Chopin i buty
- Trzy, dwa, jeden... szukam! - Marysia odsłoniła oczy i rozejrzała się wokoło.
Gdzie oni się schowali...? - pomyślała i zastygła w bezruchu, nasłuchując odgłosów, które zdradziłyby kryjówkę rodzeństwa.
Było cicho, spokojnie i jakoś tak obco w tym zawsze wypełnionym ruchem i gwarem pokoju. Ale już po chwili z szafy dobiegły Marysię delikatne szelesty, spod kanapy wydobyło się ni to sapanie, ni to mlaskanie, a za kotarą ktoś z trudem powstrzymywał chichot.
Dziewczynka uśmiechnęła się i na paluszkach podeszła do szafy. Nagłym ruchem otworzyła drzwi i od razu je zamknęła, przestraszona głośnym piskiem.
- Nie ma mnie, nie ma mnie! - piszczała Helenka, zawiedziona, że to ją pierwszą znalazła młodsza siostra.
- Ciiiii - Marysia położyła palec na ustach i ruchem głowy wskazała Helence kanapę. Teraz obie cichutko zakradły się w jej pobliże i, mrugając do siebie porozumiewawczo, równocześnie schyliły się, by zdemaskować kolejną kryjówkę.
- To Józio! - Helenka poczuła wielką satysfakcję, że starszy brat został odnaleziony zaraz po niej. Józio zaś za bardzo nie zmartwił się tym faktem. Miał buzię pełną cukierków, które przeżuwał z niemałym trudem, mlaskając i sapiąc przy tym zabawnie. Zjedzenie pysznych landrynek było dla niego znacznie ważniejsze niż zabawa w chowanego z siostrami.
Dziewczynki zostawiły więc brata w spokoju i same poszły sprawdzić, kto się ukrył za kotarą. W grę wchodziła Bronia lub Zosia. Ale sądząc po niecierpliwym falowaniu zasłony i zduszonym chichocie, była to...
- Bronka! - obie dziewczynki krzyknęły jednocześnie, widząc roześmianą buzię starszej siostry.
- A gdzie Zosia? - Marysia zaniepokoiła się, bo nie miała już pomysłu na kryjówkę.
- W ogóle się nie bawiła. Poszła do salonu z mamą - odpowiedział obojętnie Józio, który ze swojego ukrycia widział wszystko.
- Jak to?! Dlaczego? - tupnęła nogą Helenka. - To nie w porządku! Ja się tak nie bawię - nadąsała się, bo wciąż było jej trochę przykro, że to ją pierwszą odnalazła Marysia.
- Bo Zosia jest już prawie dorosła - w głosie Broni słychać było nutkę podziwu i zazdrości.
- Eee tam, dorosła! - prychnęła mała Marysia. - Każdy lubi się bawić w chowanego. Nawet tata! A przecież jest bardzo duży - stwierdziła. - Chodźmy do niej - zarządziła i otworzyła drzwi od pokoju.
W salonie było jasno i ciepło. Paliło się w kominku, migotały świece poustawiane w lichtarzach, kandelabrach i świecznikach*. Mama grała na fortepianie, a niedaleko niej, bokiem do drzwi stała Zosia, która stroiła dziwne miny i przybierała różne pozy, wpatrując się w wielkie kryształowe lustro.
- A więc TU jesteś! - krzyknęła z pretensją Helenka.
- Czemu się z nami nie bawisz? Nie jesteś chyba aż TAK DOROSŁA... - Marysia objęła najstarszą siostrę i zajrzała jej w oczy.
- Co? - Zosia przestraszyła się nagłym wejściem rodzeństwa. Zawstydziła się też, że została przyłapana na mizdrzeniu się do lustra. - O czym wy mówicie? Ja słucham, jak mama gra - powiedziała z wyższością i spoważniała.
Dzieci spojrzały na mamę. Pięknie wyglądała przy fortepianie w kremowej sukience z bufiastymi rękawami. Miała włosy upięte w kok, była zarumieniona i uśmiechnięta, a jej palce sprawnie biegały po białych i czarnych klawiszach.
- Nie hałasujcie, to Chopin - Zosia skorzystała z okazji, by pouczyć rodzeństwo. - Mama ostatnio ciągle go gra.
Dzieci umilkły i speszone usiadły na sofie i fotelach.
Smutny ten Chopin - pomyślała Marysia. - Jakby deszcz padał w jego muzyce.
Tego dnia długo jeszcze brzmiał jej w uszach deszczowy rytm utworu Chopina, który grała mama. Przypominało go tykanie zegara, kroki taty, który chodził po swoim gabinecie, i miarowe uderzanie młoteczka, którym pani Skłodowska przybijała podeszwy do butów.
- Mamusiu, uszyłaś dla mnie buty Chopina! - uśmiechnęła się, kiedy matka kazała jej przymierzyć nowiutką, dopiero co wykończoną parę brązowych trzewiczków.
- Naprawdę, nie musisz tego robić, Broneczko, to praca dla mężczyzny! - pan Skłodowski nie lubił widzieć żony z młotkiem szewskim w ręku. - Nawet samo słowo "szewc" jest rodzaju męskiego. Wolę jak grasz Chopina.
- Dobrze wiesz, Władku, że nie kupilibyśmy tylu par porządnych butów - uśmiechnęła się pani Skłodowska. - Dzieci prędko z nich wyrastają albo je niszczą, a wszystko takie drogie... Cieszę się, że mogę zrobić dla nich buty sama. Szczególnie teraz, jak już nie pracuję, tylko jestem w domu. To całkiem ciekawe i wesołe zajęcie. Zobacz! - objęła męża i spojrzała na Marysię, która, tupiąc obcasami, tańcowała w swoich nowych butach.
Przy lampie naftowej
Marysia otworzyła drzwi i weszła do gabinetu taty. W półmroku dostrzegła zarys stojących tu mebli - kanapy, owalnego stołu, krzeseł i szerokiego biurka, przy którym siedział ojciec. Podbiegła do niego i wdrapała mu się na kolana, zarzucając ręce na szyję.
- Cóż tam, Maniu? - pan Skłodowski uśmiechnął się do córki i odłożył pióro.
- Chcę posłuchać tej bajki, którą nam wczoraj czytałeś, tato... - Marynia zamrugała swoimi szaroniebieskimi oczami i zaczęła wiercić się niecierpliwie na kolanach ojca.
Profesor Skłodowski roześmiał się i wyrównał plik rozrzuconych na biurku kartek, zapełnionych rzędami cyfr.
- Bajki? Hm... w pewnym sensie jest to bajka, ale... Zresztą to właściwie nieistotne - powiedział i podkręcił światło lampy naftowej stojącej na stole. - Najważniejsze, że ci się podoba. Zawołaj zatem resztę towarzystwa. Czas na wieczorne czytanie.
Marysia wybiegła w radosnych podskokach z gabinetu ojca, nawołując rodzeństwo, a pan Skłodowski podszedł do przeszklonej biblioteczki. Stało tam w równych rzędach całe mnóstwo książek z różnokolorowymi grzbietami, na których złociły się napisy w rozmaitych językach. Zastanowił się chwilę i wyjął dość gruby tom w ciemnej oprawie. Położył go na stoliku, po czym usiadł na fotelu i założył okulary.
Po chwili wpadła zarumieniona Marynia i pozostałe "towarzystwo", jak to mówił tata. Najstarsza, dziesięcioletnia już Zosia, z poważną miną zasiadła na kanapie. Obok niej usiadły siedmioletnia Bronia i o rok od niej młodsza Helenka, chichocząc i szepcząc coś do siebie nawzajem. Dziewięcioletni Józio, jedyny chłopak, przysiadł na krześle obok ojca, a najmłodsza z nich wszystkich Mania wdrapała się jak zwykle tacie na kolana.
- I co było dalej? - zapytała.
- Posłuchajcie - ojciec otworzył książkę i zaczął czytać:
Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy,
Okrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany,
U góry błękitnawy, na zachód różany**.
Marysia zasłuchała się. Uwielbiała wieczorne czytania taty, który niskim, ciepłym głosem odmalowywał postacie, krajobrazy i sytuacje. Robił przy tym różne miny, to ściszał głos, to podnosił, marszczył brwi i poprawiał okulary. Czytał tak, że dziewczynka widziała dokładnie w swojej wyobraźni cały ten opisany przez poetę świat, który podobał jej się i pociągał. Dziwiła się, że nikt w historii o panu Tadeuszu nie musi mówić po rosyjsku, i zachwycała się melodią i rytmem poezji.
Pan Skłodowski skończył czytać, zamknął książkę i odłożył okulary. Zaległa cisza, przerywana tylko pokasływaniem mamy, która od kilku już dni leżała chora w sypialni.
- No, dzieci, czas do łóżek - powiedział ojciec i zdjął ze swoich kolan zasypiającą już prawie Marynię. - Ale najpierw jeszcze pacierze - ukląkł przed wiszącym na ścianie krzyżem. - Za mamę, żeby była zdrowa. I za naszą ojczyznę, żeby była wolna - spojrzał na Zosię, która rozpoczęła modlitwy.
Marysia nie rozumiała ani tego, co dzieje się z mamą, ani dlaczego trzeba się modlić za wolność ojczyzny. Nie pytała jednak o nic, tylko składała rączki i powtarzała za siostrą kolejne Zdrowaś Maryjo...
Płomień lampy tańczył i rzucał cienie na ścianę pod krzyżem, tworząc rozmaite kształty i obrazy. W jego blasku wszystko wydawało się takie tajemnicze i niesamowite, nawet twarze sióstr, brata i ojca wyglądały inaczej niż za dnia.
- Dobranoc, kochani - profesor Skłodowski ucałował główki wszystkich dzieci po kolei. - Spokojnych snów - uśmiechnął się i zasiadł w fotelu, gdy w drzwiach pojawiła się pokojówka, żeby położyć dzieci do łóżek.
Umilkł gwar i dziecięce śmiechy. Cisza ogarnęła dom. Profesor Skłodowski rozłożył prace klasowe swoich uczniów. Myślał o tym, że w tej chorej rzeczywistości, kiedy rosyjski zaborca zabrania mówienia po polsku i o Polsce, te chwile z dziećmi i poezją Mickiewicza są bezcenne. Miał jeszcze dużo sprawdzania, a do matematyki potrzebne jest szczególne skupienie i uwaga. Pochylił się więc nad zeszytami i półgłosem powtarzał obliczenia.
Wszyscy spali. Tylko Marynia leżała w łóżku z szeroko otwartymi oczami. Zastanawiała się, czy jutro będzie jej w końcu wolno przytulić się do mamy...
Jestem dzielna
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Lichtarz - bardzo ozdobny, stojący świecznik dla jednej świecy; kandelabr - duży, ozdobny, kilkuramienny świecznik stojący.
** Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz.