Rozdział 1. Sofia
1
Sofia
Prześwitujące przez trawę cętkowane światło słoneczne wygląda pięknie,
choć wiem, że nie jest prawdziwe. Nie ogrzewa mojej skóry. Nie będę
miała od niego poparzeń ani piegów. Źdźbła nie uginają się pod moimi
stopami, chociaż te zapadają się w marmurową posadzkę ukrytą pod
holograficznymi obrazami. Rok temu westchnęłabym głośno na widok słońca
i niebieskiego nieba, nawet tych holograficznych, ale dziś sprawiają, że
ogarnia mnie tęsknota za domem. Ileż bym teraz dała, by podnieść głowę i ujrzeć sine chmury sunące po niebie w kierunku moczarów i ciągnącą się
po horyzont pustkę, której nie zdołałby odtworzyć żaden holograficzny
westybul biurowca.
W holoapartamencie panuje tłok. Wielu z obecnych tu ludzi zdaje się
pracować w siedzibie głównej LaRoux Industries, pozostałych trudniej
przyporządkować. Niektórzy noszą staromodne teczki w hołdzie złożonym
latom dwudziestym dwudziestego wieku na Ziemi - to najnowszy trend wśród
wyższej warstwy. Innym wystarczają palmtopy. Noszenie torebek i teczek
to coś absurdalnie sztucznego, ponieważ wszystko, co można by włożyć do
środka - pieniądze, dokumenty, telefony, karty identyfikacyjne - zostało
zdigitalizowane setki lat temu.
Ten trend ułatwia mi jednak noszenie wszystkiego, czego potrzebuję, bez
konieczności odpowiadania na pytania. Gdybym chciała być modna zaledwie
kilka lat temu, musiałabym się wcisnąć w pseudowiktoriański
przyodziewek, a narzędzia pracy ukryć pod niewygodną spódnicą. Teraz
moja rozkloszowana sukienka jest lekka i w razie konieczności umożliwia
ucieczkę, a co najważniejsze, delikatna, niewinna kremowa koronka
sprawia, że wyglądam na młodszą niż moje siedemnaście lat. Przyciskam
torebkę do ciała, biorę głęboki oddech i lustruję wzrokiem tłum ludzi.
W powietrzu wyczuwam napięcie, od którego przyspiesza mi tętno. Jest
subtelne - tym, którzy pozostają w cieniu, udało się doskonale
zamaskować. Prawie. Ja jednak dorastałam na planecie Avon i potrafię
zlustrować tłum. Wiem, jak szybko protest potrafi się przerodzić w zamieszki. I jak spokojne miasteczko w jednej chwili staje się polem
bitwy.
Nie mam pojęcia, czy pracownicy rozległej sieci bezpieczeństwa w LaRoux
Industries zdają sobie sprawę z tego, że na dziś zaplanowano nielegalne
protesty. Doniósł mi o tym jeden z moich kontaktów z organizacji Korynt
przeciwko Tyranii - choć nazwa zrzeszenia jest idiotyczna, kieruje się
ono romantyczną ideą walki z oprawcami. Kiedy rozglądam się po
holoapartamencie wyposażonym w dozowniki z lemoniadą i napojami
gazowanymi przelatującymi na krążących pomiędzy gośćmi tacach, gdzie
powietrze wypełniają odgłosy konwersacji i śmiech, myślę, że ci ludzie
nie mają pojęcia, czym jest tyrania. Odrywam wzrok od pary z pobłażaniem
obserwującej pięcio lub sześcioletnie dziecko, które ugania się za
kilkoma holograficznymi ptakami krążącymi w powietrzu. Istnieje powód,
dla którego LaRoux Industries rok w rok znajduje się na czele listy
najlepszych miejsc pracy w Galaktyce, więc gdybym to ja organizowała
dzisiejszy protest, z pewnością nie wybrałabym do tego nowego
holoapartamentu na dwudziestym piętrze wieżowca.
Holoapartament jest częścią nowego programu pomocy potrzebującym.
Pracownicy mogą z niego korzystać za darmo, a reszta społeczeństwa za
drobną opłatę. "Widzicie, jaki jestem hojny? - mówi LaRoux. - Na kilku
piętrach siedziby głównej stworzyłem bezpieczne, radosne miejsce dla was
i waszych dzieci". Od tej jego kampanii, która ma na celu sprawić, by
cała Galaktyka znów go pokocha i by ludzie zapomnieli o oskarżeniach
wymierzonych w niego w transmisji z Avonu, przewraca mi się w żołądku -
zwłaszcza że to wszystko działa.
Obecni tu ludzie wydają się radośni. Nikogo z nich nie obchodzi, że
jeszcze rok temu, przed osławioną już mową Flynna Cormaca, mieszkańcy
Avonu umierali. Nikogo nie obchodzi, że Roderick LaRoux to potwór -
głównie dlatego, że tylko niewielkie grupy osób tu i ówdzie uwierzyły w jakiekolwiek słowo, które padło w czasie programu Flynna. Ci ludzie
przybyli tutaj, ponieważ informacja o tym, że brali udział w proteście,
będzie dobrze wyglądać na ich profilach w mediach społecznościowych.
Niektórzy z nich mają prawdopodobnie nadzieję, że zostaną aresztowani,
by móc później zamieścić swoje policyjne zdjęcie w hipernecie.
Plus jest taki, że to wszystko rzeczywiście odwraca ich uwagę od celu, w jakim tu przybyłam.
Znam tylko nazwisko kontaktu, z którym mam się spotkać - Sanjana Rao - i chociaż kojarzy się ono z jakąś staroindyjską rodziną, równie dobrze
może to być blondynka o niebieskich oczach, jeśli wziąć pod uwagę to,
jak wszystkie rasy i rody wymieszały się przez kilkaset lat. Umówiłyśmy
się, że po przybyciu da mi znać na palmtopa, ale nie mogę się
powstrzymać i próbuję wyłowić ją spośród tłumu.
Mój wzrok powraca do drzwi windy, tak sprytnie zamaskowanych w tej
imitacji parku, że przypominają wejście na karuzelę. Przez cały rok
deptania LaRoux po piętach nie znajdowałam się bliżej niego. Mam ochotę
włamać się do ich zabezpieczonych wind i wjechać do luksusowego
apartamentu na ostatnim piętrze budynku. Rok spalonych tożsamości i izolacji. Bolesna operacja usunięcia tatuażu, która i tak nie zdołała w całości wyczyścić mojego genotagu. Rok zamazywania śladów, wszelkich
pozostałości dawnego życia, które wciąż noszę ze sobą, na wypadek gdybym
dziś, w tej chwili, musiała się spakować i znowu rzucić do ucieczki.
Jednak do samego LaRoux nie sposób dotrzeć. Gdyby było inaczej, ktoś
zabiłby go już wiele lat temu - choć większość mieszkańców Galaktyki go
kocha, na drodze do władzy stratował dość osób znających jego prawdziwe
oblicze. Nie, bezpośredni atak nigdy się nie uda. Usunięcie LaRoux
wymaga subtelności.
Zerkam na wewnętrzną stronę ramienia w odruchu, którego nie zdołałam się
jeszcze pozbyć. Bystrzejszy człowiek bez trudu odgadłby, co oznacza to
spojrzenie - nikt z osób urodzonych na Koryncie lub jednej ze starszych
planet nie otrzymuje przy narodzinach genotagu - a jednak nie mogę się
powstrzymać. Niewyraźne pozostałości mojego tatuażu z genotagiem zostały
dobrze zamaskowane, chociaż muszę się pilnować, żeby nie potrzeć ręką o sukienkę i nie przenieść charakterystycznej smugi korektora na materiał.
Mam ochotę wyjąć palmtopa i sprawdzić, czy nie przegapiłam wiadomości od
doktor Rao, ale jeśli ktokolwiek mnie obserwuje, moje bezustanne
zerkanie na ekran będzie dla niego jasnym komunikatem, że się denerwuję.
Dopiero kiedy podnoszę głowę, uświadamiam sobie, że rzeczywiście mam
publiczność. I że nie jest nią mój kontakt.
Na podłodze siedzi młody mężczyzna oparty o drzewo - drzewo, którego
oczywiście tu nie ma. Opiera się o marmurową kolumnę, jednak
holograficzna powłoka pomieszczenia sprawia, że chłopak wygląda, jakby
relaksował się w parku. Jego lap-ekran jest podłączony do pnia. Znajduje
się tu bezprzewodowe pole siłowe, więc wiem, że chłopak nie ładuje
urządzenia. To port danych, co samo w sobie jest dosyć dziwne, ponieważ
wszelkie informacje dostępne w miejscu publicznym takim jak to można
uzyskać z hipernetu. Ale nie to mnie niepokoi, nie to sprawia, że moje
serce zamiera. Niepokoi mnie to, że ma na sobie szarozielony strój
LaRoux Industries z lambdą wyszytą nad kieszenią na piersi. Pracuje dla
LaRoux i nie spuszcza mnie z oczu.
Czuję suchość w ustach i zmuszam się do tego, by nie odwrócić wzroku
zbyt gwałtownie. Zamiast tego przekrzywiam głowę, jak gdyby zdziwiona, i robię, co mogę, by sprawiać wrażenie zaintrygowanej, a nawet
zawstydzonej.
Kiedy przyłapuję go na tym, że mnie obserwuje, na jego twarzy pojawia
się szeroki uśmiech. Nawet nie udaje, że tego nie robił, i po prostu
przytyka palce do skroni, po czym odrywa je, jak gdyby uchylał
wyimaginowanego kapelusza. Nie przypomina typowego pracownika biura, ma
nieco dłuższe włosy w odcieniu pomiędzy rudawozłotym a brązem, a kiedy
tak siedzi oparty o kolumnę, w jego sylwetce jest coś zuchwałego.
Wciągam powietrze, by się uspokoić i zataić obawę, że on doskonale wie,
iż nie powinno mnie tu być. Uśmiecham się i bez trudu przybieram maskę
nieśmiałości i słodyczy. Ku mojej uldze jego uśmiech staje się jeszcze
szerszy. A więc to tylko flirt.
Mruga do mnie, po czym wciska jakiś guzik na lap-ekranie. Holograficzny
ptak o jaskrawoczerwonym upierzeniu przecina mi drogę i zawisa w powietrzu. Nagle całe tło zastyga: ćwierkanie ptaków, szmer liści, a nawet śmiechy i rozmowy - wszystko znika. Po chwili, bez ostrzeżenia,
cały holopark gaśnie, pozostawiając nas w przestronnym białym
pomieszczeniu.
Jedyną rzeczą w holoapartamencie poza ludźmi, projektorami i kolumnami
podobnymi do tej, o którą opiera się chłopak, jest ogromny metalowy
pierścień o średnicy dwa razy większej niż ja sama. Ustawiony pionowo
krąg, wykonany z jakiegoś dziwnego stopu połyskującego w jaskrawym
białym świetle, u podstawy jest połączony z podłogą cokołem pokrytym
panelami i narzędziami. Niektóre holograficzne technologie LaRoux objęto
patentem, ale to urządzenie nie przypomina żadnego z projektorów, które
dotąd widziałam - podczas gdy inne projektory migają, brzęczą i próbują
poradzić sobie z tym, że przestały działać, metalowy pierścień pozostaje
nieruchomy i milczący.
Przez tłum ludzi przebiega szmer dezorientacji, kiedy poszczególne grupy
przerywają rozmowy, by się rozejrzeć, jak gdyby samo pomieszczenie
skrywało w sobie jakąś odpowiedź. Teraz, kiedy maskujący hologram
przestał działać, na pierwszy plan wychodzą inne cechy pomieszczenia -
dozowniki z napojami są surowe i pozbawione upiększeń, a projektory i głośniki zaśmiecają niski sufit jak zniekształcone gwiazdy.
To, co się dzieje, nie jest częścią planu protestujących. Wszyscy,
pracownicy i goście, kłębią się wokół, zagubieni. Gdyby ta sytuacja
została zaplanowana, protestujący wykorzystaliby błąd do rozpoczęcia
wiecu, tymczasem nawet ustawieni w kątach pomieszczenia ochroniarze
wydają się podenerwowani. Rozglądam się z udawanym niepokojem i kryję za
grupką stażystów, aby jak najciszej i pozornie bezcelowo przedostać się
w stronę schodów ewakuacyjnych. Jeśli ktoś mnie złapie, w najgorszym
wypadku pomyśli, że przyszłam tu jako uczestniczka protestu. Mam jednak
nadzieję, że w ogóle mnie nie zauważą.
Zanim udaje mi się dotrzeć do wyjścia pożarowego, dostrzegam migotanie
barw. Odwracam się w samą porę, by zobaczyć, jak chłopak z lap-ekranem
wyciąga z urządzenia chip wielkości paznokcia i wkłada go do kieszeni.
Spogląda w sufit, podnosi się i robi dwa powolne, spokojne kroki w bok,
ustawiając się dokładnie w martwym punkcie kamery bezpieczeństwa.
Następnie ściąga uniform LaRoux Industries i przez chwilę ma na sobie
tylko koszulkę odsłaniającą wytatuowane ramiona. Odwraca ubranie na lewą
stronę, ukazując krzykliwą koszulę w pasy wpisującą się w obecne trendy,
po czym jak gdyby nigdy nic wtapia się w tłum. Nie jest już pracownikiem
LaRoux Industries.
Jest jednak o wiele za sprytny, żeby być jednym z protestujących
błąkających się po pomieszczeniu, zdezorientowanych i zirytowanych tym,
że nie udało im się zaistnieć w wiadomościach.
- Szanowni państwo, proszę o uwagę. - Z głośników wydobywa się głos
jedwabisty jak krem i wzmocniony tak, by zagłuszyć szmer tłumu. -
Wykryliśmy naruszenie zasad bezpieczeństwa. Sprawca znajduje się w tym
pomieszczeniu. Prosimy zachować spokój i w maksymalnym stopniu
współpracować z agentami bezpieczeństwa, a my dołożymy wszelkich starań,
by rozwiązać ten problem tak szybko, jak to możliwe.
Ochroniarze wykonujący jakiś rozkaz przekazany im za pośrednictwem
wszczepionych w uszy implantów zaczynają oddzielać od siebie
poszczególne osoby, zapewne po to, by przesłuchać je indywidualnie.
Jeden z ochroniarzy wciąż stoi przy drzwiach, blokując dostęp do klatki
schodowej, a mnie drogę ucieczki. Korektor na moim ramieniu może zmylić
nieuważnego pracownika recepcji, ale teraz nie mam szans, by udawać
uczestniczkę protestu - naruszenie zasad bezpieczeństwa postawiło ich w gotowości. Wiedząc, że sprawców należy szukać przede wszystkim wśród
buntowników z sąsiednich planet, pierwszą rzeczą, jaką zrobią strażnicy,
kiedy mnie złapią, będzie sprawdzenie, czy mam tatuaż z genotagiem.
Zamykam oczy, przywołując w myślach plan pomieszczeń, którego uczyłam
się przez półtora tygodnia. Zablokują dostęp do wind na tym piętrze, ale
jest jeszcze jedno wyjście pożarowe i dodatkowa klatka schodowa w głębi
jednego z korytarzy odchodzącego z tego pomieszczenia. Skanuję tłum
wzrokiem, aż udaje mi się znaleźć właściwe wyjście i strażnika
kierującego zebranych w tamtą stronę.
Muszę jakoś odwrócić ich uwagę.
Mój wzrok pada na krzykliwą koszulę w czerwone i złote pasy. Kimkolwiek
jest ten chłopak, nie pracuje w LaRoux Industries i jego także nie
powinno tu być. I choć nie mogę być pewna, że wciskając tamten guzik,
wyłączył holoprojektory, wiem, że jeśli znajdziemy się w jednej grupie,
wyda się znacznie bardziej podejrzany ode mnie, zwłaszcza gdy odkryją,
że w ciuchy ma wszyty uniform LRI. Przeklinam pod nosem i ruszam w stronę ochroniarza.
Wybacz, przystojniaku. Pewnie masz ochotę znaleźć się w centrum
zainteresowania tak samo jak ja. Ale jeśli znajduje się tu ktoś, kto ma
większe kłopoty ode mnie, jesteś nim właśnie ty, chłopaku z fałszywym
uniformem LRI po wewnętrznej stronie koszuli.
- Tamten chłopak... - mówię cicho, dbając o to, by w moich oczach było
widać strach. - Wydaje mi się, że potrzebuje pomocy.
Przy odrobinie szczęścia sprawdzą go, a mnie uda się wymknąć, kiedy
odkryją, że nie powinno go tu być.
Wzrok strażnika natychmiast przenosi się na chłopaka w koszuli w paski,
który obserwuje nas z odrobiną niepokoju wyzierającego z jego
nonszalanckiej sylwetki. Kiedy strażnik robi kilka kroków w jego stronę,
uśmiech chłopaka znika, a ja powoli przesuwam się do tyłu, w stronę
drzwi, których pilnował mężczyzna. Powoli, powoli, nie zwracaj na siebie
uwagi.
Jakbym wypowiedziała te słowa na głos, strażnik wyciąga rękę i chwyta
mnie za ramię.
- Pokaż który! - rozkazuje, a ja zamieram. Co gorsza, unosi dłoń i daje
znać jednemu z pozostałych stojących w pobliżu goryli.
Teraz obserwuje mnie dwóch strażników, a drzwi zaraz znowu zostaną
zablokowane. Cholera. Jeśli zmuszą mnie, żebym z nimi poszła, i odkryją
jego fałszywą koszulę LRI, mogą uznać, że dostałam się tu razem z nim.
Teraz muszę wydostać stąd nas oboje.
Dobra robota, Sofio.
Mózg podrzuca mi mnóstwo możliwości, a ja analizuję je w ułamku sekundy,
odrzucając to, co niewykonalne, aż zostaje mi tylko jeden sposób, żeby
skupić ich uwagę na chłopaku.
- Proszę, pospieszcie się! - krzyczę, napinając mięśnie twarzy, aż moje
oczy zaczynają łzawić. - To mój narzeczony. Jest chory, a stres tylko
pogarsza sprawę.
Mam nadzieję, że w ogólnym zamieszaniu i przy tak wielkiej liczbie osób
do przesłuchania strażnik nie będzie miał ochoty zadawać zbyt wielu
pytań.
Mężczyzna wpatruje się we mnie, a kiedy odwracam się, żeby pokazać mu
chłopaka w pasiastej koszuli, podąża wzrokiem za moją ręką. Chłopak
odpowiada nieufnym spojrzeniem i przenosi wzrok ze strażnika na mnie.
Błagam cię, myślę, nic nie mów, dopóki nie uda mi się obok nich
przemknąć.
- Jeszcze chwilę temu oboje czuliście się dobrze. - Strażnik wymienia
spojrzenia z kolegą, który stoi teraz obok mnie. - To na pewno może
poczekać.
Mówi pewnym, stanowczym głosem, ale jego dłoń wciąż znajduje się w ruchu
- poprawia broń za paskiem i pociąga za rękaw munduru.
Podwajam starania i zmuszam głos, żeby się łamał.
- Proszę - powtarzam. - Zostanę tu. Odpowiem na wszystkie wasze pytania.
Po prostu sprawdźcie, jak się czuje, a sami się przekonacie. Jeśli nie
sprowadzicie lekarza, będzie miał atak.
Obaj ochroniarze muszą stać odwróceni w stronę chłopaka na tyle długo,
żebym mogła się wyślizgnąć niezauważona i bez eskorty.
Najbliższy strażnik przestępuje z nogi na nogę, a ja wstrzymuję oddech.
Mężczyzna dalej wymienia spojrzenia ze swoim towarzyszem, nie decyduje
się jednak zrobić kroku.
- Wezwę dyżurującego ratownika medycznego - rzuca w końcu. - Chociaż
moim zdaniem chłopakowi nic nie jest.
Głowę wypełnia mi galopada myśli. Przypatruję się strażnikowi, szukając
czegoś, co mogłabym wykorzystać. To facet po czterdziestce -
prawdopodobnie zbyt kumaty, żeby udało mi się wykręcić flirtem,
zwłaszcza że użyłam już historyjki o narzeczonym. Na jego ciuchach nie
dostrzegam śladów tego, że ma zwierzęta albo dzieci, nic, co pomogłoby
mi nawiązać z nim jakiekolwiek porozumienie, nic, co pomogłoby mi się
odwołać do jego człowieczeństwa. Już mam sięgnąć po ostatni środek -
histeryczne łkanie małej dziewczynki - kiedy chłopak z lap-ekranem upada
na ziemię z jękiem.
Strażnicy rozdziawiają usta ze zdziwienia i przez krótką chwilę jestem
równie wstrząśnięta, jak oni. Chłopak na ziemi podskakuje, a jego
kończyny drgają. Wygląda, jakby miał atak, przed którym ich ostrzegałam.
Przez krótką, bolesną chwilę zastanawiam się, czy moje kłamstwo nie
nałożyło się na coś zbliżonego do prawdy, ale nie mogę sobie pozwolić na
to, by się tego dowiedzieć. Właśnie zamierzam się rzucić przez drzwi
wyjściowe, kiedy stojący obok strażnik dźga mnie pomiędzy łopatkami i popycha do przodu.
- Zrób coś! - W jego wzroku kryje się przerażenie.
Cholera. Cholera. CHOLERA. Tak czy siak, będzie lepiej, jeśli wyląduję w karetce z tamtym chłopakiem, niż jeśli znajdę się w pokoju przesłuchań
siedziby głównej LRI. Sanitariusz przeskanuje chip identyfikacyjny na
moim palmtopie, ale otrzyma informację, że mam na imię Alexis. Nie będą
szukać genotagów. Upadnę na kolana u boku nieznajomego, sięgnę po jego
drgającą dłoń i splotę palce z jego palcami, jak gdybym nie dotykała go
po raz pierwszy. Jeden ze strażników mówi coś pospiesznie do łaty na
kamizelce, prosząc o wsparcie, lekarza, jakąkolwiek pomoc.
Palce chłopaka zaciskają się wokół moich, co sprawia, że spoglądam mu w twarz - nagle wszystkie moje symulowane łzy i panika gwałtownie znikają.
Z jego ust zaczyna się wydobywać piana, oczy uciekają w tył czaszki. Nie
może być o wiele starszy ode mnie, zdecydowanie dzieje się z nim coś
złego.
Jeden ze strażników próbuje mi zadawać pytania - co ostatnio jadł, kiedy
przyjął ostatnią dawkę leków, na co choruje - żeby przekazać informacje
jadącym już sanitariuszom. Jednak wypowiadane przez niego słowa giną w szumie innego narastającego odgłosu, który sprawia, że nerwowe
konwersacje w pomieszczeniu milkną. Uruchamia się metalowy pierścień,
ten, który ukrywały pozostałe holoprojektory.
Światełka u jego podstawy budzą się do życia, ukazując dane na
wyświetlaczach. Panele świetlne na suficie migoczą, jak gdyby pierścień
pobierał zbyt wiele mocy. Jednak to nie żadna z tych rzeczy sprawia, że
w pomieszczeniu pełnym ludzi zapada cisza.
Iskierki niebieskiego światła zaczynają krążyć wokół krawędzi
pierścienia, pojawiając się i znikając, jakby wnikały bezpośrednio w metal. Poruszają się coraz szybciej, w miarę jak dźwięki wydawane przez
budzącą się do życia maszynę nasilają się i wyrównują w jeden głos, tak
że wkrótce niebieski ogień pełza po całej krawędzi pierścienia.
Dłoń na moim ramieniu odwraca uwagę od urządzenia. Z walącym sercem
spoglądam w dół.
Leżący przy mnie chłopak unosi brew.
- Zdradzisz, kiedy ślub, kochanie? - mówi ledwo dosłyszalnym głosem, nie
poruszając ustami.
Mrugam.
- Co? - Jestem tak zdezorientowana, że tracę równowagę.
Chłopak spogląda na najbliższego strażnika, całkowicie pochłoniętego
stojącą pośrodku pomieszczenia maszynerią, po czym przenosi wzrok z powrotem na mnie. Ociera pozostałości piany z ust i unosi się na
łokciach.
- Pomyślałem, że moglibyśmy rozpocząć miesiąc miodowy nieco wcześniej. -
Tym razem w jego szepcie słychać niepokój. Znacząco wskazuje podbródkiem
na drzwi ewakuacyjne.
Niezależnie od tego, kim jest i co tu robi, w tym momencie oboje
pragniemy tego samego - wydostać się stąd. Mnie to wystarczy. Zawsze
mogę go potem zgubić.
Podciągam go na nogi - ochroniarz nawet nie patrzy w naszą stronę - i prześlizguję się w stronę wyjścia. Docieramy do drzwi w chwili, kiedy
rozbłysk niebieskiego światła pada na białe ściany przed nami. Kiedy
chłopak w pasiastej koszuli szamocze się z drzwiami, oglądam się przez
ramię.
Iskierki światła wokół krawędzi pierścienia docierają teraz do środka,
jęzory błękitu pojawiają się i znikają niczym błyskawiczne gwiezdne
race. Co jakiś czas spotykają się z ogromnym rozbłyskiem, aż w końcu
cały pierścień jest wypełniony światłem i trzaska niczym zasłona
energii.
Kiedy obserwuję to, co się dzieje, mężczyzna stojący przy pierścieniu
bezdźwięcznie upada na podłogę. Czekam, aż znajdujący się przy nim
ludzie zareagują, aż ruszą mu na pomoc i wyrwą się spod rzuconego
na nich czaru, ale wszyscy pozostają nieruchomi, bezczynni, jak maszyny,
którym odcięto prąd. Z każdą mijającą sekundą coraz więcej osób
nieruchomieje i milknie, zarówno strażnicy, jak i protestujący, w rozszerzającym się kręgu wokół urządzenia pośrodku pokoju. Co jakiś czas
kolejne osoby upadają na podłogę, ale większość stoi nieruchomo, w wyprostowanej pozycji, rzucając długie cienie, które migoczą i dosięgają
nas, podczas gdy maszyna niemal stoi w płomieniach.
Pomiędzy rozbłyskami światła rozpoznaję tych będących po drugiej stronie
- widzę ich oczy.
W jednej chwili przenoszę się do bazy wojskowej na Avonie i obserwuję,
jak ojciec zmienia się w mojej obecności. Widzę jego oczy,
zmultiplikowane kilkadziesiąt razy w otaczających mnie twarzach, źrenice
tak szerokie, że przypominają kałuże atramentu, jak bezgwiezdny bezmiar
nocy nad moczarami. Wracam do chwili, kiedy ojciec wszedł do koszarów z bombą przymocowaną do swojego ciała. Przypominam sobie, jaki był, kiedy
widziałam go po raz ostatni - cień człowieka, skorupa pozbawiona duszy.
W białej przestrzeni holoapartamentu wciąż stoją setki ludzi - a oczy
każdego zamieniają się w ciemność.
Rozdział 2. Gideon
2
Gideon
Pomyślałby kto, że na tym etapie będę potrafił uniknąć kłopotów. Ale oto
jestem, z ustami wypełnionymi smakiem tabletki SysCleanz, i pędzę
korytarzem, myśląc o tym, że dałem się wciągnąć w tę beznadziejną
sytuację przez dwa dołeczki w policzkach. Naprawdę czas, żebym zmądrzał.
Dziewczyna, za którą biegnę, jest szczupła i przynajmniej o głowę niższa
ode mnie. Ma na sobie jedną z tych sukienek, które noszą teraz wszystkie
bogate panny. Choć biegnie na obcasach, nieźle zasuwa. Oprócz dołeczków
w policzkach ma jasnoblond włosy sięgające nieco poniżej podbródka,
zmierzwione w artystycznym nieładzie, oraz duże szare oczy.
Wygląda na to, że na "zmądrzenie" będę musiał jeszcze trochę poczekać.
- Bardzo chciałbym wierzyć, że twój plan ma jakąś dalszą część, mądralo
- dyszę, kiedy gnamy razem korytarzem.
- Coś ty tam zrobił? - Jej oczy stają się jeszcze większe, a prawdziwy
lęk sprawia, że jej głos zaczyna drżeć.
Moje rozbawienie natychmiast znika. Miała lepszy widok na to, co się
dzieje, a co całkiem nią wstrząsnęło - dziewczyną, która nawet nie
mrugnęła, kiedy zacząłem toczyć pianę z ust.
- To nie ja. - Spoglądam przez ramię, spodziewając się, że zza rogu
wyskoczą depczący nam po piętach strażnicy. - Ale miło mi, że tak
pomyślałaś.
Już mam mówić dalej, kiedy chwyta mnie za koszulę i nie zatrzymując się,
korzysta z pędu mojego ciała, żeby cisnąć mnie do wnęki mieszczącej
awaryjny sprzęt przeciwpożarowy. Uderzam o ścianę, a ona o moje plecy.
Domyślam się, że pchnęła mnie w tę stronę nie tylko po to, by zadać mi
ból, że kierował nią inny powód, więc stoję bez ruchu. Chwilę później
zza rogu dobiegają nas pełne wściekłości głosy. Niezły refleks,
Dołeczku.
- Musimy odwrócić ich uwagę - szepcze. Jedną ręką obejmuje mnie za szyję
i pociąga w dół, żeby móc powiedzieć mi to na ucho. Nie, wc a l e mnie
to nie rozprasza. - Możesz ich odesłać w inne miejsce?
- Skąd pomysł, że to potrafię? - mówię i choć wyciągam już lap-ekran ze
skórzanej teczki, jestem ciekawy, co o mnie myśli.
- Proszę - mruczy. - Może nie włączyłeś tamtej maszyny, ale wiem, że to
ty odciąłeś projektory.
Hmm. Cóż, przynajmniej na mnie patrzyła, a to już coś. Powinienem
spróbować umówić się z nią potem na drinka. Jeśli nie umrzemy albo nas
nie aresztują.
Odwracam się i staję z nią twarzą w twarz. Sądząc po tym, jak zaciska
usta, ma ochotę ostudzić moje zapędy, jednak po chwili uświadamiam
sobie, że robię to - przede wszystkim - dlatego, by zmieścić przed sobą
ekran.
- Dajmy im coś do sprawdzenia - mamroczę, wyciągając z kieszeni chip
aktywacyjny i wsuwając go do portu z boku ekranu.
- Co zrobisz? - pyta.
- A zrozumiałabyś, gdybym odpowiedział?
Włączam ekran, a kiedy wypisuję sobie zaproszenie do rdzenia systemu
LaRoux Industries, jak zwykle rozlega się delikatne, ale gwałtowne
buczenie i zaczynam polować na partnera do tańca. Ich zabezpieczenia nie
są złe, ale nie są też dość dobre.
Prycha.
- Nie - przyznaje. - Nie tykam komputerów. Ludzie wydają mi się
ważniejsi.
Muszę przyznać, że rozpracowała tamtych kolesi w holoapartamencie, jak
gdyby wiedziała, gdzie szukać przycisków i dźwigni w ludzkich umysłach.
I choć nie słyszałem jej słów, coś mi mówi, że próbowała mnie wrobić,
dopóki strażnik nie dał jej do zrozumienia, że ma mi towarzyszyć. Nie
mogę jej winić. Była w trudnej sytuacji, a w miłości, na wojnie i w przypadku nielegalnego wkroczenia na teren prywatny wszystkie chwyty są
dozwolone.
- Ludzie, mówisz? - Znajduję przydatny trop i rozpoczynam pracę.
- To takie komputery o organicznych obwodach.
Z jej tonu wnoszę, że dołeczki powróciły. Chciałbym powiedzieć, że nie
jestem świadomy tego, jak jej ciało dość mocno przylega do mojego w zaciszu wnęki, ale to na nic. Przecież ona najwyraźniej chce, żebym to
zauważył, a ja z natury jestem pomocny.
- A więc jeśli wolisz myśleć o ludziach... powiedz, co myślisz o mnie.
- Że niby co? Ujawniamy swoje tajemnice? - Zdezorientowana kręci głową.
- Naprawdę przyszłam tu tylko po to, by się z kimś spotkać. Kiedy
wysiadły projektory, a strażnicy zaczęli odciągać ludzi, wybrałam cię,
żeby odwrócić ich uwagę, bo widziałam, jak zmieniasz koszulę.
Pomyślałam, że ciebie pewnie też nie powinno tu być i że będziesz ze mną
współpracował.
Nuda. To nie jest prawdziwa historia. Taka dziewczyna nie zjawia się w takim miejscu bez dobrego powodu. Nawet ja nie zjawiam się w takim
miejscu bez dobrego powodu - to, że poniosłem dotkliwą porażkę i nie
zyskałem nowych informacji na temat miejsca pobytu komendant Antje
Towers, tylko dolewa oliwy do ognia. Ale polowanie na dawnego pionka
LaRoux Industries będzie musiało poczekać. Parskam, dając Dołeczkowi do
zrozumienia, że nie kupuję jej historyjki, i znajduję komponenty,
których szukałem. Zaraz mogę zaczynać imprezę.
Dziewczyna milknie, skubiąc wargę, a ja zerkam na jej profil.
- Jak to zrobiłeś? - pyta. - Skąd wzięła się ta piana?
Przesuwam językiem po zębach, a posmak wypełniający usta każe mi się
skrzywić.
- Pastylka SysCleanz. Gdy wrzucisz ją do odkażonej wody, tworzy się
zasadowy roztwór do czyszczenia obwodów. Gdy rozgryziesz ją bez wody,
czego producenci nie polecają, niemal eksplodują ci usta.
- Aha - mruczy i choć najwyraźniej nie zamierza tego przyznać, widzę, że
jest pod wrażeniem.
Założę się o swoje buty, że zachowa tę informację na przyszłość, na
wypadek gdyby miała jej się przydać.
- Masz jakieś imię, przyszła żonko? - pytam, korzystając z przewagi.
- Alexis.
- Miło cię poznać, Alexis.
Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli zostanę przy "Dołeczku", co?
Przecież to i tak nie jest twoje prawdziwe imię.
- A ty?
- Sam Sidoti - mówię i tym razem to ona mierzy mnie spojrzeniem.
- Samantha Sidoti prowadzi wieczorne
wiadomości na kanale SDM - zauważa. - Poza tym jest kobietą.
- Przyłapałaś mnie. - Podnoszę wzrok znad roboty, a kiedy ona spogląda
na mnie przez ramię, odkrywam, że wywołanie tej maleńkiej zmarszczki na
jej czole jest niemal równie zabawne, jak patrzenie na jej dołeczki. -
Już prawie kończę. Chyba powinniśmy ułożyć jakiś plan i przygotować się
na moment, kiedy nasi przyjaciele zaczną biec do miejsca, gdzie za mniej
więcej minutę powstanie awaria. A może plan jest taki, że każde z nas
pójdzie w swoją stronę?
Przez chwilę milczy i nie wiem, czy rozważa, co wybrać, czy nasłuchuje
kroków.
- Jeśli się rozdzielimy, jest mniej prawdopodobne, że nas zatrzymają -
mówi powoli, obserwując moje dłonie, kiedy wpisuję ostatnią komendę i przebiegam palcami po ekranie. Jej ton staje się stanowczy. - Ale mam
kartę dostępu do schodów przeciwpożarowych, na których nie ma
monitoringu. Możesz ze mną iść, jeśli chcesz.
No, no, interesujące. Wyłączam lap-ekran, przyciskając kciuk do czytnika
linii papilarnych, po czym wyciągam chip i wsuwam go do kieszeni.
- Lubię dziewczyny, które angażują się w związek. W dzisiejszych czasach
niełatwo takie znaleźć.
Przekrzywiam głowę z boku na bok i kilkakrotnie kręcę ramionami - od
symulowania ataku ciało nieźle się spina - po czym obciągam koszulę.
- No i? - dopytuje. - Gotowe?
Unoszę rękę - nie mogę się powstrzymać, żeby trochę się nie popisywać -
w myślach odliczam do pięciu i pstrykam palcami.
Rozpętuje się piekło.
Dźwięk wyjącej syreny zalewa korytarz, więc choć widzę, że usta
dziewczyny się poruszają, alarm uniemożliwia mi usłyszenie jej słów.
Postanawiam myśleć, że komplementuje to, jak świetnie zhakowałem system.
Szybko potrząsa głową, po czym przysuwa usta do mojego ucha i przez
chwilę jestem zbyt skoncentrowany na cieple jej oddechu, żeby ją
usłyszeć.
- Ty kretynie, musimy się stąd wydostać schodami przeciwpożarowymi!
Uśmiecham się szeroko.
- Zadbałem o to, by system odczytał, że pożar wybuchł na schodach -
odkrzykuję. - Wszyscy będą się kierować na drugi koniec budynku.
Dziewczyna milknie, a ja mam chwilę, żeby rozkoszować się jej dość
powściągliwym podziwem. Po chwili ruchem głowy daje mi znać, żebym
ruszył za nią, i wymyka się na korytarz, skręca w prawo, a potem znowu w prawo.
Przy najbliższym rozwidleniu gwałtownie się zatrzymuje, bo przez jazgot
syreny przedziera się krzyk. Z tego, co udaje mi się ustalić, krzyk
dochodzi z holoapartamentu, w którym byliśmy wcześniej. Nie jest to
jednak wzburzony okrzyk ani żądanie wolności wysunięte przez
protestujących, którzy przypomnieli sobie, po co przyszli. To krzyk, który urywa się wraz z przenikliwym piskiem
broni laserowej.
Dziewczyna spogląda mi w oczy, a jej źrenice są rozszerzone ze strachu,
który odzwierciedla przyspieszone bicie mojego serca. Cokolwiek się tu
dzieje, nie na to się przygotowywaliśmy, planując nawet najgorszy
możliwy scenariusz wydarzeń.
- Widziałeś...? - Podnosi głos, żeby przekrzyczeć hałas, ale w jej tonie
słyszę wyższą nutę, niepokój. - Kiedy opuszczaliśmy tamto miejsce...
Widziałem ludzi nieruchomych jak posągi pośrodku pomieszczenia,
zwróconych niczym wyznawcy w stronę ogromnego metalowego pierścienia
wypełniającego się niebieskim ogniem. Wydaje mi się, że wiem, czym był
ten pierścień, ale...
- Ci ludzie! - odkrzykuję. - Nie wiem, co tam się, u diabła, działo...!
- Ja wiem! - Jej odpowiedź prawie mi umyka, ale jej mina jest oczywista.
Na krótką chwilę Dołeczek zrzuca maskę, a wiedza, którą ma, wstrząsa nią
do głębi.
Biorę oddech i poruszam ustami, żeby zadać jej pytanie, ale ona nie daje
mi takiej szansy. Zrywa się do biegu, wcześniej chwytając mnie za ramię,
żeby mnie odwrócić i pociągnąć za sobą innym korytarzem.
Wszystkie ściany są takie same, pomalowane na kremową biel, podobnie jak
wszystkie drzwi, co daje niepokojące wrażenie, że kręcimy się w kółko,
ona jednak się nie waha, raz po raz skręcając i lawirując korytarzami.
Mój wyjący alarm przeciwpożarowy zadziałał. Na korytarzach nie ma nikogo
poza przypadkowym strażnikiem, którego bez problemu omijamy. Po jakimś
kwadransie dziewczyna w końcu się zatrzymuje, unosi rękę i zamyka oczy,
by zajrzeć do wewnętrznej mapy. Staram się czymś zająć - sprawdzam, czy
w pobliżu nie ma żadnych niepożądanych gości. Po pół minuty moja
towarzyszka kiwa głową i daje znak, żebym ruszył za nią.
Chciałbym się dowiedzieć więcej - o wiele
więcej - o tej dziewczynie, która ma przepustkę na schody
przeciwpożarowe, zabójczy uśmiech i która zapamiętała mapę wszystkich
korytarzy dostępnych jedynie dla personelu.
Niestety kończy nam się szczęście. Wyglądamy za róg i dostrzegamy
strażnika stojącego przy drzwiach opatrzonych neonowym znakiem
wskazującym wyjście na schody przeciwpożarowe. Mężczyzna jest pulchny, a jego koszula tak nowa, że wciąż ma fabryczne zagniecenia. Zgaduję, że
facet pracuje tu od niedawna. Jego szeroko otwarte oczy świadczą o tym,
że nie pisał się na doświadczenie czegoś takiego na tak wczesnym etapie
swojej kariery. Nie wiem, co widzi moja towarzyszka, ale bez względu na
to, co to jest, uśmiecha się i znów chowa za róg.
Unosi dłoń, żeby przycisnąć mi ją do piersi, i przez krótką chwilę
potrafię się skupić jedynie na tym punkcie, na cieple jej skóry
przenikającym przez moją koszulę. Popycha mnie na ścianę. Zaczynam
zauważać w tym pewien wzorzec. Najwyraźniej nie przywykła do pracy
zespołowej.
- Zostań tu - nakazuje, po czym tą samą dłonią szuka czegoś w staniku.
Domyślam się, że to działanie, któremu mam się przyglądać, więc to
robię. Wyciąga małą niebieską kapsułkę i rozgniata ją ręką. Kiedy
przeczesuje palcami platynowe włosy, spostrzegam, że kapsułkę wypełniono
farbą, bo ten krótki ruch wystarcza, by jej włosy pokryły się
jasnoniebieskimi pasemkami.
- Dobra, to właśnie mój sekret - rzuca, przykucając, by wytrzeć rękę o wykładzinę.
- Tak?
Szczerzę się, a ona odpowiada wstydliwym uśmiechem, tym razem ukazując
tylko jeden dołeczek. To chyba podoba mi się jeszcze bardziej. Podoba mi
się, że - przynajmniej na razie - jej strach ustępuje, choć w jej
spojrzeniu wciąż dostrzegam jego ślady.
- Patrz i ucz się. - Czystymi palcami szczypie się w policzki, tak że
robią się zaczerwienione, i łapie kilka szybkich oddechów, po czym
wypada za róg. Biegnie prosto na strażnika i rzuca się na niego z płaczem. Widziałem w życiu wielu artystów prezentujących wyższy poziom,
ale ta dziewczyna jest naprawdę dobra.
Mężczyzna zdaje się oszołomiony tym, że trzyma w ramionach
rozhisteryzowaną niebieskowłosą nastolatkę, i zarzuca ją wariacjami zdań
w stylu: "Jesteś ranna?" i "Punkt ewakuacyjny znajduje się po tamtej
stronie, panienko". Nie spuszczając ich z oka, ściągam koszulę, szybko
odwracam na drugą stronę i znów wkładam, tak że logo LaRoux Industries,
które wyszyłem, ponownie znajduje się na wierzchu.
Tymczasem Dołeczek bierze kilka gwałtownych oddechów i znów próbuje coś
powiedzieć, tym razem nieco wyraźniej pomimo "przerażenia".
- Tam - dyszy, wskazując na korytarz po przeciwległej stronie od tego, w którym się ukrywam. - Próbował wziąć mnie jako zakładniczkę. Ma broń!
Proszę, musi mi pan pomóc. - Po tych słowach oddaje się rozpaczliwym
jękom, chociaż syrena nad naszymi głowami wyje tak głośno, że nie słyszę
nic poza nią.
Z mowy ciała strażnika domyślam się, co mówi, kiedy udaje mu się
wyswobodzić ramię z uścisku dziewczyny. "Zostań tu" i "Zajmę się tym".
Kiedy jednak zaczyna biec w kierunku, który mu wskazała, nie porusza się
zbyt szybko. Prawdopodobnie wcale nie chce znaleźć tego uzbrojonego
porywacza, i prawdę mówiąc, trudno mu się dziwić.
Nie wychodzę z ukrycia, dopóki strażnik nie znika za rogiem, po czym
spiesznie podbiegam do swojej przyjaciółki, która szpera w torebce - kto
jeszcze nosi torebki? - po czym wyjmuje kartę magnetyczną. Kiedy czytnik
rozbłyskuje na zielono, na twarzy dziewczyny pojawia się lekki wyraz
ulgi. Po chwili znajdujemy się na surowej klatce schodowej. Odgłos
alarmu jest tu nieco przytłumiony, więc kiedy zaczynamy schodzić, nasze
kroki niosą się echem.
- Coś ty tam, u diabła, zrobił?! - woła do mnie przez ramię po dłuższej
chwili. - Widziałam, że majstrujesz coś na lap-ekranie i że podpiąłeś
port danych do drzewa tuż przed tym, jak holoprojektory przestały
działać, ale teraz mamy do czynienia z zupełnie innym poziomem systemu
zabezpieczeń.
Kusi mnie, by jej powiedzieć, że nie mam pojęcia. Siedziałem na
serwerach LaRoux i zauważyłem dziwne skoki energii, o których chciałem
się dowiedzieć czegoś więcej, ale ledwie zacząłem. Nic, co uruchomiłem,
nie powinno było wywołać tak panicznej reakcji. Dawniej niektóre z moich
trików mogłyby spowodować zamieszanie. Ale ostatnimi czasy, o ile ktoś
nie zajdzie mi za skórę... Tak czy siak, żadne z moich działań nie
tłumaczyłoby wystrzałów dobiegających z holoapartamentu.
Zaczęliśmy dwadzieścia pięter wyżej - choć to liczba względna, ponieważ
parter nie sięga prawdziwej powierzchni Koryntu - i zostały nam jeszcze
trzy, więc oszczędzam oddech, bo przyda mi się w czasie biegu.
Nagle drzwi na parterze rozwierają się z trzaskiem i wybiega przez nie
trzech strażników. Za bardzo się rozpędziliśmy, żeby natychmiast stanąć,
więc przywieram do ściany i staram się znaleźć poza zasięgiem ich
wzroku. Dziewczyna chwyta mnie za koszulę, by zahamować, po czym wpada
na ścianę obok mnie. Stoimy w bezruchu, zastanawiając się, czy strażnicy
nas dostrzegli i czy wbiegną po schodach.
Oczywiście, że tak. Czy cokolwiek poszło dzisiaj po mojej myśli? Nie ma
mowy, żebyśmy dostali się do wyjścia niezauważeni, więc chowam torbę z wyświetlaczem za plecy i wychodzę im naprzeciw z nadzieją, że pomoże mi
fałszywy uniform LaRoux Industries. Moja wspólniczka trzyma się za mną i najwyraźniej żywi równie mocną nadzieję, że strażnicy nie zauważą, iż
ona uniformu nie ma.
- Tylko mnie nie zastrzelcie, panowie! - wołam tonem, który wskazuje na
to, że ta wizja mnie bawi. - Cholernie trudno będzie mnie zastąpić!
Trzy lufy unoszą się, po czym opadają, kiedy mężczyźni dostrzegają moją
koszulę. Wygląda na to, że pomogła mi osiągnąć cel, przynajmniej z oddali.
- Co robicie na tej klatce schodowej?! - woła jeden z nich.
Cholera, dobre pytanie. Pracownik LRI powinien wiedzieć, którędy się
ewakuować.
Wtedy zza moich pleców odzywa się Dołeczek vel Alexis - muszę się w końcu dowiedzieć, jak naprawdę ma na imię.
- Na górze powiedziano nam, że to może być problem techniczny. Nie ma
tam dymu ani płomieni, więc sprawdzamy alarmy ręcznie.
Trzeba przyznać, że laska ma refleks.
- Prace konserwacyjne - przytakuję celowo znużonym tonem. - Niektóre z nich da się sprawdzić tylko osobiście, a jeśli to fałszywy alarm, ktoś
najwyraźniej tego nie zrobił. Czy możemy prosić, żebyście opuścili
klatkę schodową? Mogą na was zareagować czujniki ruchu.
Dwóch z nich od razu kupuje naszą historyjkę, ale mężczyzna, który zadał
nam pytanie, nie jest przekonany - mierzy mnie spojrzeniem i dopiero po
chwili odwraca się, żeby ruszyć za kolegami. Wciąż ściska broń.
- Wielkie dzięki! - wołam za nimi najradośniej, jak potrafię.
Zza moich pleców dobiega cichy głos mojej towarzyszki:
- Możemy się dostać na drugie piętro. Wychodzi na ulicę. W ten sposób
ominiemy hol.
Kiwam głową i ruszamy. Trzymam się pomiędzy wspólniczką a schodzącymi na
parter strażnikami. Mam nadzieję, że dziewczyna zdaje sobie sprawę, iż
ukrywam tylko jej brak uniformu, a nie chronię ją własnym ciałem.
Chwileczkę! - krzyczy ten dociekliwy strażnik, który jest już w połowie
schodów na górę. Przyciska dłoń do ucha, gdzie zapewne znajduje się
słuchawka, przez którą ktoś przekazuje mu informacje o nas.
Alexis klnie pod nosem. Przez chwilę mam wrażenie, że mówi z obcym
akcentem, po czym oboje biegniemy do drzwi.
- Stać!
Cała trójka ochroniarzy rzuca się w górę schodów. Dzieli nas od nich
tylko kilka metrów. Wykrzykują groźby, ich głosy dudnią tak samo głośno
jak ich kroki, a nad nami wciąż rozlega się wycie alarmu.
Dziewczyna wybiega przede mnie i popycha dźwignię antypaniczną, żeby
otworzyć drzwi. Słońce wdziera się do środka i oświetla klatkę schodową.
Kładę dłoń między łopatkami Alexis i popycham ją na zewnątrz, po czym
wypadam za nią, a torba z wyświetlaczem obija mi się o biodro. Ścigający
nas mężczyźni nie mają stabilnego celu, a ja robię unik, żeby dodatkowo
utrudnić im zadanie.
W następnej chwili dobiega mnie pisk zaawansowanego pistoletu
laserowego. Kiedy zatrzaskuję za sobą drzwi, w moim ramieniu zagnieżdża
się fala bólu, która przenosi się do klatki piersiowej i sprawia, że
moje nerwy stają w ogniu.
Rozdział 3. Sofia
3
Sofia
Skowyt laserowej broni strażnika przeszywa powietrze i przez krótką,
oszałamiającą chwilę przenoszę się do domu i nasłuchuję odległej wymiany
ognia pomiędzy wojskiem a fianna. Po chwili rozlega się drugi strzał,
który nieszkodliwie odbija się od framugi, a mój przypadkowy partner
popycha mnie przez drzwi.
Wyskakujemy na ulicę. Górują nad nami połyskujące drapacze chmur z chromu i szkła. Miasto rozciąga się na długość niemal całego Koryntu,
podzielone na kontynenty, sektory i dzielnice. Brak tu malowniczej
panoramy, bo metropolia ciągnie się w nieskończoność, a nowe wieżowce
buduje się na dachach starych. Żeby zniknąć w slumsach poniżej
właściwego Koryntu, trzeba by znaleźć windę zjeżdżającą pod obecny
poziom ulicy. Nie mamy jednak tyle czasu, więc rozglądam się wokół,
szukając sposobu na szybszą ucieczkę. Po wykryciu ruchu stojący tuż obok
billboard wywrzaskuje reklamę wprost do mnie: "Nie przegapcie
spektakularnego, poruszającego hołdu dla ofiar jednej z największych
tragedii tego milenium! Odwiedźcie orbitalne muzeum Dedal! Wpływy z pierwszego tygodnia zostaną przekazane rodzinom osób, które zginęły w katastrofie Ikara!".
Zaciskam zęby, próbując nie dopuścić do siebie makabrycznego przekazu i skupić się na następnym ruchu. Chłopak stoi pochylony nad klawiaturą
numeryczną przy drzwiach i majstruje coś przy chipie, który wciąż wysuwa
mu się z kieszeni. Po wszystkim z urządzenia wydobywa się rozdrażnione
zgrzytanie i ekran nad klawiaturą gaśnie.
- Niesprawny zamek powstrzyma ich tylko na chwilę - mruczy. - Musimy
ruszać.
- Taksówka - sapię, kiedy obok przelatuje poduszkowiec z parą
rozchichotanych nastolatków wychylonych przez tylne okna.
- Namierzą płatność z palmpada - rzuca szorstko mój towarzysz, jakby nie
mógł uwierzyć, że zaproponowałam coś tak niedorzecznego.
- Litości. - Przewracam oczami i podchodzę do krawędzi platformy, gdzie
przejeżdżają rozpędzone pojazdy.
Jeśli chce iść ze mną, proszę bardzo. Jeśli nie, niech sobie radzi sam.
Odgarniam niebieskie włosy z oczu, biorę kilka szybkich oddechów i staję
na krawężniku. Pierwszą wolną taksówkę, która nadjeżdża, przepuszczam -
kierowcą jest kobieta, a jeśli plan ma zadziałać, muszę zmaksymalizować
swoje szanse. Następny pojazd wygląda obiecująco, więc unoszę rękę i nakręcam się, biorąc kolejne szybkie oddechy. Kiedy kierowca staje przy
krawężniku, oddycham spazmatycznie.
- Bardzo pana proszę - rzucam bez tchu, nachylając się do okna, kiedy
mężczyzna wciska guzik i okienna membrana znika. - Może mi pan
powiedzieć, jak się stąd dostać do East Central Heights? Razem z bratem
dopiero przybyliśmy na Korynt i mamy się kierować do mieszkania cioci,
ale nie wiem, gdzie jesteśmy, a ktoś ukradł mi palmpada, więc szliśmy
pieszo i... - Przełykam ślinę, przerywając niekończące się biadolenie
zduszonym oddechem.
Taksówkarz przygląda mi się ze zdziwieniem, po czym podejrzliwie
spogląda w stronę tylnego okna, gdzie mój nowo poznany haker opiera się
o nadwozie samochodu i wygląda na kompletnie rozleniwionego. Mam ochotę
go udusić. Mógłby mi przynajmniej pomóc odegrać tę scenę rozpaczy. Na
szczęście ma na tyle rozumu, żeby nie zareagować na to, że
"narzeczonego" zamieniłam na "brata". Ten kierowca ma dwadzieścia, może
trzydzieści lat, a kiedy się nachylam, jego oczy rozbłyskują. Cóż, nie
jest to może najbardziej elegancki trik, ale lada chwila strażnicy
zaczną przeczesywać ulice. Nie ma czasu na elegancję, trzeba sięgnąć po
sztuczkę starą jak świat. Sztuczkę, która działała na żołnierzy na mojej
planecie i która działa też na tutejszych mieszczuchów.
- Musicie się dostać na kolejny poziom - odpowiada powoli taksówkarz.
Waha się, a ja próbuję nie napierać. Sam musi wpaść na ten pomysł. - W tamtą stronę, mniej więcej kilometr stąd, znajduje się kładka dla
pieszych - wyjaśnia, wskazując głową kierunek, z którego nadjechał.
Mocno pociągam nosem, pozwalając, by zobaczył, jak próbuję wziąć się w garść.
- Czy mógłby mi pan narysować mapę? Bez palmpada jestem taka zagubiona...
Ciągle słyszymy, że jesteśmy na niewłaściwym poziomie, a ja... Ja już nie
mam siły chodzić. Chcę się znaleźć w domu, ale stąd nawet nie widać
Regency Towers. - Wybrałam jeden z najdroższych budynków w tej części
Koryntu. Jeśli nie przekonuje go scenka z damą w opałach, może zwycięży
chciwość.
Kiedy mężczyzna spogląda na taksometr, jego oczy nieco się zwężają.
Bębni kciukiem o drążek sterowy, a kiedy przenosi wzrok na mnie,
wpatruję się w niego wielkimi oczami w obramowaniu mokrych rzęs. Żałuję,
że tak łatwo przychodzi mi przywołanie łez. Widok ludzi o pustych
spojrzeniach w holoapartamencie i nasza ucieczka wstrząsnęły mną
bardziej, niż jestem skłonna przyznać. Chociaż powinnam już przywyknąć
do ucieczek, moje dłonie zaczynają drżeć. Opieram je o drzwi taksówki,
żeby to ukryć.
Kierowca wzdycha.
- Wasza ciotka mieszka w Regency Towers?
Kiedy to potwierdzam, zerka do tyłu na mojego towarzysza, który wciąż
opiera się o samochód... Chłopak już nawet nie obserwuje tego, co się
dzieje, spogląda w dal z zaciśniętą szczęką i zaplecionymi na piersi
ramionami. Jego ciało komunikuje najbardziej agresywny przekaz, jaki
można sobie wyobrazić. Dzięki, kretynie, że ułatwiasz mi sprawę. W końcu
kierowca wskazuje głową tylne siedzenia.
- Wskakujcie. Wasza ciotka zapłaci, kiedy dojedziemy na miejsce, tak?
- Naprawdę?! - krzyczę, jak gdyby myśl, że mógłby nas podwieźć, w ogóle
nie zaświtała mi w głowie. - O Boże! Jest pan moim bohaterem! Dziękuję!
- Przypadam do samochodu, nie dając mu czasu na zmianę decyzji, i pociągam za drzwi, o które opiera się mój nowy kolega, co sprawia, że
chłopak traci równowagę. - Chodź, braciszku - mamroczę, tak żeby tylko
on usłyszał moje słowa.
Chłopak w milczeniu wsiada do pojazdu i przesuwa się wzdłuż rzędu
siedzeń, by zrobić mi miejsce. Gdy drzwi się za mną zatrzaskują,
rozsiadam się na fotelu ze sztucznej skóry.
- Bardzo panu dziękuję. Powiem cioci, żeby dała panu hojny napiwek za
dobre serce.
Taksówkarz spogląda na mnie przez ramię i uśmiecha się szeroko, po czym
przesuwa drążek naprzód i włącza się do ruchu pojazdów przelatujących
przez środkowy poziom sektora. Jest na swój sposób przystojny -
przypomina kolesia, który wyrabiał mi fałszywe dokumenty, z tą różnicą,
że prawie na pewno nie ma w zwyczaju łamać palców niepłacącym klientom.
Przynajmniej taką mam nadzieję.
- Skąd pochodzicie?
To pytanie zbija mnie z tropu. Daremnie próbuję zwrócić uwagę swojego
bezużytecznego partnera. Gęsto mrugając, spoglądam na kierowcę.
- Słucham?
- Mówiłaś, że dopiero przybyliście na Korynt. Zastanawiałem się, skąd
jesteście. - Znów patrzy przed siebie, ale podnosi wzrok, żeby spojrzeć
na mnie w lusterku wstecznym.
- Ach... Z Babelu - odpowiadam, podając nazwę pierwszej z brzegu planety,
na której nigdy nie byłam.
- Nie żartuj! - woła mężczyzna ze śmiechem. - Urodziłem się na Babelu. Z jakiego jesteście sektora? Byliście kiedykolwiek w barze kilka poziomów
pod Regency Towers? To miejsce spotkań fanów T-Wingów z Babelu. Przy
okazji każdego meczu naszej drużyny do knajpy walą tłumy. Może kiedyś
wpadniesz?
Wygląda na to, że mój seksapil jednak zadziałał. Zerkam na mojego
"brata", żeby sprawdzić, czy zachowa się stereotypowo i nadopiekuńczo,
żeby odeprzeć propozycje taksówkarza i... zamieram. Haker spogląda na
swoją zaciskaną przez cały czas dłoń. To, co odczytałam jako arogancję,
okazało się czymś zupełnie innym. Kiedy podnosi rękę, jest splamiona
czerwienią.
Orientuje się, że na niego patrzę, i chowa rękę. Taksówkarz nie
przestaje mówić, co jakiś czas zerkając na mnie w lusterku wstecznym,
ale jego słowa zlewają się w odległy szum.
Nie wiem, jak poważna jest sytuacja, ale krew nie przestaje płynąć, choć
chłopak próbuje ją zatamować. Na Avonie zaszyłam wiele ran, ale teraz
nie mogę się przyjrzeć jego dłoni ani zapytać, jak się czuje. Kiedy
kierowca zorientuje się, że wiezie ofiarę strzelaniny, stanie i wyrzuci
nas na pobocze. W miejscu, w którym byliśmy, tego typu urazu można było
się dorobić jedynie od przedstawicieli władzy, więc choćbym flirtowała z taksówkarzem bez końca, facet nie będzie chciał ściągać na siebie
oskarżeń o pomoc w popełnieniu przestępstwa.
Tym razem naprawdę muszę walczyć z drżeniem swojego głosu.
- Myślisz, że ciocia będzie się na nas bardzo złościć za to, że się
spóźniliśmy? - pytam "brata", przerywając taksówkarzowi, a ten milknie.
Chłopak spogląda mi w oczy i się krzywi.
- Myślę, że średnio. - Poprawia się na fotelu, przenosząc ciężar ciała
na drzwi. - Pewnie jej minie, jeśli szybko ją przeprosimy.
Spoglądam na ekran GPS-u na tablicy rozdzielczej taksówki. Gdybym
mieszkała w innym punkcie sektora, od mojego domu mogłoby nas dzielić
wiele godzin jazdy magpociągiem, ale celowo wybrałam lokum ze względu na
bliskość siedziby głównej LaRoux Industries. No dobra. Było też całkiem
stylowe. Od celu dzieli nas zaledwie kilka minut drogi. Mogę wprowadzić
chłopaka do budynku od strony ulicy, a potem bocznymi drzwiami.
Zakładając, że nie straci zbyt wiele krwi, zanim uda nam się znaleźć w windzie, mogę zostawić tu kierowcę w oczekiwaniu na nieistniejącą ciotkę
i będziemy wolni.
- Długo będziecie na Koryncie? - pyta kierowca, wznawiając
przesłuchanie, jak gdybym nie przerwała mu, żeby porozmawiać z blondynem
wykrwawiającym się na tylnym siedzeniu. - Przeprowadzacie się tu czy
tylko wpadliście w odwiedziny?
- Wpadliśmy w odwiedziny - odpowiadam, próbując przywołać urok osobisty
i odpędzić niepokój. - Rodzina, te sprawy.
- Wiadomo. Będziesz mogła się wyrwać któregoś dnia?
- Hmm... Mój brat nie lubi, kiedy spotykam się z nieznajomymi. - Spoglądam
na siedzącego obok chłopaka, który unosi brwi z ironicznym rozbawieniem.
Nawet nie znam jego imienia.
Taksówka zatrzymuje się gładko przy krawężniku platformy przed
południowym budynkiem apartamentowca Regency Towers. Kierowca odwraca
się, zerkając to na mnie, to na mojego sąsiada.
- Daj spokój, chyba nie wyglądam aż tak podejrzanie?
Ma miły uśmiech i choć nie zachowywał się zbyt subtelnie, obczajając
mnie, kiedy błagałam go o pomoc, w końcu się nad nami zlitował. Nie mam
jednak dla niego zbyt wiele współczucia. Człowiek sam się prosi, żeby go
oszukać, i oszust w końcu go znajdzie. Odwzajemniam uśmiech i wzruszam
ramionami.
- Może któregoś dnia się wymknę - odpowiadam szeptem, tak żeby miał
wrażenie, iż nie chcę, by brat usłyszał, po czym wyciągam rękę do drzwi.
- Hej, hej, zaraz. - Kierowca wciska autoblokadę i moje drzwi wydają
znajome kliknięcie. - Możesz poczekać w samochodzie i wysłać brata po
palmpada ciotki, żeby zapłacić za kurs.
Cholera. Ponownie zerkam na siedzącego obok chłopaka, którego leniwy
wymuszony uśmiech zniknął. Drzwi z jego strony nie są zablokowane, ale
jeśli kierowca zauważy, że sięgam do klamki, je także zamknie. Czas
pożegnać się z nadzieją, że mamy do czynienia z idiotą oraz frajerem.
Nie zdziwiłabym się, gdyby mój haker wyskoczył i uciekł - na jego
miejscu pewnie bym tak zrobiła. Potrzebna mu pomoc medyczna i to szybko,
poza tym zdążył już zauważyć, że mam gadane i potrafię się wykręcić z wielu rzeczy. Mógłby mnie tu zostawić bez poczucia winy.
On jednak się nie rusza, a w jego orzechowozielonych oczach pierwszy raz
od naszego spotkania dostrzegam powagę.
- Brat? - rzucam do kierowcy, przesyłając mu najweselszy, najbardziej
kokieteryjny uśmiech, który opanowałam, studiując w holowidzie materiały
z roześmianymi kilkunasto i dwudziestolatkami z górnego poziomu Koryntu,
bawiącymi się w nocnych klubach. - Ale z pana frajer - mówię ze
śmiechem. Lepiej, żeby myślał, że został obrobiony przez flirciarę, niż
by odkrył, że nieświadomie pomógł dwojgu przestępcom uciec z najpilniej
strzeżonego ośrodka na tej półkuli.
Proszę, kimkolwiek jesteś... współpracuj ze mną, przekazuję w myślach
rannemu chłopakowi.
Nachylam się i opieram o jego zdrowe ramię, po czym odwracam jego twarz
ku sobie, żeby go pocałować. Słyszę, jak zaskoczony i zdezorientowany
kierowca nabiera powietrza. Chociaż ustami muskam wargi chłopaka, nie
spuszczam oka z taksówkarza. Zgodnie z moimi oczekiwaniami mężczyzna
prycha oburzony. Nie myśli już o zapłacie ani o tym, żeby zatrzymać mnie
w samochodzie, dopóki nie dostanie pieniędzy - nie myśli też jeszcze o tym, żeby zablokować wszystkie drzwi.
Szybko, ale płynnie przesuwam drugą dłoń po kolanie mojego towarzysza i sięgam do kontrolek na drzwiach. Kierowca w końcu odzyska nad sobą
panowanie, a jego dezorientacja i złość miną, więc muszę otworzyć drzwi,
żebyśmy mogli uciec. Już mam przyłożyć dłoń do skanera, kiedy czuję, że
wargi chłopaka wyginają się w łuk - uśmiecha się, szczerzy - i to jedyne ostrzeżenie, jakie otrzymuję,
zanim rozchyla usta i w pełni wykorzystuje moją sztuczkę, by wepchnąć mi
język do gardła.
Dupek.
Rozdział 4. Gideon
4
Gideon
Palce Alexis napotykają skaner na drzwiach za moimi plecami, a kiedy te
ustępują, jestem gotowy. Odrywam się od niej, żeby wytoczyć się z samochodu, a moja całuśna partnerka jest tuż za mną. Jakimś cudem udaje
mi się stanąć na ziemi i już po chwili, przy akompaniamencie okrzyków
taksówkarza, wymijamy tłumy kupujących i kilka elektrycznych rowerów.
Przez jakiś czas biegniemy idealnie zgrani, ale w pewnym momencie
dziewczyna wszystko psuje, wyciągając rękę w bok i uderzając mnie w pierś, kiedy skręcamy w boczną uliczkę. Fala bólu wije się w dół mojej
rannej ręki.
- Hej, a to za co? - syczę.
- Sam wiesz - rzuca zasapana.
Chciałbym myśleć, że zaparło jej dech po naszym namiętnym pocałunku w taksówce, ale biegniemy dosyć szybko.
- To ty mnie pocałowałaś, Dołeczku. Skąd miałem wiedzieć, że nie chcesz,
żebym się włączył?
- Mam na imię Alexis!
- A ja mam co do tego poważne wątpliwości.
Wypadamy za róg i zatrzymujemy się gwałtownie obok tylnego wejścia do
designerskiego butiku, oddychając ciężko. Dziewczyna chwyta mnie za
zdrowe ramię i obraca, żeby przyjrzeć się zakrwawionemu rękawowi.
- Jest źle? Wytrzymasz jeszcze kilka minut?
- Nie więcej - odpowiadam, ponownie przyciskając ranę dłonią. Szumi mi w głowie od upajającej mieszaniny ulgi, że udało nam się uciec, i bolesnej
świadomości, że dziś w holoapartamencie zobaczyłem coś naprawdę złego.
Litościwa matko usmażonych przewodów, ależ boli mnie ręka. - Znasz
jakieś miejsce, gdzie uda mi się to zatamować?
Dziewczyna przez dłuższą chwilę milczy, po czym kiwa głową.
- Znam.
Prowadzi mnie inną boczną uliczką pomiędzy kilkoma drogimi sklepami,
potem przez bramę w ogrodzeniu otaczającym wieżowce Regency Towers,
gdzie skierowała taksówkarza, a następnie przez sąsiadujący z nimi
ogród. Widzę, że opanowała ścieżki w tej okolicy, i podziwiam ją za to.
Stamtąd kierujemy się przez bramę dla personelu, więc kiedy dochodzimy
do wejścia do Camelot Heights - proszę, niech to będzie cel naszej
podróży, bo cholernie mnie boli - mamy pewność, że nie widział nas nikt
z ulicy. Dziewczyna zatrzymuje się i wyciąga z torby cienki dopasowany
kapelusz z filcu. Używa go, żeby zamaskować niebieskie włosy, kiedy
wbija kod bezpieczeństwa, i wślizgujemy się do środka. Laska, która
mieszka w takim miejscu, nie może się parać kryminalną robotą, a przynajmniej nie tego samego rodzaju co ja. Czy wemknęła się dziś do
holoapartamentu dla zabawy? Znów mam przed oczami obraz metalowego
pierścienia i strachu w jej oczach. Jeśli myślała, że to zabawa, teraz z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, że to coś o wiele poważniejszego.
- Kristina! - Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że uśmiechnięty
portier mówi do nas, a raczej do Dołeczka. - Kim jest twój kolega?
- Pozwól, że sama się tego dowiem, Alfie. - Śmieje się, prowadząc mnie
do windy.
Jej gra jest równie nieskazitelna, jak śmiech. Strach, który towarzyszył
jej w LaRoux Industries, zniknął - dziewczyna reaguje błyskawicznie.
Wybiera przycisk na samej górze - do luksusowego apartamentu na ostatnim
piętrze, jakżeby inaczej - i winda rusza z ledwie słyszalnym buczeniem.
Dopiero kiedy mijamy przedostatnie piętro i nikt do nas nie dołącza,
moja towarzyszka zaczyna szperać w torebce. Wyjmuje parę eleganckich
koronkowych rękawiczek i naciąga jedną z nich na prawą dłoń. Gdy
docieramy na ostatnie piętro, przyciska dłoń w rękawiczce do
kwadratowego panelu, który rozbłyskuje mlecznym światłem. Rozlega się
krótki trzask, jak gdyby całość była najeżona elektrycznością.
Mam tylko chwilę, żeby przyjrzeć się systemowi zabezpieczeń, po czym
drzwi się rozsuwają i staję w obliczu luksusu, jakiego nie widziałem od
lat. Dołeczek rzuca torebkę na kanapę i znika za ścianą z matowego
szkła, jednocześnie wydając mi polecenia:
- Usiądź, zanim się przewrócisz i rozetniesz sobie głowę.
Czuję się nieco winny, że zostawiam ślady - co w tych okolicznościach
jest trochę absurdalne - ale zdejmuję koszulę i przysiadam na skraju
kanapy. Jej mieszkanie jest obłędne. Od lat nie byłem w takim
apartamencie. Kiedyś w tego rodzaju miejscu czułem się jak w domu, ale
teraz z pewnością tak nie jest. Posadzki wyglądają jak z prawdziwego
marmuru i choć nie mam pewności, wydaje mi się, że przy kominku leży
stos prawdziwego drewna. Przeciwległa ściana jest zrobiona z najwyższej
klasy inteligentnego szkła i pokryta cienką warstwą opalizującej
powłoki, która kompensuje wiszący za oknem smog, żeby przekazać
nieskazitelny widok zachodu słońca na Koryncie. Ha.
- Niezła chata! - wołam, zwijając koszulę i przykładając ją do ramienia,
żeby zatamować krwotok. I tak do niczego się już nie nadaje. Potrzebuję
chwili, by uspokoić oddech i zastanowić się, jak to wszystko rozegrać. -
Czy to ten moment, w którym przyznajesz, że tak naprawdę nazywasz się
LaRoux i jesteś nadziana?
- Cóż, dobrze by mi było w rudych włosach.
Z pogłosu wnoszę, że jest w łazience. Jedna ruda LaRoux w Galaktyce
wystarczy. Ton głosu mojej Alexis jest swobodny, podobnie jak moje
zachowanie, ale na pewno oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że musimy
porozmawiać o tym, co zaszło. Słyszę, jak otwiera i zamyka szafkę, po
czym wychodzi, trzymając eleganckie czarne pudełko.
Sądząc po zawartości apteczki, Dołeczek pochodzi z zupełnie innej
warstwy niż powszechnie uwielbiana Lilac LaRoux. Są tu różnego rodzaju
środki, których nie widzi się w standardowych zestawach pierwszej
pomocy, od szpitalnych leków na oparzenia po sondy do płukania żołądka.
Wyciąga ręczny przyżegacz, wyjmuje mi z ręki koszulę i zabiera się do
pracy. Chociaż jej dłonie są wypielęgnowane, od razu można odgadnąć, że
nie pierwszy raz ma do czynienia z raną postrzałową.
- Cóż - mówię, próbując odwrócić myśli od nadchodzącego bólu. - Nie
wiem, jak u ciebie, ale ten dzień nie ułożył się tak, jak chciałem.
Dziewczyna podnosi wzrok, a na jej twarzy znów pojawia się ten
przekrzywiony uśmiech z jednym dołeczkiem, który trwa tylko chwilę. I wszystko staje się jasne. Ten uśmiech jest prawdziwy. Jeden dołeczek -
autentyk. Dwa - dziewczyna udaje. Cholera, zdecydowanie bardziej podoba
mi się ten przekrzywiony.
Taa... Jeszcze trochę potrwa, zanim zmądrzeję.
- Mogło być gorzej - rzuca, kończąc oczyszczać ranę, pochylona tak, że
widzę tylko górną część jej ufarbowanej na niebiesko fryzury. -
Wystarczyłoby kilka centymetrów w bok i musiałabym wymyślić o wiele
drastyczniejszy plan, żeby przekonać taksówkarza, by odwiózł do domu
mnie i tego trupa.
- Jeśli kiedykolwiek zginę, masz moje pozwolenie, żeby zostawić mnie
tam, gdzie upadnę. Możesz mi nawet odciąć części ciała, jeśli będą miały
na sobie obciążające dowody. Nic mi po nich. - Mówię za szybko, bo wiem,
że przyżegacz zapiecze o wiele bardziej niż igła do tatuażu.
Powinienem teraz sprawdzić, co wie ta dziewczyna, a następnie ukryć się
i nie wychylać, dopóki niebezpieczeństwo nie zostanie zażegnane. Mogę
zasięgnąć języka u swoich kontaktów - zacznę od Mae - i ułożyć plan, jak
się zabezpieczyć, a następnie poszukać dodatkowych informacji. Po tym,
co widzieliśmy, wszędzie będą nas szukać, i to z pewnością nie dlatego,
by pogratulować nam doskonałej umiejętności współpracy w warunkach
stresowych.
Przynajmniej jest szybka, a kiedy rana przestaje krwawić, widzę, że
blizna nie powinna za bardzo zapaskudzić mi tatuażu - zrobiłem go sobie
po tamtej robocie na Avonie. Staram się koncentrować na tym, a nie na
szarpiącym nerwy bólu w miejscu, które przypala moja towarzyszka, ani na
tym, że opiera się dłonią o moją klatkę piersiową, przytrzymując mnie w miejscu. Po wszystkim smaruje bliznę maścią na oparzenia i ból zamienia
się w błogie odrętwienie.
- Gotowe - mówi, przyglądając się swojemu dziełu, podczas gdy ja
przyglądam się jej. - Do jutra będziesz się czuł jak nowo narodzony. -
Pochyla się, żeby spakować i zatrzasnąć apteczkę. - Muszę zmyć to coś z włosów, bo wszystko zafarbuję.
- Też przydałby mi się prysznic, jeśli znajdzie się tam miejsce dla
dwóch osób - rzucam w odpowiedzi, a ona po prostu spogląda na mnie z uniesioną brwią, jak gdyby mówiła: "Serio? To wszystko, na co cię
stać?". - No weź, właśnie przeszedłem zabieg chirurgiczny - zauważam. -
Byłabyś rozczarowana, gdybym nie spróbował, ale nie jestem w najlepszej
formie.
- Do zjechania windą nie potrzeba mojej rękawiczki - mówi
niespodziewanie.
Nie mogę jeszcze wyjść. Ale zanim udaje mi się coś powiedzieć, dodaje:
- Jeśli wolisz zostać, SmartKelner potrafi przygotować rewelacyjnego
drinka.
Nie czeka na odpowiedź, zwyczajnie się odwraca i znika w łazience, a po
chwili słyszę, jak odkręca kran. Robię więc jedyną sensowną rzecz, jaka
przychodzi mi do głowy - zaczynam przeszukiwać jej rzeczy. Nie można
przecież marnować okazji, aby dowiedzieć się więcej o osobie, która cię
interesuje, prawda? A ja nie mogę wyjść, dopóki nie porozmawiamy o tym,
co zaszło. Przynajmniej do tego czasu będę miał zajęcie.
Wzdłuż stołu stoją oprawione w ramki zdjęcia Dołeczka i dwojga starszych
ludzi, którzy mogliby być jej rodzicami. Jedna z fotografii przedstawia
ich wszystkich na nartach w ramach bajecznie drogich holowakacji -
rozpoznaję chyba Alpy na Paradisie. Kolejna na tle panoramy sektora
Theta na Koryncie, z widokiem na morze. Są niemal idealne. Ten, kto je
dla niej zrobił, naprawdę nieźle się spisał. Jeśli jednak wie się, gdzie
szukać, można zauważyć, w którym miejscu zostały podrobione. Mam już
całkowitą pewność, że to nie jest jej mieszkanie. Należy za to do
Kristiny McDowell - przy drzwiach widzę paczki z takim nazwiskiem, a kiedy włączam konsolę w małym domowym biurze, moim oczom ukazuje się
historia wyszukiwań w hipernecie, głównie poczta elektroniczna i zakupy
online. Z tym, że dziewczyna nie ma na imię ani Kristina, ani Alexis.
Kimkolwiek więc jest Dołeczek, wiem o niej tylko tyle, że znajdowała się
w sytuacjach, w których trzeba było zastosować zaawansowane metody
pierwszej pomocy, i że wie o LaRoux Industries więcej, niż przyznaje.
Jestem pewien, że wcisnęłaby kamienie wydobywcom asteroidów i że z pewnością nie jest bogaczką Kristiną McDowell. Wyłączam konsolę i wychodzę z gabinetu, po czym kieruję kroki ku SmartKelnerowi i zamawiam
drinka dla dziewczyny oraz wodę mineralną dla siebie. Nie piję alkoholu
- moje szare komórki muszą działać sprawnie, a często bez przygotowania.
Wychodzi z łazienki w momencie, kiedy wpadam na pomysł, żeby sprawdzić,
co jeszcze, oprócz rękawiczek rozdzielczych i nielegalnych kart dostępu,
trzyma w torebce. Jej włosy wróciły do dawnego odcienia i dziewczyna
znów jest platynową blondynką z twarzą obramowaną sprężystymi lokami. Ma
na sobie kosztownie wyglądający czarny sweter i dżinsy. Przez chwilę
rozpaczam po zniknięciu krótkiej sukienki, ale stwierdzam, że w tym
niewymuszonym stroju także mi się podoba. Choć oczywiście nie powinienem
sobie teraz zaprzątać głowy takimi rzeczami.
- Ładnie ci w tej fryzurze. - Boże, dlaczego powiedziałem to na głos?
Brawo, stary.
Uśmiecha się szeroko i podchodzi, żeby wziąć ode mnie drinka.
- Tak jest najłatwiej. Ciężko w jednej chwili ufarbować włosy na
niebiesko lub różowo, kiedy są czarne. Okna, ustawienie numer pięć.
Inteligentne szkło delikatnie migocze, widoczny za oknem zachód słońca
zaczyna się ściemniać, a gwiazdy pojawiają się jedna po drugiej, choć
przecież na Koryncie od dziesięcioleci żadnej nie widziano. Światło
bijące od ciągnących się po horyzont budynków nie przyćmiewa
rozjarzonych gwiazd nad naszymi głowami. Oczywiście nie pierwszy raz
jestem świadkiem tej iluzji. Mikroprojektory namierzają ruch oka
patrzącej osoby i zmieniają pozycje, tak że ma się wrażenie, iż gwiazdy
to odległe punkciki na nieboskłonie, a nie projekcja świetlna rzucona na
odległość kilku metrów.
Dziewczyna spogląda na gwiazdy, jakby były czymś niezwykłym, a ja
obserwuję ją w milczeniu. Ściągnęła brwi i chociaż na jej twarzy maluje
się spokój, moją uwagę zwraca ułożenie jej ust, zaciętość, która nie
pasuje do spowijającej ją aury niewinności i nonszalancji. Być może tak
właśnie wygląda, kiedy jest sobą.
To się wymyka spod kontroli. Nie czas na to, żebym spoglądał na nią jak
zahipnotyzowany. Mam więcej rozumu. Czas wziąć ją na dystans, zacząć
używać mózgu.
- A więc... - Przeciągam samogłoski, starając się brzmieć zwyczajnie. -
Czy to dobry moment, żeby porozmawiać o tym, co się dziś wydarzyło?
Zapytałbym, co tam robiłaś, ale już tyle razy mnie dziś okłamałaś, że i tak bym ci nie uwierzył.
Milczy, kurczowo trzymając drinka. Po jakimś czasie upija duży łyk, po
czym odstawia szklankę na stół obok podrobionych zdjęć i odwraca się,
żeby podejść do kanapy.
- Kłamię, bo muszę - mówi zmęczonym głosem. - Korynt to okrutne miejsce.
Za powiedzenie prawdy ląduje się tam, na dole. - Wskazuje głową
rozciągające się nisko pod nami slumsy.
To mój teren, chociaż ona jeszcze o tym nie wie. Może zgaduje.
- Ten świat na dole daje wiele możliwości.
- Nie takich możliwości szukam - odpowiada. Powoli wydycha powietrze i mówi: - Naprawdę mam na imię Alexis. Ale to moje drugie imię, i nie, nie
zdradzę ci pierwszego. Zwłaszcza że okłamałeś mnie tyle samo razy co ja
ciebie. Byłam w LaRoux Industries ze względu na swojego ojca. Nie żyje z ich winy, a ja chcę się dowiedzieć dlaczego. Taka jest prawda.
Wierzę jej. Może nie jestem równie elokwentny, jak ona, ale potrafię
rozpoznać prawdę. Tym bardziej że ta prawda przypomina mi moją - może
właśnie dlatego ją rozpoznaję. Przeszywa mnie zimny ból współczucia. Sam
zbyt dobrze wiem, że tego typu strata potrafi postawić człowieka na
drodze, z której później nie umie zawrócić.
- Mam na imię Gideon - odpowiadam bez namysłu. - To moje prawdziwe,
pierwsze imię, które dała mi mama.
No nie, nie powiedziałem tego! Szukanie sposobu, aby się do kogoś
zbliżyć, to jedno, ale dzielenie się informacjami, o których nie wie
nikt, to coś zupełnie innego. Moje
zdenerwowanie rośnie, bo nie mogę wrócić do swojej kryjówki i przeanalizować tego, co się dziś wydarzyło. Palce mnie świerzbią, żeby
dotknąć klawiatury. Mój umysł pragnie przeskoczyć na drugą stronę sieci
i sprawdzić nieistniejące dane. Ostatnia seria programów namierzających
lada chwila powinna zdać raport. Powinienem przejrzeć fora, pogadać z Mae. Tak się właśnie dzieje, kiedy na zbyt długo zostawię ekrany.
Wszystko idzie w diabły. To najtrafniejsze określenie na opisanie
wydarzeń dzisiejszego dnia.
Dziewczyna nie spuszcza ze mnie wzroku, a ja próbuję przekierować
rozmowę na inne tory i odwrócić jej uwagę od mojego imienia z nadzieją,
że nie rozpracuje miliarda wskazówek, które pewnie jej podrzuciłem,
czego teraz żałuję.
- Powiedziałaś, że wiesz coś na temat wydarzeń, których byliśmy dziś
świadkami.
- Miałam się spotkać z kimś, kto mógł mi powiedzieć coś więcej, ale
wygląda na to, że się wycofała albo przestraszyła. - Potrząsa głową i zaplata ramiona wokół brzucha, jak gdyby chciała się osłonić. Opada z powrotem na kanapę. - Wierz mi, nie chcesz się w to mieszać.
- Już się w to wmieszałem. Oboje w tym siedzimy. Jeśli chcesz, możemy
się rozdzielić, ale prawdopodobnie mają nas na nagraniach z monitoringu
i ani się obejrzymy, a znajdą przynajmniej jedno z nas.
- Zastanawiam się, dlaczego miałabym ci zaufać, Gideonie - rzuca,
unosząc brew. - Skąd mam wiedzieć, że nie pracujesz dla nich i że nie
próbujesz wyciągnąć ode mnie informacji, którymi dysponuję. - Znów kręci
głową. Jej ruchy są skrępowane i powściągliwe, a jej ciało zdaje się
napięte.
Nie wystarczy nawet mój najbardziej czarujący uśmiech, żeby zachęcić ją
do mówienia, a kiedy widzę, jak zmienia się jej twarz na wspomnienie
tego, co dziś zaszło, uświadamiam sobie, że nie zdołam odejść, dopóki
nie zrozumiem tego, co się stało.
- W porządku. Chcesz zaufania? - Odstawiam wodę, podchodzę do kanapy i opadam na siedzenie. - Pozwól, że zacznę. Nie wiem, co napadło tych
ludzi, ale widziałem już kiedyś taki metalowy pierścień. Taki sam jak
ten z niebieskimi płomieniami, zamaskowany projekcjami w holoapartamencie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki