W przeklętym domu - Maciej Roman Wierzbiński

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I Prawem kaduka.

- Długo jeszcze?...

- Dziesięć niedziel...

- A za co?

- ...Miemiec przestąpił mi drogę...

- Co chcecie od doktora?

- Ano dokładkę Chleba. Dobry on?

- Dobry?...Dobry dla umarłych. Z nami byle prędko.

- A co wam "brakuje"?

- Żolądek, ciśnienie...

Szepty cichuteńkie, jak brzęk much, snuly się po biało otynkowanej ścianie wązkiego, małego korytarzyka, w którym szereg niezgrabnych postaci w wyblakłem płótnie więziennem stał tuż przy murze, z twarzami do niego zwróconemi, z apatycznym spokojem przywykłych do czekania i, jak kłody, obcą wolą z miejsca na miejsce przerzucanych stworzeń.

Czekali na lekarza, który miał pojawić się przez dwoje drzwi, dzielących korytarzyk od krużganku, przecinającego część gmachu zajętego przez biura - przez drzwi dębowe i drugie z żelaznych, rozsuwających się krat złożone. Zaspany dozorca z pałaszykiem podoficerskim przy boku, podpierał szerokiemi plecami odrzwia przy wejściu do izdebki lekarskiej i nudził się strasznie, mrużąc blade, jakby po pijatyce zamglone oczy.

Ukazał się posługacz lazaretowy w pantoflach i fartuchu, zabrał kilka lampek ze stolika pod kaflanym piecykiem, na którym rozpościerała się rozwarta księga felczera, przeszedł wzrokiem szereg więźniów, jakby szukał między nimi znajomych, i znikł w ubocznych drzwiach, z których po chwili wyszedł inny, opasły dozorca i, zbliżywszy się do kolegi, wszczął z nim półgębkiem rozmowę, przerywaną długiemi pauzami. Apatya głęboka, cmentarna leżała kamieniem na tem zebraniu.

Ale pod powłoką tej martwoty nieprzeniknionej drgały dorywcze iskierki myśli, życzeń i skarg, na ścianę padały szmery, w którycn powtarzało się stereotypowe pytanie, jakie każdy więzień nosi na ustach, kardynalne pytanie:

-Jak długo jeszcze?...

Nie odwracając do siebie twarzy, aby nie zwrócić na siebie uwagi dozorców, stojąc jak przymurowani, rzucali sobie króciutkie zdania.

Opodal mieszczucha, rozmawiającego z chłopem, za pobicie "Miemca" skazanym drakońsko, sterczał zwalisty, szpakowaty mężczyzna, z twarzą czerwono - siną, nabrzękłą i gonił po ścianie niespokojnemi oczyma nałogoweg pijaka. Kulawy sąsiad jego raz i drugi zerknął na niego ukradkiem i szepnął:

- Panie Wojtkowski?... I pan tu?...

Niezrozumiały, basowy pomruk był odpowiedzią alkoholika.

- Za co?... Hm?...

- ...Weksel...

- Na jak długo kochanego pana zamknęli?... - pytał po pauzie kulawy, siwy więzień, niezrażony wściekłością Wojtkowskiego, który gryzł, przeżuwał słowa przez chwilę, nim wykrztusił:

- Nic panu do tego!

- Że też pan kochany zawsze zły, jak tylko pamiętam... Prawda, bez kieliszeczka i mnie ciężko, ale cóż robić?... Obaj pamiętamy inne czasy, kochany panie... Ha, cóż robić?... Pan był kiedyś sekretarzem sądowym, prawda? I sędziego w pysk chlasnąl?... Wszystko przez kieliszek...

Westchnął i dodał pod nosem swe: "ha, cóż robić?..."

A Wojtkowski milczał kamiennie, strzygąc tylko nerwowo palcami i ciskając na ścianę spojrzenie furyata.

Lecz w tem dozorca Schmidt ocknął się ze swego dziennego półsnu i, znudzony czekaniem, huknął w alkierzyk głosem pogromcy dzikich zwierząt:

- Halt Maul!... Verflucht nochmal mit dem verdammten polnischen Geplapper!... (Stul pysk!... Niech dyabli biorą z tem przeklętem polskiem pyskowaniem)!

Stała się cisza, jakby makiem posiał. Tylko kilku więźniów, którzy, świeżo w te mury wstąpiwszy, mieli poddać się rewizyi lekarskiej i dlatego byli do połowy ciała obnażeni, poczęli dygotać i dzwonić zębami. Bo w wilgotnym alkierzu, do którego nigdy nie przedostawał się promień słońca przez okno poblizkim murem ocienione, chłód stawał się dokuczliwym.

Ziewnięcie dozorcy przerwało ciszę i było niejako sygnałem do rozpoczęcia szeptów na nowo.

Wreszcie za drzwiami rozległy się szybkie kroki. Klucze zadzwoniły, wpadł lekarz, przesunął się szybko i znikł w izdebce - nerwowy szczupły mężczyzna, ozdobiony tytułami Medicinalrat'a, jako człowiek mający stosunki i jako "prawdziwie niemiecki mąż". Za nim wszedł felczer i natychmiast rozpoczęło się przepędzanie chorych z niemal błyskawiczną szybkością. Rutynowany lekarz znał fortele i wykręty; nic nie było dla niego niespodzianką, jednych zbywał odpornem machnięciem ręki, innych półsłówkiem, pod adresem felczera. Niebawem wypadł z izdebki, znikł w drzwiach w izbie szpitalnej, i dziad kościelny nie zmówiłby zdrowaśki, a już pan radca spieszył przez dziedziniec więzienny na "Frühschoppen" na poranny kufel piwa.

W mgnieniu oka alkierzyk opustoszal. Pozostał tylko felczer Roswolski z kulawym Ludwisiewiczem, odkomenderowanym do lazaretu. Przypominając sobie jego fizyognomię, dozorca zapytał więźnia, sposobiąc bandaże:

- Kiedy pan był tutaj ostatni raz?

- Dziewięć miesięcy temu wyszedłem.

- Siedział pan tu kilka razy?

- Dopiero trzy razy... w tym więzieniu- odparł Ludwisiewicz, dziwiąc się sam temu.

- A z tą nogą nie lepiej!

- Nie. Skoro jesień zawsze mam z nią biedę.

Zaprowadzono go do obszernej, podłużnej izby z sześciu łóżkami, ustawionemi w pewnych odstępach w dwóch rzędach i wysuniętemi na pokój tak, iż nie wiele było miejsca do przejścia. Duże, niby tryptyk z trzech części złożone, okno mansardowe wprowadzało tylko skąpe i mdłe światło dlatego, że o kilka kroków przed niem wznosił się wysoki mur, a powtóre-szyby były z nieprzejrzystego karbowanego pionowo szkła i silnie okratowąne. Przy wielkim stole siedział tu młody, zdrowo wyglądający robotnik i zwijał szpagat w kłęby. Gdy drzwi się rozwarły, zaraz opuścił ręce i spojrzał ciekawie na wchodzącego więźnia.

Prócz niego tylko dwóch pacyentów było w izbie. Jeden z nich, młody brunet z białą wygoloną twarzą i wydatnym nosem. Z pomocą rogowego różka zwijał arkusze wyciętego na koperty papieru według blaszanej formy, którą należycie układał. A tuż w pobliżu jego, w łóżku najbliżej okien spoczywał-jak martwy-starszy mężczyzna, nakryty aż pod brodę derą i niebieskawo kratkowanem czystem płótnem.

Zbudzony, otworzył blade oczy, w których malowała się krańcowa rezygnacya, poruszył głową, wyciągnął powoli na przykrycie chudą rękę i znowu zapadł w głuchą, zimną ciszę sarkofagu.

Tymczasem dozorca, ex-podoficer z korpusu sanitarnego, bandażował chorą nogę nowego pacyenta, który spokojnem, ale bystrem okiem przyglądał się swym towarzyszom, a mianowicie młodemu brunetowi, gdyż mimo workowaty, długi uniform płócienny, uderzyło go w jego fizyognomii coś wyróżniającego go z pośród zwykłych mieszkańców więzienia.

Był to Korawski, więzień polityczny, który w swej celi wprawdzie mógł zajmować się i zajmował wyłącznie czytaniem i pisaniem, ale w lazarecie musiał zatrudniać się lekką prącą ręczną, aby druki jego nie dostały się do rąk jego towarzyszów. Gdy, nie znosząc więziennego wiktu, przyszło mu przymierać z głodu i sypiać w niewysuszonej, zimnej jak lód bieliznie, osłabiony jego organizm nie wytrzymał próby. Korawski zapadł na zapalenie płuc, które przykuło go do łóżka na dłuższy czas i którego ślady nosił jeszcze na przejrzystej twarzy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.