nych śla­dów użyt­ko­wa­nia. Po roz­wo­dzie i tak wyre­mon­tuję pokój, dosto­suję wystrój do łóżka, a może sprze­dam to cho­lerne miesz­ka­nie prze­siąk­nięte naszymi kłót­niami, odde­chami i potem. Zacznę wszystko od nowa. Z Jasiem.

- Już spraw­dzam, które jest dostępne od zaraz - mówi i wyj­muje z kie­szeni tele­fon. Wybiera numer, a ja w tym cza­sie prze­cha­dzam się pomię­dzy łożami, łóż­kami i łóżecz­kami. Nie­które mają kró­lew­skie roz­miary, pięk­nie tapi­ce­ro­wane zagłówki, inne są skrom­niej­sze, drew­niane albo wyko­nane z płyty meblo­wej. Każde jed­nak jest lep­sze niż to w mojej sypialni. Nie wiąże się z żad­nymi wspo­mnie­niami.

Pod­cho­dzę do modelu nazy­wa­nego kon­ty­nen­tal­nym. Kładę dłoń na zagłówku. Przy­jemny wel­wet pod pal­cami spra­wia, że się uspo­ka­jam. Biorę głę­boki wdech. Muszę zacząć nowe życie od wymiany mebli.

- Przy­kro mi, ale to jest tylko na zamó­wie­nie. Za to... - wska­zuje pal­cem w prawą stronę - tam mam dwa łóżka dostępne od zaraz.

Idę we wska­za­nym przez niego kie­runku. Przy­glą­dam się obu meblom.

- Mate­rac też?

- Tak. Oba mają sto czter­dzie­ści cen­ty­me­trów - wyja­śnia, zer­ka­jąc na moją dłoń. Z pew­no­ścią dostrzega obrączkę. - Tro­chę wąskie, nie­ty­powe jak na łoże mał­żeń­skie. Może jed­nak woli pani zamó­wić i pocze­kać kilka dni... Na pewno będzie wygod­niej.

- Nie! - wcho­dzę mu w słowo i odru­chowo doty­kam palca ze zło­tym krąż­kiem. Uwiera. Jestem zde­cy­do­wana zmie­nić mebel dzi­siaj. Pod­cho­dzę do łóżka sto­ją­cego obok. Sia­dam. Jest tro­chę niskie, a mate­rac za miękki, ale drew­niana rama wydaje mi się ładna i solidna. Zauwa­żam pod spodem skrzy­nię na pościel. Jest więc prak­tyczne. Dru­gie nato­miast ma tapi­ce­ro­wany zagłó­wek. Żółty kolor w pierw­szej chwili wydaje mi się nie­ładny, ale gdy przy­glą­dam mu się bli­żej, stwier­dzam, że może faj­nie pre­zen­to­wać się w mojej sypialni. Od razu przy­po­mina mi się scena sprzed lat. Kupi­łam dwie poduszki w tym kolo­rze do dużego pokoju, paso­wały do gra­na­to­wego wypo­czynku. Paweł stwier­dził, że będą w nocy świe­cić. Popro­sił więc matkę, żeby uszyła na nie szare poszewki. Były brzyd­kie, nija­kie, ale nie kłó­ci­łam się o taki szcze­gół, w końcu to tylko mało istotna rzecz. Tak przy­naj­mniej wyda­wało mi się wtedy. W efek­cie w naszym miesz­ka­niu wszystko jest białe, szare lub gra­na­towe, innych kolo­rów brak, bo dener­wo­wały Pawła. Z cza­sem nawet zawar­tość mojej szafy stała się szaro-czarna. Mój mąż twier­dził, że wnę­trza muszą być sto­no­wane, bez papu­zich barw, a jaskrawe ubra­nia noszą tylko dziwki.

- To będzie odpo­wied­nie - mówię zde­cy­do­wa­nym gło­sem do sprze­dawcy. - Podoba się mi.

- Bar­dzo modny kolor - dodaje męż­czy­zna. - A mate­rac?

Sia­dam na łóżku, potem kładę się na nim i na moment przy­my­kam oczy. Mate­rac jest twardy, ale nie za bar­dzo. Zawsze taki chcia­łam w prze­ci­wień­stwie do Pawła, który lubił mięk­kie. Nasz obecny był więc pośredni, poszli­śmy wtedy na kom­pro­mis. Teraz jed­nak mogłam zde­cy­do­wać sama, i spra­wiło mi to przy­jem­ność. Nagle odkry­wam, że mie­li­śmy odmienne gusty, nie tylko tem­pe­ra­menty. Na początku fascy­no­wało mnie sza­leń­stwo Pawła. Był nie­prze­wi­dy­walny. Potra­fił w poło­wie dnia stwier­dzić, że jedziemy w góry, na drugi koniec Pol­ski. W pośpie­chu wrzu­ca­li­śmy rze­czy do walizki, by kilka minut póź­niej zmie­rzać w nie­znane roz­kle­ko­ta­nym oplem. Nie było wtedy jesz­cze z nami Jaśka. Gdy poja­wił się syn, spon­ta­nicz­ność Pawła zaczęła mnie uwie­rać. Potrze­bo­wa­łam sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa, ale to tak jak­bym ocze­ki­wała od sło­nia, że zacznie latać. Nie mógł się zmie­nić, sza­leń­stwo było wpi­sane w jego naturę. W moją, jak się oka­zało, nie. Zaczę­łam pra­gnąć spo­koju i pla­no­wa­nia.

- Ten - odpo­wia­dam. - Łóżko plus mate­rac. Z dostawą i zabra­niem sta­rego mebla.

- Jak pani sobie życzy.

Płacę za zakupy kartą. Nie­stety kosz­tują wię­cej, niż zamie­rza­łam wydać, ale nie żałuję, w nowe życie należy zain­we­sto­wać. Czuję, że to dobra decy­zja. Uma­wiam się na dostawę wie­czo­rem. Kie­rowca ma zadzwo­nić, kiedy będzie przed blo­kiem. Odwie­dzam jesz­cze dział z pościelą. Kupuję koł­drę i poduszkę, do tego poszewki. Wybie­ram baweł­niane w kolo­rze mlecz­nej bieli z geo­me­trycz­nymi wzo­rami ide­al­nie pasu­ją­cymi do tapi­cerki łóżka. Z tru­dem wpy­cham swoje toboły do tak­sówki. Kie­rowca pyta, czy się prze­pro­wa­dzam, ale spo­glą­dam na niego i mówię:

- Zaczy­nam nowe życie, pro­szę pana.

Uśmie­cha się do mnie. Mam wra­że­nie, że patrzy kokie­te­ryj­nie, w końcu dodaje, że podob­nie zaczy­nał nowe życie, ale tobołki spa­ko­wała mu żona i wysta­wiła na wycie­raczkę. Była żona, dodaje.

- U pani podobny kli­mat? - pyta, widząc we mnie współ­uczest­niczkę nie­doli.

- Podobny - odpo­wia­dam, ale nie chcę cią­gnąć tematu. Doty­kam worka z koł­drą. Przy­jemny chłód pla­stiku mnie uspo­kaja. Kie­rowca nie podej­muje już roz­mowy, jedzie nie­spiesz­nie w kie­runku szkoły Jasia, potem czeka, aż odbiorę synka, i wie­zie nas do domu.

Żałuję, że nie kupi­łam też dzie­cię­cych posze­wek.

- Dzień dobry, mamo - mówię do teścio­wej, kiedy sły­szę jej głos. Ostat­nie słowo z tru­dem prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Na języku czuję gorycz. "Mamo" sma­kuje obco i nie­przy­jem­nie, jak­bym miała w ustach pia­sek. Jest trud­niej niż tuż po ślu­bie. Wtedy się przy­zwy­cza­ja­łam, teraz nie wiem, jak mam się do niej zwra­cać.

- Dzień dobry - odpo­wiada chłodno.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, co w tej chwili do sie­bie czu­jemy. Teściowa rzadko oka­zuje emo­cje, ale teraz mrozi mnie tonem głosu. Kilka lat temu, kiedy dowie­działa się, że jej syn mnie zdra­dza, nabrała wody w usta, uśmie­chała się pół­gęb­kiem i tylko raz powie­działa, że co Bóg złą­czył, czło­wiek roz­łą­czyć nie może. A jed­nak może, pomy­śla­łam wów­czas z prze­ką­sem. Wystar­czyła sprze­daw­czyni z osie­dlo­wego skle­piku, by roze­rwać to, co wyda­wało się złą­czone boską mocą. Chyba prze­re­kla­mo­wana ta moc... Odzy­wał się we mnie żal z powodu kru­cho­ści tego, co "Bóg złą­czył". Nie po to czło­wiek się z kimś zwią­zuje, przy­rzeka miłość i wier­ność, by potem zbie­rać z pod­łogi poroz­rzu­cane kawałki puz­zli, które nijak do sie­bie już nie pasują.

- Dzwo­nię, bo... - jąkam się.

- Co z Jasiem? - wcho­dzi mi w słowo, zawsze kon­kretna i pedan­tyczna, nie pozwala na zbędne słowa.

- Wszystko dobrze, wła­śnie ode­bra­łam go ze szkoły, koń­czy jeść obiad.

- Co dziś ugo­to­wa­łaś? - pyta, a ja mam nie­od­parte wra­że­nie, że pró­buje nie dopu­ścić do tego, co chcę jej powie­dzieć. Zapewne prze­czuwa, że będę skar­żyć się na jej syna.

Wzdy­cham znie­cier­pli­wiona do słu­chawki, ale mimo wszystko mówię jej, że Jasiek je pie­rogi. Nie daruje sobie, by nie sko­men­to­wać, że na pewno kupne. Wie, że sama ich nie robię. Lubi mi dopiec, ale tym razem pusz­czam jej uwagę mimo uszu. Nie mie­rzy się war­to­ści matki miarą jedze­nia, choć ona uważa, że pie­ro­gami ze sklepu wycho­wam dege­ne­rata. Tylko wła­sno­ręcz­nie ugnie­cione cia­sto da szczę­ście dziecku, a matce satys­fak­cję z nale­ży­cie wypeł­nia­nego obo­wiązku. Ble, ble, ble, głu­pie gada­nie.

- Dzwo­nię tylko, żeby powie­dzieć... - podej­muję kolejną próbę. - Żeby nikt nie miał do mnie pre­ten­sji, ale... jeżeli, mamo, twój syn ponow­nie będzie mnie stra­szył, popy­chał lub doty­kał bez mojej zgody, to zadzwo­nię na poli­cję i założę mu nie­bie­ską kartę.

- Co?

- Paweł popchnął mnie, stra­szył gwał­tem... - Zaci­nam się, bo myślami znów jestem w łazience, a on wci­ska we mnie palec. Nie tylko prze­cież stra­szył... Z tru­dem prze­ły­kam ślinę, ale nie umiem wszyst­kiego opo­wie­dzieć teścio­wej. Słowa nie chcą mi przejść przez gar­dło, rosną w ustach, duszą i powo­dują mdło­ści.

- Gwał­tem? - pry­cha ura­żona, że musi poczuć na języku smak nie­przy­jem­nego słowa. - Wciąż jesteś jego żoną, a mąż może doty­kać żony.

- Mamo! - obu­rzam się. Czuję, że kopie mnie w żołą­dek. Kulę się. Natych­miast też ści­szam głos. - Wydaje mi się, że nawet w ide­al­nym mał­żeń­stwie mąż nie powi­nien doty­kać żony bez jej wyraź­nej zgody. A przy­po­mnę, że my raczej ide­alną parą nie jeste­śmy, cze­kamy na roz­wód.

- To nie zmie­nia faktu - stwier­dza zimno - że wciąż jesteś jego żoną, a męż­czy­zna ma swoje potrzeby!

- Cho­lera jasna! - rzu­cam. - Ostrze­gam, żeby potem nie było pre­ten­sji. Albo mama z nim poroz­ma­wia, albo zadzwo­nię na poli­cję!

- Mamuś... - Sły­szę za sobą głos synka. Odwra­cam się, roz­łą­cza­jąc roz­mowę. Jaś stoi w progu i uważ­nie mi się przy­gląda. - Dla­czego krzy­czysz?

- Nie krzy­czę, prze­pra­szam - odpo­wia­dam łagod­nie i pod­cho­dzę do niego. Kucam, by mieć jego twarz naprze­ciwko swo­jej. Odgar­niam mu włosy z czoła. Patrzy na mnie dużymi zie­lo­nymi oczami, na któ­rych dnie czai się nie­pew­ność. - Zja­dłeś już?

- Tak. Znów kłó­cisz się z tatą?

- Nie, to nie tata.

- Roz­wie­dzie­cie się? - pyta, cho­ciaż już odby­łam z nim kilka roz­mów na ten temat. Tłu­ma­czy­łam, co się wyda­rzy, i zapew­nia­łam, że oboje bar­dzo go kochamy. Nie pła­kał. Przy­jął to ze spo­ko­jem. W kla­sie miał kilku kole­gów, któ­rych rodzice miesz­kali osobno.

- Tak - mówię szcze­rze i znów głasz­czę go po pło­wej czu­pry­nie. - Ale nie martw się. Pomo­żesz mi pością­gać wszystko z łóżka? - pytam, by zmie­nić temat. - Nie­długo przy­jadą pano­wie zabrać je, bo kupi­łam nowe.

- Mi też kupisz? - Wska­kuje na łóżko.

Rzu­cam w niego poduszką. Śmieje się i po chwili sta­czamy walkę na podu­chy. Tłu­czemy się nimi dobre kilka minut, a po wszyst­kim wycią­gamy się na mate­racu i gło­śno oddy­chamy.

- Kocham cię, wiesz? Jesteś dla mnie naj­waż­niej­szy.

- Dla taty też?

- Też.

- Ale on mówi, że mażę się jak baba - stwier­dza poważ­nym gło­sem.

- Nie­prawda, wcale tak nie jest. Na pewno nie to miał na myśli, kocha cię bar­dzo mocno.

- Nie pozwala mi mieć kwia­tów w pokoju.

Odwra­cam się do niego i głasz­czę go po gło­wie.

- Nie lubi kwia­tów, wiesz, jaki jest. Zobacz... - poka­zuję na para­pet - tutaj też ich nie ma.

- No... Bab­cia też nie lubi - dodaje. - Mówi, że na nich zbiera się kurz, a ja jestem aler­gi­kiem.

- Tro­chę ma rację - odpo­wia­dam. - Ale... - ści­szam głos - może zro­bimy sobie mały ogró­dek na bal­ko­nie. Co ty na to?

- Tata się zgo­dzi?

- Prze­ko­nam go - mówię, ale nie wyja­śniam, że nie będę pytać Pawła o pozwo­le­nie. Nie chcę mar­twić Jasia. Przy oka­zji zasta­na­wiam się, dla­czego ni­gdy nie usta­wi­łam na bal­ko­nie ład­nych donic z kwia­tami. Byłoby przy­tul­niej.

- A gdzie on teraz jest?

- Nie wiem - odpo­wia­dam zgod­nie z prawdą. - Może coś go zatrzy­mało w pracy?

- Nie lubię, jak się kłó­ci­cie.

- Wiem, ja też tego nie lubię.

Jasiek przy­suwa się do mnie. Kła­dzie głowę na moim ramie­niu i obej­muje mnie. Całuję go w czoło. Na war­gach czuję słony smak jego potu. Niech ta chwila trwa wieki. Tylko ja i Jasiek... Nie­stety od razu wra­cają wspo­mnie­nia sprzed kilku lat.

- Co tu się odpier­dala?! - Paweł wrzesz­czy na widok czte­rech męż­czyzn z tru­dem wyno­szą­cych z naszego miesz­ka­nia łóżko. Z mojego miesz­ka­nia, popra­wiam się od razu w myślach. - Co ta wariatka znów wymy­śliła? - dodaje, wska­zu­jąc na mnie pal­cem i kre­śląc kółko na czole.

Czuję na sobie cztery pary oczu. Pieką mnie policzki.

- Nie rób przed­sta­wie­nia - rzu­cam. Jasiek natych­miast staje za mną i zaczyna przy­słu­chi­wać się roz­mo­wie.

- Mama kupiła nowe łóżko - odzywa się. - I mi też kupi!

- Aku­rat kupi - mru­czy. - Obie­canki cacanki, nie daj się zła­pać na bab­skie słówka.

- Paweł, pro­szę cię, nie teraz. - Mój głos brzmi bła­gal­nie. Nie­stety nie mogę tego cof­nąć. Wiem, że czuje prze­wagę i nie odpu­ści, będzie stał i gadał głu­poty, by dopiec mi przy obcych.

- Rób sobie, co chcesz! - Macha ręką i ku mojemu zdzi­wie­niu odwraca się na pię­cie, i po chwili znika w swoim pokoju. Jasiek łapie mnie wpół i szep­cze, że tata chyba lubił to stare łóżko, bo się zezło­ścił. Kiwam głową. Nie mam siły tłu­ma­czyć mu w tej chwili humo­rów jego ojca.

- Chcesz spać dzi­siaj ze mną? - pytam, a on aż pod­ska­kuje z rado­ści. - Wypró­bu­jemy nowy mate­rac.

- Jasne!

- To leć się kąpać i włóż piżamę, a ja przy­go­tuję pościel - mówię.

Cie­szę się, że Jasiek tej nocy będzie spał w moim pokoju. Zer­kam na drzwi, za któ­rymi miga świa­tło tele­wi­zora. Na szczę­ście Paweł już nie wycho­dzi. Męż­czyźni spo­koj­nie wyno­szą łóżko, potem mate­rac. A kiedy wresz­cie wsta­wiają nowe, staję w progu i podzi­wiam mebel pach­nący świe­żo­ścią.

- Ale ładne! - woła Jasiek i od razu wska­kuje na mate­rac. Robi na nim rundkę wkoło, jakby znów miał trzy lata. - Też mi takie kupisz?

- A nie wolisz jakie­goś mło­dzie­żo­wego? - Śmieję się. - Nie­długo prze­cież będziesz nasto­lat­kiem - dodaję, choć Jasiek wydaje mi się jesz­cze bar­dzo dzie­cinny. Jest tro­chę inny niż jego rówie­śnicy, może dla­tego że uro­dził się w grud­niu i jest naj­młod­szy w kla­sie, a może po pro­stu taki jest, deli­kat­niej­szy, wraż­liw­szy, tro­chę nie­śmiały i wyco­fany.

- Wolę! - Teraz jego per­li­sty głos roz­brzmiewa w pokoju, a ja przez moment zapo­mi­nam, że w miesz­ka­niu jest też Paweł. Miła odmiana po wczo­raj­szym wie­czo­rze.

Czer­wiec tego roku zaczyna się let­nią tem­pe­ra­turą. Słońce wpra­wia mnie w dobry nastrój. Mam dziś dzień wolny, a Paweł wyszedł z miesz­ka­nia o szó­stej, więc cała prze­strzeń należy do mnie. Zaglą­dam nawet na bal­kon, by spraw­dzić, co mogła­bym tu zmie­nić. Wołam Jasia. Kiwa głową, kiedy tłu­ma­czę mu, jak zawie­simy donice, by nie zaj­mo­wały dużo miej­sca.

- A kupisz mi skrzy­nię? - pyta.

- Jaką?

Pod­cho­dzi do ściany bal­konu po pra­wej stro­nie i poka­zuje dło­nią.

- Taką tutaj, żebym mógł mieć wła­sny ogró­dek - tłu­ma­czy, a ja uśmie­cham się do niego. Nie znam innego chłopca w jego wieku, który chciałby mieć ogró­dek.

- Jasne! Poje­dziemy do ogrod­ni­czego i coś wybie­rzesz. Popro­szę cio­cię Jolę i przy­wie­ziemy wszystko jej samo­cho­dem.

- Tata nam nie da bmw?

- Raczej nie - odpo­wia­dam. Co jak co, ale Paweł nie lubi się roz­sta­wać ze swoim autem. Mam wra­że­nie, że samo­chód pod­nosi jego męskie ego. Kupi­li­śmy go razem, choć markę wybrał on. Ja zde­cy­do­wa­ła­bym się na inną.

Po zapla­no­wa­niu kupna donic i kwia­tów idę z Jaś­kiem na wizytę kon­tro­lną do aler­go­loga. Lekarz prze­pi­suje mu nowe leki i kro­ple do nosa. Zaleca odczu­la­nie.

- Mamuś, pój­dziemy na lody? - pyta, ska­cząc na chod­niku co dwie płytki.

- Jasne i przy oka­zji zro­bimy spa­cer na cmen­tarz. Co ty na to? Odwie­dzimy Mar­cy­sia i kupimy dla niego kwiatki, sam wybie­rzesz, a jak umó­wię się z cio­cią Jolą, to poje­dziemy do ogrod­ni­czego - mówię, na co synek przy­staje z mie­sza­nymi uczu­ciami. Wygląda, jakby nie był pewien, czy może się uśmiech­nąć. Moja poprzed­nia ciąża i pobyt w szpi­talu były dla niego cięż­kim prze­ży­ciem, choć był wtedy bar­dzo mały. Widy­wał mnie dwa razy w tygo­dniu pod­łą­czoną do kro­plówki. Potem długo dopy­ty­wał, dla­czego bra­ci­szek z nami nie mieszka. Zamie­rzał prze­cież oddać mu kawa­łek swo­jego pokoju i część zaba­wek. Tłu­ma­czy­łam mu, że Mar­cyś uro­dził się za wcze­śnie i jest teraz w nie­bie razem z anioł­kami. Ina­czej nie umia­łam mu tego wyja­śnić. Pamię­tam, że kie­dyś spoj­rzał na mnie z żalem i powie­dział:

- Mar­cyś ma faj­nie, bo nie jest sam... - Zer­k­nę­łam na niego zasko­czona, a on dodał: - Ma Pusię i Ali­cję.

Roz­czu­liło mnie to stwier­dze­nie. Myśla­łam, że nie pamięta kró­lika, bo był z nami krótko. Trze­ciego dnia pobytu w naszym domu sko­czył z kanapy tak nie­for­tun­nie, że się zabił. Z kolei rybkę Ali­cję wszy­scy wspo­mi­na­li­śmy, ponie­waż Jasiek nasy­pał do akwa­rium tyle jedze­nia, że woda zmęt­niała, a welonka zaczęła pły­wać do góry brzu­chem. Według niego stało się to ze szczę­ścia, bo Ali­cja ni­gdy nie dostała tyle pokarmu naraz.

Zatrzy­mu­jemy się przy skle­piku znaj­du­ją­cym się nie­da­leko bramy cmen­tar­nej. W rządku pod ścianą stoją donice z bukie­tami, są rów­nież wieńce. Więk­szość pla­sti­kowa. Jasiek nie inte­re­suje się sztucz­nymi kwia­tami, wcho­dzimy więc do środka. Tu jest duży wybór żywych roślin. Obser­wuję synka, pod­cho­dzi do wazonu z czer­wo­nymi różami, dotyka jed­nej, chce pową­chać, ale sprze­daw­czyni zwraca mu uwagę. Cofa się i zbliża się do mnie.

- Widzisz coś ład­nego dla Mar­cy­sia?

Wzru­sza ramio­nami spe­szony uwagą kobiety. Przy steli Mar­cy­sia nie ma wazonu, więc róże nie wcho­dzą w rachubę.

- Może bratki? - pro­po­nuje eks­pe­dientka.

Jasiek pod­cho­dzi do doni­czek usta­wio­nych przy regale ze zni­czami. Kuca i przy­gląda się kwia­tom. Patrzę na niego. Rzadko które dziecko w jego wieku sku­pia się na bar­wie płat­ków. Widzę, że ma ochotę ich dotknąć. Wresz­cie bie­rze doniczkę z trzema kolo­rami brat­ków.

- Te - mówi, a potem wybiera dwa zni­cze w kształ­cie serca.

- Chło­pak ma rękę do kwia­tów - komen­tuje sprze­daw­czyni i uśmie­cha się do mnie. Jasiek znów się peszy i cofa w kie­runku drzwi. - Deli­katny... Te dzi­siej­sze dzie­ciaki to takie mimozy - dodaje bez nuty zło­śli­wo­ści, więc nic nie mówię. Płacę i wycho­dzimy ze sklepu. Jasiek bie­rze ode mnie bratki, wącha je i dotyka płat­ków.

- Spodo­bają się Mar­cy­siowi? - pyta, a ja kiwam głową i wska­zuję syn­kowi kie­ru­nek.

Znam tę drogę na pamięć, tra­fię z zamknię­tymi oczami. Paweł ni­gdy tu nie przy­cho­dzi, udaje, że tego nagrobka po pro­stu nie ma. Wcho­dzimy w główną aleję i po kil­ku­na­stu metrach skrę­camy w lewo. Tu wzdłuż piasz­czy­stej drogi znaj­dują się mogiły dzieci. Odnaj­du­jemy bez trudu nagro­bek Mar­cy­sia wyko­nany z bia­łego kamie­nia. Wycie­ram chu­s­teczką higie­niczną płytę i usta­wiam zni­cze. Zapa­lam je. Jasiek prze­suwa je w odpo­wied­nie miej­sca, a potem siada na ławce i obser­wuje, jak się palą. Wokół śpie­wają ptaki, cza­sami poja­wiają się ludzie. Idą albo pochy­lają się nad sąsied­nimi gro­bami. Prze­no­szę wzrok na imię i nazwi­sko synka. Zasta­na­wiam się, jak by to było, gdy­bym po roz­wo­dzie została z dwójką dzieci. Może jed­nak los wie­dział, że z jed­nym będzie mi łatwiej? Znów myśli gnają do tego dnia w szpi­talu. Wszystko wraca, zresztą co któ­rąś noc. Już nie tak czę­sto jak w pierw­szym roku, ale bywa, że budzę się z krzy­kiem. Sły­szę plu­śnię­cie deli­kat­nego ciałka na mate­rac łóżka, czuję tam­ten ból. Zmy­sły zapi­sały wszyst­kie wra­że­nia i odtwa­rzają je niczym starą płytę.

Zaczęło się nie­win­nie, rado­ścią, łzami szczę­ścia, że po raz drugi jestem w ciąży. Cie­szy­łam się, bo bar­dzo pra­gnę­łam, by Jasiek miał rodzeń­stwo. W duchu liczy­łam, że będziemy mieć córeczkę. Potem przy­szedł stres, bo wyszło na jaw, że Paweł w naj­lep­sze kon­ty­nu­ował romans. Chcia­łam jed­nak zgody. Za wszelką cenę. Nie wyobra­ża­łam sobie, że uro­dzę dziecko po roz­wo­dzie, więc znów naiw­nie chwy­ci­łam się myśli, że teraz Paweł na pewno się poprawi. I tak jak dziecko miało nas ponow­nie zbli­żyć, tak seks na zgodę wydał się dobrym roz­wią­za­niem. Kocha­li­śmy się tej nocy... Zaci­ska­łam powieki, by zapo­mnieć o zdra­dach. Oboje gra­li­śmy swoje role z prze­sad­nym zaan­ga­żo­wa­niem. Wes­tchnie­nia i jęki były teatralne. Roz­kosz wyre­ży­se­ro­wana. Dopiero pora­nek prze­rwał ten żało­sny spek­takl. Wszę­dzie krew - na jego bok­ser­kach, na mojej koszuli, na prze­ście­ra­dle. Spły­wała mi po nogach... Wpa­dli­śmy w panikę. Paweł nie mógł dodzwo­nić się na pogo­to­wie, bo trzę­sły mu się ręce, a ja zagłu­sza­łam sygnał pła­czem.

Lekarz stwier­dził łoży­sko przo­du­jące, zale­cił szpi­tal. Tam szybko zatrzy­mano krwa­wie­nie, byłam więc znów dobrej myśli. Wystar­czyło leżeć, dbać o sie­bie i zacho­wać spo­kój. To ostat­nie było naj­trud­niej­sze, bo w domu został Jasiek. Paweł kom­plet­nie sobie nie radził z opieką nad małym dziec­kiem. Nie wie­dział, w co Jasia ubrać, spóź­niał się po niego do przed­szkola. Synek pła­kał, a bywało, że oszu­ki­wał tatę. Raz wmó­wił ojcu, że mama do przed­szkola wkłada mu strój Spi­der-Mana. Uśmiech­nę­łam się do tego wspo­mnie­nia, bo Paweł dał się nabrać, ale gdy kilka dni póź­niej chło­piec pró­bo­wał go prze­ko­nać, że chce teraz dla odmiany strój księż­niczki, wku­rzył się i przy­biegł do szpi­tala nawrzesz­czeć na mnie, że robię z jego syna pedała. A ja nie wie­działam, skąd u Jaśka poja­wił się taki pomysł. Dzi­siaj już rozu­miem, że nasz syn jest wraż­liw­szy niż inni chłopcy, nie lubi grać w piłkę, nie inte­re­suje się spor­tem, czę­sto cho­ruje, a przede wszyst­kim potrze­buje uwagi. Jest jak wiotka roślinka na cie­niut­kiej łody­dze. Mnie jed­nak to nie prze­szka­dza. Kocham go całym ser­cem takiego, jaki jest.

- Mamo... - Jaś cią­gnie mnie za rękę. - Nie sły­szysz? Mówię do cie­bie.

- Prze­pra­szam - odpo­wia­dam, otrzą­sa­jąc się ze wspo­mnień. - Zamy­śli­łam się. Co mówi­łeś?

- Wie­wiórka. Zobacz. - Wska­zuje pal­cem na drzewo w sąsied­niej alejce. Fak­tycz­nie, po pniu biega wie­wiórka.

- Wra­camy do domu - decy­duję. - Następ­nym razem przy­nie­siemy jej orze­chy.

Spo­kój ni­gdy nie jest dany raz na zawsze. Poja­wia się i cza­sami nie­ocze­ki­wa­nie znika. Ledwo koń­czymy z Jasiem jeść obiad, do domu wraca Paweł. Wcho­dzi do kuchni, gdy sprzą­tam ze stołu. Obrzuca mnie pogar­dli­wym spoj­rze­niem, a potem wyj­muje z lodówki piwo i siada naprze­ciwko Jasia.

- Jak było u leka­rza? - pyta synka.

Nie odzy­wam się, nie mam ochoty nawią­zy­wać kon­taktu.

- Dobrze. - Mały wzru­sza ramio­nami.

- Ale widzę, że nos masz zapchany. Nie mógł prze­pi­sać cze­goś na ten katar?

- Mam kro­ple - odpo­wiada.

- Będzie go odczu­lał - odzy­wam się, ale nie patrzę na Pawła. Wsta­wiam naczy­nia na suszarkę i zabie­ram ze stołu talerz syna. Myję go, potem wycie­ram ręce. Źle się czuję z mężem w jed­nym pomiesz­cze­niu. Zabiera mi powie­trze, z tru­dem oddy­cham. - Zadzwoń do Asi i zapy­taj o lek­cje - dodaję, a Jasiek kiwa głową. Joanna jest jego naj­lep­szą kole­żanką z klasy. Mieszka w środ­ko­wej klatce i zna się z moim syn­kiem od przed­szkola.

- Do kolegi zadzwoń, a nie do dziew­czyny - wtrąca się Paweł. - Masz kole­gów?

- Mam... - Jasiek opusz­cza głowę, nie patrzy na ojca.

- No to dzwoń do kum­pla! Takie rze­czy zała­twia się z innymi chło­pa­kami, a nie z babami. Ta dziew­czyna jest jakaś szur­nięta - mówi i macha ręką. - Widzia­łem ją ostat­nio...

- Daj mu spo­kój!

- Miała spi­cza­ste uszy! - dopo­wiada, a Jasiek uśmie­cha się pod nosem.

- Daj mu spo­kój - powta­rzam.

- Bo co? - war­czy na mnie. - To też mój syn i mam prawo go wycho­wy­wać.

Mam ochotę powie­dzieć, że już nie­długo, że po roz­wo­dzie wresz­cie się od niego uwol­nimy, ale gryzę się w język. To myśle­nie życze­niowe. Dla dobra Jaśka powin­ni­śmy zacho­wać przy­zwo­ite rela­cje i wycho­wy­wać go wspól­nie. Kocha ojca, choć ten bywa opry­skliwy i na siłę pró­buje zro­bić z niego praw­dzi­wego męż­czy­znę, cokol­wiek to zna­czy.

- Idę do swo­jego pokoju - odzywa się Jaś. Zsuwa się z krze­sła i wycho­dzi z kuchni.

Chcę iść za nim, ale Paweł szar­pie mnie za ramię.

- Nie rób z niego sie­roty! - rzuca.

Odwra­cam się do niego i patrzę mu w oczy. Mruży je, brwi ma ścią­gnięte u nasady nosa.

- To ty odpuść.

- Zacho­wuje się jak roz­piesz­czona baba.

- Jest deli­katny - bro­nię synka. - Wpę­dzisz go w kom­pleksy... - dodaję, a w myślach muszę mu przy­znać mistrzo­stwo świata w poni­ża­niu innych. Wiem, jak mnie trak­to­wał przez te wszyst­kie lata. Wystar­czyło, że przy­ty­łam, a jego wyraz twa­rzy momen­tal­nie się zmie­niał. Przy­glą­dał mi się z pogardą i rzu­cał uwagi na temat tłusz­czu na brzu­chu. To przez niego wciąż się odchu­dzam, sto­suję diety cud, a potem oglą­dam się w lustrze i z prze­ra­że­niem stwier­dzam, że efekt jo-jo dopada mnie ze zdwo­joną siłą.

Bie­rze piwo do ręki i ponow­nie zaczyna mi się przy­glą­dać. Muszę jak naj­szyb­ciej uwol­nić się spod jego spoj­rze­nia.

- Po co kupi­łaś nowe łóżko? - pyta innym tonem.

Wzru­szam ramio­nami. Nie chcę mu się tłu­ma­czyć.

- To moje miesz­ka­nie - stwier­dzam, choć nie zamie­rzam pro­wo­ko­wać kłótni.

- No tak... Będziesz się tu pew­nie bzy­kać z róż­nymi typami - szy­dzi. Przy­kłada szyjkę butelki do ust i bie­rze łyk. Widzę jego jabłko Adama. Odwra­cam się w kie­runku wyj­ścia. - Lubisz to, nie? A taka zimna ryba z cie­bie. Cicha woda brzegi rwie.

Jego słowa mnie nie zatrzy­mują, choć sma­gnął mnie nimi na oślep. Boli. Z tru­dem prze­cho­dzę do przed­po­koju. Patrzy za mną, tego jestem pewna. Zamy­kam drzwi do swo­jej sypialni i się­gam po nożyczki. Ponow­nie przy­mie­rzam je do dłoni i macham nimi kilka razy w powie­trzu. Może powin­nam wło­żyć pod poduszkę nóż?

Długo nie mogę zasnąć. W gło­wie kotłują mi się różne myśli. Nasłu­chuję jak zawsze odgło­sów domu, a wyobraź­nia pod­suwa mi naj­czar­niej­sze sce­na­riu­sze. Z Paw­łem dzieje się coś dziw­nego. Nie poznaję go, jak­bym nagle zamiesz­kała pod jed­nym dachem z dra­pież­ni­kiem, który wcze­śniej czy póź­niej zapo­luje. Czuję to każdą komórką ciała.

Prze­no­szę lap­top do łóżka. Muszę zająć myśli czymś innym. Posta­na­wiam obej­rzeć jeden ze sta­rych fil­mów Almo­dó­vara, ale naj­pierw otwie­ram Face­bo­oka. Dawno tu nie zaglą­da­łam. Spraw­dzam wszyst­kie powia­do­mie­nia. Nic cie­ka­wego nie znaj­duję, tylko infor­ma­cje, kto z moich zna­jo­mych i gdzie sko­men­to­wał lub polu­bił jakiś post. Posta­na­wiam wejść na grupę fil­mową, do któ­rej dołą­czy­łam przed rokiem. Rzadko coś tam komen­tuję, raczej przy­glą­dam się dys­ku­sjom innych, zapi­suję tytuły fil­mów, które warto obej­rzeć. Prze­glą­dam ostat­nie posty dodane przez admi­nów grupy. Moją uwagę przy­kuwa jeden z nich. Doty­czy książki o fil­mach tego hisz­pań­skiego reży­sera. Wpi­suję ją w wyszu­ki­warkę, by spraw­dzić, kto jest jej auto­rem. Zapi­suję w notat­niku, by kupić, a potem wra­cam do prze­glą­da­nia komen­ta­rzy. Zauwa­żam, że dys­ku­sja zmie­rza w cie­ka­wym kie­runku. Ni stąd, ni zowąd posta­na­wiam się przy­łą­czyć.

"Rów­nież prze­pa­dam za fil­mami Almo­dó­vara" - piszę, ale zasta­na­wiam się przed opu­bli­ko­wa­niem, bo wydaje mi się to zbyt pre­ten­sjo­nalne. Szybko więc kasuję to zda­nie i piszę inne: "Wła­śnie mam w pla­nie obej­rzeć coś ze sta­rych fil­mów Almo­dó­vara. Co pole­ca­cie na dzi­siej­szy wie­czór?". Dodaję kilka emo­ti­ko­nów, a potem odświe­żam stronę, licząc na to, że ktoś odpo­wie. Potrze­buję ode­rwać myśli od Pawła i roz­wodu.

Jan Kowal­ski odpi­suje kilka sekund póź­niej:

"Kwiat mego sekretu". Koniecz­nie! To naj­lep­szy jego film, moim zda­niem oczy­wi­ście.

Uśmie­cham się do moni­tora.

Zga­dzam się. Jest genialny!

Cie­szę się. Też sobie go odpalę. Zachę­ci­łaś mnie.

Odpo­wia­dam kil­koma uśmiech­nię­tymi buź­kami. Zauwa­żam, że mój roz­mówca zapra­sza mnie do zna­jo­mych. Kli­kam jego pro­fil. Prze­glą­dam posty. Na szczę­ście nie ma w nich ukrzy­żo­wa­nego Jezusa i tek­stów w stylu, że prawda nas wyzwoli, nie ma też niczego wzy­wa­ją­cego do nie­na­wi­ści i pod­pa­la­nia świata, żad­nych kon­tro­wer­syj­nych wpi­sów. Spraw­dzam infor­ma­cje o nim, ale znaj­duję tylko rok uro­dze­nia. Jeśli podał praw­dziwy, facet jest star­szy ode mnie o dwa lata. Zdję­cie pro­filowe przed­sta­wia półkę z książ­kami, a więc lubi czy­tać. Nie umiesz­cza jed­nak swo­jego zawodu, zdję­cia ani miej­sca zamiesz­ka­nia, nie ma sta­tusu związku. Imię i nazwi­sko wydają się zmy­ślone. Spraw­dzam, czy się gdzieś ostat­nio mel­do­wał, bo to mogło mnie napro­wa­dzić na miej­sco­wość, ale też niczego nie znaj­duję. Jeżeli w tym momen­cie też mnie spraw­dza, to wie o mnie wię­cej. Mój pro­fil jest jak otwarta księga. Dopiero teraz to sobie uświa­da­miam, ale za późno, by nagle wszystko kaso­wać.

W takim razie oglą­damy, a potem dzie­limy się wra­że­niami.

Okej.

Nie waham się przy ostat­niej odpo­wie­dzi. Zwle­kam się z łóżka w poszu­ki­wa­niu pudełka z fil­mem. Mam w swo­jej kolek­cji pra­wie całego Almo­dó­vara na pły­tach DVD. Bra­kuje mi kilku naj­now­szych, ale ich pew­nie i tak nie ma na żad­nych nośni­kach. Ni­gdy tego nie spraw­dza­łam, w pew­nym momen­cie życie mnie prze­ro­sło i nie było czasu na szu­ka­nie nowo­ści fil­mo­wych.

Za dwie godziny w tym samym miej­scu.

Okej.

Znów dodaję uśmiech­niętą buźkę. Zamy­kam stronę i wsu­wam płytę do kie­szeni lap­topa. Mój sta­ru­szek stęka i char­czy, ale wresz­cie na ekra­nie poja­wia się obraz. Dosko­nale pamię­tam ten film. Por­tret kobiety zdra­dza­nej przez męża ide­al­nie odzwier­cie­dla mój nastrój. Co prawda nie jestem pisarką, ale mąż zdra­dza mnie tak samo jak w fil­mie. Mam tylko odro­binę szczę­ścia, że nie zro­bił tego z przy­ja­ciółką, bo cios byłby potęż­niej­szy.

Ukła­dam się wygod­nie i zanu­rzam w fabułę. Przez kil­ka­dzie­siąt minut nie myślę o sobie. Wciąga mnie kolo­rowy świat Almo­dó­vara, gdzie kicz mie­sza się z nie­wy­sło­wioną nutą sen­ty­men­ta­li­zmu i tęsk­noty za czymś, co nie­uchwytne. Moja ulu­biona boha­terka to matka miesz­ka­jąca u młod­szej córki. Kilka razy przy­my­kam powieki, bo czuję sen­ność. W końcu zapa­dam w ciem­ność wypeł­nioną pobrzę­ki­wa­niem lap­topa.

Nagle się budzę. Otwie­ram oczy i krzy­czę. Naprze­ciwko mnie, tuż przy łóżku stoi Paweł. Pod­piera się pod boki i... patrzy.

- Zwa­rio­wa­łeś? - szep­czę prze­ra­żona, choć słowa z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło. Szybko zamy­kam lap­top i sia­dam. Odru­chowo szu­kam pod poduszką noży­czek. On jed­nak nie odzywa się ani sło­wem. Wygląda jak zjawa. Stłu­mione świa­tło docho­dzące z lampy ulicz­nej oświe­tla mu twarz, reszta ciała ginie w mroku. Nagle odwraca się i bez słowa wycho­dzi z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. - Jezu... - szep­czę. Serce wali mi jak mło­tem. Prze­cze­suję ręką włosy. W dru­giej trzy­mam nożyczki i tak mocno zaci­skam na nich palce, że aż łapie mnie skurcz. - Co to było?

Po cichu wysu­wam się z łóżka i pod­cho­dzę do progu. Serce o mało nie wyska­kuje mi z piersi. Jeżeli stoi tuż za drzwiami, wystar­czy, że teraz z impe­tem je pchnie, a przy­ci­śnie mnie nimi do ściany. Boję się, nie mogę prze­łknąć śliny, mam sucho w ustach. Przy­su­wam ucho do deski i nasłu­chuję. Nic. Cisza. Przy­kła­dam rękę do piersi i nabie­ram haust powie­trza. Muszę się uspo­koić. Wra­cam do łóżka, nakry­wam się koł­drą po samą brodę i wciąż nie spusz­czam drzwi z oczu. Po kilku minu­tach nie mam pew­no­ści, czy Paweł poja­wił się w moim pokoju, czy mia­łam zły sen. Wresz­cie ze zmę­cze­nia zasy­piam.

W pracy opo­wia­dam wszystko Joli. Kiedy mówię jej o Pawle sto­ją­cym nad łóż­kiem, nie jestem już pewna, czy wyda­rzyło się to naprawdę.

- Poje­bało go? - pyta.

- Myślisz, że mogło mi się to przy­śnić?

- Wąt­pię. Musisz na niego uwa­żać. Mówi­łaś jego matce?

- Tak... - wzdy­cham i stresz­czam jej naszą roz­mowę.

- Co za głu­pia baba - komen­tuje. - Aż trudno uwie­rzyć, że kobieta może powie­dzieć coś takiego dru­giej kobie­cie.

- Są jak mafia.

- Oni cię wykoń­czą. Kiedy macie roz­prawę?

- Dwu­dzie­stego sierp­nia. Mam nadzieję, że się potem wypro­wa­dzi.

- Już dawno powinno go nie być - zasta­na­wia się. - Ale że ta kochanka jesz­cze go nie przy­ci­snęła?

- No wła­śnie.

- Może się roz­stali?

- Nie wiem i nic mnie to nie obcho­dzi - pod­su­mo­wuję.

Się­gam po doku­menty, które muszę przej­rzeć. Jola rów­nież zabiera się do pracy. Nie wra­camy już do tematu mojego roz­wodu. Zer­kam na tele­fon. Mam kilka nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści, w tym dwie na Mes­sen­ge­rze. Spraw­dzam od kogo. Jedna jest od Jasia. Pisze, że na jutro musi mieć blok rysun­kowy z kolo­ro­wymi kart­kami. Druga od Jana Kowal­skiego. Dopiero teraz przy­po­mi­nam sobie, że po obej­rze­niu filmu mia­łam wsta­wić komen­tarz na grupę.

Nie ode­zwa­łaś się wczo­raj. Jak film?

Jestem w pracy, napi­szę póź­niej.

Oki, nie prze­szka­dzam.

Uśmie­cham się do tele­fonu, co Jola natych­miast wyła­puje.

- A ty co?

- Nic, wczo­raj gada­łam z jakimś face­tem o fil­mach. Mia­łam wrzu­cić na grupę komen­tarz.

- Tylko uwa­żaj, bo wiesz, jak to jest.

- Nie zrzędź jak moja mama.

- Paweł może się pod niego pod­szy­wać - dopo­wiada nagle, czym mnie zaska­kuje. - Potem wycią­gnie przed sądem, że roman­su­jesz.

- Żar­tu­jesz? Prze­cież nie roman­suję! To roz­mowa o fil­mie.

- Wiem. - Jej głos łagod­nieje. - Ale do roz­wodu dwa mie­siące, sytu­acja może się roz­wi­nąć. Wiesz, jak jest. Widzia­łaś kie­dyś tego gościa na tej gru­pie?

Zasta­na­wiam się. Fak­tycz­nie ni­gdy wcze­śniej nie zwró­ci­łam uwagi na to imię i nazwi­sko, ale prze­cież nie prze­glą­da­łam postów wszyst­kich uczest­ni­ków dys­ku­sji. Coś jed­nak zanie­po­ko­iło mnie w podej­rze­niach Jolki.

- Chyba nie - mru­czę pod nosem. - A to by było skur­wy­syń­stwo.

- Jop... - rzuca. - Jak wiemy, Paweł ostat­nio przo­duje w skur­wy­syń­skich zagryw­kach, więc wcale bym się nie zdzi­wiła.

- To prawda.

Wyłą­czam tele­fon i wra­cam do pracy, jed­nak nie prze­staję myśleć, że Paweł pod­szywa się pod Kowal­skiego. Nawet imię wydaje mi się teraz podej­rzane. Jan... Jasiek... może nie było przy­pad­kowe? Żołą­dek zwija mi się w rulo­nik. Muszę się wypro­sto­wać, bo ucisk staje się nie do wytrzy­ma­nia, jakby jelita pozwi­jały się w kłębki.

- Naba­wię się od tego wszyst­kiego ner­wicy... - stę­kam. Wtedy tele­fon wibruje na biurku, ponow­nie spo­glą­dam na wyświe­tlacz.

"Odbiorę Jaśka ze szkoły i zabiorę na obiad do rodzi­ców". - Paweł pisze jak gdyby ni­gdy nic, jakby tych wszyst­kich ostat­nich kłótni i dzi­kich scen nie było. Przez chwilę wstrzy­muję się z odpo­wie­dzią. Wia­do­mość przy­szła tuż po tym, jak napi­sał do mnie Kowal­ski. Może Jola ma rację?

"Dobrze" - odpi­suję wresz­cie i wrzu­cam tele­fon do szu­flady biurka.

Sia­dam na ławce i przy­glą­dam się imie­niu mojego synka wyry­temu na pły­cie jasnego kamie­nia. Ni­gdy nie odpo­wiada na moje woła­nie, a był czas, kiedy krzy­cza­łam jego imię. Pro­si­łam go, żeby żył, żeby zna­lazł w sobie siłę i ucze­pił się mnie maleń­kimi palusz­kami. Nie posłu­chał. Razem z rodzi­cami i teściami w obec­no­ści księ­dza zło­ży­li­śmy jego maleń­kie ciałko zamknięte w nie­wiel­kim bia­łym pudełku do grobu mojej babci. Przy­po­mi­nam sobie moment, kiedy odbie­ra­li­śmy Mar­cy­sia ze szpi­tala. Kobieta w bia­łym far­tu­chu poin­for­mo­wała nas, że możemy zosta­wić zwłoki, a wtedy zostaną spa­lone wraz z odpa­dami szpi­tal­nymi.

- Co mamy z nim zro­bić? - spy­tała wtedy z prze­ra­że­niem moja mama. Ja nie mogłam wydu­sić z sie­bie słowa. Sta­łam obok niczym bez­wolna kukła. - Bez aktu zgonu?

- Może­cie pocho­wać na polu - odpo­wie­działa pra­cow­nica pro­sek­to­rium, jakby zwy­kłą rze­czą było zako­py­wa­nie wła­snego dziecka jak psa lub kota. - Albo w innym gro­bie, jeżeli macie.

Mie­li­śmy bab­cię. Wystar­czył nie­wielki szpa­del. Nikt z nas nie zasta­na­wiał się, czy to legalne, czy nie. Pocho­wa­li­śmy Mar­cy­sia. Ksiądz nie odmó­wił uczest­nic­twa w tym impro­wi­zo­wa­nym pogrze­bie. O zgod­no­ści z pra­wem nikt z nas nie myślał. Szcze­rze mówiąc, mia­łam je w dupie, bo wła­śnie prawo miało mnie w tym samym miej­scu. Wło­ży­li­śmy więc pudełko do grobu babci, nie oglą­da­jąc się na prze­pisy. Przy­jęła go bez pro­te­stu.

Od tam­tego dnia wszystko się powoli sypało, nie tylko ja, moje mał­żeń­stwo także. Jed­nym malut­kim ist­nie­niem albo wła­śnie jego bra­kiem prze­kre­śli­li­śmy to, co budo­wa­li­śmy przez lata.

Odwra­cam się, gdy sły­szę czy­jeś kroki za ple­cami.

- Cześć - witam się z żoną mojego przy­ja­ciela ze szkoły. Gosię spo­ty­kam tu czę­sto. Dwie alejki dalej znaj­duje się grób jej córeczki. Dziew­czynka uro­dziła się pra­wi­dłowo, o cza­sie i nagle zmarła. Miała jeden dzień. Zro­biła się z tego gło­śna sprawa, bo padło podej­rze­nie na pie­lę­gniarkę, że nie­chcący ude­rzyła główką dziecka o brzeg wanienki. Sprawa cią­gnęła się kilka lat. Rodzice nic nie wywal­czyli, tylko stres, depre­sję i poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści.

- Cześć - odpo­wiada. Siada koło mnie, choć jej nie zapra­szam. Mam wra­że­nie, że z Gosią łączy mnie nić cier­pie­nia. Prze­su­wam się, by zro­bić jej miej­sce. Czuję jej dłoń na kola­nie. - Sły­sza­łam, że się roz­wo­dzi­cie. Bar­dzo mi przy­kro.

- Dzięki.

- Nie da się tego napra­wić? Cza­sami taka trauma jak strata dziecka...

- Wiem - prze­ry­wam jej. - Ale już za późno, nie wyco­fam się. Muszę to skoń­czyć, bo zwa­riuję.

- Rozu­miem.

- Mam poczu­cie porażki - wyznaję nie­spo­dzie­wa­nie. - Prze­gra­łam coś i pew­nie orze­cze­nie o roz­wo­dzie nie przy­nie­sie ulgi, ale nie możemy być dłu­żej razem, bo wza­jem­nie się znisz­czymy.

- Rozu­miem - powta­rza. - Gdy­byś chciała poga­dać, to wiesz, gdzie mnie szu­kać. Przy­kro mi też z powodu Mar­cela - dodaje, bo nie roz­ma­wia­ły­śmy bar­dzo dawno. Kilka razy Gosia sia­dała koło mnie, widząc mnie na cmen­ta­rzu, ale wtedy obie mil­cza­ły­śmy, nie umia­łam jej powie­dzieć o tym, co się stało w szpi­talu. Bolało tak bar­dzo, jakby ktoś przy­pa­lał mnie żywym ogniem, i każde otwar­cie ust wią­zało się z krzy­kiem.

- Posy­pało się - odzy­wam się, choć słowa z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło. Nie patrzę na Gosię. Wzrok zatrzy­muję na zło­tych lite­rach skła­da­ją­cych się na imię synka. - Od mojego poro­nie­nia... Nie - popra­wiam się. - Posy­pało się dużo wcze­śniej, tylko jesz­cze wtedy chcie­li­śmy to napra­wiać.

- Co się stało?

- Długo by opo­wia­dać - mówię, a we wspo­mnie­niu wraca dzień, gdy obu­dzi­łam się w zakrwa­wio­nym łóżku. Ponow­nie prze­ży­wam każdą minutę tam­tego zda­rze­nia. Jak dzień świ­staka. Jak­bym utknęła w cho­ler­nej pętli czasu i za każ­dym razem, gdy uda­wało mi się z niej wygrze­bać, wcią­gała mnie w sam śro­dek zda­rzeń. Znów jestem w szpi­talu...

Spę­dzi­łam tam już wtedy kilka tygo­dni, choć krwa­wie­nie udało się zatrzy­mać dość szybko. Nie­wiele osób mnie odwie­dzało, ale nie narze­ka­łam, potul­nie leża­łam w łóżku, myśla­łam o synku pozo­sta­wio­nym w domu i czy­ta­łam książki, pró­bu­jąc ode­rwać się myślami od łoży­ska przo­du­ją­cego. Ludzie poza szpi­ta­lem żyli swoim życiem, bie­gli do pracy, zała­twiali różne sprawy, a ja sta­łam na bocz­nicy jak pociąg cze­ka­jący na wyła­du­nek. Prze­ło­mo­wym momen­tem tam­tych zda­rzeń był dzień, kiedy lekarz popro­sił mnie na USG. Byłam tym zdzi­wiona, bo dotych­czas krzy­czano na mnie, gdy wsta­wa­łam do toa­lety, a nagle mia­łam przejść dzie­sięć metrów kory­ta­rzem, potem po szes­na­stu scho­dach zejść pię­tro niżej i zro­bić jesz­cze sie­dem kro­ków do gabi­netu bez pie­lę­gniar­skiej asy­sty. Wyko­na­łam pole­ce­nie. Byłam cho­ler­nie grzeczną, zdy­scy­pli­no­waną pacjentką, wzo­rową uczen­nicą, kujonką z pierw­szego łóżka pod oknem. Usia­dłam na krze­śle w kory­ta­rzu i cze­ka­łam na swoją kolej. Byłam osła­biona, ale czu­łam się dobrze. Nic mnie nie bolało, krwa­wie­nie dawno temu ustało, a w myślach wciąż powta­rza­łam, że złe rze­czy dzieją się tylko w fil­mach, ni­gdy w praw­dzi­wym życiu. Moja nowa man­tra.

Po wezwa­niu leka­rza poło­ży­łam się na kozetce. Zamknę­łam oczy, by nie patrzeć, jak zakłada pre­zer­wa­tywę na gło­wicę. Naj­chęt­niej odgro­dzi­ła­bym się od świata gru­bymi murami i bro­niła dostępu do dziecka wci­śnię­tego w moją macicę. Bada­nie było nie­przy­jemne, w pew­nym momen­cie poczu­łam nawet ból, ale lekarz bur­czał coś pod nosem i się mną nie przej­mo­wał. Nie pro­te­sto­wa­łam, byłam prze­cież pokorna.

- Chło­pak - powie­dział, nie wiem, czy do mnie, czy do sie­bie. Poło­ży­łam rękę na brzu­chu. Będę miała dru­giego synka, pomy­śla­łam, z tru­dem panu­jąc nad łzami. - Ale jesz­cze pole­żymy... Ład­nie się roz­wija...

Po bada­niu wró­ci­łam do łóżka. Byłam roz­pro­mie­niona, pełna dobrych myśli. Pocie­sza­łam się też tym, że z Jasiem nie było żad­nych kom­pli­ka­cji. Uro­dził się w ter­mi­nie cały i zdrowy. Jed­nak od dnia bada­nia coś się zmie­niło. Poja­wiły się upławy ze śla­dami krwi. Znów krzy­czano na mnie, gdy szłam do toa­lety, szpry­co­wano kro­plów­kami i tablet­kami. Wró­cił strach, łapał mnie za gar­dło i nie pozwa­lał nabrać powie­trza. Mia­łam wra­że­nie, że ruchy synka zro­biły się słab­sze, deli­kat­niej­sze i spo­ra­dyczne. Trzy tygo­dnie póź­niej znów wzięto mnie na USG, tym razem zewnętrzne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki