ROZDZIAŁ 3
AUBREY
Po wczorajszych wydarzeniach w szpitalu, które oczywiście przyciągnęły uwagę wielu osób, zdecydowałam się od razu wrócić do domu. Zresztą, godziny odwiedzin na oddziale, na którym leży Rory, są bardzo krótkie i ściśle się ich przestrzega, więc i tak już by mi się nie udało go zobaczyć. A aktualnie zegar na ścianie pokazuje szóstą rano.
- Przecież to prawie środek nocy - mamroczę do siebie, choć dobrze wiem, że i tak nie uda mi się już zasnąć. Normalnie bym się uśmiechnęła i przekręciła na drugi bok, bo mogłabym pozwolić sobie na jeszcze przynajmniej trzydzieści minut głębokiego snu. Nie należę do rannych ptaszków, ale nie pasuję też do nocnych marków. Właściwie kwalifikuję się do grupy ludzi, którzy chętnie by przespali całe swoje życie. Ale na chęciach się kończy, bo trzeba zmierzyć się z kolejnym dniem.
Przeciągam się i wstaję, prawie potykając się o własne nogi. "Dobrze się zaczyna" - myślę. Zamierzam spędzić spokojnie dzień po nieobecności w pracy. Przechodzę przez kuchnię i otwieram okno. Robi się ładna pogoda. Może chociaż ona będzie zwiastowała dobry dzień. Podchodzę do ściany, by zapalić światło, a ono nic. Nie reaguje.
- Nie wierzę, serio - mruczę do siebie i klikam wściekle w kontakt, jakby za piętnastym razem miało mi się udać, ale i po kolejnych kilku nic się nie dzieje. Podchodzę z nadzieją do innych rzeczy wymagających prądu, ale nic z tego. Zdesperowana jeszcze kilkukrotnie uderzam w kontakt. Nic. Nic nie działa. Sprawdzam korki, ale wszystko z nimi w porządku. Chcę zadzwonić na odpowiedni numer, aby zapytać, co się dzieje, ale okazuje się, że moja komórka jest rozładowana.
Bezmyślnie łapię ładowarkę, ale po chwili uderzam się otwartą dłonią w czoło. Przecież i tak nie ma prądu!
Decyduję się skorzystać szybko z łazienki, ubrać i czym prędzej wyjść do pracy, żeby tam naładować telefon. Zbiegam po schodach do wspólnego garażu, ale moje nadzieje na wyczerpanie się dziś pecha szybko rozwiewają rozmowy na dole.
- Nie da się dziś wyjechać z garażu, nie ma prądu w całym bloku, a przecież brama nie chodzi na wodę!
- Zacięła się i nawet nie można jej ręcznie otworzyć.
- Co możemy z tym zrobić?!
Dyskusja sąsiadów trwa dalej, a ja decyduję się od razu wrócić na górę i zamówić ubera. Ubera. Do którego potrzeba naładowanej baterii w telefonie.
- Cholera, co jeszcze?! - krzyczę i wychodzę na dwór. Pojadę komunikacją miejską. Teraz już nawet nie ma opcji, że będę w firmie na czas. Anthony mnie już nawet nie pogryzie, a całą zje. Wszyscy wiemy, co powie, nawet gdybym próbowała mu wyjaśnić, co się wydarzyło.
Wbiegam do firmy, chcąc się od razu skierować do mojego gabinetu, jednak sekretarka mojego szefa zatrzymuje mnie spojrzeniem.
Przełykam gulę tworzącą się w moim gardle i zmierzam na koniec korytarza, prosto w paszczę lwa. Pukam, choć nie spodziewam się odpowiedzi. Powoli otwieram drzwi. Zamieram, widząc, że w gabinecie siedzą dwie osoby. Anthony, a naprzeciwko... Reg. Ten Reg.
I wtedy wszystko do mnie dociera.
- Dlaczego się spóźniłaś? - pyta mój przełożony, a ja już mam otworzyć usta, by mu odpowiedzieć, ale nie daje mi dojść do głosu. - Nie obchodzi mnie to. Chciałem ci przedstawić Rega, nowego, z którym będziesz współpracować, ale chyba już nie muszę, co?
Czuję zimny pot spływający mi po plecach i gromię wzrokiem chłopaka, którego poznałam wczoraj.
- Podejdź. Nie patrz tak, nie jesteś bazyliszkiem, nikt tu nie padnie od tego spojrzenia. Reg nam się jeszcze przyda, więc byłbym wdzięczny, gdybyś mnie uprzedziła, zanim coś mu zrobisz. I nie do końca rozumiem, dlaczego od razu nie poleciłaś nam swojego nowego chłopaka, skoro już od jakiegoś czasu szukaliśmy dobrego muzyka.
Podchodzę ze ściśniętym gardłem do biurka. Wszystko wyjaśnia artykuł wyświetlony na ekranie.
A raczej dziesiątki, bo Anthony ma otwarte multum kart, a wszystkie tytuły są związane z wczorajszym wydarzeniem.
- Spokojnie, nie dowiedziałem się tego od Rega.
- To nie jest mój nowy chłopak - prostuję.
- Według tysięcy osób w internecie już tak. Mnie to za bardzo nie obchodzi, ale przynajmniej zrobiliście dobre zasięgi. Prawie tak samo dobre, jak rok temu, gdy...
- Przestań - przerywam mu. Nie chcę, żeby Reg wiedział za dużo o moim życiu, poza tą częścią, którą ma na wyciągnięcie ręki. A raczej telefonu. Jeszcze nie wiem, czy mogę mu ufać. Z zamyślenia wyrywa mnie głos szefa:
- Reg, zostaw mnie i Aubrey na chwilę samych. Poczekaj, proszę, na korytarzu.
Chłopak posłusznie wstaje i kieruje się do drzwi. Anthony każe mi usiąść, a sam podnosi się z krzesła i podchodzi do mnie.
- Może nie powinno mnie to obchodzić... - Zabłysnął jak nie powiem co, nie powiem komu. - Ale czy was faktycznie coś łączy? Może załatwić wam wspólne biuro? Nie jestem do końca pewny, co się robi w takiej sytuacji.
Czuję, że nie zadaje tego pytania do końca w związku z pracą. Momentalnie się spinam. Nie chcę przekraczać granicy stosunków zawodowych na tyle, na ile to możliwe na naszych posadach.
- Faktycznie nie powinno cię to obchodzić - odpowiadam może ciut za ostro.
- Może i tak, ale... - Waha się. - Nie chciałbym, żeby coś was łączyło.
Zamieram.
Co?
- W kwestii zawodowej, oczywiście, po prostu ciężko będzie ci mieć partnera w pracy, szczególnie takiej, która wiąże się z różnymi sytuacjami i plotkami wszędzie, gdzie się da. - Mówi lekko zmieszany.
- Dlaczego czuję, że to nie o to chodzi, Anthony?
Patrzy na mnie o sekundę za długo, a potem przenosi wzrok na moje usta.
Nie pozwalam dłużej trwać tej chwili. Chcę wstać, ale w tym samym momencie on również robi krok do przodu i znajdujemy się jeszcze bliżej siebie, w jeszcze bardziej niekomfortowej pozycji. Czuję, jak wstrzymuje oddech i czeka na mój ruch. Wpatruję się w niego i decyduję się szybko zakończyć tę niezręczną sytuację.
- Pamiętaj swoje wcześniejsze słowa, Anthony. Ciężko mieć partnera w pracy.
Widzę, jak rzednie mu mina. Chce coś dodać, ale ja od razu się odwracam i nie oglądając za siebie, wychodzę na korytarz.
Zamykam za sobą drzwi i dopiero wtedy nabieram głęboko powietrza, chyba pierwszy raz od kilku minut.
- Coś nie tak?
Pytanie dociera do moich uszu i odwracam się tak szybko, że znów prawie się przewracam. Zupełnie zapomniałam o obecności Rega.
- Wow. To naprawdę mocny dzień. A jest zaledwie ósma rano - mówi Reg współczującym tonem po tym, jak zdecydowałam się z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu opowiedzieć mu o porannych wydarzeniach. Usiedliśmy w moim gabinecie, by porozmawiać o wspólnych działaniach. Nie wydaje mi się, by dziś praca była zbyt owocna. Nie jestem osobą, która lubi otwierać się przed innymi, ale najwyraźniej tego dziś potrzebowałam.
- Mój cały rok nie należy do najlepszych, Aubrey - kontynuuje chłopak i wstaje z krzesła. - Dopiero wróciłem do miasta, trudno mi się odnaleźć. Ale chyba już dość tych trudnych tematów. Może pójdę po kawę dla nas?
- Dobrze, tylko tym razem jej na mnie nie wylej - odpowiadam z lekkim uśmiechem.
- A ty lepiej nie planuj mnie tu zamknąć, jak ta pielęgniarka w szpitalu! - Mruga i wybucha śmiechem.
Rzucam mu spojrzenie spod zmrużonych powiek, a po chwili dokładam do tego jeszcze rzut długopisem.
Reg łapie go w locie i uśmiechając się pod nosem, wychodzi z pokoju.
Decyduję się skupić choć przez chwilę na pracy i na tym, co muszę nadrobić po mojej nieobecności. Jednak nim zdążę dobrze się zastanowić, wraca mój nowy współpracownik z... dwoma papierowymi kubkami gorącymi od kawy.
- Boże, Reg. Czy zdajesz sobie sprawę, że mamy w szafkach normalne kubki? Te papierowe są dla jakichś półgłówków.
- Czyli w sumie tylko sobie powinienem zrobić w szklanym - mówi całkiem poważnym tonem, powstrzymując uśmiech.
- Ha, ha, ha. Dobra, cwaniaku, postaw to na biurku i chodź mi pomóc.
- Zrobiłem czarną, bo wydajesz się dziś nieco niedobudzona.
Podnoszę głowę i wbijam w niego wzrok.
- Proszę, powiedz, że żartujesz. - Patrzę na niego z nadzieją, ale on kręci głową i stawia kubek z nakrywką obok mojej dłoni.
- Bez cukru, bez mleka, zwykła gorzka i czarna. - Puszcza mi oczko i wychodzi.
Nawet nie zdążyłam go zapytać, dokąd idzie. Postanawiam skupić się faktycznie na tym, co muszę zrobić, z nim czy bez niego. Wzdycham z rezygnacją i z odrazą sięgam po kubek, ale z zaskoczeniem odkrywam, że mam w ustach odpowiednio słodkie cappuccino. Wypijam całe prawie naraz. Już, z wielkim uśmiechem na twarzy, chcę odstawić kubek, gdy dostrzegam na nim wypisane koślawo słowa: Pięknie dziś wyglądasz, Aub. Napisane przed chwilą przez Rega, długopisem, którym w niego rzuciłam. Z palącymi rumieńcami na policzkach patrzę w kierunku drzwi. Czy ja właśnie dostałam najbardziej banalny komplement, ale podany w tak uroczy sposób, że poczułam fascynację, jakbym znów była w liceum?
Chyba właśnie w tej chwili mój plan na skupienie się na pracy wchodzi w tryb "niezrealizowany", bo przez kolejne godziny będę się pewnie szczerzyła jak głupia do sera.