W sercu światła. Tom 3 - Amie Kaufman, Meagan Spooner

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Sofia

1

Sofia

Prze­świ­tu­jące przez trawę cęt­ko­wane świa­tło sło­neczne wygląda pięk­nie, choć wiem, że nie jest praw­dziwe. Nie ogrzewa mojej skóry. Nie będę miała od niego popa­rzeń ani pie­gów. Źdźbła nie ugi­nają się pod moimi sto­pami, cho­ciaż te zapa­dają się w mar­mu­rową posadzkę ukrytą pod holo­gra­ficz­nymi obra­zami. Rok temu wes­tchnę­ła­bym gło­śno na widok słońca i nie­bie­skiego nieba, nawet tych holo­gra­ficz­nych, ale dziś spra­wiają, że ogar­nia mnie tęsk­nota za domem. Ileż bym teraz dała, by pod­nieść głowę i ujrzeć sine chmury sunące po nie­bie w kie­runku mocza­rów i cią­gnącą się po hory­zont pustkę, któ­rej nie zdo­łałby odtwo­rzyć żaden holo­gra­ficzny westy­bul biu­rowca.

W holo­apar­ta­men­cie panuje tłok. Wielu z obec­nych tu ludzi zdaje się pra­co­wać w sie­dzi­bie głów­nej LaRoux Indu­stries, pozo­sta­łych trud­niej przy­po­rząd­ko­wać. Nie­któ­rzy noszą sta­ro­modne teczki w hoł­dzie zło­żo­nym latom dwu­dzie­stym dwu­dzie­stego wieku na Ziemi - to naj­now­szy trend wśród wyż­szej war­stwy. Innym wystar­czają palm­topy. Nosze­nie tore­bek i teczek to coś absur­dal­nie sztucz­nego, ponie­waż wszystko, co można by wło­żyć do środka - pie­nią­dze, doku­menty, tele­fony, karty iden­ty­fi­ka­cyjne - zostało zdi­gi­ta­li­zo­wane setki lat temu.

Ten trend uła­twia mi jed­nak nosze­nie wszyst­kiego, czego potrze­buję, bez koniecz­no­ści odpo­wia­da­nia na pyta­nia. Gdy­bym chciała być modna zale­d­wie kilka lat temu, musia­ła­bym się wci­snąć w pseu­do­wik­to­riań­ski przy­odzie­wek, a narzę­dzia pracy ukryć pod nie­wy­godną spód­nicą. Teraz moja roz­klo­szo­wana sukienka jest lekka i w razie koniecz­no­ści umoż­li­wia ucieczkę, a co naj­waż­niej­sze, deli­katna, nie­winna kre­mowa koronka spra­wia, że wyglą­dam na młod­szą niż moje sie­dem­na­ście lat. Przy­ci­skam torebkę do ciała, biorę głę­boki oddech i lustruję wzro­kiem tłum ludzi.

W powie­trzu wyczu­wam napię­cie, od któ­rego przy­spie­sza mi tętno. Jest sub­telne - tym, któ­rzy pozo­stają w cie­niu, udało się dosko­nale zama­sko­wać. Pra­wie. Ja jed­nak dora­sta­łam na pla­ne­cie Avon i potra­fię zlu­stro­wać tłum. Wiem, jak szybko pro­test potrafi się prze­ro­dzić w zamieszki. I jak spo­kojne mia­steczko w jed­nej chwili staje się polem bitwy.

Nie mam poję­cia, czy pra­cow­nicy roz­le­głej sieci bez­pie­czeń­stwa w LaRoux Indu­stries zdają sobie sprawę z tego, że na dziś zapla­no­wano nie­le­galne pro­te­sty. Doniósł mi o tym jeden z moich kon­tak­tów z orga­ni­za­cji Korynt prze­ciwko Tyra­nii - choć nazwa zrze­sze­nia jest idio­tyczna, kie­ruje się ono roman­tyczną ideą walki z opraw­cami. Kiedy roz­glą­dam się po holo­apar­ta­men­cie wypo­sa­żo­nym w dozow­niki z lemo­niadą i napo­jami gazo­wa­nymi prze­la­tu­ją­cymi na krą­żą­cych pomię­dzy gośćmi tacach, gdzie powie­trze wypeł­niają odgłosy kon­wer­sa­cji i śmiech, myślę, że ci ludzie nie mają poję­cia, czym jest tyra­nia. Odry­wam wzrok od pary z pobła­ża­niem obser­wu­ją­cej pię­cio lub sze­ścio­let­nie dziecko, które uga­nia się za kil­koma holo­gra­ficz­nymi pta­kami krą­żą­cymi w powie­trzu. Ist­nieje powód, dla któ­rego LaRoux Indu­stries rok w rok znaj­duje się na czele listy naj­lep­szych miejsc pracy w Galak­tyce, więc gdy­bym to ja orga­ni­zo­wała dzi­siej­szy pro­test, z pew­no­ścią nie wybra­ła­bym do tego nowego holo­apar­ta­mentu na dwu­dzie­stym pię­trze wie­żowca.

Holo­apar­ta­ment jest czę­ścią nowego pro­gramu pomocy potrze­bu­ją­cym. Pra­cow­nicy mogą z niego korzy­stać za darmo, a reszta spo­łe­czeń­stwa za drobną opłatę. "Widzi­cie, jaki jestem hojny? - mówi LaRoux. - Na kilku pię­trach sie­dziby głów­nej stwo­rzy­łem bez­pieczne, rado­sne miej­sce dla was i waszych dzieci". Od tej jego kam­pa­nii, która ma na celu spra­wić, by cała Galak­tyka znów go poko­cha i by ludzie zapo­mnieli o oskar­że­niach wymie­rzo­nych w niego w trans­mi­sji z Avonu, prze­wraca mi się w żołądku - zwłasz­cza że to wszystko działa.

Obecni tu ludzie wydają się rado­śni. Nikogo z nich nie obcho­dzi, że jesz­cze rok temu, przed osła­wioną już mową Flynna Cor­maca, miesz­kańcy Avonu umie­rali. Nikogo nie obcho­dzi, że Rode­rick LaRoux to potwór - głów­nie dla­tego, że tylko nie­wiel­kie grupy osób tu i ówdzie uwie­rzyły w jakie­kol­wiek słowo, które padło w cza­sie pro­gramu Flynna. Ci ludzie przy­byli tutaj, ponie­waż infor­ma­cja o tym, że brali udział w pro­te­ście, będzie dobrze wyglą­dać na ich pro­fi­lach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Nie­któ­rzy z nich mają praw­do­po­dob­nie nadzieję, że zostaną aresz­to­wani, by móc póź­niej zamie­ścić swoje poli­cyjne zdję­cie w hiper­ne­cie.

Plus jest taki, że to wszystko rze­czy­wi­ście odwraca ich uwagę od celu, w jakim tu przy­by­łam.

Znam tylko nazwi­sko kon­taktu, z któ­rym mam się spo­tkać - San­jana Rao - i cho­ciaż koja­rzy się ono z jakąś sta­ro­in­dyj­ską rodziną, rów­nie dobrze może to być blon­dynka o nie­bie­skich oczach, jeśli wziąć pod uwagę to, jak wszyst­kie rasy i rody wymie­szały się przez kil­ka­set lat. Umó­wi­ły­śmy się, że po przy­by­ciu da mi znać na palm­topa, ale nie mogę się powstrzy­mać i pró­buję wyło­wić ją spo­śród tłumu.

Mój wzrok powraca do drzwi windy, tak spryt­nie zama­sko­wa­nych w tej imi­ta­cji parku, że przy­po­mi­nają wej­ście na karu­zelę. Przez cały rok dep­ta­nia LaRoux po pię­tach nie znaj­do­wa­łam się bli­żej niego. Mam ochotę wła­mać się do ich zabez­pie­czo­nych wind i wje­chać do luk­su­so­wego apar­ta­mentu na ostat­nim pię­trze budynku. Rok spa­lo­nych toż­sa­mo­ści i izo­la­cji. Bole­sna ope­ra­cja usu­nię­cia tatu­ażu, która i tak nie zdo­łała w cało­ści wyczy­ścić mojego geno­tagu. Rok zama­zy­wa­nia śla­dów, wszel­kich pozo­sta­ło­ści daw­nego życia, które wciąż noszę ze sobą, na wypa­dek gdy­bym dziś, w tej chwili, musiała się spa­ko­wać i znowu rzu­cić do ucieczki.

Jed­nak do samego LaRoux nie spo­sób dotrzeć. Gdyby było ina­czej, ktoś zabiłby go już wiele lat temu - choć więk­szość miesz­kań­ców Galak­tyki go kocha, na dro­dze do wła­dzy stra­to­wał dość osób zna­ją­cych jego praw­dziwe obli­cze. Nie, bez­po­średni atak ni­gdy się nie uda. Usu­nię­cie LaRoux wymaga sub­tel­no­ści.

Zer­kam na wewnętrzną stronę ramie­nia w odru­chu, któ­rego nie zdo­ła­łam się jesz­cze pozbyć. Bystrzej­szy czło­wiek bez trudu odgadłby, co ozna­cza to spoj­rze­nie - nikt z osób uro­dzo­nych na Koryn­cie lub jed­nej ze star­szych pla­net nie otrzy­muje przy naro­dzi­nach geno­tagu - a jed­nak nie mogę się powstrzy­mać. Nie­wy­raźne pozo­sta­ło­ści mojego tatu­ażu z geno­ta­giem zostały dobrze zama­sko­wane, cho­ciaż muszę się pil­no­wać, żeby nie potrzeć ręką o sukienkę i nie prze­nieść cha­rak­te­ry­stycz­nej smugi korek­tora na mate­riał. Mam ochotę wyjąć palm­topa i spraw­dzić, czy nie prze­ga­pi­łam wia­do­mo­ści od dok­tor Rao, ale jeśli kto­kol­wiek mnie obser­wuje, moje bez­u­stanne zer­ka­nie na ekran będzie dla niego jasnym komu­ni­ka­tem, że się dener­wuję.

Dopiero kiedy pod­no­szę głowę, uświa­da­miam sobie, że rze­czy­wi­ście mam publicz­ność. I że nie jest nią mój kon­takt.

Na pod­ło­dze sie­dzi młody męż­czy­zna oparty o drzewo - drzewo, któ­rego oczy­wi­ście tu nie ma. Opiera się o mar­mu­rową kolumnę, jed­nak holo­gra­ficzna powłoka pomiesz­cze­nia spra­wia, że chło­pak wygląda, jakby relak­so­wał się w parku. Jego lap-ekran jest pod­łą­czony do pnia. Znaj­duje się tu bez­prze­wo­dowe pole siłowe, więc wiem, że chło­pak nie ładuje urzą­dze­nia. To port danych, co samo w sobie jest dosyć dziwne, ponie­waż wszel­kie infor­ma­cje dostępne w miej­scu publicz­nym takim jak to można uzy­skać z hiper­netu. Ale nie to mnie nie­po­koi, nie to spra­wia, że moje serce zamiera. Nie­po­koi mnie to, że ma na sobie sza­ro­zie­lony strój LaRoux Indu­stries z lambdą wyszytą nad kie­sze­nią na piersi. Pra­cuje dla LaRoux i nie spusz­cza mnie z oczu.

Czuję suchość w ustach i zmu­szam się do tego, by nie odwró­cić wzroku zbyt gwał­tow­nie. Zamiast tego prze­krzy­wiam głowę, jak gdyby zdzi­wiona, i robię, co mogę, by spra­wiać wra­że­nie zain­try­go­wa­nej, a nawet zawsty­dzo­nej.

Kiedy przy­ła­puję go na tym, że mnie obser­wuje, na jego twa­rzy poja­wia się sze­roki uśmiech. Nawet nie udaje, że tego nie robił, i po pro­stu przy­tyka palce do skroni, po czym odrywa je, jak gdyby uchy­lał wyima­gi­no­wa­nego kape­lu­sza. Nie przy­po­mina typo­wego pra­cow­nika biura, ma nieco dłuż­sze włosy w odcie­niu pomię­dzy ruda­wo­zło­tym a brą­zem, a kiedy tak sie­dzi oparty o kolumnę, w jego syl­wetce jest coś zuchwa­łego.

Wcią­gam powie­trze, by się uspo­koić i zataić obawę, że on dosko­nale wie, iż nie powinno mnie tu być. Uśmie­cham się i bez trudu przy­bie­ram maskę nie­śmia­ło­ści i sło­dy­czy. Ku mojej uldze jego uśmiech staje się jesz­cze szer­szy. A więc to tylko flirt.

Mruga do mnie, po czym wci­ska jakiś guzik na lap-ekra­nie. Holo­gra­ficzny ptak o jaskra­wo­czer­wo­nym upie­rze­niu prze­cina mi drogę i zawisa w powie­trzu. Nagle całe tło zastyga: ćwier­ka­nie pta­ków, szmer liści, a nawet śmie­chy i roz­mowy - wszystko znika. Po chwili, bez ostrze­że­nia, cały holo­park gaśnie, pozo­sta­wia­jąc nas w prze­stron­nym bia­łym pomiesz­cze­niu.

Jedyną rze­czą w holo­apar­ta­men­cie poza ludźmi, pro­jek­to­rami i kolum­nami podob­nymi do tej, o którą opiera się chło­pak, jest ogromny meta­lowy pier­ścień o śred­nicy dwa razy więk­szej niż ja sama. Usta­wiony pio­nowo krąg, wyko­nany z jakie­goś dziw­nego stopu poły­sku­ją­cego w jaskra­wym bia­łym świe­tle, u pod­stawy jest połą­czony z pod­łogą coko­łem pokry­tym pane­lami i narzę­dziami. Nie­które holo­gra­ficzne tech­no­lo­gie LaRoux objęto paten­tem, ale to urzą­dze­nie nie przy­po­mina żad­nego z pro­jek­to­rów, które dotąd widzia­łam - pod­czas gdy inne pro­jek­tory migają, brzę­czą i pró­bują pora­dzić sobie z tym, że prze­stały dzia­łać, meta­lowy pier­ścień pozo­staje nie­ru­chomy i mil­czący.

Przez tłum ludzi prze­biega szmer dez­orien­ta­cji, kiedy poszcze­gólne grupy prze­ry­wają roz­mowy, by się rozej­rzeć, jak gdyby samo pomiesz­cze­nie skry­wało w sobie jakąś odpo­wiedź. Teraz, kiedy masku­jący holo­gram prze­stał dzia­łać, na pierw­szy plan wycho­dzą inne cechy pomiesz­cze­nia - dozow­niki z napo­jami są surowe i pozba­wione upięk­szeń, a pro­jek­tory i gło­śniki zaśmie­cają niski sufit jak znie­kształ­cone gwiazdy.

To, co się dzieje, nie jest czę­ścią planu pro­te­stu­ją­cych. Wszy­scy, pra­cow­nicy i goście, kłę­bią się wokół, zagu­bieni. Gdyby ta sytu­acja została zapla­no­wana, pro­te­stu­jący wyko­rzy­sta­liby błąd do roz­po­czę­cia wiecu, tym­cza­sem nawet usta­wieni w kątach pomiesz­cze­nia ochro­nia­rze wydają się pode­ner­wo­wani. Roz­glą­dam się z uda­wa­nym nie­po­ko­jem i kryję za grupką sta­ży­stów, aby jak naj­ci­szej i pozor­nie bez­ce­lowo prze­do­stać się w stronę scho­dów ewa­ku­acyj­nych. Jeśli ktoś mnie zła­pie, w naj­gor­szym wypadku pomy­śli, że przy­szłam tu jako uczest­niczka pro­te­stu. Mam jed­nak nadzieję, że w ogóle mnie nie zauważą.

Zanim udaje mi się dotrzeć do wyj­ścia poża­ro­wego, dostrze­gam migo­ta­nie barw. Odwra­cam się w samą porę, by zoba­czyć, jak chło­pak z lap-ekra­nem wyciąga z urzą­dze­nia chip wiel­ko­ści paznok­cia i wkłada go do kie­szeni. Spo­gląda w sufit, pod­nosi się i robi dwa powolne, spo­kojne kroki w bok, usta­wia­jąc się dokład­nie w mar­twym punk­cie kamery bez­pie­czeń­stwa.

Następ­nie ściąga uni­form LaRoux Indu­stries i przez chwilę ma na sobie tylko koszulkę odsła­nia­jącą wyta­tu­owane ramiona. Odwraca ubra­nie na lewą stronę, uka­zu­jąc krzy­kliwą koszulę w pasy wpi­su­jącą się w obecne trendy, po czym jak gdyby ni­gdy nic wta­pia się w tłum. Nie jest już pra­cow­ni­kiem LaRoux Indu­stries.

Jest jed­nak o wiele za sprytny, żeby być jed­nym z pro­te­stu­ją­cych błą­ka­ją­cych się po pomiesz­cze­niu, zdez­o­rien­to­wa­nych i ziry­to­wa­nych tym, że nie udało im się zaist­nieć w wia­do­mo­ściach.

- Sza­nowni pań­stwo, pro­szę o uwagę. - Z gło­śni­ków wydo­bywa się głos jedwa­bi­sty jak krem i wzmoc­niony tak, by zagłu­szyć szmer tłumu. - Wykry­li­śmy naru­sze­nie zasad bez­pie­czeń­stwa. Sprawca znaj­duje się w tym pomiesz­cze­niu. Pro­simy zacho­wać spo­kój i w mak­sy­mal­nym stop­niu współ­pra­co­wać z agen­tami bez­pie­czeń­stwa, a my doło­żymy wszel­kich sta­rań, by roz­wią­zać ten pro­blem tak szybko, jak to moż­liwe.

Ochro­nia­rze wyko­nu­jący jakiś roz­kaz prze­ka­zany im za pośred­nic­twem wsz­cze­pio­nych w uszy implan­tów zaczy­nają oddzie­lać od sie­bie poszcze­gólne osoby, zapewne po to, by prze­słu­chać je indy­wi­du­al­nie. Jeden z ochro­nia­rzy wciąż stoi przy drzwiach, blo­ku­jąc dostęp do klatki scho­do­wej, a mnie drogę ucieczki. Korek­tor na moim ramie­niu może zmy­lić nie­uważ­nego pra­cow­nika recep­cji, ale teraz nie mam szans, by uda­wać uczest­niczkę pro­te­stu - naru­sze­nie zasad bez­pie­czeń­stwa posta­wiło ich w goto­wo­ści. Wie­dząc, że spraw­ców należy szu­kać przede wszyst­kim wśród bun­tow­ni­ków z sąsied­nich pla­net, pierw­szą rze­czą, jaką zro­bią straż­nicy, kiedy mnie zła­pią, będzie spraw­dze­nie, czy mam tatuaż z geno­ta­giem. Zamy­kam oczy, przy­wo­łu­jąc w myślach plan pomiesz­czeń, któ­rego uczy­łam się przez pół­tora tygo­dnia. Zablo­kują dostęp do wind na tym pię­trze, ale jest jesz­cze jedno wyj­ście poża­rowe i dodat­kowa klatka scho­dowa w głębi jed­nego z kory­ta­rzy odcho­dzą­cego z tego pomiesz­cze­nia. Ska­nuję tłum wzro­kiem, aż udaje mi się zna­leźć wła­ściwe wyj­ście i straż­nika kie­ru­ją­cego zebra­nych w tamtą stronę.

Muszę jakoś odwró­cić ich uwagę.

Mój wzrok pada na krzy­kliwą koszulę w czer­wone i złote pasy. Kim­kol­wiek jest ten chło­pak, nie pra­cuje w LaRoux Indu­stries i jego także nie powinno tu być. I choć nie mogę być pewna, że wci­ska­jąc tam­ten guzik, wyłą­czył holo­pro­jek­tory, wiem, że jeśli znaj­dziemy się w jed­nej gru­pie, wyda się znacz­nie bar­dziej podej­rzany ode mnie, zwłasz­cza gdy odkryją, że w ciu­chy ma wszyty uni­form LRI. Prze­kli­nam pod nosem i ruszam w stronę ochro­nia­rza.

Wybacz, przy­stoj­niaku. Pew­nie masz ochotę zna­leźć się w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia tak samo jak ja. Ale jeśli znaj­duje się tu ktoś, kto ma więk­sze kło­poty ode mnie, jesteś nim wła­śnie ty, chło­paku z fał­szy­wym uni­for­mem LRI po wewnętrz­nej stro­nie koszuli.

- Tam­ten chło­pak... - mówię cicho, dba­jąc o to, by w moich oczach było widać strach. - Wydaje mi się, że potrze­buje pomocy.

Przy odro­bi­nie szczę­ścia spraw­dzą go, a mnie uda się wymknąć, kiedy odkryją, że nie powinno go tu być.

Wzrok straż­nika natych­miast prze­nosi się na chło­paka w koszuli w paski, który obser­wuje nas z odro­biną nie­po­koju wyzie­ra­ją­cego z jego non­sza­lanc­kiej syl­wetki. Kiedy straż­nik robi kilka kro­ków w jego stronę, uśmiech chło­paka znika, a ja powoli prze­su­wam się do tyłu, w stronę drzwi, któ­rych pil­no­wał męż­czy­zna. Powoli, powoli, nie zwra­caj na sie­bie uwagi.

Jak­bym wypo­wie­działa te słowa na głos, straż­nik wyciąga rękę i chwyta mnie za ramię.

- Pokaż który! - roz­ka­zuje, a ja zamie­ram. Co gor­sza, unosi dłoń i daje znać jed­nemu z pozo­sta­łych sto­ją­cych w pobliżu goryli.

Teraz obser­wuje mnie dwóch straż­ni­ków, a drzwi zaraz znowu zostaną zablo­ko­wane. Cho­lera. Jeśli zmu­szą mnie, żebym z nimi poszła, i odkryją jego fał­szywą koszulę LRI, mogą uznać, że dosta­łam się tu razem z nim. Teraz muszę wydo­stać stąd nas oboje.

Dobra robota, Sofio.

Mózg pod­rzuca mi mnó­stwo moż­li­wo­ści, a ja ana­li­zuję je w ułamku sekundy, odrzu­ca­jąc to, co nie­wy­ko­nalne, aż zostaje mi tylko jeden spo­sób, żeby sku­pić ich uwagę na chło­paku.

- Pro­szę, pospiesz­cie się! - krzy­czę, napi­na­jąc mię­śnie twa­rzy, aż moje oczy zaczy­nają łza­wić. - To mój narze­czony. Jest chory, a stres tylko pogar­sza sprawę.

Mam nadzieję, że w ogól­nym zamie­sza­niu i przy tak wiel­kiej licz­bie osób do prze­słu­cha­nia straż­nik nie będzie miał ochoty zada­wać zbyt wielu pytań.

Męż­czy­zna wpa­truje się we mnie, a kiedy odwra­cam się, żeby poka­zać mu chło­paka w pasia­stej koszuli, podąża wzro­kiem za moją ręką. Chło­pak odpo­wiada nie­uf­nym spoj­rze­niem i prze­nosi wzrok ze straż­nika na mnie. Bła­gam cię, myślę, nic nie mów, dopóki nie uda mi się obok nich prze­mknąć.

- Jesz­cze chwilę temu oboje czu­li­ście się dobrze. - Straż­nik wymie­nia spoj­rze­nia z kolegą, który stoi teraz obok mnie. - To na pewno może pocze­kać.

Mówi pew­nym, sta­now­czym gło­sem, ale jego dłoń wciąż znaj­duje się w ruchu - popra­wia broń za paskiem i pociąga za rękaw mun­duru.

Podwa­jam sta­ra­nia i zmu­szam głos, żeby się łamał.

- Pro­szę - powta­rzam. - Zostanę tu. Odpo­wiem na wszyst­kie wasze pyta­nia. Po pro­stu sprawdź­cie, jak się czuje, a sami się prze­ko­na­cie. Jeśli nie spro­wa­dzi­cie leka­rza, będzie miał atak.

Obaj ochro­nia­rze muszą stać odwró­ceni w stronę chło­paka na tyle długo, żebym mogła się wyśli­zgnąć nie­zau­wa­żona i bez eskorty.

Naj­bliż­szy straż­nik prze­stę­puje z nogi na nogę, a ja wstrzy­muję oddech. Męż­czy­zna dalej wymie­nia spoj­rze­nia ze swoim towa­rzy­szem, nie decy­duje się jed­nak zro­bić kroku.

- Wezwę dyżu­ru­ją­cego ratow­nika medycz­nego - rzuca w końcu. - Cho­ciaż moim zda­niem chło­pa­kowi nic nie jest.

Głowę wypeł­nia mi galo­pada myśli. Przy­pa­truję się straż­ni­kowi, szu­ka­jąc cze­goś, co mogła­bym wyko­rzy­stać. To facet po czter­dzie­stce - praw­do­po­dob­nie zbyt kumaty, żeby udało mi się wykrę­cić flir­tem, zwłasz­cza że uży­łam już histo­ryjki o narze­czo­nym. Na jego ciu­chach nie dostrze­gam śla­dów tego, że ma zwie­rzęta albo dzieci, nic, co pomo­głoby mi nawią­zać z nim jakie­kol­wiek poro­zu­mie­nie, nic, co pomo­głoby mi się odwo­łać do jego czło­wie­czeń­stwa. Już mam się­gnąć po ostatni śro­dek - histe­ryczne łka­nie małej dziew­czynki - kiedy chło­pak z lap-ekra­nem upada na zie­mię z jękiem.

Straż­nicy roz­dzia­wiają usta ze zdzi­wie­nia i przez krótką chwilę jestem rów­nie wstrzą­śnięta, jak oni. Chło­pak na ziemi pod­ska­kuje, a jego koń­czyny drgają. Wygląda, jakby miał atak, przed któ­rym ich ostrze­ga­łam. Przez krótką, bole­sną chwilę zasta­na­wiam się, czy moje kłam­stwo nie nało­żyło się na coś zbli­żo­nego do prawdy, ale nie mogę sobie pozwo­lić na to, by się tego dowie­dzieć. Wła­śnie zamie­rzam się rzu­cić przez drzwi wyj­ściowe, kiedy sto­jący obok straż­nik dźga mnie pomię­dzy łopat­kami i popy­cha do przodu.

- Zrób coś! - W jego wzroku kryje się prze­ra­że­nie.

Cho­lera. Cho­lera. CHO­LERA. Tak czy siak, będzie lepiej, jeśli wylą­duję w karetce z tam­tym chło­pa­kiem, niż jeśli znajdę się w pokoju prze­słu­chań sie­dziby głów­nej LRI. Sani­ta­riusz prze­ska­nuje chip iden­ty­fi­ka­cyjny na moim palm­to­pie, ale otrzyma infor­ma­cję, że mam na imię Ale­xis. Nie będą szu­kać geno­ta­gów. Upadnę na kolana u boku nie­zna­jo­mego, się­gnę po jego drga­jącą dłoń i splotę palce z jego pal­cami, jak gdy­bym nie doty­kała go po raz pierw­szy. Jeden ze straż­ni­ków mówi coś pospiesz­nie do łaty na kami­zelce, pro­sząc o wspar­cie, leka­rza, jaką­kol­wiek pomoc.

Palce chło­paka zaci­skają się wokół moich, co spra­wia, że spo­glą­dam mu w twarz - nagle wszyst­kie moje symu­lo­wane łzy i panika gwał­tow­nie zni­kają. Z jego ust zaczyna się wydo­by­wać piana, oczy ucie­kają w tył czaszki. Nie może być o wiele star­szy ode mnie, zde­cy­do­wa­nie dzieje się z nim coś złego.

Jeden ze straż­ni­ków pró­buje mi zada­wać pyta­nia - co ostat­nio jadł, kiedy przy­jął ostat­nią dawkę leków, na co cho­ruje - żeby prze­ka­zać infor­ma­cje jadą­cym już sani­ta­riu­szom. Jed­nak wypo­wia­dane przez niego słowa giną w szu­mie innego nara­sta­ją­cego odgłosu, który spra­wia, że ner­wowe kon­wer­sa­cje w pomiesz­cze­niu milkną. Uru­cha­mia się meta­lowy pier­ścień, ten, który ukry­wały pozo­stałe holo­pro­jek­tory.

Świa­tełka u jego pod­stawy budzą się do życia, uka­zu­jąc dane na wyświe­tla­czach. Panele świetlne na sufi­cie migo­czą, jak gdyby pier­ścień pobie­rał zbyt wiele mocy. Jed­nak to nie żadna z tych rze­czy spra­wia, że w pomiesz­cze­niu peł­nym ludzi zapada cisza.

Iskierki nie­bie­skiego świa­tła zaczy­nają krą­żyć wokół kra­wę­dzi pier­ście­nia, poja­wia­jąc się i zni­ka­jąc, jakby wni­kały bez­po­śred­nio w metal. Poru­szają się coraz szyb­ciej, w miarę jak dźwięki wyda­wane przez budzącą się do życia maszynę nasi­lają się i wyrów­nują w jeden głos, tak że wkrótce nie­bie­ski ogień pełza po całej kra­wę­dzi pier­ście­nia.

Dłoń na moim ramie­niu odwraca uwagę od urzą­dze­nia. Z walą­cym ser­cem spo­glą­dam w dół.

Leżący przy mnie chło­pak unosi brew.

- Zdra­dzisz, kiedy ślub, kocha­nie? - mówi ledwo dosły­szal­nym gło­sem, nie poru­sza­jąc ustami.

Mru­gam.

- Co? - Jestem tak zdez­o­rien­to­wana, że tracę rów­no­wagę.

Chło­pak spo­gląda na naj­bliż­szego straż­nika, cał­ko­wi­cie pochło­nię­tego sto­jącą pośrodku pomiesz­cze­nia maszy­ne­rią, po czym prze­nosi wzrok z powro­tem na mnie. Ociera pozo­sta­ło­ści piany z ust i unosi się na łok­ciach.

- Pomy­śla­łem, że mogli­by­śmy roz­po­cząć mie­siąc mio­dowy nieco wcze­śniej. - Tym razem w jego szep­cie sły­chać nie­po­kój. Zna­cząco wska­zuje pod­bród­kiem na drzwi ewa­ku­acyjne.

Nie­za­leż­nie od tego, kim jest i co tu robi, w tym momen­cie oboje pra­gniemy tego samego - wydo­stać się stąd. Mnie to wystar­czy. Zawsze mogę go potem zgu­bić.

Pod­cią­gam go na nogi - ochro­niarz nawet nie patrzy w naszą stronę - i prze­śli­zguję się w stronę wyj­ścia. Docie­ramy do drzwi w chwili, kiedy roz­błysk nie­bie­skiego świa­tła pada na białe ściany przed nami. Kiedy chło­pak w pasia­stej koszuli sza­mo­cze się z drzwiami, oglą­dam się przez ramię.

Iskierki świa­tła wokół kra­wę­dzi pier­ście­nia docie­rają teraz do środka, jęzory błę­kitu poja­wiają się i zni­kają niczym bły­ska­wiczne gwiezdne race. Co jakiś czas spo­ty­kają się z ogrom­nym roz­bły­skiem, aż w końcu cały pier­ścień jest wypeł­niony świa­tłem i trza­ska niczym zasłona ener­gii.

Kiedy obser­wuję to, co się dzieje, męż­czy­zna sto­jący przy pier­ście­niu bez­dź­więcz­nie upada na pod­łogę. Cze­kam, aż znaj­du­jący się przy nim ludzie zare­agują, aż ruszą mu na pomoc i wyrwą się spod rzu­co­nego

na nich czaru, ale wszy­scy pozo­stają nie­ru­chomi, bez­czynni, jak maszyny, któ­rym odcięto prąd. Z każdą mija­jącą sekundą coraz wię­cej osób nie­ru­chomieje i milk­nie, zarówno straż­nicy, jak i pro­te­stu­jący, w roz­sze­rza­ją­cym się kręgu wokół urzą­dze­nia pośrodku pokoju. Co jakiś czas kolejne osoby upa­dają na pod­łogę, ale więk­szość stoi nie­ru­chomo, w wypro­sto­wa­nej pozy­cji, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie, które migo­czą i dosię­gają nas, pod­czas gdy maszyna nie­mal stoi w pło­mie­niach.

Pomię­dzy roz­bły­skami świa­tła roz­po­znaję tych będą­cych po dru­giej stro­nie - widzę ich oczy.

W jed­nej chwili prze­no­szę się do bazy woj­sko­wej na Avo­nie i obser­wuję, jak ojciec zmie­nia się w mojej obec­no­ści. Widzę jego oczy, zmul­ti­pli­ko­wane kil­ka­dzie­siąt razy w ota­cza­ją­cych mnie twa­rzach, źre­nice tak sze­ro­kie, że przy­po­mi­nają kałuże atra­mentu, jak bez­gwiezdny bez­miar nocy nad mocza­rami. Wra­cam do chwili, kiedy ojciec wszedł do kosza­rów z bombą przy­mo­co­waną do swo­jego ciała. Przy­po­mi­nam sobie, jaki był, kiedy widzia­łam go po raz ostatni - cień czło­wieka, sko­rupa pozba­wiona duszy.

W bia­łej prze­strzeni holo­apar­ta­mentu wciąż stoją setki ludzi - a oczy każ­dego zamie­niają się w ciem­ność.

Rozdział 2. Gideon

2

Gideon

Pomy­ślałby kto, że na tym eta­pie będę potra­fił unik­nąć kło­po­tów. Ale oto jestem, z ustami wypeł­nio­nymi sma­kiem tabletki SysC­le­anz, i pędzę kory­ta­rzem, myśląc o tym, że dałem się wcią­gnąć w tę bez­na­dziejną sytu­ację przez dwa dołeczki w policz­kach. Naprawdę czas, żebym zmą­drzał.

Dziew­czyna, za którą bie­gnę, jest szczu­pła i przy­naj­mniej o głowę niż­sza ode mnie. Ma na sobie jedną z tych sukie­nek, które noszą teraz wszyst­kie bogate panny. Choć bie­gnie na obca­sach, nie­źle zasuwa. Oprócz dołecz­ków w policz­kach ma jasno­blond włosy się­ga­jące nieco poni­żej pod­bródka, zmierz­wione w arty­stycz­nym nie­ła­dzie, oraz duże szare oczy.

Wygląda na to, że na "zmą­drze­nie" będę musiał jesz­cze tro­chę pocze­kać.

- Bar­dzo chciał­bym wie­rzyć, że twój plan ma jakąś dal­szą część, mądralo - dyszę, kiedy gnamy razem kory­ta­rzem.

- Coś ty tam zro­bił? - Jej oczy stają się jesz­cze więk­sze, a praw­dziwy lęk spra­wia, że jej głos zaczyna drżeć.

Moje roz­ba­wie­nie natych­miast znika. Miała lep­szy widok na to, co się dzieje, a co cał­kiem nią wstrzą­snęło - dziew­czyną, która nawet nie mru­gnęła, kiedy zaczą­łem toczyć pianę z ust.

- To nie ja. - Spo­glą­dam przez ramię, spo­dzie­wa­jąc się, że zza rogu wysko­czą dep­czący nam po pię­tach straż­nicy. - Ale miło mi, że tak pomy­śla­łaś.

Już mam mówić dalej, kiedy chwyta mnie za koszulę i nie zatrzy­mu­jąc się, korzy­sta z pędu mojego ciała, żeby cisnąć mnie do wnęki miesz­czą­cej awa­ryjny sprzęt prze­ciw­po­ża­rowy. Ude­rzam o ścianę, a ona o moje plecy. Domy­ślam się, że pchnęła mnie w tę stronę nie tylko po to, by zadać mi ból, że kie­ro­wał nią inny powód, więc stoję bez ruchu. Chwilę póź­niej zza rogu dobie­gają nas pełne wście­kło­ści głosy. Nie­zły refleks, Dołeczku.

- Musimy odwró­cić ich uwagę - szep­cze. Jedną ręką obej­muje mnie za szyję i pociąga w dół, żeby móc powie­dzieć mi to na ucho. Nie, wc a l e mnie to nie roz­pra­sza. - Możesz ich ode­słać w inne miej­sce?

- Skąd pomysł, że to potra­fię? - mówię i choć wycią­gam już lap-ekran ze skó­rza­nej teczki, jestem cie­kawy, co o mnie myśli.

- Pro­szę - mru­czy. - Może nie włą­czy­łeś tam­tej maszyny, ale wiem, że to ty odcią­łeś pro­jek­tory.

Hmm. Cóż, przy­naj­mniej na mnie patrzyła, a to już coś. Powi­nie­nem spró­bo­wać umó­wić się z nią potem na drinka. Jeśli nie umrzemy albo nas nie aresz­tują.

Odwra­cam się i staję z nią twa­rzą w twarz. Sądząc po tym, jak zaci­ska usta, ma ochotę ostu­dzić moje zapędy, jed­nak po chwili uświa­da­miam sobie, że robię to - przede wszyst­kim - dla­tego, by zmie­ścić przed sobą ekran.

- Dajmy im coś do spraw­dze­nia - mam­ro­czę, wycią­ga­jąc z kie­szeni chip akty­wa­cyjny i wsu­wa­jąc go do portu z boku ekranu.

- Co zro­bisz? - pyta.

- A zro­zu­mia­ła­byś, gdy­bym odpo­wie­dział?

Włą­czam ekran, a kiedy wypi­suję sobie zapro­sze­nie do rdze­nia sys­temu LaRoux Indu­stries, jak zwy­kle roz­lega się deli­katne, ale gwał­towne bucze­nie i zaczy­nam polo­wać na part­nera do tańca. Ich zabez­pie­cze­nia nie są złe, ale nie są też dość dobre.

Pry­cha.

- Nie - przy­znaje. - Nie tykam kom­pu­te­rów. Ludzie wydają mi się waż­niejsi.

Muszę przy­znać, że roz­pra­co­wała tam­tych kolesi w holo­apar­ta­men­cie, jak gdyby wie­działa, gdzie szu­kać przy­ci­sków i dźwi­gni w ludz­kich umy­słach. I choć nie sły­sza­łem jej słów, coś mi mówi, że pró­bo­wała mnie wro­bić, dopóki straż­nik nie dał jej do zro­zu­mie­nia, że ma mi towa­rzy­szyć. Nie mogę jej winić. Była w trud­nej sytu­acji, a w miło­ści, na woj­nie i w przy­padku nie­le­gal­nego wkro­cze­nia na teren pry­watny wszyst­kie chwyty są dozwo­lone.

- Ludzie, mówisz? - Znaj­duję przy­datny trop i roz­po­czy­nam pracę.

- To takie kom­pu­tery o orga­nicz­nych obwo­dach.

Z jej tonu wno­szę, że dołeczki powró­ciły. Chciał­bym powie­dzieć, że nie jestem świa­domy tego, jak jej ciało dość mocno przy­lega do mojego w zaci­szu wnęki, ale to na nic. Prze­cież ona naj­wy­raź­niej chce, żebym to zauwa­żył, a ja z natury jestem pomocny.

- A więc jeśli wolisz myśleć o ludziach... powiedz, co myślisz o mnie.

- Że niby co? Ujaw­niamy swoje tajem­nice? - Zdez­o­rien­to­wana kręci głową. - Naprawdę przy­szłam tu tylko po to, by się z kimś spo­tkać. Kiedy wysia­dły pro­jek­tory, a straż­nicy zaczęli odcią­gać ludzi, wybra­łam cię, żeby odwró­cić ich uwagę, bo widzia­łam, jak zmie­niasz koszulę. Pomy­śla­łam, że cie­bie pew­nie też nie powinno tu być i że będziesz ze mną współ­pra­co­wał.

Nuda. To nie jest praw­dziwa histo­ria. Taka dziew­czyna nie zja­wia się w takim miej­scu bez dobrego powodu. Nawet ja nie zja­wiam się w takim miej­scu bez dobrego powodu - to, że ponio­słem dotkliwą porażkę i nie zyska­łem nowych infor­ma­cji na temat miej­sca pobytu komen­dant Antje Towers, tylko dolewa oliwy do ognia. Ale polo­wa­nie na daw­nego pionka LaRoux Indu­stries będzie musiało pocze­kać. Par­skam, dając Dołecz­kowi do zro­zu­mie­nia, że nie kupuję jej histo­ryjki, i znaj­duję kom­po­nenty, któ­rych szu­ka­łem. Zaraz mogę zaczy­nać imprezę.

Dziew­czyna milk­nie, sku­biąc wargę, a ja zer­kam na jej pro­fil.

- Jak to zro­bi­łeś? - pyta. - Skąd wzięła się ta piana?

Prze­su­wam języ­kiem po zębach, a posmak wypeł­nia­jący usta każe mi się skrzy­wić.

- Pastylka SysC­le­anz. Gdy wrzu­cisz ją do odka­żo­nej wody, two­rzy się zasa­dowy roz­twór do czysz­cze­nia obwo­dów. Gdy roz­gry­ziesz ją bez wody, czego pro­du­cenci nie pole­cają, nie­mal eks­plo­dują ci usta.

- Aha - mru­czy i choć naj­wy­raź­niej nie zamie­rza tego przy­znać, widzę, że jest pod wra­że­niem.

Założę się o swoje buty, że zachowa tę infor­ma­cję na przy­szłość, na wypa­dek gdyby miała jej się przy­dać.

- Masz jakieś imię, przy­szła żonko? - pytam, korzy­sta­jąc z prze­wagi.

- Ale­xis.

- Miło cię poznać, Ale­xis.

Nie będziesz miała nic prze­ciwko, jeśli zostanę przy "Dołeczku", co?

Prze­cież to i tak nie jest twoje praw­dziwe imię.

- A ty?

- Sam Sidoti - mówię i tym razem to ona mie­rzy mnie spoj­rze­niem.

- Samantha Sidoti pro­wa­dzi wie­czorne wia­do­mo­ści na kanale SDM - zauważa. - Poza tym jest kobietą.

- Przy­ła­pa­łaś mnie. - Pod­no­szę wzrok znad roboty, a kiedy ona spo­gląda na mnie przez ramię, odkry­wam, że wywo­ła­nie tej maleń­kiej zmarszczki na jej czole jest nie­mal rów­nie zabawne, jak patrze­nie na jej dołeczki. - Już pra­wie koń­czę. Chyba powin­ni­śmy uło­żyć jakiś plan i przy­go­to­wać się na moment, kiedy nasi przy­ja­ciele zaczną biec do miej­sca, gdzie za mniej wię­cej minutę powsta­nie awa­ria. A może plan jest taki, że każde z nas pój­dzie w swoją stronę?

Przez chwilę mil­czy i nie wiem, czy roz­waża, co wybrać, czy nasłu­chuje kro­ków.

- Jeśli się roz­dzie­limy, jest mniej praw­do­po­dobne, że nas zatrzy­mają - mówi powoli, obser­wu­jąc moje dło­nie, kiedy wpi­suję ostat­nią komendę i prze­bie­gam pal­cami po ekra­nie. Jej ton staje się sta­now­czy. - Ale mam kartę dostępu do scho­dów prze­ciw­po­ża­ro­wych, na któ­rych nie ma moni­to­ringu. Możesz ze mną iść, jeśli chcesz.

No, no, inte­re­su­jące. Wyłą­czam lap-ekran, przy­ci­ska­jąc kciuk do czyt­nika linii papi­lar­nych, po czym wycią­gam chip i wsu­wam go do kie­szeni.

- Lubię dziew­czyny, które anga­żują się w zwią­zek. W dzi­siej­szych cza­sach nie­ła­two takie zna­leźć.

Prze­krzy­wiam głowę z boku na bok i kil­ka­krot­nie kręcę ramio­nami - od symu­lo­wa­nia ataku ciało nie­źle się spina - po czym obcią­gam koszulę.

- No i? - dopy­tuje. - Gotowe?

Uno­szę rękę - nie mogę się powstrzy­mać, żeby tro­chę się nie popi­sy­wać - w myślach odli­czam do pię­ciu i pstry­kam pal­cami.

Roz­pę­tuje się pie­kło.

Dźwięk wyją­cej syreny zalewa kory­tarz, więc choć widzę, że usta dziew­czyny się poru­szają, alarm unie­moż­li­wia mi usły­sze­nie jej słów. Posta­na­wiam myśleć, że kom­ple­men­tuje to, jak świet­nie zha­ko­wa­łem sys­tem. Szybko potrząsa głową, po czym przy­suwa usta do mojego ucha i przez chwilę jestem zbyt skon­cen­tro­wany na cie­ple jej odde­chu, żeby ją usły­szeć.

- Ty kre­ty­nie, musimy się stąd wydo­stać scho­dami prze­ciw­po­ża­ro­wymi!

Uśmie­cham się sze­roko.

- Zadba­łem o to, by sys­tem odczy­tał, że pożar wybuchł na scho­dach - odkrzy­kuję. - Wszy­scy będą się kie­ro­wać na drugi koniec budynku. Dziew­czyna milk­nie, a ja mam chwilę, żeby roz­ko­szo­wać się jej dość powścią­gli­wym podzi­wem. Po chwili ruchem głowy daje mi znać, żebym ruszył za nią, i wymyka się na kory­tarz, skręca w prawo, a potem znowu w prawo.

Przy naj­bliż­szym roz­wi­dle­niu gwał­tow­nie się zatrzy­muje, bo przez jazgot syreny prze­dziera się krzyk. Z tego, co udaje mi się usta­lić, krzyk docho­dzi z holo­apar­ta­mentu, w któ­rym byli­śmy wcze­śniej. Nie jest to jed­nak wzbu­rzony okrzyk ani żąda­nie wol­no­ści wysu­nięte przez pro­te­stu­ją­cych, któ­rzy przy­po­mnieli sobie, po co przy­szli. To krzyk, który urywa się wraz z prze­ni­kli­wym piskiem broni lase­ro­wej.

Dziew­czyna spo­gląda mi w oczy, a jej źre­nice są roz­sze­rzone ze stra­chu, który odzwier­cie­dla przy­spie­szone bicie mojego serca. Cokol­wiek się tu dzieje, nie na to się przy­go­to­wy­wa­li­śmy, pla­nu­jąc nawet naj­gor­szy moż­liwy sce­na­riusz wyda­rzeń.

- Widzia­łeś...? - Pod­nosi głos, żeby prze­krzy­czeć hałas, ale w jej tonie sły­szę wyż­szą nutę, nie­po­kój. - Kiedy opusz­cza­li­śmy tamto miej­sce...

Widzia­łem ludzi nie­ru­cho­mych jak posągi pośrodku pomiesz­cze­nia, zwró­co­nych niczym wyznawcy w stronę ogrom­nego meta­lo­wego pier­ście­nia wypeł­nia­ją­cego się nie­bie­skim ogniem. Wydaje mi się, że wiem, czym był ten pier­ścień, ale...

- Ci ludzie! - odkrzy­kuję. - Nie wiem, co tam się, u dia­bła, działo...!

- Ja wiem! - Jej odpo­wiedź pra­wie mi umyka, ale jej mina jest oczy­wi­sta. Na krótką chwilę Dołe­czek zrzuca maskę, a wie­dza, którą ma, wstrząsa nią do głębi.

Biorę oddech i poru­szam ustami, żeby zadać jej pyta­nie, ale ona nie daje mi takiej szansy. Zrywa się do biegu, wcze­śniej chwy­ta­jąc mnie za ramię, żeby mnie odwró­cić i pocią­gnąć za sobą innym kory­ta­rzem.

Wszyst­kie ściany są takie same, poma­lo­wane na kre­mową biel, podob­nie jak wszyst­kie drzwi, co daje nie­po­ko­jące wra­że­nie, że krę­cimy się w kółko, ona jed­nak się nie waha, raz po raz skrę­ca­jąc i lawi­ru­jąc kory­ta­rzami. Mój wyjący alarm prze­ciw­po­ża­rowy zadzia­łał. Na kory­ta­rzach nie ma nikogo poza przy­pad­ko­wym straż­ni­kiem, któ­rego bez pro­blemu omi­jamy. Po jakimś kwa­dran­sie dziew­czyna w końcu się zatrzy­muje, unosi rękę i zamyka oczy, by zaj­rzeć do wewnętrz­nej mapy. Sta­ram się czymś zająć - spraw­dzam, czy w pobliżu nie ma żad­nych nie­po­żą­da­nych gości. Po pół minuty moja towa­rzyszka kiwa głową i daje znak, żebym ruszył za nią.

Chciał­bym się dowie­dzieć wię­cej - o wiele wię­cej - o tej dziew­czy­nie, która ma prze­pustkę na schody prze­ciw­po­ża­rowe, zabój­czy uśmiech i która zapa­mię­tała mapę wszyst­kich kory­ta­rzy dostęp­nych jedy­nie dla per­so­nelu.

Nie­stety koń­czy nam się szczę­ście. Wyglą­damy za róg i dostrze­gamy straż­nika sto­ją­cego przy drzwiach opa­trzo­nych neo­no­wym zna­kiem wska­zu­ją­cym wyj­ście na schody prze­ciw­po­ża­rowe. Męż­czy­zna jest pulchny, a jego koszula tak nowa, że wciąż ma fabryczne zagnie­ce­nia. Zga­duję, że facet pra­cuje tu od nie­dawna. Jego sze­roko otwarte oczy świad­czą o tym, że nie pisał się na doświad­cze­nie cze­goś takiego na tak wcze­snym eta­pie swo­jej kariery. Nie wiem, co widzi moja towa­rzyszka, ale bez względu na to, co to jest, uśmie­cha się i znów chowa za róg.

Unosi dłoń, żeby przy­ci­snąć mi ją do piersi, i przez krótką chwilę potra­fię się sku­pić jedy­nie na tym punk­cie, na cie­ple jej skóry prze­ni­ka­ją­cym przez moją koszulę. Popy­cha mnie na ścianę. Zaczy­nam zauwa­żać w tym pewien wzo­rzec. Naj­wy­raź­niej nie przy­wy­kła do pracy zespo­ło­wej.

- Zostań tu - naka­zuje, po czym tą samą dło­nią szuka cze­goś w sta­niku.

Domy­ślam się, że to dzia­ła­nie, któ­remu mam się przy­glą­dać, więc to robię. Wyciąga małą nie­bie­ską kap­sułkę i roz­gniata ją ręką. Kiedy prze­cze­suje pal­cami pla­ty­nowe włosy, spo­strze­gam, że kap­sułkę wypeł­niono farbą, bo ten krótki ruch wystar­cza, by jej włosy pokryły się jasno­nie­bie­skimi pasem­kami.

- Dobra, to wła­śnie mój sekret - rzuca, przy­ku­ca­jąc, by wytrzeć rękę o wykła­dzinę.

- Tak?

Szcze­rzę się, a ona odpo­wiada wsty­dli­wym uśmie­chem, tym razem uka­zu­jąc tylko jeden dołe­czek. To chyba podoba mi się jesz­cze bar­dziej. Podoba mi się, że - przy­naj­mniej na razie - jej strach ustę­puje, choć w jej spoj­rze­niu wciąż dostrze­gam jego ślady.

- Patrz i ucz się. - Czy­stymi pal­cami szczy­pie się w policzki, tak że robią się zaczer­wie­nione, i łapie kilka szyb­kich odde­chów, po czym wypada za róg. Bie­gnie pro­sto na straż­nika i rzuca się na niego z pła­czem. Widzia­łem w życiu wielu arty­stów pre­zen­tu­ją­cych wyż­szy poziom, ale ta dziew­czyna jest naprawdę dobra.

Męż­czy­zna zdaje się oszo­ło­miony tym, że trzyma w ramio­nach roz­hi­ste­ry­zo­waną nie­bie­sko­włosą nasto­latkę, i zarzuca ją waria­cjami zdań w stylu: "Jesteś ranna?" i "Punkt ewa­ku­acyjny znaj­duje się po tam­tej stro­nie, panienko". Nie spusz­cza­jąc ich z oka, ścią­gam koszulę, szybko odwra­cam na drugą stronę i znów wkła­dam, tak że logo LaRoux Indu­stries, które wyszy­łem, ponow­nie znaj­duje się na wierz­chu.

Tym­cza­sem Dołe­czek bie­rze kilka gwał­tow­nych odde­chów i znów pró­buje coś powie­dzieć, tym razem nieco wyraź­niej pomimo "prze­ra­że­nia".

- Tam - dyszy, wska­zu­jąc na kory­tarz po prze­ciw­le­głej stro­nie od tego, w któ­rym się ukry­wam. - Pró­bo­wał wziąć mnie jako zakład­niczkę. Ma broń! Pro­szę, musi mi pan pomóc. - Po tych sło­wach oddaje się roz­pacz­li­wym jękom, cho­ciaż syrena nad naszymi gło­wami wyje tak gło­śno, że nie sły­szę nic poza nią.

Z mowy ciała straż­nika domy­ślam się, co mówi, kiedy udaje mu się wyswo­bo­dzić ramię z uści­sku dziew­czyny. "Zostań tu" i "Zajmę się tym". Kiedy jed­nak zaczyna biec w kie­runku, który mu wska­zała, nie poru­sza się zbyt szybko. Praw­do­po­dob­nie wcale nie chce zna­leźć tego uzbro­jo­nego pory­wa­cza, i prawdę mówiąc, trudno mu się dzi­wić.

Nie wycho­dzę z ukry­cia, dopóki straż­nik nie znika za rogiem, po czym spiesz­nie pod­bie­gam do swo­jej przy­ja­ciółki, która szpera w torebce - kto jesz­cze nosi torebki? - po czym wyj­muje kartę magne­tyczną. Kiedy czyt­nik roz­bły­skuje na zie­lono, na twa­rzy dziew­czyny poja­wia się lekki wyraz ulgi. Po chwili znaj­du­jemy się na suro­wej klatce scho­do­wej. Odgłos alarmu jest tu nieco przy­tłu­miony, więc kiedy zaczy­namy scho­dzić, nasze kroki niosą się echem.

- Coś ty tam, u dia­bła, zro­bił?! - woła do mnie przez ramię po dłuż­szej chwili. - Widzia­łam, że maj­stru­jesz coś na lap-ekra­nie i że pod­pią­łeś port danych do drzewa tuż przed tym, jak holo­pro­jek­tory prze­stały dzia­łać, ale teraz mamy do czy­nie­nia z zupeł­nie innym pozio­mem sys­temu zabez­pie­czeń.

Kusi mnie, by jej powie­dzieć, że nie mam poję­cia. Sie­dzia­łem na ser­we­rach LaRoux i zauwa­ży­łem dziwne skoki ener­gii, o któ­rych chcia­łem się dowie­dzieć cze­goś wię­cej, ale led­wie zaczą­łem. Nic, co uru­cho­mi­łem, nie powinno było wywo­łać tak panicz­nej reak­cji. Daw­niej nie­które z moich tri­ków mogłyby spo­wo­do­wać zamie­sza­nie. Ale ostat­nimi czasy, o ile ktoś nie zaj­dzie mi za skórę... Tak czy siak, żadne z moich dzia­łań nie tłu­ma­czy­łoby wystrza­łów dobie­ga­ją­cych z holo­apar­ta­mentu.

Zaczę­li­śmy dwa­dzie­ścia pię­ter wyżej - choć to liczba względna, ponie­waż par­ter nie sięga praw­dzi­wej powierzchni Koryntu - i zostały nam jesz­cze trzy, więc oszczę­dzam oddech, bo przyda mi się w cza­sie biegu.

Nagle drzwi na par­te­rze roz­wie­rają się z trza­skiem i wybiega przez nie trzech straż­ni­ków. Za bar­dzo się roz­pę­dzi­li­śmy, żeby natych­miast sta­nąć, więc przy­wie­ram do ściany i sta­ram się zna­leźć poza zasię­giem ich wzroku. Dziew­czyna chwyta mnie za koszulę, by zaha­mo­wać, po czym wpada na ścianę obok mnie. Sto­imy w bez­ru­chu, zasta­na­wia­jąc się, czy straż­nicy nas dostrze­gli i czy wbie­gną po scho­dach.

Oczy­wi­ście, że tak. Czy cokol­wiek poszło dzi­siaj po mojej myśli? Nie ma mowy, żeby­śmy dostali się do wyj­ścia nie­zau­wa­żeni, więc cho­wam torbę z wyświe­tla­czem za plecy i wycho­dzę im naprze­ciw z nadzieją, że pomoże mi fał­szywy uni­form LaRoux Indu­stries. Moja wspól­niczka trzyma się za mną i naj­wy­raź­niej żywi rów­nie mocną nadzieję, że straż­nicy nie zauważą, iż ona uni­formu nie ma.

- Tylko mnie nie zastrzel­cie, pano­wie! - wołam tonem, który wska­zuje na to, że ta wizja mnie bawi. - Cho­ler­nie trudno będzie mnie zastą­pić!

Trzy lufy uno­szą się, po czym opa­dają, kiedy męż­czyźni dostrze­gają moją koszulę. Wygląda na to, że pomo­gła mi osią­gnąć cel, przy­naj­mniej z oddali.

- Co robi­cie na tej klatce scho­do­wej?! - woła jeden z nich.

Cho­lera, dobre pyta­nie. Pra­cow­nik LRI powi­nien wie­dzieć, któ­rędy się ewa­ku­ować.

Wtedy zza moich ple­ców odzywa się Dołe­czek vel Ale­xis - muszę się w końcu dowie­dzieć, jak naprawdę ma na imię.

- Na górze powie­dziano nam, że to może być pro­blem tech­niczny. Nie ma tam dymu ani pło­mieni, więc spraw­dzamy alarmy ręcz­nie.

Trzeba przy­znać, że laska ma refleks.

- Prace kon­ser­wa­cyjne - przy­ta­kuję celowo znu­żo­nym tonem. - Nie­które z nich da się spraw­dzić tylko oso­bi­ście, a jeśli to fał­szywy alarm, ktoś naj­wy­raź­niej tego nie zro­bił. Czy możemy pro­sić, żeby­ście opu­ścili klatkę scho­dową? Mogą na was zare­ago­wać czuj­niki ruchu.

Dwóch z nich od razu kupuje naszą histo­ryjkę, ale męż­czy­zna, który zadał nam pyta­nie, nie jest prze­ko­nany - mie­rzy mnie spoj­rze­niem i dopiero po chwili odwraca się, żeby ruszyć za kole­gami. Wciąż ści­ska broń.

- Wiel­kie dzięki! - wołam za nimi naj­ra­do­śniej, jak potra­fię.

Zza moich ple­ców dobiega cichy głos mojej towa­rzyszki:

- Możemy się dostać na dru­gie pię­tro. Wycho­dzi na ulicę. W ten spo­sób omi­niemy hol.

Kiwam głową i ruszamy. Trzy­mam się pomię­dzy wspól­niczką a scho­dzą­cymi na par­ter straż­ni­kami. Mam nadzieję, że dziew­czyna zdaje sobie sprawę, iż ukry­wam tylko jej brak uni­formu, a nie chro­nię ją wła­snym cia­łem.

Chwi­leczkę! - krzy­czy ten docie­kliwy straż­nik, który jest już w poło­wie scho­dów na górę. Przy­ci­ska dłoń do ucha, gdzie zapewne znaj­duje się słu­chawka, przez którą ktoś prze­ka­zuje mu infor­ma­cje o nas.

Ale­xis klnie pod nosem. Przez chwilę mam wra­że­nie, że mówi z obcym akcen­tem, po czym oboje bie­gniemy do drzwi.

- Stać!

Cała trójka ochro­nia­rzy rzuca się w górę scho­dów. Dzieli nas od nich tylko kilka metrów. Wykrzy­kują groźby, ich głosy dud­nią tak samo gło­śno jak ich kroki, a nad nami wciąż roz­lega się wycie alarmu.

Dziew­czyna wybiega przede mnie i popy­cha dźwi­gnię anty­pa­niczną, żeby otwo­rzyć drzwi. Słońce wdziera się do środka i oświe­tla klatkę scho­dową. Kładę dłoń mię­dzy łopat­kami Ale­xis i popy­cham ją na zewnątrz, po czym wypa­dam za nią, a torba z wyświe­tla­czem obija mi się o bio­dro. Ści­ga­jący nas męż­czyźni nie mają sta­bil­nego celu, a ja robię unik, żeby dodat­kowo utrud­nić im zada­nie.

W następ­nej chwili dobiega mnie pisk zaawan­so­wa­nego pisto­letu lase­ro­wego. Kiedy zatrza­skuję za sobą drzwi, w moim ramie­niu zagnież­dża się fala bólu, która prze­nosi się do klatki pier­sio­wej i spra­wia, że moje nerwy stają w ogniu.

Rozdział 3. Sofia

3

Sofia

Sko­wyt lase­ro­wej broni straż­nika prze­szywa powie­trze i przez krótką, osza­ła­mia­jącą chwilę prze­no­szę się do domu i nasłu­chuję odle­głej wymiany ognia pomię­dzy woj­skiem a fianna. Po chwili roz­lega się drugi strzał, który nie­szko­dli­wie odbija się od fra­mugi, a mój przy­pad­kowy part­ner popy­cha mnie przez drzwi.

Wyska­ku­jemy na ulicę. Górują nad nami poły­sku­jące dra­pa­cze chmur z chromu i szkła. Mia­sto roz­ciąga się na dłu­gość nie­mal całego Koryntu, podzie­lone na kon­ty­nenty, sek­tory i dziel­nice. Brak tu malow­ni­czej pano­ramy, bo metro­po­lia cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, a nowe wie­żowce buduje się na dachach sta­rych. Żeby znik­nąć w slum­sach poni­żej wła­ści­wego Koryntu, trzeba by zna­leźć windę zjeż­dża­jącą pod obecny poziom ulicy. Nie mamy jed­nak tyle czasu, więc roz­glą­dam się wokół, szu­ka­jąc spo­sobu na szyb­szą ucieczkę. Po wykry­ciu ruchu sto­jący tuż obok bil­l­bo­ard wywrza­skuje reklamę wprost do mnie: "Nie prze­gap­cie spek­ta­ku­lar­nego, poru­sza­ją­cego hołdu dla ofiar jed­nej z naj­więk­szych tra­ge­dii tego mile­nium! Odwiedź­cie orbi­talne muzeum Dedal! Wpływy z pierw­szego tygo­dnia zostaną prze­ka­zane rodzi­nom osób, które zgi­nęły w kata­stro­fie Ikara!".

Zaci­skam zęby, pró­bu­jąc nie dopu­ścić do sie­bie maka­brycz­nego prze­kazu i sku­pić się na następ­nym ruchu. Chło­pak stoi pochy­lony nad kla­wia­turą nume­ryczną przy drzwiach i maj­struje coś przy chi­pie, który wciąż wysuwa mu się z kie­szeni. Po wszyst­kim z urzą­dze­nia wydo­bywa się roz­draż­nione zgrzy­ta­nie i ekran nad kla­wia­turą gaśnie.

- Nie­sprawny zamek powstrzyma ich tylko na chwilę - mru­czy. - Musimy ruszać.

- Tak­sówka - sapię, kiedy obok prze­la­tuje podusz­ko­wiec z parą roz­chi­cho­ta­nych nasto­lat­ków wychy­lo­nych przez tylne okna.

- Namie­rzą płat­ność z palm­pada - rzuca szorstko mój towa­rzysz, jakby nie mógł uwie­rzyć, że zapro­po­no­wa­łam coś tak nie­do­rzecz­nego.

- Lito­ści. - Prze­wra­cam oczami i pod­cho­dzę do kra­wę­dzi plat­formy, gdzie prze­jeż­dżają roz­pę­dzone pojazdy.

Jeśli chce iść ze mną, pro­szę bar­dzo. Jeśli nie, niech sobie radzi sam. Odgar­niam nie­bie­skie włosy z oczu, biorę kilka szyb­kich odde­chów i staję na kra­węż­niku. Pierw­szą wolną tak­sówkę, która nad­jeż­dża, prze­pusz­czam - kie­rowcą jest kobieta, a jeśli plan ma zadzia­łać, muszę zmak­sy­ma­li­zo­wać swoje szanse. Następny pojazd wygląda obie­cu­jąco, więc uno­szę rękę i nakrę­cam się, bio­rąc kolejne szyb­kie odde­chy. Kiedy kie­rowca staje przy kra­węż­niku, oddy­cham spa­zma­tycz­nie.

- Bar­dzo pana pro­szę - rzu­cam bez tchu, nachy­la­jąc się do okna, kiedy męż­czy­zna wci­ska guzik i okienna mem­brana znika. - Może mi pan powie­dzieć, jak się stąd dostać do East Cen­tral Heights? Razem z bra­tem dopiero przy­by­li­śmy na Korynt i mamy się kie­ro­wać do miesz­ka­nia cioci, ale nie wiem, gdzie jeste­śmy, a ktoś ukradł mi palm­pada, więc szli­śmy pie­szo i... - Prze­ły­kam ślinę, prze­ry­wa­jąc nie­koń­czące się bia­do­le­nie zdu­szo­nym odde­chem.

Tak­sów­karz przy­gląda mi się ze zdzi­wie­niem, po czym podejrz­li­wie spo­gląda w stronę tyl­nego okna, gdzie mój nowo poznany haker opiera się o nad­wo­zie samo­chodu i wygląda na kom­plet­nie roz­le­ni­wio­nego. Mam ochotę go udu­sić. Mógłby mi przy­naj­mniej pomóc ode­grać tę scenę roz­pa­czy. Na szczę­ście ma na tyle rozumu, żeby nie zare­ago­wać na to, że "narze­czo­nego" zamie­ni­łam na "brata". Ten kie­rowca ma dwa­dzie­ścia, może trzy­dzie­ści lat, a kiedy się nachy­lam, jego oczy roz­bły­skują. Cóż, nie jest to może naj­bar­dziej ele­gancki trik, ale lada chwila straż­nicy zaczną prze­cze­sy­wać ulice. Nie ma czasu na ele­gan­cję, trzeba się­gnąć po sztuczkę starą jak świat. Sztuczkę, która dzia­łała na żoł­nie­rzy na mojej pla­ne­cie i która działa też na tutej­szych miesz­czu­chów.

- Musi­cie się dostać na kolejny poziom - odpo­wiada powoli tak­sów­karz. Waha się, a ja pró­buję nie napie­rać. Sam musi wpaść na ten pomysł. - W tamtą stronę, mniej wię­cej kilo­metr stąd, znaj­duje się kładka dla pie­szych - wyja­śnia, wska­zu­jąc głową kie­ru­nek, z któ­rego nad­je­chał.

Mocno pocią­gam nosem, pozwa­la­jąc, by zoba­czył, jak pró­buję wziąć się w garść.

- Czy mógłby mi pan nary­so­wać mapę? Bez palm­pada jestem taka zagu­biona... Cią­gle sły­szymy, że jeste­śmy na nie­wła­ści­wym pozio­mie, a ja... Ja już nie mam siły cho­dzić. Chcę się zna­leźć w domu, ale stąd nawet nie widać Regency Towers. - Wybra­łam jeden z naj­droż­szych budyn­ków w tej czę­ści Koryntu. Jeśli nie prze­ko­nuje go scenka z damą w opa­łach, może zwy­cięży chci­wość.

Kiedy męż­czy­zna spo­gląda na tak­so­metr, jego oczy nieco się zwę­żają. Bębni kciu­kiem o drą­żek ste­rowy, a kiedy prze­nosi wzrok na mnie, wpa­truję się w niego wiel­kimi oczami w obra­mo­wa­niu mokrych rzęs. Żałuję, że tak łatwo przy­cho­dzi mi przy­wo­ła­nie łez. Widok ludzi o pustych spoj­rze­niach w holo­apar­ta­men­cie i nasza ucieczka wstrzą­snęły mną bar­dziej, niż jestem skłonna przy­znać. Cho­ciaż powin­nam już przy­wyk­nąć do ucie­czek, moje dło­nie zaczy­nają drżeć. Opie­ram je o drzwi tak­sówki, żeby to ukryć.

Kie­rowca wzdy­cha.

- Wasza ciotka mieszka w Regency Towers?

Kiedy to potwier­dzam, zerka do tyłu na mojego towa­rzy­sza, który wciąż opiera się o samo­chód... Chło­pak już nawet nie obser­wuje tego, co się dzieje, spo­gląda w dal z zaci­śniętą szczęką i zaple­cio­nymi na piersi ramio­nami. Jego ciało komu­ni­kuje naj­bar­dziej agre­sywny prze­kaz, jaki można sobie wyobra­zić. Dzięki, kre­ty­nie, że uła­twiasz mi sprawę. W końcu kie­rowca wska­zuje głową tylne sie­dze­nia.

- Wska­kuj­cie. Wasza ciotka zapłaci, kiedy doje­dziemy na miej­sce, tak?

- Naprawdę?! - krzy­czę, jak gdyby myśl, że mógłby nas pod­wieźć, w ogóle nie zaświ­tała mi w gło­wie. - O Boże! Jest pan moim boha­te­rem! Dzię­kuję! - Przy­pa­dam do samo­chodu, nie dając mu czasu na zmianę decy­zji, i pocią­gam za drzwi, o które opiera się mój nowy kolega, co spra­wia, że chło­pak traci rów­no­wagę. - Chodź, bra­ciszku - mam­ro­czę, tak żeby tylko on usły­szał moje słowa.

Chło­pak w mil­cze­niu wsiada do pojazdu i prze­suwa się wzdłuż rzędu sie­dzeń, by zro­bić mi miej­sce. Gdy drzwi się za mną zatrza­skują, roz­sia­dam się na fotelu ze sztucz­nej skóry.

- Bar­dzo panu dzię­kuję. Powiem cioci, żeby dała panu hojny napi­wek za dobre serce.

Tak­sów­karz spo­gląda na mnie przez ramię i uśmie­cha się sze­roko, po czym prze­suwa drą­żek naprzód i włą­cza się do ruchu pojaz­dów prze­la­tu­ją­cych przez środ­kowy poziom sek­tora. Jest na swój spo­sób przy­stojny - przy­po­mina kole­sia, który wyra­biał mi fał­szywe doku­menty, z tą róż­nicą, że pra­wie na pewno nie ma w zwy­czaju łamać pal­ców nie­pła­cą­cym klien­tom. Przy­naj­mniej taką mam nadzieję.

- Skąd pocho­dzi­cie?

To pyta­nie zbija mnie z tropu. Darem­nie pró­buję zwró­cić uwagę swo­jego bez­u­ży­tecz­nego part­nera. Gęsto mru­ga­jąc, spo­glą­dam na kie­rowcę.

- Słu­cham?

- Mówi­łaś, że dopiero przy­by­li­ście na Korynt. Zasta­na­wia­łem się, skąd jeste­ście. - Znów patrzy przed sie­bie, ale pod­nosi wzrok, żeby spoj­rzeć na mnie w lusterku wstecz­nym.

- Ach... Z Babelu - odpo­wia­dam, poda­jąc nazwę pierw­szej z brzegu pla­nety, na któ­rej ni­gdy nie byłam.

- Nie żar­tuj! - woła męż­czy­zna ze śmie­chem. - Uro­dzi­łem się na Babelu. Z jakiego jeste­ście sek­tora? Byli­ście kie­dy­kol­wiek w barze kilka pozio­mów pod Regency Towers? To miej­sce spo­tkań fanów T-Win­gów z Babelu. Przy oka­zji każ­dego meczu naszej dru­żyny do knajpy walą tłumy. Może kie­dyś wpad­niesz?

Wygląda na to, że mój sek­sa­pil jed­nak zadzia­łał. Zer­kam na mojego "brata", żeby spraw­dzić, czy zachowa się ste­reo­ty­powo i nado­pie­kuń­czo, żeby ode­przeć pro­po­zy­cje tak­sów­ka­rza i... zamie­ram. Haker spo­gląda na swoją zaci­skaną przez cały czas dłoń. To, co odczy­ta­łam jako aro­gan­cję, oka­zało się czymś zupeł­nie innym. Kiedy pod­nosi rękę, jest spla­miona czer­wie­nią.

Orien­tuje się, że na niego patrzę, i chowa rękę. Tak­sów­karz nie prze­staje mówić, co jakiś czas zer­ka­jąc na mnie w lusterku wstecz­nym, ale jego słowa zle­wają się w odle­gły szum.

Nie wiem, jak poważna jest sytu­acja, ale krew nie prze­staje pły­nąć, choć chło­pak pró­buje ją zata­mo­wać. Na Avo­nie zaszy­łam wiele ran, ale teraz nie mogę się przyj­rzeć jego dłoni ani zapy­tać, jak się czuje. Kiedy kie­rowca zorien­tuje się, że wie­zie ofiarę strze­la­niny, sta­nie i wyrzuci nas na pobo­cze. W miej­scu, w któ­rym byli­śmy, tego typu urazu można było się doro­bić jedy­nie od przed­sta­wi­cieli wła­dzy, więc choć­bym flir­to­wała z tak­sów­ka­rzem bez końca, facet nie będzie chciał ścią­gać na sie­bie oskar­żeń o pomoc w popeł­nie­niu prze­stęp­stwa.

Tym razem naprawdę muszę wal­czyć z drże­niem swo­jego głosu.

- Myślisz, że cio­cia będzie się na nas bar­dzo zło­ścić za to, że się spóź­ni­li­śmy? - pytam "brata", prze­ry­wa­jąc tak­sów­ka­rzowi, a ten milk­nie.

Chło­pak spo­gląda mi w oczy i się krzywi.

- Myślę, że śred­nio. - Popra­wia się na fotelu, prze­no­sząc cię­żar ciała na drzwi. - Pew­nie jej minie, jeśli szybko ją prze­pro­simy.

Spo­glą­dam na ekran GPS-u na tablicy roz­dziel­czej tak­sówki. Gdy­bym miesz­kała w innym punk­cie sek­tora, od mojego domu mogłoby nas dzie­lić wiele godzin jazdy mag­po­cią­giem, ale celowo wybra­łam lokum ze względu na bli­skość sie­dziby głów­nej LaRoux Indu­stries. No dobra. Było też cał­kiem sty­lowe. Od celu dzieli nas zale­d­wie kilka minut drogi. Mogę wpro­wa­dzić chło­paka do budynku od strony ulicy, a potem bocz­nymi drzwiami. Zakła­da­jąc, że nie straci zbyt wiele krwi, zanim uda nam się zna­leźć w win­dzie, mogę zosta­wić tu kie­rowcę w ocze­ki­wa­niu na nie­ist­nie­jącą ciotkę i będziemy wolni.

- Długo będzie­cie na Koryn­cie? - pyta kie­rowca, wzna­wia­jąc prze­słu­cha­nie, jak gdy­bym nie prze­rwała mu, żeby poroz­ma­wiać z blon­dy­nem wykrwa­wia­ją­cym się na tyl­nym sie­dze­niu. - Prze­pro­wa­dza­cie się tu czy tylko wpa­dli­ście w odwie­dziny?

- Wpa­dli­śmy w odwie­dziny - odpo­wia­dam, pró­bu­jąc przy­wo­łać urok oso­bi­sty i odpę­dzić nie­po­kój. - Rodzina, te sprawy.

- Wia­domo. Będziesz mogła się wyrwać któ­re­goś dnia?

- Hmm... Mój brat nie lubi, kiedy spo­ty­kam się z nie­zna­jo­mymi. - Spo­glą­dam na sie­dzą­cego obok chło­paka, który unosi brwi z iro­nicz­nym roz­ba­wie­niem. Nawet nie znam jego imie­nia.

Tak­sówka zatrzy­muje się gładko przy kra­węż­niku plat­formy przed połu­dnio­wym budyn­kiem apar­ta­men­towca Regency Towers. Kie­rowca odwraca się, zer­ka­jąc to na mnie, to na mojego sąsiada.

- Daj spo­kój, chyba nie wyglą­dam aż tak podej­rza­nie?

Ma miły uśmiech i choć nie zacho­wy­wał się zbyt sub­tel­nie, obcza­ja­jąc mnie, kiedy bła­ga­łam go o pomoc, w końcu się nad nami zli­to­wał. Nie mam jed­nak dla niego zbyt wiele współ­czu­cia. Czło­wiek sam się prosi, żeby go oszu­kać, i oszust w końcu go znaj­dzie. Odwza­jem­niam uśmiech i wzru­szam ramio­nami.

- Może któ­re­goś dnia się wymknę - odpo­wia­dam szep­tem, tak żeby miał wra­że­nie, iż nie chcę, by brat usły­szał, po czym wycią­gam rękę do drzwi.

- Hej, hej, zaraz. - Kie­rowca wci­ska auto­blo­kadę i moje drzwi wydają zna­jome klik­nię­cie. - Możesz pocze­kać w samo­cho­dzie i wysłać brata po palm­pada ciotki, żeby zapła­cić za kurs.

Cho­lera. Ponow­nie zer­kam na sie­dzą­cego obok chło­paka, któ­rego leniwy wymu­szony uśmiech znik­nął. Drzwi z jego strony nie są zablo­ko­wane, ale jeśli kie­rowca zauważy, że się­gam do klamki, je także zamknie. Czas poże­gnać się z nadzieją, że mamy do czy­nie­nia z idiotą oraz fra­je­rem. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby mój haker wysko­czył i uciekł - na jego miej­scu pew­nie bym tak zro­biła. Potrzebna mu pomoc medyczna i to szybko, poza tym zdą­żył już zauwa­żyć, że mam gadane i potra­fię się wykrę­cić z wielu rze­czy. Mógłby mnie tu zosta­wić bez poczu­cia winy.

On jed­nak się nie rusza, a w jego orze­cho­wo­zie­lo­nych oczach pierw­szy raz od naszego spo­tka­nia dostrze­gam powagę.

- Brat? - rzu­cam do kie­rowcy, prze­sy­ła­jąc mu naj­we­sel­szy, naj­bar­dziej kokie­te­ryjny uśmiech, który opa­no­wa­łam, stu­diu­jąc w holo­wi­dzie mate­riały z roze­śmia­nymi kil­ku­na­sto i dwu­dzie­sto­lat­kami z gór­nego poziomu Koryntu, bawią­cymi się w noc­nych klu­bach. - Ale z pana fra­jer - mówię ze śmie­chem. Lepiej, żeby myślał, że został obro­biony przez flir­ciarę, niż by odkrył, że nie­świa­do­mie pomógł dwojgu prze­stęp­com uciec z naj­pil­niej strze­żo­nego ośrodka na tej pół­kuli.

Pro­szę, kim­kol­wiek jesteś... współ­pra­cuj ze mną, prze­ka­zuję w myślach ran­nemu chło­pa­kowi.

Nachy­lam się i opie­ram o jego zdrowe ramię, po czym odwra­cam jego twarz ku sobie, żeby go poca­ło­wać. Sły­szę, jak zasko­czony i zdez­o­rien­to­wany kie­rowca nabiera powie­trza. Cho­ciaż ustami muskam wargi chło­paka, nie spusz­czam oka z tak­sów­ka­rza. Zgod­nie z moimi ocze­ki­wa­niami męż­czy­zna pry­cha obu­rzony. Nie myśli już o zapła­cie ani o tym, żeby zatrzy­mać mnie w samo­cho­dzie, dopóki nie dosta­nie pie­nię­dzy - nie myśli też jesz­cze o tym, żeby zablo­ko­wać wszyst­kie drzwi.

Szybko, ale płyn­nie prze­su­wam drugą dłoń po kola­nie mojego towa­rzy­sza i się­gam do kon­tro­lek na drzwiach. Kie­rowca w końcu odzy­ska nad sobą pano­wa­nie, a jego dez­orien­ta­cja i złość miną, więc muszę otwo­rzyć drzwi, żeby­śmy mogli uciec. Już mam przy­ło­żyć dłoń do ska­nera, kiedy czuję, że wargi chło­paka wygi­nają się w łuk - uśmie­cha się, szczerzy - i to jedyne ostrze­że­nie, jakie otrzy­muję, zanim roz­chyla usta i w pełni wyko­rzy­stuje moją sztuczkę, by wepchnąć mi język do gar­dła.

Dupek.

Rozdział 4. Gideon

4

Gideon

Palce Ale­xis napo­ty­kają ska­ner na drzwiach za moimi ple­cami, a kiedy te ustę­pują, jestem gotowy. Odry­wam się od niej, żeby wyto­czyć się z samo­chodu, a moja cału­śna part­nerka jest tuż za mną. Jakimś cudem udaje mi się sta­nąć na ziemi i już po chwili, przy akom­pa­nia­men­cie okrzy­ków tak­sów­ka­rza, wymi­jamy tłumy kupu­ją­cych i kilka elek­trycz­nych rowe­rów. Przez jakiś czas bie­gniemy ide­al­nie zgrani, ale w pew­nym momen­cie dziew­czyna wszystko psuje, wycią­ga­jąc rękę w bok i ude­rza­jąc mnie w pierś, kiedy skrę­camy w boczną uliczkę. Fala bólu wije się w dół mojej ran­nej ręki.

- Hej, a to za co? - syczę.

- Sam wiesz - rzuca zasa­pana.

Chciał­bym myśleć, że zaparło jej dech po naszym namięt­nym poca­łunku w tak­sówce, ale bie­gniemy dosyć szybko.

- To ty mnie poca­ło­wa­łaś, Dołeczku. Skąd mia­łem wie­dzieć, że nie chcesz, żebym się włą­czył?

- Mam na imię Ale­xis!

- A ja mam co do tego poważne wąt­pli­wo­ści.

Wypa­damy za róg i zatrzy­mu­jemy się gwał­tow­nie obok tyl­nego wej­ścia do desi­gner­skiego butiku, oddy­cha­jąc ciężko. Dziew­czyna chwyta mnie za zdrowe ramię i obraca, żeby przyj­rzeć się zakrwa­wio­nemu ręka­wowi.

- Jest źle? Wytrzy­masz jesz­cze kilka minut?

- Nie wię­cej - odpo­wia­dam, ponow­nie przy­ci­ska­jąc ranę dło­nią. Szumi mi w gło­wie od upa­ja­ją­cej mie­sza­niny ulgi, że udało nam się uciec, i bole­snej świa­do­mo­ści, że dziś w holo­apar­ta­men­cie zoba­czy­łem coś naprawdę złego. Lito­ściwa matko usma­żo­nych prze­wo­dów, ależ boli mnie ręka. - Znasz jakieś miej­sce, gdzie uda mi się to zata­mo­wać?

Dziew­czyna przez dłuż­szą chwilę mil­czy, po czym kiwa głową.

- Znam.

Pro­wa­dzi mnie inną boczną uliczką pomię­dzy kil­koma dro­gimi skle­pami, potem przez bramę w ogro­dze­niu ota­cza­ją­cym wie­żowce Regency Towers, gdzie skie­ro­wała tak­sów­ka­rza, a następ­nie przez sąsia­du­jący z nimi ogród. Widzę, że opa­no­wała ścieżki w tej oko­licy, i podzi­wiam ją za to. Stam­tąd kie­ru­jemy się przez bramę dla per­so­nelu, więc kiedy docho­dzimy do wej­ścia do Came­lot Heights - pro­szę, niech to będzie cel naszej podróży, bo cho­ler­nie mnie boli - mamy pew­ność, że nie widział nas nikt z ulicy. Dziew­czyna zatrzy­muje się i wyciąga z torby cienki dopa­so­wany kape­lusz z filcu. Używa go, żeby zama­sko­wać nie­bie­skie włosy, kiedy wbija kod bez­pie­czeń­stwa, i wśli­zgu­jemy się do środka. Laska, która mieszka w takim miej­scu, nie może się parać kry­mi­nalną robotą, a przy­naj­mniej nie tego samego rodzaju co ja. Czy wemknęła się dziś do holo­apar­ta­mentu dla zabawy? Znów mam przed oczami obraz meta­lo­wego pier­ście­nia i stra­chu w jej oczach. Jeśli myślała, że to zabawa, teraz z pew­no­ścią zdaje sobie sprawę z tego, że to coś o wiele poważ­niej­szego.

- Kri­stina! - Dopiero po chwili uświa­da­miam sobie, że uśmiech­nięty por­tier mówi do nas, a raczej do Dołeczka. - Kim jest twój kolega?

- Pozwól, że sama się tego dowiem, Alfie. - Śmieje się, pro­wa­dząc mnie do windy.

Jej gra jest rów­nie nie­ska­zi­telna, jak śmiech. Strach, który towa­rzy­szył jej w LaRoux Indu­stries, znik­nął - dziew­czyna reaguje bły­ska­wicz­nie. Wybiera przy­cisk na samej górze - do luk­su­so­wego apar­ta­mentu na ostat­nim pię­trze, jak­żeby ina­czej - i winda rusza z led­wie sły­szal­nym bucze­niem. Dopiero kiedy mijamy przed­ostat­nie pię­tro i nikt do nas nie dołą­cza, moja towa­rzyszka zaczyna szpe­rać w torebce. Wyj­muje parę ele­ganc­kich koron­ko­wych ręka­wi­czek i naciąga jedną z nich na prawą dłoń. Gdy docie­ramy na ostat­nie pię­tro, przy­ciska dłoń w ręka­wiczce do kwa­dra­to­wego panelu, który roz­bły­skuje mlecz­nym świa­tłem. Roz­lega się krótki trzask, jak gdyby całość była naje­żona elek­trycz­no­ścią.

Mam tylko chwilę, żeby przyj­rzeć się sys­te­mowi zabez­pie­czeń, po czym drzwi się roz­su­wają i staję w obli­czu luk­susu, jakiego nie widzia­łem od lat. Dołe­czek rzuca torebkę na kanapę i znika za ścianą z mato­wego szkła, jed­no­cze­śnie wyda­jąc mi pole­ce­nia:

- Usiądź, zanim się prze­wró­cisz i roze­tniesz sobie głowę.

Czuję się nieco winny, że zosta­wiam ślady - co w tych oko­licz­no­ściach jest tro­chę absur­dalne - ale zdej­muję koszulę i przy­sia­dam na skraju kanapy. Jej miesz­ka­nie jest obłędne. Od lat nie byłem w takim apar­ta­men­cie. Kie­dyś w tego rodzaju miej­scu czu­łem się jak w domu, ale teraz z pew­no­ścią tak nie jest. Posadzki wyglą­dają jak z praw­dzi­wego mar­muru i choć nie mam pew­no­ści, wydaje mi się, że przy kominku leży stos praw­dzi­wego drewna. Prze­ciw­le­gła ściana jest zro­biona z naj­wyż­szej klasy inte­li­gent­nego szkła i pokryta cienką war­stwą opa­li­zu­ją­cej powłoki, która kom­pen­suje wiszący za oknem smog, żeby prze­ka­zać nie­ska­zi­telny widok zachodu słońca na Koryn­cie. Ha.

- Nie­zła chata! - wołam, zwi­ja­jąc koszulę i przy­kła­da­jąc ją do ramie­nia, żeby zata­mo­wać krwo­tok. I tak do niczego się już nie nadaje. Potrze­buję chwili, by uspo­koić oddech i zasta­no­wić się, jak to wszystko roze­grać. - Czy to ten moment, w któ­rym przy­zna­jesz, że tak naprawdę nazy­wasz się LaRoux i jesteś nadziana?

- Cóż, dobrze by mi było w rudych wło­sach.

Z pogłosu wno­szę, że jest w łazience. Jedna ruda LaRoux w Galak­tyce wystar­czy. Ton głosu mojej Ale­xis jest swo­bodny, podob­nie jak moje zacho­wa­nie, ale na pewno oboje zda­jemy sobie sprawę z tego, że musimy poroz­ma­wiać o tym, co zaszło. Sły­szę, jak otwiera i zamyka szafkę, po czym wycho­dzi, trzy­ma­jąc ele­ganc­kie czarne pudełko.

Sądząc po zawar­to­ści apteczki, Dołe­czek pocho­dzi z zupeł­nie innej war­stwy niż powszech­nie uwiel­biana Lilac LaRoux. Są tu róż­nego rodzaju środki, któ­rych nie widzi się w stan­dar­do­wych zesta­wach pierw­szej pomocy, od szpi­tal­nych leków na opa­rze­nia po sondy do płu­ka­nia żołądka. Wyciąga ręczny przy­że­gacz, wyj­muje mi z ręki koszulę i zabiera się do pracy. Cho­ciaż jej dło­nie są wypie­lę­gno­wane, od razu można odgad­nąć, że nie pierw­szy raz ma do czy­nie­nia z raną postrza­łową.

- Cóż - mówię, pró­bu­jąc odwró­cić myśli od nad­cho­dzą­cego bólu. - Nie wiem, jak u cie­bie, ale ten dzień nie uło­żył się tak, jak chcia­łem.

Dziew­czyna pod­nosi wzrok, a na jej twa­rzy znów poja­wia się ten prze­krzy­wiony uśmiech z jed­nym dołecz­kiem, który trwa tylko chwilę. I wszystko staje się jasne. Ten uśmiech jest praw­dziwy. Jeden dołe­czek - auten­tyk. Dwa - dziew­czyna udaje. Cho­lera, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej podoba mi się ten prze­krzy­wiony.

Taa... Jesz­cze tro­chę potrwa, zanim zmą­drzeję.

- Mogło być gorzej - rzuca, koń­cząc oczysz­czać ranę, pochy­lona tak, że widzę tylko górną część jej ufar­bo­wa­nej na nie­bie­sko fry­zury. - Wystar­czy­łoby kilka cen­ty­me­trów w bok i musia­ła­bym wymy­ślić o wiele dra­stycz­niej­szy plan, żeby prze­ko­nać tak­sów­ka­rza, by odwiózł do domu mnie i tego trupa.

- Jeśli kie­dy­kol­wiek zginę, masz moje pozwo­le­nie, żeby zosta­wić mnie tam, gdzie upadnę. Możesz mi nawet odciąć czę­ści ciała, jeśli będą miały na sobie obcią­ża­jące dowody. Nic mi po nich. - Mówię za szybko, bo wiem, że przy­że­gacz zapie­cze o wiele bar­dziej niż igła do tatu­ażu.

Powi­nie­nem teraz spraw­dzić, co wie ta dziew­czyna, a następ­nie ukryć się i nie wychy­lać, dopóki nie­bez­pie­czeń­stwo nie zosta­nie zaże­gnane. Mogę zasię­gnąć języka u swo­ich kon­tak­tów - zacznę od Mae - i uło­żyć plan, jak się zabez­pie­czyć, a następ­nie poszu­kać dodat­ko­wych infor­ma­cji. Po tym, co widzie­li­śmy, wszę­dzie będą nas szu­kać, i to z pew­no­ścią nie dla­tego, by pogra­tu­lo­wać nam dosko­na­łej umie­jęt­no­ści współ­pracy w warun­kach stre­so­wych.

Przy­naj­mniej jest szybka, a kiedy rana prze­staje krwa­wić, widzę, że bli­zna nie powinna za bar­dzo zapa­sku­dzić mi tatu­ażu - zro­bi­łem go sobie po tam­tej robo­cie na Avo­nie. Sta­ram się kon­cen­tro­wać na tym, a nie na szar­pią­cym nerwy bólu w miej­scu, które przy­pala moja towa­rzyszka, ani na tym, że opiera się dło­nią o moją klatkę pier­siową, przy­trzy­mu­jąc mnie w miej­scu. Po wszyst­kim sma­ruje bli­znę maścią na opa­rze­nia i ból zamie­nia się w bło­gie odrę­twie­nie.

- Gotowe - mówi, przy­glą­da­jąc się swo­jemu dziełu, pod­czas gdy ja przy­glą­dam się jej. - Do jutra będziesz się czuł jak nowo naro­dzony. - Pochyla się, żeby spa­ko­wać i zatrza­snąć apteczkę. - Muszę zmyć to coś z wło­sów, bo wszystko zafar­buję.

- Też przy­dałby mi się prysz­nic, jeśli znaj­dzie się tam miej­sce dla dwóch osób - rzu­cam w odpo­wie­dzi, a ona po pro­stu spo­gląda na mnie z unie­sioną brwią, jak gdyby mówiła: "Serio? To wszystko, na co cię stać?". - No weź, wła­śnie prze­sze­dłem zabieg chi­rur­giczny - zauwa­żam. - Była­byś roz­cza­ro­wana, gdy­bym nie spró­bo­wał, ale nie jestem w naj­lep­szej for­mie.

- Do zje­cha­nia windą nie potrzeba mojej ręka­wiczki - mówi nie­spo­dzie­wa­nie.

Nie mogę jesz­cze wyjść. Ale zanim udaje mi się coś powie­dzieć, dodaje:

- Jeśli wolisz zostać, Smart­Kel­ner potrafi przy­go­to­wać rewe­la­cyj­nego drinka.

Nie czeka na odpo­wiedź, zwy­czaj­nie się odwraca i znika w łazience, a po chwili sły­szę, jak odkręca kran. Robię więc jedyną sen­sowną rzecz, jaka przy­cho­dzi mi do głowy - zaczy­nam prze­szu­ki­wać jej rze­czy. Nie można prze­cież mar­no­wać oka­zji, aby dowie­dzieć się wię­cej o oso­bie, która cię inte­re­suje, prawda? A ja nie mogę wyjść, dopóki nie poroz­ma­wiamy o tym, co zaszło. Przy­naj­mniej do tego czasu będę miał zaję­cie.

Wzdłuż stołu stoją opra­wione w ramki zdję­cia Dołeczka i dwojga star­szych ludzi, któ­rzy mogliby być jej rodzi­cami. Jedna z foto­gra­fii przed­sta­wia ich wszyst­kich na nar­tach w ramach bajecz­nie dro­gich holo­wa­ka­cji - roz­po­znaję chyba Alpy na Para­di­sie. Kolejna na tle pano­ramy sek­tora Theta na Koryn­cie, z wido­kiem na morze. Są nie­mal ide­alne. Ten, kto je dla niej zro­bił, naprawdę nie­źle się spi­sał. Jeśli jed­nak wie się, gdzie szu­kać, można zauwa­żyć, w któ­rym miej­scu zostały pod­ro­bione. Mam już cał­ko­witą pew­ność, że to nie jest jej miesz­ka­nie. Należy za to do Kri­stiny McDo­well - przy drzwiach widzę paczki z takim nazwi­skiem, a kiedy włą­czam kon­solę w małym domo­wym biu­rze, moim oczom uka­zuje się histo­ria wyszu­ki­wań w hiper­ne­cie, głów­nie poczta elek­tro­niczna i zakupy online. Z tym, że dziew­czyna nie ma na imię ani Kri­stina, ani Ale­xis.

Kim­kol­wiek więc jest Dołe­czek, wiem o niej tylko tyle, że znaj­do­wała się w sytu­acjach, w któ­rych trzeba było zasto­so­wać zaawan­so­wane metody pierw­szej pomocy, i że wie o LaRoux Indu­stries wię­cej, niż przy­znaje. Jestem pewien, że wci­snę­łaby kamie­nie wydo­byw­com aste­ro­idów i że z pew­no­ścią nie jest bogaczką Kri­stiną McDo­well. Wyłą­czam kon­solę i wycho­dzę z gabi­netu, po czym kie­ruję kroki ku Smart­Kel­ne­rowi i zama­wiam drinka dla dziew­czyny oraz wodę mine­ralną dla sie­bie. Nie piję alko­holu - moje szare komórki muszą dzia­łać spraw­nie, a czę­sto bez przy­go­to­wa­nia.

Wycho­dzi z łazienki w momen­cie, kiedy wpa­dam na pomysł, żeby spraw­dzić, co jesz­cze, oprócz ręka­wi­czek roz­dziel­czych i nie­le­gal­nych kart dostępu, trzyma w torebce. Jej włosy wró­ciły do daw­nego odcie­nia i dziew­czyna znów jest pla­ty­nową blon­dynką z twa­rzą obra­mo­waną sprę­ży­stymi lokami. Ma na sobie kosz­tow­nie wyglą­da­jący czarny swe­ter i dżinsy. Przez chwilę roz­pa­czam po znik­nię­ciu krót­kiej sukienki, ale stwier­dzam, że w tym nie­wy­mu­szo­nym stroju także mi się podoba. Choć oczy­wi­ście nie powi­nie­nem sobie teraz zaprzą­tać głowy takimi rze­czami.

- Ład­nie ci w tej fry­zu­rze. - Boże, dla­czego powie­dzia­łem to na głos? Brawo, stary.

Uśmie­cha się sze­roko i pod­cho­dzi, żeby wziąć ode mnie drinka.

- Tak jest naj­ła­twiej. Ciężko w jed­nej chwili ufar­bo­wać włosy na nie­bie­sko lub różowo, kiedy są czarne. Okna, usta­wie­nie numer pięć.

Inte­li­gentne szkło deli­kat­nie migo­cze, widoczny za oknem zachód słońca zaczyna się ściem­niać, a gwiazdy poja­wiają się jedna po dru­giej, choć prze­cież na Koryn­cie od dzie­się­cio­leci żad­nej nie widziano. Świa­tło bijące od cią­gną­cych się po hory­zont budyn­ków nie przy­ćmiewa roz­ja­rzo­nych gwiazd nad naszymi gło­wami. Oczy­wi­ście nie pierw­szy raz jestem świad­kiem tej ilu­zji. Mikro­pro­jek­tory namie­rzają ruch oka patrzą­cej osoby i zmie­niają pozy­cje, tak że ma się wra­że­nie, iż gwiazdy to odle­głe punk­ciki na nie­bo­skło­nie, a nie pro­jek­cja świetlna rzu­cona na odle­głość kilku metrów.

Dziew­czyna spo­gląda na gwiazdy, jakby były czymś nie­zwy­kłym, a ja obser­wuję ją w mil­cze­niu. Ścią­gnęła brwi i cho­ciaż na jej twa­rzy maluje się spo­kój, moją uwagę zwraca uło­że­nie jej ust, zacię­tość, która nie pasuje do spo­wi­ja­ją­cej ją aury nie­win­no­ści i non­sza­lan­cji. Być może tak wła­śnie wygląda, kiedy jest sobą.

To się wymyka spod kon­troli. Nie czas na to, żebym spo­glą­dał na nią jak zahip­no­ty­zo­wany. Mam wię­cej rozumu. Czas wziąć ją na dystans, zacząć uży­wać mózgu.

- A więc... - Prze­cią­gam samo­gło­ski, sta­ra­jąc się brzmieć zwy­czaj­nie. - Czy to dobry moment, żeby poroz­ma­wiać o tym, co się dziś wyda­rzyło? Zapy­tał­bym, co tam robi­łaś, ale już tyle razy mnie dziś okła­ma­łaś, że i tak bym ci nie uwie­rzył.

Mil­czy, kur­czowo trzy­ma­jąc drinka. Po jakimś cza­sie upija duży łyk, po czym odsta­wia szklankę na stół obok pod­ro­bio­nych zdjęć i odwraca się, żeby podejść do kanapy.

- Kła­mię, bo muszę - mówi zmę­czo­nym gło­sem. - Korynt to okrutne miej­sce. Za powie­dze­nie prawdy ląduje się tam, na dole. - Wska­zuje głową roz­cią­ga­jące się nisko pod nami slumsy.

To mój teren, cho­ciaż ona jesz­cze o tym nie wie. Może zga­duje.

- Ten świat na dole daje wiele moż­li­wo­ści.

- Nie takich moż­li­wo­ści szu­kam - odpo­wiada. Powoli wydy­cha powie­trze i mówi: - Naprawdę mam na imię Ale­xis. Ale to moje dru­gie imię, i nie, nie zdra­dzę ci pierw­szego. Zwłasz­cza że okła­ma­łeś mnie tyle samo razy co ja cie­bie. Byłam w LaRoux Indu­stries ze względu na swo­jego ojca. Nie żyje z ich winy, a ja chcę się dowie­dzieć dla­czego. Taka jest prawda.

Wie­rzę jej. Może nie jestem rów­nie elo­kwentny, jak ona, ale potra­fię roz­po­znać prawdę. Tym bar­dziej że ta prawda przy­po­mina mi moją - może wła­śnie dla­tego ją roz­po­znaję. Prze­szywa mnie zimny ból współ­czu­cia. Sam zbyt dobrze wiem, że tego typu strata potrafi posta­wić czło­wieka na dro­dze, z któ­rej póź­niej nie umie zawró­cić.

- Mam na imię Gideon - odpo­wia­dam bez namy­słu. - To moje praw­dziwe, pierw­sze imię, które dała mi mama.

No nie, nie powie­dzia­łem tego! Szu­ka­nie spo­sobu, aby się do kogoś zbli­żyć, to jedno, ale dzie­le­nie się infor­ma­cjami, o któ­rych nie wie nikt, to coś zupeł­nie innego. Moje zde­ner­wo­wa­nie rośnie, bo nie mogę wró­cić do swo­jej kry­jówki i prze­ana­li­zo­wać tego, co się dziś wyda­rzyło. Palce mnie świerz­bią, żeby dotknąć kla­wia­tury. Mój umysł pra­gnie prze­sko­czyć na drugą stronę sieci i spraw­dzić nie­ist­nie­jące dane. Ostat­nia seria pro­gra­mów namie­rza­ją­cych lada chwila powinna zdać raport. Powi­nie­nem przej­rzeć fora, poga­dać z Mae. Tak się wła­śnie dzieje, kiedy na zbyt długo zosta­wię ekrany. Wszystko idzie w dia­bły. To naj­traf­niej­sze okre­śle­nie na opi­sa­nie wyda­rzeń dzi­siej­szego dnia.

Dziew­czyna nie spusz­cza ze mnie wzroku, a ja pró­buję prze­kie­ro­wać roz­mowę na inne tory i odwró­cić jej uwagę od mojego imie­nia z nadzieją, że nie roz­pra­cuje miliarda wska­zó­wek, które pew­nie jej pod­rzu­ci­łem, czego teraz żałuję.

- Powie­dzia­łaś, że wiesz coś na temat wyda­rzeń, któ­rych byli­śmy dziś świad­kami.

- Mia­łam się spo­tkać z kimś, kto mógł mi powie­dzieć coś wię­cej, ale wygląda na to, że się wyco­fała albo prze­stra­szyła. - Potrząsa głową i zaplata ramiona wokół brzu­cha, jak gdyby chciała się osło­nić. Opada z powro­tem na kanapę. - Wierz mi, nie chcesz się w to mie­szać.

- Już się w to wmie­sza­łem. Oboje w tym sie­dzimy. Jeśli chcesz, możemy się roz­dzie­lić, ale praw­do­po­dob­nie mają nas na nagra­niach z moni­to­ringu i ani się obej­rzymy, a znajdą przy­naj­mniej jedno z nas.

- Zasta­na­wiam się, dla­czego mia­ła­bym ci zaufać, Gide­onie - rzuca, uno­sząc brew. - Skąd mam wie­dzieć, że nie pra­cu­jesz dla nich i że nie pró­bu­jesz wycią­gnąć ode mnie infor­ma­cji, któ­rymi dys­po­nuję. - Znów kręci głową. Jej ruchy są skrę­po­wane i powścią­gliwe, a jej ciało zdaje się napięte.

Nie wystar­czy nawet mój naj­bar­dziej cza­ru­jący uśmiech, żeby zachę­cić ją do mówie­nia, a kiedy widzę, jak zmie­nia się jej twarz na wspo­mnie­nie tego, co dziś zaszło, uświa­da­miam sobie, że nie zdo­łam odejść, dopóki nie zro­zu­miem tego, co się stało.

- W porządku. Chcesz zaufa­nia? - Odsta­wiam wodę, pod­cho­dzę do kanapy i opa­dam na sie­dze­nie. - Pozwól, że zacznę. Nie wiem, co napa­dło tych ludzi, ale widzia­łem już kie­dyś taki meta­lowy pier­ścień. Taki sam jak ten z nie­bie­skimi pło­mie­niami, zama­sko­wany pro­jek­cjami w holo­apar­ta­men­cie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki