Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy urna z prochami mojej matki
przewróciła się na tylnym siedzeniu samochodu, wysypując zawartość na
świeżo upraną tapicerkę. Moja matka uwielbiała dużo gadać, ale tym razem
nie raczyła mnie ostrzec, kiedy zachęcona pogodą otworzyłam szyberdach.
Mniej więcej jedna czwarta mojej matki wykorzystała okazję i uleciała w kierunku Belwederu. Zdążyłam ją jeszcze zobaczyć w tylnym lusterku,
zanim gwałtownie zahamowałam, zmełłam w ustach ciąg przekleństw i zjechałam w zatoczkę tuż obok wjazdu do pałacu.
- Naprawdę, musiałaś? - zapytałam matkę, bo zajmowała całą tylną kanapę
oraz kawałek wycieraczki za moim fotelem, gdzie upadła pokrywka urny.
- Zostawiłaś mnie z całym tym nabojem, nie dając mi wytycznych, gdzie
mam cię pochować, ale przygotowałaś całą listę zakazów. Z tym nie, z tamtym nie, w rodzinnym grobowcu to już absolutnie, bo nikogo z nich nie
lubiłaś. W Szczecinie w ostateczności, w Sopocie nigdy w życiu, w Warszawie to może ewentualnie na Powązkach. Czy ty w ogóle wiesz, ile
trzeba by nałgać i ile zapłacić, żeby znaleźć ci miejsce na Powązkach?
Jedyne miejsce, które jeszcze jest dostępne dla zwykłych ludzi, to
kolumbarium na tyłach Niemena. Nic innego nie ma. Przód Niemena jest już
całkowicie wykupiony, a poza tym jak cię znam, to zaraz zaczęłoby ci
przeszkadzać, że ma więcej gości niż ty. To jeszcze ci mało, jeszcze cię
do Belwederu powiało. Pierwsza dama. Oczywiście!
Zamknęłam szyberdach i wychyliłam się, żeby ocenić straty w matce.
- No cóż, zawsze narzekałaś, że cię jest odrobinę za dużo -
powiedziałam. - To teraz tak jakby troszkę wyszczuplałaś. - Westchnęłam
głęboko, aż część matki poderwała się do góry i zawirowała w powietrzu.
Pomyślałam, że bardzo jestem ciekawa, jak ją pozbieram z powrotem.
Odkurzaczem? Czy lepiej delikatnie na szufelkę zmiotką? Przesypać jakoś
z tych dywaników? I muszę chyba to zrobić w jakimś garażu, bo jak mi ją
wywieje na ulicę albo do lasu, to już zbędne i nie pomoże Święty Antoni,
patron rzeczy zagubionych.
Gdybym tylko przypuszczała, co się wydarzy w najbliższym czasie,
wysypałabym ją od razu do Kanału Żerańskiego.
Prolog. Epitafium dla zdradzającego
Prolog
Epitafium dla zdradzającego1:
Przed wschodem słońca
doszedł do końca.
Moja matka nie znosiła ludzi. Była mizantropką, która manifestowała
ogólną niechęć do ludzi jako ogółu, pogardzała gatunkiem męskim, ale
szczególnie nie znosiła kobiet. Zwłaszcza swojej szwagierki, tej wywłoki
Joli, albo takiej jednej z naprzeciwka, widocznej przecież z daleka
patologii, oraz całej swojej zdegenerowanej rodziny, zwłaszcza tych
konusów od strony ciotki Basi.
Widywała się z nimi jedynie na pogrzebach, na które, uważała, wypadało
jej chodzić, ale moje pytania, po co tam idzie, zbywała pogardliwym
milczeniem i wznoszeniem oczu ku niebu.
- Jak ty nic nie rozumiesz - wzdychała i cmokała językiem, czym
doprowadzała mnie do szału.
Ja z kolei miałam zaawansowaną mizofonię, czyli nadwrażliwość na
niektóre powtarzalne dźwięki. Mogły być nawet ciche, ale w mojej głowie
wybuchały z mocą wodospadu i wywoływały nieadekwatną reakcję. Wyjątkowo
źle działało na mnie cmokanie, siorbanie, mlaskanie, pstrykanie
długopisem czy kapanie wody z kranu. W szkole musiałam się
powstrzymywać, żeby nie wyrwać nauczycielowi długopisu z ręki, człowieka
siorbiącego gorącą herbatę byłam gotowa tą herbatą oblać, a kiedy ktoś
przy mnie zaczynał gryźć jabłko, to po prostu wychodziłam z siebie, żeby
mu tym jabłkiem nie wybić przednich zębów.
Przy łóżku nie mogłam mieć zwykłego zegarka, ponieważ jego miarowe
tykanie odpalało bombę w mojej głowie. O tym, że jest to choroba,
dowiedziałam się dopiero, kiedy skończyłam trzydzieści lat i wtedy też
zapragnęłam udusić własną matkę, że się ze mnie całe życie naśmiewała.
- Księżniczka na ziarnku grochu! Przeszkadza jej wody kapanie! Ofelio!
Idź do klasztoru! Tam sobie ciszę znajdziesz, tylko jeść będziesz
musiała we własnej celi, bo w refektarzu zabije cię glamanie i mlaskanie!
Czasem specjalnie mlaskała, patrząc mi w oczy i czekając, aż wyjdę z siebie albo przynajmniej z kuchni.
Jeśli ktoś z rodziny długo do niej nie dzwonił, wieszała na nim stada
psów, że taki owaki, nic go nie obchodzi, mogłaby leżeć w kałuży krwi,
nikt by się nie zainteresował, aż by ją własne psy zjadły. Oczywiście
fakt, iż nie posiadała żadnych zwierząt, w ogóle nie był przeszkodą w snuciu tych opowieści.
Jeśli ktoś dzwonił regularnie i dopytywał troskliwie o zdrowie i o samopoczucie, podejrzewała go o jakieś niecne zamiary albo przynajmniej
o wyjątkowe wścibstwo. Czego to o wszystko wypytuje, co go to w ogóle
obchodzi, wszystko musi wiedzieć, co ona, z policji czy co? Zaraz
wszystko rozgada, rozplecie po całej rodzinie, nigdy nie umiała języka
za zębami trzymać, nic dziwnego, że mąż ją rzucił, nikt by z nią nie
wytrzymał.
Prowadziła też swój sekretny zeszycik, gdzie latami zapisywała, kto
zadzwonił do niej z życzeniami na urodziny i imieniny. I sama na Boże
Narodzenie dzwoniła tylko do tych osób, które pamiętały o obu jej
świętach, co skrupulatnie zaznaczała na czerwono. Stefania obchodziła
imieniny czternastego maja, dzień przed popularną Zośką, i biada temu,
kto nie pamiętał.
Ta Zuzka to tylko w imieniny zadzwoni, tak to się cały rok nie odzywa,
nic ją poza tym nie obchodzi, na co komu takie życzenia, nieszczere, na
siłę takie! A ta wywłoka Jola oczywiście w tym roku nie zadzwoniła, w ogóle o niczym nie pamięta, tylko żeby do fryzjera pójść i pazury sobie
zrobić, to o tym nie zapomni. Nic ją rodzina własna nie obchodzi, taka
jest z niej i żona, i matka! A ta jej córka taka sama, w mamusię się
wdała, ledwo z klasy do klasy przechodzi. No ale co dziwnego, kiedy
inteligencję to się po matce dziedziczy, przecież z pustego to i Salomon
nie naleje. Ale co się dziwić, jak kiedyś przyszli, to ja królika
zrobiłam na obiad porządnego, po polsku, w śmietanie, a ona pyta, gdzie
skrzydełko! To ja się okropnie zdziwię, jak to dziecko w ogóle skończy
szkołę!
Mój ojciec przestał słuchać matki mniej więcej dwa lata po ślubie.
Wypracował sobie system parawanów, za którymi się ukrywał, kiwając
potakująco głową. Matka nie oczekiwała od niego udziału w dyskusji,
potrzebowała jedynie mniej więcej ustalić kierunek, w którym powinna
mówić, żeby nie wyglądało to na monolog. Ojciec czytał lub oglądał to,
co go interesowało, kiwając co jakiś czas głową, żeby wyglądało, że jej
słucha. Po kilku latach przestali zwracać już nawet na to uwagę, więc
matka mówiła do siebie, odpowiadała, kłóciła się i godziła, doskonale
radząc sobie bez udziału ojca. Tata z kolei przestał kiwać głową i w ogóle nie słuchał, co mówiła, więc tak się mijali w życiu i w korytarzu.
Ale trzeba przyznać, że matka jednak zauważyła, kiedy się spakował i wyprowadził do tej zdziry z bloku obok. I chociaż była na niego
śmiertelnie obrażona, to gdy kopnął w kalendarz trzy miesiące później na
zawał serca, zorganizowała mu z rozmachem pogrzeb, bo przecież wypadało.
Nie zwracała uwagi na sąsiadów, którzy znacząco się uśmiechali i szeptali o powodach zejścia, przywdziała czarną suknię jak na wdowę
przystało i nawet wydusiła z siebie ze dwie łezki. Robiła wokół siebie
tyle zamieszania, że nie zauważyła, że w pogrzebie bierze udział również
zdzira, i ujrzała ją dopiero, kiedy trumna została opuszczona do grobu.
Matka na jej widok wciągnęła gwałtownie powietrze, rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś broni i ostatecznie wyrwała z rąk wiązankę jakiemuś
koledze ojca z pracy. Rzuciła się na zdzirę, tłukąc ją bez opamiętania
tą wiązanką z goździków po głowie i ramionach, sycząc przy tym jak
rozwścieczony grzechotnik.
- Uspokój się, ty wariatko! - wrzasnęła zdzira, co, jak się można było
domyślić, wcale matki nie uspokoiło, tylko ją jeszcze bardziej
rozjuszyło. Dysząc żądzą zemsty, ponownie się rozejrzała i chwyciła
własny wieniec, który kazała (bo wypada) przygotować w kształcie serca,
dobierając do niego pięćdziesiąt róż. Wieniec miał stelaż z tyłu, więc
nie był bardzo lekki, matka się zachwiała, ale wzięła potężny zamach i nasadziła go zdzirze na głowę i ramiona, unieruchamiając ją dość
skutecznie. Wieniec, jako się rzekło, był dość ciężki, więc zaskoczona
zdzira gibnęła się nad grobem raz i drugi, po czym z okrzykiem:
"Jezusmaria!" wleciała do środka. Na co matka, nadal żądna krwi zdziry,
wyrwała grabarzowi łopatę i sapnąwszy: "Zasypujemy! Szybko!", zaczęła
sypać ziemię na trumnę ojca, głowę zdziry i wieniec w kształcie serca.
Dopiero przytomny grabarz, martwiąc się prawdopodobnie możliwością
utraty roboty, stanowczo odebrał jej łopatę. Wszyscy zaczęli się
przepychać, żeby pomóc wyciągnąć zdzirę z grobu, więc ziemia w kółko się
obsypywała i ostatecznie jeszcze dwie osoby wpadły do środka, a ksiądz
zaczął się martwić, czy w tym zamieszaniu na pewno wszystkich
wyciągnęli. Jeśli zaś chodzi o mnie, to uważam, że niepotrzebnie się
napracowałam nad wysublimowaną ścieżką muzyczną, bo wystarczyło puścić
muzyczkę z Benny'ego Hilla.
Epitafia inspirowane twórczością Mariusza Parlickiego ze zbioru Wesołe epitafia i inne śmiertelnie niepoważne wiersze. [wróć]
Rozdział pierwszy. Epitafium dla księgowej
Rozdział pierwszy
Epitafium dla księgowej:
Nocami salda uzgadniała,
aż się doigrała.
Nazywam się Michalina Poręba i pracuję w biurze rachunkowym Kwity i Pity, gdzie osiem godzin siedzę przy komputerze i wklepuję dane. Ze
względu na mizofonię wszystkie klawiatury są specjalnie dla mnie
wyciszone, chociaż i tak najczęściej pracuję w słuchawkach. Życie w naszym biurze toczy się ściśle według miesięcznego harmonogramu podatków
i wypłaty wynagrodzeń. Ostatnie dni miesiąca, do dziesiątego, to czas na
przygotowanie spraw kadrowo-płacowych, potem piętnastego pierwsze
podatki, dwudziestego kolejne i dwudziestego piątego VAT. I od nowa to
samo. Praca księgowej nie kończy się nigdy.
Lidka Grabska, moja koleżanka z pracy, ma trzydzieści dwa lata, własne
mieszkanie odziedziczone po babci, które wiecznie remontuje i do którego
od sześciu lat nie może się przeprowadzić, a także rzadką umiejętność
przekręcania słów oraz ogromne zamiłowanie do słodyczy. W trakcie ośmiu
godzin pracy potrafi bez problemu wtrząchnąć pudełko ptasiego mleczka i opakowanie delicji, czym doprowadza mnie do szału. Nawet nie tym, że jej
szczęki wydają niedające się znieść odgłosy, tylko tym, że jest ciągle
chuda jak szkapa.
- To geny! - mówiła Lidka między jedną a drugą kostką ptasiego mleczka.
- Moja matka jest taka sama. Może zjeść wiadro lodów o północy i nic po
niej nie widać.
Rzucałam Lidce zazdrosne spojrzenia, bo sama mam skłonności do tycia i wystarczy, że zbyt długo popatrzę na słodycze na biurku Lidki i już
jestem grubsza o półtora kilograma. A przy moim wzroście - metr
pięćdziesiąt dziewięć - muszę tej wagi bardzo pilnować. Każdy dodatkowy
kilogram natychmiast wyraźnie się odznacza i choć ciągle jestem dość
chuda, tylko ja wiem, ile mnie to naprawdę kosztuje.
Lidka poza uwielbieniem do słodyczy ma zwyczaj dosładzania się. Ogląda
filmiki z kotkami oraz innymi zwierzątkami i wrzuca je na grupę na
WhatsAppie. Najczęściej kasuję je bez oglądania, bo słodkie misiaczki
wywołują u mnie głównie mdłości. Pamiętam, jak pewnego razu Lidka
zachwycała się jakimś filmikiem z kaczuszkami. Ktoś zakochany w swoich
maleńkich kaczątkach nalewał im wody do zlewu w kuchni, a żółciutkie i puchate kuleczki wskakiwały z rantu do środka.
Patrząc na ten filmik, wyobraziłam sobie, że ktoś wyciąga korek ze
zlewu, wir porywa kaczątka, włącza się młynek do mielenia resztek...
- Przestań to puszczać, można się porzygać tęczą od tych twoich słodkich
filmów - powiedziałam, ale uśmiechnęłam się w myślach do oglądanego w wyobraźni obrazu kaczątek mielonych w młynku.
- Ja mam wysoki poziom rozmarynu, to dlatego muszę się karmić takim
słodkim - poinformowała wszystkich Lidka, pakując do ust kolejną kostkę
ptasiego mleczka.
- Chyba estrogenu - zdziwiła się pani Jadzia, nasza trzecia koleżanka z pracy.
- Wiedziałam, że od jakiegoś zioła! - Ucieszyła się nie wiadomo z czego
Lidka, więc żeby jej nie słuchać, postanowiłam założyć słuchawki, ale w tym momencie zadzwonił mój telefon.
- Mamo, jestem w pracy. Jak zwykle między ósmą a szesnastą - rzuciłam
oschle, spojrzawszy na wyświetlacz.
- No oczywiście, mogłabym umierać, dostać wylewu albo zawału, ale tylko
w określonych godzinach, bo inaczej nie mogę zadzwonić do córki!
- Nie masz zawału ani wylewu, jak słyszę, a ja jestem w pracy i nie mogę
rozmawiać.
- Przecież ja ci dużo czasu nie zabiorę, chyba możesz powiedzieć temu
swojemu szefowi, że mama dzwoni. Ma chyba matkę? To powinien wiedzieć,
że telefony od starej matki się odbiera.
- Mamo, czego chcesz, ja jestem w pracy, mów szybko albo zadzwoń
później.
- Przecież wiem, że jesteś w pracy! Nie dajesz mi o tym zapomnieć! Praca
jest ważniejsza od biednej, schorowanej matki...
- Nie jesteś schorowana i mów, o co chodzi, na miłość boską!
- Oczywiście, skoro nic cię nie obchodzi własna rodzina, to sobie
pracuj! Na łożu śmierci nikt jeszcze nie żałował, że za mało pracował.
Ale za to wielu się martwiło, że zbyt mało czasu poświęcali rodzinie, a zwłaszcza matce! - Matka rzuciła słuchawką, a ja zacisnęłam zęby i zamknęłam na chwilę oczy.
- Czego chciała? - Zainteresowała się Lidka, nic sobie nie robiąc z karcącego spojrzenia pani Jadzi.
- Powiedzieć mi, czego będę żałowała na łożu śmierci - mruknęłam i wróciłam do księgowanej faktury, bo zapomniałam, w którą linię miałam ją
wpisać.
- A czego byś żałowała tak naprawdę? - ożywiła się nagle pani Jadzia. -
Bo ja to chyba tego, że nigdy nie byłam za granicą.
- Nigdzie? Kompletnie nigdzie? - Zdziwiła się niebotycznie Lidka.
- No jakoś się nie złożyło. Raz miałam jechać na jakiś zjazd do
Czechosłowacji, ale szczęśliwie wybuchł stan wojenny. - Lidka nie
zrozumiała tej wypowiedzi i z zaskoczenia wstrzymała się z ugryzieniem
kolejnej kostki ptasiego mleczka.
- Jakiej Czechosłowacji? - zapytała ostrożnie. - I który stan wojenny?
To było przed pandemią?
Pani Jadzia zachichotała i kiwnęła głową.
- Ano przed pandemią. Jakieś czterdzieści lat.
- To były jakieś zamorskie czasy! - Wzruszyła ramionami Lidka i wepchnęła do ust całą kostkę naraz.
- A ty, Lidzia, czego byś żałowała? - zapytała pani Jadzia.
- Że nie skończyłam remontu - mruknęła niewyraźnie Lidka, przełykając
czekoladkę. Lidka, kobieta, która nieustająco wykańczała mieszkanie. W zeszłym roku już była bliska sfinalizowania całego procesu, ale sąsiad z góry ją zalał i szlag trafił nowiuśkie panele i fototapetę w największym
pokoju.
- A ty, Michalina? Czego?
Zastanowiłam się. Co chciałabym zrobić, ale ciągle odkładam? Założyć
rodzinę? Podróżować dookoła świata? Wynaleźć lekarstwo na raka? Zabić
matkę gołymi rękami? Nie umiałam wybrać. Całe szczęście wszedł do nas
Tomek, by się upewnić, że pamiętamy, że musimy przygotować podatki od
środków transportu.
- Przypominam ci, Lidka, że karawan to też środek transportu! Żebyś nie
zapomniała, jak w zeszłym roku!
- O rety, jedwo leden raz mi się zdarzyło, a szef nie może zapomnieć -
fochnęła się Lidka.
- Jedwo leden? Tfu! Co ja mówię! Ledwo jeden raz? - Lidka, mam ci
przypomnieć... - zaczął Tomek, ale Lidka zatkała sobie uszy palcami i zaczęła śpiewać: "Lalalalalala, nie słyszę, nie słyszę, lalalalalala,
nie słyszę, nie słyszę", więc machnął ręką i wrócił do swojego pokoju.
- Dwie rzeczy są pewne w życiu - westchnęła pani Jadzia. - Śmierć i podatki. - Pokiwała głową i kliknęła na kolejną firmę w systemie.
Rozdział drugi. Epitafium dla telewidzki
Rozdział drugi
Epitafium dla telewidzki:
Nie miała czasu wcale, bo oglądała seriale,
i tak czas jej mijał, aż w końcu przyszedł finał.
Dwie po szesnastej mój telefon zawibrował. Nawet nie musiałam patrzeć na
wyświetlacz, żeby wiedzieć, że to znowu moja matka.
- Tak, mamo? - Odebrałam zrezygnowana.
- No, dziękuję, że łaskawie odebrałaś - zaczęła matka, a ja wzniosłam
oczy ku niebu.
- W czym mogę ci pomóc, mamo?
- Wystarczyłoby, żebyś się trochę zainteresowała swoją starą matką, to
byś wiedziała, a nie głupio pytała. Tobie się oczy dopiero otworzą, jak
mnie się zamkną!
- Mamo, na miłość boską! Coś ci kupić? Gdzieś cię zawieźć?
- Może od razu zawieź mnie na cmentarz, już się pewnie nie możesz
doczekać, kiedy ducha wyzionę, może od razu mszę zamów, żeby długo nie
czekać!
- Mamo, nie mam siły, jestem po całym dniu pracy, nie będę zgadywać,
czego ty akurat chcesz. Więc albo mi powiesz, albo sama sobie będziesz
załatwiać.
- No jasne, doczekałam się, całe życie, człowieku, haruj, wszystko
poświęć, a tak ci się dzieci odwdzięczą. Niczego nie uszanujesz! Żadnej
wdzięczności, niczego nie doceniasz, nic byś nie miała...
- Mamo! - Przerwałam te użalania. - Proszę cię, powiedz, o co chodzi.
- Kupiłam komódkę. Na OLX - powiedziała szybko matka. - I trzeba ją
odebrać. I przywieźć do mnie. Ja bym ci dała telefon do tych ludzi i byś
się z nimi umówiła.
- Dobrze - westchnęłam zrezygnowana.
Postanowiłam od razu zadzwonić do tych ludzi i o wszystko wypytać. Jak
znałam moją matkę, to rzeczona komódka mogła być nawet wielką,
trzydrzwiową szafą. Miły pan poinformował mnie jednak, że mebel jest
średnich rozmiarów, śmiało wejdzie do mojego auta, jeśli tylko położy
się fotele. Pan zaprasza, pomoże w zniesieniu i zapakowaniu do
samochodu. Uspokojona, umówiłam się na wieczór i oddzwoniłam do matki,
że przywiozę jej komódkę mniej więcej koło dwudziestej pierwszej.
- Ale jak koło dziewiątej! Wtedy mam M jak miłość! O wpół do
dziesiątej dopiero, jak się Mostowiakowie skończą - stanowczo zażądała,
a ja naturalnie się zgodziłam.
Komódka była antykiem po babci, zupełnie nie pasowała do planowanego
nowego wystroju mieszkania i młode małżeństwo chciało się jej jak
najszybciej pozbyć.
- To ramota taka - westchnęła dziewczyna, trzymając w rękach wyciągnięte
dwie szuflady.
- Moja mama lubi takie ramoty. - Uśmiechnęłam się do nich i zabrałam
szuflady od dziewczyny, żeby zapakować do samochodu.
Podjechałam pod klatkę w bloku matki i udałam się po pomoc w transporcie
komódki do dozorcy. Pomógł mi ją wyciągnąć z auta, zaniósł do windy i zaczekał, aż przyniosę szuflady.
- Ładny mebelek - powiedział. - Ale chyba w wieku mamusi.
- Tylko niech jej pan tego nie powie! - przeraziłam się.
- Samobójcą nie jestem - mruknął dozorca, otworzył drzwi windy,
zablokował je nogą i sprawnie przepchnął komódkę do środka. Po chwili
powtórzył manewr, wyciągając mebel na klatkę. Zadzwoniłam do drzwi.
- No jesteś wreszcie! - burknęła moja matka, otwierając, chociaż z pokoju dobiegały dopiero dźwięki piosenki podczas napisów końcowych.
- Gdzie postawić? - zapytał dozorca, przekraczając próg.
