1
Ale to jakiś obłęd. Jesteś absolutnie pewien?
- Tak, proszę pana. Niestety, nie ma wątpliwości. Wyniki są oczywiste.
Szpitale i gabinety lekarskie w publicznej służbie zdrowia zwykle wyglądają na to, czym są - wszędzie sprzęt i akcesoria medyczne, w powietrzu zapach środków odkażających - tymczasem w prywatnych lecznicach jest dokładnie odwrotnie. Gabinet lekarski sir Laurence'a Samsona przy Harley Street umeblowano na wzór najlepszych angielskich domów, co dawało bogatym pacjentom pewność, że pieniądze i status społeczny pomogą im w leczeniu, tak jak pomogły już we wszystkich innych dziedzinach ich życia.
- Chryste. - Młody mężczyzna opadł na skórzany fotel, jakby nagle stracił władzę w nogach. - Samson, właśnie skazałeś mnie na śmierć.
Laurence nie przerywał kłopotliwej ciszy.
Pacjent potarł czoło, jak gdyby podświadomie starał się wymazać z pamięci przerażające konsekwencje informacji, którą usłyszał.
- Ile mi zostało?
Samson spróbował wykonać uspokajający gest.
- Nie roztrząsajmy tego. Dziś, przy odpowiednich lekach i uważnej obserwacji, można znacząco opóźnić istotne objawy choroby.
- Ale w końcu... i tak mnie dopadnie, prawda?
- Niestety, na to nie ma leku.
Młody mężczyzna patrzył w otchłań przez pełne trzydzieści sekund.
- Podać panu szklankę wody?
- Pieprzyć wodę, Samson. Potrzebuję drinka.
Laurence zamyślił się na chwilę, jakby zastanawiał się, czy posłuchać prośby, po czym wstał, podszedł do sekretarzyka i otworzył barek z alkoholami. Nalał do kryształowej szklanki solidną porcję dobrej whisky Single Malt i podał pacjentowi.
- Nie napijesz się ze mną? - zapytał młodzieniec oskarżycielsko. - To ma być początek podróży tą długą i samotną drogą? Lekarz już nie pije z pacjentem?
- Mam kolejne wizyty, proszę pana.
- No jasne, Samson. Chryste, co powie mój ojciec? To go może zabić. - Zakręcił płynem w szklance w jedną, potem w drugą stronę. - Żeby akurat... Jezu Chryste, co za cholerny pech. Nie powiesz mu, co?
- Tajemnica lekarska oczywiście zobowiązuje mnie do milczenia. Ale gdybym mógł coś panu doradzić, to najlepiej byłoby zwierzyć mu się jak najszybciej. Skutki dla pana i pańskiej rodziny... cóż, chyba nie muszę panu tego tłumaczyć.
- Byłyby kurewsko wielkie - dokończył młody człowiek z nutą rezygnacji i pociągnął ostatni łyk whisky, szukając jakiejś ucieczki przed gradem oskarżycielskich strzał. - A jakie są szanse, że twoi kolesie wymyślą na to lek w najbliższej przyszłości?
- Raczej nieduże, proszę pana. Trzy miesiące temu brałem udział w konferencji na ten temat i ogólny wniosek był taki, że dziś wcale nie jesteśmy bliżej rozwiązania niż na początku.
- Nie owijasz w bawełnę, co?
- Przepraszam, ale ja nie widzę sensu w fałszywym optymizmie. Niektórzy mają na to inny pogląd, ale zwykle bardziej kieruje nimi chęć przyciągnięcia środków na badania niż cokolwiek innego.
- Pewnie powinienem być ci wdzięczny, Samson, za tę szczerość, ale teraz cholernie przydałoby mi się coś innego niż bezlitosna naga prawda. - Przełknął ślinę i pociągnął nosem. Walczył ze swoimi emocjami.
Samson kiwnął głową ze współczuciem.
- Powinniśmy jak najszybciej zacząć terapię lekami, o których wspomniałem.
Młody człowiek przytaknął, odstawił szklankę i odmownie pokręcił głową na propozycję dolewki.
- Będę w kontakcie.
- A pański ojciec?
- Powiadomię go... Potrzebuję trochę czasu, żeby samemu się z tym pogodzić.
Cztery dni później
Laurence Samson wyjaśnił pacjentce, że badania wykazały, że to mało prawdopodobne, aby naturalnie zaszła w ciążę, i zaczął objaśniać inne rozwiązania, kiedy zadzwonił telefon na biurku. Podniósł słuchawkę.
- Eve, prosiłem przecież, żeby mi teraz nie przeszkadzać - warknął.
- Uważam, że ten telefon powinien pan jednak odebrać, doktorze Laurence - odparła spokojnie recepcjonistka.
- No dobrze. - Samson pożałował, że warknął na kobietę, która pracuje u niego od sześciu lat i nie przyszłoby jej do głowy niepokoić go z byle powodu. Ale od czterech dni był na granicy wytrzymałości. Przepraszająco uśmiechnął się do pacjentki, a kiedy usłyszał głos w słuchawce, zesztywniał. - Tak, proszę pana, przy telefonie. - W milczeniu słuchał rozmówcy. Wiedział, że pacjentka go obserwuje, więc starał się nie zdradzać, że jest poruszony. - Doskonale, proszę pana. Rozumiem, że chciałby pan, bym tam przyjechał...? Świetnie. Proszę powiedzieć kierowcy, że będę na Harley Street... Do zobaczenia o ósmej wieczorem.
Godzina 20.00
Samson był zdenerwowany, a dla człowieka zwykle opanowanego to niecodzienne przeżycie. Jednak większość ludzi w tych okolicznościach byłaby bardzo onieśmielona. Czuł, jakby wypchnięto go na scenę, by grał główną rolę, choć nie zna całego scenariusza ani w ogóle nie ma ochoty na udział w tym przedstawieniu. Musiał nawet otrzeć pot z dłoni, ukradkiem sięgając do kieszeni spodni i ściskając chusteczkę, kiedy do pomieszczenia wszedł gospodarz bez śladu uśmiechu na twarzy.
Formalności zajęły tylko chwilę, Samson podziękował za picie.
- Może przejdźmy od razu do rzeczy, sir Laurence. Syn opowiedział mi wszystko. Boże, co za koszmar.
- To bardzo nieszczęśliwy wypadek, ale wirusy nie zważają na... - Samson już miał na końcu języka słowa "majątek" i "przywileje", ale szybko to przemyślał i poprzestał na "nikogo". W spojrzeniu, jakie dostał w odpowiedzi, nie było krzty zrozumienia. - Cieszę się, że syn zwierzył się panu na tym wczesnym etapie - mówił dalej. - Na pewno nie było mu łatwo, ale od razu muszę przypomnieć, że jest moim pacjentem i nie mogę w pełni...
- Dobrze już, dajmy sobie spokój z tą całą przysięgą Hipokratesa - przerwał gospodarz Samsonowi i niecierpliwie machnął ręką. - Brzmi to jak wyświechtana kwestia z jakiegoś filmu. Nie chcę wnikać w szczegóły jego stanu. Chcę tylko wyleczyć syna. Chcę, żeby znów był zdrowy. Żeby uwolnił się od tego... czegoś i wrócił do normalnego życia.
Samson przełknął ślinę. Z trudem, bo w ustach całkiem mu zaschło, ale uderzył go nieoczekiwany brak racjonalności w słowach gospodarza.
- Przepraszam... - zaczął się jąkać - można oczywiście osiągnąć pewien znaczący okres... remisji, że tak powiem, ale pełne wyleczenie jest niemożliwe... przynajmniej na tym etapie... choć oczywiście medycyna robi postępy każdego dnia...
- Powiedziano mi, że znaleziono już na to metodę.
Samson poczuł, że gospodarz testuje go wzrokiem i że za chwilę ten test obleje. Kiedy cisza stała się nie do zniesienia, postanowił odezwać się pierwszy:
- Przykro mi, chyba nie rozumiem... Najwyraźniej nie wiem, o jakim dokonaniu pan mówi...
- Kiedy tylko dotarła do mnie ta pieprzona zła wiadomość, zacząłem rozpytywać dyskretnie i usłyszałem, że wyleczenie tego czegoś nie leży już poza zasięgiem możliwości. Najwyraźniej istnieje realna alternatywa dla bezczynnego leżenia i godzenia się z losem.
Po słowie "alternatywa" w głowie Samsona rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Obawiał się, że zaraz zostanie wciągnięty w świat medycyny niekonwencjonalnej, na co nie miał czasu. Uważał, że tak zwane terapie to albo oszustwo, albo w najlepszym wypadku efekt placebo.
- Doprawdy?
- Po raz pierwszy zastosowano ją w Berlinie.
- W Berlinie? - powtórzył Samson jak echo i nagle zrozumiał, o czym mówi gospodarz. - Ach... - Westchnął, patrząc na swoje buty, jakby nie do końca zadowolony z kierunku, w jakim zmierza ta rozmowa. - Chyba przypominam sobie jakiś odosobniony przypadek, na który pan się powołuje.
Gospodarz był wyraźnie poirytowany widocznym brakiem entuzjazmu Samsona.
- Co z wami jest, lekarze? Cholerni konserwatyści. To jak? Udało się człowieka wyleczyć czy nie?
- Nie znam wszystkich szczegółów tego przypadku, choć oczywiście czytałem raporty. Mogę jednak powiedzieć, że... czasami wdraża się nietypowe procedury u pacjentów, którym nie sposób już pomóc.
- Sugeruje pan, że z tego pacjenta zrobiono królika doświadczalnego?
Przerażony Samson uniósł ręce.
- Nie śmiałbym krytykować decyzji swoich europejskich kolegów. Jak rozumiem, przeprowadzono jednostkowy zabieg na pacjencie, który źle rokował z innych powodów. To było bardzo ryzykowne posunięcie i może dało się je uzasadnić jedynie inną przypadłością, na którą cierpiał pacjent. Z całą pewnością tej terapii daleko do rutynowej procedury. I wątpię, by kiedykolwiek w ogóle taką mogła być.
- A mojemu synowi z całą pewnością daleko do rutynowego przypadku, panie Laurence.
- Rzecz jasna, proszę pana.
- Trudno przecenić wagę tego, by kiedyś mógł spłodzić zdrowe dzieci.
- Oczywiście, proszę pana.
- Czy to wykonalne?
Samson zawahał się, wyraźnie niezadowolony, że nie potrafi zawrócić gospodarza z obranej drogi.
- Przypuszczam, że teoretycznie to możliwe, jeśli znalazłoby się doskonałego dawcę i wszystko inne poszło jak w zegarku. Warunki musiałyby być oczywiście idealne... ale czuję się w obowiązku z całą mocą zaznaczyć, że przygotowania do takiego zabiegu wymagałyby bardzo wiele od pacjenta. Potencjalnie to może być katastrofalne przedsięwzięcie.
- A jaka jest alternatywa dla tego potencjalnie katastrofalnego przedsięwzięcia, panie Laurence?
- Rozumiem - zgodził się Samson.
- W takim razie proszę się tym zająć. Oddaję zdrowie mojego syna w pańskie ręce. Chcę, żeby został wyleczony, i to w całkowitej tajemnicy. Nikt nigdy nie może się o tym dowiedzieć.
Samson pokręcił głową i zebrał się w sobie do ostatniej próby odwiedzenia gospodarza od tej decyzji.
- Powiedziałem, że to teoretycznie możliwe - przypomniał. - Ale praktyczne trudności związane z organizacją takiej operacji i utrzymaniem jej w tajemnicy są po prostu zbyt... - Zabrakło mu słów i zamilkł.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie może pan tego zrobić sam, panie Laurence. Nie jestem przecież idiotą. Dlatego poprosiłem o pomoc zaufanych przyjaciół, wpływowych ludzi na wysokich stanowiskach. Zapewnią panu wszelkie środki i niezbędną pomoc. Wystarczy tylko poprosić. No i co pan na to?
- Muszę to przemyśleć.
- Proszę zadzwonić do mnie jutro.