Rozdział 1
Laura
Ten dzień był koszmarny. Koszmarny, przez duże K, a jeszcze się nawet nie skończył.
Od samego rana nie opuszczał mnie pech. Do tego stopnia, że powoli zaczynałam wierzyć, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Jeszcze jedna wpadka i pomyślę, że to jakiś nikczemny plan. Plan zniechęcenia Lary do życia.
A może ktoś chciał wykurzyć mnie z powrotem do Polski? Jeżeli tak, to był na dobrej drodze.
Przez chwilę pomyślałam o cioci. Jej oferta, żeby przyjąć mnie u siebie po studiach, była wymuszona. Zaprosiła mnie, bo wypadało, a nie dlatego że faktycznie sama chciała. W zasadzie propozycja wyszła ode mnie, a wtedy ona zaproponowała pomoc, gdy zobaczyła, że nie ustąpię i że wzięłam sprawy w swoje ręce.
Kochała mnie, co do tego nie miałam wątpliwości. Na równi z wujkiem Andrzejem pomagała w moim wychowaniu po śmierci moich ukochanych rodziców. On mnie przyjął pod swój dach, a ciocia nie szczędziła pieniędzy na wychowanie i wykształcenie. To dzięki niej zaszłam tak wysoko, grałam perfekcyjnie na trzech instrumentach i miałam wymarzoną pracę nauczycielki muzyki.
Odkąd jednak zaproponowałam, że mogłabym przyjechać do Włoch po studiach i poszukać tutaj pracy, robiła same problemy. Twierdziła, że w moim zawodzie będzie mi trudno znaleźć pracę, ale jak się później okazało, znalazłam ją bez problemu, a nawet udzielałam korepetycji. Inną wymówką był brak znajomości języka. Fakt, po włosku znałam zaledwie kilka zwrotów, za to angielski opanowałam do perfekcji. Kolejny jej argument sprowadzał się do tego, że często wyjeżdżała w interesach, a Francesca, jej córka, a moja kuzynka, właśnie wychodziła za mąż i miała swoje życie. Ciocia nie chciała, żebym była zdana sama na siebie, ale ja chciałam spróbować.
To było rok temu. Zniechęcające słowa cioci mnie nie powstrzymały, a wręcz zmobilizowały jeszcze bardziej. Wzięłam sprawy w swoje ręce. Nie mogłam przez cały czas liczyć na pomoc bliskich. Nie mogłam poddać się strachowi, który tak wiele razy sprawiał, że rezygnowałam z różnych spraw. Chciałam pokazać bliskim i samej sobie, że nie jestem sierotką Marysią. Bo nią nie byłam. Wszyscy brali mnie za delikatną osobę i choć było w tym sporo prawdy, byłam też dorosła i musiałam w końcu pokazać innym, że koniec z chuchaniem i dmuchaniem na biedną Laurę.
Sama znalazłam sobie pracę, choć języka w dalszym ciągu się nie nauczyłam. Uznałam, że angielski w zupełności mi wystarczy. Byłam też pewna, że na miejscu z czasem opanuję włoski, który był dla mnie czarną magią. Poza tym przed wyjazdem nie miałam czasu na kursy. Moim życiem była muzyka, a oprócz tego, zanim wyjechałam do Włoch, chciałam zarobić trochę grosza, żeby nie być na utrzymaniu cioci. Usamodzielnienie przysparzało mi najwięcej stresu. Miałam zamieszkać sama. Sama. Tak dosłownie sama. W swoim dwudziestosześcioletnim życiu nigdy nie byłam sama. Już to słowo wywoływało we mnie dreszcze.
Po wypadku długo dochodziłam do siebie. Kilka tygodni przeleżałam w śpiączce, a potem mój organizm powoli wracał do sił. Przez długie tygodnie moim domem był szpital, a stałym programem dnia rehabilitacja i terapie. Uzależniłam się od pomocy innych, a bliscy nie odstępowali mnie na krok.
W końcu przyszedł odpowiedni czas i podjęłam decyzję o usamodzielnieniu się.
Paraliżował mnie strach, gdyż od razu miałam skoczyć na głęboką wodę.
Mogłam zostać w Polsce, w bezpiecznym i znanym mi miejscu. Mogłam znaleźć mieszkanie w Warszawie i przyjąć ofertę pracy od profesora ze studiów, który oferował mi przejęcie jego małych klientów. Przechodził na emeryturę, więc chciał również częściowo zrezygnować z korepetycji, których udzielał.
Ale nie, ja musiałam zmienić swoje życie drastycznie i diametralnie. Nie mogłam być wiecznie tą biedną dziewczynką, która straciła rodziców. Od ich śmierci niezmiennie odczuwałam jakiś brak. I nie chodziło jedynie o brak mamy i taty, którzy byli najcudowniejszymi osobami na świecie. To był zupełnie innego rodzaju brak. Jakbym nie była kompletna.
Postanowiłam poszukać tej cząstki siebie. Może straciłam ją właśnie wtedy podczas wypadku we Włoszech? Czułam, że to tutaj znajdę odpowiedzi, których szukałam, ale jak do tej pory ich nie otrzymałam.
Skoro cioci Elenie było tak bardzo nie na rękę przyjęcie mnie pod swój dach, nie chciałam się narzucać i znalazłam mieszkanko. A może ciocia tym kręceniem nosa chciała dać mi do zrozumienia, że jestem już dorosła i czas wyfrunąć z gniazdka.
Tylko że nie miałam swojego gniazda.
U wujka Andrzeja nigdy nie czułam się jak we własnym domu. I to nie była jego wina. Kochał mnie, troszczył się o mnie na tyle, na ile mógł. Jego też bardzo dotknęła śmierć mojego taty. Przez pierwsze lata było trudno. Otaczało nas dużo smutku. Ale potem wujek poznał Monikę, wzięli ślub i razem starali się dać mi prawdziwy dom. Miałam swój pokój, z ciocią Moniką mogłam porozmawiać o wszystkim, ale to w dalszym ciągu nie był mój prawdziwy dom.
On został mi odebrany. Dom, w którym się wychowałam, sprzedano. Tak myślę. Wujek nigdy o nim nie wspominał, a ja nie pytałam.
Z tym miejscem wiązało się zbyt wiele pięknych wspomnień, które teraz były zadrą w sercu.
Ciocia Elena wychowywała mnie na odległość. Byłam u niej jedynie dwa razy podczas wakacji, gdy jeszcze chodziłam do liceum. Jej domu w San Matteo również jednak nie traktowałam tak, jakby był mój.
Gdzie zatem był mój dom? Chciałam go znaleźć sama. Chyba dlatego tak bardzo chciałam przyjechać do Włoch. Tutaj była cząstka mojej mamy. Pochodziła stąd. Była przybraną siostrą cioci Eleny. Miały tego samego włoskiego ojca, ale różne matki. Ciocia Elena była owocem pierwszego małżeństwa, a mama drugiego. Podobno dziadek zostawił pierwszą żonę dla babci, którą poznał, gdy ta przyjechała na wczasy ze swoją rodziną.
Ciągnęło mnie do Włoch, chciałam poznać rodzinę mojej mamy, choć ta była niewielka, i okolicę, w której się wychowała. Dlatego tak chętnie zaglądałam do domu cioci, który odziedziczyła w spadku po ojcu. Mama się w nim nie wychowała, ale podobno często w nim bywała. I faktycznie będąc w San Matteo, czułam się jakby bliżej niej.
Decyzja o wynajęciu sobie małego lokum okazała się właściwa, gdyż ciocia mieszkała w malutkiej wiosce San Matteo, a ja znalazłam pracę w Bari, w stolicy Apulii. Te dwie miejscowości dzieliło raptem kilkanaście kilometrów, ale nie wyobrażałam sobie codziennych dojazdów i przeprawy przez miasto.
Od niespełna roku wynajmowałam naprawdę malutki kąt, choć mogłam pozwolić sobie na nieco wyższy standard. Resztę kasy, którą udało mi się zarobić podczas ostatnich wakacji w Polsce i zaoszczędzić przez ostatnie lata, wolałam jednak zainwestować w samochód.
Dzisiaj rano odmówił posłuszeństwa. To była już trzecia nieprzyjemna rzecz, która mnie dzisiaj spotkała. Pierwszą był budzik, który postanowił zastrajkować i nie zadzwonić, a drugą zepsuta suszarka.
To wszystko sprawiło, że na lekcje do szkoły gnałam z jęzorem na wierzchu.
Oczywiście się spóźniłam, co wprawiło mnie w jeszcze gorszy nastrój. Nigdy się nie spóźniałam. Jak już, to zjawiałam się z kilkunastominutowym wyprzedzeniem.
Na przerwie w dalszym ciągu odczuwałam popłoch, a wiadomo: jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Oblałam się kawą, a miałam na sobie kremową bluzkę z krótkimi, koronkowymi rękawami i plisowaną spódnicę w tym samym kolorze. Uwielbiałam ubierać się w jasne kolory, najbardziej w pastelowe, a tutaj, we Włoszech, to już w szczególności. Dni były długie i bardzo słoneczne, aż chciało nosić się jasne barwy. Nie rozumiałam wszystkich tych, którzy wkładali szare i ciemne ubrania. Nawet tych, którzy robili to ze względu na posadę. Przecież w jasnych odcieniach też można wyglądać elegancko i z klasą.
Przez resztę dnia paradowałam z beżową plamą w okolicy biustu. Nie podobało mi się to oczywiście, i to nie przez sam fakt istnienia plamy, ale przez spojrzenia przeciwnej płci, które skupiły się na tej części mojego ciała.
Miałam ładny, choć raczej okazały biust, który nawet zakryty zmuszał do fantazjowania. Wiedziałam o tym, gdyż już nie raz do moich uszu dolatywały sprośne komentarze, mimo iż starałam się nosić bluzki czy sukienki bez dekoltu.
Wyjątki stanowiły dni, kiedy miałam wolne i jeździłam do chatki ciotki. Tam zwykle wkładałam zwiewne sukienki na cienkich ramiączkach bez biustonosza, ale tylko dlatego, że miejscowość świeciła pustkami.
Uwielbiałam to miejsce. Było takie ciche, a dzięki temu kojące. Czasem miałam nawet wrażenie, że wymarło wiele lat temu. Tylko co niektórzy zdecydowali się zostać, i to jedynie po to, żeby umrzeć na swojej ziemi. Młodych ciągnęło do miasta. Mnie wręcz przeciwnie. Ale nie miałam wyboru. Duże miasto, więcej perspektyw. Lepsza praca. Więcej klientów. Dlatego do domku cioci przyjeżdżałam za każdym razem, gdy miałam wolny dzień, a nieczęsto się to zdarzało. Niestety.
Znalazłam pracę w szkole międzynarodowej, w której nauczało się w języku angielskim. Ta posada spadła mi z nieba. Lekcje w szkole miałam dwa razy w tygodniu. Uczyłam kilka klas, od najmłodszych do nieco starszych. Uwielbiałam to, gdyż dzieciaki z tak różnorodnych klas dostarczały mi sporo atrakcji.
W resztę dni udzielałam korepetycji. Niestety, były to nieregularne godziny pracy. Pod opieką miałam pociechy pięciu rodzin, do których jeździłam raz w tygodniu na dwie godziny lub dwa razy w tygodniu na godzinę. I tak raz gnałam na korepetycje z gry na fortepianie na siódmą rano, by potem mieć kilka godzin przerwy do wieczornej lekcji u kolejnego dziecka.
Dzisiaj miałam i lekcje w szkole, i korepetycje. Nie było jednak tak źle, gdy miałam sprawny samochód. Na razie nie mogłam wybrzydzać. Musiałam zacisnąć zęby, żeby zyskać uznanie. Potem będę mogła przebierać w ofertach, to i wolnego będę miała więcej. Liczyłam na to, gdyż brakowało mi czasu na ćwiczenie gry na wiolonczeli.
To był drugi powód, dla którego tak chętnie jeździłam do San Matteo. Wiolonczela leżała w jednym z pokoi gościnnych. W moim skromnym mieszkaniu nie było dla niej miejsca. A nawet gdyby było, to nie mogłabym grać. Sąsiedzi by mnie oskalpowali. Niby Włosi byli uprzejmi, ale mnie akurat trafili się tacy, którzy lubili ciszę. Co wieczór słyszałam wołanie pani Giulii, która upominała bawiące się dzieci czy młodzież słuchającą muzyki na przenośnym głośniku na skwerku przed naszą kamienicą.
Dzisiejszy wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Auto zastrajkowało i jedyną możliwością była podróż autobusem. Nim jednak przyszedł czas na podjęcie decyzji, czekały mnie jeszcze lekcje w dwóch różnych domach. Od rana targałam ze sobą teczkę z nutami i książki, a potem dołączyły do tego prace domowe uczniów. Żyć, nie umierać.
Byłam padnięta, gdy skończyłam korepetycje gry na skrzypcach u Bastiana, czternastoletniego chłopca, który dzisiaj również nie miał nastroju. A może udzielił mu się mój? Byłam padnięta i nieszczęśliwa.
Perspektywa wyjazdu do domu cioci już nie napawała mnie radością, ale jeszcze nigdy nie zrezygnowałam ze spędzenia dnia wolnego w San Matteo. Mogłam jechać tam z samego rana, ale musiałabym wcześniej wstać, a wolałam tego uniknąć, bo tylko w dni wolne mogłam poleniuchować w łóżku. No i jeżeli miałam wybór: noc na rozkładanej skrzypiącej wersalce lub w ogromnym łóżku cioci, wybierałam to drugie.
Odnalazłam w sobie resztkę sił i ruszyłam na przystanek autobusowy.
Trzymałam się myśli, że za nie więcej niż godzinę wezmę orzeźwiający prysznic w małej, ale przytulnej i nowoczesnej łazience. Ciocia wyremontowała dom i teraz przypominał przytulny pensjonacik. Nic dziwnego, często wyjeżdżała, więc dom w San Matteo był dla niej po części kolejnym przystankiem. Traktowała go jak przystań, do której przybijała, gdy szukała spokoju.
Pracowała zbyt ciężko i zbyt dużo, ale nie słuchała upomnień moich czy Franceski. Prowadziła interesy w całych południowych Włoszech. Nie wiedziałam, czym konkretnie się zajmowała, ale miało to związek z produkcją wina. Większość czasu spędzała poza domem, ale gdyby nie lubiła takiego trybu życia, toby go nie wybrała. Elena nie należała do niezdecydowanych ludzi.
Postanowiłam, że po prysznicu przespaceruję się po plaży w stronę Malto's Beer, gdzie zamówię ulubioną pizzę margheritę i wrócę do domu, by tam w łóżku zjeść zamówione danie. Tak, to będzie dobre zakończenie tego jakże pechowego dnia, o ile nic nie pokrzyżuje mi planów.
A rano pogram na wiolonczeli.
***
Z oburzeniem wysiadłam z autobusu. Nie dość, że naprzeciwko mnie usiadł jakiś stary typ z obwisłym brzuchem, który nie spuszczał ze mnie wzroku, przez co czułam się strasznie skrępowana, to jeszcze kierowca nie zatrzymał się na moim przystanku. Dopiero gdy zaczęłam wołać, żeby się zatrzymał, łaskawie to zrobił.
Wyszłam zatem z autobusu, ale nim poczułam upragnioną ulgę z powodu świeżego powietrza, gdyż oczywiście w autobusie nie było klimatyzacji, coś mnie staranowało. Straciłam równowagę i upadłam na tyłek. Razem ze mną w górę pofrunęły wszystkie papiery i książki, które trzymałam w rękach.
Zasłaniałam się nimi, jak mogłam, przez całą podróż autobusem, ale ani to, ani skierowanie wzroku w stronę okna nie pomogło. Staruszek świdrował mnie wzrokiem. Coś okropnego. Miałam wrażenie, że siedzę przed nim zupełnie naga. A co gorsza, nie mogłam się przesiąść, gdyż autobus był przepełniony.
Siedząc na bolącym tyłku, spojrzałam w stronę oddalającego się czarnego olbrzyma. To z pewnością on na mnie wpadł. Potem powiodłam wzrokiem w stronę papierów, które tonęły teraz w mydlinach z myjni samochodowej.
Niech ten dzień się już skończy!
- O nie, nie! Tylko nie to - zawołałam po polsku i zaczęłam się podnosić, żeby pozbierać prace domowe oraz nuty.
Pech chciał, że właśnie one, a nie książki, które można było odkupić, brały kąpiel w kałuży.
- Psia kostka!
Wzięłam głęboki wdech, gdyż łzy chciały właśnie zastąpić całodzienną frustrację. Zagryzłam mocno usta, z całych sił powstrzymując płacz.
- Co za kretyn. Bęcwał. Pajac - mruczałam pod nosem, obrażając tego, który na mnie wpadł i nawet nie raczył przeprosić. - Jak można tak po prostu wpaść na kogoś i nawet nie przeprosić?
Byłam bliska łez.
Miałam dość tego dnia.
- Ragazzina, mi dispiace...1 - Usłyszałam za sobą niski męski głos. - Stai bene?2
Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, z kapturem na głowie. Znieruchomiałam na dwie sekundy. Gdy zdałam sobie sprawę, że mężczyzna miał idealny widok na mój wypięty tyłek, gdyż znajdowałam się na czworakach, przysiadłam na piętach.
- Teraz to sobie możesz wsadzić gdzieś swoje przeprosiny - odpowiedziałam, pociągając nosem.
Mazałam się, co niestety okazało się silniejsze ode mnie. Pokonał mnie ten dzień i te wszystkie wpadki, które zaliczyłam. Żałowałam, że jednak nie wróciłam do swojej malutkiej klitki, by w spokoju użalać się nad porażkami tego dnia.
W dalszym ciągu używałam swojego ojczystego języka, a z jego wypowiedzi zrozumiałam jedynie słowo "przepraszam".
- Mówisz po włosku lub po angielsku? - zapytał po angielsku.
Nie odpowiedziałam. Musiałam jak najszybciej uratować prace domowe. Może nie wszystko było jeszcze stracone. Nuty mogłam ponownie wydrukować, książki odkupić, ale nie miałam sumienia ponownie zadawać dzieciom tego samego zadania.
- Pomogę.
Pochylił się i pozbierał kartki, które leżały trochę dalej ode mnie. Kiedy mi je podawał, w końcu podniosłam wzrok. Pech nie opuszczał mnie nawet w tej chwili. Miałam przed sobą dobrze zbudowanego mężczyznę o niesamowicie niebieskich oczach oraz z idealnymi rysami twarzy, a sama wyglądałam żałośnie. Mokre czarne strużki szpeciły moje policzki, włosy miałam potargane, a spódnica, która chwilę temu przeżyła starcie z błotem, wołała o pomstę do nieba. I jeszcze ta ogromna plama na bluzce, której teraz przyglądał się nieznajomy.
Natychmiast zasłoniłam ją odzyskanymi rzeczami i spiekłam raka.
- Wszystko w porządku?
Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, więc przetarłam tylko oczy wierzchem dłoni i skinęłam głową.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? - drążył.
Tak, możesz już sobie pójść!
- Teraz już nic - odpowiedziałam cicho po angielsku i go wyminęłam.
Chciałam jak najszybciej zniknąć mu z oczu. Onieśmielał mnie.
Od domu cioci dzielił mnie nieco ponad kilometr, więc postanowiłam pokonać go sprintem.
- Hej, poczekaj! - zawołał za mną.
Nie zatrzymałam się, więc dogonił mnie i szedł tuż obok.
- Pomogę ci nieść.
Wyciągnął do mnie rękę. Spłoszyłam się, a następnie spojrzałam na nią jak na coś, co widziałam pierwszy raz w życiu. Nie potrzebowałam jego pomocy.
- Mieszkam tutaj nie daleko, nie potrzebuję pomocy. Idź już sobie - burknęłam, spuszczając wzrok.
Naprawdę mnie krępował. Chyba nawet bardziej niż facet w autobusie. Miałam nadzieję, że pozbędę się go swoim nieuprzejmym zachowaniem.
- Wolałbym...
Zatrzymałam się w pół kroku.
- Czego ode mnie chcesz!? - uniosłam się.
Emocje całego dnia wzięły nade mną górę, a ja naprawdę pragnęłam tylko, żeby sobie już poszedł. Czy prosiłam o tak wiele?
- Spokojnie, chciałem upewnić się, że wszystko z tobą okej.
- Byłoby okej, gdybyś na mnie nie wpadł!
- Hola, hola, to ty nagle przede mną wyrosłaś - obruszył się.
Przymknęłam oczy, wciągnęłam powietrze, a potem ruszyłam przed siebie, ignorując nieznajomego. To było najlepsze wyjście. Nie miałam najmniejszej ochoty na dyskusje z nim. Uznałam, że w końcu się odczepi.
Mężczyzna stał chwilę w miejscu, aż ruszył za mną.
No nie wytrzymam!
Kolejny raz byłam bliska łez. Ten dzień sponiewierał mnie jak dawno żaden, a teraz znowu coś szło nie po mojej myśli. Ostatni raz czułam się tak źle, gdy... Nie! Nie powinnam wracać do tamtych wydarzeń z dzieciństwa. Jeszcze tego mi dzisiaj brakowało - żeby wzięło mnie na bolesne wspomnienia.
Jestem silna, dam radę. Jutro będzie nowy, lepszy dzień!
- Tylko cię odprowadzę. - Usłyszałam.
W milczeniu przeszliśmy kilkanaście metrów i na szczęście z każdym krokiem uspakajałam się coraz bardziej. Otaczająca nas cisza działała kojąco, choć obecność obcego mężczyzny nie pomagała.
Zerknęłam na niego kątem oka. Ściągnął kaptur, więc mogłam dojrzeć jego profil. Miał modną fryzurę z wygolonymi bokami i dłuższymi włosami na czubku głowy. Kilka kosmyków opadło teraz na jego wysokie czoło. Miał też gęste, ciemne brwi i bujny zarost, pod którym kryła się mocno zarysowana szczęka. Pierwszy raz go tutaj widziałam, a myślałam, że znałam wszystkich mieszkańców San Matteo.
Kiedy przyłapał mnie na zerkaniu, uniósł kącik ust.
- Jak masz na imię? - zapytał.
- Laura.
Nie zamierzałam się do niego odzywać, ale jego obecność strasznie mnie krępowała, więc odpowiedź wypłynęła z moich ust automatycznie.
- Nie pochodzisz z Włoch, Lauro - stwierdził, a ja nie wiedziałam, jak na to odpowiedzieć, więc już nic nie mówiłam.
Do końca drogi i on się już nie odezwał.
- Jesteśmy na miejscu. Dziękuję za eskortę, choć nie była konieczna.
Przyglądał mi się uważnie, więc kolejny raz spuściłam wzrok. Odwróciłam się i sięgnęłam do klamki furtki. Cały czas czułam na sobie palący wzrok, co niesamowicie mnie peszyło. Chęć ucieczki była teraz jeszcze większa. Byłam nieśmiała, ale mężczyźni raczej tak na mnie nie działali. W ogóle na mnie nie działali. Byłam w związku tylko raz, ale o motylach w brzuchu nie było mowy. Nie miałam doświadczenia w kontaktach z mężczyznami. Zwłaszcza z tak przystojnymi i groźnie wyglądającymi.
- Do zobaczenia później.
Odwróciłam się gwałtownie, słysząc jego słowa. Co on sobie myślał? Co za zuchwały gość.
- Na pewno nie - odpowiedziałam, czując, jak na moje policzki wypływa rumieniec.
- Na pewno tak. Chciałbym ci wynagrodzić to, że na ciebie wpadłem.
Czyli jednak przyznajesz się do winy?
Pragnęłam go o to zapytać, ale nie miałam odwagi. Weszłam na teren posesji cioci i szybkim krokiem pognałam do domu. Kiedy zniknęłam z oczu bruneta, zamiast odczuć ulgę, czułam zażenowanie. Zrobiłam z siebie kompletną idiotkę.
1 Dziecino, przepraszam.
2 Jesteś cała?