W poszukiwaniu istoty czasu - Ruth Ozeki

Reflow text when sidebars are open.
1
Uwagę Ruth przyciągnął jakiś błysk - drobny odblask słońca pod wielkim kłębem schnących krasnorostów, który morze wyrzuciło na brzeg podczas przypływu. Wzięła go za połysk umierającej meduzy i niemal przeszła obok. Na plażach było ostatnio pełno meduz z tego potwornego parzącego gatunku; wyglądały niczym rany na linii brzegowej.
Ale coś sprawiło, że przystanęła. Nachyliła się i trąciła kępę krasnorostów czubkiem trampka, a potem dźgnęła patykiem. Rozsunęła długie liście na tyle, by zorientować się, że tym, co błyszczało pod spodem, wcale nie była umierająca meduza, ale coś z plastiku, jakaś torba. Nic nadzwyczajnego. Ocean był pełen plastikowych śmieci. Sięgnęła nieco głębiej, aż zdołała chwycić torebkę za rożek. Była cięższa, niż się spodziewała; podrapana plastikowa torebka do zamrażania jedzenia, obrośnięta pąklami, które wykwitały na jej powierzchni jak wysypka. Musiała długo dryfować na morzu, pomyślała Ruth. W środku dostrzegła przebłysk czegoś czerwonego - pewnie jakieś śmieci, wyrzucone za burtę albo pozostawione po pikniku czy imprezie. Morze zawsze zbierało takie rzeczy i wyrzucało je z powrotem: żyłki wędkarskie, spławiki, puszki po piwie, plastikowe zabawki, tampony, buty. Przed kilkoma laty były też odcięte stopy. Ludzie znajdowali je wyrzucone na piasek na całej Vancouver Island. Jedną odkryto właśnie na tej plaży. Nikt nie potrafił wyjaśnić, co się stało z resztą ciał. Ruth nie chciała nawet myśleć, co mogło gnić w tej torebce. Przerzuciła ją dalej na plażę. Dokończy spacer i wracając, zabierze do domu i wyrzuci.
2
- Co to?! - zawołał jej mąż z przedpokoju.
Ruth siekała właśnie w skupieniu marchewki do obiadu.
- To tutaj - dopytywał Oliver, kiedy nie odpowiedziała.
Podniosła wzrok. Stał w drzwiach kuchni, trzymając w dwóch palcach podrapaną torebkę z plaży. Ruth zostawiła ją na ganku, miała później wyrzucić do śmieci, ale coś zaprzątnęło jej głowę i zapomniała.
- A, zostaw to - powiedziała. - Jakieś śmieci. Znalazłam na plaży. Nie wnoś ich, proszę, do domu.
Dlaczego musiała się tłumaczyć?
- Ale w środku coś jest - zaprotestował Oliver. - Nie chcesz sprawdzić, co to takiego?
- Nie - odpowiedziała. - Obiad prawie gotowy.
Mimo to Oliver wniósł torebkę do środka i położył ją na stole, sypiąc dookoła piaskiem. Nie mógł się powstrzymać. Taką już miał naturę: musiał wiedzieć, musiał rozkładać rzeczy na części, a czasem nawet składać je z powrotem. Ich zamrażalnik pełen był plastikowych całunów zawierających maleńkie zwłoki ptaków, ryjówek i innych zwierzątek znoszonych przez kota, czekających na sekcję zwłok i wypchanie.
- To nie jest tylko jedna torebka - oświadczył, ostrożnie rozpinając pierwszą warstwę i odkładając ją na bok. - Tu są torebki w torebkach.
Kot, zaintrygowany, wskoczył na blat, żeby pomóc. Normalnie nie wolno mu było łazić po stole. Miał imię - Shrödinger - ale nigdy go nie używali. Oliver nazywał go Szkodnikiem, czasem Szkodą. Kot zawsze rozrabiał: patroszył wiewiórki na środku kuchni i zostawiał pod drzwiami sypialni drobne, lśniące organy, nerki i jelita, żeby Ruth wdeptywała w nie bosymi stopami, idąc nocą do łazienki. Stanowili zgrany zespół, Oliver i kot. Kiedy Oliver szedł na górę, kot szedł na górę. Kiedy Oliver schodził na dół jeść, kot schodził na dół jeść. Kiedy Oliver wychodził na dwór na siusiu, kot wychodził na dwór na siusiu. Teraz Ruth przyglądała się, jak wspólnie badają zawartość plastikowych torebek. Skrzywiła się w oczekiwaniu na smród resztek po czyimś pikniku albo czegoś gorszego, co zrujnuje zapach ich posiłku. Zupy z soczewicy. Mieli na obiad zupę z soczewicy i sałatkę, do której właśnie dodała rozmaryn.
- Może mógłbyś przeprowadzać tę sekcję śmieci na ganku?
- Przecież sama to przyniosłaś - odparł Oliver. - A poza tym to chyba nie śmieci. Zbyt schludnie opakowane. - I dalej skrupulatnie zdzierał kolejne warstwy.
Ruth pociągnęła nosem, ale wyczuła tylko piasek, sól i zapach morza.
Nagle Oliver zaczął się śmiać.
- Patrz, Szkoda! - powiedział. - To dla ciebie! Pudełko śniadaniowe z Hello Kitty!
- Proszę cię...! - jęknęła Ruth.
- A w środku coś jest...
- Mówię poważnie! Nie chcę, żebyś to tu otwierał. Zabierz to na zewn...
Ale było już za późno.
3
Oliver rozłożył płasko torebki, układając je jedna na drugiej od największej do najmniejszej, po czym posortował zawartość w trzy schludne zbiory: plik ręcznie pisanych listów, pękata książka w czerwonej okładce, staromodny zegarek na rękę z matowoczarnym licem i fosforyzującymi cyframi. Obok nich pudełko z Hello Kitty, które uchroniło to wszystko przed niszczącym wpływem oceanu. Kot zaczął je obwąchiwać. Ruth podniosła go i zestawiła na podłogę, po czym przeniosła uwagę z powrotem na przedmioty na stole.
Listy napisano chyba po japońsku. Tytuł na okładce czerwonej książki był w języku francuskim. Na odwrocie zegarka wygrawerowano jakieś trudne do odcyfrowania znaki, Oliver wyciągnął więc swojego iPhone'a i zaczął je badać przez aplikację z mikroskopem.
- To chyba też japoński - powiedział.
Ruth przekartkowała listy, próbując odczytać znaki wypisane wyblakłym granatowym tuszem.
- Pismo jest stare i kursywne. Piękne, ale nic nie mogę odczytać. - Odłożyła listy i wzięła od Olivera zegarek. - Tak - potwierdziła. - To japońskie cyfry. Ale nie data. Yon, nana, san, hachi, nana. Cztery, siedem, trzy, osiem, siedem. Może numer seryjny?
Przyłożyła zegarek do ucha, nasłuchując tykania, ale był zepsuty. Odłożyła go i podniosła jasnoczerwone pudełko śniadaniowe. To właśnie z powodu tej czerwieni, prześwitującej przez podarty plastik, początkowo wzięła torebkę za meduzę. Ile czasu dryfowała w oceanie, zanim wyrzuciło ją na brzeg? Dookoła wieka pudełka znajdowała się gumowa uszczelka. Ruth podniosła książkę, która była zdumiewająco sucha; płócienna okładka była miękka i sfatygowana, rogi stępiały od częstego dotykania. Przysunęła krawędź do nosa i wciągnęła zatęchłą woń pleśniejących kartek i kurzu. Spojrzała na tytuł.
- A la recherche du temps perdu - przeczytała. - Par Marcel Proust.
4
Lubili książki, wszystkie książki, ale szczególnie te stare. Ich dom był nimi wypełniony. Leżały wszędzie - w stosach na półkach i na podłodze, na krzesłach, na schodach, ale ani Ruth, ani Oliverowi to nie przeszkadzało. Ruth była powieściopisarką, a powieściopisarze, twierdził Oliver, powinni mieć koty i książki. I rzeczywiście - kupowanie książek było dla niej nagrodą pocieszenia za to, że przenieśli się na tę odległą wysepkę na środku Desolation Sound, gdzie biblioteka publiczna składała się z jednego zawilgoconego, sterroryzowanego przez dzieci pokoju nad pomieszczeniem domu kultury. Poza rozległą i mocno eksploatowaną sekcją literatury młodzieżowej oraz kilkoma popularnymi tytułami literatury dojrzałej księgozbiór składał się w większości z publikacji o ogrodnictwie, przetwórstwie spożywczym, bezpiecznym żywieniu, alternatywnych źródłach energii, alternatywnej medycynie i alternatywnym kształceniu. Ruth tęskniła za bogactwem i różnorodnością miejskich bibliotek, ich cichością i przestronnością. Kiedy przeprowadziła się z Oliverem na tę małą wysepkę, uzgodnili, że będzie mogła zamawiać każdą książkę, jakiej tylko sobie zażyczy, co też robiła. Mówiła, że potrzebne jej są do celów badawczych, ale ostatecznie większość czytał Oliver, podczas gdy ona przebrnęła tylko przez kilka. Po prostu lubiła się nimi otaczać. Niedawno jednak zwróciła uwagę, że od wilgotnego morskiego powietrza pęczniały im kartki, a w grzbietach zaczynały się gnieździć rybiki. Kiedy otwierała książki, wyczuwała zapach pleśni. To napełniało ją smutkiem.
- W poszukiwaniu straconego czasu - przetłumaczyła tytuł, wytłoczony zatartymi złotymi literami na płóciennej okładce. - Nigdy tego nie czytałam.
- Ja też nie - odparł Oliver. - Ale chyba nie zamierzam próbować po francusku.
- Mhm - przytaknęła, lecz i tak otworzyła książkę, ciekawa, czy da radę zrozumieć choćby kilka pierwszych linijek. Spodziewała się postarzałego tomu zadrukowanego staromodną czcionką, więc fioletowe litery nabazgrane na pierwszej stronie nastoletnią dłonią wzięły ją całkowicie z zaskoczenia. Było to dla niej świętokradztwo tak wstrząsające, że niemal upuściła książkę.
5
Druk jest przewidywalny i bezosobowy, przekazuje informację poprzez mechaniczną transakcję z okiem czytelnika. W odróżnieniu od niego pismo odręczne opiera się oku, ujawnia swoje znaczenie powoli, jest równie intymne jak skóra.
Ruth wbiła oczy w kartkę. Fioletowe wyrazy napisane były w większości po angielsku, z rozrzuconymi gdzieniegdzie japońskimi znakami, lecz jej oczy przyswajały nie tyle ich znaczenie, ile odczuwalne, intensywne i emocjonalne wrażenie obecności autorki. Palce, które trzymały fioletowy żelowy długopis, musiały należeć do nastolatki. Jej pismo - te pełne zakrętasów fioletowe znaki na papierze - przechowało w sobie nastroje i lęki autorki. Ruth od pierwszego spojrzenia nie miała cienia wątpliwości, że koniuszki palców dziewczyny były różowe i wilgotne, a paznokcie obgryzione do żywego mięsa.
Przyjrzała się literom. Były okrągłe i trochę niedbałe (wyobrażała więc sobie, że ich autorka również musiała taka być), ale trzymały się mniej więcej prosto i maszerowały przez kartki w dobrym tempie, ani pospiesznie, ani z ociąganiem. Czasami pod koniec strony trochę się tłoczyły, jak ludzie przepychający się do windy albo do wagonu metra tuż przed zamknięciem drzwi. Ruth poczuła, że budzi się w niej ciekawość. Był to wyraźnie jakiś dziennik. Znowu obejrzała okładkę. Czy powinna go czytać? Otworzyła książkę na pierwszej stronie, tym razem uważnie, z lekkim poczuciem, jakby robiła coś nieprzyzwoitego, jakby podsłuchiwała kogoś lub podglądała. Powieściopisarze spędzają wiele czasu, wtykając nos w sprawy innych ludzi. Ruth dobrze więc znała to uczucie.
"Cześć! - przeczytała. - Nazywam się Nao i jestem istotą czasu. Wiesz, co to takiego?".
6
- Wyrzucone przez morze - powiedział Oliver. Przyglądał się właśnie pąklom, które porastały powierzchnię zewnętrznej torebki. - Niewiarygodne.
Ruth podniosła głowę znad pierwszej strony.
- No przecież, że wyrzucone - powiedziała. - Przez morze albo przez kogoś. - Książka była ciepła w jej dłoniach i Ruth miała ochotę czytać dalej, ale zamiast tego zapytała: - Co to właściwie za różnica?
- Wyrzucone przez morze znaczy, że mogło się tam znaleźć przypadkowo. A kiedy ktoś coś wyrzuca, robi to celowo. Kwestia intencji. Więc masz rację. Może to zostało wyrzucone przez kogoś. - Oliver położył torebkę z powrotem na stole. - Chyba się zaczyna.
- Co takiego?
- Dryf - odparł. - Przedmioty uciekają z orbity pacyficznego prądu kołowego...
Oczy mu błyszczały i Ruth widziała jego podekscytowanie. Odłożyła książkę na kolana.
- Co to jest prąd kołowy?
- Istnieje jedenaście wielkich planetarnych prądów kołowych - zaczął Oliver. - Dwa z nich płyną z Japonii prosto na nas i skręcają tuż przed wybrzeżem Kolumbii Brytyjskiej. Ten mniejszy, Aleucki, skręca na północ, w kierunku Aleutów. Większy skręca na południe. Czasami nazywany jest Żółwim Prądem, bo morskie żółwie korzystają z niego podczas migracji z Japonii do Baja.
Opisał rękami duże koło. Kot, który zasnął na stole, wyczuł chyba jego podniecenie, bo uchylił zielone oko i zaczął się przyglądać.
- Wyobraź sobie Pacyfik - mówił Oliver. - Żółwi Prąd porusza się zgodnie ze wskazówkami zegara, a Prąd Aleucki na odwrót. - Jego dłonie zaczęły kreślić wielkie łuki i spirale pływów oceanicznych.
- Czy to nie to samo, co Kuroshio?
O Kuroshio opowiadał jej wcześniej. Znano go także pod nazwą Czarnego Prądu - roznosił ciepłą tropikalną wodę z Azji na północ i do północno-zachodnich wybrzeży Pacyfiku.
Oliver pokręcił jednak głową.
- Nie do końca - powiedział. - Prądy kołowe są większe. To jak pasmo prądów. Wyobraź sobie pierścień węży, z których każdy gryzie ogon tego przed sobą. Kuroshio to jeden z czterech czy pięciu prądów, które składają się na Żółwi Prąd.
Ruth skinęła głową. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie węże.
- Każdy prąd kołowy orbituje z własną prędkością - ciągnął Oliver. - A długość takiej orbity nazywana jest tonem. Czy to nie piękne? Jak muzyka sfer. Najdłuższy okres takiej orbity to trzynaście lat, co stanowi podstawowy ton. Ton Żółwiego Prądu wynosi sześć i pół roku. A Prąd Aleucki ma ćwierć tonu, trzy lata. W takich prądach kołowych dryfuje wiele przedmiotów. Te, które pozostają w orbicie prądu, uznaje się za część jego pamięci. Tempo ucieczki z prądu to okres połowicznego rozpadu przedmiotów...
Podniósł pudełko z Hello Kitty i obrócił je w dłoniach.
- Te wszystkie rzeczy, które tsunami zabrało z japońskich domów... Namierzyli je i przewidują, że ocean wyrzuci je na naszym wybrzeżu. Tylko chyba zaczyna się to wcześniej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.
1
Cześć!
Nazywam się Nao i jestem istotą czasu. Wiesz, co to takiego? Dobra, opowiem ci, jeśli masz chwilę.
Istota czasu to ktoś, kto żyje w czasie, czyli ja, ty i każdy, kto żyje, żył albo kiedykolwiek będzie żył. Co do mnie, siedzę właśnie w kawiarni z obsługą przebraną za francuskie pokojówki w Akiba Electricity Town4, słuchając smutnej francuskiej piosenki, granej gdzieś w twojej przeszłości, która jest zarazem moją współczesnością, pisząc i myśląc o tobie, ukrytym gdzieś w mojej przyszłości. A skoro to czytasz, to może teraz i ty myślisz o mnie.
Zastanawiasz się nade mną.
Ja zastanawiam się nad tobą.
Kim jesteś i co robisz?
Czy jedziesz w wagonie nowojorskiego metra, trzymając się uchwytu, czy moczysz się w swoim jacuzzi w Sunnyvale?
Czy opalasz się na piaszczystej plaży na Phuket, czy robisz sobie manikiur w Brighton?
Czy jesteś mężczyzną? Kobietą? Czymś pomiędzy?
Czy twoja dziewczyna gotuje ci pyszny obiad, czy też wyjadasz z kartonika zimną chińszczyznę?
Czy leżysz zwinięty w kulkę, odwrócony od pochrapującej żony, czy też czekasz, aż twój piękny kochanek skończy kąpiel, żebyś mogła się z nim namiętnie kochać?
Czy masz kota i czy siedzi on teraz na twoich kolanach? Czy jego czoło pachnie jak cedry i świeże słodkie powietrze?
Właściwie nie ma to większego znaczenia, bo zanim skończysz czytać, wszystko będzie już inne, a ty znajdziesz się w zupełnie innym miejscu, przerzucając nieuważnie kartki tej książki - będącej, tak się składa, zapisem moich ostatnich dni na ziemi - i zastanawiając się, czy czytać dalej.
Jeśli postanowisz tego nie robić - spoko, nie ma sprawy, i tak nie jesteś tym, na którego czekałam. Ale jeśli czytasz dalej, to wiesz co? Jesteś moim typem istoty czasu i razem będziemy czynić magię!
2
Hmmm. Ale to było durne. Będę musiała bardziej się postarać. Na pewno zastanawiasz się, jaka kretynka napisałaby coś takiego.
No cóż - ja.
Nao.
Nao to ja, Naoko Yasutani, tak brzmi moje pełne imię, ale możesz mi mówić Nao, wszyscy tak robią. Lepiej opowiem ci trochę o sobie, jeśli mamy tak na siebie wpadać...! :)
Właściwie niewiele się zmieniło. Nadal siedzę w tej kawiarni z francuskimi pokojówkami w Akiba Electricity Town, Edith Pilaf śpiewa kolejną smutną piosenkę, Babette właśnie przyniosła mi kawę i wypiłam łyk. Babette to moja pokojówka i moja przyjaciółka, a kawa jest marki Blue Mountain i piję ją czarną, co nie jest typowe dla nastoletnich dziewcząt, ale właśnie w ten sposób należy pić dobrą kawę, jeśli ma się choć trochę szacunku dla tego gorzkiego ziarna.
Podciągnęłam skarpetkę i podrapałam się pod kolanem.
Wygładziłam plisy, żeby równo układały mi się na udach.
Założyłam sięgające mi do ramion włosy za prawe ucho, w którym mam pięć dziurek, ale teraz pozwalam im znowu opaść skromnie na twarz, bo otaku5, który siedzi przy sąsiednim stoliku, ciągle się na mnie gapi i zaczyna mnie to przerażać, choć jednocześnie bawi. Mam na sobie licealny mundurek i po sposobie, w jaki ten facet gapi się na moje ciało, widzę, że jego megafetysz to uczennice, tylko po co w takim razie przesiaduje w kawiarni z motywem francuskich pokojówek? Palant!
Ale nigdy nie wiadomo. Wszystko się zmienia i wszystko jest możliwe, więc może i ja zmienię zdanie na jego temat. Może w ciągu następnych kilku minut nachyli się nieśmiało w moją stronę i powie coś tak zdumiewająco pięknego, że mimo jego tłustych włosów i kiepskiej cery zaleje mnie fala sympatii i zniżę się nawet do tego, żeby porozmawiać z nim chwilę, potem on zaprosi mnie na zakupy, a jeśli zdoła mnie przekonać, że szaleńczo się we mnie zakochał, pójdę z nim do centrum handlowego i pozwolę kupić sobie ładny sweterek albo keitai6, albo torebkę, choć wyraźnie widać, że nie szasta pieniędzmi. A potem może pójdziemy do klubu, wypijemy parę koktajli i wymkniemy się do love hotelu z wielkim jacuzzi, i wtedy, po kąpieli, akurat kiedy zacznę się z nim oswajać, on odsłoni swoje prawdziwe oblicze i zwiąże mnie, założy mi na głowę plastikową reklamówkę po moim nowym swetrze i mnie zgwałci, a po kilku godzinach policja znajdzie moje nagie zwłoki powyginane pod dziwnymi kątami na podłodze obok wielkiego okrągłego łóżka przykrytego skórą zebry.
A może tylko poprosi, żebym poddusiła go swoimi majtkami, aby mógł się podniecać ich pięknym zapachem.
A może żadna z tych rzeczy nie wydarzy się nigdzie poza moim i twoim umysłem, ponieważ - jak już mówiłam - wspólnie czynimy magię, przynajmniej na razie.
3
Jesteś tam jeszcze? Właśnie przeczytałam to, co napisałam o tym facecie, i chciałabym przeprosić. To było wredne. Nie tak powinien wyglądać miły początek.
Nie chcę, żebyś odniósł niewłaściwe wrażenie. Nie jestem głupia. Wiem, że Edith Pilaf wcale nie nazywa się Pilaf. Nie jestem też wredną krową ani hentai7. Właściwie w ogóle nie przepadam za hentai, więc jeśli sam do nich należysz, to prosiłabym, żebyś natychmiast odłożył tę książkę i nie czytał dalej, okej? Tylko się rozczarujesz i zmarnujesz czas, bo nie jest to żaden tajemny dziennik nieletniej nimfomanki, pełen różowych fantazji i obrzydliwych fetyszy. Wcale nie o to chodzi. Piszę to wszystko, zanim umrę, bo chcę opowiedzieć komuś wspaniałą historię życia mojej stuczteroletniej prababki, która jest mniszką buddyzmu zen.
Pewnie myślisz, że zakonnice nie są specjalnie fascynujące, ale moja prababka naprawdę jest niesamowita, i to nie w jakiś zboczony sposób. Nie wątpię, że na świecie żyje wiele perwersyjnych mniszek... no, może mniszek nie aż tak dużo, ale perwersyjnych kapłanów to na pewno, oni są wszędzie... ale mój dziennik nie ma opowiadać o nich ani ich dziwnych zwyczajach.
Ten dziennik opowie prawdziwą historię mojej prababki Jiko Yasutani. Była mniszką, powieściopisarką oraz Nową Kobietą8 ery Taisho9. Była także anarchistką i feministką, miała mnóstwo kochanków, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, ale nigdy nie była zboczona ani wredna. I choć może zdarzy mi się wspomnieć o kilku jej romansach, to jednak wszystko, co napiszę, będzie historyczną prawdą służącą umocnieniu kobiet, a nie żadnym gejszowatym kiczem. Jeśli więc lubisz czytać o zboczeniach i świństwach, lepiej zamknij tę książkę, daj ją swojej żonie albo koledze z pracy i oszczędź sobie czasu i zachodu.
4
To ważne, żeby mieć w życiu jasno wytyczone cele, nie? Zwłaszcza jeśli tego życia nie zostało ci tak dużo. Bo jeśli nie masz jasnych celów, to może się zdarzyć, że skończy ci się czas, a wtedy przyłapiesz się na tym, że stoisz na parapecie wieżowca albo siedzisz na łóżku z buteleczką pigułek i myślisz: Kurna! Schrzaniłem. Gdybym tylko wytyczył sobie jaśniejsze cele!
Mówię ci to, bo sama niedługo już będę przebywać na tym świecie, więc jakby mam prawo z góry cię ostrzec, żebyś niczego nie zakładał. Założenia są do kitu. Jak oczekiwania. Założenia i oczekiwania zabiją każdy związek, więc lepiej nie idźmy w tę stronę, okej?
Prawda jest taka, że wkrótce zakończę swój pobyt w czasie - a może nie powinnam mówić "zakończę", bo to brzmi, jakbym zrealizowała swoje cele i zasłużyła na przejście do następnego etapu, podczas gdy prawda jest taka, że mam szesnaście lat i nic nie osiągnęłam. Zero. Nada. Brzmi żałośnie? Nie o to mi chodziło. Chcę tylko precyzyjnie się wyrazić. Może zamiast "zakończyć" powinnam powiedzieć, że wylecę z czasu. Wykopią mnie. Time out. Koniec z moją egzystencją. Już odliczam chwile.
Raz...
Dwa...
Trzy...
Cztery...
Hej, już wiem! Policzmy te momenty razem!10
1
Tyle mam do napisania. Od czego zacząć?
Wysłałam mojej starej Jiko wiadomość z tym pytaniem, a ona odpisała mi: ?????????11.
No dobrze, kochana stara Jiko. Zacznę od tego miejsca, od Uroczego Fartuszka Fifi. To jedna z kilku kawiarenek z francuskimi pokojówkami, które wyrosły parę lat temu w Akiba Electricity Town, ale tym, co wyróżnia to miejsce, jest wystrój francuskiego salonu. Wnętrze urządzone jest na czerwono i różowo z akcentami złota, hebanu i kości słoniowej. Stoliki są okrągłe, z blatami wyglądającymi jak marmur i nogami jak rzeźbiony mahoń, dopasowane do nich krzesła obite są miękką różową tapicerką. Po tapetach pną się aksamitne pąsowe róże, okna spowijają satynowe zasłony. Sufit jest złocony i obwieszony kryształowymi żyrandolami, a w kątach unoszą się niczym chmury gołe laleczki Kewpie. Jest tu przedpokój i szatnia z małą fontanną oraz posągiem gołej pani oświetlonym pulsującą czerwoną lampką.
Nie wiem, czy jest to autentyczny wystrój, bo nigdy nie byłam we Francji, ale zaryzykuję twierdzenie, że w Paryżu raczej nie ma zbyt wielu kafejek w tym stylu. Nieważne. W Uroczym Fartuszku Fifi panuje szykowna i intymna atmosfera, człowiek czuje się, jakby go wepchnęli do wielkiej, klaustrofobicznej walentynki. Same pokojówki ze swoimi wypchanymi dekoltami i falbaniastymi uniformami też wyglądają jak śliczne małe walentynki.
Niestety, w tej chwili jest tu dość pusto, właściwie nie ma nikogo z wyjątkiem kilku wyglądających na otaku12 typków w rogu i dwojga amerykańskich turystów z wytrzeszczonymi oczami. Pokojówki stoją naburmuszone w szeregu, skubiąc koronki swoich halek i patrząc na nas znudzonym i rozczarowanym wzrokiem, jakby czekały na lepszych klientów, którzy trochę rozruszają atmosferę. Jakiś czas temu zrobiło się ciekawie, kiedy jeden z otaku zamówił omuraisu13 z namalowaną ketchupem główką Hello Kitty. Pokojówka z wypisanym na identyfikatorze imieniem Mimi przyklękła przed nim i zaczęła go karmić, dmuchając na każdy kęs, zanim włożyła mu go do ust. Amerykanie niemal padli. Wyglądało to przezabawnie. Szkoda, że tego nie widziałeś. Ale chłopak zjadł, Mimi zabrała talerz i znowu zrobiło się nudno. Amerykanie piją kawę. Mąż usiłuje przekonać żonę, żeby jemu też pozwoliła zamówić omuraisu z Hello Kitty, ale ona jest na to za sztywna. Słyszę, jak szepce, że to za dużo kosztuje, i ma trochę racji. Strasznie tu zdzierają za jedzenie, ale moja kawa jest darmowa, bo Babette to moja przyjaciółka. Dam ci znać, jeśli żona wyluzuje i zmieni zdanie.
Kiedyś było tu inaczej. Babette mówiła mi, że dawniej, kiedy tego typu kawiarnie były ninki #1!14, klienci godzinami czekali w kolejkach, żeby dostać stolik, a pokojówkami zostawały najładniejsze dziewczyny w Tokio i ponad zgiełkiem Elektrycznego Miasta słychać było ich okrzyki: Okaerinasaimase, dannasama!15, dzięki którym mężczyźni czują się bogaci i ważni. Ale teraz moda minęła, pokojówki nie są już na topie, a jedynymi klientami są zachodni turyści, otaku16 z prowincji albo żałośni hentai z niemodnym fetyszem pokojówki. Również dziewczęta nie są już tak ładne i urocze, bo więcej pieniędzy można zarobić jako pielęgniarka w kafejkach z motywem medycznym albo przebierając się za pluszaka w Bedtown17. Faza na francuskie pokojówki zdecydowanie się kończy i wszyscy o tym wiedzą, więc nikomu nawet nie chce się wysilać. Można by pomyśleć, że to dość przygnębiające, ale ja świetnie się tu czuję, właśnie dlatego, że nikt się za bardzo nie stara. Dla mnie przygnębiające jest to, kiedy ktoś za bardzo się wysila, a najgorsza jest sytuacja, kiedy nie tylko się wysilają, ale w dodatku wydaje im się, że ludzie dają się na to nabrać. Na pewno kiedyś tak właśnie wyglądało to miejsce, pełne wesołego brzęku dzwoneczków i śmiechu, i kolejek do końca ulicy, i słodkich pokojóweczek podlizujących się szefom, którzy przechadzali się dookoła w dizajnerskich okularach i lewisach vintage niczym władcy mroku albo panowie imperiów gier komputerowych. Tych kolesi czekał upadek z bardzo, bardzo wysoka.
Podsumowując, zupełnie mi to wszystko nie przeszkadza. Właściwie całkiem lubię to miejsce, bo zawsze mogę tu znaleźć wolny stolik, muzyka jest w porządku, a obsługa zna mnie i zazwyczaj daje mi spokój. Może powinni zmienić nazwę na Samotny Fartuszek Fifi. Hej, to całkiem niezłe! Podoba mi się!
2
Moja stara Jiko bardzo lubi, kiedy opowiadam jej o szczegółach współczesnego życia. Nie wychodzi już zbyt często, bo mieszka w świątyni położonej na górskim pustkowiu i wyrzekła się świata, no a poza tym ma przecież swoje sto cztery lata. Ciągle powtarzam, że to właśnie jej wiek, ale tak naprawdę tylko się tego domyślam. Właściwie nie wiemy dokładnie, ile ma lat, a ona twierdzi, że nie pamięta. Kiedy ją o to spytać, mówi:
- Zuibun nagaku ikasarete itadaite orimasu ne18.
Co nie jest żadną odpowiedzią, więc człowiek pyta znowu, a ona mówi:
- Soo desu ne19. Od tak dawna się nad tym nie zastanawiałam...
Wtedy więc pytasz ją, kiedy się urodziła, na co odpowiada:
- Hmmm, właściwie nie pamiętam swoich urodzin...
A jeśli pomęczysz ją jeszcze trochę i spytasz, jak długo już żyje, mówi:
- Byłam tu zawsze, odkąd pamiętam.
No coś takiego, babciu!
Jedyne, co wiemy z całą pewnością, to że nie ma nikogo starszego od niej, kto by to wszystko pamiętał, i że rejestr urodzeń w urzędzie spłonął podczas nalotu w czasie drugiej wojny, więc zasadniczo musimy jej wierzyć na słowo. Kilka lat temu obstawała przy stu czterech latach i od tego czasu tak już zostało.
Jak mówiłam, moja stara Jiko bardzo lubi szczegóły i chce, żeby opowiadać jej o wszystkich drobnych dźwiękach, zapachach, kolorach, światłach, reklamach, ludziach, modach i nagłówkach gazet, które składają się na hałaśliwy ocean Tokio, dlatego wyćwiczyłam się w zauważaniu i zapamiętywaniu takich rzeczy. Opowiadam jej o wszystkim, o trendach w kulturze i wiadomościach, które czytałam, o licealistkach gwałconych i duszonych plastikowymi torebkami w love hotelach. Babci można mówić o tym wszystkim i wcale jej to nie przeszkadza. Nie chcę przez to powiedzieć, że ją to cieszy. Babcia nie jest hentai. Ale rozumie, że czasem życie jest do dupy, więc siedzi tylko i słucha, i kiwa głową, przesuwając paciorki swojego juzu20 i odmawiając modlitwy za te biedne uczennice i zboczeńców, i za wszystkie cierpiące istoty na ziemi. Jest mniszką, więc na tym polega jej praca. Słowo daję, czasami mam wrażenie, że główną przyczyną, dla której jeszcze żyje, są te wszystkie powody do modłów, które jej podsuwam.
Spytałam ją kiedyś, dlaczego lubi słuchać takich historii, i wyjaśniła mi, że kiedy została mniszką, zgoliła głowę i złożyła śluby, aby stać się bosatsu21. Jednym ze ślubów było, że zbawi wszystkie istoty, co zasadniczo oznacza, że postanowiła nie osiągać oświecenia, póki nie osiągną go wszystkie inne istoty na świecie. To trochę tak, jak przepuszczać wszystkich do windy. Kiedy skalkuluje się wszystkie istoty żyjące na ziemi w danym momencie, a potem doda do nich te, które rodzą się co sekunda, i te, które już umarły - i to nie tylko ludzi, ale też wszystkie zwierzęta i inne formy życia, takie jak ameby, wirusy i może nawet rośliny, które kiedykolwiek istniały lub będą istnieć, a także gatunki, które wyginęły - no cóż, widać wtedy, że dojście do oświecenia zajmie jej bardzo dużo czasu. A co, jeśli winda się wypełni, drzwi się zatrzasną, a ty nadal stoisz na zewnątrz?
Kiedy spytałam o to babcię, potarła swoją lśniącą łysą głowę i powiedziała:
- Soo desu ne. To bardzo duża winda...
- Ależ babciu, temu nie będzie końca!
- W takim razie musimy starać się jeszcze bardziej.
- My?!
- Oczywiście, kochana Nao. Musisz mi pomóc.
- Nie ma mowy - powiedziałam. - Nigdy w życiu! Nie jestem żadnym pieprzonym bosatsu...
Ale ona tylko zacmokała i zachrzęściła paciorkami swojego juzu, i spojrzała na mnie przez te swoje grube okulary w czarnych oprawkach w taki sposób, że myślę, iż w tym momencie odmawiała modlitwę i za mnie. Nie przeszkadzało mi to. Poczułam się dzięki temu bezpiecznie, jakby niezależnie od tego, co się wydarzy, babcia zamierzała dopilnować, abym wsiadła do tej windy.
Wiesz co? Dokładnie w chwili, kiedy to napisałam, zdałam sobie z czegoś sprawę. Nigdy nie zapytałam jej, dokąd właściwie zmierza ta winda. Wyślę jej teraz esemesa i spytam. Dam ci znać, jak odpowie.
3
No dobrze, więc teraz naprawdę już opowiem ci o fascynującym życiu Jiko Yasutani, słynnej anarchistkofeministkopowieściopisarkomniszki ery Taisho, ale najpierw muszę wyjaśnić, o co chodzi z tą książką, którą trzymasz22. Pewnie zauważyłeś, że nie wygląda ona na typowy dziennik uczennicy, z nadmuchanymi zwierzątkami na lśniącej różowej okładce, kłódeczką w kształcie serca i małym złotym kluczykiem. Założę się, że kiedy po raz pierwszy wziąłeś ją do ręki, wcale nie pomyślałeś: Oto miły, niewinny dziennik interesującej japońskiej licealistki. Jejku, chyba sobie poczytam! - bo myślałeś, że to filozoficzne arcydzieło A la recherche du temps perdu, napisane przez słynnego francuskiego pisarza Marcela Prousta, nie zaś pozbawione znaczenia gryzmoły byle kogo nazywającego się Nao Yasutani. Co dowodzi tylko prawdy powiedzenia "nie sądź książki po okładce"23!
Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo rozczarowany. Prawda jest taka, że książka Marcela Prousta została z niej wyrwana, ale nie ja to zrobiłam. Kupiłam książkę w tej postaci w małym butiku w Harajuku24, gdzie sprzedają ręcznie robione, niepowtarzalne rzeczy: szydełkowe szaliki, futerały na keitai, mankiety z koralików i inne supergadżety. Rękodzieło to megatrend w Japonii, wszyscy robią na drutach, szydełkują, nanizują koraliki i robią pepakurę25, ale ja jestem niezgrabą, więc jeśli chcę być na topie, to muszę sobie takie rzeczy kupować. Dziewczyna, która robi te dzienniki, jest superznaną artystką. Skupuje kontenery starych książek z całego świata, a potem wycina zadrukowane strony i wkłada na ich miejsce czyste kartki. Robi to tak zmyślnie, że nawet nie widać oszustwa, można niemal pomyśleć, że litery zwyczajnie zsunęły się z papieru i wypadły na podłogę jak kopiec martwych mrówek.
Ostatnio w moim życiu wydarzyło się sporo złych rzeczy. W dniu, w którym kupiłam ten dziennik, urwałam się ze szkoły i byłam wyjątkowo przygnębiona, więc postanowiłam pojechać na zakupy do Harajuku, żeby poprawić sobie humor. Kiedy zobaczyłam na półce te stare książki, pomyślałam, że to tylko dekoracja, i nawet nie zwróciłam na nie uwagi, ale gdy ekspedientka mi je pokazała, oczywiście musiałam sobie jedną kupić. Tania nie była, ale zakochałam się w fakturze sfatygowanej okładki i wprost czułam, jak wspaniale byłoby pisać w czymś takim, jak w prawdziwej, opublikowanej książce. Ale najlepsze ze wszystkiego było to, że wiedziałam, iż będzie to doskonałe zabezpieczenie.
Nie wiem, czy miałeś kiedy problem z ludźmi, którzy biją cię i kradną twoje rzeczy, a potem wykorzystują je przeciwko tobie, ale jeśli tak, to zrozumiesz, że ta książka była genialnym rozwiązaniem na wypadek, gdyby któryś z moich durnych kolegów postanowił przywłaszczyć sobie mój dziennik, przeczytać go i opublikować zawartość w internecie albo coś podobnego. Ale kto ruszyłby starą książkę pod tytułem A la recherche du temps perdu, prawda? Idioci z mojej klasy pomyśleliby, że to tylko praca domowa z juku26. Nawet nie wiedzieliby, co to znaczy.
Właściwie i ja tego nie wiedziałam, bo nie znam francuskiego. W sklepiku była masa książek o różnych tytułach. Niektóre po angielsku, jak Wielkie nadzieje czy Podróże Guliwera - i w porządku, ale pomyślałam, że lepiej kupić tytuł, którego nie potrafię przeczytać, bo jego znajomość mogłaby wpłynąć na moją twórczą ekspresję. Były też książki w innych językach - niemieckie, rosyjskie, nawet chińskie, ale ostatecznie wybrałam A la recherche du temps perdu, bo domyśliłam się, że to francuski, a francuski jest cool i ma w sobie coś wyrafinowanego, a poza tym ta książka idealnie mieściła się w mojej torebce.
4
Oczywiście gdy tylko ją kupiłam, od razu chciałam zacząć w niej pisać, więc poszłam do pobliskiej kissa27 i zamówiłam blue mountain, a potem wyjęłam swój ulubiony fioletowy cienkopis i otworzyłam na pierwszej kremowej stronie. Upiłam łyk gorzkiej kawy i czekałam, aż zjawią się słowa. Czekałam i czekałam, wypiłam więcej kawy i dalej czekałam. I nic. Jestem dość gadatliwa - pewnie widać - i zazwyczaj nie mam problemów z wymyśleniem, co powiedzieć. Ale tym razem, chociaż w głowie kłębiły mi się różne myśli, słowa nie przychodziły. To było dziwne, ale doszłam do wniosku, że zwyczajnie onieśmiela mnie ta nowa stara książka i że w końcu mi przejdzie. Wypiłam więc kawę, przeczytałam parę mang, a kiedy nadeszła pora zakończenia lekcji, wróciłam do domu.
Następnego dnia spróbowałam jeszcze raz, ale wydarzyło się dokładnie to samo. I znowu. Za każdym razem, kiedy wyjmowałam tę książkę, zaczynałam gapić się na tytuł i zastanawiać. Ten Marcel Proust musiał być naprawdę ważny, skoro choćby ktoś taki jak ja o nim słyszał, nawet jeśli z początku nie wiedziałam, kim jest, i myślałam, że to jakiś sławny mistrz kuchni albo francuski projektant. A co, jeśli jego duch nadal tkwił w tych okładkach, wkurzony za oszustwo tamtej artystki, która wycięła jego słowa? I co, jeśli teraz ten duch przeszkadzał mi w używaniu jego słynnej książki do bazgrania nastoletnich banałów, na przykład w kim się zabujałam (nie żebym była w kimkolwiek zabujana) albo jakie modne rzeczy mi się podobają (moje pragnienia są nieskończone), albo o moich tłustych udach (właściwie uda mam w porządku, za to nie znoszę swoich kolan). Naprawdę nie można mieć do niego pretensji, że się wkurzał, jeśli myślał, że będę wypisywać w jego ważnej książce takie bzdury.
A chociażby jego duchowi to nie przeszkadzało, i tak nie chciałabym marnować jej na takie trywialne sprawy, nawet gdyby nie były to moje ostatnie dni na tej ziemi. Ale skoro są to moje ostatnie dni, ja również chcę napisać coś ważnego. No, może nie ważnego, bo nic ważnego nie wiem, ale coś wartego napisania. Chcę zostawić po sobie coś prawdziwego.
Ale o czym prawdziwym miałabym napisać? Jasne, mogę napisać o wszystkich tych złych rzeczach, które mi się przydarzyły, i o moich uczuciach do taty, mamy i tak zwanych kolegów, ale nieszczególnie mam na to ochotę. Kiedykolwiek myślę o swoim głupim, pustym życiu, dochodzę do wniosku, że marnuję tylko czas - i nie tylko ja. Każdy, kogo znam, jest taki sam, z wyjątkiem starej Jiko. Wszyscy marnujemy czas, zabijamy go i czujemy się podle.
Tylko co to właściwie znaczy marnować czas? Jeśli zmarnujesz czas, czy jest on stracony na zawsze?
A jeśli czas jest stracony na zawsze, co to oznacza? Przecież nie umrzesz wcześniej, prawda? Jeśli ktoś chce umrzeć wcześniej, musi wziąć sprawy w swoje ręce.
5
Tak czy owak, te myśli o duchach i czasie zaczynały krążyć mi po głowie i rozpraszać mnie za każdym razem, kiedy usiłowałam pisać w książce starego Marcela, póki w końcu nie zdecydowałam, że muszę wiedzieć, co oznacza ten tytuł. Spytałam Babette, ale nie mogła mi pomóc, bo oczywiście wcale nie jest prawdziwą francuską pokojówką, tylko pochodzącą z Chiby dziewczyną bez matury, a po francusku potrafi powiedzieć tylko kilka seksownych zwrotów, których nauczyła się od jakiegoś pierdołowatego starego nauczyciela francuskiego, z którym przez jakiś czas się prowadzała. Kiedy więc wróciłam tamtego dnia do domu, wygooglowałam Marcela Prousta i dowiedziałam się, że A la recherche du temps perdu oznacza W poszukiwaniu straconego czasu.
Dziwne, nie? Siedziałam w kawiarni z francuskimi pokojówkami w Akibie, rozmyślając o straconym czasie, podczas gdy sto lat temu stary Marcel Proust siedział sobie we Francji, pisząc książkę na dokładnie ten sam temat. Może jego duch rzeczywiście tkwił w tych okładkach i włamywał mi się do głowy albo może był to zwyczajnie zbieg okoliczności, ale jakkolwiek było, to naprawdę ekstra. Moim zdaniem przypadki są fajne, nawet jeśli nic nie znaczą, a zresztą kto wie? Może znaczą! Nie twierdzę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Chodzi raczej o to, że miałam wrażenie, jakbyśmy ja i stary Marcel nadawali na tych samych falach.
Następnego dnia wróciłam do Fifi i zamówiłam mały imbryk herbaty lapsang souchong, którą piję czasami, kiedy robię sobie przerwę od blue mountain. Siedząc tak, popijając herbatę o dymnym smaku, podjadając francuskie ciastko i czekając, aż Babette umówi mnie z kimś na randkę, zaczęłam się zastanawiać.
Jak w ogóle szuka się straconego czasu? To ciekawe pytanie, więc wysłałam esemesa do starej Jiko, bo zawsze tak robię, kiedy zmagam się z jakimś filozoficznym dylematem. Potem musiałam czekać bardzo, bardzo długo, ale w końcu mój keitai wydał z siebie dźwięk, który mówił, że odpowiedziała. A oto, co napisała:
?????
???????
?????28
co oznacza mniej więcej:
Bywa, że
Słowa ulatują...
Czy to opadłe liście?
Nie jestem zbyt dobra z poezji, ale kiedy przeczytałam wiersz starej Jiko, oczami wyobraźni zobaczyłam takie wielkie stare drzewo miłorzębu, które rośnie na terenie jej świątyni29. Jego liście mają kształt małych zielonych wachlarzyków, a jesienią robią się jasnożółte, opadają i zakrywają całą ziemię, malując wszystko na czyste złoto. Przyszło mi do głowy, że to wielkie stare drzewo także jest istotą czasu, tak samo jak Jiko, i wyobraziłam sobie samą siebie, jak szukam pod nim straconego czasu, przesiewając opadłe liście, jej rozsypane złote słowa.
Idea istoty czasu pochodzi z książki pod tytułem Sh?b?genz?, którą pewien mistrz zen o imieniu D?gen Zenji napisał jakieś osiemset lat temu, co czyni go jeszcze starszym niż stara Jiko czy nawet Marcel Proust. D?gen Zenji to jeden z ulubionych autorów Jiko i ma farta, że jego książki są ważne i nadal dostępne. Niestety, wszystko, co napisała sama Jiko, wyszło już z druku, więc nigdy nie czytałam jej utworów, za to opowiedziała mi mnóstwo historii. To sprawiło, że zaczęłam rozmyślać o tym, iż słowa i opowieści to także istoty czasu - i wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby wykorzystać ważną książkę Marcela Prousta, aby spisać historię życia mojej starej Jiko.
Nie chodzi tu wcale o to, że Jiko to najważniejsza osoba, jaką znam, chociaż częściowo to prawda. I nie o to, że jest niesamowicie stara i była już na świecie, kiedy Marcel Proust pisał swoją książkę o czasie. Powodem, dla którego postanowiłam napisać o niej w A la recherche du temps perdu, jest to, że to jedyny znany mi człowiek, który naprawdę rozumie czas.
Stara Jiko jest superostrożna, jeśli chodzi o czas. Wszystko robi bardzo, bardzo powoli, nawet jeśli zwyczajnie siedzi na werandzie i patrzy na ważki krążące leniwie nad ogrodowym stawem. Mówi, że robi wszystko tak wolno po to, żeby rozciągnąć czas, aby mieć go więcej i żyć dłużej, a potem śmieje się, żeby dać do zrozumienia, że to tylko żart. Wie przecież doskonale, że czasu nie można rozsmarować niczym masła czy dżemu, a śmierć nie zaczeka sobie na boku, aż skończysz robić, cokolwiek właśnie robisz, zanim cię ciachnie. Na tym właśnie polega dowcip, a Jiko śmieje się, bo go rozumie.
Ale tak naprawdę wcale mnie to nie śmieszy. Może i nie wiem, ile dokładnie stara Jiko ma lat, ale wiem na pewno, że już niedługo będzie martwa, nawet jeśli nie dokończy zamiatania świątynnej kuchni albo pielenia grządki z białą rzodkwią, albo układania świeżych kwiatów na ołtarzu. A kiedy umrze, będzie to jej koniec, jeśli chodzi o czas. Jej samej zupełnie to nie przeszkadza, ale mnie - bardzo. To ostatnie dni Jiko na tym świecie, a ja nic nie mogę na to poradzić, nic nie mogę zrobić, żeby powstrzymać czas przed upływem czy chociaż go zwolnić, i każda sekunda dnia jest kolejną sekundą straconą. Ona pewnie by się ze mną nie zgodziła, ale ja widzę to właśnie w ten sposób.
Nie przeszkadza mi myśl, że na świecie zabraknie mnie samej, bo jestem przeciętna, ale nienawidzę myśli o świecie pozbawionym starej Jiko. Ona jest zupełnie wyjątkowa i specjalna, jak ostatni żółw Galapagos albo jakieś inne pradawne zwierzę gramolące się po wyschniętej ziemi, jedyne, które pozostało ze swojego rodzaju. Ale nie zaczynajmy rozmowy na temat ginących gatunków, bo to strasznie przygnębiające i będę musiała zabić się na miejscu.
6
Okej, Nao. Po co to robisz? O co właściwie ci chodzi?
W tym cały kłopot. Jedynym powodem spisania historii życia Jiko jest to, że ją kocham i chcę ją zapamiętać, ale przecież sama nie zamierzam dożyć starości, a martwa, tak czy owak, nie będę pamiętać jej opowieści, prawda?
Zresztą, kogo poza mną to obchodzi? Gdybym myślała, że świat zechce poznać starą Jiko, umieszczałabym jej historie na blogu, ale przestałam go prowadzić już jakiś czas temu. Smuciło mnie, kiedy przyłapywałam się na udawaniu, że każdy tam, w cyberprzestrzeni, dba o to, co myślę, podczas gdy tak naprawdę wszyscy mają to gdzieś30. A kiedy przemnożyłam ten smutek przez miliony ludzi pozamykanych w swoich samotnych pokoikach, piszących jak furiaci i publikujących na swoich samotnych stronkach, których nikt nie ma czasu czytać, bo wszyscy są zbyt zajęci pisaniem i publikowaniem31, poczułam się tak, jakby serce miało mi pęknąć.
Prawda jest taka, że mój krąg znajomych nie jest ostatnio zbyt duży, a ludzie, z którymi spędzam czas, nie należą do osób, które obchodziłaby stuczteroletnia buddyjska mniszka, nawet jeśli jest ona bosatsu potrafiącą korzystać z e-maila i esemesów - choć tylko dlatego, że zmusiłam ją do kupna komputera, żeby miała ze mną kontakt, kiedy ja jestem w Tokio, a ona siedzi w swojej rozwalającej się świątyni na szczycie góry na środku pustkowia. Jiko nie przepada za najnowszą technologią, ale radzi sobie całkiem dobrze jak na istotę czasu z kataraktą i artretyzmem w obu kciukach. Stara Jiko i Marcel Proust pochodzą ze świata sprzed komputerów, a jest to czas, który został dziś całkowicie utracony.
Tak więc siedzę tu, w Samotnym Fartuszku Fifi, gapiąc się na te wszystkie puste kartki i zastanawiając się, na co mi to, kiedy nagle powala mnie niesamowity pomysł. Gotowy? Oto on:
Spiszę w książce Marcela wszyściutko, co wiem o życiu Jiko, a kiedy skończę, zwyczajnie zostawię ją gdzieś, a ty ją znajdziesz!
Super, nie? Mam wrażenie, jakbym sięgała poprzez czas do przodu, by cię dotknąć, a teraz, kiedy to znalazłeś, ty sięgasz wstecz i dotykasz mnie!
Moim zdaniem to fantastyczne, super i piękne. Jak list w butelce wyrzucony w ocean czasu i przestrzeni. I taki osobisty, i prawdziwy, rodem z nieskomputeryzowanego świata starej Jiko i Marcela. To przeciwieństwo bloga. To antyblog, bo przeznaczony jest tylko dla jednej wyjątkowej osoby, a tą osobą jesteś ty. Jeśli doczytałeś tak daleko, to chyba rozumiesz, o co mi chodzi. Rozumiesz? Czy czujesz się już wyjątkowo?
Poczekam tu chwilę i zobaczę, czy odpowiesz...
7
Żartuję. Wiem, że nie możesz odpowiedzieć, i teraz jest mi głupio, bo co, jeśli wcale nie czujesz się wyjątkowo? Założyłam to z góry, prawda? A może myślisz, że jestem zwyczajną kretynką, i wyrzucisz mnie na śmieci, jak to się dzieje z tymi wszystkimi dziewczynami, o których opowiadam Jiko; tymi, które giną z rąk zboczeńców siekających je potem na kawałki i wrzucających do śmietnika tylko dlatego, że popełniły błąd i umówiły się z niewłaściwym facetem. To byłoby naprawdę smutne i przerażające.
Albo - kolejna straszna myśl - co, jeśli w ogóle tego nie czytasz? Co, jeśli nawet nie znalazłeś tej książki, bo ktoś wywalił ją do śmieci albo trafiła do recyklingu, zanim zdołała do ciebie dotrzeć? Wtedy historie starej Jiko naprawdę przepadną na zawsze, a ja siedzę tu i marnuję czas, gadając z wnętrzem śmietnika.
Hej, odpowiedz! Trafiłam do kosza czy nie?
Żartuję. Znowu. :)
Okej, oto, co postanowiłam. Nie przeszkadza mi ryzyko, bo dodaje ono sprawie interesującego smaczku. I nie sądzę, żeby przeszkadzało starej Jiko, bo jako buddystka doskonale rozumie nietrwałość i to, że wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. Starej Jiko naprawdę nie obchodzi, czy jej historie zostaną zapisane, czy utracone, i może przejęłam od niej odrobinę tej niefrasobliwości. Kiedy nadejdzie czas, mogę zwyczajnie dać sobie spokój.
Albo i nie. Nie wiem. Może zanim dojdę do ostatniej strony, będę za bardzo skrępowana albo zawstydzona, żeby zwyczajnie gdzieś to zostawić, i zamiast tego spietram i wszystko zniszczę.
Hej, jeśli tego nie czytasz, to wiesz, że jestem tchórzem! Ha, ha.
A jeśli chodzi o tę całą historię z wkurzonym duchem Marcela, postanowiłam się tym nie przejmować. Googlując Marcela Prousta, znalazłam go przypadkiem w rankingu sprzedaży na Amazonie - nie mogłam uwierzyć, że jego książki nadal są w druku. Zależnie od wydania A la recherche du temps perdu zajmuje on miejsce między trzynaście tysięcy sześćset dziewięćdziesiątym piątym a siedemdziesiąt dziewięć tysięcy trzysta dwudziestym czwartym. Bestseller to to nie jest, ale jak na trupa całkiem nieźle. Mówię o tym gwoli informacji. Żebyś wiedział, że nie musisz mu tak strasznie współczuć.
Nie wiem, ile czasu zajmie mi ten projekt. Pewnie miesiące. Książka jest pełna pustych kartek, Jiko ma wiele opowieści, a ja piszę dość wolno, ale będę ciężko pracować i prawdopodobnie zanim dojdę do ostatniej strony, stara Jiko będzie już martwa i mój czas także nadejdzie.
Wiem też, że nigdy nie zdołam zapisać każdego szczegółu z życia Jiko, jeśli więc chcesz dowiedzieć się więcej, musisz przeczytać jej książki, o ile zdołasz je znaleźć. Jak już mówiłam, wszystkie wyszły w druku i całkiem możliwe, że jakaś sprytna dziewczyna wydarła z nich kartki i wyrzuciła wszystkie złote słowa na śmietnik, obok Prousta. To byłoby naprawdę smutne, bo stara Jiko nie figuruje w rankingu Amazonu. Wiem, bo sprawdzałam i w ogóle jej tam nie ma. Hmmm. Muszę sobie przemyśleć ten pomysł z wyrywaniem kartek z książek. Może jednak nie jest taki super.