W przyszłym roku o tej porze - Sophie Cousens

Kup ebooka

40.50 zł
33.62 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sylwester 2019

Syl­we­ster 2019

Klub Night Jam był zatło­czony, powie­trze aż pul­so­wało od gło­śnej muzyki, a ściany lepiły się od potu, alko­holu i pew­nie jesz­cze innych znacz­nie gor­szych sub­stan­cji. Min­nie z całej siły ści­skała dłoń Grega, kiedy usi­ło­wali prze­drzeć się przez zgro­ma­dzony przy wej­ściu tłum.

- Ni­gdy nie dopchamy się do baru! - krzyk­nął Greg.

- Co takiego?! - odkrzyk­nęła, bo nie nawy­kła do cięż­kich basów.

- Nie dosta­niemy niczego do picia przed pół­nocą. Na doda­tek nie mam poję­cia, w któ­rej sali odbywa się ta impreza Lucy - odparł Greg.

Ruchem ręki wska­zał pół­pię­tro, jakby chciał powie­dzieć, że powinni spró­bo­wać prze­ci­snąć się mię­dzy ludźmi w kie­runku ulo­ko­wa­nego tam tarasu. Min­nie zer­k­nęła na zega­rek - za dzie­sięć minut pół­noc. Jak na razie cały ten wie­czór dobit­nie dowo­dził, że ma mocne pod­stawy, aby na­dal nie­na­wi­dzić syl­we­stra. Czemu po pro­stu nie została w domu i nie poło­żyła się wcze­śniej spać? Zaraz jed­nak przy­po­mniała sobie, że odcięli jej ogrze­wa­nie, więc tak naprawdę przy­szła tu, żeby nie mar­z­nąć. Greg nale­gał na tę orga­ni­zo­waną przez kole­żankę z pracy imprezę, więc czu­łaby się okrop­nie, gdyby kazała swo­jemu chło­pa­kowi zja­wić się tutaj bez pary.

Min­nie pozwo­liła pocią­gnąć się przez pul­su­jący tłum i wresz­cie zdo­łali wydo­stać się z naj­więk­szego ści­sku. Kiedy wyszli na zewnątrz, mogli ode­tchnąć chłod­nym noc­nym powie­trzem, a dobie­ga­jące ze środka dud­niące basy nieco przy­ci­chły i ich natę­że­nie było zno­śne.

- Uwa­żaj, czło­wieku! - burk­nął Greg, odpy­cha­jąc jakie­goś pija­nego typa. Obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem, sta­ra­jąc się zwró­cić uwagę faceta, że roz­lewa na innych piwo. Miał nadzieję, że przy­naj­mniej prze­prosi, ale ten był za bar­dzo wsta­wiony, żeby w ogóle go to obe­szło.

- Ostrze­ga­łam, że sporo ryzy­ku­jesz, spę­dza­jąc syl­we­stra w moim towa­rzy­stwie - powie­działa Min­nie.

- Możesz już skoń­czyć z tym pechem? - Pokrę­cił głową.

- Ale to prawda, wcale nie zmy­ślam. W syl­we­stra i Nowy Rok zawsze przy­tra­fia mi się jakaś kata­strofa. Wcale bym się nie zdzi­wiła, gdyby lokal poszedł z dymem jesz­cze przed pół­nocą. Albo gdyby jakaś nie­wielka aste­ro­ida ude­rzyła dokład­nie tu, gdzie teraz stoję.

- Nie wydaje mi się, żeby ten wie­czór był mało udany przez two­jego pecha, raczej przez to, że zacią­gnę­łaś mnie na kola­cję do domu tego two­jego dziw­nego Alana gdzieś na dru­gim końcu galak­tyki. A teraz, gwiezdny dowódco, kiedy dotar­li­śmy wresz­cie na imprezę dwie sekundy przed pół­nocą, gdzie wszy­scy są już nie­źle napruci... - Greg przy­ci­snął palec do ucha, jakby wła­śnie słu­chał jakiejś wyobra­żo­nej trans­mi­sji. - Cen­trum kon­troli lotów infor­muje, że to nie jest wła­ściwa impreza!

- Wyra­żasz zgodę na prze­rwa­nie misji? - rzu­ciła Min­nie z nadzieją.

- Odma­wiam - odparł Greg.

Spo­ty­kali się od pię­ciu mie­sięcy. Poznała go pod­czas demon­stra­cji przed ratu­szem, w trak­cie pro­te­stu prze­ciw ogra­ni­czo­nemu dostę­powi do nie­dro­gich miesz­kań w Lon­dy­nie. Greg zja­wił się tam jako dzien­ni­karz, który miał napi­sać notatkę z tego wyda­rze­nia, Min­nie towa­rzy­szyła pani Melvin, wspie­ra­jąc kobietę, któ­rej dostar­czała jedze­nie nie­mal od początku ist­nie­nia swo­jej firmy. Wraz z przy­ja­ciółką Leilą przy­go­to­wała nawet trans­pa­rent z hasłem: "Masz prawo do dachu nad głową!". Zużyły jed­nak zbyt dużo farby na literę "a" w pierw­szym wyra­zie, przez co roz­lany kleks przy­po­mi­nał raczej literę "y". Pod­czas demon­stra­cji Min­nie, Leila i pani Melvin jakimś cudem zna­la­zły się tuż obok grupki ludzi prze­bra­nych za wiel­kie koty w cylin­drach i mono­klach. Jedna z kobiet miała nawet koszulkę z napi­sem: "Nie dla sta­rych kocu­rów z gru­bymi port­fe­lami!". Greg pod­biegł do nich, żeby uwiecz­nić na zdję­ciu trans­pa­rent Min­nie na tle prze­ciwników boga­czy. Zwal­nia­jąc migawkę, nie prze­sta­wał się śmiać.

"Czemu się pan z nas nabija?", obru­szyła się Min­nie.

"Może stare kocury wypchały grube port­fele tymi wszyst­kimi myszami?", zażar­to­wał Greg, wska­zu­jąc na ich trans­pa­rent. Leila zer­k­nęła na napis i też par­sk­nęła śmie­chem, za to Min­nie prze­wró­ciła oczami.

"Tam jest napi­sane "masz", a nie "mysz"", wyja­śniła, wojow­ni­czo opie­ra­jąc dłoń na bio­drze.

"Ale tak to wygląda, Min­nie", wytknęła jej Leila.

"Myszko Min­nie, to zdję­cie na pewno trafi na pierw­szą stronę", rzu­cił Greg z szel­mow­skim uśmie­chem.

"Ani mi się waż", syk­nęła i roz­ba­wiona rzu­ciła się za nim w pościg, co rusz sztur­cha­jąc go nie­uda­nym trans­pa­ren­tem.

Lubiła męż­czyzn, któ­rzy potra­fili ją roz­śmie­szyć, więc od razu spodo­bał się jej ten przy­stojny facet o kan­cia­stej twa­rzy i sar­ka­stycz­nym poczu­ciu humoru. W jego wyglą­dzie pocią­ga­jąca była rów­nież schlud­nie przy­cięta broda i oku­lary w cha­rak­te­ry­stycz­nych czar­nych opraw­kach. A kiedy zaczęli się spo­ty­kać, Min­nie szybko odkryła, że Greg nie tylko w pracy uwiel­bia wymy­ślać chwy­tliwe nagłówki, ale opi­suje w ten spo­sób wszyst­kie jej poczy­na­nia. I kiedy potknęła się na stop­niu, natych­miast rzu­cał: "Pięk­ność potyka się o wła­sne nogi - tak, tak droga pani, wła­śnie zaczęły się schody", a kiedy u niego w domu brała ostat­nie jabłko, natych­miast komen­to­wał z iście ame­ry­kań­skim akcen­tem: "Sprawa kra­dzieży z patery wciąż nie­roz­wią­zana - kto się­gnął po zaka­zany owoc? Może ama­tor kwa­śnych jabłek? A może ukra­dziono jabłko Adama?". Uwiel­biał grę słów. Dzi­siaj jed­nak nie było mu do śmie­chu.

- Słu­chaj, po pro­stu tu zacze­kaj - rzu­cił z wes­tchnie­niem, roz­glą­da­jąc się po tara­sie. - Wrócę tam i spró­buję zna­leźć wła­ściwą salę.

- No cóż, gdyby jed­nak pod twoją nie­obec­ność tra­fiła mnie aste­ro­ida, mogę tylko poże­gnać się sło­wami: A nie mówi­łam - odparła Min­nie, siląc się na żar­to­bliwy ton. - No a poza tym szczę­śli­wego Nowego Roku!

Kiedy Greg znik­nął w środku, popa­trzyła na pano­ramę Lon­dynu i zadrżała. Mia­sto wyda­wało się jej takie spo­kojne w zesta­wie­niu z ner­wową atmos­ferą klubu. Ską­pane w sre­brzy­stym bla­sku księ­życa budynki i roz­cią­ga­jące się ponad nimi bez­chmurne nocne niebo. Żało­wała, że nie może tak zwy­czaj­nie prze­nieść się na pusty dach sąsied­niego wie­żowca, gdzie mogłaby wygod­nie zle­gnąć i podzi­wiać gwiazdy, nie nie­po­ko­jona przez nikogo.

- Dzie­sięć, dzie­więć, osiem... - Goście klubu roz­po­częli odli­cza­nie. - Sie­dem, sześć, pięć...

Min­nie popa­trzyła na wszyst­kie te przy­tu­lone pary ocze­ku­jące na poca­łu­nek o pół­nocy. Cho­ciaż wła­ści­wie była zado­wo­lona, że Greg aku­rat gdzieś prze­padł i nie może tego zro­bić. Ni­gdy nie rozu­miała, dla­czego koniec roku należy uczcić w tak durny spo­sób, jak gru­powe cało­wa­nie się. I tego, że ludzie postę­pują jak bez­myślne lemingi podą­ża­jące za resztą stada.

- Cztery, trzy, dwa, jeden, SZCZĘ­ŚLI­WEGO NOWEGO ROKU!

Nocne niebo roz­bły­sło dzie­siąt­kami fajer­wer­ków, które roz­świe­tliły mia­sto desz­czem kolo­ro­wych świa­teł, przy­wo­dzą­cych na myśl minia­tu­rowe wszech­światy rodzące się wśród wybu­chów. Roz­ja­śniały na chwilę ciem­ność, by zaraz potem zbled­nąć, na powrót zapaść się w nie­byt. Min­nie nie mogła się nadzi­wić, że ludzie wkła­dają tyle wysiłku w przy­go­to­wa­nie cze­goś, co przy­po­mina lot spa­da­ją­cej gwiazdy. Maje­sta­tyczne, jakby ska­mie­niałe mia­sto u jej stóp spra­wiało wra­że­nie nie­wzru­szo­nego tym pod­nieb­nym sza­leń­stwem. Blask fajer­wer­ków wyła­wiał z mroku brudne kąty, pełne nie­do­pał­ków i porzu­co­nych pla­sti­ko­wych kie­lisz­ków, rzu­cał brzyd­kie refleksy na twa­rze pół­przy­tom­nych ludzi, koły­szą­cych się w pija­nym tłu­mie na tara­sie klubu. Jakaś grupka zata­cza­ją­cych się dziew­czyn w nie­bo­tycz­nie wyso­kich szpil­kach wpa­dła na nią i Min­nie musiała przy­trzy­mać się balu­strady, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin - mruk­nęła do sie­bie, a zaraz potem poczuła coś cie­płego i mokrego na ple­cach. Jedna z tych dziew­czyn wła­śnie na nią zwy­mio­to­wała.

Kiedy Greg wresz­cie wró­cił, tłum na tara­sie mocno się już prze­rze­dził, a Min­nie cze­kała na niego, sie­dząc na pod­ło­dze przy barierce.

- W co ty jesteś ubrana? - Zdzi­wił się na jej widok. - Gdzie twoja bluzka?

Min­nie upchnęła brudną część gar­de­roby do torebki, na sobie miała teraz szarą koszulkę na cien­kich postrzę­pio­nych ramiącz­kach.

- Jakaś dziew­czyna zarzy­gała mi bluzkę - wyja­śniła, obej­mu­jąc się moc­niej ramio­nami.

- Moi mili. Uwaga, wia­do­mość "tylko dla doro­słych"! - zażar­to­wał Greg, przy­su­wa­jąc zwi­niętą dłoń do ust niczym mikro­fon. - Infor­ma­cja z ostat­niej chwili: dwie pełne miseczki w roz­mia­rze D w natar­ciu.

- Cóż, albo to, albo bluzka z rzu­ci­kiem z wymio­cin - mruk­nęła Min­nie, z zakło­po­ta­niem pod­cią­ga­jąc ramiączka nieco wyżej. Ni­gdy nie przy­szłoby jej do głowy wyjść mię­dzy ludzi w rów­nie ską­pym stroju, więc teraz czuła się nie­mal naga. - Udało ci się zna­leźć wła­ściwą imprezę?

Greg ski­nął głową i popro­wa­dził Min­nie przez klub, a potem w górę kolej­nymi scho­dami, by zatrzy­mać się przed obi­tymi czer­wo­nym aksa­mi­tem podwój­nymi drzwiami, któ­rych strze­gło dwóch łysych ochro­nia­rzy.

- Byłem w środku minutę temu... my na imprezę uro­dzi­nową - wyja­śnił Greg.

Ochro­niarz mach­nął ręką, żeby wcho­dzili, a kiedy go mijali, zer­k­nął na dekolt Min­nie, która czym prę­dzej skrzy­żo­wała ramiona na piersi.

Impreza odby­wa­jąca się za obi­tymi aksa­mi­tem drzwiami wyglą­dała zupeł­nie ina­czej niż zabawa w głów­nej sali klubu. Żad­nej ogłu­sza­ją­cej muzyki, wszy­scy ele­gancko ubrani i dobrze wycho­wani, kel­ne­rzy na bie­żąco napeł­niali szam­pa­nem kie­liszki i nikt nie wymio­to­wał nikomu na plecy. Zakrzy­wiona zewnętrzna ściana była cał­ko­wi­cie prze­szklona, dzięki czemu z pomiesz­cze­nia roz­cią­gał się wspa­niały pano­ra­miczny widok na całe mia­sto. Min­nie natych­miast poczuła się onie­śmie­lona. To była impreza dla boga­czy, na doda­tek taka, na któ­rej obo­wią­zy­wały stroje wie­czo­rowe, więc ona kom­plet­nie tu nie paso­wała. Wystar­cza­jąco czę­sto goto­wała dla ludzi tego pokroju, by wie­dzieć, jak reago­wali na kogoś takiego jak ona - będą trak­to­wać ją pro­tek­cjo­nal­nie albo, co gor­sza, w ogóle jej nie zauważą. W odpo­wied­nich ciu­chach mogłaby uda­wać kogoś, komu wcale na tym nie zależy, ale w ską­pej koszulce na ramiącz­kach nie było to moż­liwe.

- Greg - syk­nęła do swo­jego chło­paka - dla­czego mi nie powie­dzia­łaś, że stroje wie­czo­rowe są obo­wiąz­kowe?

- Stroje wie­czo­rowe to fili­styń­ski wymysł, Min­nie. Nie wło­żył­bym smo­kingu nawet na wła­sny pogrzeb. - Greg rozej­rzał się po sali i poma­chał do wyso­kiej blon­dynki w obci­słej czer­wo­nej sukience. - Lucy! - Dziew­czyna odwró­ciła się w ich stronę, posłała Gre­gowi uśmiech, a potem ruszyła do nich przez tłum. - Lepiej późno niż wcale, cześć - przy­wi­tał się Greg i wycią­gnął rękę, by dotknąć jej ramie­nia. - To jest Min­nie. Ktoś zwy­mio­to­wał jej na bluzkę, kiedy tu szli­śmy.

- Cześć. - Wydatne usta Lucy uło­żyły się w pełen współ­czu­cia uśmiech, zasła­nia­jąc ide­al­nie równe zęby. - Przy­kro mi. To nie­do­rzeczne, że zmu­szają czło­wieka do prze­py­cha­nia się mię­dzy pleb­sem, żeby dotrzeć do sali dla VIP-ów.

Min­nie pokrę­ciła głową i zbyła całe zda­rze­nie wzru­sze­niem ramion.

- Nie­zła impreza - zauwa­żyła, roz­glą­da­jąc się wokół. Alko­hol lał się stru­mie­niami. Cie­kawe, ile mogła kosz­to­wać taka zabawa.

- Mój chło­pak ma uro­dziny pierw­szego, więc uzna­li­śmy to za dosko­nały pre­tekst, żeby urzą­dzić naprawdę odjaz­do­wego syl­we­stra. - Lucy mach­nęła ręką, po czym odwró­ciła się z powro­tem do Min­nie. - Hej, Min­nie, Greg wspo­mi­nał, że ty też jesteś z pierw­szego stycz­nia?

- Och, wła­śnie, wszyst­kiego naj­lep­szego - zre­flek­to­wał się Greg, a Lucy popa­trzyła na niego ze zdu­mie­niem.

- Nawet nie zło­ży­łeś jej życzeń? Min­nie, lepiej od razu go rzuć! - Kole­żanka ze śmie­chem dała mu kuk­sańca w żebra, a on tylko zaczer­wie­nił się i spu­ścił wzrok.

- Wła­ści­wie to nie obcho­dzę uro­dzin. - Min­nie uśmiech­nęła się słabo.

Przez chwilę stali w mil­cze­niu.

- No więc, ekhm, Lucy pro­wa­dzi w naszej gaze­cie kolumnę kuli­narną - ode­zwał się wresz­cie Greg. - Sam chęt­nie bym się zała­pał na taką fuchę. Widzia­łem, Luce, że w zeszłym tygo­dniu odwie­dzi­łaś La Petite Assiette Rouge. Zazdrość mnie zżera.

- Ta robota ma też swoje ciemne strony, skar­bie. Przez te wszyst­kie kola­cyjki w knaj­pach z gwiazd­kami Miche­lina robię się coraz grub­sza. Czuję się jak gęś tuczona na foie gras - odparła Lucy.

Min­nie obrzu­ciła spoj­rze­niem jej smu­kłą, umię­śnioną syl­wetkę w obci­słej sukience z gatunku tych: tylko spójrz­cie, jaka jestem zgrabna!

- Och, bie­dac­two, musi być ci naprawdę ciężko - zakpił Greg, trą­ca­jąc ją łok­ciem. - Piękna, inte­li­gentna dziew­czyna siłą zmu­szana do jedze­nia wykwint­nych potraw. Obrońcy praw czło­wieka pew­nie już prze­bie­rają nogami!

Lucy odchy­liła głowę i par­sk­nęła zdu­szo­nym śmie­chem, a potem chwy­ciła Grega za ramię, zupeł­nie jakby bała się prze­wró­cić.

- Z tym gościem nie spo­sób się nudzić, prawda, Min­nie?

Min­nie ski­nęła głową, cho­ciaż w głębi ducha zasta­na­wiała się, czy te żar­to­bliwe nagłówki Grega nie robią się już iry­tu­jące.

- Mins też działa w branży gastro­no­micz­nej - dodał Greg, pro­stu­jąc się. - Pro­wa­dzi wła­sną firmę cate­rin­gową dostar­cza­jącą posiłki samot­nym star­szym ludziom.

- Brzmi inte­re­su­jąco - mruk­nęła Lucy i zer­k­nęła ponad ramie­niem Min­nie, a potem poma­chała komuś za jej ple­cami.

- Nie wydaje mi się, żeby przy­go­to­wy­wa­nie zapie­ka­nek dla star­szych ludzi liczyło się jako przy­na­leż­ność do "branży gastro­no­micz­nej", ale dzięki, że tak dobrze o mnie myślisz, skar­bie. - Pogła­skała Grega po ple­cach.

- Obsłu­gu­jesz też imprezy? Może zetknę­ły­śmy się już wcze­śniej? - Lucy znów sku­piła uwagę na Min­nie.

- Nie sądzę, dostar­czamy zapie­kanki wyłącz­nie star­szym oso­bom. Firma nazywa się Mię­ciutko i Smacz­nie, dzia­łamy podob­nie jak Posiłki na Kół­kach. Szczy­cimy się zasadą: "Nasze dania nie kłują w zęby".

Lucy zatrze­po­tała rzę­sami.

- Nie kłują w zęby? - rzu­ciła w końcu.

- Tak, cho­dziło o to, że nasze zapie­kanki są tak mięk­kie, że mogą je jeść też ludzie bez zębów - wyja­śniła Min­nie. - Taki, ekhm, żar­cik.

- Och, już rozu­miem. Ha, ha. - Lucy znów roze­śmiała się nie­mal bez­gło­śnie, marsz­cząc przy tym nos. - Można powie­dzieć, że... zęby na tym zja­dłaś!

Greg też par­sk­nął śmie­chem.

- To ci się udało, Luce. - Lekko szturch­nął przy­ja­ciółkę łok­ciem. - Pro­blem w tym, że firma naprawdę nie­źle by pro­spe­ro­wała, gdyby Min­nie nie roz­da­wała jedze­nia pół­darmo i nie zatrud­niała bandy nie­punk­tu­al­nych lese­rów.

- Prze­cież to nie­prawda, ani w jed­nym, ani w dru­gim przy­padku. - Min­nie aż pochy­liła głowę.

- W każ­dym razie to brzmi cał­kiem faj­nie - stwier­dziła Lucy. - Starsi ludzie są tacy uro­czy, nie uwa­ża­cie?

- Nie­któ­rzy są uro­czy, inni to totalne dupki, jak to w życiu - odparła Min­nie. W tym momen­cie Greg odkaszl­nął gło­śno, więc pokle­pała go z całej siły po ple­cach.

- Ale pla­nu­jesz roz­wi­jać firmę, prawda, Min? - Greg szybko odzy­skał zimną krew. - Takich ma aku­rat klien­tów, ale bez pro­ble­mów znaj­dzie nowych, może prze­cież obsłu­gi­wać wesela, imprezy fir­mowe, eventy dużego kali­bru, jest całe mul­tum moż­li­wo­ści. Może nawet Lucy da ci jakieś namiary?

- Jasne, jasne, chęt­nie pomogę - zapew­niła Lucy i poma­chała do kogoś na dru­gim końcu sali. - Słu­chaj­cie, muszę już pędzić, ale roz­go­ści­cie się, poczę­stuj­cie szam­pa­nem. Zamó­wi­li­śmy go o wiele za dużo. I nie przej­muj­cie się spóź­nie­niem, impreza dopiero się roz­kręca.

Lucy prze­chy­liła lekko głowę i posłała im wyćwi­czony uśmiech ele­ganc­kiej gospo­dyni, po czym, zarzu­ca­jąc dłu­gimi, jedwa­bi­stymi wło­sami, okrę­ciła się na pię­cie. Min­nie zauwa­żyła, że wzrok Grega powę­dro­wał w ślad za przy­ja­ciółką aż na drugi koniec sali.

Ponie­waż wciąż stali z pustymi rękami, jakiś kel­ner pod­su­nął im tacę z kie­lisz­kami szam­pana. Oboje wzięli po jed­nym i pró­bo­wali się nimi stuk­nąć, ale zupeł­nie im to nie wyszło, kie­li­szek Grega tra­fił Min­nie w nad­gar­stek. Czym prę­dzej cof­nął rękę i upił solidny łyk.

- Szczę­śli­wego Nowego Roku - powie­działa Min­nie.

- Szczę­śli­wego Nowego Roku - odparł Greg, po chwili namy­słu dodał - i wszyst­kiego, ekhm, naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin. Mam dla cie­bie, ekhm, pre­zent u sie­bie w miesz­ka­niu, tylko nie zdą­ży­łem go zapa­ko­wać, prze­pra­szam.

- Nie przej­muj się, prze­cież mówi­łam ci, żebyś nic mi nie kupo­wał.

Greg prze­stą­pił z nogi na nogę, roz­glą­da­jąc się ner­wowo po sali.

- Warto mieć wśród zna­jo­mych kogoś takiego jak Lucy Dono­hue. Mówi­łem ci, że ta dzi­siej­sza impreza to dobry pomysł. Zna każ­dego, kto liczy się w two­jej branży. Pamię­taj, dobre kon­takty zawsze mogą się przy­dać, Min­nie.

- Szcze­rze wąt­pię, by znała każ­dego, kto liczy się w branży zapie­ka­nek - odparła, siląc się na wytworny ton. - No chyba że cho­dzi o sze­fów kuchni ręcz­nie pro­du­ku­ją­cych pty­sie z foie gras i odro­biny frr­ran­cu­skiej frr­ran­cusz­czy­zny. - Min­nie wysta­wiła język, a potem par­sk­nęła śmie­chem.

- Nie mam poję­cia, czemu cią­gle to robisz. - Greg się obru­szył. - Prze­cież tylko pró­buję ci pomóc.

- Masz rację, prze­pra­szam - odparła, czu­jąc się skar­coną. Nie musiał jej tego wyty­kać. Zawsze była uszczy­pliwa, gdy czuła się nie­pew­nie, co osta­tecz­nie powo­do­wało jesz­cze gor­szy nastrój. Przy­gry­zła wargę i zaczęła bawić się wisior­kiem, Greg nato­miast skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem i zaci­snął zęby.

- No cóż, naj­wy­raź­niej dotrwa­łaś do pół­nocy, nie zamie­nia­jąc się w dynię czy czego tam się oba­wia­łaś.

- Mój pech nie koń­czy się wraz z wybi­ciem pół­nocy, działa przez cały syl­we­ster i Nowy Rok. I nie cho­dzi o to, że mogę zmie­nić się w dynię, tylko o takie dro­bia­zgi, jak to, że tamta dziew­czyna na mnie zwy­mio­to­wała albo że jadąc tutaj, zosta­wi­łam płaszcz w auto­bu­sie. Kiedy zbliża się Nowy Rok, zawsze przy­tra­fiają mi się podobne rze­czy.

- No cóż, ktoś wylał piwo na moje buty, a poza tym omi­nęła mnie pra­wie cała impreza uro­dzi­nowa kum­pla, bo utkną­łem w domu two­jego eks­cen­trycz­nego przy­ja­ciela. Może ja też mam pecha? - Greg dokoń­czył to zda­nie z prze­sad­nym uśmie­chem, takim, który mówił: "Żar­tuję, więc nie możesz poczuć się ura­żona", a potem prze­su­nął wzrok na jej dekolt.

- Ta koszulka naprawdę za dużo odsła­nia? - zapy­tała Min­nie, lekko się przy tym krzy­wiąc.

- No cóż, Min, dobrze wiesz, że uwiel­biam ten widok, ale może reszta gości wola­łaby popa­trzeć na coś innego? - Ski­nął głową.

- W porządku, pójdę do łazienki i spró­buję odra­to­wać bluzkę.

Po dro­dze zer­k­nęła jesz­cze na ekran komórki. Miała jedną nową wia­do­mość od Leili.

"Co sły­chać, wszystko w porządku? Mam cię rato­wać z rąk pory­wa­czy, wieźć na pogo­to­wie czy jesz­cze coś gor­szego?".

Min­nie z uśmie­chem wystu­kała odpo­wiedź:

"Na razie nie jest tak źle. Zgu­bi­łam płaszcz i dałam się obrzy­gać jakiejś pija­nej lasce ;)".

Leila była jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką i wspól­niczką w biz­ne­sie. Zało­żyły firmę cztery lata wcze­śniej i na­dal inwe­sto­wały w nią cały swój czas, ener­gię i pie­nią­dze. Min­nie podej­rze­wała nawet, że gdyby nie Leila, ni­gdy nie uda­łoby się jej utrzy­mać na powierzchni tak długo. Musiały sta­wić czoło tylu pro­ble­mom po dro­dze, że naj­ła­twiej byłoby po pro­stu zre­zy­gno­wać i wró­cić do pracy na eta­cie u kogoś. W fir­mie, gdzie pod koniec mie­siąca można ocze­ki­wać wypłaty, zamiast zli­czać przy­chody i koszty z nadzieją, że z tego, co zosta­nie, uda się wykroić dla sie­bie coś w rodzaju pen­sji.

"Nie­spo­dzianka... całego syl­we­stra przy­go­to­wy­wa­łam zapie­kanki, żeby­śmy jutro mogły zro­bić sobie wolne. Zabie­ram cię gdzieś z oka­zji uro­dzin, tylko włóż fajną kieckę", odpi­sała Leila.

Min­nie uśmiech­nęła się, a potem w odpo­wie­dzi wysłała przy­ja­ciółce emotkę sukienki i drugą z wymio­tu­jącą buźką. W wia­do­mo­ści zwrot­nej dostała cały ekran emo­tek zapie­ka­nek i następny pełen wymio­tu­ją­cych buziek.

Roze­śmiała się w głos i napi­sała odpo­wiedź:

"Kocham cię, dzięki, Kró­lowo Zapie­ka­nek. Włożę tę sukienkę tylko i wyłącz­nie dla Cie­bie xxx".

Ode­rwała wzrok od tele­fonu i wpa­dła pro­sto na kel­nera nio­są­cego tacę wypeł­nioną ele­ganc­kimi tar­tin­kami z kozim serem, które posy­pały się na nią.

- Boże, strasz­nie prze­pra­szam - jęk­nęła i padła na kolana, by pomóc bie­da­kowi uprząt­nąć to pobo­jo­wi­sko.

- To nie jest mój dzień - wes­tchnął chło­pak z nie­szczę­śliwą miną.

Miał nie wię­cej niż sie­dem­na­ście lat. Min­nie zauwa­żyła, że jego oku­lary są popla­mione mięk­kim serem, więc deli­kat­nie zdjęła mu je z nosa, wytarła o swoją koszulkę i wrę­czyła z powro­tem.

- Dobrze znam to uczu­cie - wyznała.

Kiedy wresz­cie udało im się jakoś uprząt­nąć bała­gan, okrą­żyła bar i ruszyła w głąb skąpo oświe­tlo­nego kory­ta­rza w poszu­ki­wa­niu toa­lety. Zaj­rzała naj­pierw do dam­skiej, ale przed lustrem tło­czyło się kilka kobiet zaję­tych popra­wia­niem maki­jażu i plot­kami. Naprawdę nie miała ochoty zapie­rać bluzki na ich oczach. Ruszyła dalej i chwilę póź­niej natknęła się na toa­letę dla nie­peł­no­spraw­nych, wypo­sa­żoną w umy­walkę i suszarkę do rąk. Ide­al­nie! Wyjęła czarną, jedwabną bluzkę z torebki i zaczęła spie­rać pod bie­żącą wodą naj­gor­sze zabru­dze­nia. Na szczę­ście lepka sub­stan­cja dała się łatwo usu­nąć, ale odór kwasu żołąd­ko­wego zmie­sza­nego z wódką i colą wże­rał się Min­nie w noz­drza. Nie potra­fiła wyobra­zić sobie Lucy Dono­hue w podob­nej sytu­acji.

Popa­trzyła na odbi­cie w lustrze i odru­chowo zało­żyła nie­sforne loki za uszy, jed­nak kiedy led­wie cof­nęła dłoń, te natych­miast opa­dły z powro­tem na twarz. Dopiero była u fry­zjerki, która obcięła je cen­ty­metr czy dwa kró­cej niż Min­nie chciała. W rezul­ta­cie teraz cią­gle opa­dały jej na oczy, a ona nie mogła zebrać ich w kucyk. Prze­su­nęła grzbie­tem palca pod oczami, żeby zetrzeć smugi roz­ma­za­nego tuszu, a następ­nie popra­wiła usta szminką w śliw­ko­wym odcie­niu. Dostała ją od Leili jako wcze­śniej­szy pre­zent uro­dzi­nowy. Sama ni­gdy nie wybra­łaby rów­nie śmia­łego koloru, ale jakimś cudem świet­nie paso­wał do jej cery. Zasta­na­wiała się nawet, czy przy­ja­ciółka przy­pad­kiem nie jest lepiej zorien­to­wana, co będzie dla niej odpo­wied­nie.

Naj­le­piej jak to moż­liwe wysu­szyła bluzkę pod suszarką do rąk i na powrót ją wło­żyła. Jesz­cze przez chwilę stała przed lustrem i wpa­try­wała się w swoje odbi­cie w tej wil­got­nej, pomię­tej i poroz­cią­ga­nej szmatce. To naj­ład­niej­sza rzecz w jej gar­de­ro­bie - dopa­so­wana blu­zeczka z czar­nego jedwa­biu z ozdob­nymi man­kie­tami. Naprawdę dro­giej firmy. Na szczę­ście tra­fiła na nią w skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami. To zna­le­zi­sko bar­dzo ją wtedy ucie­szyło, a teraz miała wra­że­nie, jakby nawet bluzka przej­rzała jej oszu­stwa z odgry­wa­niem kogoś, kim tak naprawdę nie jest, i marsz­czyła się w ramach pro­te­stu.

- Do dzieła - rzu­ciła sta­now­czo, by prze­ko­nać samą sie­bie do powrotu na imprezę, a potem powoli ode­tchnęła.

Naprawdę nie powinna cią­gle psuć innym zabawy. Greg chciał tutaj przyjść, a ona chciała być z Gre­giem. Może jej limit pecha się wyczer­pał, przy­naj­mniej na dzi­siaj.

Chwy­ciła za klamkę, jed­nak kiedy ją naci­snęła, ta została jej w dłoni. Pchnęła drzwi, ale nawet nie drgnęły, a klamki nie dało się ponow­nie zamon­to­wać.

Zaczęła walić w drzwi.

- Halo, jest tam kto? Potrze­buję pomocy! Niech mi ktoś otwo­rzy!

W tym momen­cie dobie­ga­jąca zza drzwi muzyka zabrzmiała jesz­cze gło­śniej. Zupeł­nie jakby wła­śnie roz­po­czął się kon­cert kapeli na żywo, co zebrani w lokalu goście przy­jęli okla­skami i wiwa­tami. Teraz już nikt jej nie usły­szy. Będzie musiała pocze­kać, aż Greg po nią przyj­dzie.

Usia­dła na pod­ło­dze i popa­trzyła w sufit. Całe pomiesz­cze­nie wykle­jono gra­na­tową tapetą ozdo­bioną sre­brzy­stymi gwiazd­kami ukła­da­ją­cymi się w roz­ma­ite kon­ste­la­cje. Jej marze­nie się speł­niło, była sama i wpa­try­wała się w gwiazdy. Wyjęła komórkę, żeby napi­sać wia­do­mość do Grega, ale ekran był czarny.

- No jasne. - Min­nie ze śmie­chem pokrę­ciła głową.

Cokol­wiek by powie­dzieć o tym nowo­rocz­nym pechu, z pew­no­ścią nie można mu było odmó­wić poczu­cia humoru.

Nowy Rok 2020

Nowy Rok 2020

Min­nie obu­dziła się zdez­o­rien­to­wana, z gar­dłem wyschnię­tym na wiór. Pamię­tała, że całymi godzi­nami waliła w drzwi, osta­tecz­nie jed­nak musiała zapaść w sen. Nie miała poję­cia, która może być godzina. Za drzwiami pano­wała cisza, dud­niąca muzyka umil­kła. Pod­nio­sła się z pod­łogi, usi­łu­jąc dło­nią roz­ma­so­wać ścierp­nięty kark.

- Halo, jest tam kto?! Niech mnie ktoś wypu­ści! - zawo­łała.

Co jeśli wszy­scy poszli do domu i lokal został zamknięty na noc? Czy­tała o takich przy­pad­kach, o ludziach, któ­rzy spę­dzili wiele dni zatrza­śnięci w toa­le­cie, zanim ich zna­le­ziono. Pili wodę ze spłuczki i ogrze­wali się pro­wi­zo­rycz­nymi kocami zro­bio­nymi z papieru toa­le­to­wego. Ile zdoła tu wytrzy­mać, zanim zacznie jeść mydło? Znów waliła pię­ścią w drzwi, tym razem znacz­nie ener­gicz­niej.

- Ratunku! Pomocy!

- Halo? - Zza drzwi dobiegł męski głos.

- Tak, jestem tutaj! Dzięki Bogu. Klamka się uła­mała, nie mogę wyjść! - zawo­łała przez drzwi.

- Długo tam pani sie­dzi? - dopy­ty­wał męż­czy­zna, szar­piąc za klamkę z dru­giej strony.

- Wystar­cza­jąco długo - wyją­kała Min­nie.

- Dobra, chwi­leczkę, zaraz spro­wa­dzę pomoc - odparł nie­zna­jomy, a potem usły­szała odda­la­jące się kroki.

Nie mogła uwie­rzyć, że Greg jej nie szu­kał. Czyżby wyszedł do domu bez niej? Trzy, może cztery minuty póź­niej głos powró­cił.

- Dobra, już jestem. Przy­pro­wa­dzi­łem Luisa, który dys­po­nuje jakimś tysią­cem klu­czy.

- Nie mam poję­cia, jak to się mogło stać. - Usły­szała kolejny męski głos, tym razem znacz­nie star­szy. Po chwili w zamku zachro­bo­tał klucz.

- Chwi­leczkę, może ja spró­buję - roz­legł się ten pierw­szy głos, potem brzęk klu­czy i wresz­cie drzwi sta­nęły otwo­rem. - Kto by pomy­ślał, pierw­szy klucz i od razu strzał w dzie­siątkę. To się nazywa fart.

Min­nie zmru­żyła oczy ośle­piona świa­tłem pada­ją­cym z kory­ta­rza. Głos nale­żał do wyso­kiego bar­czy­stego męż­czy­zny o jasnych wło­sach i wyra­zi­stych brwiach o nieco ciem­niej­szym odcie­niu. Uśmie­chał się do niej cie­pło i ser­decz­nie. Miał czarne gar­ni­tu­rowe spodnie i ele­gancką białą koszulę, a na szyi roz­wią­zaną muszkę. W roz­pię­ciu koszuli dostrze­gła frag­ment opa­lo­nej skóry. Obok niego stał nie­wy­soki pulchny łysy męż­czy­zna z pełną nie­do­wie­rza­nia miną.

- Która godzina? - zapy­tała Min­nie, spo­glą­da­jąc to na jed­nego, to na dru­giego.

- Za pięt­na­ście ósma - odparł męż­czy­zna w muszce.

- To ja już pójdę - wtrą­cił ten niż­szy, po czym ode­braw­szy od tego wyso­kiego pęk klu­czy, ruszył przed sie­bie kory­ta­rzem, mam­ro­cząc przy tym coś pod nosem.

- Nie jest zbyt gada­tliwy - sko­men­to­wał męż­czy­zna w muszce.

Min­nie ruszyła kory­ta­rzem w ślad za nim do głów­nej sali, która oka­zała się zupeł­nie pusta. Z lamp u sufitu zwi­sały resztki ser­pen­tyn, na barze stała cała masa pustych kie­lisz­ków do szam­pana.

- Wszy­scy już poszli? Nie mogę uwie­rzyć, że spa­łam tak długo.

- Prze­pra­szam, chyba nie mie­li­śmy oka­zji się poznać. - Męż­czy­zna wycią­gnął do niej dłoń.

- A tak, Min­nie - odparła. Nie­zna­jomy uśmiech­nął się, ale naj­wy­raź­niej cze­kał na coś wię­cej, więc czym prę­dzej dodała: - Dziew­czyna Grega, a Greg pra­cuje z Lucy. To ona nas zapro­siła.

- Och, jasne, każdy gość jest mile widziany. Zdaje się, że Luce wspo­mi­nała o jakimś Gregu. Śmieszny Greg, zga­dza się?

- Śmieszny Greg. - Min­nie unio­sła brwi roz­ba­wiona myślą, że ktoś mógł tak nazy­wać jej faceta.

Męż­czy­zna roz­pro­sto­wał ramiona nad głową, by się prze­cią­gnąć, co szybko prze­szło w jedno potężne ziew­nię­cie.

- Prze­pra­szam, to zmę­cze­nie. Ale impreza była świetna.

- Nie dla mnie - mruk­nęła Min­nie cierpko.

- Rze­czy­wi­ście. - Męż­czy­zna skrzy­wił się prze­sad­nie, uświa­do­miw­szy sobie wła­sną gafę, a Min­nie nie zdo­łała powstrzy­mać uśmie­chu.

- Rozu­miem, że to była twoja impreza uro­dzi­nowa? Facet Lucy, zga­dza się? W takim razie chyba powin­nam ci podzię­ko­wać za moż­li­wość wzię­cia w niej udziału. - Min­nie zało­żyła ręce za plecy.

- Ależ nie ma za co. Teo­re­tycz­nie to moja impreza, ale w rze­czy­wi­sto­ści to Lucy zde­cy­do­wała, kogo zapro­sić - wyja­śnił nowy zna­jomy. W jego kie­szeni roz­dzwo­niła się komórka, więc wyjął apa­rat i zer­k­nął na wyświe­tlacz. - Prze­pro­szę cię na chwilę, muszę ode­brać.

- Jasne, nie ma sprawy. - Wzru­szyła ramio­nami, a on okrę­cił się na pię­cie i odszedł kilka kro­ków.

- Cześć, wszystko w porządku? - rzu­cił do słu­chawki. - Nie, jesz­cze nie wró­ci­łem... Wpadnę póź­niej... Wszyst­kie zamki spraw­dzi­łem wie­czo­rem przed wyj­ściem... Nie... Jasne. - Min­nie obser­wo­wała jego pro­fil. Miał zamknięte oczy przez całą roz­mowę. - W porządku, pod­jadę i to spraw­dzę, ale daj mi jesz­cze parę godzin, bła­gam.

Roz­łą­czył się, a kiedy zauwa­żył, że Min­nie mu się przy­gląda, posłał jej ner­wowy uśmiech.

- Wszystko w porządku?

- Jasne, prze­pra­szam za to. - Nowy zna­jomy pokrę­cił głową i pod­szedł do ogrom­nej prze­szklo­nej ściany.

- Jakim cudem tylko ty tutaj jesz­cze zosta­łeś? - zapy­tała.

Męż­czy­zna odwró­cił się w jej stronę i obrzu­cił ją badaw­czym spoj­rze­niem, a następ­nie wyja­śnił:

- To pew­nie zabrzmi kiczo­wato, ale zawsze sta­ram się zoba­czyć pierw­szy wschód słońca w nowym roku. Pomy­śla­łem, że jeśli wyjdę z innymi, pew­nie go prze­ga­pię, bo aku­rat będę sie­dział w tak­sówce czy coś w tym rodzaju. - Przy tych sło­wach wycią­gnął ręce w stronę okna. - A czy można wyobra­zić sobie lep­sze miej­sce do podzi­wia­nia wschodu słońca?

- Całe mnó­stwo - odparła Min­nie. - Pusty­nia, szczyt wspa­nia­łej góry albo moje wła­sne przy­tulne łóżko z wido­kiem wprost na ekran tele­wi­zora. I naj­le­piej, żeby było to nagra­nie, bym nie musiała się zry­wać o świ­cie.

Męż­czy­zna prze­chy­lił głowę, mru­żąc z roz­ba­wie­niem oczy. Teraz już nie wyglą­dał na zestre­so­wa­nego.

- No cóż, ale skoro i tak nie śpimy, nie potrze­bu­jemy żad­nego nagra­nia. Zapra­szam bli­żej.

Min­nie pode­szła do okna i oparła dłoń o szybę. Pierw­sze pro­mie­nie słońca poja­wiły się nad hory­zon­tem, a gruba war­stwa chmur nabrała różo­wa­wego odcie­nia, rzu­ca­jąc cie­płą poświatę na zimne, szare mia­sto. Wie­żowce wyraź­nie odci­nały się na tle nieba, a ich strze­li­ste syl­wetki sta­no­wiły ostry kon­trast w sto­sunku do mięk­kich linii obło­ków.

- Robi wra­że­nie - musiała przy­znać. - Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio wsta­łam tak wcze­śnie, żeby obej­rzeć wschód słońca.

- To mój ulu­biony dzień w roku - powie­dział męż­czy­zna. - Kolejna szansa, by zacząć wszystko od nowa, nie sądzisz?

- Zabawne, bo dla mnie to naj­bar­dziej nie­lu­biany dzień w roku - wyznała Min­nie. - Ser­decz­nie go nie­na­wi­dzę.

- A nie powin­naś, bo to dzień moich uro­dzin. Nie możesz go nie­na­wi­dzić - obru­szył się nowy zna­jomy, a jego znu­żone sza­rawe oczy bły­snęły z oży­wie­niem.

Odwró­ciła się do niego i powoli zamru­gała.

- Ja też mam tego dnia uro­dziny - rzu­ciła.

- Nie­moż­liwe.

- Nie żar­tuję. Przy­się­gam, że tak jest.

Popa­trzył na nią spod zmru­żo­nych powiek i cof­nął pod­bró­dek, robiąc scep­tyczną minę. Odwró­cił głowę w stronę okna, za któ­rym niebo roz­pa­lało się czer­wie­nią.

- Sama popatrz - mruk­nął. - Cóż za cudowne wido­wi­sko.

Min­nie przyj­rzała mu się uważ­nie, pod­czas gdy on nie odry­wał wzroku od nieba. Nie potra­fi­łaby chyba okre­ślić jakieś jed­nej kon­kret­nej cechy jego twa­rzy, a jed­nak razem dawały efekt syner­gii, two­rząc har­mo­nijną całość. Męż­czy­zna zda­wał się czuć cał­kiem dobrze we wła­snej skó­rze, czego ona rzadko doświad­czała. W pew­nym momen­cie nie­ocze­ki­wa­nie odwró­cił się w jej stronę i przy­ła­pał ją na tym pod­glą­da­niu, więc czym prę­dzej prze­nio­sła spoj­rze­nie na widok za oknem.

- Wiesz, chyba ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem nikogo, kto obcho­dziłby uro­dziny tego samego dnia, co ja - powie­dział.

- To naprawdę eli­tarny klub. Dosta­niesz ode mnie kartę człon­kow­ską. - Min­nie urwała, nie wie­dzieć czemu bar­dzo prze­jęta. - Słu­chaj, prze­pra­szam, wiem, że powin­nam znać twoje imię, skoro byłam na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym na twoją cześć, ale przy­szłam tu jako osoba towa­rzy­sząca Grega, a on mi go nie zdra­dził. Przy­da­łoby się je znać, jeśli mam przy­go­to­wać sper­so­na­li­zo­waną kartę człon­kow­ską.

- To ja prze­pra­szam, jestem Quinn.

- Quinn? - Min­nie aż otwo­rzyła sze­roko usta. - Quinn Hamil­ton?

- Zga­dza się, Quinn Hamil­ton.

- Quinn Hamil­ton uro­dzony w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym roku w szpi­talu w Hamp­stead?

- Ow­szem. - Zmarsz­czył brwi, bo naj­wy­raź­niej na­dal nic nie rozu­miał.

- To ty - wark­nęła Min­nie i aż zaci­snęła zęby. - To ty ukra­dłeś mi imię.

Sylwester 1989 roku

Syl­we­ster 1989 roku

Con­nie Cooper spoj­rzała na kobietę leżącą na łóżku obok. A kon­kret­nie na jej nogi, dłu­gie, lśniące i gład­kie jak u lalki Bar­bie. Jak to w ogóle moż­liwe w jej sta­nie? Con­nie zer­k­nęła na wła­sne krót­kie, pulchne koń­czyny, pokryte czar­nymi wło­sami już chyba cen­ty­me­tro­wej dłu­go­ści. Trzeba było ogo­lić je przed przy­jaz­dem do szpi­tala - przy­naj­mniej te miej­sca, do któ­rych jesz­cze dosię­gała.

Kobieta na sąsied­nim łóżku otarła czoło kre­mową, obszytą koronką chu­s­teczką. Tym­cza­sem włosy Con­nie i jej szpi­talna koszula były już cał­kiem prze­po­cone, uży­cie w tym przy­padku chu­s­teczki przy­po­mi­na­łoby próby osu­sze­nia pokładu Tita­nica papie­ro­wym ręcz­ni­kiem. Jej sąsiadka miała lśniące, jasne włosy, na doda­tek schlud­nie zwią­zane deli­katną żółtą wstążką - wstążką! Kto w ogóle ma w domu takie rze­czy? Con­nie po pro­stu zebrała ciemne i szorst­kie włosy jedną z gumek recep­tu­rek, któ­rymi Bill spi­nał narzę­dzia. Kobiety miały jed­nak coś wspól­nego - wiel­kie brzu­chy wyraź­nie rysu­jące się pod opię­tymi koszu­lami szpi­tal­nymi.

- Zupeł­nie jak na zatło­czo­nym dworcu auto­bu­so­wym czy coś w tym rodzaju, chyba wszyst­kie babki z pół­noc­nego Lon­dynu zmó­wiły się, żeby uro­dzić wła­śnie dzi­siaj - zażar­to­wała Con­nie, ale sąsiadka nie zare­ago­wała. Spra­wiała wra­że­nie obo­la­łej i wręcz wyczer­pa­nej. - Pani też trzyma skrzy­żo­wane nogi, żeby docze­kać pół­nocy?

- Skąd - odparła tamta znu­żo­nym gło­sem. - Po pro­stu chcia­ła­bym już uro­dzić. Męczę się tak od dwóch dni, a skur­cze to przy­cho­dzą, to odcho­dzą.

- Myśla­łam, że może liczy pani na te pie­nią­dze z nagrody - powie­działa. - A tak przy oka­zji, jestem Con­nie.

- Tara - odparła blon­dynka, cho­ciaż wydu­kała coś w rodzaju "Ta... raaa", bo naj­wy­raź­niej chwy­cił ją kolejny skurcz, a potem zaczęła wydmu­chi­wać powie­trze krót­kimi ury­wa­nymi odde­chami.

Con­nie już miała coś powie­dzieć, jed­nak osta­tecz­nie musiała skon­cen­tro­wać uwagę na wła­snym ciele, bo i ona poczuła skur­cze. Wstała i zaczęła cho­dzić po sali. W pew­nym momen­cie musiała przy­trzy­mać się ramy pustego łóżka i zgięta wpół, cze­kała aż ból ustąpi. Dopiero po chwili odwró­ciła się w stronę towa­rzyszki i powie­działa:

- Źle to robisz, oddy­chasz za płytko i brzmisz zupeł­nie jak owieczka.

- Owieczka? - Tara wyglą­dała teraz na zaże­no­waną.

- Wła­śnie, a trzeba oddy­chać z głębi brzu­cha, żeby brzmieć jak krowa albo jesz­cze lepiej jak hipo­po­tam. Spró­buj wyda­wać z sie­bie odgłosy hipo­po­tama.

- Nie będę wyda­wać żad­nych odgło­sów hipo­po­tama. - Tara gwał­tow­nie pokrę­ciła głową. - To nie­do­rzeczne.

Con­nie wzru­szyła ramio­nami. Koły­sała się w przód i w tył, opie­ra­jąc cię­żar na jed­nej nodze i zaci­ska­jąc palce na ramie szpi­tal­nego łóżka.

- Naprawdę nie sły­sza­łaś o nagro­dzie dla pierw­szego dziecka uro­dzo­nego w latach dzie­więć­dzie­sią­tych? Chyba jesteś jedyna.

- A, tak, rze­czy­wi­ście. - Tara ski­nęła głową. - Zdaje się, że ktoś wspo­mi­nał o tym, gdy byłam na jed­nej z wizyt przed­po­ro­do­wych. Nie wie­dzia­łam, że wyzna­czyli też nagrodę pie­niężną.

- Może któ­raś z nas się na nią zała­pie - mruk­nęła Con­nie, a potem wydała z sie­bie cichy, gar­dłowy jęk. - Ale musisz wresz­cie się pod­nieść, nie uro­dzisz malu­cha, leżąc pła­sko na ple­cach.

- Jestem potwor­nie zmę­czona, nie mam już siły. - Tara odparła cicho.

- Ina­czej się nie da - prze­ko­ny­wała Con­nie. - Trzeba wstać i cho­dzić, żeby gra­wi­ta­cja zro­biła swoje.

Tara nie­chęt­nie usia­dła na łóżku i opu­ściła stopy na pod­łogę, cho­ciaż widać było, że każdy ruch sta­no­wił dla niej ogromny wysi­łek.

- O, nie, znowu, nie mogę... nie dam rady. - Kobieta z jękiem osu­nęła się na pod­łogę, jakby przy­gnie­ciona nie­wi­doczną, lecz potężną siłą.

- Spró­buj wstać. - Con­nie wycią­gnęła do niej rękę. - Uwierz mi, od razu poczu­jesz się lepiej. - Pomo­gła nowej zna­jo­mej się pod­nieść, zachę­ca­jąc ją, by z całej siły oparła się na jej przed­ra­mio­nach. Tara koły­sała się przy tym w przód i w tył, sapiąc i poję­ku­jąc z wysiłku. Zaci­snęła powieki. - W porządku, nad odde­chem będziemy musiały jesz­cze popra­co­wać, ale przy­naj­mniej sto­isz.

W tym momen­cie podwójne drzwi sali otwo­rzyły się i weszła położna w błę­kit­nym far­tuszku.

- Jak się mie­wa­cie, moje panie? Przy­kro mi, że musie­li­śmy poło­żyć was razem, ale jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam, żeby tyle malu­chów jed­no­cze­śnie pchało się na świat. Więc to chyba dobrze, że nie mia­łam żad­nych pla­nów na syl­we­stra, prawda? - Zachi­cho­tała.

- Wszy­scy liczą na tę nagrodę - stwier­dziła Con­nie. - Cho­ciaż ta dziew­czyna tutaj twier­dzi, że w ogóle o niej nie sły­szała.

Tara jakoś prze­trwała naj­gor­szy atak bólu, a teraz wpa­try­wała się szkli­stym wzro­kiem w coś za oknem. Con­nie przyj­rzała się jej uważ­nie, dosko­nale ją rozu­miała - sama rodziła poprzed­nie dziecko cztery dni.

- Och, nie sły­szała pani? - zdu­miała się położna. - Redak­cja "Lon­don News" zaofe­ro­wała okrą­głą sumkę pierw­szemu dziecku uro­dzo­nemu w Lon­dy­nie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Wszyst­kim nam zależy, żeby przy­szło ono na świat wła­śnie w naszym szpi­talu. Cho­ciaż gdyby mnie ktoś pytał, to sądzę, że te pismaki nie wie­dzą, co robić z pie­niędzmi.

- Pięć­dzie­siąt tysięcy fun­tów - dodała Con­nie.

Już ona by wie­działa, jak zago­spo­da­ro­wać taką sumę. Odda­liby wresz­cie pie­nią­dze rodzi­com Billa. Wyna­ję­liby więk­szy dom. A ona może nawet kupi­łaby maleń­stwu zupeł­nie nowe ubranka, żeby nie musiało dona­szać rze­czy po trójce star­szych kuzy­nów i bra­cie. Nie powinna jed­nak robić sobie nadziei. W całym Lon­dy­nie tysiące innych kobiet myśli teraz pew­nie dokład­nie o tym samym.

- Zna­leźli spon­sora, jakie­goś pro­du­centa pie­lu­szek. Zdaje się, że gwa­ran­tują też dar­mowe dostawy pie­luch do końca życia - dodała położna.

- Teraz to już kole­żanka na pewno skrzy­żuje nogi, żeby docze­kać pół­nocy. - Con­nie się roze­śmiała, zaraz jed­nak jej śmiech prze­szedł w gwał­towne dysze­nie, a brzuch ści­snęła kolejna fala bólu.

- W porządku, niech pani wska­kuje do łóżka, pani Hamil­ton. - Położna zwró­ciła się do Tary. - Muszę spraw­dzić, jak się sprawy mają. - Zacią­gnęła zasłonę wokół łóżka i wło­żyła gumowe ręka­wiczki, a kiedy kilka minut póź­niej skoń­czyła bada­nie, tylko pokrę­ciła głową. - W takim tem­pie na pewno nie uro­dzi pani dzi­siaj, wciąż tylko sześć cen­ty­me­trów. Musi się pani ruszać, spa­ce­ro­wać po oddziale.

- To wła­śnie jej mówi­łam! - zawo­łała Con­nie przez zasłonkę.

- Ale długo jesz­cze? - jęk­nęła Tara płacz­li­wie. - Jestem już taka zmę­czona, tak bar­dzo chce mi się spać.

Gdzieś w głębi kory­ta­rza roz­legł się dzwo­nek, więc położna pośpiesz­nie ścią­gnęła ręka­wiczki i umyła ręce.

- Zaraz wrócę, żeby zba­dać też panią, pani Cooper.

Po tych sło­wach wypa­dła z sali rów­nie gwał­tow­nie, jak się tu zja­wiła, a podwójne drzwi waha­dłowe zako­ły­sały się za nią z gło­śnym skrzyp­nię­ciem. Tym­cza­sem Con­nie usły­szała dobie­ga­jące zza prze­pie­rze­nia ciche, nie­mal dzie­cięce łka­nie. Z tru­dem pod­nio­sła się z łóżka i odsu­nęła pla­sti­kową zasłonkę, by znów móc widzieć sąsiadkę.

- No nie, nie wolno się teraz mazać, mamy robotę do wyko­na­nia - rzu­ciła.

- Dłu­żej nie dam rady, nie spa­łam od dwóch dni.

- A gdzie twój facet?

- Ode­sła­łam go do domu. On też od dwóch dni nie zmru­żył oka. Uzna­łam, że lepiej, aby przy­naj­mniej jedno z nas się wyspało - wyja­śniła Tara, a potem instynk­tow­nie zwi­nęła się w kłę­bek, zdjęta kolejną falą bólu.

Con­nie też czuła nad­cho­dzący skurcz, jed­nak ujęła nad­gar­stek Tary i deli­kat­nie unio­sła jej twarz ku sobie. Tara poję­ki­wała zupeł­nie jak przy­du­szony kociak.

- No nie, tym razem kot. Co ci mówi­łam? Czy mówi­łam, że masz krzy­czeć jak kot albo owca, czy może raczej jak hipo­po­tam? Musisz wyda­wać te dźwięki z głębi trzewi, no już, rób to, co ja.

Con­nie dobyła gdzieś z prze­pony niskie, wzno­szące się dźwięki przy­wo­dzące na myśl mucze­nie krowy, a Tara natych­miast się zaru­mie­niła i popa­trzyła z nie­po­ko­jem w stronę drzwi.

- Nie wstydź się, jeste­śmy tu same. No dalej - zachę­cała. Jej towa­rzyszka mruk­nęła coś bez prze­ko­na­nia, na co Con­nie aż wykrzy­wiła twarz z wysiłku. - Niżej, gło­śniej, znacz­nie gło­śniej! MUUUUUUU... - wręcz zary­czała.

Tara popa­trzyła na nią w osłu­pie­niu, zaraz jed­nak sama spró­bo­wała, tym razem naśla­du­jąc Con­nie ze znacz­nie więk­szym zaan­ga­żo­wa­niem. Ta w mil­cze­niu ski­nęła głową. Począt­kowo Tara na­dal oddy­chała ostroż­nie, pró­bu­jąc nie wypaść z roli dobrze wycho­wa­nej damy, osta­tecz­nie jed­nak odpu­ściła i zaczęła naśla­do­wać głę­bo­kie odde­chy towa­rzyszki nie­doli.

- To pomaga, prawda? A teraz przy­klęk­nij tak jak ja. - Przy tych sło­wach Con­nie opa­dła na czwo­raki i koły­sała się w przód i w tył.

Tara posłusz­nie poszła w jej ślady. Skur­cze Con­nie sta­wały się coraz sil­niej­sze, aż miała ochotę krzy­czeć, usi­ło­wała jed­nak pano­wać nad sobą, głów­nie ze względu na Tarę. Poka­zy­wała jej, jak należy oddy­chać, by łatwiej to wszystko prze­trwać. Koły­sały się więc razem w przód i w tył, teraz już bez­gło­śnie.

- Zro­bi­łaś przed poro­dem mani­kiur? - zapy­tała po chwili Con­nie, widząc ide­al­nie poma­lo­wane paznok­cie Tary.

- Ow­szem. - Tara wycią­gnęła przed sie­bie dłoń. - Czemu?

- Zro­bi­łaś też sobie depi­la­cję bikini woskiem i w ogóle? - rzu­ciła Con­nie z uśmie­chem.

- To dosyć oso­bi­ste pyta­nie - odparła, marsz­cząc przy tym brwi.

Tara na­dal poru­szała się powoli w przód i w tył, kiedy nagle spo­mię­dzy poślad­ków mimo­wol­nie wyrwał się jej dono­śny dźwięk. Chwilę trwało, zanim uświa­do­miła sobie, co wła­śnie zaszło. Zasło­niła usta dło­nią, co Con­nie skwi­to­wała wybu­chem ser­decz­nego śmie­chu.

- Nie­długo wydo­staną się stam­tąd znacz­nie gor­sze rze­czy, więc nie przej­muj się tak jed­nym pierd­nię­ciem, panno porząd­nicka.

Tara ukryła twarz w dło­niach i też wybuch­nęła śmie­chem. To był taki melo­dyjny wysoki ton.

- A niech mnie, to jest twój śmiech? - zdu­miała się Con­nie. - Nawet on spra­wia wra­że­nie, jakby był cią­gle spięty.

Po czym obie zanio­sły się chi­cho­tem tak histe­rycz­nym, że nie były w sta­nie prze­stać.

- Ow­szem, tak wła­śnie się śmieję, a co w tym złego? - prych­nęła w końcu wręcz spła­kana Tara.

- Och, prze­stań mnie roz­śmie­szać, prze­stań, bo wszystko boli mnie jesz­cze bar­dziej - jęk­nęła Con­nie, przy­ci­ska­jąc jedną dłoń do brzu­cha, a drugą wachlu­jąc twarz.

W ciągu kilku następ­nych godzin Con­nie nauczyła Tarę, jak się relak­so­wać i odpusz­czać. I jak się poru­szać, by uła­twić dziecku przyj­ście na świat. Jak oddy­chać, muczeć, war­czeć i krzy­czeć bez przej­mo­wa­nia się, co mogą pomy­śleć inni. Skur­cze stały się bar­dziej regu­larne i przy­brały na czę­sto­tli­wo­ści. Wresz­cie coś się działo.

- Znasz płeć dziecka? - zain­te­re­so­wała się Con­nie, kiedy dzięki wła­ści­wemu oddy­cha­niu obie zdo­łały jakoś prze­trwać kolejny skurcz.

- Chło­piec - odparła Tara.

- Wybra­łaś już imię? - dopy­ty­wała.

- To za wiele, za wiele... nie dam rady, Con­nie. - Tara znów się roz­pła­kała.

- Nie trać ener­gii na maza­nie się - skar­ciła ją Con­nie. - No dalej, rób to, co ja, przej­dziemy przez to razem. No więc, jakie dasz mu imię?

- Mąż chciałby, żeby był John, tak jak on. A ja nie wiem, może Roger? - odparła Tara, grzbie­tem dłoni ocie­ra­jąc pot z czoła. Con­nie zmarsz­czyła nos, a Tara na widok jej miny par­sk­nęła śmie­chem. - A więc nie Roger.

- Prze­pra­szam. - Con­nie też się roze­śmiała.

Kolejny skurcz chwy­cił je nie­mal jed­no­cze­śnie, ich ciała spra­wiały wra­że­nie wręcz zsyn­chro­ni­zo­wa­nych. Trzy­mały się za ręce i mocno je ści­skały, oddy­cha­jąc w jed­nym ryt­mie.

- Gdzie te położne? - wydy­szała Tara. - Trzeba zadzwo­nić po Johna.

- Możesz mi wie­rzyć, co prawda robi­łam to tylko raz, ale w takich sytu­acjach faceci jedy­nie prze­szka­dzają - odparła Con­nie, ciężko dysząc. Kiedy pod­nio­sła wzrok, zoba­czyła, że Tara pod­czoł­gała się do łóżka i waliła głową o jego ramę. Koły­sząc się jak kaczka, Con­nie pode­szła do niej i pogła­dziła ją po ple­cach.

- Hej, jutro ta chwila będzie jedy­nie złym wspo­mnie­niem. Popatrz na mnie, chcesz wie­dzieć, jakie imię wybra­łam dla swo­jego maleń­stwa? - Con­nie odcią­gnęła Tarę od łóżka. - Już w dzie­ciń­stwie to zapla­no­wa­łam. - Tara wresz­cie na nią spoj­rzała. - Quinn. Moja rodzina nosiła to nazwi­sko od dawien dawna. Bab­cia była z Quin­nów i zawsze powta­rzała, że to nazwi­sko kryje w sobie szczę­ście Irland­czy­ków, ponoć ni­gdy się jesz­cze nie zda­rzyło, żeby któ­ryś z Quin­nów miał w życiu pecha. - Tara na­dal koły­sała się w przód i w tył, więc Con­nie nie była pewna, czy w ogóle ją sły­szy. - Pierw­szego uro­dzi­łam synka, no i Bill uparł się, żeby nazwać go po nim Wil­liam. Dla­tego zapo­wie­dzia­łam, że następny maluch, nie­ważne chło­piec czy dziew­czynka, dosta­nie na imię Quinn.

Położna, która wła­śnie wkro­czyła do sali, zastała je klę­czące na pod­ło­dze i trzy­ma­jące się za ręce.

- Wygląda na to, że obie zaraz uro­dzi­cie - rzu­ciła i pomo­gła Con­nie wró­cić do łóżka. - No już, musimy spraw­dzić pani roz­war­cie, pani Cooper.

Con­nie i Tara razem męczyły się tak jesz­cze przez cztery godziny.

Mąż Tary, John, wró­cił już do szpi­tala, ale ona kazała mu zacze­kać pod salą, dopóki akcja poro­dowa nie będzie bar­dziej zaawan­so­wana.

- Potrze­buję wyłącz­nie Con­nie - wyja­śniła położ­nej.

Zwol­niły się pry­watne sale, jed­nak Tara nie chciała się prze­nieść. Zresztą, kiedy Bill wresz­cie dotarł, rów­nież Con­nie nale­gała, żeby zacze­kał w pocze­kalni, dopóki ktoś go nie zawoła.

- Tak się tylko upew­nię - pró­bo­wała zro­zu­mieć położna - chce­cie, żeby wasi mężo­wie zacze­kali przed salą, bo zamier­za­cie rodzić we dwie?

Con­nie i Tara zgod­nie przy­tak­nęły.

O wpół do dwu­na­stej obie były już gotowe do par­cia.

- Dobrze, naj­wyż­sza pora prze­wieźć was do sal poro­do­wych - stwier­dziły położne i uparły się, że należy je w końcu roz­dzie­lić.

Con­nie i Tara tra­fiły na oddzielne łóżka, któ­rymi wywie­ziono je z sali. Po raz ostatni chwy­ciły się za ręce.

- Powo­dze­nia - wychry­piała Con­nie.

- Dzię­kuję. - Tara led­wie była w sta­nie poru­szać ustami.

- No cóż, założę się, że jedna z was uro­dzi nasze pierw­sze maleń­stwo lat dzie­więć­dzie­sią­tych - stwier­dziła położna pcha­jąca łóżko Con­nie.

- W całym szpi­talu nie ma pacjentki, która byłaby bli­żej szczę­śli­wego roz­wią­za­nia - dodała pie­lę­gniarka zaj­mu­jąca się Tarą.

Jadąc na salę poro­dową, Con­nie zauwa­żyła Billa cze­ka­ją­cego na nią na krze­sełku. Na jej widok natych­miast sta­nął na równe nogi i zło­żył gazetę, którą czy­tał.

- Nie spie­szy­łaś się, kobieto, cze­kam tu na cie­bie całe wieki - mruk­nął.

- Nie robię tego dla two­jej wygody, Bill - burk­nęła Con­nie. - Wszystko w odpo­wied­nim cza­sie.

Bill usiadł z powro­tem na krze­sełku i zaci­snął usta.

Con­nie parła przez następne pół godziny. Potrze­bo­wała do tego całej ener­gii, jaka jej pozo­stała, nie miała siły na dal­sze poga­wędki. W któ­rymś momen­cie Bill wstał, popa­trzył na zega­rek, a potem rzu­cił z lek­kim gry­ma­sem:

- Może dasz radę wstrzy­mać się jesz­cze kilka minut, skar­bie, za dwie minuty pół­noc.

Con­nie wydała z sie­bie gar­dłowy krzyk, od któ­rego wręcz pękały bębenki, niczym samica pte­ro­dak­tyla bro­niąca potom­stwa przed dra­pież­ni­kiem. Obie położne aż pod­sko­czyły, a Bill natych­miast wró­cił na krze­sełko, gdzie odtąd sie­dział przy­gar­biony, nie­spo­koj­nie krę­cąc kciu­kami młynki.

- Widzę już główkę - oznaj­miła jedna z położ­nych.

Par­cie stało się nie­mal nie do znie­sie­nia. Jed­nak kiedy Con­nie już miała wra­że­nie, że eks­plo­duje, zalała ją fala ulgi.

- Pro­szę - ode­zwała się położna. - Ma pani śliczną córeczkę.

W sali zapa­dła cisza, wszy­scy zebrani z nie­po­ko­jem cze­kali na pierw­szy krzyk nowo­rodka. I rze­czy­wi­ście, powie­trze roz­darł płacz, któ­remu chwilę póź­niej zawtó­ro­wało zawo­dze­nie zza cien­kiej szpi­tal­nej ściany.

- Wszystko w porządku? - Con­nie z nie­po­ko­jem spo­glą­dała po twa­rzach pie­lę­gnia­rek.

- W jak naj­lep­szym - odparła jedna z nich, po czym owi­nęła dziew­czynkę w pie­luszkę i poło­żyła ją na piersi mamy.

- Byli­śmy pierwsi. - Bill stwier­dził sta­now­czo. - Na pewno nasze zaczęło pła­kać pierw­sze. Udało ci się dotrwać do pół­nocy, skar­bie, świet­nie się spi­sa­łaś, nikt nie może zaprze­czyć, że Con­nie Cooper to dzielna dziew­czyna.

Ale Con­nie w ogóle go nie słu­chała, była zbyt zajęta wpa­try­wa­niem się w buzię cudow­nego maleń­stwa spo­czy­wa­ją­cego teraz w jej ramio­nach.

Nowy Rok 1990

Nowy Rok 1990

Następ­nego ranka, kiedy Con­nie cichutko nuciła maleń­stwu, Bill przy­szedł do szpi­tala z Wil­lia­mem.

- A kogo my tu mamy? - zapy­tał, sta­wia­jąc synka na pod­ło­dze. Chło­piec natych­miast ruszył w stronę Con­nie z wycią­gnię­tymi rącz­kami.

- Mama!

- Chcesz poznać swoją nową sio­strzyczkę, Wil­lia­mie? - zapy­tała i pokle­pała obok sie­bie posła­nie. Synek natych­miast wspiął się na łóżko, więc teraz trzy­mała w obję­ciach dwójkę swo­ich dzieci. - To malutka Quinn.

Unio­sła rączkę synka, żeby i on mógł deli­kat­nie pogła­dzić buzię maleń­stwa.

- Już nie możesz jej nazwać Quinn - rzu­cił Bill.

- Jak to? - Con­nie natych­miast pod­nio­sła na niego wzrok.

- Bo tak chce nazwać swo­jego dzie­ciaka ta druga kobieta, ta, co wygrała pie­nią­dze.

- Co takiego? - prych­nęła szep­tem, po czym ostroż­nie odło­żyła córeczkę do łóżeczka obok. - O czym ty mówisz, Bill?

- Cały czas trą­bią o tym w radiu. Ten dzie­ciak, który zgar­nął całą forsę, tylko dla­tego że uro­dził się minutę przed naszą małą, dostał na imię Quinn. Na­dal twier­dzę, że my byli­śmy pierwsi. Idę o zakład, że położne zmó­wiły się, żeby zapi­sać naj­pierw tego, kto ład­niej będzie wyglą­dał na zdję­ciach w gaze­cie. - Bill wes­tchnął z nie­za­do­wo­le­niem, pocie­ra­jąc potęż­nymi dłońmi łysą głowę.

- Quinn? Nazwała swoje dziecko Quinn? - Con­nie nie wie­rzyła wła­snym uszom.

- Aha, więc teraz nie możemy nazwać tak naszej małej, bo wyj­dziemy na głup­ków. Wszę­dzie o nich trą­bią, ten mały Quinn jest sławny, a na doda­tek wszy­scy teraz myślą, że Quinn to imię dla chłopca. - Wciąż oszo­ło­miona Con­nie słu­chała go w mil­cze­niu. - Zawsze podo­bało mi się imię Min­nie dla dziew­czynki - cią­gnął Bill. - Co myślisz, Will? Malutka Min­nie. Może nie śpi na for­sie, ale na pewno jest śliczna. - Nachy­lił się, żeby poca­ło­wać żonę w czoło i pogła­dzić poli­czek córeczki zro­go­wa­cia­łymi pal­cami tyn­ka­rza.

Con­nie czuła się zbyt zmę­czona, by o tym wszyst­kim myśleć. Musiała się prze­spać. Musiała nakar­mić maleń­stwo. I musiała obmy­ślić plan, w jaki spo­sób ma sobie pora­dzić z opieką nad nowo­rod­kiem i sta­wia­ją­cym pierw­sze kroki syn­kiem jed­no­cze­śnie. Póź­niej pokłóci się z Bil­lem w spra­wie imie­nia dla ich córeczki.

Jed­nak kiedy wró­cili do domu i Con­nie zła­pała tro­chę snu, mały Quinn Hamil­ton, pierw­sze uro­dzone w Lon­dy­nie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dziecko, tra­fił już nawet do ogól­no­kra­jo­wych wia­do­mo­ści. "Naj­więk­szy szczę­ściarz w kraju!", krzy­czały nagłówki, "Zwy­cię­ski Quinn!", eks­cy­to­wał się pro­wa­dzący jakiś pro­gram w tele­wi­zji śnia­da­nio­wej. Teraz to imię stra­ciło dla Con­nie cały urok, a gazety nie prze­sta­wały jej drę­czyć wizją for­tuny, która była w zasięgu ręki. Poza tym Bill już zwra­cał się do córeczki Min­nie. Sie­działa na kana­pie i kar­miła małą, a w tele­wi­zji wła­śnie prze­pro­wa­dzano wywiad z Tarą.

"Ktoś powie­dział mi, że Quinn to imię przy­no­szące szczę­ście i muszę przy­znać, że mój synek jak dotąd jest wiel­kim szczę­ścia­rzem", tłu­ma­czyła Tara z uśmie­chem. Blond włosy miała sta­ran­nie upięte na tę oka­zję, cerę świeżą i wręcz pro­mienną. W ogóle nie wyglą­dała na kobietę, która dopiero co uro­dziła. Con­nie spu­ściła wzrok na córeczkę.

- Nie mogę uwie­rzyć, że ukra­dła twoje imię. - Cicho wes­tchnęła, już czuła napły­wa­jące jej do oczu gorące łzy. Miała istny nawał mleka i zro­biła się okrop­nie płacz­liwa, ale jeśli teraz pozwoli łzom pły­nąć, może już ni­gdy nie zdoła ich zatrzy­mać. Zaci­snęła powieki, by się opa­no­wać, i szep­nęła do maleń­stwa: - Hej, zale­d­wie minutę spóź­niona.

Nowy Rok 2020

Nowy Rok 2020

- Chwi­leczkę. - Quinn uniósł palec, by jej prze­rwać. - Nazy­wasz się Min­nie Cooper?

Oboje sie­dzieli na pod­ło­dze w pro­mie­niach słońca. Min­nie zało­żyła dło­nie na kark i poru­szała głową na boki, by roz­cią­gnąć mię­śnie.

- Uwie­rzysz, że moi rodzice przez kilka pierw­szych tygo­dni nie zorien­to­wali się nawet, jak to w ogóle brzmi? Za to przez całą szkołę nasłu­cha­łam się samo­cho­do­wych żar­tów.

- No cóż, przy­kro mi, że dosta­łaś imię na cześć samo­chodu - rzu­cił Quinn z uśmie­chem. - Nie sądzę jed­nak, żeby moja mama tak zapa­mię­tała tę histo­rię.

- To na pewno - mruk­nęła Min­nie. - Prze­cież nie przy­zna się, że ukra­dła czy­jeś imię.

Quinn zmie­nił pozy­cję, by popa­trzeć jej pro­sto w oczy.

- Uwie­rzysz, że uro­dzi­li­śmy się w tym samym szpi­talu, dokład­nie tego samego dnia i dzieli nas zale­d­wie kilka minut róż­nicy? - spy­tał pod­eks­cy­to­wany. - Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo podob­nego zbiegu oko­licz­no­ści? A teraz tak zwy­czaj­nie spo­ty­kamy się tutaj, na doda­tek w dniu naszych uro­dzin. To nie­sa­mo­wite!

Min­nie odwza­jem­niła jego spoj­rze­nie. Przez całe dotych­cza­sowe życie sporo roz­my­ślała o tym czło­wieku. Miała świa­do­mość absur­dal­no­ści tego, że nie znosi kogoś, kogo ni­gdy nawet nie spo­tkała, o kim nic nie wie­działa, a jed­nak tak wła­śnie było. Matka opo­wia­dała, że pewien chło­piec ukradł jej imię, a razem z nim ukradł jej szczę­ście. Kiedy Min­nie przy­tra­fiało się jakieś nieszczę­ście, matka zawsze mówiła: "Uro­dzi­łaś się pod pechową gwiazdą, skar­bie". Był to odwieczny refren jej dzie­ciń­stwa. Pamięć natych­miast pod­su­nęła jej obrazy kolej­nych podob­nych sytu­acji.

W dniu siód­mych uro­dzin Min­nie wpa­dła do odsło­nię­tej stu­dzienki kana­li­za­cyj­nej i zła­mała kości stopy.

"Robot­nik przy­sięga, że odwró­cił się góra na parę sekund", rela­cjo­no­wał ratow­nik z pogo­to­wia, usi­łu­jąc wycią­gnąć Min­nie z pułapki.

"Moja córka po pro­stu uro­dziła się pod pechową gwiazdą", wyja­śniła Con­nie, nachy­la­jąc się nad wlo­tem stu­dzienki. "Coś takiego ni­gdy nie przy­tra­fi­łoby się Quinn Cooper!", dodała.

Przed trzy­na­stymi uro­dzi­nami rodzice pozwo­lili Min­nie urzą­dzić w domu syl­we­stra dla przy­ja­ciół. Zapro­siła dwa­na­ścioro rówie­śni­ków z klasy, mię­dzy innymi chłopca, w któ­rym się pod­ko­chi­wała, Cal­luma Peter­sona. Dzie­się­cioro z zapro­szo­nych gości roz­cho­ro­wało się na grypę w tygo­dniu poprze­dza­ją­cym imprezę. Na przy­ję­ciu poja­wili się jedy­nie Cal­lum i Mary Ste­phens. Min­nie spę­dziła cały wie­czór, obser­wu­jąc, jak Cal­lum i Mary obści­skują się na kana­pie. Prze­rwali ten mara­ton poca­łun­ków jedy­nie na chwilę, łapiąc oddech, gdy mama Min­nie przy­nio­sła im świeżo upie­czone prze­ką­ski. A kiedy nachy­liła się, żeby uprząt­nąć z ławy tacę z nie­tknię­tymi pasz­te­ci­kami, szep­nęła córce do ucha, pusz­cza­jąc przy tym oko: "To ni­gdy nie przy­tra­fi­łoby się...".

"Wiem, wiem", syk­nęła Min­nie w odpo­wie­dzi, "Quinn Cooper".

Histo­ria o ukra­dzio­nym imie­niu Min­nie szybko obro­sła legendą w ich rodzi­nie. Matka raczyła wszyst­kich opo­wie­ścią o tej nie­spra­wie­dli­wo­ści zawsze, gdy tylko nada­rzyła się oka­zja.

"Nie żeby Con­nie miała o to żal", w takich chwi­lach ojciec doda­wał ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem.

"Och, zamknij się już. Ta napu­szona damulka męczy­łaby się z poro­dem jesz­cze wiele godzin, gdyby nie ja", odci­nała się wtedy Con­nie.

Bill z synem zawsze żar­to­wali, gdy tylko wypły­nął ten temat, a cho­ciaż mama uda­wała, że nic sobie z tego nie robi, Min­nie dostrze­gała w jej oczach cier­pie­nie. Con­nie miała zeszyt pełen wycin­ków z gazet i roz­ma­itych pamią­tek z cza­sów dzie­ciń­stwa obojga dzieci. Wycią­gała je w oko­licy uro­dzin czy świąt. Były tam stare har­mo­no­gramy z pły­wac­kich zawo­dów Min­nie, dyplomy z kon­kur­sów mate­ma­tycz­nych Willa, no i oczy­wi­ście stare wyda­nie "Lon­don News" z dnia uro­dzin córki, z nagłów­kiem z pierw­szej strony obwiesz­cza­ją­cym naro­dziny Quinna. Gdy docie­rała do tego wycinka, na jej twa­rzy poja­wiał się wyraz nie­mal naboż­nej powagi.

Min­nie nie przy­szło do głowy, że kie­dy­kol­wiek spo­tka tego czło­wieka. Cza­sami zasta­na­wiała się wręcz, czy cała ta histo­ryjka jest praw­dziwa. Jako nasto­latka pró­bo­wała odszu­kać go w sieci, ale w mediach spo­łecz­no­ścio­wych nie zna­la­zła żad­nego Quinna Hamil­tona w swoim wieku. A jed­nak pro­szę bar­dzo, ten męż­czy­zna naprawdę ist­niał, a nawet sie­dział z nią teraz na pod­ło­dze. Ponad metr osiem­dzie­siąt przy­stoj­niaka, uśmie­cha­ją­cego się ser­decz­nie, zupeł­nie jakby znali się od wie­ków.

- Jeśli to cię pocie­szy, to wcale nie czuję, żeby to imię w jakiś szcze­gólny spo­sób przy­no­siło mi szczę­ście - ode­zwał się Quinn.

- Wygląda na to, że cał­kiem nie­źle sobie radzisz - odparła Min­nie. - Ta wczo­raj­sza impreza praw­do­po­dob­nie kosz­to­wała wię­cej niż zara­biam w ciągu roku.

- Pie­nią­dze to nie wszystko. - Wzru­szył ramio­nami.

Min­nie aż się skrzy­wiła. Tak mówią ludzie, któ­rzy te pie­nią­dze mają.

- Hej, może sko­czymy na śnia­da­nie? Chcę dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o mojej uro­dzi­no­wej bliź­niaczce. Ja sta­wiam. Przy­naj­mniej tyle mogę zro­bić, żeby wyna­gro­dzić ci kra­dzież imie­nia. - Zerwał się z miej­sca i wycią­gnął do niej dłoń, poma­ga­jąc jej wstać.

Min­nie się zawa­hała. Kusiło ją, żeby przy­jąć pro­po­zy­cję, ale pew­ność sie­bie Quinna budziła w niej opór. Zresztą to prze­cież Nowy Rok. Z doświad­cze­nia wie­działa, że nic dobrego nie może się jej przy­tra­fić w dniu uro­dzin.

- Przy­kro mi, ale nie mogę - rzu­ciła w końcu. - Muszę wra­cać do domu, wziąć prysz­nic i dowie­dzieć się, gdzie podziewa się mój chło­pak. Pew­nie się o mnie mar­twi.

- Jasne. - Quinn spu­ścił wzrok i zmierz­wił dło­nią gęste włosy. - Może przy innej oka­zji?

- Może - przy­tak­nęła, się­ga­jąc po torebkę.

- Nie jesteś tak naprawdę zła o tę sprawę z imie­niem, co? - upew­nił się jesz­cze. - Prze­cież to tylko imię.

- Może dla cie­bie - mruk­nęła w odpo­wie­dzi, odrzu­ca­jąc opa­da­jące na twarz włosy.

Wspól­nie ruszyli do głów­nego wyj­ścia, Quinn przy­trzy­mał drzwi pro­wa­dzące na ulicę.

- Słu­chaj, skoro nie pozwa­lasz się zapro­sić na śnia­da­nie, to może cho­ciaż dasz mi swój numer? - popro­sił. - Prze­cież muszę jakoś wydę­bić od cie­bie tę kartę człon­kow­ską.

- Kartę człon­kow­ską?

- Klubu Uro­dzo­nych Pierw­szego Stycz­nia.

- Ach, jasne. No cóż, bez pro­blemu znaj­dziesz mnie na Face­bo­oku. Nie ma tam wielu użyt­kow­ni­ków o nazwie Min­nie Cooper bez samo­chodu jako zdję­cia pro­fi­lo­wego.

W końcu spoj­rzała na niego. Stał tuż obok, przy­trzy­mu­jąc jej drzwi. Poczuła gęsią skórkę na ramio­nach, więc skrzy­żo­wała je na pier­siach.

- Nie masz płasz­cza? - zdzi­wił się Quinn.

- Zgu­bi­łam po dro­dze.

- W takim razie poży­czę ci swój, bo ina­czej zamar­z­niesz.

- Nic mi nie będzie.

Min­nie prze­chy­liła lekko głowę, jej towa­rzysz ani drgnął. Poczuła się wytrą­cona z rów­no­wagi jego fizyczną bli­sko­ścią, aż zakrę­ciło się jej w gło­wie. Był tak bli­sko, że wręcz czuła cie­pło jego torsu. Pach­niał roz­grzaną skórą i wypra­so­waną bawełną. Mimo­wol­nie obli­zała usta. Trwało to zale­d­wie ułamki sekund, ale Quinn i tak musiał to zauwa­żyć, bo lekko się uśmiech­nął. Zmarsz­czyła brwi i szybko wymknęła się pod jego ramie­niem na ulicę. Ten facet ewi­dent­nie przy­wykł do tego, że bab­kom na jego widok miękną kolana. Wąt­pliwe, by któ­raś odmó­wiła mu cze­go­kol­wiek, a co dopiero wspól­nego śnia­da­nia.

- No cóż, wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Zło­dzieju Imion! - rzu­ciła jesz­cze na odchodne.

- Tobie też, Uro­dzi­nowa Bliź­niaczko! - odparł wsparty o fra­mugę drzwi. Kiedy się uśmie­chał, w policzku poja­wił się dołe­czek.

Min­nie prze­bie­gła przez jezd­nię i czym prę­dzej znik­nęła w jed­nej z bocz­nych uli­czek, byle jak naj­da­lej od klubu. Z tru­dem zapa­no­wała nad chę­cią obej­rze­nia się, żeby spraw­dzić, czy Quinn na­dal ją obser­wuje. Kiedy doszła do głów­nej ulicy, niebo nagle się zachmu­rzyło, a zaraz potem spa­dły cięż­kie kro­ple desz­czu.

1 stycznia 2020

1 stycz­nia 2020

Min­nie wysia­dła z auto­busu linii pięć­dzie­siąt sześć w poło­wie Essex Road, tuż przed Sains­bury's. Kilka zagu­bio­nych duszy­czek już cze­kało na otwar­cie sklepu. Chod­nik przed pubem naprze­ciwko zasłany był pla­sti­ko­wymi kie­lisz­kami, a deszcz nie zdo­łał jesz­cze zmyć nie­do­pał­ków i nie­do­je­dzo­nych dań na wynos, które walały się przy prze­peł­nio­nych koszach na śmieci. Na­dal lało jak z cebra, więc osła­nia­jąc głowę rękami, ruszyła bie­giem w głąb uliczki, przy któ­rej miesz­kała. Kiedy dotarła wresz­cie pod drzwi, zaczęła prze­trzą­sać zawar­tość torebki w poszu­ki­wa­niu klu­czy, jed­nak na próżno. Przez chwilę stała nie­ru­chomo, prze­mo­czona i drżąca z zimna, a potem ner­wo­wym ruchem opróż­niła torebkę na scho­dach w nadziei, że klu­cze zaplą­tały się gdzieś mię­dzy sta­rymi para­go­nami i nie­licz­nymi kosme­ty­kami. Popa­trzyła na ten sto­sik prze­mo­czo­nych od desz­czu dro­bia­zgów, po czym przy­mknęła oczy i powoli wypu­ściła powie­trze. Klu­cze do domu były w kie­szeni płasz­cza, tego samego, który zosta­wiła w auto­bu­sie poprzed­niego wie­czoru. No jasne. Dzi­siaj prze­cież ma uro­dziny, nic nie może się udać.

Min­nie unio­sła głowę i spoj­rzała w okno swo­jego miesz­ka­nia, gdzie dostrze­gła przy­ci­śnięty do szyby pysz­czek sza­rego kocura.

- Och, Lucky, bie­dac­two! - jęk­nęła. - Pew­nie umie­rasz z głodu.

Czym prę­dzej scho­wała szpar­gały do torebki i naci­snęła guziki domo­fonu do dwóch pozo­sta­łych miesz­kań. Może ktoś się nad nią zli­tuje. Przy­naj­mniej mogłaby nała­do­wać komórkę, wysu­szyć się i zadzwo­nić do wła­ści­ciela miesz­ka­nia, żeby przy­je­chał z zapa­so­wym klu­czem. Nikt jed­nak nie odpo­wie­dział.

*

- Co tak wcze­śnie? - zdzi­wiła się Leila, kiedy pół godziny póź­niej wpu­ściła Min­nie do swo­jego miesz­ka­nia. - Sądzi­łam, że umó­wi­ły­śmy się dopiero na lunch?

Leila miesz­kała w Stoke Newing­ton w pół­noc­now­schod­niej czę­ści Lon­dynu, trzy­dzie­ści minut auto­bu­sem od lokum Min­nie. Ze swoim chło­pa­kiem Ianem zaj­mo­wała miesz­ka­nie na ostat­nim pię­trze daw­nego komu­nal­nego budynku. Nie­szcze­gól­nego beto­no­wego klocka z kory­ta­rzami wysma­ro­wa­nymi graf­fiti. Miesz­ka­nie było jed­nak sło­neczne i przy­tulne.

Leila stała teraz w progu owi­nięta różo­wym szla­fro­kiem w jed­no­rożce, z przodu wid­niał poły­sku­jący różowy napis: "Budzę w tobie zwie­rzę?". Włosy we wszyst­kich kolo­rach tęczy zebrała na czubku głowy w luźny kok, spod feerii jaskra­wych barw wyła­niały się pierw­sze odro­sty w brą­zo­wa­wym odcie­niu. Min­nie czę­sto porów­ny­wała przy­ja­ciółkę do gwiazdy fil­mo­wej z lat pięć­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia, bo Leila, pomi­ja­jąc wie­lo­barwne włosy, miała ape­tyczne krą­gło­ści i oczy o głę­bo­kim, uwo­dzi­ciel­skim spoj­rze­niu spo­glą­da­jące spod pół­przy­mknię­tych powiek. Cho­ciaż jej aktu­alny poranny strój nie­ko­niecz­nie pod­kre­ślał te atuty.

- Zgu­bi­łam klu­cze od domu i przez całą noc byłam zatrza­śnięta w klu­bo­wej toa­le­cie - wyja­śniła Min­nie, wcho­dząc do środka. Kiedy przy­ja­ciółka usi­ło­wała ją przy­tu­lić, natych­miast powstrzy­mała ją ruchem ręki. - Lepiej nie, jestem prze­mo­czona.

- Toa­leta w noc­nym klu­bie? - Leila aż ukryła twarz w dło­niach. - Bie­da­czy­sko, znowu ten twój pech. - Wycią­gnęła rękę, by pokle­pać przy­ja­ciółkę po gło­wie, zupeł­nie jakby ta była domo­wym ulu­bień­cem. - Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Min - dodała, gła­dząc ją po policzku.

- Dzięki. - Min­nie uszczyp­nęła się w grzbiet nosa, a potem gło­śno wcią­gnęła powie­trze do płuc.

- Tylko spójrz na sie­bie, prze­mo­kłaś do suchej nitki! Wchodź szybko! Jestem pod wra­że­niem, że odwa­ży­łaś się wyjść do klubu, chyba naprawdę musisz lubić tego Grega. - Min­nie ruszyła w ślad za przy­ja­ciółką wąskim kory­ta­rzem do łazienki, gdzie Leila wrę­czyła jej ścią­gnięty z haczyka posza­rzały różowy ręcz­nik. Był sztywny jak kawa­łek tek­tury, zupeł­nie jakby prano go o kil­ka­set razy za dużo w tem­pe­ra­tu­rze miliona stopni. - Weź gorący prysz­nic, a potem poży­czę ci jakieś suche ciu­chy na prze­bra­nie - zapro­po­no­wała.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Min­nie! - Dole­ciał ją głos Iana z głębi miesz­ka­nia.

Min­nie wsu­nęła głowę do salonu. Ian sie­dział w samych bok­ser­kach na niskiej beżo­wej kana­pie i grał na xbo­xie, stopy oparł o odwró­coną do góry nogami skrzynkę po poma­rań­czach, która słu­żyła im jako sto­lik. Krótko przy­cięte włosy scho­wał pod czer­woną bejs­bo­lówką, a na ramie­niu miał nowy, wciąż jesz­cze zaczer­wie­niony tatuaż "Player One".

- Dzięki, Ian. Nowy tatuaż?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki