W poszukiwaniu istoty czasu - Ruth Ozeki

-
Proszę czekać

Ruth

1

Uwagę Ruth przy­ciągnął jakiś błysk - drob­ny od­blask słońca pod wiel­kim kłębem schnących kra­sno­rostów, który mo­rze wy­rzu­ciło na brzeg pod­czas przypływu. Wzięła go za połysk umie­rającej me­du­zy i nie­mal przeszła obok. Na plażach było ostat­nio pełno me­duz z tego po­twor­ne­go parzącego ga­tun­ku; wyglądały ni­czym rany na li­nii brze­go­wej.

Ale coś spra­wiło, że przy­stanęła. Na­chy­liła się i trąciła kępę kra­sno­rostów czub­kiem tramp­ka, a po­tem dźgnęła pa­ty­kiem. Roz­sunęła długie liście na tyle, by zo­rien­to­wać się, że tym, co błysz­czało pod spodem, wca­le nie była umie­rająca me­du­za, ale coś z pla­sti­ku, jakaś tor­ba. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Oce­an był pełen pla­sti­ko­wych śmie­ci. Sięgnęła nie­co głębiej, aż zdołała chwy­cić to­rebkę za rożek. Była cięższa, niż się spo­dzie­wała; po­dra­pa­na pla­sti­ko­wa to­rebka do za­mrażania je­dze­nia, obrośnięta pąkla­mi, które wy­kwi­tały na jej po­wierzch­ni jak wy­syp­ka. Mu­siała długo dry­fo­wać na mo­rzu, pomyślała Ruth. W środ­ku do­strzegła przebłysk cze­goś czer­wo­ne­go - pew­nie ja­kieś śmie­ci, wy­rzu­co­ne za burtę albo po­zo­sta­wio­ne po pik­ni­ku czy im­pre­zie. Mo­rze za­wsze zbie­rało ta­kie rze­czy i wy­rzu­cało je z po­wro­tem: żyłki wędkar­skie, spławi­ki, pusz­ki po pi­wie, pla­sti­ko­we za­baw­ki, tam­po­ny, buty. Przed kil­ko­ma laty były też odcięte sto­py. Lu­dzie znaj­do­wa­li je wy­rzu­co­ne na pia­sek na całej Van­co­uver Is­land. Jedną od­kry­to właśnie na tej plaży. Nikt nie po­tra­fił wyjaśnić, co się stało z resztą ciał. Ruth nie chciała na­wet myśleć, co mogło gnić w tej to­reb­ce. Prze­rzu­ciła ją da­lej na plażę. Dokończy spa­cer i wra­cając, za­bie­rze do domu i wy­rzu­ci.

2

- Co to?! - zawołał jej mąż z przed­po­ko­ju.

Ruth sie­kała właśnie w sku­pie­niu mar­chew­ki do obia­du.

- To tu­taj - do­py­ty­wał Oli­ver, kie­dy nie od­po­wie­działa.

Pod­niosła wzrok. Stał w drzwiach kuch­ni, trzy­mając w dwóch pal­cach po­dra­paną to­rebkę z plaży. Ruth zo­sta­wiła ją na gan­ku, miała później wy­rzu­cić do śmie­ci, ale coś zaprzątnęło jej głowę i za­po­mniała.

- A, zo­staw to - po­wie­działa. - Ja­kieś śmie­ci. Zna­lazłam na plaży. Nie wnoś ich, proszę, do domu.

Dla­cze­go mu­siała się tłuma­czyć?

- Ale w środ­ku coś jest - za­pro­te­sto­wał Oli­ver. - Nie chcesz spraw­dzić, co to ta­kie­go?

- Nie - od­po­wie­działa. - Obiad pra­wie go­to­wy.

Mimo to Oli­ver wniósł to­rebkę do środ­ka i położył ją na sto­le, sypiąc do­okoła pia­skiem. Nie mógł się po­wstrzy­mać. Taką już miał na­turę: mu­siał wie­dzieć, mu­siał rozkładać rze­czy na części, a cza­sem na­wet składać je z po­wro­tem. Ich za­mrażal­nik pełen był pla­sti­ko­wych całunów za­wie­rających maleńkie zwłoki ptaków, ryjówek i in­nych zwierzątek zno­szo­nych przez kota, cze­kających na sekcję zwłok i wy­pcha­nie.

- To nie jest tyl­ko jed­na to­reb­ka - oświad­czył, ostrożnie roz­pi­nając pierwszą warstwę i odkładając ją na bok. - Tu są to­reb­ki w to­reb­kach.

Kot, za­in­try­go­wa­ny, wsko­czył na blat, żeby pomóc. Nor­mal­nie nie wol­no mu było łazić po sto­le. Miał imię - Shrödin­ger - ale nig­dy go nie używa­li. Oli­ver na­zy­wał go Szkod­ni­kiem, cza­sem Szkodą. Kot za­wsze roz­ra­biał: pa­tro­szył wie­wiórki na środ­ku kuch­ni i zo­sta­wiał pod drzwia­mi sy­pial­ni drob­ne, lśniące or­ga­ny, ner­ki i je­li­ta, żeby Ruth wdep­ty­wała w nie bo­sy­mi sto­pa­mi, idąc nocą do łazien­ki. Sta­no­wi­li zgra­ny zespół, Oli­ver i kot. Kie­dy Oli­ver szedł na górę, kot szedł na górę. Kie­dy Oli­ver scho­dził na dół jeść, kot scho­dził na dół jeść. Kie­dy Oli­ver wy­cho­dził na dwór na siu­siu, kot wy­cho­dził na dwór na siu­siu. Te­raz Ruth przyglądała się, jak wspólnie ba­dają za­war­tość pla­sti­ko­wych to­re­bek. Skrzy­wiła się w ocze­ki­wa­niu na smród resz­tek po czy­imś pik­ni­ku albo cze­goś gor­sze­go, co zruj­nu­je za­pach ich posiłku. Zupy z so­cze­wi­cy. Mie­li na obiad zupę z so­cze­wi­cy i sałatkę, do której właśnie dodała roz­ma­ryn.

- Może mógłbyś prze­pro­wa­dzać tę sekcję śmie­ci na gan­ku?

- Prze­cież sama to przy­niosłaś - od­parł Oli­ver. - A poza tym to chy­ba nie śmie­ci. Zbyt schlud­nie opa­ko­wa­ne. - I da­lej skru­pu­lat­nie zdzie­rał ko­lej­ne war­stwy.

Ruth pociągnęła no­sem, ale wy­czuła tyl­ko pia­sek, sól i za­pach mo­rza.

Na­gle Oli­ver zaczął się śmiać.

- Patrz, Szko­da! - po­wie­dział. - To dla cie­bie! Pudełko śnia­da­nio­we z Hel­lo Kit­ty!

- Proszę cię...! - jęknęła Ruth.

- A w środ­ku coś jest...

- Mówię poważnie! Nie chcę, żebyś to tu otwie­rał. Za­bierz to na zewn...

Ale było już za późno.

3

Oli­ver rozłożył płasko to­reb­ki, układając je jed­na na dru­giej od naj­większej do naj­mniej­szej, po czym po­sor­to­wał za­war­tość w trzy schlud­ne zbio­ry: plik ręcznie pi­sa­nych listów, pękata książka w czer­wo­nej okładce, sta­ro­mod­ny ze­ga­rek na rękę z ma­to­wo­czar­nym li­cem i fos­fo­ry­zującymi cy­fra­mi. Obok nich pudełko z Hel­lo Kit­ty, które uchro­niło to wszyst­ko przed niszczącym wpływem oce­anu. Kot zaczął je obwąchi­wać. Ruth pod­niosła go i ze­sta­wiła na podłogę, po czym prze­niosła uwagę z po­wro­tem na przed­mio­ty na sto­le.

Li­sty na­pi­sa­no chy­ba po japońsku. Tytuł na okładce czer­wo­nej książki był w języku fran­cu­skim. Na od­wro­cie ze­gar­ka wy­gra­we­ro­wa­no ja­kieś trud­ne do od­cy­fro­wa­nia zna­ki, Oli­ver wyciągnął więc swo­je­go iPho­ne'a i zaczął je badać przez apli­kację z mi­kro­sko­pem.

- To chy­ba też japoński - po­wie­dział.

Ruth prze­kart­ko­wała li­sty, próbując od­czy­tać zna­ki wy­pi­sa­ne wy­blakłym gra­na­to­wym tu­szem.

- Pi­smo jest sta­re i kur­syw­ne. Piękne, ale nic nie mogę od­czy­tać. - Odłożyła li­sty i wzięła od Oli­ve­ra ze­ga­rek. - Tak - po­twier­dziła. - To japońskie cy­fry. Ale nie data. Yon, nana, san, ha­chi, nana. Czte­ry, sie­dem, trzy, osiem, sie­dem. Może nu­mer se­ryj­ny?

Przyłożyła ze­ga­rek do ucha, nasłuchując ty­ka­nia, ale był ze­psu­ty. Odłożyła go i pod­niosła ja­sno­czer­wo­ne pudełko śnia­da­nio­we. To właśnie z po­wo­du tej czer­wie­ni, prześwi­tującej przez po­dar­ty pla­stik, początko­wo wzięła to­rebkę za me­duzę. Ile cza­su dry­fo­wała w oce­anie, za­nim wy­rzu­ciło ją na brzeg? Do­okoła wie­ka pudełka znaj­do­wała się gu­mo­wa uszczel­ka. Ruth pod­niosła książkę, która była zdu­mie­wająco su­cha; płócien­na okładka była miękka i sfa­ty­go­wa­na, rogi stępiały od częste­go doty­ka­nia. Przy­sunęła krawędź do nosa i wciągnęła zatęchłą woń pleśniejących kar­tek i ku­rzu. Spoj­rzała na tytuł.

- A la re­cher­che du temps per­du - prze­czy­tała. - Par Mar­cel Pro­ust.

4

Lu­bi­li książki, wszyst­kie książki, ale szczególnie te sta­re. Ich dom był nimi wypełnio­ny. Leżały wszędzie - w sto­sach na półkach i na podłodze, na krzesłach, na scho­dach, ale ani Ruth, ani Oli­ve­ro­wi to nie prze­szka­dzało. Ruth była po­wieścio­pi­sarką, a po­wieścio­pi­sa­rze, twier­dził Oli­ver, po­win­ni mieć koty i książki. I rze­czy­wiście - ku­po­wa­nie książek było dla niej na­grodą po­cie­sze­nia za to, że prze­nieśli się na tę od­ległą wy­sepkę na środ­ku De­so­la­tion So­und, gdzie bi­blio­te­ka pu­blicz­na składała się z jed­ne­go za­wil­go­co­ne­go, ster­ro­ry­zo­wa­ne­go przez dzie­ci po­ko­ju nad po­miesz­cze­niem domu kul­tu­ry. Poza roz­ległą i moc­no eks­plo­ato­waną sekcją li­te­ra­tu­ry młodzieżowej oraz kil­ko­ma po­pu­lar­ny­mi tytułami li­te­ra­tu­ry doj­rzałej księgo­zbiór składał się w większości z pu­bli­ka­cji o ogrod­nic­twie, przetwórstwie spożyw­czym, bez­piecz­nym żywie­niu, al­ter­na­tyw­nych źródłach ener­gii, al­ter­na­tyw­nej me­dy­cy­nie i al­ter­na­tyw­nym kształce­niu. Ruth tęskniła za bo­gac­twem i różno­rod­nością miej­skich bi­blio­tek, ich ci­chością i prze­stron­nością. Kie­dy prze­pro­wa­dziła się z Oli­verem na tę małą wy­sepkę, uzgod­ni­li, że będzie mogła za­ma­wiać każdą książkę, ja­kiej tyl­ko so­bie zażyczy, co też robiła. Mówiła, że po­trzeb­ne jej są do celów ba­daw­czych, ale osta­tecz­nie większość czy­tał Oli­ver, pod­czas gdy ona prze­brnęła tyl­ko przez kil­ka. Po pro­stu lubiła się nimi ota­czać. Nie­daw­no jed­nak zwróciła uwagę, że od wil­got­ne­go mor­skie­go po­wietrza pęczniały im kart­ki, a w grzbie­tach za­czy­nały się gnieździć ry­bi­ki. Kie­dy otwie­rała książki, wy­czu­wała za­pach pleśni. To napełniało ją smut­kiem.

- W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su - przetłuma­czyła tytuł, wytłoczo­ny za­tar­ty­mi złoty­mi li­te­ra­mi na płócien­nej okładce. - Nig­dy tego nie czy­tałam.

- Ja też nie - od­parł Oli­ver. - Ale chy­ba nie za­mie­rzam próbować po fran­cu­sku.

- Mhm - przy­taknęła, lecz i tak otwo­rzyła książkę, cie­ka­wa, czy da radę zro­zu­mieć choćby kil­ka pierw­szych li­ni­jek. Spo­dzie­wała się po­sta­rzałego tomu za­dru­ko­wa­ne­go sta­ro­modną czcionką, więc fio­le­to­we li­te­ry na­ba­zgra­ne na pierw­szej stro­nie na­sto­let­nią dłonią wzięły ją całko­wi­cie z za­sko­cze­nia. Było to dla niej święto­kradz­two tak wstrząsające, że nie­mal upuściła książkę.

5

Druk jest prze­wi­dy­wal­ny i bez­oso­bo­wy, prze­ka­zu­je in­for­mację po­przez me­cha­niczną trans­akcję z okiem czy­tel­ni­ka. W odróżnie­niu od nie­go pi­smo odręczne opie­ra się oku, ujaw­nia swo­je zna­cze­nie po­wo­li, jest równie in­tym­ne jak skóra.

Ruth wbiła oczy w kartkę. Fio­le­to­we wy­ra­zy na­pi­sa­ne były w większości po an­giel­sku, z roz­rzu­co­ny­mi gdzie­nieg­dzie japoński­mi zna­ka­mi, lecz jej oczy przy­swa­jały nie tyle ich zna­cze­nie, ile od­czu­wal­ne, in­ten­syw­ne i emo­cjo­nal­ne wrażenie obec­ności au­tor­ki. Pal­ce, które trzy­mały fio­le­to­wy żelo­wy długo­pis, mu­siały należeć do na­sto­lat­ki. Jej pi­smo - te pełne zakrętasów fio­le­to­we zna­ki na pa­pie­rze - prze­cho­wało w so­bie na­stro­je i lęki au­tor­ki. Ruth od pierw­sze­go spoj­rze­nia nie miała cie­nia wątpli­wości, że ko­niusz­ki palców dziew­czy­ny były różowe i wil­got­ne, a pa­znok­cie ob­gry­zio­ne do żywe­go mięsa.

Przyj­rzała się li­te­rom. Były okrągłe i trochę nie­dbałe (wy­obrażała więc so­bie, że ich au­tor­ka również mu­siała taka być), ale trzy­mały się mniej więcej pro­sto i ma­sze­ro­wały przez kart­ki w do­brym tem­pie, ani po­spiesz­nie, ani z ociąga­niem. Cza­sa­mi pod ko­niec stro­ny trochę się tłoczyły, jak lu­dzie prze­py­chający się do win­dy albo do wa­go­nu me­tra tuż przed za­mknięciem drzwi. Ruth po­czuła, że bu­dzi się w niej cie­ka­wość. Był to wyraźnie jakiś dzien­nik. Zno­wu obej­rzała okładkę. Czy po­win­na go czy­tać? Otwo­rzyła książkę na pierw­szej stro­nie, tym ra­zem uważnie, z lek­kim po­czuciem, jak­by robiła coś nie­przy­zwo­ite­go, jak­by podsłuchi­wała kogoś lub podglądała. Po­wieścio­pi­sa­rze spędzają wie­le cza­su, wty­kając nos w spra­wy in­nych lu­dzi. Ruth do­brze więc znała to uczu­cie.

"Cześć! - prze­czy­tała. - Na­zy­wam się Nao i je­stem istotą cza­su. Wiesz, co to ta­kie­go?".

6

- Wy­rzu­co­ne przez mo­rze - po­wie­dział Oli­ver. Przyglądał się właśnie pąklom, które po­ra­stały po­wierzch­nię zewnętrznej to­reb­ki. - Nie­wia­ry­god­ne.

Ruth pod­niosła głowę znad pierw­szej stro­ny.

- No prze­cież, że wy­rzu­co­ne - po­wie­działa. - Przez mo­rze albo przez kogoś. - Książka była ciepła w jej dłoniach i Ruth miała ochotę czy­tać da­lej, ale za­miast tego za­py­tała: - Co to właści­wie za różnica?

- Wy­rzu­co­ne przez mo­rze zna­czy, że mogło się tam zna­leźć przy­pad­ko­wo. A kie­dy ktoś coś wy­rzu­ca, robi to ce­lo­wo. Kwe­stia in­ten­cji. Więc masz rację. Może to zo­stało wy­rzu­co­ne przez kogoś. - Oli­ver położył to­rebkę z po­wro­tem na sto­le. - Chy­ba się za­czy­na.

- Co ta­kie­go?

- Dryf - od­parł. - Przed­mio­ty ucie­kają z or­bi­ty pa­cy­ficz­ne­go prądu kołowe­go...

Oczy mu błysz­czały i Ruth wi­działa jego pod­eks­cy­to­wa­nie. Odłożyła książkę na ko­la­na.

- Co to jest prąd kołowy?

- Ist­nie­je je­de­naście wiel­kich pla­ne­tar­nych prądów kołowych - zaczął Oli­ver. - Dwa z nich płyną z Ja­po­nii pro­sto na nas i skręcają tuż przed wy­brzeżem Ko­lum­bii Bry­tyj­skiej. Ten mniej­szy, Aleuc­ki, skręca na północ, w kie­run­ku Aleutów. Większy skręca na południe. Cza­sa­mi na­zy­wa­ny jest Żółwim Prądem, bo mor­skie żółwie ko­rzy­stają z nie­go pod­czas mi­gra­cji z Ja­po­nii do Baja.

Opi­sał rękami duże koło. Kot, który zasnął na sto­le, wy­czuł chy­ba jego pod­nie­ce­nie, bo uchy­lił zie­lo­ne oko i zaczął się przyglądać.

- Wy­obraź so­bie Pa­cy­fik - mówił Oli­ver. - Żółwi Prąd po­ru­sza się zgod­nie ze wskazówka­mi ze­ga­ra, a Prąd Aleuc­ki na odwrót. - Jego dłonie zaczęły kreślić wiel­kie łuki i spi­ra­le pływów oce­anicz­nych.

- Czy to nie to samo, co Ku­ro­shio?

O Ku­ro­shio opo­wia­dał jej wcześniej. Zna­no go także pod nazwą Czar­ne­go Prądu - roz­no­sił ciepłą tro­pi­kalną wodę z Azji na północ i do północ­no-za­chod­nich wy­brzeży Pa­cy­fi­ku.

Oli­ver pokręcił jed­nak głową.

- Nie do końca - po­wie­dział. - Prądy kołowe są większe. To jak pa­smo prądów. Wy­obraź so­bie pierścień węży, z których każdy gry­zie ogon tego przed sobą. Ku­ro­shio to je­den z czte­rech czy pięciu prądów, które składają się na Żółwi Prąd.

Ruth skinęła głową. Za­mknęła oczy i wy­obra­ziła so­bie węże.

- Każdy prąd kołowy or­bi­tu­je z własną prędkością - ciągnął Oli­ver. - A długość ta­kiej or­bi­ty na­zy­wa­na jest to­nem. Czy to nie piękne? Jak mu­zy­ka sfer. Najdłuższy okres ta­kiej or­bi­ty to trzy­naście lat, co sta­no­wi pod­sta­wo­wy ton. Ton Żółwie­go Prądu wy­no­si sześć i pół roku. A Prąd Aleuc­ki ma ćwierć tonu, trzy lata. W ta­kich prądach kołowych dry­fu­je wie­le przed­miotów. Te, które po­zo­stają w or­bi­cie prądu, uzna­je się za część jego pamięci. Tem­po uciecz­ki z prądu to okres połowicz­ne­go roz­pa­du przed­miotów...

Pod­niósł pudełko z Hel­lo Kit­ty i obrócił je w dłoniach.

- Te wszyst­kie rze­czy, które tsu­na­mi za­brało z japońskich domów... Na­mie­rzy­li je i prze­wi­dują, że oce­an wy­rzu­ci je na na­szym wy­brzeżu. Tyl­ko chy­ba za­czy­na się to wcześniej, niż kto­kol­wiek mógł się spo­dzie­wać.

Nao

1

Cześć!

Na­zy­wam się Nao i je­stem istotą cza­su. Wiesz, co to ta­kie­go? Do­bra, opo­wiem ci, jeśli masz chwilę.

Isto­ta cza­su to ktoś, kto żyje w cza­sie, czy­li ja, ty i każdy, kto żyje, żył albo kie­dy­kol­wiek będzie żył. Co do mnie, siedzę właśnie w ka­wiar­ni z obsługą prze­braną za fran­cu­skie po­kojówki w Aki­ba Elec­tri­ci­ty Town4, słuchając smut­nej fran­cu­skiej pio­sen­ki, gra­nej gdzieś w two­jej przeszłości, która jest za­ra­zem moją współcze­snością, pisząc i myśląc o to­bie, ukry­tym gdzieś w mo­jej przyszłości. A sko­ro to czy­tasz, to może te­raz i ty myślisz o mnie.

Za­sta­na­wiasz się nade mną.

Ja za­sta­na­wiam się nad tobą.

Kim je­steś i co ro­bisz?

Czy je­dziesz w wa­go­nie no­wo­jor­skie­go me­tra, trzy­mając się uchwy­tu, czy mo­czysz się w swo­im ja­cuz­zi w Sun­ny­va­le?

Czy opa­lasz się na piasz­czy­stej plaży na Phu­ket, czy ro­bisz so­bie ma­ni­kiur w Bri­gh­ton?

Czy je­steś mężczyzną? Ko­bietą? Czymś pomiędzy?

Czy two­ja dziew­czy­na go­tu­je ci pysz­ny obiad, czy też wy­ja­dasz z kar­to­ni­ka zimną chińszczyznę?

Czy leżysz zwi­nięty w kulkę, odwrócony od po­chra­pującej żony, czy też cze­kasz, aż twój piękny ko­cha­nek skończy kąpiel, żebyś mogła się z nim namiętnie ko­chać?

Czy masz kota i czy sie­dzi on te­raz na two­ich ko­la­nach? Czy jego czoło pach­nie jak ce­dry i świeże słod­kie po­wie­trze?

Właści­wie nie ma to większe­go zna­cze­nia, bo za­nim skończysz czy­tać, wszyst­ko będzie już inne, a ty znaj­dziesz się w zupełnie in­nym miej­scu, prze­rzu­cając nie­uważnie kart­ki tej książki - będącej, tak się składa, za­pi­sem mo­ich ostat­nich dni na zie­mi - i za­sta­na­wiając się, czy czy­tać da­lej.

Jeśli po­sta­no­wisz tego nie robić - spo­ko, nie ma spra­wy, i tak nie je­steś tym, na którego cze­kałam. Ale jeśli czy­tasz da­lej, to wiesz co? Je­steś moim ty­pem isto­ty cza­su i ra­zem będzie­my czy­nić magię!

2

Hmmm. Ale to było dur­ne. Będę mu­siała bar­dziej się po­sta­rać. Na pew­no za­sta­na­wiasz się, jaka kre­tyn­ka na­pi­sałaby coś ta­kie­go.

No cóż - ja.

Nao.

Nao to ja, Na­oko Yasu­ta­ni, tak brzmi moje pełne imię, ale możesz mi mówić Nao, wszy­scy tak robią. Le­piej opo­wiem ci trochę o so­bie, jeśli mamy tak na sie­bie wpa­dać...! :)

Właści­wie nie­wie­le się zmie­niło. Nadal siedzę w tej ka­wiar­ni z fran­cu­ski­mi po­kojówka­mi w Aki­ba Elec­tri­ci­ty Town, Edith Pi­laf śpie­wa ko­lejną smutną pio­senkę, Ba­bet­te właśnie przy­niosła mi kawę i wypiłam łyk. Ba­bet­te to moja po­kojówka i moja przy­ja­ciółka, a kawa jest mar­ki Blue Mo­un­ta­in i piję ją czarną, co nie jest ty­po­we dla na­sto­let­nich dziewcząt, ale właśnie w ten sposób należy pić dobrą kawę, jeśli ma się choć trochę sza­cun­ku dla tego gorz­kie­go ziar­na.

Pod­ciągnęłam skar­petkę i po­dra­pałam się pod ko­la­nem.

Wygładziłam pli­sy, żeby równo układały mi się na udach.

Założyłam sięgające mi do ra­mion włosy za pra­we ucho, w którym mam pięć dziu­rek, ale te­raz po­zwa­lam im zno­wu opaść skrom­nie na twarz, bo ota­ku5, który sie­dzi przy sąsied­nim sto­li­ku, ciągle się na mnie gapi i za­czy­na mnie to prze­rażać, choć jed­no­cześnie bawi. Mam na so­bie li­ce­al­ny mun­du­rek i po sposo­bie, w jaki ten fa­cet gapi się na moje ciało, widzę, że jego me­ga­fe­tysz to uczen­ni­ce, tyl­ko po co w ta­kim ra­zie prze­sia­du­je w ka­wiar­ni z mo­ty­wem fran­cu­skich po­kojówek? Pa­lant!

Ale nig­dy nie wia­do­mo. Wszyst­ko się zmie­nia i wszyst­ko jest możliwe, więc może i ja zmie­nię zda­nie na jego te­mat. Może w ciągu następnych kil­ku mi­nut na­chy­li się nieśmiało w moją stronę i po­wie coś tak zdu­mie­wająco piękne­go, że mimo jego tłustych włosów i kiep­skiej cery za­le­je mnie fala sym­pa­tii i zniżę się na­wet do tego, żeby po­roz­ma­wiać z nim chwilę, po­tem on za­pro­si mnie na za­ku­py, a jeśli zdoła mnie prze­ko­nać, że sza­leńczo się we mnie za­ko­chał, pójdę z nim do cen­trum han­dlo­we­go i po­zwolę kupić so­bie ładny swe­te­rek albo ke­itai6, albo to­rebkę, choć wyraźnie widać, że nie sza­sta pie­niędzmi. A po­tem może pójdzie­my do klu­bu, wy­pi­je­my parę kok­taj­li i wy­mknie­my się do love ho­te­lu z wiel­kim ja­cuz­zi, i wte­dy, po kąpie­li, aku­rat kie­dy za­cznę się z nim oswa­jać, on odsłoni swo­je praw­dzi­we ob­li­cze i zwiąże mnie, założy mi na głowę pla­sti­kową re­klamówkę po moim no­wym swe­trze i mnie zgwałci, a po kil­ku go­dzi­nach po­li­cja znaj­dzie moje na­gie zwłoki po­wy­gi­na­ne pod dziw­ny­mi kątami na podłodze obok wiel­kie­go okrągłego łóżka przy­kry­te­go skórą ze­bry.

A może tyl­ko po­pro­si, żebym pod­du­siła go swo­imi majt­ka­mi, aby mógł się pod­nie­cać ich pięknym za­pa­chem.

A może żadna z tych rze­czy nie wy­da­rzy się nig­dzie poza moim i two­im umysłem, po­nie­waż - jak już mówiłam - wspólnie czy­ni­my magię, przy­najm­niej na ra­zie.

3

Je­steś tam jesz­cze? Właśnie prze­czy­tałam to, co na­pi­sałam o tym fa­ce­cie, i chciałabym prze­pro­sić. To było wred­ne. Nie tak po­wi­nien wyglądać miły początek.

Nie chcę, żebyś odniósł niewłaściwe wrażenie. Nie je­stem głupia. Wiem, że Edith Pi­laf wca­le nie na­zy­wa się Pi­laf. Nie je­stem też wredną krową ani hen­tai7. Właści­wie w ogóle nie prze­pa­dam za hen­tai, więc jeśli sam do nich należysz, to pro­siłabym, żebyś na­tych­miast odłożył tę książkę i nie czy­tał da­lej, okej? Tyl­ko się roz­cza­ru­jesz i zmar­nu­jesz czas, bo nie jest to żaden ta­jem­ny dzien­nik nie­let­niej nim­fo­man­ki, pełen różowych fan­ta­zji i obrzy­dli­wych fe­ty­szy. Wca­le nie o to cho­dzi. Piszę to wszyst­ko, za­nim umrę, bo chcę opo­wie­dzieć komuś wspa­niałą hi­sto­rię życia mo­jej stucz­te­ro­let­niej pra­bab­ki, która jest mniszką bud­dy­zmu zen.

Pew­nie myślisz, że za­kon­ni­ce nie są spe­cjal­nie fa­scy­nujące, ale moja pra­bab­ka na­prawdę jest nie­sa­mo­wi­ta, i to nie w jakiś zbo­czo­ny sposób. Nie wątpię, że na świe­cie żyje wie­le per­wer­syj­nych mni­szek... no, może mni­szek nie aż tak dużo, ale per­wer­syj­nych kapłanów to na pew­no, oni są wszędzie... ale mój dzien­nik nie ma opo­wia­dać o nich ani ich dziw­nych zwy­cza­jach.

Ten dzien­nik opo­wie praw­dziwą hi­sto­rię mo­jej pra­bab­ki Jiko Yasu­ta­ni. Była mniszką, po­wieścio­pi­sarką oraz Nową Ko­bietą8 ery Ta­isho9. Była także anar­chistką i fe­mi­nistką, miała mnóstwo ko­chanków, zarówno mężczyzn, jak i ko­biet, ale nig­dy nie była zbo­czo­na ani wred­na. I choć może zda­rzy mi się wspo­mnieć o kil­ku jej ro­man­sach, to jed­nak wszyst­ko, co na­piszę, będzie hi­sto­ryczną prawdą służącą umoc­nie­niu ko­biet, a nie żad­nym gej­szo­wa­tym ki­czem. Jeśli więc lu­bisz czy­tać o zbo­cze­niach i świństwach, le­piej za­mknij tę książkę, daj ją swo­jej żonie albo ko­le­dze z pra­cy i oszczędź so­bie cza­su i za­cho­du.

4

To ważne, żeby mieć w życiu ja­sno wy­ty­czo­ne cele, nie? Zwłasz­cza jeśli tego życia nie zo­stało ci tak dużo. Bo jeśli nie masz ja­snych celów, to może się zda­rzyć, że skończy ci się czas, a wte­dy przyłapiesz się na tym, że sto­isz na pa­ra­pe­cie wieżowca albo sie­dzisz na łóżku z bu­te­leczką pigułek i myślisz: Kur­na! Schrza­niłem. Gdy­bym tyl­ko wy­ty­czył so­bie jaśniej­sze cele!

Mówię ci to, bo sama niedługo już będę prze­by­wać na tym świe­cie, więc jak­by mam pra­wo z góry cię ostrzec, żebyś ni­cze­go nie zakładał. Założenia są do kitu. Jak ocze­ki­wa­nia. Założenia i ocze­ki­wa­nia za­biją każdy związek, więc le­piej nie idźmy w tę stronę, okej?

Praw­da jest taka, że wkrótce zakończę swój po­byt w cza­sie - a może nie po­win­nam mówić "zakończę", bo to brzmi, jak­bym zre­ali­zo­wała swo­je cele i zasłużyła na przejście do następne­go eta­pu, pod­czas gdy praw­da jest taka, że mam szes­naście lat i nic nie osiągnęłam. Zero. Nada. Brzmi żałośnie? Nie o to mi cho­dziło. Chcę tyl­ko pre­cy­zyj­nie się wy­ra­zić. Może za­miast "zakończyć" po­win­nam po­wie­dzieć, że wy­lecę z cza­su. Wy­ko­pią mnie. Time out. Ko­niec z moją eg­zy­stencją. Już od­li­czam chwi­le.

Raz...

Dwa...

Trzy...

Czte­ry...

Hej, już wiem! Po­licz­my te mo­men­ty ra­zem!10

Nao

1

Tyle mam do na­pi­sa­nia. Od cze­go zacząć?

Wysłałam mo­jej sta­rej Jiko wia­do­mość z tym py­ta­niem, a ona od­pi­sała mi: ?????????11.

No do­brze, ko­cha­na sta­ra Jiko. Za­cznę od tego miej­sca, od Uro­cze­go Far­tusz­ka Fifi. To jed­na z kil­ku ka­wia­re­nek z fran­cu­ski­mi po­kojówka­mi, które wy­rosły parę lat temu w Aki­ba Elec­tri­ci­ty Town, ale tym, co wyróżnia to miej­sce, jest wystrój fran­cu­skie­go sa­lo­nu. Wnętrze urządzo­ne jest na czer­wo­no i różowo z ak­cen­ta­mi złota, he­ba­nu i kości słonio­wej. Sto­li­ki są okrągłe, z bla­ta­mi wyglądającymi jak mar­mur i no­ga­mi jak rzeźbio­ny mahoń, do­pa­so­wa­ne do nich krzesła obi­te są miękką różową ta­pi­cerką. Po ta­pe­tach pną się ak­sa­mit­ne pąsowe róże, okna spo­wi­jają sa­ty­no­we zasłony. Su­fit jest złoco­ny i ob­wie­szo­ny krysz­tałowy­mi żyran­do­la­mi, a w kątach unoszą się ni­czym chmu­ry gołe la­lecz­ki Kew­pie. Jest tu przed­pokój i szat­nia z małą fon­tanną oraz posągiem gołej pani oświe­tlo­nym pul­sującą czer­woną lampką.

Nie wiem, czy jest to au­ten­tycz­ny wystrój, bo nig­dy nie byłam we Fran­cji, ale za­ry­zy­kuję twier­dze­nie, że w Paryżu ra­czej nie ma zbyt wie­lu ka­fe­jek w tym sty­lu. Nie­ważne. W Uro­czym Far­tusz­ku Fifi pa­nu­je szy­kow­na i in­tym­na at­mos­fe­ra, człowiek czu­je się, jak­by go we­pchnęli do wiel­kiej, klau­stro­fo­bicz­nej wa­len­tyn­ki. Same po­kojówki ze swo­imi wy­pcha­ny­mi de­kol­ta­mi i fal­ba­nia­sty­mi uni­for­ma­mi też wyglądają jak ślicz­ne małe wa­len­tyn­ki.

Nie­ste­ty, w tej chwi­li jest tu dość pu­sto, właści­wie nie ma ni­ko­go z wyjątkiem kil­ku wyglądających na ota­ku12 typków w rogu i dwoj­ga ame­ry­kańskich tu­rystów z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi. Po­kojówki stoją na­bur­mu­szo­ne w sze­re­gu, sku­biąc ko­ron­ki swo­ich ha­lek i patrząc na nas znu­dzo­nym i roz­cza­ro­wa­nym wzro­kiem, jak­by cze­kały na lep­szych klientów, którzy trochę roz­ru­szają at­mos­ferę. Jakiś czas temu zro­biło się cie­ka­wie, kie­dy je­den z ota­ku zamówił omu­ra­isu13 z na­ma­lo­waną ket­chu­pem główką Hel­lo Kit­ty. Po­kojówka z wy­pi­sa­nym na iden­ty­fi­ka­to­rze imie­niem Mimi przyklękła przed nim i zaczęła go kar­mić, dmu­chając na każdy kęs, za­nim włożyła mu go do ust. Ame­ry­ka­nie nie­mal pa­dli. Wyglądało to prze­za­baw­nie. Szko­da, że tego nie wi­działeś. Ale chłopak zjadł, Mimi za­brała ta­lerz i zno­wu zro­biło się nud­no. Ame­ry­ka­nie piją kawę. Mąż usiłuje prze­ko­nać żonę, żeby jemu też po­zwo­liła zamówić omu­ra­isu z Hel­lo Kit­ty, ale ona jest na to za sztyw­na. Słyszę, jak szep­ce, że to za dużo kosz­tu­je, i ma trochę ra­cji. Strasz­nie tu zdzie­rają za je­dze­nie, ale moja kawa jest dar­mo­wa, bo Ba­bet­te to moja przy­ja­ciółka. Dam ci znać, jeśli żona wy­lu­zu­je i zmie­ni zda­nie.

Kie­dyś było tu in­a­czej. Ba­bet­te mówiła mi, że daw­niej, kie­dy tego typu ka­wiar­nie były nin­ki #1!14, klien­ci go­dzi­na­mi cze­ka­li w ko­lej­kach, żeby do­stać sto­lik, a po­kojówka­mi zo­sta­wały najład­niej­sze dziew­czy­ny w To­kio i po­nad zgiełkiem Elek­trycz­ne­go Mia­sta słychać było ich okrzy­ki: Oka­eri­na­sa­ima­se, dan­na­sa­ma!15, dzięki którym mężczyźni czują się bo­ga­ci i ważni. Ale te­raz moda minęła, po­kojówki nie są już na to­pie, a je­dy­ny­mi klien­ta­mi są za­chod­ni turyści, ota­ku16 z pro­win­cji albo żałośni hen­tai z nie­mod­nym fe­ty­szem po­kojówki. Również dziewczęta nie są już tak ładne i uro­cze, bo więcej pie­niędzy można za­ro­bić jako pielęgniar­ka w ka­fej­kach z mo­ty­wem me­dycz­nym albo prze­bie­rając się za plu­sza­ka w Bed­town17. Faza na fran­cu­skie po­kojówki zde­cy­do­wa­nie się kończy i wszy­scy o tym wiedzą, więc ni­ko­mu na­wet nie chce się wy­si­lać. Można by pomyśleć, że to dość przygnębiające, ale ja świet­nie się tu czuję, właśnie dla­te­go, że nikt się za bar­dzo nie sta­ra. Dla mnie przygnębiające jest to, kie­dy ktoś za bar­dzo się wy­si­la, a naj­gor­sza jest sy­tu­acja, kie­dy nie tyl­ko się wy­si­lają, ale w do­dat­ku wy­da­je im się, że lu­dzie dają się na to na­brać. Na pew­no kie­dyś tak właśnie wyglądało to miej­sce, pełne wesołego brzęku dzwo­neczków i śmie­chu, i ko­le­jek do końca uli­cy, i słod­kich po­kojówe­czek pod­li­zujących się sze­fom, którzy prze­cha­dza­li się do­okoła w di­zaj­ner­skich oku­la­rach i le­wi­sach vin­ta­ge ni­czym władcy mro­ku albo pa­no­wie im­pe­riów gier kom­pu­te­ro­wych. Tych ko­le­si cze­kał upa­dek z bar­dzo, bar­dzo wy­so­ka.

Pod­su­mo­wując, zupełnie mi to wszyst­ko nie prze­szka­dza. Właści­wie całkiem lubię to miej­sce, bo za­wsze mogę tu zna­leźć wol­ny sto­lik, mu­zy­ka jest w porządku, a obsługa zna mnie i za­zwy­czaj daje mi spokój. Może po­win­ni zmie­nić nazwę na Sa­mot­ny Far­tu­szek Fifi. Hej, to całkiem niezłe! Po­do­ba mi się!

2

Moja sta­ra Jiko bar­dzo lubi, kie­dy opo­wia­dam jej o szczegółach współcze­sne­go życia. Nie wy­cho­dzi już zbyt często, bo miesz­ka w świątyni położonej na górskim pust­ko­wiu i wy­rzekła się świa­ta, no a poza tym ma prze­cież swo­je sto czte­ry lata. Ciągle po­wta­rzam, że to właśnie jej wiek, ale tak na­prawdę tyl­ko się tego domyślam. Właści­wie nie wie­my dokład­nie, ile ma lat, a ona twier­dzi, że nie pamięta. Kie­dy ją o to spy­tać, mówi:

- Zu­ibun na­ga­ku ika­sa­re­te ita­da­ite ori­ma­su ne18.

Co nie jest żadną od­po­wie­dzią, więc człowiek pyta zno­wu, a ona mówi:

- Soo desu ne19. Od tak daw­na się nad tym nie za­sta­na­wiałam...

Wte­dy więc py­tasz ją, kie­dy się uro­dziła, na co od­po­wia­da:

- Hmmm, właści­wie nie pamiętam swo­ich uro­dzin...

A jeśli pomęczysz ją jesz­cze trochę i spy­tasz, jak długo już żyje, mówi:

- Byłam tu za­wsze, odkąd pamiętam.

No coś ta­kie­go, bab­ciu!

Je­dy­ne, co wie­my z całą pew­nością, to że nie ma ni­ko­go star­sze­go od niej, kto by to wszyst­ko pamiętał, i że re­jestr uro­dzeń w urzędzie spłonął pod­czas na­lo­tu w cza­sie dru­giej woj­ny, więc za­sad­ni­czo mu­si­my jej wie­rzyć na słowo. Kil­ka lat temu ob­sta­wała przy stu czte­rech la­tach i od tego cza­su tak już zo­stało.

Jak mówiłam, moja sta­ra Jiko bar­dzo lubi szczegóły i chce, żeby opo­wia­dać jej o wszyst­kich drob­nych dźwiękach, za­pa­chach, ko­lo­rach, światłach, re­kla­mach, lu­dziach, mo­dach i nagłówkach ga­zet, które składają się na hałaśliwy oce­an To­kio, dla­te­go wyćwi­czyłam się w za­uważaniu i za­pa­mięty­wa­niu ta­kich rze­czy. Opo­wia­dam jej o wszyst­kim, o tren­dach w kul­tu­rze i wia­do­mościach, które czy­tałam, o li­ce­alist­kach gwałco­nych i du­szo­nych pla­sti­ko­wy­mi to­reb­ka­mi w love ho­te­lach. Bab­ci można mówić o tym wszyst­kim i wca­le jej to nie prze­szka­dza. Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że ją to cie­szy. Bab­cia nie jest hen­tai. Ale ro­zu­mie, że cza­sem życie jest do dupy, więc sie­dzi tyl­ko i słucha, i kiwa głową, prze­su­wając pa­cior­ki swo­je­go juzu20 i od­ma­wiając mo­dli­twy za te bied­ne uczen­ni­ce i zbo­czeńców, i za wszyst­kie cier­piące isto­ty na zie­mi. Jest mniszką, więc na tym po­le­ga jej pra­ca. Słowo daję, cza­sa­mi mam wrażenie, że główną przy­czyną, dla której jesz­cze żyje, są te wszyst­kie po­wo­dy do modłów, które jej pod­su­wam.

Spy­tałam ją kie­dyś, dla­cze­go lubi słuchać ta­kich hi­sto­rii, i wyjaśniła mi, że kie­dy zo­stała mniszką, zgo­liła głowę i złożyła śluby, aby stać się bo­sat­su21. Jed­nym ze ślubów było, że zba­wi wszyst­kie isto­ty, co za­sad­ni­czo ozna­cza, że po­sta­no­wiła nie osiągać oświe­ce­nia, póki nie osiągną go wszyst­kie inne isto­ty na świe­cie. To trochę tak, jak prze­pusz­czać wszyst­kich do win­dy. Kie­dy skal­ku­lu­je się wszyst­kie isto­ty żyjące na zie­mi w da­nym mo­men­cie, a po­tem doda do nich te, które rodzą się co se­kun­da, i te, które już umarły - i to nie tyl­ko lu­dzi, ale też wszyst­kie zwierzęta i inne for­my życia, ta­kie jak ame­by, wi­ru­sy i może na­wet rośliny, które kie­dy­kol­wiek ist­niały lub będą ist­nieć, a także ga­tun­ki, które wy­ginęły - no cóż, widać wte­dy, że dojście do oświe­ce­nia zaj­mie jej bar­dzo dużo cza­su. A co, jeśli win­da się wypełni, drzwi się za­trzasną, a ty nadal sto­isz na zewnątrz?

Kie­dy spy­tałam o to bab­cię, po­tarła swoją lśniącą łysą głowę i po­wie­działa:

- Soo desu ne. To bar­dzo duża win­da...

- Ależ bab­ciu, temu nie będzie końca!

- W ta­kim ra­zie mu­si­my sta­rać się jesz­cze bar­dziej.

- My?!

- Oczy­wiście, ko­cha­na Nao. Mu­sisz mi pomóc.

- Nie ma mowy - po­wie­działam. - Nig­dy w życiu! Nie je­stem żad­nym pie­przo­nym bo­sat­su...

Ale ona tyl­ko za­cmo­kała i zachrzęściła pa­cior­ka­mi swo­je­go juzu, i spoj­rzała na mnie przez te swo­je gru­be oku­la­ry w czar­nych opraw­kach w taki sposób, że myślę, iż w tym mo­men­cie od­ma­wiała mo­dlitwę i za mnie. Nie prze­szka­dzało mi to. Po­czułam się dzięki temu bez­piecz­nie, jak­by nie­za­leżnie od tego, co się wy­da­rzy, bab­cia za­mie­rzała do­pil­no­wać, abym wsiadła do tej win­dy.

Wiesz co? Dokład­nie w chwi­li, kie­dy to na­pi­sałam, zdałam so­bie z cze­goś sprawę. Nig­dy nie za­py­tałam jej, dokąd właści­wie zmie­rza ta win­da. Wyślę jej te­raz ese­me­sa i spy­tam. Dam ci znać, jak od­po­wie.

3

No do­brze, więc te­raz na­prawdę już opo­wiem ci o fa­scy­nującym życiu Jiko Yasu­ta­ni, słyn­nej anar­chist­ko­fe­mi­nist­ko­po­wieścio­pi­sar­kom­nisz­ki ery Ta­isho, ale naj­pierw muszę wyjaśnić, o co cho­dzi z tą książką, którą trzy­masz22. Pew­nie za­uważyłeś, że nie wygląda ona na ty­po­wy dzien­nik uczen­ni­cy, z na­dmu­cha­ny­mi zwierzątka­mi na lśniącej różowej okładce, kłódeczką w kształcie ser­ca i małym złotym klu­czy­kiem. Założę się, że kie­dy po raz pierw­szy wziąłeś ją do ręki, wca­le nie pomyślałeś: Oto miły, nie­win­ny dzien­nik in­te­re­sującej japońskiej li­ce­alist­ki. Jej­ku, chy­ba so­bie po­czy­tam! - bo myślałeś, że to fi­lo­zo­ficz­ne ar­cy­dzieło A la re­cher­che du temps per­du, na­pi­sa­ne przez słyn­ne­go fran­cu­skie­go pi­sa­rza Mar­ce­la Pro­usta, nie zaś po­zba­wio­ne zna­cze­nia gry­zmoły byle kogo na­zy­wającego się Nao Yasu­ta­ni. Co do­wo­dzi tyl­ko praw­dy po­wie­dze­nia "nie sądź książki po okładce"23!

Mam na­dzieję, że nie je­steś bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny. Praw­da jest taka, że książka Mar­ce­la Pro­usta zo­stała z niej wy­rwa­na, ale nie ja to zro­biłam. Kupiłam książkę w tej po­sta­ci w małym bu­ti­ku w Ha­ra­ju­ku24, gdzie sprze­dają ręcznie ro­bio­ne, nie­po­wta­rzal­ne rze­czy: szy­dełkowe sza­li­ki, fu­te­rały na ke­itai, man­kie­ty z ko­ra­lików i inne su­per­gadżety. Ręko­dzieło to me­ga­trend w Ja­po­nii, wszy­scy robią na dru­tach, szy­dełkują, na­ni­zują ko­ra­liki i robią pe­pa­kurę25, ale ja je­stem nie­zgrabą, więc jeśli chcę być na to­pie, to muszę so­bie ta­kie rze­czy ku­po­wać. Dziew­czy­na, która robi te dzien­ni­ki, jest su­perz­naną ar­tystką. Sku­pu­je kon­te­ne­ry sta­rych książek z całego świa­ta, a po­tem wy­ci­na za­dru­ko­wa­ne stro­ny i wkłada na ich miej­sce czy­ste kart­ki. Robi to tak zmyślnie, że na­wet nie widać oszu­stwa, można nie­mal pomyśleć, że li­te­ry zwy­czaj­nie zsunęły się z pa­pie­ru i wy­padły na podłogę jak ko­piec mar­twych mrówek.

Ostat­nio w moim życiu wy­da­rzyło się spo­ro złych rze­czy. W dniu, w którym kupiłam ten dzien­nik, urwałam się ze szkoły i byłam wyjątko­wo przygnębio­na, więc po­sta­no­wiłam po­je­chać na za­ku­py do Ha­ra­ju­ku, żeby po­pra­wić so­bie hu­mor. Kie­dy zo­ba­czyłam na półce te sta­re książki, pomyślałam, że to tyl­ko de­ko­ra­cja, i na­wet nie zwróciłam na nie uwa­gi, ale gdy eks­pe­dient­ka mi je po­ka­zała, oczy­wiście mu­siałam so­bie jedną kupić. Ta­nia nie była, ale za­ko­chałam się w fak­tu­rze sfa­ty­go­wa­nej okładki i wprost czułam, jak wspa­nia­le byłoby pisać w czymś ta­kim, jak w praw­dzi­wej, opu­bli­ko­wa­nej książce. Ale naj­lep­sze ze wszyst­kie­go było to, że wie­działam, iż będzie to do­sko­nałe za­bez­pie­cze­nie.

Nie wiem, czy miałeś kie­dy pro­blem z ludźmi, którzy biją cię i kradną two­je rze­czy, a po­tem wy­ko­rzy­stują je prze­ciw­ko to­bie, ale jeśli tak, to zro­zu­miesz, że ta książka była ge­nial­nym roz­wiąza­niem na wy­pa­dek, gdy­by któryś z mo­ich dur­nych ko­legów po­sta­no­wił przywłasz­czyć so­bie mój dzien­nik, prze­czytać go i opu­bli­ko­wać za­war­tość w in­ter­ne­cie albo coś po­dob­ne­go. Ale kto ru­szyłby starą książkę pod tytułem A la re­cher­che du temps per­du, praw­da? Idio­ci z mo­jej kla­sy pomyśle­li­by, że to tyl­ko pra­ca do­mo­wa z juku26. Na­wet nie wie­dzie­li­by, co to zna­czy.

Właści­wie i ja tego nie wie­działam, bo nie znam fran­cu­skie­go. W skle­pi­ku była masa książek o różnych tytułach. Niektóre po an­giel­sku, jak Wiel­kie na­dzie­je czy Podróże Gu­li­we­ra - i w porządku, ale pomyślałam, że le­piej kupić tytuł, którego nie po­tra­fię prze­czy­tać, bo jego zna­jo­mość mogłaby wpłynąć na moją twórczą eks­presję. Były też książki w in­nych języ­kach - nie­miec­kie, ro­syj­skie, na­wet chińskie, ale osta­tecz­nie wy­brałam A la re­cher­che du temps per­du, bo domyśliłam się, że to fran­cu­ski, a fran­cu­ski jest cool i ma w so­bie coś wy­ra­fi­no­wa­ne­go, a poza tym ta książka ide­al­nie mieściła się w mo­jej to­reb­ce.

4

Oczy­wiście gdy tyl­ko ją kupiłam, od razu chciałam zacząć w niej pisać, więc poszłam do po­bli­skiej kis­sa27 i zamówiłam blue mo­un­ta­in, a po­tem wyjęłam swój ulu­bio­ny fio­le­to­wy cien­ko­pis i otwo­rzyłam na pierw­szej kre­mo­wej stro­nie. Upiłam łyk gorz­kiej kawy i cze­kałam, aż zja­wią się słowa. Cze­kałam i cze­kałam, wypiłam więcej kawy i da­lej cze­kałam. I nic. Je­stem dość ga­da­tli­wa - pew­nie widać - i za­zwy­czaj nie mam pro­blemów z wymyśle­niem, co po­wie­dzieć. Ale tym ra­zem, cho­ciaż w głowie kłębiły mi się różne myśli, słowa nie przy­cho­dziły. To było dziw­ne, ale doszłam do wnio­sku, że zwy­czaj­nie onieśmie­la mnie ta nowa sta­ra książka i że w końcu mi przej­dzie. Wypiłam więc kawę, prze­czy­tałam parę mang, a kie­dy na­deszła pora zakończe­nia lek­cji, wróciłam do domu.

Następne­go dnia spróbowałam jesz­cze raz, ale wy­da­rzyło się dokład­nie to samo. I zno­wu. Za każdym ra­zem, kie­dy wyj­mo­wałam tę książkę, za­czy­nałam gapić się na tytuł i za­sta­na­wiać. Ten Mar­cel Pro­ust mu­siał być na­prawdę ważny, sko­ro choćby ktoś taki jak ja o nim słyszał, na­wet jeśli z początku nie wie­działam, kim jest, i myślałam, że to jakiś sławny mistrz kuch­ni albo fran­cu­ski pro­jek­tant. A co, jeśli jego duch nadal tkwił w tych okład­kach, wku­rzo­ny za oszu­stwo tam­tej ar­tyst­ki, która wycięła jego słowa? I co, jeśli te­raz ten duch prze­szka­dzał mi w używa­niu jego słyn­nej książki do ba­zgra­nia na­sto­let­nich banałów, na przykład w kim się za­bu­jałam (nie żebym była w kim­kol­wiek za­bu­jana) albo ja­kie mod­ne rze­czy mi się po­do­bają (moje pra­gnie­nia są nie­skończo­ne), albo o mo­ich tłustych udach (właści­wie uda mam w porządku, za to nie znoszę swo­ich ko­lan). Na­prawdę nie można mieć do nie­go pre­ten­sji, że się wku­rzał, jeśli myślał, że będę wy­pi­sy­wać w jego ważnej książce ta­kie bzdu­ry.

A cho­ciażby jego du­cho­wi to nie prze­szka­dzało, i tak nie chciałabym mar­no­wać jej na ta­kie try­wial­ne spra­wy, na­wet gdy­by nie były to moje ostat­nie dni na tej zie­mi. Ale sko­ro są to moje ostat­nie dni, ja również chcę na­pi­sać coś ważnego. No, może nie ważnego, bo nic ważnego nie wiem, ale coś war­te­go na­pi­sania. Chcę zo­sta­wić po so­bie coś praw­dzi­we­go.

Ale o czym praw­dzi­wym miałabym na­pi­sać? Ja­sne, mogę na­pi­sać o wszyst­kich tych złych rze­czach, które mi się przy­da­rzyły, i o mo­ich uczu­ciach do taty, mamy i tak zwa­nych ko­legów, ale nie­szczególnie mam na to ochotę. Kie­dy­kol­wiek myślę o swo­im głupim, pu­stym życiu, do­chodzę do wnio­sku, że mar­nuję tyl­ko czas - i nie tyl­ko ja. Każdy, kogo znam, jest taki sam, z wyjątkiem sta­rej Jiko. Wszy­scy mar­nujemy czas, za­bi­ja­my go i czu­je­my się pod­le.

Tyl­ko co to właści­wie zna­czy mar­no­wać czas? Jeśli zmar­nu­jesz czas, czy jest on stra­co­ny na za­wsze?

A jeśli czas jest stra­co­ny na za­wsze, co to ozna­cza? Prze­cież nie umrzesz wcześniej, praw­da? Jeśli ktoś chce umrzeć wcześniej, musi wziąć spra­wy w swo­je ręce.

5

Tak czy owak, te myśli o du­chach i cza­sie za­czy­nały krążyć mi po głowie i roz­pra­szać mnie za każdym ra­zem, kie­dy usiłowałam pisać w książce sta­re­go Mar­ce­la, póki w końcu nie zde­cy­do­wałam, że muszę wie­dzieć, co ozna­cza ten tytuł. Spy­tałam Ba­bet­te, ale nie mogła mi pomóc, bo oczy­wiście wca­le nie jest praw­dziwą fran­cuską po­kojówką, tyl­ko po­chodzącą z Chi­by dziew­czyną bez ma­tu­ry, a po fran­cusku po­tra­fi powie­dzieć tyl­ko kil­ka sek­sow­nych zwrotów, których na­uczyła się od ja­kie­goś pier­dołowa­te­go sta­re­go na­uczyciela fran­cuskiego, z którym przez jakiś czas się pro­wa­dzała. Kie­dy więc wróciłam tam­te­go dnia do domu, wy­go­oglo­wałam Mar­ce­la Pro­usta i do­wie­działam się, że A la re­cher­che du temps per­du ozna­cza W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su.

Dziw­ne, nie? Sie­działam w ka­wiar­ni z fran­cu­ski­mi po­kojówka­mi w Aki­bie, roz­myślając o stra­co­nym cza­sie, pod­czas gdy sto lat temu sta­ry Mar­cel Pro­ust sie­dział so­bie we Fran­cji, pisząc książkę na dokład­nie ten sam te­mat. Może jego duch rze­czy­wiście tkwił w tych okład­kach i włamy­wał mi się do głowy albo może był to zwy­czaj­nie zbieg oko­licz­ności, ale jak­kol­wiek było, to na­prawdę eks­tra. Moim zda­niem przy­pad­ki są faj­ne, na­wet jeśli nic nie znaczą, a zresztą kto wie? Może znaczą! Nie twierdzę, że wszyst­ko dzie­je się z ja­kie­goś po­wo­du. Cho­dzi ra­czej o to, że miałam wrażenie, jak­byśmy ja i sta­ry Mar­cel nada­wa­li na tych sa­mych fa­lach.

Następne­go dnia wróciłam do Fifi i zamówiłam mały im­bryk her­ba­ty lap­sang so­uchong, którą piję cza­sa­mi, kie­dy robię so­bie przerwę od blue mo­un­ta­in. Siedząc tak, po­pi­jając her­batę o dym­nym sma­ku, pod­ja­dając fran­cu­skie ciast­ko i cze­kając, aż Ba­bet­te umówi mnie z kimś na randkę, zaczęłam się za­sta­na­wiać.

Jak w ogóle szu­ka się stra­co­ne­go cza­su? To cie­ka­we py­ta­nie, więc wysłałam ese­me­sa do sta­rej Jiko, bo za­wsze tak robię, kie­dy zma­gam się z ja­kimś fi­lo­zo­ficz­nym dy­le­ma­tem. Po­tem mu­siałam cze­kać bar­dzo, bar­dzo długo, ale w końcu mój ke­itai wydał z sie­bie dźwięk, który mówił, że od­po­wie­działa. A oto, co na­pi­sała:

?????

???????

?????28

co ozna­cza mniej więcej:

Bywa, że

Słowa ula­tują...

Czy to opadłe liście?

Nie je­stem zbyt do­bra z po­ezji, ale kie­dy prze­czy­tałam wiersz sta­rej Jiko, ocza­mi wy­obraźni zo­ba­czyłam ta­kie wiel­kie sta­re drze­wo miłorzębu, które rośnie na te­re­nie jej świątyni29. Jego liście mają kształt małych zie­lo­nych wa­chla­rzyków, a je­sie­nią robią się ja­snożółte, opa­dają i za­kry­wają całą zie­mię, ma­lując wszyst­ko na czy­ste złoto. Przyszło mi do głowy, że to wiel­kie sta­re drze­wo także jest istotą cza­su, tak samo jak Jiko, i wy­obra­ziłam so­bie samą sie­bie, jak szu­kam pod nim stra­co­ne­go cza­su, prze­sie­wając opadłe liście, jej roz­sy­pa­ne złote słowa.

Idea isto­ty cza­su po­cho­dzi z książki pod tytułem Sh?b?genz?, którą pe­wien mistrz zen o imie­niu D?gen Zen­ji na­pi­sał ja­kieś osiem­set lat temu, co czy­ni go jesz­cze star­szym niż sta­ra Jiko czy na­wet Mar­cel Pro­ust. D?gen Zen­ji to je­den z ulu­bio­nych au­torów Jiko i ma far­ta, że jego książki są ważne i nadal dostępne. Nie­ste­ty, wszyst­ko, co na­pi­sała sama Jiko, wyszło już z dru­ku, więc nig­dy nie czy­tałam jej utworów, za to opo­wie­działa mi mnóstwo hi­sto­rii. To spra­wiło, że zaczęłam roz­myślać o tym, iż słowa i opo­wieści to także isto­ty cza­su - i wte­dy przy­szedł mi do głowy po­mysł, żeby wy­ko­rzy­stać ważną książkę Mar­cela Pro­usta, aby spi­sać hi­sto­rię życia mo­jej sta­rej Jiko.

Nie cho­dzi tu wca­le o to, że Jiko to naj­ważniej­sza oso­ba, jaką znam, cho­ciaż częścio­wo to praw­da. I nie o to, że jest nie­sa­mo­wi­cie sta­ra i była już na świe­cie, kie­dy Mar­cel Pro­ust pisał swoją książkę o cza­sie. Po­wo­dem, dla którego po­sta­no­wiłam na­pi­sać o niej w A la re­cher­che du temps per­du, jest to, że to je­dy­ny zna­ny mi człowiek, który na­prawdę ro­zu­mie czas.

Sta­ra Jiko jest su­per­o­strożna, jeśli cho­dzi o czas. Wszyst­ko robi bar­dzo, bar­dzo po­wo­li, na­wet jeśli zwy­czaj­nie sie­dzi na we­ran­dzie i pa­trzy na ważki krążące le­ni­wie nad ogro­do­wym sta­wem. Mówi, że robi wszyst­ko tak wol­no po to, żeby roz­ciągnąć czas, aby mieć go więcej i żyć dłużej, a po­tem śmie­je się, żeby dać do zro­zu­mie­nia, że to tyl­ko żart. Wie prze­cież do­sko­na­le, że cza­su nie można roz­sma­ro­wać ni­czym masła czy dżemu, a śmierć nie za­cze­ka so­bie na boku, aż skończysz robić, co­kol­wiek właśnie ro­bisz, za­nim cię ciach­nie. Na tym właśnie po­le­ga dow­cip, a Jiko śmie­je się, bo go ro­zu­mie.

Ale tak na­prawdę wca­le mnie to nie śmie­szy. Może i nie wiem, ile dokład­nie sta­ra Jiko ma lat, ale wiem na pew­no, że już niedługo będzie mar­twa, na­wet jeśli nie dokończy za­mia­ta­nia świątyn­nej kuch­ni albo pie­le­nia grządki z białą rzod­kwią, albo układa­nia świeżych kwiatów na ołta­rzu. A kie­dy umrze, będzie to jej ko­niec, jeśli cho­dzi o czas. Jej sa­mej zupełnie to nie prze­szka­dza, ale mnie - bar­dzo. To ostat­nie dni Jiko na tym świe­cie, a ja nic nie mogę na to po­ra­dzić, nic nie mogę zro­bić, żeby po­wstrzy­mać czas przed upływem czy cho­ciaż go zwol­nić, i każda se­kun­da dnia jest ko­lejną se­kundą stra­coną. Ona pew­nie by się ze mną nie zgo­dziła, ale ja widzę to właśnie w ten sposób.

Nie prze­szka­dza mi myśl, że na świe­cie za­brak­nie mnie sa­mej, bo je­stem prze­ciętna, ale nie­na­widzę myśli o świe­cie po­zba­wio­nym sta­rej Jiko. Ona jest zupełnie wyjątko­wa i spe­cjal­na, jak ostat­ni żółw Ga­la­pa­gos albo ja­kieś inne pra­daw­ne zwierzę gra­molące się po wy­schniętej zie­mi, je­dy­ne, które po­zo­stało ze swo­je­go ro­dza­ju. Ale nie za­czy­naj­my roz­mo­wy na te­mat ginących ga­tunków, bo to strasz­nie przygnębiające i będę mu­siała zabić się na miej­scu.

6

Okej, Nao. Po co to ro­bisz? O co właści­wie ci cho­dzi?

W tym cały kłopot. Je­dy­nym po­wo­dem spi­sa­nia hi­sto­rii życia Jiko jest to, że ją ko­cham i chcę ją za­pa­miętać, ale prze­cież sama nie za­mie­rzam dożyć sta­rości, a mar­twa, tak czy owak, nie będę pamiętać jej opo­wieści, praw­da?

Zresztą, kogo poza mną to ob­cho­dzi? Gdy­bym myślała, że świat ze­chce po­znać starą Jiko, umiesz­czałabym jej hi­sto­rie na blo­gu, ale prze­stałam go pro­wa­dzić już jakiś czas temu. Smu­ciło mnie, kie­dy przyłapy­wałam się na uda­wa­niu, że każdy tam, w cy­ber­prze­strze­ni, dba o to, co myślę, pod­czas gdy tak na­prawdę wszy­scy mają to gdzieś30. A kie­dy prze­mnożyłam ten smu­tek przez mi­lio­ny lu­dzi po­za­my­ka­nych w swo­ich sa­mot­nych po­ko­ikach, piszących jak fu­ria­ci i pu­bli­kujących na swo­ich sa­mot­nych stron­kach, których nikt nie ma cza­su czy­tać, bo wszy­scy są zbyt zajęci pi­sa­niem i pu­bli­ko­wa­niem31, po­czułam się tak, jak­by ser­ce miało mi pęknąć.

Praw­da jest taka, że mój krąg zna­jo­mych nie jest ostat­nio zbyt duży, a lu­dzie, z którymi spędzam czas, nie należą do osób, które ob­cho­dziłaby stucz­te­ro­let­nia bud­dyj­ska mnisz­ka, na­wet jeśli jest ona bo­sat­su po­tra­fiącą ko­rzy­stać z e-ma­ila i ese­mesów - choć tyl­ko dla­te­go, że zmu­siłam ją do kup­na kom­pu­te­ra, żeby miała ze mną kon­takt, kie­dy ja je­stem w To­kio, a ona sie­dzi w swo­jej roz­wa­lającej się świątyni na szczy­cie góry na środ­ku pust­ko­wia. Jiko nie prze­pa­da za naj­nowszą tech­no­lo­gią, ale ra­dzi so­bie całkiem do­brze jak na istotę cza­su z ka­ta­raktą i ar­tre­ty­zmem w obu kciu­kach. Sta­ra Jiko i Mar­cel Pro­ust po­chodzą ze świa­ta sprzed kom­pu­terów, a jest to czas, który zo­stał dziś całko­wi­cie utra­co­ny.

Tak więc siedzę tu, w Sa­mot­nym Far­tusz­ku Fifi, gapiąc się na te wszyst­kie pu­ste kart­ki i za­sta­na­wiając się, na co mi to, kie­dy na­gle po­wa­la mnie nie­sa­mo­wi­ty po­mysł. Go­to­wy? Oto on:

Spiszę w książce Mar­ce­la wszyściut­ko, co wiem o życiu Jiko, a kie­dy skończę, zwy­czaj­nie zo­sta­wię ją gdzieś, a ty ją znaj­dziesz!

Su­per, nie? Mam wrażenie, jak­bym sięgała po­przez czas do przo­du, by cię do­tknąć, a te­raz, kie­dy to zna­lazłeś, ty sięgasz wstecz i do­ty­kasz mnie!

Moim zda­niem to fan­ta­stycz­ne, su­per i piękne. Jak list w bu­tel­ce wy­rzu­co­ny w oce­an cza­su i prze­strze­ni. I taki oso­bi­sty, i praw­dzi­wy, ro­dem z nie­skom­pu­te­ry­zo­wa­ne­go świa­ta sta­rej Jiko i Mar­ce­la. To prze­ci­wieństwo blo­ga. To an­ty­blog, bo prze­zna­czo­ny jest tyl­ko dla jed­nej wyjątko­wej oso­by, a tą osobą je­steś ty. Jeśli do­czy­tałeś tak da­le­ko, to chy­ba ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi. Ro­zu­miesz? Czy czu­jesz się już wyjątko­wo?

Po­cze­kam tu chwilę i zo­baczę, czy od­po­wiesz...

7

Żar­tuję. Wiem, że nie możesz od­po­wie­dzieć, i te­raz jest mi głupio, bo co, jeśli wca­le nie czu­jesz się wyjątko­wo? Założyłam to z góry, praw­da? A może myślisz, że je­stem zwy­czajną kre­tynką, i wy­rzu­cisz mnie na śmie­ci, jak to się dzie­je z tymi wszyst­ki­mi dziew­czy­na­mi, o których opo­wia­dam Jiko; tymi, które giną z rąk zbo­czeńców sie­kających je po­tem na kawałki i wrzu­cających do śmiet­ni­ka tyl­ko dla­te­go, że popełniły błąd i umówiły się z niewłaści­wym fa­ce­tem. To byłoby na­prawdę smut­ne i prze­rażające.

Albo - ko­lej­na strasz­na myśl - co, jeśli w ogóle tego nie czy­tasz? Co, jeśli na­wet nie zna­lazłeś tej książki, bo ktoś wy­wa­lił ją do śmie­ci albo tra­fiła do re­cy­klin­gu, za­nim zdołała do cie­bie do­trzeć? Wte­dy hi­sto­rie sta­rej Jiko na­prawdę prze­padną na za­wsze, a ja siedzę tu i mar­nuję czas, ga­dając z wnętrzem śmiet­ni­ka.

Hej, od­po­wiedz! Tra­fiłam do ko­sza czy nie?

Żar­tuję. Zno­wu. :)

Okej, oto, co po­sta­no­wiłam. Nie prze­szka­dza mi ry­zy­ko, bo do­da­je ono spra­wie in­te­re­sującego smacz­ku. I nie sądzę, żeby prze­szka­dzało sta­rej Jiko, bo jako bud­dyst­ka do­sko­na­le ro­zu­mie nie­trwałość i to, że wszyst­ko się zmie­nia i nic nie trwa wiecz­nie. Sta­rej Jiko na­prawdę nie ob­cho­dzi, czy jej hi­sto­rie zo­staną za­pi­sa­ne, czy utra­co­ne, i może przejęłam od niej odro­binę tej nie­fra­so­bli­wości. Kie­dy na­dej­dzie czas, mogę zwy­czaj­nie dać so­bie spokój.

Albo i nie. Nie wiem. Może za­nim dojdę do ostat­niej stro­ny, będę za bar­dzo skrępo­wa­na albo za­wsty­dzo­na, żeby zwy­czaj­nie gdzieś to zo­sta­wić, i za­miast tego spie­tram i wszyst­ko zniszczę.

Hej, jeśli tego nie czy­tasz, to wiesz, że je­stem tchórzem! Ha, ha.

A jeśli cho­dzi o tę całą hi­sto­rię z wku­rzo­nym du­chem Mar­ce­la, po­sta­no­wiłam się tym nie przej­mo­wać. Go­oglując Mar­ce­la Pro­usta, zna­lazłam go przy­pad­kiem w ran­kin­gu sprze­daży na Ama­zo­nie - nie mogłam uwie­rzyć, że jego książki nadal są w dru­ku. Zależnie od wy­da­nia A la re­cher­che du temps per­du zaj­mu­je on miej­sce między trzy­naście tysięcy sześćset dzie­więćdzie­siątym piątym a siedemdzie­siąt dzie­więć tysięcy trzy­sta dwu­dzie­stym czwar­tym. Be­st­sel­ler to to nie jest, ale jak na tru­pa całkiem nieźle. Mówię o tym gwo­li in­for­ma­cji. Żebyś wie­dział, że nie mu­sisz mu tak strasz­nie współczuć.

Nie wiem, ile cza­su zaj­mie mi ten pro­jekt. Pew­nie mie­siące. Książka jest pełna pu­stych kar­tek, Jiko ma wie­le opo­wieści, a ja piszę dość wol­no, ale będę ciężko pra­co­wać i praw­do­po­dob­nie za­nim dojdę do ostat­niej stro­ny, sta­ra Jiko będzie już mar­twa i mój czas także na­dej­dzie.

Wiem też, że nig­dy nie zdołam za­pi­sać każdego szczegółu z życia Jiko, jeśli więc chcesz do­wie­dzieć się więcej, mu­sisz prze­czy­tać jej książki, o ile zdołasz je zna­leźć. Jak już mówiłam, wszyst­kie wyszły w dru­ku i całkiem możliwe, że jakaś spryt­na dziew­czy­na wy­darła z nich kart­ki i wy­rzu­ciła wszyst­kie złote słowa na śmiet­nik, obok Pro­usta. To byłoby na­prawdę smut­ne, bo sta­ra Jiko nie fi­gu­ru­je w ran­kin­gu Ama­zo­nu. Wiem, bo spraw­dzałam i w ogóle jej tam nie ma. Hmmm. Muszę so­bie prze­myśleć ten po­mysł z wy­ry­wa­niem kar­tek z książek. Może jed­nak nie jest taki su­per.