Stanąwszy na progu mieszkania o
godzinie dziesiątej wieczorem po powrocie z długiej włóczęgi po
parku łazienkowskim, Jakób Ulewicz drgnął całem ciałem. Uderzyło go
z niezwyczajną siłą poczucie brudu i tej okropnej nędzy. Usiadł na
łóżku i długo myślał o matce i ojcu, dawno zmarłych, o dostatnim
domu rodzinnym i przecudownych wieczorach letnich, spędzanych tam u
kolan kochanych rodziców, na ganku starego dworu. Rozmyślał tak aż
do godziny drugiej w nocy, ciągle mając na uwadze swój ogromny,
pusty pokój z łóżkiem na koślawych nogach, brudnem prześcieradłem,
ze słomą wylatującą z dziurawego siennika, ze spaczonym stołem,
który hańbiłby każdą kuchnię, z pogruchotaną lampą, stertą pudełek
po zapałkach i gilzach, oraz zaduchem pomyj, od trzech tygodni
wcale nie wynoszonych. Gdy nieustanny a tak nieznośny trzask
dorożek, pędzących po bruku ucichać zaczął i na schodach płomyki
gazowe przykręcono, zniósł z czwartego piętra dwa pełne do
ostatniej linii wiadra pomyj i wylał je na śmietnik. Operacja ta
trwała bardzo długo, należało bowiem stąpać tak ostrożnie, aby jej
stróż Wiktor nie spostrzegł i aby nie trzeba było nazajutrz
obserwować jego figlarnego uśmiechu. Następnie poszedł z dzbankiem
po wodę. Jakże długą chwilę nędznego cierpienia przetrwać musiał,
gdy odkręcał kran wodociągu tuż obok okna stróża! Z jaką pogardą
siebie znosił dudnienie wody, wpadającej w głąb pustego dzbanka,
dudnienie, co napełniało hukiem, łoskotem, grzmotami to całe
zamknięte podwórko, wszystkie, zdawało się, sienie, korytarze,
klatki schodowe, przedpokoje, mieszkania na wszystkich piętrach,
porywało ze snu i stawiało na równe nogi wszystkich mieszkańców,
poczynając od złośliwego stróża, a kończąc na prześlicznej
blondynce z drugiego piętra!...
Na szczęście było to tylko przykre złudzenie.
Cały dom spał jak poprzednio, gdy Kubuś przeskakiwał po
cztery stopnie, zdążając na swoją górę z dzbanem pełnym wody.
Znalazłszy się nareszcie u siebie, upadł bez tchu na łóżko.
Później, odpocząwszy, zapalił lampę i zajął się radykalnem
reformowaniem mieszkania. Przesunął łóżko pod okno, obok łóżka tak
umieścił stolik, aby siedząc na pierwszem, można było pisać na
drugim, nie uciekając się do pomocy krzesełka, którego zresztą
zupełnie w mieszkaniu nie było. Pod stolikiem umieścił kuferek.
Stary kuferek, pamiętający lepsze czasy, kiedy przymocowywano go w
tyle powozu starszych państwa Ulewiczów!... W pobliżu pieca młodszy
pan Ulewicz umieścił blaszane wiaderka na pomyje, maszynkę do
gotowania herbaty, miednicę za złoty groszy ośm, którą nawet można
całkiem bezstronnie nazywać obrzydliwą glinianą michą, szklankę i
herbatnik fajansowy. Największa w tej izbie ściana nie wymagała
żadnych zgoła ulepszeń, ponieważ nic na niej, ani obok niej nie
było, wyjąwszy małej, rzeźbionej półeczki, na której spoczywała
niewielka stosunkowo warstewka kurzu. Na trzeciej ścianie wisiały
rozmaite przedmioty, a przed innymi nader podłego pochodzenia
szafka na książki. Była to swego czasu paka na mydło. Jakób Ulewicz
oderwał deskę nakrywającą, a resztę przybił do ściany dużym
bretnalem. Stało tam i leżało kilka książek, które przybyły z
najrozmaitszych stron świata. Leżały tedy zwłoki słownika
polsko-niemieckiego obok dzieła Hipolita Taine'a "O literaturze
angielskiej" i kilka luźnych arkuszów litografowanego kursu
farmakologii obok tomu poezyj Maryi Konopnickiej, uwikłanego w
wężowych uściskach dwu nierównych kawałków wystrzępionych szelek. W
sąsiedztwie tej półki gwóźdź, wbity w ścianę za czasów tak
zamierzchłych, że był kilkakrotnie wraz z całym pokojem bielony i
malowany, służył za wieszadło na pewien symbol paltota. Symbol
należał do współlokatora pokoju, studenta medycyny, i pozostawiony
został Ulewiczowi nietyle na pamiątkę, ile z prośbą o darowanie go
jakiemukolwiek tworowi tej ziemi, gdyby naturalnie twór podobne
palto przyjąć zechciał. Na dwu następnych gwoździach dyndały
jeszcze dwa przedmioty, a mianowicie: na pierwszym -
jasno-popielata marynarka, a na drugim - ręcznik, zasługujący
również na miano ścierki, przeważnie ze względu na niezwykłą
obfitość pokrywających go nagromadzeń brudnego iłu. We framudze
okna stały kałamarze atramentu i zdawała się rozpaczać lampa z
rozbitym i zakopconym kloszem w towarzystwie zardzewiałego kozika,
łyżeczki od herbaty i flaszki, na dnie której czerniało trocha
skrzepłej jodyny. Za piecem leżało i stało kilka spadłych z etatu
słoików musztardy, wspaniała kolekcya porozbijanych rurek, fiol,
kolb, retord, palników i słojów, a nadto wytarta do ostatniego
włosa szczotka do butów. Na szczycie pieca piętrzyła się barykada z
"artykułów", drukowanych w postępowych tygodnikach, pożyczonych
przez rozmaite osoby w różnych miejscach miasta Warszawy,
prawdopodobnie z zapewnieniem szybkiego przeczytania i zwrotu nie
mniej pospiesznego. I nic już więcej nie było w tym pokoju oprócz
zgniłego powietrza, które, jak tajemnicza zmora, wdzierało się
przez otwarte okno, płynąc ze śmietników i oprócz poczucia nędzy.
To ostatnie nadawało przedmiotom ów wyraz zagadkowy i złowieszczy,
który tak nękał Kubusia. Nauczony przez biedę czuł on w sobie tę
pewność, która zresztą istniała w nim nie w postaci myśli
sformułowanej, ale raczej jako bojaźń nerwowa, że ani na całym
świecie, ani nawet we własnym mózgu, zmysłach i ciele niema żadnego
punktu oparcia, żadnej gwarancyi posiadania, żadnego prawa
własności, że wydany jest na łup przypadków, pędzących w chaosie, z
których jedne uderzają jak tępe kije, inne palą jak płonące żagwie,
inne kalają jak bagno, albo zamierzają się jak wrogowie i w chwili
śmiertelnej trwogi omijają z chichotem, pogrążając całe jestestwo w
tym większym upadku. Okrutnie cierpiał, czując, że człowiek na
ziemi nie wie dnia ani godziny, że dzięki długotrwałym głodom i
dzięki wynikającym z nich prawom, które gdzieś w nieznanych
głębiach pracują bez ustanku, utracić może niepostrzeżenie wzrok,
słuch, władze chodzenia, kochania kobiet, zdolność trawienia i
logicznej kalkulacyi, nie przestając być sobą, który wie, oraz nie
wyzbywając się rdzenia i treści wszystkich nieszczęść, to jest
zestawień i rozmyślań. Jedyną dziedziną i jedyną formą własności
posiadania, której czuł się pewnym o tyle, o ile pewnym był
posiadania mózgu i żołądka, stawały się czasami wspomnienia. Działo
się to jednak wówczas tylko, gdy nie podlegał głuchym na wszystko i
skostniałym zamroczeniom rozpaczy, gdy dobrotliwa władza pamięci
jak anioł zasłaniała skrzydłami rzeczywistość.
A chwile takie przychodziły coraz rzadziej i trwały coraz
krócej. Właśnie tej nocy leżał na łóżku w stanie reminiscencyj.
Rozmyślał o tem, jak niezmierną przebiegł drogę życia, choć przeżył
dopiero lat dwadzieścia cztery! Zdawało mu się, że na wiele setek
lat przed Chrystusem zaszły te wypadki, które właśnie przesuwały
się w jego pamięci, niby martwe widma na białym ekranie. Był
wyrywany do Owidyusza, wcale dobrze odpowiedział, później zapakował
tornister i wraz z trzema towarzyszami, ze względu na przypadającą
uroczystość "ostatków", powziął idyotyczny zamiar udania się do
knajpy, do rzeczywistej knajpy, pełnej pijanych szewców i obywateli
niewiadomej kondycyi. Zdawało mu się, że bierze udział w tym
bankiecie, składającym się z trzech kufli nędznego piwa, że jeszcze
odczuwa przyjemność pięcioklasisty, upijającego się po raz
pierwszy. I uczuł znowu ten ostry ból w sercu, to drgnienie w
sobie, jakie uczuł wówczas, gdy nagle we drzwiach cuchnącego szynku
zjawiła się uśmiechnięta twarz inspektora gimnazyum. Przez długie
ośm lat wspominał ten wypadek, a jednak nie można go wyrwać z
pamięci. Ba! - gdybyż to nie owe trzy okropne kufle piwa... Wypędzono
go z gimnazyum raz na zawsze, jako łotra "zepsutego do szpiku
kości".
Dwaj współwinowajcy byli synami ludzi zamożnych, to też
skonstatowano, że szpik ich kości w lepszym jest stanie, pozwolono
im tedy udać się do innych gimnazyów i pokończyć je chlubnie. A
nędzarzowi wiatr w oczy. Nędzarz został na bruku opuszczony przez
wszystkich i wskazany palcem przez oględnych ojców rodzin synom z
klasy piątej z jednej strony, jako przedmiot obrzydzenia, a z
drugiej, jako "przykład". I służył przez czas długi, jako ów
przykład. Dalecy krewni, którzy po to, zdaje się, są na kuli
ziemskiej, aby dawać znać o swem istnieniu wówczas, gdy trzeba
gromić dalekich a niezamożnych krewniaków, spełnili, co do nich
należało. Zgromili "zakałę całej familii" już to słowem, usty
wypowiedzianem, już wypisanem przy pomocy wielkiej kolekcyi błędów
ortograficznych na dużych arkuszach papieru - i zajęli się swymi
interesami, nie cierpiącymi zwłoki. Jakże wiele wówczas
przecierpiał! Nie tylko ciotki, wujenki, siostry cioteczne,
nauczyciele, koledzy, dewotki i ulicznicy, ale nawet pijacy z
nałogu, jawni lub ukryci żłopacze tego samego piwa i stokroć
bardziej wyskokowych rosolisów uważali za rzecz "wskazaną" obdarzać
go, jeżeli nie wyrazami, to przynajmniej spojrzeniami pogardy. Nie
mógł przesunąć się przez ulicę, aby nie usłyszeć za plecami
takiego, albo ten sens zawierającego dyalogu:
- Ten kawaler to już podobno nieźle piwko żłopie. Już nawet
i nosek mu dojrzewa w barwie odpowiedniej. Ładne czasy nastały! O
wąsach jeszcze ani dudu, a już go podobno za nogi z pod ławy u
Centkiewicza policya wywlekła. Taki go przecie nałóg ogarnął!
Wyrzucili, szelmę, z klas - i słusznie. Parszywa owca... Całą szkołę
mógłby do picia przyuczyć!
Pogarda, którą przytłukli go ludzie miała w sobie coś z kupy
kamieni. Ilekroć usiłował dźwignąć się z pod niej, tyle razy
doświadczał jak niezmiernym jest jej ciężar i upadał na nowo. Teraz
przechodził całą drogę dawnej rozpaczy i tego czegoś, co zapewne
mieli na myśli prawodawcy, wykonawcy i społeczeństwo, to jest
skruchy i żalu. Tylko już teraz nie bolało to tak bardzo. Już to
dawno przeszło i najgłębsze rany od najzłośliwszych uderzeń od
dawna się zabliźniły. Tylko skutki ich, ukryte do dziś dnia trwały.
Najwyraźniejszym z nich była bezradność.
Może zresztą niezaradnym był od urodzenia i opieka ludzka
jedynie ten zły przymiot znieczulała i trzymała w stanie martwoty.
Dopiero bowiem od czasu wypędzenia z gimnazyum stał się ofiarą
rozwagi, która "czyniła go tchórzem" wówczas nawet, kiedy wcale nie
doświadczał ucisku ludzkiej nienawiści. Rozwaga ta miała nadto
wiele składowych części zabobonu i mistycznego zestawiania zjawisk
odległych. Jakkolwiekbądź wkrótce po katastrofie udał się do
prezesa Izby skarbowej i podał prośbę o przyjęcie go na pisarczyka
biurowego. Wiedział dobrze, co ów prezes, ów wytrawny Moskal sądził
o jego moralności, o konduicie "wypędka", którego palcami wytykało
całe miasto, o postępkach siedemnastoletniego pijaka, wywłóczonego
za nogi od jakiegoś Centkiewicza. Nie wiedział tylko o tem, że
prezes, przyjmując go do kancelaryi i wyznaczając mu 15 rubli
pensyi miesięcznej, oddawał się marzeniom patryotycznym.
Wyciągnąć za uszy tonącego w oceanie nędzy, przygarnąć
sierotę, dać opiekę i niejaką otuchę pogardzonemu przez ogół
znaczyło dla tego patryoty zdobyć "człowieka", jedną z tych poczwar
moralnych, jakie rozpładza i hoduje duch moskiewski, jedną z tych
istot głupich i podłych, które są zimne, jadowite i plugawe, jak
ropuchy. Gdyby nie okruszynka wiedzy, zdobyta w szkole, i druga
ambicyi - pewno spełniłoby się marzenie prezesa, nikt bowiem nie
wsparł Kubusia ani jednem życzliwem spojrzeniem. Młodzieniec
zaopatrzony w jego wiadomości, a nie wyzuty z odwagi i sprytu,
byłby w przeciągu lat czterech, nawet nie przechodząc na
prawosławie, dobił się w biurze znośnego kawałka chleba. Ulewicz
nie dobił się niczego, ponieważ tęsknił. A za czem? Za czemś, co
leżało w jego naturze, a czego nie znał.
Byłby dobrym obywatelem na każdem stanowisku, gdyby tylko
nie zmuszano go do walki o byt, do bitwy i deptania. On miał wstręt
do robienia z niczego karyery, - no i bał się.
Był jak powój, czy bratek, który potrzebuje dobrego i
ciepłego gruntu, tkliwego światła i miękkiej opieki, a musiał być,
jak podły bluszcz, który wbija pazury nawet w mur i ssie z niego
soki. Swoją drogą lubiono go tam w owej "pałacie" za pilność i
nawet, co dziwniejsza, za pewien gatunek dystynkcyi. Przyszedł
wszakże czas, że Kubuś nie mógł wyżyć w rodzinnem mieście. Koledzy,
z którymi spotykał się od czasu do czasu, pokończyli gimnazyum i
ruszyli do Warszawy. Wówczas uczuł się tak samotnym i opuszczonym,
jakby utracił najbliższych współbraci w tych, którzy zaledwie
tolerowali go w swojem towarzystwie. Nieznośna refleksya dręczyła
go ciągłym powrotem i przypominaniem, że za owe trzy kubełki piwa
przehandlował życie. Bo czyliż można było życiem nazywać
przebywanie w rodzinnym Włocku? Pół dnia trawił w biurze na
wykonywaniu figlasów kaligraficznych, w południe zjadał obiad za 40
kopiejek, a później odbywał włóczęgę po mieście, łażenie z ulicy na
ulicę, łażenie bez celu, bez zamiaru, nudne, jednostajne, obrzydłe
samo w sobie, zabijające, okropne, jeżeli dopisywała pogoda, albo
wysiadywał w zakopconej cukierni podczas słoty, odczytując trzy czy
cztery gazety konserwatywne, co było czynnością stokroć nudniejszą,
niż samo wydeptywanie chodników. Czasami grywał w bilard, jeżeli ta
satysfakcya nie groziła przeskoczeniem budżetu. Po za tem nic się
nie zdarzało na tym stepie dni jednostajnych, w tej zatęchłej
sadzawce, jaką (dla urzędników Pałaty) jest miasto gubernialne.
Najuboższy człowiek w Europie może za swoje trzy cwancygiery
nabyć numer liberalnego, czy humorystycznego piśmidełka i pośmiać
się, pozłościć, naodgrażać, albo przynajmniej rozerwać umysł
skłopotany jakąś wiadomostką o rzeczach ciekawych. W miastach
gubernialnych Azyi nadwiślańskiej dla urzędników Izby skarbowej nic
nigdy nie ukazuje się na horyzoncie, niema zjawisk zajmujących,
albowiem rzeczy ciekawe pochłania policya. Urzędnicy Pałaty są tam
dużemi, grzecznemi dziećmi, które niczego się nie napierają i które
niczego nie są ciekawe, wskutek tego prawdopodobnie, że nie
przypuszczają istnienia rzeczy ciekawych. Jedynym sfinksem, który
niepokoi ich umysły przez rok cały - jest noworoczna gratyfikacya.
Kapnie człowiekowi dziesięć rubli, czy nie kapnie? - oto jest
jedyne, godne pałaciarza pytanie. Po za tą rozkoszną dywersyą -
żadnych wzruszeń. Nawet młodość nie może ukazywać tego życia w
odmiennych żywych kolorach. Nawet miłość jest tam tak martwą i
skostniałą, jak inne myśli i uczucia. I w rzeczy samej czyż miłość
żywa nie byłaby okrutną niedolą dla człowieka, pobierającego
miesięcznie dwadzieścia rubli pensyi? Młodzian tamtejszy ożenić się
może tylko ze starą i brzydką babą, jeżeli jest bogatą i wówczas
jest, jak wiadomo, - głupcem, albo z młodą, piękną i ukochaną, ale
szwaczką i wtedy jest, jak stwierdza mądrość wszystkich ciotek na
ziemi, - głupcem.
W duszy Kubusia zrodziło się rozpaczliwe pragnienie: do
Warszawy! Choćby przyszło ulice zamiatać, albo drwa rąbać - byleby
mieć przynajmniej więcej gazet konserwatywnych do czytania, więcej
twarzy do widzenia i więcej ulic do spaceru. I stał się cud. Oto
jeden z kolegów Ulewicza, a wówczas już student medycyny w
uniwersytecie warszawskim, dawał lekcye w domu wysoko postawionego
urzędnika filii Banku państwa. Dygnitarz bywał liberałem w chwilach
wolnych od pracy biurowej i od zatrudnień w przeróżnych komitetach
towarzysko-społecznych, wyraźnie lub skrycie rusyfikatorskich.
Lubił wtedy rozprawiać o bytności Boga i spierać się z młodym
studentem o ową "duszę" i o owe "prawdy", oraz "hipotezy"...
Pewnego razu studentowi udało się zręcznie zalecić Jakóbka,
z którym czasami korespondował. Działo się to w czasach takich,
kiedy jeszcze młodzi kamraci nie byli kupami wyrzucani z urzędów,
czyli w czasach nietyle odległych, ile odmiennych od chwili obecnej
tak wyraźnie, jak epoka nasza odmienną jest od miocenicznej. Wielki
urzędnik kazał Jakóbkowi przez studenta podać skrypt, zwany
dokładnaja zapiska i wkrótce potem dał mu miejsce w Banku z pensyą
35 rubli na miesiąc. Z dreszczem radości w sercu puścił się Ulewicz
do Warszawy... A teraz, gdy leżał bezwładnie na łóżku, tak
nienawistnie ową chwilę przeklina!
Przez półtora roku wzorowo służył w Banku i zarobił na
przyjaźń kolegów biurowych, a nawet na życzliwe uśmiechy
zwierzchników.
Nagle, jak piorun, wypadło nieszczęście.
Od dawna zauważył, że jeden z naczelników, Moskal przewrotny
i intrygujący, zwraca na niego uwagę.
Ilekroć spotykali się na korytarzach, Kuba czuł na sobie
wzrok zimny, bezlitosny i złowieszczy. Stopniowo zaczął obawiać się
tej postaci. Nieraz w toku zajęć, czytania, wesołej pogawędki
nieświadome myślenie wynosiło z mroku tę twarz suchą z rzadkim,
szarym zarostem i z trupim uśmiechem groźby na wąskich wargach. Z
tej głuchej obawy wyrosła nienawiść i idące po jej tropach
nieodstępne złe przeczucie. I nie zawiodło... Jak się później
okazało, ów Moskal był śmiertelnym nieprzyjacielem Jakóbkowego
protektora. Pewnego razu zaszła okoliczność taka, że Ulewicz musiał
w sprawie urzędowej zetknąć się oko w oko ze swym wrogiem i został
przezeń potraktowany w taki sposób, że się uniósł i wpadł w pasyę.
Za ostre słowa wówczas wypowiedziane, w chwili upokorzenia i gniewu
- stracił posadę. Ten wypadek rozbił go zupełnie. Uganianie się za
nowem miejscem, poszukiwanie zarobków przygodnych, cała wreszcie
działalność intensywna przedstawiała teraz zupełny obraz
niedołęstwa. Na miejscu resztek wytrwałości i odwagi rozsiadł się
zabobon i wessał w siebie wszystkie władze ducha. Codziennie Kuba
wysiadywał w administracyi
Kuryera pospołu z tłuszczą szukającą posad, aby
natychmiast po ukazaniu się numeru odczytać jednym tchem dział:
"Posady i prace", potem bez namysłu "rwać" w jakimś kierunku, do
jakiegoś celu i przybywać zapóźno. Nie wiedział o tem, że owo
poszukiwanie pracy po upływie pewnego czasu było już tylko śmieszną
głupotą. W wyścigu, gdzie posadę chwytał najsilniejszy, Kubuś nie
mógł otrzymać żadnego miejsca, ponieważ miał z nędzy pozór waryata,
czy jakiegoś sentymentalnego złodzieja. Oczy jego z głodu i
rozpaczy nabrały wyrazu półobłędu, czy idyotyzmu, twarz miała barwę
zielonawo-żółtą, ubranie spadało. Ostatnia koszula zgniła i
cuchnęła na ciele brudnem i pocącem się z nieustannej gorączki.
Kiedy sprzedał wszystko, aż do ostatnich brudnych strzępów,
pozostało, jako jeden jedyny środek do życia w literalnem znaczeniu
tego wyrazu - zaciąganie pożyczek. Wyszukiwanie krynic kredytu
ułatwiał ów student medycyny, kolega gimnazyalny i współlokator
mieszkania. Wkrótce jednak i on wyjechał na kondycyę letnią. Za nim
powyjeżdżali nieco bliżej znani Jakóbkowi młodzi ludzie. Udawał się
tedy w chwilach okrutnych upadków na siłach do dalszych i coraz
dalszych znajomych. Nieraz odchodził od przytomności ze wstydu,
kiedy spotykał na ulicy ludzi ledwie mu znajomych, do których
trzeba było przyczepiać się, wymawiać zdania o treści okropnie
obcej, straszliwie obojętnej i kończyć ich szereg niedbałem
zapytaniem:
- Czy nie mógłby mi pan na pewien przeciąg czasu pożyczyć 20
kopiejek?
Czasami odnosił nad sobą straszliwe zwycięstwa: - nie
przyczepiał się do osób, które byłyby mu pożyczyły z pewnością
nawet dwadzieścia pięć kopiejek. Mieszkania od trzech miesięcy nie
opłacał, a nie mógł się stamtąd wyprowadzić, choć było niesłychanie
drogie, bo dokądże miał się wynieść i jakim sposobem? W ciągu kilku
ostatnich tygodni nie jadł nic gotowanego, nie pił nawet ohydnego
napoju, zwanego herbatą, ponieważ nie miał za co kupić nafty.
Zjadał tylko chleb po 12 groszy bochenek, jeżeli naturalnie zdołał
"pożyczyć" od kogoś pieniędzy. A ileż to razy musiał obiec pół
Warszawy zanim owe 12 groszy zdobyć mu się udało! Ile razy brak dwu
groszy rujnował marzenie o kupnie chleba i łykaniu wielkich kęsów,
ogromnych klusków ciasta!
Zazwyczaj siedział w Łazienkach na pewnej ławce w
najbardziej oddalonym kącie parku. Czasami włóczyli się po tej
zapuszczonej uliczce żołnierze z ohydnemi łajdaczkami, a w ogóle
panowała tam już cisza i było samotnie. Jakóbek rozciągał się na
ławie, zżerał swój bocheneczek chleba i już to płakał całemi
godzinami, jeżeli był w nastroju lirycznym, już wpadał do głębokich
szybów głupiego cynizmu.
Między nim i owymi pewnikami, w których pomroce błąkał się
nieraz, doznając moralnych ran i roztłuczeń, stała owa nabyta
bezradność, owo tchórzostwo nawet wobec grzechu. Jak w
tracheotomii, tem sztucznie wprowadzanem powietrzem oddychał.
Częstokroć zrywał się z ławki i wielkimi krokami szedł - kraść.
Dochodził do końca alei i powracał nie dlatego wcale, aby się
budziło w jego chorej istocie sumienie, lecz dlatego, że mu się
przewracać zaczynały urzędnicze wyobrażenia. Kiedyindziej zrywał
się z ławki i szedł - pracować. Rąbać drwa, zamiatać rynsztoki,
czyścić kloaki, rozwozić węgle!... Powracał na swą ławę jeszcze
szybciej, gdyż wiedział, że do żadnej z tych robót zabrać się nie
jest w stanie. Wiedział również, że do żadnej z tych robót go nie
przyjmą. Nauczono go tajemnie
ut consecutivum, pisania
jat' we właściwych miejscach, ułamków, algebry, naznaczono
mu duszę niezmazanem znamieniem tużurkowego dostojeństwa - i nic
nadto. Tużurkowość była w nim tą cechą, która go wyłączała ze sfery
motłochu. Ani jedną arteryą nie był związany ze światem pracujących
i wyzyskiwanych, a wszystkiemi zrośnięty ze światem jeżdżącym
dorożkami. Teraz miał się wyrzec siebie, przestać być "jednostką
inteligentną", skryć się w szeregu robotników czy stróżów. Zupełnie
jak na zawsze skoczyć w bagno i zanurzyć się wyżej oczu... To też z
dnia na dzień łaził pokryty brudem i wszami, trawiony przez
gorączkę, ścigany przez jędze spodlenia w każdej minucie dnia i
nocy. Tej nocy ostatniej na domiar złego nie mógł usnąć. Miasto
ucichło zupełnie. Ani jeden odgłos nie dochodził z ulic, ani jeden
szmer nie zagłuszał huku, rozlegającego się w uszach i czaszce
Jakóbka. I huk ten wzmagał się ciągle, a był straszny, jakby wody
walącej się w przepaść bezdenną z ciasnych upustów. Wrzaskliwe
ulice, kamienne podwórza, ściany i chodniki, jęczące wiekuiście od
łoskotu i echa stąpań, domy, w których kotłuje się ciągły gwałt
życia, cały ten krajobraz z kamieni i żelaza, widzialny z otwartego
okna, teraz znagła skonał, stężał i oniemiał. Kubie zdawało się, że
oderwany został od ziemi, rzucony w przestwór i że tam stoi nad
cmentarzem niezmiernym, zasypanym dziwacznymi grobowcami. Ogarniała
go trwoga, jak zimne powietrze i wzmagały się napady
sentymentalnego egoizmu. Przy nikłym świetle rozniecającego się
dnia odwijał rękawy koszuli i oglądał wychudłe ręce, macał twardy
brzuch, boleśnie współczuł żołądkowi, który nie był w stanie trawić
i płakał gorzkiem szlochaniem nad zwiędłymi członkami. Z niewymowną
żałością głaskał swe ręce, wyczuwał palcami bieg krwi w wenach i,
jęcząc, wołał na nią: - no, idź, leć, ruszaj się, pracuj!... Bojaźń i
przeczucie utraty tych członków wznosiła się w jego umyśle, jak
chmura, w której latają pioruny. Począł głośno stąpać po izbie, aby
zagłuszyć huk w uszach i dodać sobie odwagi. Na szczęście gdzieś
daleko począł dudnić wóz po bruku, potem ozwała się pierwsza
dorożka, jakiś dzwon się rozśpiewał, później świst przybywającego
pociągu zaleciał aż do miasta po rosie z odległych lasów. Szum w
uszach zaraz nacichł, ale nie odstąpiły owe koncepcye dziwaczne i
wyobrażenia fantastyczne. Około godziny ósmej rano, po nocy
zupełnie bezsennej i nic nie jadłszy, Kubuś opuścił mieszkanie z
zamiarem usadowienia się w parku wcześniej niż zwykle. Kiedy
wymijał pośpiesznie sień główną, unikając spotkania ze stróżem,
posłyszał niespodziewanie głos, wychodzący z dużej baby, ozdobionej
czerwonym nochalem, która stała na pierwszej platformie schodów:
- Panie, ty panie, jak się tam nazywasz?... Dlaczegóż to pan
nie płacisz mi komornego?
- Dlaczego nie płacę komornego? - zapytał Ulewicz z głębokim
namysłem. - Komornego? Zapewne... Dlaczego ja w samej rzeczy nie
płacę komornego?
- Co pan mówisz? Matko Boska!
- Że zapłacę pierwszego.
- Którego?
- Pierwszego.
- Ale którego pierwszego?
- Którego pierwszego? Nie rozumiem takiego gdakania, moja
pani.
- Masz się pan przecie wynieść pierwszego?
- Mam.
- No więc co tam pan bzdurzysz?
- Bzdurzę, że zapłacę pierwszego.
- Zapamiętaj-że se pan!
- Zapamiętam se.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W
PEŁNEJ WERSJI.