W poszukiwaniu zaginionej duszy - Agnieszka Janowska

Reflow text when sidebars are open.
Sesja ta opisuje moje doświadczenia powrotu do poprzednich wcieleń. Wybrałam się, jak mam to w zwyczaju robić, w swoje rodzinne strony. Miałam zamiar spędzić trochę czasu z rodziną i zaczerpnąć świeżego, wiejskiego powietrza. Zatrzymałam się tradycyjnie w moim rodzinnym domu. Jedna z moich siostrzenic przyprowadziła ze sobą koleżankę. Dziewczyna koniecznie chciała się ze mną spotkać. Aneta sama nie wiedziała dokładnie dlaczego? Wyraźnie czuła, że musi się ze mną zobaczyć. Kiedy obie dziewczyny pojawiły się u mnie, było jasne, że ktoś lub coś, chce się z nami skomunikować. Ulokowałyśmy się u mnie w pokoju i po bardzo krótkim czasie, wyraźnie wyczuwałyśmy czyjąś obecność. Powietrze się zagęściło i zmieniła się energia. Wiedziałyśmy, że jest ktoś jeszcze w pomieszczeniu, oprócz naszej trójki. Po chwili wahania i strachu zdecydowałyśmy się wysłuchać przybysza, który nie chciał odejść...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Jedną z sesji, które miały na mnie duży wpływ, była ta z terapeutką od związków. Według Marie, zdrowa relacja z samym sobą i miłość do siebie, to podstawa udanej relacji z innym.
Z Marie spotkałam się na początku 2014 roku. Wtedy to definitywnie zakończyłam znajomość z Adrianem i chciałam dowiedzieć się, gdzie leży przyczyna moich ciągłych niepowodzeń i poszukiwań? Oto fragment tej sesji...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Wybrałyśmy się na wycieczkę z Pamelą, moją dobrą przyjaciółką po fachu. Poznałyśmy się, jak przy większości moich znajomości, w niezwykłych okolicznościach. Wiele nas łączyło, toteż spędzałyśmy ze sobą sporo czasu. Tego dnia wybrałyśmy się do zaczarowanego i pełnego magii miejsca, zwanego Glendalough. Była to miejscowość położona w Górach Wicklow, na południe od Dublina. Góry Wicklow to przepiękny górzysty obszar, z malowniczym widokiem. Cudowne miejsce na refleksję i wewnętrzny reset. To była moja pierwsza wizyta w tym miejscu, Pamela mieszkała w tej okolicy. Cudowna energia i piękno przyrody, działały kojąco na mój umysł. Panowała tam cisza I spokój, ale było coś jeszcze. Miejsce to miało ogromną siłę i magię.
Mijałyśmy ruiny średniowiecznego zakonu i kościoła, rozmawiając na różne tematy. Kierowałyśmy się ku ścieżce wyznaczonej dla turystów. Po drodze przechodziłyśmy koło starego cmentarza. W oddali wyłaniał się przepiękny widok gór, ze szczytami porośniętymi sosnami. Zamierzałyśmy dojść do jeziorka, oddalonego o półtora kilometra w głąb lasu. Szłyśmy rozmawiając, gdy zaczęłam odczuwać coś dziwnego. Moja świadomość przenosiła się w zupełnie inne czasy. To miejsce nagle wydało mi się znajome, pojawiły się również odczucia. Nie były to dobre emocje, raczej coś, co kłopotało moje serce. Wspomniałam o tym Pameli i nasza rozmowa zeszła na ten temat. Zaczęłyśmy rozmawiać o zamierzchłych czasach, zamkach, metresach, zdradach i tym podobnych sprawach.
Przechodziłyśmy wąską ścieżką między drzewami, gdy poczułam, że wspomnienia, zaczynają być coraz bardziej intensywne. Moja czakra serca zaczęła intensywnie pulsować. Ból i dyskomfort, który odczuwałam, stawał się coraz bardziej intensywny.
- Poczekaj Pamela, muszę na chwilę usiąść - powiedziałam do mojej towarzyszki. Pam spojrzała na mnie, rozumiejąc, o co chodzi. Obie otworzyłyśmy się na nadchodzący bieg zdarzeń.
- Pozwól temu być, zobacz, co się pojawia... idź za tym... - mówiła do mnie cierpliwie.
Przenosiłam się w przeszłość. Intensywność tego doświadczenia kazała zatrzymać się w miejscu. Przykucnęłam przy ogromnym drzewie, a moja świadomość zaczęła przenosić się o wieki wstecz. Coś dziwnego zaczęło dziać się w moim sercu. Otwierała się bardzo stara rana, która nigdy nie została zagojona.
Pozwoliłam mojej wyobraźni dryfować w czasie. Zobaczyłam siebie, jako małą dziewczynkę w miejscu, które przypominało stary zamek. Byłam tam z bratem, starszym bratem. Zdałam sobie sprawę, że był nim Adrian. Widziałam nasze poprzednie wcielenie. Miałam odczucie, że łączyła nas niesamowita więź. Byliśmy sami, bo nasi rodzice odeszli z jakiegoś powodu wcześniej. Wszystko układało się w jedną całość. Emocje, które do tej pory odczuwałam, zaczęły nabierać sensu. Cały ból, który pojawiał się u mnie w sercu, związany był właśnie z tym czasem i miejscem...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Jeśli potrzebujesz pomocy, skontaktuj się:
www.agnesholisticlife.com
agnesholisticlife@gmail.com
Skype: agnes1163
- Dorota, podaj jeszcze jedną deskę, bo musimy wybrać najładniejszą na nasz domek! - krzyknęłam do mojej o rok młodszej koleżanki, która porządkowała właśnie stertę desek zgromadzonych na podwórku przed budynkiem.
Zabawy na zewnątrz stanowiły nasze ulubione zajęcie, a cóż może być lepszego niż budowa domków, w których mogłyśmy przesiadywać, pić wyimaginowaną herbatę i przechowywać nasze skarby.
- Dobra, już podaję - mówiąc to rzuciła kolejną zdobycz w moją stronę.
Deska uderzyła mnie w łydkę, a wystający z niej gwóźdź przebił mi głęboko skórę. To dziwne, że nic mnie nie boli - pomyślałam sobie - pewnie jestem w szoku. Widziałam w filmach, że gdy ktoś zostanie ciężko ranny, początkowo niczego nie czuje. Rana wyglądała źle, więc nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do domu.
Mieszkaliśmy w niewielkiej miejscowości położonej na pograniczu Warmii i Mazur. Niewiele się tu działo, ale nasza wioska była dość duża w porównaniu z sąsiednimi. Mieliśmy szkołę, urząd gminy, dom kultury, posterunek policji, a nawet przychodnię lekarską i kilka sklepów. Jak większość wiosek w tamtym czasie, także i nasza była prężnie działającym ośrodkiem PGR-owskim. Nasz dwupiętrowy dom, dzielony z trzema innymi rodzinami, znajdował się na skraju wsi, oddalony o półtora kilometra od najbliższych sąsiadów. Wraz z kilkoma innymi budynkami, stał tuż obok pomalowanej na żółto stacji kolejowej, gdzie pracował mój tata. Całość otaczał rząd świerków oraz ogromne połacie ogródków, stanowiących świetne miejsce do zabawy.
Wróćmy jednak do mojej okaleczonej nogi. Kuśtykałam do domu niczym ranny w potrzasku zwierz, a wtedy ujrzałam mamę, która szła w moim kierunku. Na jej twarzy malowało się niezadowolenie. Zdawała się nie zauważać mojego cierpienia i tego, że pilnie potrzebuję pomocy!
- Dlaczego nie chcesz się bawić z siostrą?! - wołała wściekła.
W ogóle nie zauważa, że cierpię, przecież mogę się tu wykrwawić na śmierć! O co jej w ogóle chodzi? Kaja jest ode mnie 6 lat młodsza i jak mam się z nią bawić, kiedy ona mi tylko przeszkadza, bo jest za mała!!! Niestety, zamiast uściskać i okazać zainteresowanie, a może nawet zabrać mnie do lekarza, mama ostentacyjnie obmyła mi ranę wodą utlenioną i "koniec zachodu". Nie umrę przecież... Oh! Nawet się człowiek pobawić w spokoju nie może, bo musi zajmować się młodszą, upierdliwą siostrą! Nie wspominając już o jakimś współczuciu ze strony własnej matki!
Kaja, z miną cierpiętnicy, skarżyła zawsze rodzicom, gdy nie chciałyśmy jej angażować w nasze zabawy. A niby jak, z takim gówniarzem, my - DOROSŁE miałyśmy się bawić?! Bywały jednak momenty, gdy dokazywałyśmy razem, czy to uganiając się w zbożu, które było niemal większe od nas, wraz z naszym psem Nuką, czy robiąc inne, "szalone" rzeczy. Nuka była małym, czarnym, kudłatym kundelkiem i czasem myślę, że naszym aniołem stróżem. Często drażniliśmy ją, chowając się przed nią w pszenicy. Ona skakała wtedy śmiesznie do góry, próbując nas dostrzec w wysokim zbożu. Wyglądała wtedy jak czarny zając, tylko z nieco mniejszymi uszami.
Oprócz tych zajęczych zdolności, Nuka była świetnym łowcą szczurów. Tata często zabierał ją na łowy do piwnicy. Szczególnie gdy dostawaliśmy nową dostawę węgla. Szczury uciekały gdzie popadnie, a Nuka dopadała niemal każdego z nich, ze sprawnością kota czyhającego na swą zdobycz. Można powiedzieć, że "wióry szły" i robiło się prawdziwe zamieszanie. Nasz pies zbierał oklaski i wyrazy szczerego podziwu ze strony wszystkich, nawet mojego taty. Nie to, żebym była miłośniczką zabijania zwierząt. Nigdy też tego dokładnie nie widziałam, ale szczury to szczury. Nic dobrego z nich nie wynika. To samo dotyczy myszy, które są rzeczą zupełnie normalną, gdy mieszka się na wsi. Przychodzą z pola i tyle, "szroboczą" w nocy i podkradają jedzenie. No i trzeba na nie ustawiać pułapki. Pomijając zabawy z psem, naszym kolejnym ulubionym zajęciem było budowanie domków w pobliskich świerkach. Odkrywaliśmy tam tajemnicze przejścia, "schowki" na cenne przedmioty oraz tworzyliśmy nasze świerkowe domki. Czasem kończyło się to kłótniami między nami, który domek jest czyj, kto jest jego właścicielem...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Po moim wyjeździe pisaliśmy z Bartkiem niemal codziennie, listy pełne miłosnych wyznań i zapewnień o swojej tęsknocie oraz upragnionym pojednaniu. Nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych, a stacjonarny telefon posiadali tylko "wybrani", więc wyczekiwanie aż zadzwoni na numer żółtej, ulicznej budki w niedzielne popołudnie stawało się dla mnie rytuałem. Aż do pewnego czasu...
Podobało mi się życie w obcym mieście. Moja praca była niezbyt skomplikowana, a pracodawcy przyjaźni. Dobrze mi płacili i robili wszystko, abym czuła się u nich dobrze. Nieuniknione było, że zacznę poznawać innych, młodych ludzi, przyjaźnić się z nimi czy wychodzić na imprezy.
Zdarzało mi się często, gdy chodziłam na spacery z małym Maxem, mijać bardzo przystojnego chłopaka o czarnych włosach, upiętych na czubku głowy. Był bardzo cool i chyba mieszkał niedaleko. Z urody przypominał Turka ze swoją śniadą cerą, lekkim zarostem, ciemnobrązowymi oczami i ciemnymi oprawkami, ale widywałam go z Polakami, więc musiał być mojej narodowości. Zwracałam na niego uwagę, ale wydawało mi się, że on mnie nie zauważa. Myliłam się jednak, gdyż dziwnym trafem spotkałam go pewnego razu u moich znajomych. Uśmiechnął się do mnie szeroko, mierząc od góry do dołu i rzucając jakiś żart w moim kierunku. Nie trwało długo, zanim spotkaliśmy się ponownie na imprezie i tak zaczęło się między nami coś większego.
Wraz z pojawieniem się Wieśka, mój zapał do sprowadzenia Bartka do Niemiec zamierał. Zresztą i tak nie udawało mi się zaleźć żadnej pracy dla niego. Nasz związek nieuchronnie zmierzał do końca. Przynajmniej z mojej strony. Nadal do niego pisałam, ale bardziej na wszelki wypadek, a być może, po prostu nie wiedziałam, jak mam zakończyć ten związek?
Zerwałam z nim w końcu podczas mojej kolejnej wizyty w Polsce, która przypadała na Wielkanoc. Oznajmiłam mu, że z nami koniec. Nie pogodził się z tym od razu. Czuł się oszukany. Ja jednak nic do niego już nie czułam, moje serce było gdzieś indziej. Jego wszelkie próby uwiedzenia mnie spalały na panewce, byłam zimna jak skała. W ramach zadośćuczynienia swojej krzywdy, w ostatnim geście pożegnalnym, wyciągnął mi gotówkę z portfela i stwierdził, że cos mu się należy za to, jak go potraktowałam. Może nie zachowałam się fair, ale nie tłumaczyło to faktu, że bezczelnie wyciągnął mój portfel i zabrał jego zawartość. Po tym zdarzeniu pozostał ogromny niesmak. Nasze drogi kompletnie się rozeszły, na szczęście dla mnie i ku uldze mojej rodziny.
- Hej Kaja, spójrz w lusterko. Widzisz to, co, ja??? Ja chyba śnię!!! Ja pierdolę! Spójrz na moje oczy, ja pierdolę! Spójrz na nas!!! Wow, wow, wow!!! Boże, wyglądamy jak pierdolone księżniczki!!! Obie gapimy się z głupim, radosnym, olbrzymim uśmiechem fascynacji, w lustro naprzeciwko nas. Byłyśmy właśnie na jakiejś dyskotece i nie mogłyśmy rozpoznać własnych odbić w lustrze. Nasze źrenice stały się przeogromne. A my obie wyglądamy jak pieprzone lalki Barbie, dopiero co wyjęte z pudełka!!!
Uczucie, jakie temu towarzyszyło, nie da się go opisać. Obie czułyśmy się jak pępki świata. Centrum wszystkiego. My byłyśmy światem, a wszystko kręciło się wokół nas!!! Czy to nie tak wygląda ekstaza? Połączenie z Bogiem? Wszyscy się na nas gapili. Czułyśmy, że jesteśmy w centrum uwagi jako najpiękniejsze na świecie. Oczywiście wystrojone na maksa, w najkrótsze kiecki na świecie i buty na wielkich platformowych obcasach! Mężczyźni kłębili się przy nas na parkiecie, a my, niczym Boginie świata, nie widziałyśmy nikogo i niczego. Boże, co za wspaniałe uczucie! Tak wyglądał nasz pierwszy raz, gdy sięgnęłyśmy po narkotyki. Chociaż nie tak do końca same sięgnęłyśmy.
Do wzięcia namówił nas dobry kolega, któremu mogłyśmy bezgranicznie ufać - Arek, będący naszym współlokatorem. Opiekował się nami i troszczył, gdy ja, po rozpadnięciu mojego trzyletniego związku oraz trzymiesięcznej depresji po rozstaniu, trochę ochłonęłam i postanowiłam rozkoszować się życiem. Można powiedzieć, że w zasadzie dotąd życia nie miałam. Trzymana na smyczy w związku, w którym byłam kontrolowana na wszelkim poziomie, począwszy od rodzaju sukienki, jaką miałam założyć, po towarzystwo, z którym mogłam się spotkać lub nie. Przeważnie nie, bo koleżanki miały ma mnie zły wpływ. Buntowały i wkładały głupoty do głowy. Takiego przynajmniej zdania był mój chłopak - Wiesław...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Podobało mi się nasze życie w Wiesbaden. Było ono pięknym, małym miasteczkiem, pełnym antykwariatów, małych prywatnych sklepików, piekarenek, schodów oraz nadzianych ludzi. Bogactwo unosiło się w powietrzu. Lubiłyśmy biegać często na zakupy, bo w sklepach były super ciuchy do zdobycia. Uwielbiałyśmy chodzić po mieście czy wychodzić na basen. Później spotykałyśmy się ze znajomymi w kawiarniach, popijając pyszne cappuccino lub słodkie drinki. Czułyśmy się jak ryby w wodzie. Z czasem intensywność naszych imprez stała się wyczerpująca i przestała nas bawić. Ja zaczęłam tęsknić za czymś innym. Moja praca etatowej sprzątaczki również zaczynała mnie coraz bardziej męczyć.
Ten temat coraz bardziej wkradał się do mojego umysłu. Wykonywałam ten zawód od czterech lat i nie wyobrażałam sobie spędzić w ten sposób reszty życia. Wiem, że jest wiele osób, którym to nie przeszkadza, ja jednak zaczynałam się dusić. Zazdrościłam dziewczynom w sklepach, że mają takie fantastyczne prace. Najbardziej fascynowała mnie praca w H&M. Wszyscy pracownicy wydawali się mega zadowoleni i do tego tak fajnie ubrani. Często przyglądałam się im i chciałam być jednym z nich. Szanse na dostanie takiej pracy były jednak znikome. Fascynował mnie świat mody i ciuchy. To była moja mocna strona. Dbałam o to, by mój strój nigdy nie zdradzał, czym tak naprawdę się zajmuję. Nie chciałam, aby ktoś, oprócz moich bliskich znajomych wiedział, że jestem zwykłą sprzątaczką. Nie było się, czym chwalić.
Najciekawszy był moment, gdy moja siostra, podczas swojej pracy w jednym z domów, zobaczyła przez okno jednego ze swoich adoratorów. Musiała się chować po łazienkach, gdy ten pojawił się, by właśnie coś naprawić u jej pracodawców. Niezły miałyśmy z tego później ubaw.
Wracając do ciuchów, sprawiały one, że mogłam czuć się dobrze. Wszystkie moje stylizacje były starannie dobrane. Zwracałam szczególną uwagę na dodatki, które są kwintesencją stroju. Właściwie nadają prawdziwego smaku. Jednym z moich ulubionych ubrań była piękna skajowa kurteczka w kolorze bordo. Zakupiłam ją w jednym z najmodniejszych butików. Była przepiękna! Wyglądałam w niej przebojowo! Do tego długa jeansowa spódnica do ziemi lub spódnica do kolan, nakładana na szerokie spodnie. Krzyk ówczesnej mody. Nie nosiłam butów na płaskim!
Nawet moje sportowe buty miały gigantyczne podbicie. Najpiękniejsze buty były oczywiście z Buffalo. Najdroższy sklep z najbardziej trendy butami. Robiłam w nich furorę, zwłaszcza przyjeżdżając do Polski.
Uwielbiałam dobierać zwiewne spódniczki do obcisłych topów, np. kraciastą kolorową kopertówkę do ziemi zakupioną w H&M, którą nosiłam z białym topem do pępka z wyciętą łezką na dekolcie i na plecach. Do tego czarne sandałki, obowiązkowo z Buffalo, na ogromnym koturnie.
Gdy byłam dzieckiem, mama śmiała się, a może była dumna ze mnie, że ma małą elegantkę w domu. Przebierałam się kilka razy dziennie. Z pewnością pod tym względem byłam jej przeciwieństwem. Moja biedna mama nigdy nie dbała o to, co ma na sobie. Dla niej było to zupełnie bez znaczenia...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Mój powrót był okropny, zupełnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Od czego zacząć? Kożarowo - wioska, w której mieszkaliśmy, nie było miejscem wielkich perspektyw. Nawet gdyby nim było, nigdy nie czułam, że pasuję tam w jakikolwiek sposób. Na razie zamieszkałam w maleńkim pokoiku w naszym starym domu. Moja depresja powiększała się z dnia na dzień.
Coraz częściej przychodził ogromny, paraliżujący lęk, który zajmował absolutnie całe ciało. Nie pozwalał myśleć jasno, w głowie tysiąc myśli na minutę i żadna nie miała składu ani ładu. Myśli zdawały się eksplodować, ciało zaczynało się trząść. Leżałam skulona w ciasnym łóżku, próbując nie okazywać światu tego, co się ze mną działo. Ja - zawsze uśmiechnięta i pozytywna, przestałam dawać sobie radę ze sobą. Próbowałam opanować myśli oraz strach, trzymać się kupy. Jedyną nicią życiową, która mnie trzymała była: "tylko nie zwariuj, tylko nie pozwól, żeby cię zabrali do szpitala, to będzie koniec, to będzie koniec twojego życia, już na zawsze będziesz miała etykietkę wariatki". I broniłam się rękami i nogami, aby w miarę utrzymać równowagę. Było to niezmiernie trudne, gdyż w tamtym momencie nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić...
Pięć lat bez praktyki w jakimś konkretnym zawodzie nie pomagało w niczym. Jedyne, co mi przychodziło na myśl, to praca w biurze. Wszystkie moje koleżanki w Polsce pracują w papierkach, ale ja przecież nic nie umiem!!! Nawet nie znam obsługi komputera!!! Nie potrafię go nawet włączyć!!! Nie mieliśmy komputera w domu i nikt praktycznie wtedy nie miał! Umiejętność ta stała się dla mnie obsesją. Krążyła mi jedna myśl w głowie: "że nie umiem się nim posługiwać, a przecież muszę, jeżeli chcę znaleźć pracę!" Innej opcji po prostu NIE MA. Tak mi się wydawało. Czułam się jak ślepiec próbujący znaleźć drogę do domu. Nie pozostawało nic innego jak zapisać się na kurs w pobliskim miasteczku. "Okay będzie dobrze". Powtarzałam sobie. Nauka jednak przychodziła mi z ogromną trudnością. Nie rozumiałam i nie lubiłam skomplikowanych, bezsensownych programów komputerów.
- To jakaś czarna, pieprzona magia!!! Nic nie mogę zapamiętać. Muszę być totalnie głupia, skoro nic nie rozumiem. Jestem totalnie głupia!!! - powtarzałam sobie w kółko. Lekcje wydawały się mijać w mgnieniu oka, a ja nadal nic nie wiedziałam. "Ja muszę to umieć, ja muszę to umieć, inaczej nie znajdę pracy". Myśli krążyły mi po głowie. Powtarzałam je jak mantrę, czując się coraz gorzej. Na którejś lekcji coś we mnie pękło. Tak bardzo zmuszałam się, żeby coś zrozumieć, że właściwie czułam, jak coś mi pęka w głowie, jakiś ostatni nerw, na którym się trzymałam. Już nie byłam w stanie nic zrobić. Mój mózg totalnie odmówił mi posłuszeństwa. Dalsza nauka, a nawet logiczne myślenie, stało się niemożliwe. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy - pomocy, której tak bardzo się bałam.
"Od teraz wszystko zmieni się w moim życiu. Już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Wyrok zapadł. Ja - silna i zaradna nie radzę sobie już z życiem. Już nigdy nie będę taka, jaka byłam. Tabletki antydepresyjne biorą ludzie słabi i nieporadni, na skraju życia. To nie była grupa, do której należałam!" - krążyło mi po głowie.
Wstydziłam się bardzo, ale wiedziałam, że już sama nie dam rady. Zaczęły się więc poszukiwania właściwego lekarza. Przez głowę mi nie przeszło, by wybrać się wprost do psychiatry. Przecież nie jest aż tak źle!!!
Jeśli weźmiemy pod uwagę synchronizację zdarzeń, to życie przynosi nam idealne rozwiązania. Jedna z moich bliskich przyjaciółek z czasów szkolnych, mieszkająca w Warszawie, sama właśnie przechodziła depresję, a raczej była w jej późniejszym stadium. To ona pomogła mi przez wszystko przejść. Człowiek w takim momencie jest zupełnie zagubiony. To chyba jest najgorsze. Ania pomogła mi wybrać lekarza, powiedziała jak stosować leki. Cały czas służyła pomocą, wskazówkami i własnymi doświadczeniami. Wkrótce również przeprowadziłam się do niej do Warszawy, by zacząć tam życie od nowa...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Monachium to piękne miasto. Nasz trening przypadał na upalny sierpniowy miesiąc i wszystko było po prostu cudowne. Uwielbiałam sklep o profilu młodzieżowym, w którym nasza grupa miała trening. Dominował w nim styl "funky". Ciuchy i biżuteria dla obu płci były naprawdę odjazdowe. Czułam się jak ryba w wodzie, znajdując się w tym profilu sklepu.
Niemiecka załoga przyjęła nas dość ciepło, zaprzyjaźniliśmy się. Wszyscy wydawali się wyluzowani i bardzo stylowo ubrani. Najbardziej imponował mi menadżer sklepu - Tony. Był to młody chłopak, świetnie radzący sobie w roli kierownika. Często chodził w koszulce z Myszką Miki, co jeszcze bardziej dodawało mu uroku. Lubiłam też przyglądać się pracy Jasmin - dziewczyny od wystroju. Była niesamowita w swoim fachu. Potrafiła dokonywać cudów, przebudowując ściany i tworząc na nich prawdziwe dzieła sztuki. Jej stylizacje manekinów zapierały dech w piersiach. Sprawiały, że natychmiast chciało się mieć ciuchy, w które były one ubrane. Każda stylizacja tworzyła pewną historię. Byłam dumna, że znalazłam się właśnie w tej grupie. To był wspaniały miesiąc. Sama praca bywała dość ciężka. Polegała głównie na roznoszeniu sztang z ubraniami przymierzanymi przez klientów. Piętrzyły się one niemiłosiernie w przymierzalniach, przez które przewijały się setki ludzi dziennie. Dwie godziny nieuwagi, a w każdym z boksów znajdowaliśmy stosy ubrań na podłodze. Nie stanowiło to dla nas większego problemu, byliśmy wszyscy pełni werwy i ochoty do pracy.
Po pracy chodziliśmy na zakupy, zwiedzaliśmy miasto lub opalaliśmy się nad rzeką. Był to naprawdę bardzo gorący sierpień. Upał nie pozwalał spać w nocy, toteż chętnie imprezowaliśmy, robiąc niezły zamęt i hałas w hotelu. Współczułam ludziom, którzy w nim przebywali...
Podczas naszego wyjazdu poznałam Dagmarę, rudowłosą dziewczynę o subtelnej urodzie i wrażliwości. Pracowałyśmy w innych działach, jednak powstała między nami jakaś więź. W późniejszym czasie przerodziła się ona w głęboką przyjaźń.
Nasz trening dobiegał końca i trzeba było wracać do rzeczywistości, do Warszawy, naszego nowo powstającego sklepu, przy ulicy Marszałkowskiej. Sklep nadal nie był gotowy, gdyż wciąż trwały w nim prace remontowe. Niektóre pomieszczenia nadawały się już jednak do urządzania powierzchni sklepowych. Tam też pracowaliśmy jak mrówki, wnosząc nadjeżdżające ogromne dostawy towaru i lokując je w odpowiednich działach. Praca była dość ciężka, gdyż nasze ruchome schody i winda jeszcze nie działały, więc robiliśmy to ręcznie. Wszystko było świetnie zorganizowane i prace sukcesywnie posuwały się do przodu. Oprócz naszej dużej załogi mieliśmy support załóg z Niemiec i Szwecji, było zatem gwarnie i wesoło.
Najbardziej intrygował mnie zespół naszych dekoratorów. Wydawali się niedostępni i ciągle nad czymś obradowali. To był odległy dla mnie świat, do którego bardzo chciałam należeć. Przyglądając się im, odczuwałam pewną wolność i swobodę wyrażania, począwszy od stroju, po sposób bycia. Każda z tych osób była indywidualistą, mistrzem w swojej sztuce.
Bardzo imponował mi przesympatyczny chłopak, z blond irokezem na głowie, o imieniu Stefan. Zajmował się naszym działem i nie miał w sobie nic z naburmuszonego bufona. Wręcz przeciwnie: życzliwy i uśmiechnięty, zarażał swoim entuzjazmem i luzem. Jego, czasem cyniczne, poczucie humoru, tylko dodawało mu uroku. Niestety był gejem, ku niezadowoleniu większości dziewcząt w sklepie, które się w nim podkochiwały wraz ze mną. Był niesamowity w swoim fachu. Dużo się od niego uczyliśmy. Czasem łamał wszystkie zasady i kreował coś swojego, ku niezadowoleniu części kierownictwa. Bywało, że miałam okazję pomagać mu w różnych drobnych pracach, stanowiło to dla mnie niesamowitą frajdę. Czekałam na te momenty z utęsknieniem. Naszym zajęciem, jako sprzedawców, było obsługiwanie kasy, klipsowanie towaru, roznoszenie sztang z ubraniami oraz dyżury w przymierzalni. Oprócz tego lubiłam zajmować się nowymi kolekcjami i znajdować na nie odpowiednie miejsca. Z czasem zaczęłam marzyć o zajmowaniu się dekoracjami, najwyraźniej miałam do tego dryg i predyspozycje...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Irlandia spodobała mi się od samego początku i byłam zdumiona, że jest tylu Polaków na ulicy. Nikt nie zwracał uwagi na kolejną osobę mówiącą w naszym języku. To był dla mnie pewnego rodzaju szok. Byłam w Niemczech przez tyle lat, gdzie w jednej dziesiątej nie słyszałam tyle języka polskiego, co w Dublinie. To tak, jakby część naszego kraju przenieść do Irlandii. Dokładnie takie odnosiło się wrażenie. Polski język było słychać w sklepach, restauracjach, na ulicach, przystankach autobusowych, w każdym niemal urzędzie i zakładzie pracy.
Wokół panowała przyjazna atmosfera, ludzie uśmiechnięci, zadowoleni i pogodni. Mnóstwo różnych narodowości mówiących w swoich języku. Niemal każda osoba tryskała energią i życiem. Jakże odświeżające po smutnych i zmartwionych twarzach, które widziałam w naszym kraju. Zaskoczyło mnie również coś innego. Słyszałam, że Irlandia to kraina deszczu, a byłam zdumiona tym, jak często świeciło słońce. Pogoda zmieniała się jednak jak w kalejdoskopie. W jednym momencie padał deszcz, a za chwilę wychodziło piękne słońce i odwrotnie. Niczego nie można było przewidzieć. Parasolka i okulary przeciwsłoneczne mogły być podstawowymi akcesoriami dla każdego. Dla mnie na pewno parasolka była nieodzownym wyposażeniem torebki - praktycznie rzadko kiedy nie miałam jej przy sobie. Ciężko było również odróżnić pory roku, gdyż zima przypominała jesień, a lato wiosnę.
Dublin sam w sobie nie był podobny do żadnej innej stolicy. Widok robotników, w ubrudzonych od farby czy smaru uniformach pracowniczych w autobusie, budził moje zdziwienie. Nigdzie się z tym wcześniej nie spotkałam. Tu wydawało się, że nikt nie dba, co o nim myślą inni. Nikt na nikim nie próbuje zrobić wrażenia. Jest kameralnie, każdy wygląda tak, jak tylko chce. Nikt nie konkuruje marką samochodu czy strojem. Być może, dlatego, że Irlandia to niewielkie państwo położone na wyspie, otoczone morzem i oddzielone od świata. Zresztą bardzo piękne. Uwielbiałam centrum miasta, czyli słynną Henry Street. Na środku stała ogromna szpila z metalu, której wysokość sięgała 120 metrów. Podobno zakopano pod nią skarby milenium. Robiła wrażenie i zmuszała do refleksji. Położona w samym centrum, była miejscem spotkań obcokrajowców.
Sklepy też były inne i królowały w nich angielskie trendy, a różnorodność wszystkiego robiła wrażenie. Moim największym odkryciem był sklep, w którym można było kupić dosłownie wszystko, od bielizny po torebkę i ciuchy, w cenie tak niskiej, że nie mieściło mi się to w głowie. Był to słynny Pennys - prawdziwe centrum skarbów. Wszystkie kopie najnowszych trendów można znaleźć właśnie w Pennym. A oprócz tego ciepłą piżamkę, puszysty szlafroczek czy przepiękne buty. Rzeczy z wyglądu niemal nie różniły się od markowych artykułów. Nie mogłam nacieszyć się tym rajem.
Zamieszkałam w kawalerce Dagmary, położonej blisko centrum miasta. Nie było to nic extra, ale jak na początek idealnie. Jej mieszkanko mieściło się w starym budynku na poddaszu. Dzielnica była mało ciekawa, ale nie miało to większego znaczenia. Cieszyłam się, że mogę tam być i zacząć nowe życie. Miałam rozpocząć pracę w firmie Dagi, na moje szczęście nie w kawiarni, tylko w sklepie z pamiątkami. Sklepik mieścił się na lotnisku, tak samo, jak kawiarnia mojej koleżanki. Zanim rozpoczęłam pracę, minął cały miesiąc. Najpierw czekałam na rozmowę kwalifikacyjną, później na specjalną przepustkę pozwalającą na wejście na teren lotniska. Strasznie dłużył mi się ten czas. Pieniądze kończyły się szybko, zresztą nie miałam ich zbyt wiele. Nie chciałam poza tym zbytnio obciążać mojej koleżanki, ponieważ wystarczająco już dla mnie zrobiła.
Dużo wówczas spacerowałam, poznając miasto i rozładowując moje napięcie. W końcu rozpoczęłam upragnioną pracę. Mój pierwszy dzień nie był zbyt imponujący, bo musiałam zadzwonić i powiedzieć, że jestem chora. Dzień wcześniej opijaliśmy, wraz z moimi nowymi znajomymi, mój nowy początek. Jak na ironię rozchorowałam się w autobusie i musiałam wrócić do domu. Nikt jednak nie miał o to do mnie pretensji, bo w tamtym czasie pracy było pod dostatkiem i nikt nie robił z byle powodu ciśnienia. Dzień później zostałam przyjęta bardzo ciepło przez naszą szefową i całą załogę. Wprawdzie wydawała się trochę dziwna ze swoimi przylizanymi do góry włosami i zarysowanymi na brązowo ustami, ale nie była najgorsza. Trochę przewrażliwiona na punkcie pracy i zestresowana bez powodu, przynajmniej tak nam się wydawało. Mimo to praca w sklepiku była w porządku. Odbiegała w sumie od tego, co robiłam wcześniej i traktowałam ją jako odpoczynek, za to mogłam skupić się na nauce języka...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Niedługo po tym rozpoczął się dla mnie zupełnie nowy etap. Nadal pracowałam w H&M, ale moja pasja do przebierania manekinów, stylizacji i mody zaczynała odchodzić w niepamięć. Nadal nie miałam jednak pomysłu na to, co dalej? Coraz bardziej pociągała mnie ta niewidzialna strona życia. Udało mi się w międzyczasie ukończyć dwa stopnie reiki, wzięłam udział w kilku warsztatach rozwojowych, między innymi o Komunikacji z Aniołami i moje serce coraz bardziej biło mocniej w tym kierunku.
W sklepie niemal cały czas spędzałam na witrynach. Pewnego razu, podczas moich codziennych rutyn, ogromny reflektor spadł z bardzo wysoka na podłogę, przelatując kilka centymetrów od mojej głowy. Można powiedzieć, że miałam ogromne szczęście. Nic mi się nie stało. To wydarzenie wywołało ogromny szum w pracy. Koniec końców doprowadziło do zmiany zasad pracy na wysokości.
Odebrałam to jako osobisty znak, że czas naprawdę coś zmienić... Pomyślałam, że być może to znak od samego Boga, który próbuje mi coś przekazać? Moje plecy były wykończone, ścięgna w rękach ponaciągane od wysiłku, a satysfakcja z pracy coraz mniejsza.
Postanowiłam coś zrobić z tym wszystkim. Sama nie wiedziałam jak, ale po kilku miesiącach namysłu, zdecydowałam się iść po profesjonalną poradę. Wybrałam Life Coaching, bo wydawał mi się sensowny i skuteczny w działaniu. Tyle już czytałam na ten temat, że nie pozostawało nic innego, jak tylko wybrać najlepszą ofertę. Coaching nie był tani, jedna sesja nie wchodziła w rachubę, więc wykupienie pakietu za 300 Euro nie było łatwą decyzją na tamten moment. Nie miałam pojęcia, co mi tak naprawdę przyniesie. Byłam świadoma, że jest to moja jedyna okazja, by coś zmienić. Szansa warta każdego ryzyka. Długo przeglądałam internet w poszukiwaniu odpowiedniej osoby, w końcu zdecydowałam się na jedną, która wzbudziła moje zaufanie. Była to Roseleen Mc Nally. Gabinet Rose znajdował się w centrum miasta, w największym i najpiękniejszym centrum holistycznym w Dublinie. Było to miejsce, które mnie ciekawiło i budziło respekt. Umówiłam się na pierwszą sesję!
- W czym mogę ci pomóc Angela? - zapytała swoim łagodnym, pełnym spokoju głosem Rose.
Miała około 30 lat, wysoka, szczupła i miała ciemne, krótkie włosy. Budziła moje zaufanie.
- Myślę nad zmianą pracy - odpowiedziałam niepewnie, nie wiedząc dokładnie, czego mogę oczekiwać.
- Czy wiesz, jakiej pracy szukasz, co chciałabyś robić? - zadawała dalsze pytania.
- Wolałabym to samo, ale może w innej firmie... - stwierdziłam nie do końca przekonana do tego, co mówię.
Opowiedziałam jej moją historię. Kobieta wysłuchała mnie uważnie, po czym powiedziała...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Długo oczekiwany Kurs Life Coachingu i NLP rozpoczął się 26 września 2009. Nasza grupa była niewielka. Składała się tylko z jedenastu osób. Zajęcia odbywały się w bardzo eleganckim hotelu na obrzeżach miasta. Budynek przypominał piękny zamek, co dodawało naszym spotkaniom trochę magii. Z naszej wiktoriańskiej sali, gdzie odbywały się zajęcia, rozpościerał się widok na cudowny ogród - w kształcie labiryntu. Odnosiło się wrażenie, że przenieśliśmy się gdzieś daleko w czasie. Wszystko było takie magiczne i prawie nierealne.
Przed zajęciami serwowano nam kawę bądź herbatę, w ładnych filiżankach, wraz z ciasteczkami. Przesiadywaliśmy wtedy na eleganckich kanapach, tocząc rozmowy między sobą. Lunch jedliśmy na dole w restauracji, a potem niektórzy z nas udawali się na spacer po wiktoriańskim ogrodzie. Uwielbiałam te weekendy, każda minuta była niesamowicie interesująca. Betty okazała się wspaniałą nauczycielką. Urzekała nas swoimi historiami, w które wplatała wątki nauki i ćwiczenia praktyczne. Miała świetną intuicję i zdawała się czasem czytać nam w myślach. Zajęcia były bardzo niekonwencjonalne, toteż nie sposób było się na nich nudzić.
Najtrudniejsze były ćwiczenia praktyczne. Polegały one na zastosowaniu w praktyce technik NLP i coachingu. Betty zwykle robiła prezentację na jednym z nas, po czym mieliśmy zastosować daną technikę na drugiej osobie. Było mi trochę z tym ciężko. Mój język angielski nie był rewelacyjny, a fachowa terminologia i zwroty były mi obce. Nie zamierzałam jednak pozostawać w tyle. Na moje szczęście, nasza prowadząca przedstawiała nam wiedzę w sposób jasny i przejrzysty.
Po każdym zjeździe rozpierała mnie pozytywna energia. Świat był piękny. Nawet praca nie była już tak uciążliwa. Podjęłam też ważną dla siebie decyzję... To nie było już miejsce dla mnie, postanowiłam odejść.
W styczniu 2011 roku otrzymałam upragniony Dyplom Coacha i Trenera NLP. Rozpierała mnie duma. Dałam radę! Kurs pomógł mi przełamać wiele barier, nie tylko językowych, ale przede wszystkim tego, jak wychodzić ze swojej strefy własnego komfortu. Nauczyłam się przełamywać ograniczenia i słabości. Interesujące były egzaminy końcowe. Musieliśmy spotkać się z zupełnie nieznanymi nam osobami w celu przeprowadzenia sesji coachingowych. Dało to mi ogromną pewność siebie. Tą drogą chciałam iść. Miałam ku temu wszelkie predyspozycje. Teraz należało wszystko zastosować w praktyce. Zamierzałam otworzyć własną działalność. Oczami wyobraźni widziałam siebie, siedzącą w ogromnym fotelu, przyjmującą pacjentów. Byłam pełna nadziei i optymizmu. Nie wiedziałam, że czeka mnie jeszcze długa droga ku spełnieniu tego marzenia.
Powoli przygotowywałam się do opuszczenia firmy. Odejście zaplanowałam na koniec kwietnia. Ostatecznie odeszłam w maju 2011 roku. Moja strona internetowa była już gotowa: piękna i pachnąca, z opisem moich usług i cenami. Myślałam, że niemal natychmiast pojawią się klienci, że już w momencie hostingu strony kolejka ustawi się, aby umówić się ze mną na sesję. Jakaż byłam naiwna... Sama strona nie zapewnia niczego. Mimo mojego pozytywnego nastawienia i przeczytaniu wszystkich informacji książkowych o prawie przyciągania. Nie udało mi się wykreować natychmiastowych dochodów. W swojej naiwności zrezygnowałam nawet z przysługującego mi zasiłku. Wierzyłam, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pieniądze zaczną spadać mi z nieba. Tak się jednak nie działo...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
- Maria, ja zupełnie nie wiem, co mam o nim myśleć?! - użalałam się mojej koleżance.
- On chyba w ogóle nie jest mną zainteresowany. Nie dzwoni do mnie i nie pisze. Chyba mu na mnie nie zależy?! - utyskiwałam na swój los przy naszym kawowym spotkaniu.
- Lubię go i to bardzo, co ja mam zrobić???
- Aa, olej go Angela, niech spada...zasługujesz na kogoś, kto będzie za tobą biegał kochana! Przynosił kwiaty i czcił jak boginię - mówiła z przekonaniem, popijając kolejny łyk kawy.
- Daj sobie spokój kochana, pomyśl o wszystkich luksusach, jakie nas czekają, gdy rozwiniemy nasz nowy biznes!
W ramach relaksu po wypitej kawie postanowiłyśmy przejechać się do ogromnego parku położonego w centrum Dublina. Gawędziłyśmy, spacerując boso po ciepłej trawie "Phoenix Park". Podziwiałyśmy piękne roślinki, kwitnące kwiaty i rozłożyste drzewa. Maryśka co chwilę wydawała z siebie okrzyki radości, taka już była. Nie przykładała uwagi do innych spraw. Zostałam więc sama z moim dylematem. Nie wiedziałam, co mam zrobić z moją nową miłością. Zadawałam sobie pytanie: "jestem z kimś czy nie?". Jeśli tak, to mój chłopak był, ale go nie było. Odzywał się bardzo sporadycznie. Najczęściej odpowiadał tylko na moje wiadomości. Nigdy pierwszy nie dzwonił. Coraz bardziej irytowała mnie ta sytuacja. Potrafił nie odzywać się przez dwa tygodnie. To było bez sensu, nie wytrzymałam. Napisałam do niego wiadomość:
"Cześć, widzę, że to bez sensu, że chyba to nigdzie nie prowadzi, skoro w ogóle się do mnie nie odzywasz. Lepiej skończmy to teraz. Angela"
"Nie zdawałem sobie sprawy, że tak to widzisz. Naprawdę jestem teraz zajęty, jest u mnie kumpel i robimy biznes. Spoko, rozumiem".
Było mi przykro, ale faktycznie taka sytuacja była nie do zniesienia. Tkwiłam w zawieszeniu. Nie rozumiałam jego toku myślenia, jak można było zająć się jakimś biznesem i zapomnieć o istnieniu kogoś bliskiego? Nie mieściło mi się to w głowie. Postanowiłam wykasować go z mojego życia, nie było to proste. Powracał do moich myśli jak bumerang. W końcu pod jakimś pretekstem spotkaliśmy się ponownie, jak zwykle lądując w łóżku. Tam dla odmiany dogadywaliśmy się bez problemu, było to jak spotkanie dwóch dusz. Nasze ziemskie osobowości po prostu schodziły na dalszy plan. Jakbyśmy odkładali nasze role na później. Podczas seksu łączyliśmy się w jedną, kulistą, nierozerwalną jedność. To była siła, której żadnymi słowami nie da się wyrazić, nigdy do tej pory niczego takiego nie doświadczyłam. W fizycznym świecie mogliśmy do siebie nie pasować, jednak na poziomie duchowym byliśmy identyczni. Leżałam obok niego, budząc się rano po kolejnym spotkaniu.
- Chcesz być ze mną? - spytałam cicho.
- Yhm - odrzekł półprzytomny...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
W mojej praktyce z klientami nadal szukałam odpowiedzi, w którą stronę pójść? Zajmowałam się głównie zabiegami Reiki, chociaż w międzyczasie przychodzili do mnie również klienci z przeróżnymi problemami. Muszę powiedzieć, że uczyłam się razem z nimi. Moje własne życie było dość chaotyczne, więc miałam wrażenie, że czasem oszukuję, próbując pomagać innym. Mimo tego robiłam to, co kochałam i czułam, że jest moją drogą. Coraz częściej interesowałam się sprawami niezrozumiałymi przez przeciętnego człowieka oraz magią. Wiedziona intuicją, postanowiłam odwiedzić pewnego razu kobietę, która zajmowała się połączeniami ze światem duchowym. Tara nie mieszkała w Dublinie, mimo to wybrałam się w godzinną drogę, aby ją odwiedzić.
W drzwiach przywitała mnie zupełnie przeciętna kobieta w średnim wieku, zapraszając do swojej kuchni. Nie było tam ani szklanej kuli, ani żadnych dziwnych bibelotów. Kobieta była bardzo serdeczna, zaproponowała herbatę i przyglądała się z ciekawością. Była przesympatyczna i zupełnie normalna. Dom skromnie, ale schludnie urządzony, a na ścianie wisiał zegar, którego wskazówki stały w miejscu.
- W moim domu nie znajdziesz działającego zegara - powiedziała Tara, zauważając mój wzrok. - Życie wyznacza mi rytm dnia. Zegar nie jest mi do tego potrzebny - uśmiechnęła się przyjaźnie.
Pogawędziłyśmy przez chwilę o zwykłych sprawach, po czym podała mi talię zużytych kart tarota.
- Potrzymaj je moja droga przez chwilę. Tasuj je i myśl o tym, czego chciałabyś się dowiedzieć.
Wyszła z kuchni, zostawiając mnie samą z kartami. Wróciła po pięciu minutach, wzięła ode mnie talię i zaczęła misterne rozkładanie kart na stole, w specyficznej formacji.
- Wybierz trzy z nich i odłóż na bok - zwróciła się do mnie.
Zrobiłam to, wahając się chwilę. Być może od tego zależało moje życie. Tara po kolei odkrywała jedną kartę po drugiej na drewnianym stole, przyglądając się im intensywnie. Jej oczy były niebieskie, niemal przezroczyste.
- Pozwól, że zanim powiem ci, co widzę w kartach, opiszę twoją osobę. Możesz zgodzić się ze mną lub nie. - Po czym, patrząc mi w oczy, opisała moją osobowość ze szczegółami. Wiedziała więcej o mnie niż ja sama.
- Moja kochana, mimo że na zewnątrz jesteś uśmiechnięta, w środku u ciebie jest ogromnie dużo bólu. Nie dopuszczasz do siebie ludzi, nie ufasz niemal nikomu. Masz dobre serce i wrażliwą duszę, ale to ty jesteś swoim największym wrogiem i krytykiem. Nikt tak surowo cię nie ocenia, jak ty sama.
To było prawdą, ale nie widziałam tego w taki sposób, myślałam, że każdy taki jest. Po chwili Tara spojrzała na coś obok mnie i powiedziała...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
- Wiesz co? Idę na zajebisty warsztat! Słyszałaś o Ustawieniach Rodzinnych? Dziewczyna z Polski przyjeżdża do Dublina, chyba pójdę! Choćby na jeden dzień. Zobaczyć jak to wygląda - powiedział do mnie Adrian, zaciągając się dymem z jointa, którego palił.
Wiedziałam, czym są Ustawienia Hellingerowskie, ale bałam się ich. Każdy, kto w nich uczestniczył, opowiadał o traumatycznych przeżyciach. Przerażało mnie to trochę. Z tego, co się orientowałam, było to powiązane z zetknięciem się z prawdą o tym, jak funkcjonowała nasza rodzina i jaką spełnialiśmy w niej rolę. Podczas tych "seansów" wychodziły wszelkie tajemnice i zagmatwania rodzinne. Nie byłam na to gotowa. Doświadczenia mojej siostry podczas Ustawień Hellingerowskich sprzed kilku lat zniechęciły mnie do nich. Wychodzi w nich wszystko, czego nie chcielibyśmy widzieć lub zapamiętać. Miało to na celu poprawę jakości życia i samopoczucia. Kaja zdawała się tkwić w głębokim szoku jeszcze kilka tygodni po warsztatach. Nie pamiętam, co wtedy odkryła dla siebie, jednak dobrze opisała moją pozycję w rodzinie jako ciągłą ucieczkę od czegoś oraz nienaturalny pośpiech. W Ustawieniach ukazywały się wszelkie przybierane taktyki, nieprawidłowości, odrzucenia czy brak miłości. Nie byłam na nie gotowa. Bałam się. Po długim namyśle podjęłam decyzję.
- Nie ja raczej nie chcę, jeszcze nie teraz. Idź sam. Obczaj sprawę.
Adrian, tak jak powiedział, udał się na kurs. Byłam ciekawa jego wrażeń.
- Jak było? - napisałam do niego w sobotę wieczorem, wiedząc, że jest już po.
- Szkoda, że cię nie było. Było mega. Chcesz się spotkać? Wszystko Ci opowiem.
- Jasne, że chcę, wpadaj!
Gdy przyszedł, był jakiś cichy. Jakby trochę inny, łagodniejszy. Opowiadał mi o tym, co działo się na sali, o jego osobistych przeżyciach i dziwnej dziewczynie, która prowadziła zajęcia.
- Wiesz, ta Judyta - ona jest niesamowita. Może technicznie nie jest najlepsza, ale dokładnie wie, jak postępować z ludźmi. Co, jak i kiedy zrobić. Normalnie szok, ale nigdy się nie myli w swoich ocenach sytuacji podczas ustawień. Angie, to istne czary co tam się dzieje... Laska lekko zakręcona, ale było super. Rozmawiałem z nią i być może pomogę jej zorganizować następne kursy - opowiadał podekscytowany.
Przyglądałam się, słuchając z głową opartą o poduszkę. Faktycznie, coś w tym było, wyglądał i zachowywał się nieco inaczej...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Z Adrianem życie toczyło się jak zwykle. Znów pokłóciliśmy się o coś i panowała między nami cisza. Byłam już tym bardzo zmęczona. Nasze rozstania były bardzo bolesne i przy każdym z nich obiecywaliśmy sobie, że to już ostatni raz. Rzeczywistość jednak wyglądała inaczej. Byłam tym wyczerpana. Chciałam rozwiązania, nie do końca wiedziałam, na czym miałoby ono polegać, jednak to nie mogło ciągnąć się w nieskończoność. Miałam głęboką nadzieję, że sesja z Judytą coś wyjaśni... Nareszcie nadszedł ten dzień. Po krótkim przywitaniu rozpoczęłyśmy naszą pracę.
20 Stycznia 2013
- Dobrze, teraz skupmy się na twoim oddechu - mówiła Judyta ciepłym, spokojnym głosem - i nie myśl o niczym, tylko twój oddech ma tutaj znaczenie. Zamknij oczy i zagłęb się w niego. Jesteś tylko ty... i twój oddech. Poczuj siebie...
Jej głos był kojący, ale stanowczy. Podążałam za nim, zaczęłam zagłębiać się w siebie bardzo głęboko, miarowo oddychając. Było to ciekawe doświadczenie. Byłam sama ze sobą, nie liczyło się nic dookoła. Słyszałam swoje wnętrze. Po dłuższej chwili odezwała się dziewczyna po drugiej stronie monitora.
- Co odczuwasz? Opisz wszystko, co przychodzi ci do głowy.
- Widzę swojego dziadka i babcię, kłócą się ze sobą - mówiłam o dziadku ze strony mamy. - Nie był dobrym człowiekiem - dodałam.
- Skąd to wiesz Angelika, czy zrobił ci coś złego? - zadała mi proste pytanie.
- Nie... mi nie, dla mnie był nawet miły... po prostu wiem, cała rodzina to mówiła. Na okrągło to słyszałam, nawet od naszych sąsiadów.
- Wtrącasz się w losy babci i dziadka Angela, wiesz o tym? To są ich losy i ty nie masz prawa w nie ingerować. To była ich droga, nie twoja. Nie oceniaj tego, o czym tylko słyszałaś.
- Rozumiem - odpowiedziałam.
Nie pojmowałam jednak. Myślałam, że moim świętym obowiązkiem jest nienawidzić dziadka w imieniu cierpienia, jakie zadawał mojej zmarłej babci.
- Zaproś dziadka do swojego serca. Powiedz mu, że masz tam dla niego miejsce... Powiedz do swojego dziadka: "chodź dziadku, w moim sercu jest zawsze miejsce dla ciebie".
Zrobiłam to, co mówiła Judyta. Oczami wyobraźni zobaczyłam swoje serce i przestrzeń, jaką otwieram dla dziadka. Zaprosiłam go do niej. To było dziwne uczucie, ale jednocześnie właściwe...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Nadszedł czas kolejnych warsztatów Judyty. Nie brałam już udziału w ich organizacji, ale mimo to chciałam w nich uczestniczyć. Tym razem miała nocować u Adriana. Pojechaliśmy ją razem odebrać z lotniska. Nasze powitanie było inne od poprzedniego. Obie się zmieniłyśmy. Ona była jakaś chłodna, a ja przestałam ją traktować jak Boginię. Sama zaczynałam się tak czuć. Odkrywałam się pod wieloma względami silniejsza niż kiedykolwiek. Być może to wszystko miało swój sens, może działo się po to, bym rosła w siłę, bym była w pełni sobą. Niepewna siebie Angela odchodziła do przeszłości... Odwieźli mnie do domu i kontakt między nami się urwał. Adrian przestał się odzywać i zostałam sama ze swoimi myślami. Kolejny raz.
Któregoś wieczoru coś mnie podkusiło, abym zrobiła rzecz, której prawdopodobnie nigdy wcześniej nie odważyłabym się zrobić.
Wpatrywałam się ślepo w czarnego, buczącego laptopa, którego Adrian pożyczył mi na jakiś czas. "A co gdybym sprawdziła jego Facebooka???" - przeszło mi przez głowę. Nadal było zapisane na nim jego hasło. Chciałam jakiejś jasności w naszej sytuacji, czegoś, co pozwoliłoby mi w końcu ruszyć dalej. Miałam wrażenie, że wręcz muszę to zrobić, że gdzieś w głębi serca on sam dał mi na to pozwolenie. Taka niepisana umowa. Serce waliło mi jak młot, gdy wchodziłam na jego profil. Strasznie dziwne uczucie. Oto zagłębiałam się w czyjś świat, tajemnice i sekrety życia innej osoby. Byłam w krainie osoby, którą tak bardzo kochałam. Z jeszcze większym biciem serca, otwierałam jego wiadomości. Było tego sporo, jednak w najświeższych wiadomościach znalazłam korespondencję z dziewczyną, o której mówił. Patrzyłam na jej zdjęcie i nie mogłam uwierzyć, bo wyglądała niemal dokładnie tak jak ja. Czytałam po kolei wszystkie wiadomości. Moje serce zamierało, gdy patrzyłam na daty. Nakładały się one na nasze spotkania. Ogromne uczucie niesprawiedliwości i jednocześnie wściekłość, zalewały moje serce. Czym byłam gorsza od niej? Zwracał się do niej językiem, jakim nigdy nie zwracał się do mnie. "Słońce". Dlaczego nigdy mnie tak nie nazwał? Dlaczego nie byłam nią? Dlaczego nie byłam słabą, cichą kobietką, taką jak ta dziewczyna? Co było ze mną nie tak?! Coś we mnie krzyczało. Kim ja naprawdę jestem?! Co ja wyprawiam??? Co jest ze mną nie tak, że nikt nie potrafi mnie pokochać?!!! Trzęsłam się z bólu i żalu. To było jakieś błędne koło. Musiałam to z nim skonfrontować. Miałam nadzieję, że to ostatecznie zakończy całą sytuację.
Również nie byłam pewna, co zrobić z warsztatami? Iść czy nie iść? Gdybym tylko wiedziała, co jest dla mnie najlepsze? Zdecydowałam, że pójdę. Nie chciałam stracić szansy na naprawienie mojego życia. Może to moje ego próbowało wycofać się z tej sytuacji? Coś było jednak nie tak. Wszystko było nie tak, miałam jakieś bardzo dziwne, nieprzyjemne przeczucie.
Kiedy weszłam na salę w piątkowy wieczór, Adrian spojrzał na mnie i posłał serdeczny uśmiech. Nie odwzajemniłam go. Nie po tym, czego się dowiedziałam. W zamian zaczęłam rozmawiać z ludźmi dookoła, ignorując jego obecność. On sam również nie podszedł do mnie. Trzymał się blisko Judyty. Prawdopodobnie dla niego ona też była swojego rodzaju guru.
Podczas spotkania, Judyta kazała nam zrobić kilka dość ciekawych ćwiczeń w grupie. Miały one nam uzmysłowić, na jakim etapie swojego życia jesteśmy. Widziałam, że Adrian przyglądał mi się kątem oka, jednak był zbyt bardzo pochłonięty organizacją i osobą Judyty, by podejść i zamienić kilka słów. Był taki dziwny. Złość podchodziła do mojego gardła, coraz wyżej i wyżej. Czemu ten człowiek tak dziwnie się zachowuje? Gdy bywał tylko ze mną, był zupełnie inną osobą, wśród innych przestawałam dla niego istnieć. Po zakończeniu wieczornego warsztatu pożegnałam się i wyszłam, jako jedna z pierwszych.
Długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły się różne myśli. Czułam się jak zepsuta lalka, którą odstawia się w kąt, gdy tylko się znudzi. Nic nie było takie jak wcześniej! Nic! Ten żal i smutek, które odczuwałam, były wszechogarniające. W końcu nie wytrzymałam i około pierwszej w nocy wysłałam mu wiadomość...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Wysiadłam z samolotu z uśmiechem na ustach. Znajdowałam się w dobrze znanym mi miejscu: Frankfurt-Hahn, zachodnie Niemcy. Miałam jeszcze trochę czasu, gdyż Christian - chłopak mojej siostry, który miał mnie odebrać, spóźniał się. Nie pozostawało mi nic innego, jak usiąść w przytulnej kawiarence i rozkoszować się chwilą. Zamówiłam ulubione cappuccino i obserwowałam ludzi dookoła. Moją uwagę przykuł młody mężczyzna sączący wino nieopodal mnie. Wymieniliśmy się spojrzeniami, gdybym tylko miała odwagę rozmawiać z obcymi... Choć w zasadzie nie chciało mi się z nikim gadać, po prostu było mi dobrze. Lubiłam Niemcy. Jako państwo różni się bardzo od Irlandii. Przede wszystkim mentalność ludzi była tam inna. Niemcy lubili ładne rzeczy, porządek i ład. Wszystko musiało być na swoim miejscu. Podobało mi się to w nich, miało swój urok. Wprawdzie nie był to naród tak otwarty i rozgadany jak Irlandzki, ale posiadał swoją klasę. Dobrze czułam się w tym państwie, czułam się tam jak u siebie. Pasowałam do reszty.
Spoglądałam raz po raz na zegarek, oczekując Christiana, który mógł się pojawić w każdej chwili. Wciąż go jednak nie było. W końcu zadzwoniłam do niego.
- Hej, gdzie jesteś, zgubiłeś się? - zażartowałam.
- Cześć Angela, yyy, no właśnie, chyba tak! - odpowiedział zakłopotany. - Stoję na jakiejś stacji benzynowej i okazało się, że zjechałem z kursu... kurcze nie wiem, kiedy do ciebie dotrę...
- Hmm, okay, w porządku, zdarza się... Posłuchaj, sprawdzę, o której jest autobus i oddzwonię, może po prostu wezmę autobus?!
Odłożyłam słuchawkę i rozejrzałam się na zewnątrz za autobusami jadącymi w moim kierunku. Lotnisko Frankfurt - Hahn było oddalone od Wiesbaden o jakieś 100 kilometrów. Rozbawił mnie fakt, że Christian się zgubił, moja siostra zawsze bez problemu trafiała na miejsce. Nie byłam jednak zła, w głębi serca poczułam wręcz ulgę. Podróż autobusem mogła być całkiem przyjemna, być może właśnie jej potrzebowałam? Sprawdziłam rozkład i autobus do Mainz odchodził za piętnaście minut.
- Christian, przyjadę następnym autobusem, odbierz mnie tylko na stacji w Mainz proszę - poinformowałam go przez telefon.
- Super, nie ma sprawy. Jeszcze raz przepraszam, nie wiem jak to się stało!!!
- Wszystko ma swój sens, nie denerwuj się już, do zobaczenia wkrótce!
Zapakowałam się w elegancki autokar, usiadłam na siedzeniu przy oknie i pogrążyłam w myślach. Na dworze było już ciemno, czułam się dobrze w miejscu, w którym byłam. Wprawdzie zapomniałam język niemiecki, którym niegdyś tak płynnie się posługiwałam, za to z łatwością posługiwałam się angielskim. Siedząc w autokarze miałam wrażenie, jakbym wracała do domu. "To śmieszne" - pomyślałam. Tyle wspomnień wiąże się z tą okolicą, z pobytem w Niemczech. Wróciły wspomnienia z niesamowitych imprez, szwendania się po mieście z koleżankami, wycieczek po sklepach, mojej choroby. Przywoływały one ciepłe uczucia w moim sercu. Przeżyłam tam bardzo ważny etap mojego życia, intensywny i piękny. Przypomniał mi się moment, gdy zaczepili nas na ulicy jacyś anglojęzyczni turyści, pytając o drogę, a ja nie miałam wtedy o angielskim zielonego pojęcia. Świat jest pełen zaskakujących zdarzeń, bo teraz z językami było na odwrót.
Po godzinnej jeździe dotarłam w końcu do Mainz, niewielkiego miasteczka, sąsiadującego z Wiesbaden. Christian czekał już na mnie, zobaczyłam go z daleka. Miał skruszoną miną. W sumie nie musiał przyjeżdżać, ale lubił mnie, a przede wszystkim kochał moją siostrę. Czułam się, jakbym wróciła do innego świata.
- No cześć! W końcu się widzimy - przywitał mnie - i zaczął tłumaczyć, co się wydarzyło...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Dublin był jak zwykle szary i ponury. Panowała tam inna energia niż w Niemczech. Moje ciało odczuwało to automatycznie, jakbym grzęzła w jakiejś gęstej mazi powietrza. Czułam się nieswojo. Gdy człowiek mieszka w jednym miejscu przez długi czas, przyzwyczaja się, ale tym razem odczuwałam silną różnicę doznań. Moje serce zostało w Wiesbaden. A być może moje serce było wszędzie? Moja czysta, dopiero co orzeźwiona aura, znów zaczęła przesiąkać ciężką energią, związaną z tym miejscem. Dlaczego tego nigdy wcześniej nie zauważałam? A być może to coś we mnie się zmieniło? Gdy dotarłam do domu, postanowiłam zadzwonić, do mojej przyjaciółki Luizy, by podzielić się z nią nowinami.
- Luiza, jestem już gotowa. Szukajmy lokalu na nasz wspólny gabinet! - poinformowałam ją o mojej decyzji z ekscytacją. Nie dowierzałam własnym słowom. To faktycznie się działo.
- Ooo, super, wiedziałam, że podejmiesz taką decyzję. Już mam kilka lokali na oku, więc przyjedź do mnie i wszystko obgadamy!
W jej głosie nie było zaskoczenia, raczej stwierdzenie faktów. Luiza była nie z tej ziemi, nic nigdy jej nie zaskakiwało. Na wszelkie nadprzyrodzone zjawiska wzruszała tylko ramionami, bo dla niej były to rzeczy oczywiste, niepodlegające żadnej dyskusji. Byłam niemal pewna, że w poprzednich wcieleniach była czarownicą. Życie na ziemi stanowiło dla niej niejaką zabawę. Jej podejście do rodziny było również dalekie od wszelkich znanych mi schematów. Do nikogo nie próbowali się dopasować, a jednocześnie żyli w zgodzie z resztą świata. Podobał mi się jej styl bycia. Wiele kobiet mogłoby uczyć się od niej dystansu do świata i samej siebie, a na pewno cierpiałyby mniej. Uwielbiałam jej ośmioletnią córeczkę Ulę, przypominała mi ona małą wróżkę. Obserwowanie jej rodziny było jak świeży powiew wiatru. Żyli swoim życiem, bez pogoni za trendami czy ogólnie przyjętymi schematami. To było cudowne.
Nasze poszukiwania lokalu nie trwały długo. Obie wiedziałyśmy, czego chcemy i jak korzystać z naszej intuicji. W końcu byłyśmy czarownicami! Nasz budżet nie był duży, więc nie mogłyśmy być zbyt wybredne.
Po kilku obejrzanych miejscach zdecydowałyśmy się na pokój w niewielkim centrum holistycznym, prowadzonym przez przesympatycznego starszego pana. Centrum mieściło się w dobrym punkcie, tylko pięćdziesiąt metrów od głównej drogi Drumcondra. Miejsce miało kilka mankamentów, jak brak prowadzącego tam drogowskazu oraz ubogo wyposażone wnętrze. Recepcja wyglądała obiecująco. Niestety nikt na niej nie pracował, natomiast schody i pierwsze piętro pozostawiały wiele do życzenia. Wyraźnie rzucał się w oczy brak kobiecej ręki w dekoracji wnętrza. Beżowa wykładzina, pokrywająca schody, była lekko przytarta i wybrudzona, a hol na piętrze, gdzie znajdował się nasz gabinet, mocno zagracony. Aktualne wyposażenie naszego miejsca pracy pozostawiało wiele do życzenia. Na to jednak miałyśmy już gotowy plan. Właściciel zgodził się wyrzucić wszystkie stare meble i wstawić nasze własne. Trzeba było również pozbyć się brzydkiego zielonego koloru ze ścian. Wyglądał wyjątkowo ponuro.
Nie była to idealna miejscówka i na pewno daleka od mojego wyobrażenia na temat centrum holistycznego, jednak oczyma wyobraźni widziałam nasz gotowy gabinet terapeutyczny. Miałyśmy też nadzieję, że uda nam się namówić Brendana, właściciela, do wprowadzenia kilku korzystnych zmian. Byłyśmy pełne entuzjazmu i dobrej myśli. Zdawałyśmy sobie z Luizą sprawę, że może być niełatwo. Jednak chciałyśmy podjąć to wyzwanie, od czegoś trzeba było przecież zacząć. To był milowy krok do przodu dla nas.
Zdecydowałyśmy się zaczekać z naszym przyszłym gabinetem do początku stycznia 2014 roku. Był już środek listopada i rozpoczynanie nowego projektu w okresie przedświątecznym byłoby bez sensu.
Odczuwałam ogromną radość z podjętej przez nas decyzji. Było to spełnienie jednego z moich największych marzeń. Od czasu ukończenia szkoły widziałam siebie w takim właśnie miejscu. Często podczas moich wizualizacji, wyobrażałam sobie swój własny gabinet: kolory, atmosferę i ciepło w nim panujące. Czułam to całym swoim sercem. Urządzanie i dekoracja tego miejsca było tylko formalnością. W głowie miałam gotowy projekt. Miałam też cichą nadzieję, że moja wizja spodoba się także Luizie. Z wielką ochotą rozpoczęłam planowanie budżetu. W tym celu musiałam zorientować się w cenach potrzebnych nam mebli. Idealnym miejscem do tego typu zakupów była Ikea. Mieli wszystko, czego potrzebowałyśmy. Lubiłam dekoracje, bo to była jedna z moich mocnych stron...
...ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka.
Wszystkie sytuacje opisane w książce wydarzyły się naprawdę. Patrząc z mojej perspektywy i mając na uwadze to, co wiem teraz na temat życia, zaplanowałam je jeszcze przed swoim narodzeniem. Z racji powyższego, nie obwiniam i nie obarczam nikogo za moje doświadczenia.
Moim celem jest podzielenie się pewnymi refleksjami z Tobą - Czytelniku. Być może niektóre będą podobne do Twoich, gdyż w sumie tworzymy jedną wielką całość.
Poprzez tę książkę chcę pokazać, że to my dokonujemy wyborów w życiu. Możemy iść tą drogą czy inną. Bywa też, że nie wiemy, iż możemy wybierać i próbujemy toczyć ciężki kamień pod górę, myśląc, że tak trzeba. Tymczasem wystarczy zrozumieć pewne prawa życia, by całkowicie zmienić bieg zdarzeń. Gdy zrozumiemy w pełni samych siebie i dotrzemy w końcu do tego, kim jesteśmy lub kim bylibyśmy bez naszych ziemskich ograniczeń, jesteśmy w stanie zrozumieć perfekcyjność zdarzeń. To nie oznacza, że obejdzie się bez bólu - doświadczanie go będzie nam towarzyszyć stale, podczas tkwienia w powłoce ludzkiej. Jest to nieodłączna część życia. Zaczniemy patrzeć jednak z przymrużeniem oka na to, co nas otacza. Zdamy sobie sprawę, że jesteśmy częścią ogromnego kosmosu, a nasz Przystanek - Ziemia jest tylko jednym z wielu.
Pomimo bólu, rozczarowań i wielu negatywnych aspektów, jesteśmy również świadkami otaczających nas cudów. Wystarczy zaobserwować przepiękną przyrodę, np. zwierzęta. Gdy przyglądam się beztroskim dzikim kaczkom kołyszącym się na tafli wody widzę, jakie są piękne i całkowicie zsynchronizowane z otoczeniem, wiatrem, porami roku... Nikt im nie mówi, że nadciąga zima i muszą "zbierać się" do ciepłych krajów. Po prostu wiedzione instynktem, jak na zawołanie, wszystkie stada zbierają się, aby odbyć długą podróż w bardziej sprzyjające obszary. A jeśli mamy ten sam mechanizm polepszony o nasz rozum, co jeśli ten instynkt wie dokładnie, co jest dla nas najlepsze? Spójrz na ten świat właśnie w taki sposób. Wojny i zło "panoszą się" z powodu braku świadomości i mimo, że czasem są to walki uzasadniane wiarą, nie mają z nią nic wspólnego - bardziej z ludzkim ego w brzydkim wydaniu.
Być może nie zmienię świata tą książką, ale jeśli mogę zasiać choćby jedno ziarenko nadziei, to sprawi mi to ogromną radość.
Pozdrawiam, Angela