W sidłach Sefira - Karol May

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W SIDŁACH SEFIRA

 

Pojechaliśmy dalej i po niecałej godzinie ujrzeliśmy przed sobą khan. Skierowaliśmy konie ku bramie. Gdy stanęliśmy przed dworem, pierwszy rzut oka przekonał nas, że karawana jest już na miejscu. Prócz niej znajdowały się tutaj liczne grupy pielgrzymów i "karawana śmierci", której członkowie skromnie kryli się po kątach, bowiem transport ochmistrza dworu był tak wspaniale wyposażony, że nikt nie śmiał się zbliżyć do jego ludzi. Jednakże my wjechaliśmy bez żenady wprost między tłumy.

To niewymuszone zachowanie się wzbudziło niezadowolenie; pochwyciliśmy pomruki i zauważyliśmy nieprzyjazne spojrzenia, któremi jednak nie przejęliśmy się zbytnio.

Karawana składała się z dwunastu dobrze uzbrojonych jeźdźców, przybyłych na koniach, i z sześciu jucznych wielbłądów obładowanych wartościowemi pakami. Dobór koni świadczył o dostatku; jeden był prawdziwie pięknym okazem skrzyżowania arabskiej i turkmeńskiej rasy. Należał prawdopodobnie do Piszkhidmet-baszi i był ozdobiony bogatym rzędem ze srebra i platyny. Ten pokaz dobrobytu w tutejszych okolicznościach był rzeczą najmniej rozumną: pobudzał bowiem instynkty rabunkowe,

W cieniu namiotu rozpostarto kosztowny dywan, na którym rozpierał się ochmistrz dworu, paląc swój hukah - cybuch wodny.

Był to trzydziestoletni mężczyzna o czarnej brodzie, ubrany nad wyraz okazale, a to dla podkreślenia swego stanowiska. Strój miał haftowany w złote wzory; miękki szal kaszmirowy obejmował jego stan; czarna wysoka czapka była jedną z najdroższych, jakie kiedykolwiek widziałem, a broń połyskiwała od drogiej inkrustacji. Co za nieostrożność pośród ludności, która grabież uważała nie za zbrodnię, lecz za intratny sport! Podobnie, choć mniej okazale, byli ubrani jego towarzysze.

Na nasz widok pchnął jednego z nich z żądaniem, abyśmy się przed nim stawili.

- W jakim celu? - zapytałem.

- By powiedzieć pokornie, kim jesteście, i wykazać, że macie prawo znajdowania się w zaszczytnem sąsiedztwie jego osoby.

- Tak? Cóżto za jeden?

- Jest to Piszkhidmet-baszi Władcy Świata, i tytułuje się Aemin-i-Huzur - Mąż królewskiej asysty.

Jegomość wyrzekł to w sposób tak uroczysty, a na twarzach otaczających go towarzyszów malowało się tyle namaszczenia, że musiałem odpowiedzieć tonem pogardliwym:

- Władcy Świata? Gdzież jest ten regent, co włada światem? Piszkhidmet-baszi? A więc urzędnik, wykonywujący zlecenia! Aemin-i-Huzur? A więc mąż czyjejś asysty, lecz nie mojej! Nie jestem niczyim sługą, jak on, jak więc możesz zalecać mi pokorę w jego pobliżu?

- A więc odmawiasz posłuszeństwa? - zapytał surowo.

- Pah! Czy jestem kamerdynerem pod jego rozkazami? Czy jesteśmy w Persji? Wyście obcy; podobnie jak my, zawinęliście tutaj, aby wypocząć; mamy zatem równe prawa. Jest mi zupełnie obojętne, kim jesteście; cóż was obchodzi, kim my jesteśmy? Jeżeli zaś wasz Piszkhidmet baszi ma jakieś życzenie, niech przyjdzie do mnie, bo rozkazywać tutaj nie ma prawa!

- A więc nie chcesz udać się do niego? - zapytał tym samym, co i poprzednio, bezwzględnym tonem.

- Nie.

- Potrafimy cię zmusić!

- Spróbuj! Nazwałeś jego bliskość "zaszczytną", ale my wiemy, że zaszczytu należy szukać w innem miejscu, niż wpobliżu osób, które nawet nie znają praw najzwyklejszej uprzejmości, obowiązującej najprostszego śmiertelnika.

- To jest obraza! Jeżeli dobrowolnie nie pójdziecie za nami, będziemy musieli użyć przemocy!

Usiadłem na ocembrowaniu studni, wziąłem do ręki sztuciec, wskazałem na sznur przewieszony opodal, na którym khandżi, dozorca khanu porozwieszał cebule, i rzekłem:

- Spójrzcie na ten rząd bassal! Trafię pierwsze pięć z lewej strony. Uważajcie!

Dwór był szeroki, cebule wisiały w odległości około dziewięćdziesięciu kroków od nas; wystrzeliłem pięć razy i za każdym razem trafiłem we wskazany cel. Niektórzy Persowie po biegli do cebul - po powrocie potwierdzili ze zdumieniem, że trafiłem pięć razy bez ładowania, mimo że moja broń miała jedną tylko lufę.

- To czarodziejska broń - objaśnił Halef. - Ten wszechświatowej sławy emir i effendi strzela dziesięć tysięcy razy i więcej bez ładowania. Czem więc jesteście wobec nas?

Zrobił lekceważący ruch ręką. Dodałem spokojnym tonem:

- Chciałem wam tylko pokazać, co was czeka, jeśli poważycie się podnieść na nas rękę. Jest was dwunastu, i w dwunastu krótkich mgnieniach dwanaście kul z mej broni powali was na ziemię. A teraz róbcie, co wam się podoba!

W zakłopotaniu spoglądali jeden na drugiego. Mój sztuciec wypełnił, jak zwykle, swą powinność i nakazał Persom respekt. Najwyższy ochmistrz był, oczywiście, świadkiem zajścia i, tak samo stropiony jak towarzysze jego, zawołał do swych ludzi:

- Odejdźcie od niego! Z takimi gruboskórnymi ludźmi, jak ci dwaj, my, podróżnicy pozostający pod ochroną Wszechwładcy, nie powinniśmy przestawać. Urodzili się na najniższym szczeblu społeczeństwa i wychowali się w ciemnocie niewiedzy - dlatego też zachowują się jak ludzie nieokrzesani; ich towarzystwo plugawi. Gardzimy nimi!

Na te słowa podwładni jego natychmiast się cofnęli. Ale teraz wszedł w grę nowy czynnik, o którego istnieniu ochmistrz nie mógł nic wiedzieć: mój popędliwy i w sprawach honoru wysoce drażliwy Hadżi sądził, że obrazy wypowiedzianej przez ochmistrza nie powinien puścić płazem. Zeskoczył więc z ocembrowania, na którem siedział przy mnie, podbiegł do Persa i przemówił w gniewie:

- Coś ty powiedział? "Najniższy szczebel społeczeństwa i ciemnota niewiedzy"? Znasz, widzę, bardzo dokładnie ów szczebel i ową ciemnotę z własnego doświadczenia! Nam dwom są one jednak nieznane! Śmiałeś także przepuścić przez swe nigdy niewycierane wargi słowo pogardy? Kim jesteś, właściwie, że pozwalasz sobie mówić tym wysokim, lecz niebezpiecznym tonem? Pełzasz w przedpokoju swego pana, jak ordynarna sakkaja, jaszczurka po ziemnych norach; padasz przed nim na kolana i bijesz łbem o ziemię przed jego stopami. Jesteś fagasem kaprysów i niewolnikiem jego humorów. Strojów i broń, w których się puszysz, nie zdobyłeś jak mężczyzna o pełnym honorze, lecz wyżebrałeś je, zlizując plwociny swego pana, jak miód. My natomiast jesteśmy wolni i niezależni. Robimy, co nam się podoba, i zginamy swe karki tylko przed Allahem, nigdy zaś przed żadnym z jego stworów, nawet wtedy, gdy ten każe się nazywać "władcą świata". Kto zatem jest wyższy - ty, czy my? I komu należy się pogarda, która uraziła nasze uszy, - nam, czy tobie?

Mały, odważny zuch wyrzucił z siebie tę karcącą mowę z taką szybkością, że niepodobna było go zatrzymać; atoli, gdy zrobił pauzę, by złapać tchu, najwyższy ochmistrz wyrwał sztylet z za pasa i krzyknął wściekle:

- Milcz, psie! Jeżeli jeszcze jedno słowo powiesz, przebiję cię sztyletem albo każę dać baty, że ci skóra odskoczy!

Również ludzie jego przybrali groźną postawę; Hadżi jednak ani myślał spuszczać z tonu. Wskazał na mnie - trzymałem sztuciec wpogotowiu - i rozpoczął z głośnym śmiechem:

- Coś ty powiedział? Mnie przebić? Spójrz na mego effendiego! Zanim zamierzysz się swym sztyletem, jego kula przewierci ci brzuch. Mnie dać baty? Czy masz szpicrutę? Nie widzę żadnej! Spójrz, przy moim boku zato zawsze wisi kurbacz spleciony ze starannie powiązanych krokodylich rzemieni; rozmawiał z grzbietem już niejednego człowieka, który za wysoko zadzierał nosa, a któremu nasze razy przywracały pokorę i grzeczność. Nie sądź, że się was lękamy, dlatego że was jest dwunastu, a nas dwóch! Nigdy nie liczyliśmy naszych przeciwników - im więcej was, tem przyjemniej dla nas. Powiem ci, co gotowiśmy zrobić; mój effendi utrzyma was swoim sztućcem w szachu; każdego, kto podniesie rękę, postrzeli natychmiast; ja zaś biorę, jak widzisz, mój kurbacz do ręki i wytrzepię każdemu uszy, kto ośmieli się obrazić nas jednem choćby słowem. Nazwałeś mnie "psem"! Miej się na baczności i nie zmuszaj mnie do tego, abym ci pokazał, kto tutaj jest panem, a kto powinien być traktowany, jak pies!

Hadżi stał przed Persem, który zeskoczył ze swego dywanu, i potrząsał szpicrutą przed jego twarzą. Ochmistrz był, oczywiście, wściekły; w innych okolicznościach byłby się zachował inaczej. Ale widział dobrze lufę mojej broni wprost na siebie skierowaną - palec trzymałem na cynglu - i to go powstrzymywało od śmielszych gestów. Przypuszczał, być może, że moja groźna postawa nie jest dlań niebezpieczna, że przecież strzelać nie będę, ale między przypuszczeniem a pewnością jest duża różnica, on zaś nie był na tyle spokojny, aby różnicę tę ocenić. Widać było po nim, że szukał sposobu wyjścia z zatargu bez blamażu, i istotnie, pomógł mu fakt, który zaszedł niespodzianie:

Scena wzbudziła ciekawość i innych, obecnych w khanie, ludzi, którzy skupili się i obserwowali jej przebieg. Stał tu również khandżi z paru żołnierzami, przydzielonymi dla ochrony miejscowości. Jako pierwszy urzędnik miał obowiązek dbania o spokój i ład, wszakże zdawał się być leniwym i mało aktywnym człowiekiem, który bynajmniej nie zamierzał zająć się naszą sprawą. Żołnierze jego uśmiechali się z zadowoleniem - intermezzo bawiło ich; to była wesoła rozrywka w szarej nudzie codzienności. Podobnie zachowywali się pielgrzymi, członkowie "karawany śmierci" i inni. Tylko jeden z nich zdawał się okazywać chęć wzięcia bezpośredniego udziału w rozprawie. Jego ostro wyciosana twarz, zagorzała od słońca, drgała wymownie i żywo; nie stał spokojnie, lecz poruszał się nieustannie, chcąc przyjrzeć się badawczo bądź mnie, bądź Halefowi. Widziałem, że coś go korciło i, rzeczywiście, na widok tchórzliwej chwiejności Persa przystąpił doń, skłonił się i rzekł:

- Hazreti, Wysokość, wybacz, że się do ciebie zwracam. Mogę ci dostarczyć informacyj o tych dwóch ludziach.

- Kim jesteś? - zapytał Aemin-i-Huzur, jawnie uradowany tem nieoczekiwanem wyjściem z nader przykrej sytuacji.

- Byłem dzielnym wojownikiem Beduinów Obeidów, ale z winy tych dwóch, których oby Allah poszarpał, zostałem wyrzucony z plemienia i teraz muszę, żeby nie głodować, służyć obcym ludziom.

Twarz tego człowieka wydawała mi się znajoma, jednakże nie mogłem sobie uprzytomnić, gdzie i kiedy go widziałem; wtem Halef zbliżył się do mnie i rzekł szeptem:

- Sihdi, poznaję go; jest to jeden z dwóch szpiegów, których niegdyś ukaraliśmy hańbą, każąc im obciąć brody.

Wnet przypomniałem sobie tę historję - Halef miał rację. Obydwaj Beduini zostali dzięki tej karze zbezczeszczeni, i naskutek tego wyrzucono ich z plemienia. Teraz osobnik pochwycił nieoczekiwaną sposobność, aby wywrzeć swą zemstę. Nie zląkłem się jednak, ani ja, ani Hadżi. Mój mały Halef z uśmiechem zasiadł zpowrotem na ocembrowaniu studni.

Pers spoczął na dywanie, schował sztylet do pochwy, przybrał dostojną pozę i zwrócił się do byłego Obeidy:

- Opowiedz, co wiesz o nich! Jeżeli masz przeciw nim jakieś słuszne pretensje, jesteśmy gotowi ci pomóc.

- Pretensja moja jest nietylko słuszna, ale i krwawa, - zawołał ośmielony Beduin - gdyż hańba, jaką mnie okryli, może być zmazana jedynie krwią. Posłuchaj, o panie! Plemię Haddedihnów było przed laty w zatargu z Obeidami; przygotowaliśmy się do wojny, przyczem nasz szeik wysłał dwóch wywiadowców, aby wybadać zamiary Haddedihnów. Jednym z tych wywiadowców byłem ja. Allah chciał, żeby zdarzyło się nieszczęście; zostaliśmy ujęci i oddani starym kobietom poto, by nam obcięły brody. Przez to straciliśmy cześć i zostaliśmy wyrzuceni z naszego plemienia.

- Mówisz o sobie, chciałeś jednak mówić o nich!

- Wybacz! Zaraz wszystko wyjaśnię. Nie znałem jeszcze wówczas tych ludzi, ale później poznałem ich dobrze i wiele o nich słyszałem. Ten mały nazywa się Hadżi Halef Omar i jest szeikiem Haddedihnów...

- Czem są Haddedihnowie? Sunnici?

- Tak.

- A więc Allah ich i jego przeklnie i wyniszczy! Jak mógł przestąpić próg tego khanu, który został zbudowany wyłącznie dla wyznawców świętej Szyi? Skoro tylko pójdzie precz trzeba będzie to miejsce oczyścić z jego smrodu.

- Allah, Wallah! Smród drugiego jest o wiele jeszcze gorszy!

- Jak to?

- Bo nie jest ani sunnitą, ani szyitą, i wogóle żadnym muzułmaninem.

- Czem więc? Czyżby przeklętym jehudim, żyd?

- Nie, ale jeszcze gorzej, bo jest niewiernym nazranim, chrześcijanin?

- Nazrani? - pochwycił Pers. - Czy to możliwe? Czy to do pomyślenia? Czy widziano kiedy tak straszliwe zbrukanie świętej drogi pielgrzymów? Co robić? Opamiętajcie się, ludzie! Bestja jest między nami, potwór ziejący ohydą! Rzućcie się na tego łotra, wynieście go precz, żywego lub martwego, poza wrota!

Halef znowu ujął szpicrutę i chciał zerwać się z ocembrowania, ale powstrzymałem go, mówiąc:

- Zostań! To staje się interesujące. Jestem ciekaw, czy odważą się targnąć na mnie.

Nie mieli odwagi; klęli i urągali na rozmaite sposoby, ale pozostali na miejscu. Obeida utwierdził ich w tej małodusznej postawie, zwróciwszy się do nich z ostrzeżeniem:

- Bądźcie ostrożni! Ten niewierny jest wam nieznany, ale ja go znam; słyszałem wszystko, co o nim opowiadają.

- Przeczysz sobie samemu! - rzucił ochmistrz. - Najpierw oskarżasz go, potem ostrzegasz nas przed nim!

- Bo nie chcę, abyście zostali pobici.

- Przewyższamy go siłą!

- Nie w walce! Jest mocny i zwinny, jak pantera, i powala lwa w nocy jedną jedyną kulą. Ta duża i ciężka broń, która leży obok niego, ma naboje lecące na odległość wielu dni drogi, a trafiają zawsze tego, w kogo wymierzone zostały. W walce wspomaga go szatan, jego sojusznik. A z tej małej broni może, nie ładując, strzelać tyle tysięcy i miljonów razy, ile zechce, bo broń ta sporządzona została w piekle, gdzie wszyscy jego przodkowie przebywają. W walce nie sprostacie mu - jeden jest tylko środek, którym, bez narażenia swego życia, można z nim skończyć: to podstęp!

Przy tych słowach omal nie wybuchnąłem śmiechem. Że w mojej obecności zalecał podstęp, było przecież wyraźnym dowodem tego, że sam, o tej "materji" nie ma pojęcia. Również i Pers był tego zdania; popatrzył nań ze zdziwieniem pokiwał głową i rzekł:

- Nie wolno nam atakować, mamy go wziąć podstępem? I mówisz to nam w jego obecności?

- Dlaczego nie? Wie przecież o wszystkiem czy słyszy, czy nie, bo jego przebiegłość przewyższa siłę jego ciała i niechybność jego broni.

- A więc mamy go pokonać podstępem? Czy nie chciałbyś nam poradzić, w jaki sposób, jakim to podstępem?

- To już wasza rzecz! Ostrzegłem was, a co do niego - zdradziłem wam jego tajemnicę; teraz możecie robić, co się wam podoba.

- Czuję, że sam masz stracha, i to wielkiego. Ale ja go się nie boję i wiem, co mam czynić!

To były tylko słowa; bał się mimo wszystko, bo zamiast przedsięwziąć przeciw mnie jakieś kroki, - czynne czy słowne - zwrócił się do stojącego wpobliżu khandżiego:

- Jesteś wyznaczonym przez paszę dozorcą khanu?

- Tak, hazreti, - skinął zapytany z uśmiechem zakłopotania.

Oczywiście, słyszał ostrzeżenia Obeida, naskutek czego bał się niezmiernie Halefa i mnie, tem bardziej, że z niepokojem myślał o zachodzącej konieczności wystąpienia przeciw nam w jakikolwiek sposób.

- Czy khan leży na drodze ku świętym miejscom wyznawców Szyi, przez Allaha miłowanych i błogosławionych? - pytał dalej Pers.

- Tak.

- Jest zatem przeznaczony tylko dla tych wiernych?

- Tak.

- A więc wstęp niewiernego musi być poczytywany za śmiertelną obrazę tego miejsca?

- Tak.

- Musisz zatem czuwać, aby khan odpowiadał przeznaczeniu, dla którego został zbudowany.

- Tak.

- I z całą surowością masz udaremniać wszelkie nieprawne i niegodne użytkowanie tego miejsca.

- Tak.

Niezwykłą przyjemność sprawiało mi to, że dobrze odżywiana, okrągła twarz khandżiego przy każdem "tak" wydłużała się coraz bardziej. Jednakże Pers torturował go dalej:

- Słyszałeś, że pośród tych murów znajduje się chrześcijanin?

- Tak.

- A więc żądamy od ciebie natychmiastowego wykonania obowiązku! Obecność tego człowieka jest wołającą o pomstę do nieba zbrodnią przeciw Allahowi, przeciw prorokowi, przeciw przekazaniom islamu i wszystkim jego wyznawcom, tutaj się znajdującym. Żądamy jak najszybszej i jak najcięższej kary dla przestępców. Słyszysz? Jeżeli się zawahasz, co uważam za niemożliwe, zaskarżę cię przed naszym Wszechwładcą, który rozkaże padyszachowi, aby cię skazał na dziesięciokrotną chłostę i karę śmierci!

Gdy najwyższy ochmistrz skończył swą mowę oskarżycielską, twarz dozorcy khanu była tak wyciągnięta, że dalsze jej wydłużanie się, choćby o jeden muh-i-szutur, szerokość wielbłądziego włosa, było niemożliwe. W tym samym stopniu urosło jego zafrasowanie i nie wiedział, co i jak począć. Wzbudziło to we mnie współczucie dla tego łagodnego, spokojnego człowieka. Zabrałem więc głos, zwracając się do niego:

- Podejdź bliżej do mnie, khandżi! Dotychczas słuchałeś innych, powinieneś więc poznać i nasze zdanie. Ale bądź grzeczny, inaczej broń nasza zostanie puszczona w ruch!

Miał takiego stracha, że o parę jedynie roków postąpił naprzód.

- Czy ten khan istotnie jest tylko dla wyznaców Szyi? - zapytałem.

- Tak - skinął.

- Dla innowierców jest zakazany?

- Tak.

- Czy jesteś szyitą?

- Nie.

- A twoi żołnierze?

- Też nie.

- Jednakże przebywacie tutaj? I to jako urzędnicy? Także i Obeida, który nas oskarżył, nie jest szyitą. Szanuję prawo, spodziewam się jednak, że inni je też uszanują. Jeżeli ten khan jest tylko dla szyitów, to wszyscy, którzy nimi nie są, muszą go natychmiast i na zawsze opuścić. Pakuj więc swoje i swych żołnierzy manatki. Skoro tylko wyjdziecie stąd, zabierając ze sobą Obeidę, - opuścimy natychmiast khan.

Z prawdziwą rozkoszą oglądałem twarz tego nieboraka, złamanego troską. Ciągnąłem dalej:

- Prócz tego uważam za konieczne, aby każdy, kto się podaje za szyitę, wykazał to legitymacją. Kto tego nie uczyni, musi również opuścić khan. Czy ludzie, którzy traktują nas tak wrogo, okazali ci swe legitymacje?

- Nie.

- A więc pokażę ci najpierw moje. Żądam jednak, abyś okazał względem nich cześć należną, przepisaną pod groźbą najsurowszej kary!

Po raz drugi już dzisiaj wyjmowałem z kieszeni dokumenty; rozwinąłem je i podałem dozorcy khanu. Było mi obojętne, czy umie czytać. Spojrzał na pieczęcie i krzyknął przerażony:

- Maszallah! Bujurultu, jol teskeressi i nawet ferman, wszystkie z własnoręcznym podpisem Wielkorządcy, który jest ulubieńcem Allaha i całego nieba!

Przyłożył pieczęcie do czoła, ust i serca, i po trzykroć pochylił się głęboko prawie do ziemi. Potem zwrócił mi legitymacje. Wydobyłem jeszcze czwartą i ciągnąłem dalej:

- Ponieważ nasi przeciwnicy podają się za ludzi z Farsistanu, chcę ci dowieść, że i tam cieszymy się najwyższym szacunkiem i życzliwością. Najwyżsi dostojnicy muszą okazywać nam cześć jaką na podstawie tego oto pisma wymagać mamy prawo. Czy znasz perski język?

Przy tem zapytaniu podałem mu perski ferman.

- Czytać nie umiem - odrzekł tonem głębokiego poważania.

- A więc zawiadamiam cię, że ten ferman był przez Szach-in-Szacha własnoręcznie podpisany i przypieczętowany. Napis na pieczęci brzmi: "Skoro tylko ręka Nasr-ed-Dina pieczęci państwowej dotyka, głos sprawiedliwości napełnia świat od gór aż do wnętrza ziemi!" Mam nadzieję, że uznasz, iż moją obecność tutaj opromienia zarówno przychylność Wielkorządcy, jak i szacha perskiego, powinieneś zatem stosownie zachować się względem nas. Nie jesteś perskim poddanym, możesz więc wyśmiać się z pogróżek, jakie ten domniemany Piszkhidmet-baszi wytoczył poprzednio. Natomiast moje świadectwo nietylko cię umocni na twem stanowisku, ale wyniesie jeszcze wyżej!

Mimo, że był Turkiem, okazał względem perskiego fermana tak samo wysoką część, i zwróci mi go z nabożną ostrożnością.

- Proszę cię pokornie, o ulubieńcze Wielkorządcy, abyś zeznał w Bagdadzie i Stambule, że nie uraziłem was ani miną, ani zgłoską, albowiem pierwsze spojrzenie rzucone na was powiedziało mi, że wszystkie fortece państwa stoją dla was otworem, - a więc i wrota tego khanu. Uważaj mnie za swego sługę! Jestem gotów wykonać natychmiast wszystkie twe rozkazy!

- Spodziewam się tego! Przedewszystkiem wymagam, aby i ci wrzekomi Persowie dowiedli że są Persami, a zwłaszcza szyitami. Myśmy się wylegitymowali; teraz kolej na nich!

- Masz słuszność. Oczekuję, by temu żądaniu uczynili zadość!

Odwrócił się ode mnie do ochmistrza. Temu ostatniemu mocno zaimponowałem moim perskim fermanem. Broń, poprzednio skierowaną przeciwko mnie, widział teraz w mojem ręku; zmieszany wyraz jego twarzy pozwalał mi przypuszczać, że nie był w stanie okazać żądanego dokumentu. Spróbował zamaskować to pewnym siebie tonem, zapytując wyniośle khandżiego:

- Czy to możliwe, abyś miał odwagę żądać ode mnie dokumentów? Byłeś dotychczas święcie przekonany, że jestem rzeczywiście Piszkhidmet-baszim Szacha perskiego, a tu naraz, naskutek słów tego obcego przybysza, żądasz ode mnie dowodów! Czy twoja godność muzułmanina jest tak słaba, że wystarczy lekkiego powiewu z kraju niewiernych, aby ją zdmuchnąć?

- Chodzi tutaj o moją godność urzędnika Wielkorządcy. Skoro ujrzałem Jego, przez Allaha błogosławioną pieczęć, muszę wypełnić obowiązek, nie pytając o wiarę i religję tego effendiego, który mi wykazał, że znajduje się pod szczególną pieczą Padyszacha. Rozpocząłeś z nim sprzeczkę, roszcząc sobie prawo rozkazywania. To prawo nie przysługuje ci nawet z tytułu Piszkhidmet-baszi, ale, że się za takiego podajesz, obowiązkiem moim jest zażądać od ciebie dowodów!

- Moi podwładni mogą zaświadczyć, kim jestem!

- Ich słowa nie są dla mnie miarodajne, bo ich nie znam. Jeżeli jesteś tak wielkim panem, że ciągle się obracasz w zaszczytnem otoczeniu Szachin-Szacha, musisz posiadać jakikolwiek jego podpis i pieczęć. Skoro ten obcy effendi posiada i jedno i drugie, jasnem jest, że tobie powinno być o wiele lżej podobne pełnomocnictwo od swego pana uzyskać.

- Nie prosiłem o nie, bo uważałem za zupełnie niemożliwe, aby ktoś śmiał wątpić o prawdziwości moich słów. Mam przy sobie listy mego Pana, które muszę doręczyć w miejscu świętem, i które z tego względu mogą być pokazane tylko temu, dla kogo są przeznaczone,

- To nie jest dostateczne! Sam mówiłeś, że tylko szyici mogą tu przebywać, i że każdy innowierca musi khan opuścić. Jeżeli mi nie udowodnisz, że jesteś wyznawcą Szyi, będę zmuszony, według twojej własnej woli, ciebie i twoich ludzi wydalić poza bramę khanu!

- Co za hańba - zawołał Pers - słuchać podobne brednie!

- Jesteś obcokrajowcem, który nie może się wylegitymować, musisz więc mi być posłuszny, jako dowódcy tego placu.

- A co będzie, jeżeli ci odmówię posłuszeństwa?

- Wtedy napiszę raport, który wyślę, gdzie należy, i przytrzymam was tutaj tak długo, dopóki nie nadejdzie odpowiedź.

- Nie pozwolimy się trzymać tutaj!

- Niech cię Allah uchowa przed zgubnym Oporem! Moi asaker, żołnierze nie boją się was, a ten dobrze uzbrojony effendi ze swym dzielnym szei kiem Haddedihnów na pewno mi pomogą. Widzieliście, jak strzelać potrafi!

Ochmistrz spojrzał wokoło po swych ludziach wzrokiem pytającym; mieli teraz inne twarze niż poprzednio; pierwotny wyraz posłusznej gotowości zupełnie zniknął. Moja próba strzelania i przedłożone legitymacje wywarły pożądane wrażenie; khandżi miał humor, ochmistrz natomiast był strapiony. Mój mały dzielny Hadżi żartował - sięgnął do pasa po broń, i zapytał mnie tonem stanowczym:

- Naturalnie, zgadzasz się effendi? Czy mamy tym ludziom natychmiast pokazać, jak dwaj doświadczeni wojownicy radzą sobie, aby obezwładnić dwunastu przeciwników?

- Tak, zrobimy to, ale w inny sposób, niż sądzisz, - odrzekłem. - Właśnie dlatego, że nie jestem muzułmaninem, lecz chrześcijaninem, postaram się ten zatarg, za który nie ponoszę winy, rozwiązać pokojowo.

Zwróciłem się do khandżiego:

- Czy uznasz za wiarogodne, jeżeli ktoś, kogo znasz, da ci zapewnienie, że ten perski mirza jest, istotnie, Piszkhidmet-baszim szacha?

- Tak - odrzekł.

- Powiedz zatem, czy znasz mnie?

- Ciebie? Oczywiście! Okazałeś mi najwyższe dokumenty, dzięki którym poznałem cię tak dobrze, jakgdybym - wybacz mą śmiałość - od młodości przebywał w twojem towarzystwie.

- A więc uwierzysz moim słowom?

- Jak moim własnym!

- Dobrze, zapewniam cię więc, że ten mirza jest doprawdy tym, za kogo się podaje, i proszę cię, abyś mu pozwolił zabawić w khanie, jak długo mu się spodoba!

- Rzekłeś, i tak się stanie, effendi!

- Maszallah! - krzyknął Halef. - Potwierdzasz obrazy, jakiemi nas uraczono, tą swoją wielką nieuzasadnioną dobrocią. Jak możesz pozbawić mnie przyjemności pokazania tym dwunastu osobnikom, że my dwaj, ty i ja, znaczymy o wiele więcej, niż oni wszyscy razem wzięci?

Odpowiedziałem mu tylko skinieniem na Persów i odrazu mnie zrozumiał. Oszołomiona mina ochmistrza sprawiła mi o wiele więcej przyjemności, niż ewentualne wykonanie zamiarów Halefa. Piszkhidmet-baszi wlepił we mnie oczy i wybełkotał, kiwając głową:

- Allah akbar! - Bóg jest wielki! Jakże wielkie jest moje zdumienie!

- Nad czem? - zagadnął Halef ze śmiechem.

- Że chrześcijanin, niewierny, który widzi dzisiaj mnie po raz pierwszy, ośmiela się stwierdzać, że jestem odblaskiem Władcy!

- Jeżeli sądzisz, że to śmiałość, to jesteś w błędzie. Odblask ten jest na tobie tak bardzo wyraźny, że omyłka byłaby zupełnie wykluczona. Twoja twarz promienieje swą całą pełnią, i widzimy teraz, że jesteś zbyt mądry i wzniosły, abyśmy mogli powiedzieć ci to, co chcieliśmy ci donieść.

- Donieść? Mnie? Jak to rozumiesz?

- Że grozi wam wielkie niebezpieczeństwo, o którem nie mógłbyś nabrać pojęcia, gdybyś nie posiadał jasnowidzącej przenikliwości.

Pers musiał nareszcie wyczuć tkwiącą w tych słowach ironję. Ponieważ chodziło o przestrogę, udał, że ironji nie dostrzega, i wypytywał dalej:

- Mówisz o niebezpieczeństwie. Czy sądzisz, że coś nam grozi?

- Oczywiście! Powiedziałem wyraźnie, że grozi wam niebezpieczeństwo. Gdyby odnosiło się do nas, nie byłbym wspomniał ni słowem, bowiem niebezpieczeństwo jest powietrzem, którem oddychamy, i wodą, którą codziennie się pokrzepiamy. Kochamy niebezpieczeństwo i bez niego nie chcielibyśmy - nie moglibyśmy żyć; im większe jest, tem bardziej je kochamy. Wasze niebezpieczeństwo znamy dokładnie, gdyż przeżyliśmy je i pokazaliśmy przytem, że bawimy się niem, jak, mniej więcej, dwaj olbrzymi bawią się kartami.

Było pocieszne, że mały zuch porównywał się z olbrzymem; odzyskał całą swą wymowę, co mnie, jako Europejczyka, zastanawiało więcej, niż Persa, który uważał ten sposób mówienia Hadżiego za normalny, i w napięciu dopytywał się dalej:

- Nie wiem, co za niebezpieczeństwo może mi grozić. Pozostajemy pod pieczą Szach-in-Szacha i przekonany jestem, że nic nam nie może się zdarzyć.

- W Persji moglibyście o tej pieczy mówić ale nie tutaj. Widzieliście przed chwilą, jak znikoma jest moc szacha wobec naszej woli. Powiedz mi wreszcie, czy twój orszak ma jaką specjalną nazwę?

- Cóż za specjalną nazwę ma posiadać? Jest karawaną, jak wszelka inna.

- Mylisz się! Posiada nazwę określającą. Nadano mu ją bez twojej wiedzy.

- Jaka?

- Nazywają karawanę karwan-i-Piszkhidmet-baszi.

- Tę nazwę nadałeś jej sam w tej chwili!

- Nie. Znaliśmy ją na długo przedtem, nim cię spotkaliśmy. Wiedzieliśmy, że karwan-i-Piszkhidmet-baszi jest w drodze, że jest oczekiwana i, jak tylko spotkaliśmy się, poznaliśmy was odrazu. Dlatego tylko mój effendi mógł zaręczyć khandżiem, że jesteś wysokim ochmistrzem dworu.

- Sens twoich słów jest dla mnie ciemny. Powiadasz, że nasza karawana jest oczekiwana. Zapytuję, gdzie i przez kogo? Szykowaliśmy się do tej podróży w najgłębszej tajemnicy i wyruszyliśmy tak dyskretnie, że nikt o nas nic wiedzieć nie może.

- Allah zrządził, że są ludzie, mający oczy i uszy czujniejsze, niż ty zdajesz się posiadać. Wasze przygotowania były śledzone. Wiadomo, że załadowaliście kosztowne towary dla świętych miejsc. Na waszej drodze czatują rabusie, którym wasze przybycie zostało sygnalizowane. Macie być napadnięci i, jeśli nie słuchacie naszej przestrogi, narażacie nietylko własność Szach-in-Szacha, ale i - prawdopodobnie - własne życie.

Nie przerywałem Halefowi: czuł się panem sytuacji i tej tak wielkiej dlań rozkoszy nie chciałem mu zamącać. Rozumiało się samo przez się że za swe życzliwe rady spodziewał się wdzięcz ności i uznania. Ku memu zdumieniu, musiałem stwierdzić, że się pomyliłem. Gdy Hadżi zamilkł, ochmistrz popatrzył badawczo to na niego, to na mnie, wybuchnął krótkim, kpiącym śmiechem i rzekł:

- Abarak Allah! - Chwała Bogu za to, że stworzył tak miłych i dobrych ludzi, jak wy! Jestem w najwyższym stopniu zdziwiony tem, że istnieją tak wspaniali, tak niezrównani ludzie! Patrzyliśmy na was zupełnie inaczej, tylko nie jak na przyjaciół, i w odpowiedzi na to troszczycie się o nasze dobro, o naszą całość! Miłością i dobrodziejstwem ociekają wasze wargi! Jest to możliwe tylko dlatego, że jeden z was jest chrześcijaninem, któremu wiara jego, jak słyszałem, nakazuje miłować swych wrogów. Tą nadludzką wiarą zawsze gardziłem i gardzę każdym, kto do niej należy. Macie więc do wyboru między moją pogardą a moim śmiechem; sądzę, że śmiech bardziej wam odpowiada. Bo śmieszne jest w najwyższym stopniu żądać ode mnie, abym wierzył temu, co przed chwilą powiedzieliście.

- Wątpisz o tem, co mówiłem w sprawie rabusiów? - zawołał Halef rozgniewany.

- O tem nie, wcale nie, ale osoby rabusiów są, prawdopodobnie, zupełnie inne, niż te, o których chcesz mnie przekonać. Mówiłeś o kosztownym ładunku tylko poto, aby się dowiedzieć, co zawiera. Nie potrzebuję mówić więcej - sam się domyślasz!

- Czy dobrze cię rozumiem? Chcesz powiedzieć, że my!..

Gniew Halefa był tak wielki, że nie mógł dokończyć zdania, i prawicą sięgnął po szpicrutę, aby przy jej pomocy zakończyć urwaną mowę. Powstrzymałem z mocą jego ramię i rzekłem:

- Żadnej nieostrożności, Halefie! Co ten człowiek myśli i mówi, jest nam zupełnie obojętne. Niech później stwierdzi z żalem, że popełnił największe głupstwo w swojem życiu. Skończyliśmy z nim. Chodź!

- Tak, jedziemy dalej, sihdi, - przytaknął mi. - Gorzko pożałuje później, że dzisiaj, jak zawsze, w całem swem życiu, nie miał więcej rozsądku, niż jego ojciec, dziadek i wszyscy przodkowie, którzy popełnili nieprzebaczalne głupstwo, przyjmując z rąk przeznaczenia takiego syna, wnuka i prawnuka. Oby Allah sprawił, aby szwy jego ciała i duszy pękły, jak stara wyszargana alduwan, rękawiczka!

Na to zdrożne życzenie musiałem się głośno roześmiać. Pers zdobył się tylko na to, aby ku nam potrząsnąć obydwiema pięściami i w bezsilnej wściekłości zawołać:

- Tak, u wszystkich djabłów, idźcie stąd jak najprędzej i żebym was więcej nie widział. Poznałem dzisiaj jeszcze jednego chrześcijanina, ale i ten nie jest lepszy od wielu innych, których widziałem przedtem: Prawda to, co mówi stare perskie przysłowie: "kto spotyka Isewi, ten niech go odtrąci nogą, inaczej będzie pokutował w tem i tamtem życiu".

Siedziałem już na koniu i już byłem się oddalił o parę kroków. Gdy jednak usłyszałem te słowa, cofnąłem się, podjechałem do niego i odparłem:

- Mógłbym ci dać pięścią po twarzy i nie miałbyś odwagi się bronić; nie uczynię tego, właśnie przez wzgląd na to, że jestem Isewi. Żądam od ciebie, abyś nie zapomniał swych ostatnich słów. Mamy nie pokazywać się wam więcej na oczy? Nie wyobrażasz sobie chyba, że się was boimy? To byłoby po tem, co się tutaj działo, czystym obłędem. Powiadam ci, że będziecie serdecznie uradowani i wdzięczni Allahowi, jak tylko ujrzycie nas ponownie. Wiem już teraz na pewno, że wkrótce się znów spotkamy i wtedy nie przyjdzie wam na myśl odtrącać nas nogą, lecz powitacie nas całem sercem i całą duszą. Zapamiętaj sobie tę przepowiednię - przypomnę ci ją!

Odjechaliśmy, nie zwracając uwagi na rzucane wślad za nami wyzwiska. Khandżi wraz ze swymi asaker podążył do bramy; dałem jemu i ludziom wyczekiwany bakszysz, za co skłonili się głęboko, życząc nam szczęścia na dalszej drodze.

Gwoli bezpieczeństwu i aby zmylić Persów na wypadek, gdyby chcieli zdradzić Sefirowi powzięty przez nas kierunek, pojechaliśmy drogą, wiodącą do khan Nasrijeh, tak daleko, jak oko ludzkie sięga, potem zawróciliśmy na lewo i nawprost, przez dzikie pole, ruszyliśmy ku Eufratowi.

Halef, swoim zwyczajem, przemyśliwał najpierw milcząc nasze ostatnie spotkanie; potem gdy wszystko dobrze rozważył, zapytał:

- Powiedziałeś temu najgłupszemu z perskich ochmistrzów, że nas wkrótce zobaczy. Czy to był tylko wybieg, czy też doprawdy sądzisz, że niezadługo znów się z nim spotkamy?

- Nietylko sądzę, ale jestem o tem przekonany,

- Czy wiadome ci już także miejsce tego rychłego spotkania?

- Nie, bo nie wiem, gdzie Sefir urządzi napaść na karawanę. Na drodze z khanu, którą właśnie opuściliśmy, do Hilleh - to się stać nie może, tem mniej wpobliżu świętych miejsc, a więc, najprawdopodobniej, tuż przed Hilleh, tam zaś miejscem najbardziej dogodnem jest plac rumowisk Babilonu. Gdy się zastanawiam nad tem, nietrudno mi odgadnąć, jak to się odbędzie.

- Wiesz, że mój umysł przywykł do długich i ciężkich prac. Rzeczy bystre, jak naprzykład rozwiązywanie zagadek, są dlań niedostępne. Dlatego proszę cię, nie trać czasu i odrazu mi powiedz, co twój umysł, który jest lotniejszy, niż mój, - wyrozumował!

- Wydaje mi się, że mój umysł, mimo że jest bystry, ma większą wartość, niż twój tak bardzo rozwlekły, kochany Halefie!

- Nie myl się, sihdi! Nie powierzam ci przecież mego wręcz przeciwnego poglądu, że mądrość rozwlekła jest przez to właśnie bardziej delikatna!

- Tę kwestję, chociaż jest bardzo ważna pozostawimy lepiej nierozstrzygniętą. Wiesz, że Sefir znajduje się w Hilleh. Peder-i-Baharat, którego spotkaliśmy, zastanie go tam i doniesie, że trzeba się spodziewać w najbliższym czasie przybycia karwan-i-Piszkhidmet basżi. Sefir, którego, sądzę, Persowie nie znają osobiście, postara się nadać swemu zetknięciu z ochmistrzem pozory przypadkowego spotkania, i pozyskać jego zaufanie. Nie wątpię, że mu się to uda, i wtedy ma karawanę w swych rękach. Potem skieruje ich na tę drogę, która będzie odpowiadać jego planom...

- Sihdi, - przerwał mi Halef - teraz twoja bystrość zbiegła się z moją rozwlekłością - rozumiem cię! Sefir stanie na czele karawany, aby ją poprowadzić ku zgubie,

- Nie, tego nie zrobi.

- Dlaczego?

- Jest, przypuszczalnie, za mądry.

- A więc uważasz moją uwagę za nietrafną?

- W żadnym razie, pomijając znowu niezwykłą rozwlekłość twego rozumowania. Musi się przecie później wydać, że karawana zaginęła. Gdyby się Sefir do niej przyłączył, pociągnię toby go do odpowiedzialności, a tego przecież powinien unikać.

- Słuchaj, sihdi, bystrość twego rozumowania jest wcale niezła! Ma swoje zalety, i jestem, jak widzisz, dość zdolny, aby się na niej wzorować.

- Dziękuję ci i mam nadzieję, że twoje zdolności w przyszłości się rozwiną! Przypuszczam więc, że napad nastąpi gdzieś koło placu rumowisk, niedaleko od tego miejsca, gdzieśmy zaskoczyli przemytników.

- Dlaczego tam?

- Bo w pobliżu znajduje się kryjówka, gdzie łup będzie prawdopodobnie, schowany. Jest nam obojętne, w jaki sposób karawana zostanie tam zwabiona. Ważne jest to, że ten plac jest celem naszej dzisiejszej podróży. Przybędziemy tam, mam nadzieję, jeszcze przed karawaną i zobaczymy ją, jak będzie stawiała opór Sefirowi.

- Tak, zobaczymy to, effendi. - dodał Halef podniecony - chociażby przez wzgląd na namiestnika.

- Conajmniej!

- Sprowadzimy doń Sefira, jako notorycznego zbója, przyłapanego na gorącym uczynku. Wtedy zobaczy, jak niewłaściwie nas potraktował i będzie zmuszony nas przeprosić.

- Jakże się cieszę! To będzie zwycięstwo, z którego będziemy mogli być dumni. Czy nie uważasz, sihdi?

- Nie mówmy jeszcze nic o dumie. Zamiar nasz jest dobry, ale między nim i wykonaniem jest jeszcze wielka odległość.

- Nawet Eufrat leży pośrodku! Nie?

- Tak.

- Aby dostać się do ruin, musimy przejść na prawy brzeg. Do Hilleh, gdzie jest most, nie możemy wracać. Jak przeprawimy się na drugą stronę?

- Zapewne znajdziemy trochę chróstu albo innego materjału na budowę tratwy. Jeżeli to się nie uda - ruszamy wpław.

- Czy wiesz, jak szeroka jest rzeka w tem miejscu?

- Z pewnością przeszło trzysta amtahr, metr.

- To dużo, bardzo dużo!

- Toć jesteś dobrym pływakiem!

- O, jeśli o to chodzi, nie lękam się wcale Ale na takiej przestrzeni zmoknie nam wszystko to, co powinno być suche.

- Są środki, aby tego uniknąć. Musimy się śpieszyć, aby móc nad rzeką poszukać materjału na budowę tratwy.

- Byłoby najlepiej, gdyby się nam udało spotkać tratwę albo łódź, której właściciel chciałby nas przewieźć.

- Nie myśl o takiej sposobności. Musimy unikać wszelkich spotkań, gdyż każdy napotkany człowiek może być wspólnikiem Sefira, który go nie omieszka zawiadomić, że nie pojechaliśmy do Bagdadu. Słyszałeś, że w dwóch godzinach od Hilleh znajduje się jego kryjówka. Nie wolno nam jednakże zapominać, że członkowie jego bandy nie zawsze tam siedzą, lecz, napewno, patrolują wzdłuż brzegów rzeki. Jak tylko nas zauważą idę o zakład, dziesięć przeciw jednemu, - cały nasz plan weźmie w łeb!

Droga do Eufratu nie miała nic osobliwego, Teren, pozbawiony wyżyn, był zorany błotnistemi brózdami. Gdy radosne parskanie naszych koni obwieściło bliskość wody, zsiedliśmy i resztę drogi, aby nie być zauważonym, odbyliśmy pieszo. Halef wraz z końmi ukrył się w głębszej rozpadlinie, podczas gdy ja zbliżyłem się ostrożnie do brzegu, aby zbadać teren i okolicę. Nie było widać żywej duszy. Słońce było już bardzo nisko; gdy spojrzałem na jego skośne promienie, padające na rzekę, pod ostrym kątem, zabolały mnie oczy. Ucieszył mnie widok masy tamaryszkowego chróstu, tuż nad wodą, który pozwalał przeprawić w suchym stanie, jeżeli nie nas samych, to nasze narzędzia i broń. Sprowadziłem Halefa i, oporządziwszy konie, zabraliśmy się do nacinania - chróstu i wiązania snopków.

Niestety tarfa, tamaryszek rosła tutaj wątła, grubości mniejszej, niż palec. O tratwie, która mogłaby nas udźwignąć, nie było mowy. Słońce zaszło, zapadł wieczór, zanim mogliśmy naładować nasze rzeczy na kruchą plecionkę z powiązanych snopków, Sterowanie tą tratwą przypadło w udziale Kalefowi, który, płynąc, miał ją popychać przed siebie; mojem zadaniem było prowadzenie koni; zrobiłem pętlę z wydłużonych cugli i nadziałem ją na ramię. Prowadząc w ten sposób ogiery, zanurzyłem się w wodę; podążyły za mną posłusznie i chętnie. Szlachetny koń Dżesireh nie boi się - wody.

W innych okolicznościach mrok wieczorny nie byłby wielką przyjemnością, ale teraz, przez wzgląd na nasze bezpieczeństwo, światło dzienne mogłoby się okazać zgubnem. Chłód rzeki orzeź wił nas i nasze wierzchowce; płynęliśmy wygodnie i, gdy stanęliśmy na przeciwnym brzegu, byliśmy tak mało zmęczeni, że Halef zawołał:

- Ależ to nie była żadna praca, lecz kąpiel, sihdi! Jestem jak nowo narodzony!

- Mam nadzieję, że dla powierzonych ci rzeczy to nie było kąpielą!

- O, nie! Strzegłem je własnemi oczyma. Zabieramy rzeczy i puszczamy tratwę z prądem - niech płynie, gdzie chce!

- Nie. Przymocujemy ją do brzegu.

- Poco?

- Bo może nas zdradzić.

- Zdradzić? Nie bierz mi moich słów za złe, ale ostrożnością przesadzasz! Nawet gdyby ludzie Sefira natknęli się na tę tratwę, nie przyszłoby im do głowy, że to myśmy się nią posługiwali.

- Myśli są nieobliczalne. Miljonom ludzi przychodziły na myśl niemożliwości, a tu mamy do czynienia z czemś bardzo możliwem. W naszem położeniu nie możemy być zbyt ostrożni. Czy zapomniałeś o upomnieniu, jakie w imię twojej Hanneh skierowywać powinieniem do ciebie w wypadkach niezwykłych.

- Życzenia mojej Hanneh, która jest różą wszelkich roślin i kwiatem władztwa ziemskiego, mam zawsze w pamięci, - tego możesz być pewien. Ba, jestem nawet przekonany, że mniej myślisz o swojej Dżaneh, niż ja - o pięknej pani mego małżeńskiego namiotu. Ale powiedz-no, coby zostało z naszych wielkich i mocnych przeżyć, gdybyś ty, ze swoją przesadną ostrożnością, odżegnywał wszystkie przygody, które nam się nadarzają! Zechciej z łaski swojej spojrzeć wstecz na stulecia i tysiąclecia historji powszechnej. Iluż to było sławnych sułtanów, cesarzy, królów, kalifów, szeików i bohaterów! Ilość ich niezliczona. Gdyby ci wszyscy mężowie byli tak ostrożni, jak ty, nie mielibyśmy żadnej historji powszechnej, wogóle nic nie byłoby się działo, i tam, gdzie te raz jaśnieją sławy, byłoby tak ciemno, jak w żołądku u kozy, albo w bucie, włożonym na nogę...

- Jeżeli nie jest podarty! - wtrąciłem.

- Proszę cię effendi - nie mów tak! Jeżeli daję porównania, aby coś zobrazować, - są bez zarzutu; a więc i ten but nie jest podarty, ale taki, którego włożyć nie byłbym się wstydził.

- Zatem włóż go jaknajprędzej, bo musimy się śpieszyć! Nie przeszliśmy Eufratu poto, aby się zabawiać rozmowami o obuwiu i kozich żołądkach. Musimy pędzić, by dziś jeszcze stanąć w Birs Nimrud.

- Czy nie sądzisz, że powinniśmy przedtem odkryć tutejszą kryjówkę Sefira?

- Byłbym to sam zaproponował, gdyby miejsce było lepiej nam znane. A musielibyśmy zbadać, i to z trudem cały brzeg, stracilibyśmy za wiele czasu. Gdyby zaszła konieczność wykrycia kryjówki - poszukamy jej później. Narazie jedziemy dalej.

Mówiąc tak półgłosem, osiodłaliśmy konie i usunęliśmy z rzeki wszelkie ślady. Wnet ruszyliśmy w kierunku południowym. Stroniąc od brzegu, aby tętent koni nie rozlegał się zbyt donośnie, zboczyliśmy na prawo - nie wiedzieliśmy jednak na jaką odległość, bo było jeszcze ciemno i zakręty Eufratu nie były nam znane.

Po paru chwilach jazdy zauważyliśmy po lewej stronie bardzo nikły, niemniej dostrzegalny blask, który mógł pochodzić tylko od ognia. Zatrzymaliśmy się i Halef rzekł:

- Sihdi, zdaje mi się, że tam właśnie mieści się kryjówka. Brzeg, nad którym pali się ogień, leży niżej poziomu - dlatego widzimy tylko odblask, a nie ogień. Czy nie mam racji?

- Możliwe, że tak - odrzekłem.

- Czy wyśledzimy, kto się tam znajduje?

- My? Dla zwiadów wystarczy jeden,

- Ja czy ty?

- Oczywiście ja,

- Allah! Dlaczego zawsze tobie ma przypadać chwała odkryć! Znam cię za dobrze, aby sądzić, że nie masz do mnie zaufania. Zapewne znów wsiądziesz na swego konika i zaczniesz zalecać mi ostrożność?

- To uczynię w każdym razie.

- A wiesz przecież, jak bardzo to mnie trapi! Być może dawniej, w czasie, kiedy mnie dopiero poznawałeś, byłem trochę oporny i może nierozważny - wina to mojej młodości! Ale już przeszło. Teraz jestem posiadaczem haremu z najpiękniejszą żoną świata i mam nawet syna, który wychowuje się zgodnie z zasadami mojej wiedzy. Jeżeli mimo to uważasz mnie jeszcze za nierozważnego - jest to dla mnie obrazą, na którą każdemu, prócz ciebie, odpowiedzieć powinienem moją szpicrutą.

- Słuchaj kochany Halefie, ta twoja samoobrona przemawia nie za tobą, lecz przeciw tobie.

- Jakto?

- Że i teraz wspominasz o szpicrucie, kiedy prócz nas dwuch niema nikogo, stanowi niezbity dowód, że i teraz nie umiesz panować nad sobą. Czy mogę powierzyć ci zadanie wymagające niezachwianego spokoju, zimnej krwi i przytomności, których najmniejszy opór nie byłby w stanie zakłócić?

- Tak, to wszystko co mówisz, brzmi tak, jak gdybyś miał najsłuszniejsze prawo mówić do mnie w ten sposób! Ale przekonaj się raz nareszcie drogą czynu.

- Tego już próbowałem.

- Jak gdzie i kiedy?

- I ty pytasz jeszcze?

- Tak.

- Nie żądaj odemnie przykładów - sprawiłyby ci przykrość! Gdybym pozwolił ci teraz udać się samemu, byłbyś nas prawdopodobnie zdradził, albo zgoła naraził na dostanie się do niewoli.

Kochany, mały zuch poczuł się tą uwagą tak boleśnie dotknięty, że, prawie płacząc, jął błagać:

- Sihdi, pogrążasz moją duszę w największą głębię udręki. Nie chcę ci niczego wyrzucać ani wypominać, ile razy za ciebie walczyłem i cierpiałem, nie chcę też powtarzać, że i teraz jestem gotów oddać moje życie i wszystko, co posiadam. Jak możesz mnie w ten sposób dręczyć? Czy chcesz się obciążyć grzechem niewdzięczności? Jest to plama, której żadnem myciem zmazać nie można!

- Kochany Halefie, widzę się zmuszonym powtórzyć dokładnie to samo, coś ty przed chwilą wytoczył przeciwko mnie: mowa twoja brzmi tak, jak gdybyś miał najsłuszniejsze prawo mówić do mnie w ten sposób!

- Bo to prawda, effendi, święta prawda!

- Nie!

- Proszę cię bez kłótni, zaufaj mi tym razem! Żądam i wymagam, jako dowodu twej przyjaźni, abyś mi pozwolił wyśledzić, co za ludzie są tam, przy ogniu!

Co mogłem przeciwstawić takim naleganiom? Czułem, że obowiązkiem moim jest odrzucić jego prośbę, gdyż znałem go za dobrze, aby bez skrupułów pozwolić mu pójść na zwiady. Jednakże nie czułem się na siłach odmówić jego życzeniu, wiedząc jaką mu to sprawi boleść. Wykorzystał moją chwiejność, aby odkryć swój najmocniejszy atut.

- Powiadam ci sihdi, że będę uważał za obrazę, jeżeli i tym razem, jak już wielokrotnie przedtem, zechcesz traktować mnie jak chłopca, który jest do niczego! Czy ja, najwyższy szeik Haddedihnów z wielkiego plemienia Szammar mam wiecznie latać za tobą w tyle, jak pies za swym panem?

- Nie,

- Traktujesz mnie tak, jakby to właśnie, a nie co innego, było twoim zamiarem!

- Pomyśl, co to znaczy wyśledzić i podpatrzyć liczną klikę podstępnych wrogów!

- Czy sądzisz, że nie potrafię?

- Tak, zdaje mi się.

- A więc obrażasz siebie samego, bo w tropieniu byłeś moim nauczycielem, a jeśli się niczego nie nauczyłem, zważywszy, że nie jestem przecież zupełnie niezdolny, cała wina spada na ciebie.

- Dziękuję ci, drogi Halefie! - roześmiałem się.

- Nie śmiej się, mówię poważnie! Zresztą mogę zaniechać tropienia i obserwacji. Chcę tylko wybadać, co to za ludzie. Udaję się tam, podpełznę do ogniska na taką odległość, abym mógł ich zobaczyć i wracam natychmiast! Przecież to takie łatwe, że wstyd mi poprostu, a jeżeli i temu się sprzeciwisz - doprawdy nie wiem co, o tobie myśleć!

- Dobrze, zabieram cię z sobą!

- Zabierasz ze sobą? - uniósł się. - O tem nie było mowy. Sam mówiłeś, ze jeden wystarczy, a teraz mówisz o zabieraniu z sobą! Nie, chcę opowiedzieć mojej Hanneh, kobiecie najbardziej niezrównanej pośród kobiet świata, że i ja kiedyś dokonałem czegoś sam jeden. Czy mogę wyruszyć, i to sam?

- Zmuszasz mnie do powiedzenia: tak - daj więc wyraz swej odwadze.

- To żadna odwaga!

- A jednak! Właśnie to, że nie uważasz tego za odwagę, winno mnie skłonić do cofnięcia pozwolenia. Zanim jednak pójdziesz, musimy porobić odpowiednie przygotowania.

- Przygotowania? - zapytał zdziwiony,

- Tak.

- Poco, naco?

- Ażeby zapobiec nieostrożnościom i błędom. Zabierasz z sobą tylko nóż, zostawiasz tutaj wszelką inną broń, jak również szpicrutę, która większą szkodę wyrządzić może, niż proch i ołów.

- Sihdi, co ze mną robisz!

- Ależ nic.

- Dużo, bardzo dużo! W tym wypadku gdybym się musiał bronić, potrzebna mi będzie, broń!

- Takich wypadków powinieneś unikać. Po wiedziałeś, że idziesz i natychmiast wracasz - do tego nie potrzeba ci broni ani szpicruty. Żeby jednak, na wypadek nieprzewidziany i ostateczny, być gotowym do samoobrony zabierasz z sobą nóż. To dosyć.

- Dosyć! A jeżeli mnie obskoczy dwudziestu albo trzydziestu chłopów - wylamentował.

- To się nie powinno stać,

- A jeżeli się stanie?

- Ach, tak! Widzę, że nie wolno mi cię puścić, skoro już teraz, zanim zrobiłeś krok, mówisz o dwudziestu albo trzydziestu chłopach, z którymi masz nadzieję się zmagać!

- Stój! Zgadzam się! Zostawię nawet nóż, jeśli tego zażądasz!

- Zachowaj go. Teraz musimy się rozejrzeć za schroniskiem dla koni.

- Poco?

- Żeby ich nikt nie mógł znaleźć, gdyby nas ścigano.

- Przecież zostajesz tutaj!

- Tak właściwie powinno być, ale mam w rażenie, że będę zmuszony je opuścić, aby udać się za tobą.

- To wrażenie myli cię, sihdi.

- Miejmy nadzieję! Jestem jednak ostrożny, mimo, że robisz mi z tego zarzut, i przewiduję wszystko. Jeżeli stanie ci się coś nieoczekiwanego, co ci uniemożliwi powrót, będę zmuszony wyjść na poszukiwania...

- To nie będzie konieczne! - przerwał.

- Poczekaj! Jeżeli w tym wypadku opuszczę konie, muszę je ukryć w pewnem miejscu, gdzie, przynajmniej zdaleka, nie byłyby widoczne.

- Nie będę się z tobą spierał, bo to bezcelowe Musisz wytrwać w swojem!

- Niestety nie! Nie chciałem cię puścić a jednak przemogłeś mnie!

- Z tego się cieszę! Ale gdzie w tej ciemni szukać schroniska dla koni?

- Już mam.

- Gdzie?

- Ostatnia, głęboka rozpadlina, przez którą wczoraj przejeżdżaliśmy. Tam nie będzie można ich znaleźć, nawet w dzień, chyba, że jakiś niefortunny przypadek sprowadzi kogoś w pobliże. Wracamy tam. Jazda!

Zawróciliśmy i, po pięciu minutach jazdy, znaleźliśmy się w rzeczonej rozpadlinie. Światło gwiazd dzięki któremu zauważyliśmy ją poprzednio, było nam pomocne i teraz. Gdy Halef złożył wszystko, jak było umówione, ruszyliśmy w drogę powrotną. Blask ogniska był widoczny i stąd, ale tylko dlatego, że byliśmy już o niem uprzedzeni.

- Potrzeba ci około pół godziny, aby dotrzeć do ogniska - rzekłem. - Drogę powrotną zrobisz na pewno prędzej. Liczę więc razem na całą wyprawę, półtory godziny, najwyżej! Rozumiesz? Musimy stanąć u ruin przed przybyciem Persów, zatem czas ten jest prawdziwą wiecznością. Więcej nie mogę ci udzielić!

- Nie trzeba mi tak dużo!

- A jednak! Musisz czołgać się ostrożnie - to wymaga czasu. Parę chwil musisz zabawić tam, chociaż zabraniam ci posuwać się daleko, aby ludzi nie płoszyć. To byłoby dla ciebie zbyt niebezpieczne.

- Dlaczego dla mnie? Jestem przekonany, że zrobię to równie dobrze, jak ty.

- Słuchaj, nie zmuszaj mnie w ostatniej chwili do zatrzymania cię w miejscu! Wiesz co, myślę, a wykazujesz pewność siebie, która mnie niepokoi!

- O, sihdi, jakże mi trudno porozumieć się z tobą! Czego jeszcze zażądasz odemnie!

- Niewiele. Czy przyrzekasz mi być tak ostrożnym, jak sobie tego życzę?

- Tak

- Zbliżyć się do tych ludzi na taką tylko odległość, abyś ich mógł policzyć?

- Nie płoszyć ich?

- Tak.

- Powrócić natychmiast?

- Nie wdawać się w żadną walkę, ani bójkę, lecz cofnąć się, jak tylko cię zauważą?

- Tak.

- Czy trafisz bez trudu z powrotem?

- Effendi, toć powiedziałem, że nie jestem chłopcem! Umiem się jeszcze orjentować!

- Tak. Ale przedtem muszę ci powiedzieć, co następuje: zmusiłeś mnie formalnie do powierzenia ci tej sprawy. Robię to niechętnie, bo przewiduję coś niepomyślnego, a my właśnie teraz mamy doniosłą rzecz do wykonania. Jeżeli nie będziesz ostrożny i z własnej winy dostaniesz się w opały, które ci przeszkodzą albo uniemożliwią wypełnienie swego zadania - tracisz na zawsze moje zaufanie i nigdy nie wymożesz na mnie podobnego zlecenia!

- Sihdi. Co ty sobie o mnie myślisz, skoro mówisz do mnie w ten sposób! Gdyby to słyszała Hanneh, perła pośród klejnotów ziemi i oceanu, musiałaby mnie uważać za nicponia, jakkolwiek jest przekonana o mojej dzielności nie mniejszej niż o dzielności każdego człowieka i bohatera. Odchodzę i wracam wkrótce bez szwanku. Allah z tobą!

- Chcę, aby Allah raczej towarzyszył tobie! - odrzekłem. Oddalił się i kroki jego wkrótce zamilkły. Są głupstwa, których popełnienie człowiek stwierdza bądź po pewnym czasie, bądź bezzwłocznie. Do tej ostatniej kategorji, należało to, czego dopuściłem się teraz. Ledwo Halef zniknął, już byłbym go przywołał zpowrotem i dobrzeby się stało dla niego i dla mnie. Zanadto go lubiłem, aby mu sprawić tę przykrość tem większą, że był już na drodze do swego celu. Zszedłem do rozpadliny i usiadłem obok koni.

Po dokonaniu czegoś, czegoby się chętnie unikało, człowiek doznaje uczucia niedomagania, które nietylko gnębi ducha, ale i ogarnia ciało. Tak przynajmniej dzieje się ze mną. Siedziałem w skupieniu na dnie rozpadliny i było mi tak, jakgdybym zjadł coś niestrawnego. Znam ludzi, którzy utrzymują, że dusza ludzka w momencie śmierci rozstaje się z ciałem w okolicy Plexus Solaris i że głównie ów Plexus jest w najściślejszym związku z życiem duchowem. Nie miałem sposobności, ani czasu dyskutować z kimkolwiek na ten temat, ale, jako człowiek uczciwy, muszą wyznać, że to przykre uczucie, będące skutkiem popełnionego głupstwa, powstawało zawsze w tem miejscu ciała, które jest siedliskiem Plexus Solaris. Odczuwałem i teraz jakieś niezadowolenie i nie mogłem, niestety, przekonać samego siebie, że uczucie to jest niesłuszne. Słowem byłem z siebie wysoce niezadowolony. Siedziałem kwadrans, pół godziny godziną. Powróciłem na górę i usiadłem znowuż. Ogień palił się jeszcze, bo dostrzegałem odblaski. Gdyby Halef był zauważony - ogień zgaszonoby natychmiast. Ta myśl uspokoiła mnie. Ale upłynęło jeszcze pół godziny i jeszcze kwadrans, a Halef nie wracał. Czyżby po szczęśliwem przeprowadzeniu badań, nie zdołał trafić z powrotem do naszej placówki, gdzie go oczekiwałem? A przecie wiedziałem, że posiada dobry zmysł obserwacyjny!

Gdy jednak przeszło jeszcze pół godziny, zacząłem się mocno niepokoić, czując, że obowiązkiem moim jest wszczęcie poszukiwań. Nie pozostawało mi nic innego, jak wyruszenie w kierunku ogniska. Szukać go gdzieindziej, albo nawoływać za nim byłoby dalszym ciągiem popełnionego błędu. Musiałem zdwoić ostrożność, z jaką zwykłem dokonywać mych badań, jeśli bowiem Halef został zauważony i ujęty, to, najprawdopodobniej przez ludzi Sefira, którzy, poznawszy Halefa, musieli przecież wywnioskować, że i ja znajduję się gdzieś w pobliżu, co powinno było ich skłonić do odszukania mojej osoby,

Przedewszystkiem musiałem zrobić wszystko, co było w mojej mocy, dla bezpieczeństwa koni. Można było przypuszczać, że w ciągu nocy nie grozi im nic, ale nie było wykluczone, że dzień zastanie mnie zdala od nich, a wtedy tym bezcennym zwierzętom mogłoby się coś stać, nie mówiąc już o naszej kosztownej broni. Albowiem, rzecz zrozumiała, nie zabierałem z sobą mego oręża. Jeżeli Halefowi stało się nieszczęście, to i ja szedłem na niepewne, na co nie wolno mi było narażać mego największego majątku. Zważywszy ogromną wartość koni i narzędzi, nic, sądziłem, nie będzie w stanie w przyszłości powstrzymać mnie od powrotu na to miejsce w czasie właściwym. Zszedłem więc znowu nadół, zawinąłem w nasze koce wszystko, co postanowiłem zostawić, przywiązałem konie do kołków, głęboko wbitych w ziemię, i zostawiłem sobie tylko nóż za pasem. Pogłaskawszy nasze ogiery i rzuciwszy im na pożegnanie słówko "szusz, spokój", nabrałem pewności, że zachowają swą pozycję aż do naszego powrotu i że przeciw każdemu intruzowi będą się bronić zębami i kopytami. Potem ruszyłem w drogę, która jak sobie uświadomiłem, mogła się stać dla mnie wysoce niebezpieczną.

Właściwie nie miałem pewności co do ludzi, którzy znajdowali się przy ognisku. Są jednak myśli, które od chwili swego powstania, mają tak wielką siłę przekonywującą, że nie mogą ulegać wątpliwości. Można je nazwać przypuszczeniem czy też inaczej; udzielają się człowiekowi jak depesze, twierdząc o dokonanych i niewątpliwych aktach i są przezeń przyjmowane, jako prawdy. Doświadczałem tego nieraz i nigdy nie popadałem w błąd, dając wiarę podobnym, powiedzmy, inspiracjom. Tak też i obecnie byłem mocno przekonany, jakbym posiadał na to dowody, że mam do czynienia z kryjówką Sefira i że wypadnie mi zetknąć się, jeżeli nie z samym Sefirem, to z jego kompanami. Byłem przeświadczony, że grozi mi niebezpieczeństwo i uważałem za rzecz naturalną spotkanie w walce, ale nie porażkę. Z tej poczęści przyczyny stosunkowo niewielki był frasunek, jaki mi sprawiała rozłąka z końmi i bronią.

Blask bijący od ognia wzmagał się w miarę mego zbliżania się. Posuwałem się ku niemu po linji prostej i musiałbym Halefa zobaczyć, gdyby na swej drodze powrotnej kierował się tą samą linją prostą. Skradałem się chyłkiem i unikałem wszelkiego szmeru, bacząc przytem uważnie na prawo i lewo, aby pochwycić jego kroki na wypadek, gdyby w drodze powrotnej zboczył z prostej linji. Jednakże to obserwowanie nie dało żadnych wyników.

Kiedy znalazłem się o sto kroków od celu, ległem na ziemi i jąłem się czołgać, zachodząc jednak od skrzydła, gdyż ostrożność nakazywała mi dobić do celu niebezpośrednio. Musiałem uprzednio rozejrzeć się, aby móc przybrać pozycję, jak najbardziej dogodną dla mego osobistego bezpieczeństwa. Przyczołgawszy się nad urwisko nadbrzeżne, ujrzałem pod sobą prąd rzeczny i pochwyciłem jego cichy szmer, niezakłócony żadnym mocniejszym odgłosem. Zdumiewające! Zatroskany o przyjaciela, przybyłem tutaj, aby go odszukać, a jednak uwaga moja zwracała się nie tam, gdzie należało go się spodziewać, to znaczy ku ognisku, lecz ku płynącym na lewo strumieniom, których mroczne powierzchnie były powleczone miękką, fosforyzującą, nieustannie drgającą siatką filigranową. Te tajemnicze "światło cienie" przyciągały mój wzrok i przykuły do siebie na dłuższą chwilę.

Nie był to Eufrat, który widzieliśmy w dzień, który niedawno przepłynęliśmy, lecz zagadkowa, żyjąca, wężowata istota, wygnana z kraju, przeistoczona w to bezkształtne, nieskończone ciało, ciągnące się w niemej męce - niezatarty dowód nieubłaganej sprawiedliwości tego, który nie pozwala się wyszydzać. Tu, nad tą rzeką, spełni się niegdyś sąd, o którym psalmista mówi: "Nad rzekami Babilońskiemi siedzieliśmy i płakaliśmy na wspomnienie Sijonu. Na wierzbach zwisały nasze harfy, albowiem ci, którzy wzięli nas w niewolę i wywieźli, żądali od nas pieśni. Jakże mieliśmy śpiewać pieśni Panu na obcej ziemi!" Być może tutaj, gdzie teraz leżałem, siedzieli ci rozpłakani i z tęsknotą spoglądali ku prądom, płynącym z wyżyn, przez które prowadzi droga do Palestyny. A gdy w samotności kończyli swe skargi, wsiadali do łódek, aby przejechać na lewy brzeg, gdzie stały ich niskie, ceglane lub gliniane domki.

Był to przecież ten sam ówczesny nurt, a naprawo ode mnie, w dole widniała na wodzie łódka zupełnie tej samej formy, jaką miały podówczas te łupiny przewozowe, okrągło i płytko wydrążona, podobna do wielkiej, puszczonej na wodę miednicy.

Ta łódź była nawpół zakryta gęstym splotem tamarzyszków, które biegły wzdłuż brzegu płotem nieprzeniknionej grubości. Na jedynym wolnym skrawku przestrzeni płonęło ognisko, przy którem dostrzegłem narazie jednego człowieka. Potem ujrzałem drugiego, który siedział nad wodą, twarzą do rzeki, bez ruchu. Łowił ryby wędką.

Jakiż spokojny obraz! Gdzie tu szukać śladu niebezpieczeństwa! Czy znajdowałem się w zagadkowej kryjówce, gdzie duchy skrytobójczo zamordowanych w nocy zdają się snuć swe widmowe istnienie? Czy też ci dwaj ludzie byli nieszkodliwymi rybakami, którzy w mroku i chłodzie chcieli zgarnąć połów, aby go nad ranem sprzedać w Hilleh? Jakoś nie chciało mi się brać ich za tak nieszkodliwych, na jakich wyglądali. Nie opłaci się wiosłować dwie bite godziny, w górę rzeki, w łódce, ślizgającej się wokoło własnej osi, aby przedsięwziąć połów, którego powodzenie nie jest wcale pewne. Poza tem właśnie ten stan spokoju wzmacniał moje podejrzenie - wydawał mi się robionym, sztucznym. Powiedziałem sobie, że, jak to utarło się mówić, coś się za tem kryje; byłbym jednak pozwolił tym ludziom dalej grać swą rolę, nie zakłócając ich pozornego spokoju, gdybym przyszedł tutaj dla innych powodów, jak bezpieczeństwo Halefa. Musiałem wiedzieć, dlaczego nie wrócił i tylko tutaj mogłem tego dojść. Kto wie, co mu zrobiono, co z nim poczęto! Każda minuta była droga, nie wolno mi więc było ociągać się i wyczekiwać bezczynnie. Musiałem coś począć, ale co?

Pomyślałem, że najpierw trzeba się dowiedzieć, czy te dwie osoby są doprawdy same, jak na to wskazywały pozory, tak więc postanowiłem przeszukać cały skraj nadbrzeżnego urwiska. Zaczem popełzłem po ziemi bardzo wolno i ostrożnie we wspomnianym kierunku.

Upłynął dobry kwadrans, zanim obszedłem całą, zupełnie nagą przestrzeń. Tu położyłem się znowu i zważyłem szanse. Mimo dobry słuch i wzrok, nie widziałem, ani nie słyszałem nic. Jeżeli ktoś ukrywał się tutaj, to chyba na dole w gęstwinach. Wypadło mi więc udać się tam, ale to było zarówno trudne, jak i niebezpieczne: trudne, bo górna część krawędzi była pokryta grubym, śliskim piaskiem, z którego musiałbym się ześlizgnąć - niebezpieczne, bo zostałbym zauważony przez każdego, kto krył się w dole, gdybym przybywał wprost z góry. Miałem jeszcze jeden sposób do osiągnięcia mego celu, mianowicie popełznąć dalej, dotrzeć do wody i potem, wzdłuż samego brzegu, znów wydostać się na górę; w ten sposób uniknąłbym staczania się z góry i, omijając krąg ognia, nie byłbym zauważony. Ale to wymagało czasu, więcej, niż miałem prawo użyć do tych pobocznych i może nawet zbytecznych przygotowań. Może jednak uda mi się zejść wprost na dół, nie będąc zauważonym i może piasek urwiska jest bardziej wytrzymały, niż mi się wydaje? Dostrzegłem na nim wiele ciemnych punktów, które wydawały mi się kamieniami czy zgoła stwardniałościami gruntu, odcinającemi się na jasnem tle piasku. Tuż przede mną widniały dwa takie punkty, a z boku podobne trzy. Ale kiedy zważyłem okoliczności, wywnioskowałem, że jednak lepiej będzie pójść okólną drogą. Polazłem ostrożnie dalej.

Pierwszym ruchem zbliżyłem się do dwóch wspomnianych punktów. Chciałem je wyminąć, ale wnet zastygłem, gdyż poruszyły się! Czy ciśnienie mego ciała na piasek wprawiło kamienie w ruch? Nie, nie były to żadne kamienie, bo naraz wyskoczyły z piasku cztery ramiona, tyleż rąk w tejże samej chwili ścisnęło mi gardło i plecy i głos jakiś zawołał:

- Lahaun, lahaun ia ridżal. - Do nas, do nas, ludzie! Mamy go! Trzymajcie go mocno!...

Trudno uwierzyć, - ale nie byłem przestraszony: przywykłem do takich nagłych przerażeń. To było tak raptowne, że nie zostało mi sekundy do oporu. Mimo, że trzymany mocno za gardło i ramiona, chciałem się wyrwać, zdołałem też jednego odtrącić nawpół wyswobodzony, chciałem już załatwić się z drugim, gdy pierwszy cisnął mi w twarz dwie garści piasku! Momentalnie ręce moje oderwały się od przeciwnika, aby instynktownie sięgnąć do zasypanych oczu, przez co cały mój wysiłek spełzł na niczem. Byłem pozbawiony zdolności widzenia, a z nią i możności wymknięcia się moim przeciwnikom. Nadbiegło ich więcej i słyszałem dziesięć, dwanaście różnych głosów, krzyczących jednocześnie. Byłem obezwładniony, powalony, związany, potem ściągnięty wdół po zboczu poprzez zarośla, by nareszcie zostać rzuconym koło ogniska na ziemię.

 

* * *

 

 

Miły czytelniku, czy miałeś kiedy oczy tak pełne piasku, że nie można było wetknąć więcej, ani jedynego ziarnka? Nie? I ja nie codziennie ale zato wtedy tak gruntownie, jak tylko było możliwe. Nie twierdzę, aby to było bardzo niebezpieczne, ale nieprzyjemne, wysoce nieprzyjemne, jest to w każdym razie. Gdy zaś na domiar złego, jest się związanym, że nie można rękoma pomóc oślepionym oczom, tudzież otoczonym przez ludzi, o których się wie, że wszystkiego można się po nich spodziewać, tylko nie dobrego - wtedy jest dozwolone zaliczyć swe położenie do niełatwych.

Nie miałem potrzeby długo się namyślać nad sposobem zachowania się. Musiałem leżeć spokojnie i..................