- Tutaj - odparła sucho matka, wskazując środek przedpokoju. Wiedziałam,
że oznacza to, że będę musiała sama przepychać komódkę na różne miejsca,
żeby matka mogła sprawdzić, gdzie najlepiej pasuje.
Dałam dozorcy dwadzieścia złotych i stanęłam w oczekującej pozie.
- Co tak stoisz jak słup? - fuknęła na mnie.
- Gdzie ją postawić? - zapytałam zrezygnowana, a matka wzruszyła
ramionami.
- Sama nie wiem. Ona mi tu chyba w ogóle nie pasuje.
Nic nie powiedziałam, chociaż znalazłabym kilka słów pasujących do tej
sytuacji.
- Czyli mam ją zabrać?
- Czego to się zaraz gorączkować! - zdenerwowała się matka, chociaż jako
żywo akurat od gorączkowania się byłam bardzo daleko. - Muszę się
zastanowić.
Przesuwałam komodę z pokoju do pokoju do dwudziestej trzeciej, ale matka
nie znalazła dla niej odpowiedniego miejsca.
- Musisz ją odwieźć - powiedziała, ale stanowczo odmówiłam. - Nic nie
możesz dla mnie zrobić! - syknęła matka, mrużąc oczy. - Nigdy cię o nic
nie proszę, a jak już poproszę, to się okazuje, że to wielki problem!
- Kupiłaś ją! Na OLX! Tam nie ma opcji zwrotu, to nie hipermarket. Po co
ją w ogóle brałaś?
- Bo żal było nie brać - wyjaśniła matka. - Dwie stówy za taki antyk.
- To teraz ty sprzedaj - zaproponowałam. - Ktoś przyjedzie i ją
zabierze.
- Oczywiście! - wrzasnęła i popukała się palcem w czoło. - Wpuszczę do
domu jakiegoś zboczeńca albo mordercę! Przyjdzie po komodę i zostawi w korytarzu moje zwłoki!
Mimo wszystko powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć czegoś, czego bym
potem żałowała.
- Dobrze - zgodziłam się. - Przyjadę jutro po tę komodę z dozorcą,
dzisiaj już pewnie śpi.
Matka coś tam zamruczała o nierobach i wylegujących się leniach, ale
udałam, że nie słyszę i wyszłam na klatkę.
- Tylko żebyś nie przyszła, jak będzie Na wspólnej. - Wychyliła się
jeszcze zza drzwi.
Rozdział trzeci. Epitafium dla notariusza
Rozdział trzeci
Epitafium dla notariusza:
Wiecznie pisał testamenty,
pozostały sentymenty.
Notariusz wpatrywał się w Stefanię z niekłamanym przerażeniem.
- Zdaje sobie pani sprawę, że po kremacji zwłok musi nastąpić pochówek?
- A czy ja mówię, że nie? Ja tylko mówię, że nie ma, zdaje się, w polskim prawie przepisu, który mówi, jak szybko ten pochówek ma się
odbyć?
- No w zasadzie... - zawahał się notariusz, zdjął okulary i przetarł je
specjalną ściereczką.
- Wiem, bo sprawdziłam. Ma się odbyć pochówek, ale nigdzie nie zostało
zapisane, jak szybko. Tak czy nie? - Stefania pochyliła się do
notariusza, a ten cofnął się gwałtownie.
- Tak - zgodził się po chwili z głębokim westchnieniem. - W rzeczy
samej. - Założył okulary i zaczął przekładać papiery z jednego brzegu
biurka na drugi.
- Jest tylko jeden mankament, droga pani. Zgodnie bowiem z przepisami
ciało z zagranicy musi przyjechać w metalowej trumnie.
- No i co z tego? - spytała Stefania.
- I musi zostać pochowane bez otwierania tej trumny. A to wyklucza
kremację.
- Niech to szlag - zdenerwowała się. - Czyli musiałabym zostać
skremowana na miejscu?
- To jest jedyne wyjście - zgodził się notariusz i otarł sobie czoło
chusteczką do okularów. - Chyba że szanowna pani zdecyduje się na
zejście, że tak powiem, na polskiej ziemi. Wtedy dopuszcza się kremację,
jak najbardziej, i nie ma dokładnego terminu na pochówek. Skremowane
zwłoki nie stanowią zagrożenia chemicznego dla środowiska, w związku z czym nie ma tu mowy o liczbie dób, w czasie których prochy muszą zostać
złożone w miejscu spoczynku. Chociaż, muszę tutaj szanowną panią
uprzedzić, że niedopuszczalne jest również praktykowanie rozsypywania
prochów zmarłych. Czynność ta potraktowana być może jako bezczeszczenie
zwłok, prochów lub miejsca pochówku, a zatem czyn zabroniony artykułem
262 paragraf 1 i 2 Kodeksu karnego i zagrożony karą grzywny lub nawet
pozbawienia wolności do lat dwóch. - Notariusz wyrzucił z siebie te
informacje z szybkością karabinu maszynowego, ale na Stefanii nie
zrobiło to wrażenia.
- Krótko mówiąc - zaczęła i skrzywiła się lekko - gdybym kopnęła w kalendarz za granicą, to muszą mnie sprowadzić w metalowej puszce i nie
mogą otworzyć. Czyli z kremacji nici w takiej sytuacji - dodała jakby do
siebie. - Ale jak wykorkuję patriotycznie, na polskiej ziemi, to mogę
się skremować, a potem jeździć w poszukiwaniu najlepszego miejsca na
pochówek?
Notariusz przytaknął, kiwając głową.
- W rzeczy samej, szanowna pani, istnieje taka możliwość. Ale, rzecz
jasna, nie może pani prowadzić auta, gdyż zanika pani zdolność do
czynności prawnych - dodał dla porządku.
- Ale mogę jeździć na tylnym siedzeniu, prawda? - Upewniła się Stefania,
która musiała nieco zweryfikować plany swojego zgonu i pochówku.
- Na tylnym siedzeniu jak najbardziej. Nie jestem tylko pewien, czy musi
szanowna pani zapinać pasy bezpieczeństwa - dodał notariusz,
autentycznie zastanawiając się nad tym, czy zgodnie z prawem urna
powinna jeździć odpowiednio przypięta.
Pierwotny plan Stefanii, że wyjedzie na wakacje śmierci w jakieś piękne
miejsce, gdzie ostatecznie dokona żywota, przedawkowując leki
przeciwbólowe, okazał się zupełnie do niczego.
Po pierwsze, ubezpieczenie na życie nie obejmuje przypadków samobójstwa,
z czym po głębszym namyśle Stefania niechętnie się zgodziła.
***
- Nie wiem, dlaczego wprowadzono takie przepisy - zrzędziła, mówiąc do
siebie. - Przecież to byłoby niejednokrotnie honorowe i najlepsze
wyjście dla wielu rodzin. Taki darmozjad jeden z drugim mogliby się
wysoko ubezpieczyć i dla dobra rodziny spokojnie się gdzieś powiesić.
Niestety, oznaczało to również, że ona sama nie może zejść z tego świata
tak, jak zaplanowała. Płaciła składkę ubezpieczeniową od lat i chyba by
ją apopleksja trafiła na miejscu, gdyby się okazało, że odkładała na
darmo. Przemknęło jej co prawda przez głowę, żeby się tym nie przejmować
i machnąć ręką na to całe ubezpieczenie, ale przepisy dotyczące
transportu zwłok z zagranicy w metalowej trumnie i braku możliwości
późniejszej kremacji przeważyły.
- Ja bym się chyba w grobie przewróciła, gdybyś mnie w trumnie
pochowała! - upominała mnie wielokrotnie. - I bym cię do końca życia
straszyła! Pamiętaj, żeby mnie spalić!
- Raczej nie zapomnę - mruknęłam. - Co ty myślisz, że cię schowam do
tapczanu i zapomnę o terminie kremacji?
- O kosmetyczce zapomniałaś! - wytknęła mi matka.
- Ale ona nie leżała martwa w tapczanie! Już przestań mi w kółko o tym
przypominać. Obiecuję solennie, że cię spalę. - Podniosłam dwa palce jak
harcerka. Jak na prawdziwą wiedźmę przystało, dodałam w duchu, ale
matka i tak spojrzała na mnie podejrzliwie. Wyraźnie mi nie ufała.
- Ty o wszystkim zapominasz - zaczęła po swojemu. - Gdybym ci nie
przypominała, że masz matkę, to byś się w ogóle nie odezwała. Mogłabym
ducha wyzionąć i pies z kulawą nogą by się nie zainteresował. Ja to się
nawet cieszę, że ty nie masz dzieci, bo byś zapomniała je z przedszkola
odebrać. Albo byłabyś jak ta, co niedawno w upał dziecko w samochodzie
zostawiła na cały dzień i poszła do pracy, a dzieciak się ugotował...
- Mamo! - jęknęłam. - Spalę cię, obiecuję, ale jak nie przestaniesz tak
gadać, to na pewno nie będziesz martwa, gdy zacznę ten proces!
- Oczywiście, żadnego szacunku, ja w twoim wieku to bym się nigdy w taki
sposób do starszej osoby nie odezwała, ale teraz to już nikt niczego nie
szanuje na tym świecie. Tylko te internety oglądacie, same głupoty w kółko, czas marnować to potraficie... - Dalej nie słuchałam.
***
Stefania stała przed okazałym budynkiem i zbierała siły, żeby wejść. W końcu westchnęła głęboko i pchnęła drzwi domu pogrzebowego Było -
Minęło.
- Dzień dobry - powiedziała do pustego biurka.
- Dzień dobry - odpowiedziało biurko, a Stefania uniosła brwi. Po chwili
spod biurka wychyliła się kobieca głowa.
- Proszę usiąść. Już się panią zajmuję, tylko królika szukam.
Stefania podrapała się intensywnie po skroni, zastanawiając się, czy nie
ma już jakichś halucynacji.
- Królika? - zapytała ostrożnie i podeszła do krzesła, wahając się, czy
siadać, czy raczej szybciutko wyjść.
- Tak, królika - odparła głowa. - Mieliśmy tu pokaz magii i ten królik z kapelusza wyskoczył i zniknął.
- No tak! - zgodziła się Stefania i zdecydowała, że chyba jednak nie ma
co się rozsiadać.
- Jest! - Ucieszyła się głowa i wyszła zza biurka. Miała normalne nogi i ręce i okazała się całą, kompletną kobietą. W przekonaniu Stefanii
brakowało jej jedynie piątej klepki. Kobieta trzymała na rękach czarnego
królika, podeszła do jednej z trumien stojących pod ścianą, podniosła
wieko i wsadziła tam zwierzaka.
- Nie udusi się? - zapytała Stefania.
- Ma wywiercone dziurki. - Uspokajająco machnęła ręką kobieta.
- W trumnie?
- Dorian wywiercił. Podobno więcej światła wpada do środka.
- Ach tak? - Stefanii jakby zabrakło słów, zwłaszcza że z trumny zaczęły
dochodzić odgłosy chrobotania.
- Ale w czym możemy pomóc? - Zainteresowała się kobieta.
- Chciałam zorganizować pogrzeb.
- Czyj pogrzeb?
- Mój.
- Ach tak? Czy to mają być po prostu wytyczne do organizacji pogrzebu w bliżej niedającej się określić przyszłości?
- Nie. To nastąpi całkiem niedługo, więc po prostu chcę wszystko
ustalić. Moja córka mi obiecała, że mnie spali, ale wie pani, jakie są
dzieci. Wszystko pomylą, jak przyjdzie co do czego. - Jagna,
właścicielka domu pogrzebowego, pokiwała głową ze zrozumieniem.
- To od czego chce pani zacząć?
- Najpierw mi pani powie, jaki strój. Myślałam, żeby włożyć coś
lnianego, ale len okropnie się gniecie. Jak ja będę wyglądała w takim
pognieciuchu?
- Może jedwab? Albo zwykła bawełna?
- Najpierw brałam pod uwagę jedwab, ale wie pani, on jest taki śliski.
Ja już kiedyś zjechałam z kanapy na dywan w jedwabnej pidżamie. I powiem
pani, że jak sobie pomyślałam, że ubierzecie mnie w ten jedwab, a ja się
wam wyślizgnę...
Jagna otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale w wyobraźni już to
zobaczyła. Najpierw pani Stefania ześlizguje się ze stołu, nie mogą jej
podnieść ani dobrze złapać, bo ciągle im się wysmykuje, w końcu ktoś
zakłada rękawice i próbuje ją upakować do trumny, ale kobieta wężowym
ruchem ciągle z tej trumny się wysuwa...
- Nie, jedwab odpada zdecydowanie - zgodziła się szybko.
- Czyli bawełna.
- Tylko bez syntetycznych dodatków - uprzedziła Jagna. - To musi być
naturalny materiał.
- A buty?
- Jeśli pani chce, to mogą być buty. Może być też na bosaka, zawsze to
mniej plastiku we wszechświecie. Ma pani rozrusznik serca?
- A wyglądam, jakbym miała? - oburzyła się Stefania. - Serce mam jak
dzwon!
- Pytam, bo akurat rozruszniki musimy wyjmować, bo wybuchają.
- Mieliście kiedyś taki przypadek? - przeraziła się Stefania, porażona
możliwością wybuchnięcia w piecu i rozrzucenia swoich niespalonych do
końca szczątków po najbliższej okolicy.
- My nie - westchnęła Jagna. - Ale już się zdarzało.
- Ależ tacy ludzie z rozrusznikiem stanowią zagrożenie dla innych! -
Zdenerwowała się matka Michaliny. - To jest niebezpieczne dla otoczenia!
W upał powinni siedzieć w domu, a nie włóczyć się na przykład po
galeriach handlowych, gdzie mogą wybuchnąć w każdej chwili!
Jagna spojrzała na nią z niekłamanym zdziwieniem.
- Tak od upału to te rozruszniki nie wybuchają - powiedziała
uspokajającym tonem. - W piecu jest mniej więcej tysiąc stopni, taka
nieco wyższa temperatura...
- Ale mamy ocieplenie klimatu! Pandy wyginają! Znaczy wyginują! Za
chwilę będzie taka temperatura na co dzień! - Stefania histerycznie
podniosła głos, a Jagna otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie
znalazła odpowiednich słów i zamarła z niemym "o" na obliczu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki