W poszukiwaniu imperium - Laurence Bergreen

-
Proszę czekać

Główne postacie

Anglia

Boro­ugh, Wil­liam (1536-1599). Ofi­cer i kon­tro­ler mary­narki wojen­nej. W 1583 roku kazał powie­sić dzie­się­ciu kapi­ta­nów stat­ków pirac­kich. Wice­ad­mi­rał pod­czas rajdu Fran­cisa Drake'a na Kadyks w 1587 roku. Oskar­żony o bunt, ale wyro­kiem sądu unie­win­niony.

Car­der, Peter. Chło­piec okrę­towy, który twier­dził, że prze­szedł Bra­zy­lię na pie­chotę z zachodu na wschód, po czym wró­cił stam­tąd do Anglii.

Cecil, Wil­liam, 1. baron Bur­gh­ley (1520-1598). Sekre­tarz gene­ralny kró­lo­wej Elż­biety. W 1572 roku powo­łany na lorda skarb­nika. Zmarł w swym lon­dyń­skim domu w 1598 roku.

Cecil, Robert, syn Wil­liama (1563-1612). Po śmierci ojca zastą­pił go na sta­no­wi­sku głów­nego doradcy kró­lo­wej.

Dee, John (1527-1608). Mate­ma­tyk, astro­nom, astro­log, alche­mik. Wpły­wowy doradca kró­lo­wej Elż­biety. Sfor­mu­ło­wał kon­cep­cję "impe­rium bry­tyj­skiego".

Deve­reux, Robert, 2. hra­bia Essex (1565-1601). W póź­nych latach życia Elż­biety jej fawo­ryt. Kiedy jej się nara­ził, kazała go stra­cić.

Doughty, Tho­mas. Bun­tow­nik. Ska­zany na śmierć przez Drake'a.

Drake, sir Fran­cis (1540-1596). Naj­star­szy z dwu­na­stu synów Edmunda Drake'a. Krewny sir Johna Haw­kinsa, z któ­rym han­dlo­wał nie­wol­ni­kami na Kara­ibach. W latach 1577-1580 opły­nął Zie­mię. Wice­ad­mi­rał floty angiel­skiej pod­czas pod­boju Anglii przez hisz­pań­ską Wielką Armadę. Zmarł na czer­wonkę w Indiach Zachod­nich. Pocho­wany w morzu w pobliżu Por­to­bello w Pana­mie 27 stycz­nia 1596 roku.

Drake, John. Bra­ta­nek Fran­cisa Drake'a.

Dudley, Robert, 1. hra­bia Leice­ster (1532-1588). Piąty syn Johna Dudleya, stra­co­nego księ­cia Nor­thum­ber­land. Podej­rze­wany o zabój­stwo pierw­szej żony, Amy Rob­sart.

Elż­bieta I (1533-1603). Córka Hen­ryka VIII i Anny Boleyn, jego dru­giej żony.

Flet­cher, Fran­cis (ok. 1555-ok. 1619). Kape­lan Drake'a pod­czas wyprawy dookoła świata. Na statku pro­wa­dził dzien­nik, który sta­no­wił pod­stawę The World Encom­pas­sed, rela­cji z tej podróży napi­sa­nej przez sir Fran­cisa Drake'a.

Fro­bi­sher, sir Mar­tin (1539-1595). Żeglarz. Popro­wa­dził trzy wyprawy do Nowego Świata. Pod­czas star­cia z Wielką Armadą dowo­dził okrę­tem Triumph. Zmarł w Ply­mo­uth.

Haw­kins, sir John (1532-1595). Kor­sarz, han­dlarz nie­wol­ni­kami i men­tor Drake'a. Skarb­nik mary­narki wojen­nej. Pod­czas star­cia z Wielką Armadą dowo­dził okrę­tem Vic­tory. Paso­wany na ryce­rza. Zgi­nął w Por­to­ryko pod­czas wspól­nej wyprawy z Dra­kiem.

Howard, Char­les, 2. baron Effin­gham (1536-1624). Naj­star­szy syn Wil­liama Howarda. W 1585 roku mia­no­wany lor­dem admi­ra­łem Anglii. W 1588 roku popro­wa­dził angiel­ską flotę do zwy­cię­skiego star­cia z hisz­pań­ską Wielką Armadą. Wal­czył w bitwie pod Gra­ve­li­nes.

Maria I (1516-1558). Jedyne dziecko Hen­ryka VIII i jego pierw­szej żony Kata­rzyny Ara­goń­skiej, które dożyło wieku doro­słego. W 1554 roku wyszła za mąż za króla Hisz­pa­nii Filipa II. Zmarła bez­dziet­nie w Lon­dy­nie.

New­man, Mary (ok. 1552-1583). Pierw­sza żona Fran­cisa Drake'a w latach 1569-1581.

Nor­reys, sir John (1547-1597). Dowódca woj­skowy zaan­ga­żo­wany w masa­krę Szko­tów na wyspie Rath­lin. Paso­wany na ryce­rza przez Leice­stera. W 1589 roku wraz z Dra­kiem stał na czele nie­uda­nej kam­pa­nii mają­cej na celu osa­dze­nie na tro­nie Por­tu­ga­lii dom Antó­nia.

Oxen­ham, John. Pierw­szy nie­hisz­pań­ski odkrywca, który prze­mie­rzył Prze­smyk Panam­ski (1575). Wal­czył wraz z Dra­kiem prze­ciwko Hisz­pa­nom w dwóch wcze­snych kam­pa­niach w Ame­ryce Środ­ko­wej. W 1578 roku schwy­tany przez Hisz­pa­nów i stra­cony w Limie 30 wrze­śnia 1580.

Pretty, Fran­cis. Mary­narz i zbrojny w zało­dze Drake'a.

Syden­ham, Eli­za­beth (1540-1596). Druga żona Fran­cisa Drake'a.

Wal­sin­gham, sir Fran­cis (1532-1590). Szpieg i mini­ster kró­lo­wej Elż­biety. Paso­wany na ryce­rza w 1577 roku. Zmarł w Lon­dy­nie, tonąc w dłu­gach.

Win­ter (Wyn­ter), sir Wil­liam (ok. 1521-1589). Kon­tro­ler mary­narki wojen­nej, admi­rał. W star­ciu z hisz­pań­ską Wielką Armadą dowo­dził okrę­tem Van­gu­ard.

Szko­cja

Jakub VI Stu­art, król Szko­cji (1566-1625). Syn Marii, kró­lo­wej Szko­tów. Następca Elż­biety I na tro­nie Anglii jako Jakub I.

Maria I Stu­art, kró­lowa Szko­tów (1542-1587). Jedyna pra­wo­wita spad­ko­bier­czyni króla Szko­cji Jakuba V, który zmarł sześć dni po jej uro­dze­niu. Domnie­mana spad­ko­bier­czyni korony Anglii jako córka star­szej sio­stry Hen­ryka VIII, Mał­go­rzaty. W 1568 roku ucie­kła ze Szko­cji do Anglii. Zatrzy­mana przez Elż­bietę I dzie­więt­na­ście lat była jej więź­niem, dopóki nie została przez nią stra­cona.

Hisz­pa­nia

de Antón, San Juan. Kapi­tan "Caca­fu­ego", schwy­tany przez Drake'a u wybrzeży Bra­zy­lii.

de Figu­eroa, Gómez Suárez, 5. hra­bia de Feria (1520-1571). Książę Feria, jak go póź­niej nazwano, peł­nił funk­cję przed­sta­wi­ciela Filipa II w Anglii w latach 1557-1559.

de Guzmán y Zú?iga-Soto­mayor, Alonso Pérez, 7. książę Mediny-Sido­nii (1550-1615). Dowódca Wiel­kiej Armady, która w 1588 roku miała zaata­ko­wać połu­dnie Anglii.

de Men­doza, Ber­nar­dino (1540-1604). Amba­sa­dor i szpieg hisz­pań­ski w Lon­dy­nie w latach 1578-1584.

Far­nese, Alek­san­der, książę Parmy (1545-1592). Jego matka była przy­rod­nią sio­strą króla Filipa. Nie dotarł na miej­sce spo­tka­nia z okrę­tami Wiel­kiej Armady dowo­dzo­nej przez Medinę-Sido­nię.

Filip II, król Hisz­pa­nii, zwany Roz­trop­nym (1527-1598). Wstą­pił na tron w 1556 roku po abdy­ka­cji ojca, cesa­rza Karola V. W róż­nych okre­sach był kró­lem Hisz­pa­nii, Por­tu­ga­lii, Neapolu, Sycy­lii, Anglii i Irlan­dii. Zmarł w pałacu Esco­rial.

Waty­kan

Grze­gorz XIII (1502-1585). Papież w latach 1572-1585. Refor­ma­tor, który pró­bo­wał znie­chę­cić do sze­rze­nia się pro­te­stan­ty­zmu, zakła­da­jąc nowe semi­na­ria duchowne. Odpra­wił w Rzy­mie mszę za masa­krę pro­te­stanc­kich huge­no­tów w Paryżu w 1572 roku.

Pius V (1504-1572). Papież 1566-1572. 25 lutego 1570 roku eks­ko­mu­ni­ko­wał Elż­bietę I.

Syk­stus V (1520-1590). Papież w latach 1585-1590. Cho­ciaż lubił Elż­bietę I, odno­wił eks­ko­mu­nikę i obie­cał udzie­lić Fili­powi II hoj­nej sub­wen­cji po przy­by­ciu Wiel­kiej Armady do Anglii.

ROZDZIAŁ 1

Wyspa oraz imperium

Rankiem 13 grud­nia 1577 roku Fran­cis Drake, kor­sarz i były han­dlarz nie­wol­ni­ków, wydał roz­kaz pod­nie­sie­nia kotwic swej nie­wiel­kiej flo­cie sto­ją­cej w Ply­mo­uth. Okręty odci­nały się na tle posęp­nego nieba, kolo­rowe żagle wydy­mały się na wie­trze, który niósł hała­śliwe nawo­ły­wa­nia mary­na­rzy.

Ply­mo­uth leży w Devo­nie, trzy­sta kilo­me­trów na połu­dniowy zachód od Lon­dynu. Wci­śnięty jest mię­dzy dwie rzeki, Plym i wyzna­cza­jącą gra­nicę z Korn­wa­lią Tamar, które wpa­dają do zatoki zwa­nej Soun­dem. W XVI wieku to spo­kojne mia­sto w dużej czę­ści zaj­mo­wały zie­mie uprawne cią­gnące się u pod­nóża pół­wy­spu wci­na­ją­cego się w zatokę. Drake, który pocho­dził z hrab­stwa Devon, uczy­nił port swą bazą wypa­dową. Ply­mo­uth, choć sły­nęło ze stoczni, sta­no­wiło także cen­trum angiel­skiego han­dlu nie­wol­ni­kami. Nie było to nie­winne miej­sce. Zresztą cały Devon wedle podań ludo­wych to schro­nie­nie cza­row­nic i samego sza­tana.

Mało kto wie­dział, dokąd zmie­rza ta flo­tylla, ale nie spo­dzie­wano się jej powrotu przed naj­bliż­szym Bożym Naro­dze­niem, a może i następ­nym - jeśli ambitny plan Drake'a się powie­dzie. Wielu z tych, któ­rzy z nim popły­nęli, zain­we­sto­wało w to przed­się­wzię­cie i liczyło, że się na nim wzbo­gaci, choć rów­nie dobrze mogli już ni­gdy nie ujrzeć Ply­mo­uth. Kilka tygo­dni wcze­śniej na nie­bie prze­mknęła wielka kometa, co w Euro­pie uznano za zapo­wiedź jakichś wiel­kich wyda­rzeń. Poja­wie­nie się komet - tajem­ni­czych, jaśnie­ją­cych posłań­ców z kosmosu - zbie­gało się w cza­sie z naro­dzi­nami nowych epok.

Praw­dziwy cel eks­pe­dy­cji, okrą­że­nie kuli ziem­skiej, znały dwie naj­waż­niej­sze posta­cie tych cza­sów: Fran­cis Drake i kró­lowa Elż­bieta. Gdyby został on osią­gnięty, żeglarz prze­szedłby do histo­rii jako pierw­szy kapi­tan, który opły­nął zie­mię i wró­cił żywy. Elż­bieta zaś trak­to­wała wyprawę jako wyzwa­nie rzu­cone glo­bal­nemu porząd­kowi, a więc domi­na­cji Hisz­pa­nii i dru­go­rzęd­nej roli swego wyspiar­skiego kró­le­stwa. Przy tym oboje liczyli, że doro­bią się na niej for­tuny. Na razie jed­nak trzy­mali swe ambitne plany w tajem­nicy, nie wspo­mi­na­jąc o nich w doku­men­tach.

Drake pozwa­lał wie­rzyć zało­dze, że wybie­rają się do Panamy po złoto albo do egip­skiej Alek­san­drii szu­kać porze­czek. Były to lukra­tywne, acz mało emo­cjo­nu­jące cele. Gdyby załoga znała praw­dziwy plan, zde­zer­te­ro­wa­łaby przy pierw­szej lep­szej oka­zji. "Pogoda w Cie­śni­nie jest tak straszna, że sama myśl o pró­bie jej sfor­so­wa­nia napawa lękiem", napi­sał jeden z komen­ta­to­rów, mając na myśli zdra­dziec­kie przej­ście mię­dzy Oce­anem Atlan­tyc­kim a Spo­koj­nym, naj­bar­dziej oczy­wi­stą z prze­szkód na dro­dze do opły­nię­cia świata. Utrzy­ma­nie tajem­nicy, zwłasz­cza przed męż­czy­znami mają­cymi tego doko­nać, było więc sprawą naj­wyż­szej wagi.

Spółka finan­su­jąca wyprawę upo­waż­niła Drake'a do poko­na­nia Atlan­tyku, opły­nię­cia połu­dnio­wego krańca Ame­ryki, zba­da­nia zachod­niej strony kon­ty­nentu i oceny szans na zdo­by­cie złota i sre­bra - zwłasz­cza złota, sre­bra oraz innych cen­nych ładun­ków trans­por­to­wa­nych przez hisz­pań­skie statki. Nie­wy­po­wie­dziane gło­śno zle­ce­nie doty­czyło wyrzu­ce­nia Hisz­pa­nów z tego boga­tego w surowce kraju. Nikt nawet nie pisnął o opły­nię­ciu kuli ziem­skiej. To pozo­sta­wiono do decy­zji Drake'a, który wyru­szał w podróż mającą cał­ko­wi­cie zmie­nić obli­cze Anglii.

Jeśli Drake kie­dy­kol­wiek miał chwile zwąt­pie­nia w kwe­stii cze­ka­ją­cych go zadań, to źró­dła mil­czą na ten temat. Doce­niał siłę sztor­mów, ale nie budziły one w nim prze­ra­że­nia. Na pokła­dzie każ­dej jed­nostki, na któ­rej pły­wał, czy to pinasy, czy karaki, zacho­wy­wał cał­ko­wity spo­kój. Rów­nie pew­nie i szybko co na morzu podej­mo­wał decy­zje na lądzie. Jako lojalny pod­dany rzecz jasna sza­no­wał kró­lową i jej dwo­rzan, w więk­szo­ści wysoko uro­dzo­nych, ale dla niego mało przy­dat­nych. Nie czuł jed­nak przed nimi stra­chu. Oka­zy­wa­nie sza­cunku nie leżało w jego natu­rze.

Czuł respekt tylko wobec Boga Naj­wyż­szego. Ojciec Fran­cisa, Edmund, który pod koniec życia został kazno­dzieją, nauczył go zaufa­nia do wszyst­kiego, co wiąże się z wiarą. Mary­narz, który zamu­stro­wał na rejs pod dowódz­twem Drake'a, wie­dział, że będzie musiał śpie­wać psalmy i modlić się nawet kilka razy dzien­nie. Kapi­tan kazał zało­dze śpie­wać psalmy przed bitwami, dzię­ko­wać za zwy­cię­stwa i gdy to moż­liwe, urzą­dzać zabi­tym i zmar­łym chrze­ści­jań­ski pochó­wek - w tym wypadku pro­te­stancki. Kato­lic­kie obrzędy dopro­wa­dzały go do szału, mimo że oba wyzna­nia róż­niły się wtedy dużo mniej niż dzi­siaj. Choć nie­okrze­sany w porów­na­niu z ary­sto­kra­cją, nie ustę­po­wał nikomu w swej wie­rze w kró­lową i ojczy­znę oraz w pogar­dzie dla jej wro­gów, zwłasz­cza Hisz­pa­nii. Kie­ro­wał się pro­stym, acz twar­dym kom­pa­sem moral­nym, dzięki któ­remu poko­ny­wał nie­bez­pieczne prze­szkody - czy to praw­dziwe, czy wyima­gi­no­wane.

Odważny i sta­now­czy, miał tro­chę ponad 171 cen­ty­me­trów wzro­stu - choć nie­któ­rzy dawali mu 177 - i krępą budowę ciała. Prze­ja­wiał typowo korn­wa­lij­skie upodo­ba­nie do malo­wa­nia i ryso­wa­nia. Pod­czas podróży wiele szki­co­wał, chcąc lepiej zro­zu­mieć dzieło Stwórcy. Tam, gdzie inni widzieli świat w sza­rych bar­wach, on dostrze­gał całe ich spek­trum. Nie­któ­rzy kor­sa­rze kochali kobiety, inni roz­lew krwi lub szer­mierkę. Drake pożą­dał złota i nie prze­stał kraść, nawet gdy miał go już tyle, że wystar­czy­łoby go kilku ludziom do końca życia. Plą­dro­wa­nie tkwiło bowiem głę­boko w jego natu­rze. Był jak sroka - wszystko nale­żało do niego, przy­naj­mniej to, co błysz­czało. Wysko­czył na świat, pra­gnąc zoba­czyć jak naj­wię­cej w cza­sie, który został mu dany. Wie­dział, jak wszy­scy w elż­bie­tań­skiej Anglii, że życie bywa krót­kie. Ludziom zagra­żały plagi, wojny i cho­roby, nie mówiąc już o nie­bez­pie­czeń­stwach żeglo­wa­nia w nie­znane. Nie­mniej jed­nak liczba lud­no­ści stale rosła: 2 miliony, 3 miliony, aż do 4 milio­nów w cza­sie dłu­giego pano­wa­nia Elż­biety. Pod­dani kró­lo­wej roz­py­chali się w poszu­ki­wa­niu dóbr i prze­strzeni i to samo robił Drake. Róż­nica mię­dzy nim a innymi była taka, że miał dostęp do stat­ków i, co rów­nie ważne, dys­po­no­wał licen­cją na sia­nie pożogi w imię kró­lo­wej, z czego skwa­pli­wie korzy­stał. Sława i szczę­ście Drake'a dawały szansę na stwo­rze­nie impe­rium, a przy jego zuchwa­ło­ści wyda­wało się to wręcz pewne.

W skład spółki finan­su­ją­cej wyprawę w 1577 roku wcho­dziły ważne posta­cie elż­bie­tań­skiej Anglii: Robert Dudley, Chri­sto­pher Hat­ton, hra­bia Lin­coln (lord admi­rał), John Haw­kins i jego brat Geo­rge. Drake wyło­żył 1000 fun­tów z zysków, jakie przy­nio­sły mu kor­sar­skie rajdy na hisz­pań­skie statki i pla­cówki. Kolejne 1000 fun­tów prze­ka­zała Elż­bieta, tak w każ­dym razie twier­dził póź­niej Drake, choć nie ma potwier­dza­ją­cych to doku­men­tów - kró­lowa być może sta­rała się ukryć tę trans­ak­cję. Wil­liam Win­ter, kon­tro­ler floty kró­lew­skiej, doło­żył 750 fun­tów, a jego brat, Geo­rge, płat­nik floty - 500 fun­tów. (Jedyna kopia doku­mentu zawie­ra­ją­cego listę inwe­sto­rów czę­ściowo spło­nęła, na wieki skry­wa­jąc ich nazwi­ska). Choć ofi­cjal­nie kró­lowa nie dała wypra­wie swego bło­go­sła­wień­stwa, jej uczest­nic­two w spółce świad­czyło, że wyra­ziła zgodę na przed­się­wzię­cie, co było pra­wie tak samo dobre jak ofi­cjalna zgoda. W ten spo­sób żądza zemsty Drake'a na Hisz­pa­nach spo­tkała się z kieł­ku­ją­cym w gło­wie Elż­biety pomy­słem zbu­do­wa­nia impe­rium.

Flo­tyllę pro­wa­dził trzy­dzie­sto­sze­ścio­me­trowy okręt fla­gowy Drake'a, galeon Peli­can - wie­lo­po­kła­dowy sta­tek zamó­wiony dwa lata wcze­śniej i zbu­do­wany według wska­zó­wek kapi­tana w stoczni w Ply­mo­uth. Sze­roki na około sześć metrów, długi mniej wię­cej na trzy­dzie­ści, o zanu­rze­niu nie­spełna trzech metrów. Dość pokaźny - mógł wziąć na pokład do 150 ton, w tym dwa­dzie­ścia dwa działa - nie przy­tła­czał jed­nak wiel­ko­ścią. Na więk­szy Drake'a nie było stać, wyło­żył na niego pie­nią­dze z kor­sar­skich łupów. Pier­wot­nie dla zaspo­ko­je­nia swej próż­no­ści nadał mu imię Fran­cis, ale Elż­bieta wolała peli­kana, jeden ze swo­ich sym­boli. Według śre­dnio­wiecz­nego ale­go­rycz­nego bestia­riu­sza peli­kan sym­bolizował Jezusa cier­pią­cego za grze­chy ludz­ko­ści. Ptak ów, szy­bu­jąc ze zwie­szo­nym brzu­chem i roz­po­star­tymi skrzy­dłami, przy­po­mi­nał ludziom tych cza­sów Jezusa na krzyżu. Jeśli Peli­can miał suge­ro­wać, że za wyprawą stoi kró­lowa, nazwa okrętu wice­ad­mi­ral­skiego, Eli­za­beth, jasno o tym świad­czyła. Choć mniej­szy od Peli­cana - o nośno­ści osiem­dzie­się­ciu ton, z jede­na­stoma dzia­łami odla­nymi z żelaza - zbu­do­wany został z drewna pocho­dzą­cego z oso­bi­stych zapa­sów kró­lo­wej i wizu­al­nie robił więk­sze wra­że­nie.

Resztę flo­tylli sta­no­wiły bark Mari­gold, karaka Swan i dwie pinasy, Bene­dict oraz Chri­sto­pher. Ta ostat­nia nale­żała do Drake'a. (Pinasa była nie­wiel­kim żaglow­cem i tak się zło­żyło, że w elż­bie­tań­skim slangu ozna­czała nie­rząd­nicę). W sumie flo­tylla zabrała 164 osoby, w tym mary­na­rzy, żoł­nie­rzy, prak­ty­kan­tów i kil­ku­na­stu dżen­tel­me­nów.

Choć Drake był kapi­ta­nem, nie nale­żał do wyso­kich sfer. Był jed­nak pro­te­stan­tem bez­względ­nie lojal­nym wobec kró­lo­wej, a lata doświad­czeń zdo­by­tych w towa­rzy­stwie Haw­kinsa i na wła­sną rękę świad­czyły o odwa­dze, przed­się­bior­czo­ści i umie­jęt­no­ściach żeglar­skich.

Zaopa­trze­nie stat­ków w żyw­ność jak na tamte czasy pre­zen­to­wało się nad­zwy­czaj­nie: suchary, suszona i mary­no­wana woło­wina oraz wie­przo­wina, suszony dorsz, ocet, oliwa, miód, suszony groch, masło, ser, mąka owsiana, sól, przy­prawy, musz­tarda i rodzynki. Nie­mal wszystko dostar­czył Irland­czyk James Sydae, który od dawna współ­pra­co­wał z Dra­kiem. Szkor­but - utrata kola­genu, jed­nego z bia­łek struk­tu­ral­nych orga­ni­zmu - dzie­siąt­ko­wał mary­na­rzy i dopiero w 1912 roku zro­zu­miano, że może mu zapo­biec kwas askor­bi­nowy, czyli wita­mina C dostępna w owo­cach cytru­so­wych, warzy­wach i piwie. Jed­nak już w cza­sach Drake'a kapi­ta­no­wie stat­ków poda­wali cho­rym mary­na­rzom poma­rań­cze i cytryny, nie wie­dząc, dla­czego są sku­tecz­nym lekar­stwem.

Angiel­scy mary­na­rze sły­nęli z picia w ogrom­nych ilo­ściach piwa i wina, ale doku­menty mil­czą o zaopa­trze­niu wyprawy w alko­hol. Wię­cej wia­domo na temat towa­rów, które Drake zabrał na han­del. Znaj­do­wały się wśród nich noże, szty­lety, szpilki, igły, sio­dła, uzdy, wędzi­dła, papier, kolo­rowe wstążki, zwier­cia­dła, karty do gry i kości oraz len. Cie­śle pako­wali kala­fo­nię, pakuły, smołę, sznury, igły, haczyki, naczy­nia, jak rów­nież, piki, kusze, musz­kiety, proch i naboje. Drake lubił towary luk­su­sowe, takie jak per­fumy (nie­zbędne w cza­sach braku higieny) i srebrne zastawy sto­łowe z pozła­ca­nymi kra­wę­dziami, ozdo­bione jego her­bem.

W dzie­dzi­nie nawi­ga­cji Drake pole­gał na por­tu­gal­skich mapach świata oraz dokład­nych mapach nawi­ga­cyj­nych Cie­śniny Magel­lana. Zabrał ze sobą słynną Rela­cję z pierw­szej podróży dookoła świata por­tu­gal­skiego żegla­rza, którą spi­sał Anto­nio Piga­fetta. Uży­wał jej jako prze­wod­nika nawi­ga­cyj­nego oraz porad­nika, jak radzić sobie z bun­tami mary­na­rzy.

Młody Wene­cja­nin był przy Magel­la­nie pod­czas dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń na wyspie Maca­tan i jako jeden z nie­licz­nych wró­cił z podróży. Z jego rela­cji jasno wynika, że Magel­lana, nim zgi­nął na Fili­pi­nach, spo­tkały nie­mal wszyst­kie moż­liwe kło­poty. Podróż Magel­lana przy­po­mi­nała, że próba prze­pły­nię­cia Atlan­tyku, nie mówiąc już o okrą­że­niu świata - stale się zmie­nia­ją­cego, słabo pozna­nego i ogrom­nego - może być bar­dziej niż nie­bez­pieczna i skoń­czyć się kata­strofą. Ci, któ­rzy się na nią sku­sili, musieli być lek­ko­myślni, nie­ustra­szeni i chciwi. Mieli nie­wiele do stra­ce­nia, a mogli zyskać pie­nią­dze i sławę.

Książki na temat Nowego Świata sta­no­wiły wów­czas nowy i szybko zysku­jący na popu­lar­no­ści gatu­nek lite­racki i Drake wziął ze sobą kilka naj­lep­szych opra­co­wań na ten temat, w tym L'Art de navi­guer, publi­ko­waną z prze­rwami w latach 1554-1573. Było to tłu­ma­cze­nie na fran­cu­ski hisz­pań­skiego dzieła Pedra de Mediny, ory­gi­nal­nie wyda­nego w ośmiu tomach w Val­la­do­lid w 1545 roku i dedy­ko­wa­nego przy­szłemu kró­lowi Hisz­pa­nii Fili­powi II. Poza tym Drake miał ze sobą Breve com­pen­dio de la sphera y de la arte de nave­gar Martína Cortésa de Alba­cara opu­bli­ko­wane w Sewilli i prze­tłu­ma­czone na angiel­ski w 1561 roku. Bogato ilu­stro­wane sta­no­wiło pod­ręcz­nik dla angiel­skich kapi­ta­nów, gdyż wyja­śniało wiele kwe­stii tech­nicz­nych, takich jak dekli­na­cja magne­tyczna (kąt mię­dzy bie­gu­nem magne­tycz­nym Ziemi a praw­dziwą pół­nocą) czy bie­guny gwiaz­dowe, hipo­te­tyczne punkty na nie­bie, w któ­rych oś obrotu Ziemi prze­cina gwiezdną sferę, czyli pro­jek­cję nieba na pół­kulę. Te wiel­ko­ści przy­da­wały się w pomia­rach poło­że­nia statku na peł­nym morzu bez widocz­no­ści lądu. Cortés opi­sał także zegar nocny, przy­rząd poma­ga­jący nawi­ga­to­rom okre­ślić w nocy względną pozy­cję gwiazd na nie­bie w celu obli­cze­nia pły­wów, odgry­wa­ją­cych ogromną rolę, jeśli cho­dzi o czas wpły­nię­cia do portu. Nautyczna biblio­teka Drake'a zawie­rała także dwa stan­dar­dowe pod­ręcz­niki: Regi­ment of the Sea Wil­liama Bourne'a (1574) będący tłu­ma­cze­niem popu­lar­nego dzieła Cortésa i Cosmo­gra­phi­cal Glasse leka­rza i astro­loga Wil­liama Cunin­ghama.

Drake nie spo­dzie­wał się, że obej­mie dowódz­two nad wyprawą. Natu­ral­nym lide­rem wyda­wał się sir Richard Gre­nville, dobrze uro­dzony żeglarz z Devonu, par­la­men­ta­rzy­sta, który pró­bo­wał szczę­ścia jako kor­sarz. W 1574 roku zapro­po­no­wał, że złupi hisz­pań­skie statki, prze­prawi się przez Cie­śninę Magel­lana, a potem przez Pacy­fik popły­nie do Wysp Korzen­nych. W tym cza­sie Drake pró­bo­wał zdła­wić krwawą rebe­lię Irland­czy­ków i Szko­tów, doko­nu­jąc masa­kry na wyspie Rath­lin. Zgi­nęły setki bun­tow­ni­ków, a Drake, który nie otrzy­mał zapłaty za swoje wysiłki, wyco­fał się. Gre­nville otrzy­mał list kaper­ski od Korony, który został póź­niej unie­waż­niony, bo Anglia nie chciała pro­wo­ko­wać potęż­nego, wio­dą­cego samotne życie króla hisz­pań­skiego Filipa II. Dyplo­ma­cja, nie kon­flikt - brzmiało hasło prze­wod­nie dnia. Drake prze­jął rolę kie­dyś prze­zna­czoną sir Richar­dowi, który do końca życia żało­wał swo­jego przed­wcze­snego startu.

Hisz­pa­nia zdo­była zde­cy­do­waną prze­wagę nad Anglią w glo­bal­nym han­dlu i odkry­wa­niu świata. W lipcu 1525 roku, zale­d­wie trzy lata po powro­cie spo­nie­wie­ra­nej Vic­to­rii do Sewilli, król Karol wysłał Garcíę Jofrego de Loaísę z sied­mioma stat­kami i 450 ludźmi na Wyspy Korzenne w celu ich zba­da­nia. W wypra­wie wziął także udział baskij­ski mary­narz Juan Sebástian Elcano, który pły­nął wraz z Magel­la­nem i jako jeden z nie­licz­nych wró­cił żywy do domu. Loaísa otrzy­mał roz­kaz odzy­ska­nia zagi­nio­nych stat­ków nie­for­tun­nej "Armady Molu­kań­skiej" Magel­lana, ale ten ambitny cel oka­zał się nie­moż­liwy do osią­gnię­cia.

W wyniku gwał­tow­nych sztor­mów i bun­tów bar­dzo skur­czona flo­tylla Loaísy w maju 1526 roku dotarła do Cie­śniny Magel­lana. Druga część podróży, przez Pacy­fik, oka­zała się kata­strofą, gdy jeden sta­tek po dru­gim szły na dno. María del Par­ral dotarła do wybrzeży Sula­wesi w Indo­ne­zji, gdzie wielu człon­ków załogi, któ­rzy zeszli na ląd, zabito albo wzięto do nie­woli. Tylko czte­rem udało się ura­to­wać. Do Wysp Korzen­nych dotarł zale­d­wie jeden z sied­miu stat­ków. W tym cza­sie Loaísa i Elcano już nie żyli. Zmarli na szkor­but. Ciała owi­nięto w lniane płachty i rzu­cono do morza. Pod koniec podróży załoga skur­czyła się do dwu­dzie­stu czte­rech ludzi, któ­rzy osta­tecz­nie powró­cili do Hisz­pa­nii. Wśród nich znaj­do­wał się Hans von Aachen, kano­nier Magel­lana. W ten spo­sób stał się on pierw­szym czło­wie­kiem, który dwu­krot­nie opły­nął Zie­mię.

Póź­niej, w 1533 roku, Fran­ci­sco de Ulloa z roz­kazu króla Hisz­pa­nii wyru­szył z Val­di­vii w Chile na połu­dnio­wym wybrzeżu tego kraju, by zba­dać Cie­śninę, i stał się pierw­szym Euro­pej­czy­kiem, który wpły­nął do niej od zachodu. Gdy był w poło­wie drogi, zorien­to­wał się, że koń­czą mu się zapasy, i zawró­cił. W listo­pa­dzie 1577 roku Juan Ladi­rello prze­szedł do histo­rii jako pierw­szy odkrywca, który poko­nał Cie­śninę w obie strony. W jego ślady poszli następni hisz­pań­scy żegla­rze.

Wysiłki Hisz­pa­nów pod­nio­sły rangę podróży Drake'a. Dla Elż­biety szyb­kie zazna­cze­nie angiel­skiej, a sze­rzej pro­te­stanc­kiej, obec­no­ści w Nowym Świe­cie, zanim będzie za późno, stało się kwe­stią życia lub śmierci. Drake jed­nak nie tra­cił spo­koju. Sam ogrom Ame­ryki Połu­dnio­wej i Środ­ko­wej unie­moż­li­wiał jakie­mu­kol­wiek mocar­stwu, nawet Hisz­pa­nii, prze­ję­cie nad nią cał­ko­wi­tej kon­troli. Choć nie kłuło to jesz­cze w oczy, hisz­pań­ska flo­tylla była nad­mier­nie roz­cią­gnięta, nie­zdy­scy­pli­no­wana i nie­wy­dolna.

Drake zda­wał sobie jed­nak sprawę, że jego załoga nie doro­sła jesz­cze do ambit­nego zada­nia, które przed nią posta­wił. Tylko jeden z mary­na­rzy, Wil­liam Coke, dotarł do Oce­anu Spo­koj­nego, i to jedy­nie jako hisz­pań­ski jeniec. Byli wśród niej doświad­czeni rze­mieśl­nicy: kowale, bed­na­rze i cie­śle. A także muzy­kanci, bo dowódca bar­dzo lubił muzykę, któ­rzy przy­gry­wali pod­czas zmiany wachty czy śpie­wa­nia psal­mów.

Na pokła­dzie znaj­do­wało się także kil­ku­na­stu dżen­tel­me­nów, a wśród nich Tho­mas Doughty, inwe­stor, oraz jego młod­szy brat przy­rodni John. Doughty praw­do­po­dob­nie znał praw­dziwe zamiary Drake'a, a ze swoją pozy­cją łudził się, że jest nie­mal współ­do­wódcą. Wyni­kłe stąd zagro­że­nie dla taj­no­ści przed­się­wzię­cia dener­wo­wało Drake'a, co wpły­wało na załogę i mogło zagro­zić całej eks­pe­dy­cji.

W zało­dze znaj­do­wał się także bota­nik Law­rence Elliot i kilku kup­ców, mię­dzy innymi John Sca­rold, czło­nek Prze­zac­nej Kom­pa­nii Kup­ców Bła­wat­nych [Wor­ship­ful Com­pany of Dra­pers], potęż­nego sto­wa­rzy­sze­nia han­dlo­wego, któ­rego początki się­gały 1180 roku.

Do wyprawy włą­czono także księ­dza Kościoła angli­kań­skiego, Fran­cisa Flet­chera, który miał dbać o prak­tyki reli­gijne załogi. Z doku­men­tów wynika, że stu­dio­wał on w Pem­broke Col­lege w Cam­bridge, ale nie uzy­skał dyplomu i przez krótki czas był pasto­rem para­fii św. Marii Mag­da­leny w Lon­dy­nie. Tylko kilku człon­ków załogi potra­fiło czy­tać i pisać, zatem to na Flet­chera spa­dła funk­cja kro­ni­ka­rza. Spo­rzą­dził on szcze­gó­łowe zapi­ski z podróży, które póź­niej bra­ta­nek Drake'a zawarł w szer­szej rela­cji pod tytu­łem The World Encom­pas­sed [Okrą­że­nie świata]. Flet­cher był zaan­ga­żo­wa­nym naocz­nym świad­kiem, czu­łym na nastroje załogi, potra­fią­cym soczy­ście opi­sy­wać rze­czy­wi­stość i jak się oka­zało, być cał­ko­wi­cie lojal­nym. Drake wzo­rem innych kapi­ta­nów zabrał w podróż oso­bi­stego słu­żą­cego, Diega, Afry­kań­czyka, z któ­rym uciekł z hisz­pań­skiej nie­woli. Był to chyba jedyny czarny czło­nek załogi. Spo­tkali się w 1572 roku, kiedy Drake zaata­ko­wał hisz­pań­ski port Nom­bre de Dios w Pana­mie. Ponie­waż Diego mówił po angiel­sku i hisz­pań­sku, był szcze­gól­nie uży­teczny i otrzy­my­wał pen­sję tak jak inni człon­ko­wie załogi. No i byli jesz­cze krewni Drake'a: młod­szy brat, Tho­mas, kuzyn John, zale­d­wie pięt­na­sto­letni, oraz bra­ta­nek kuzyna Drake'a i men­tora Johna Haw­kinsa, który wpro­wa­dził go w okrutny, nie­bez­pieczny, ale intratny han­del nie­wol­ni­kami.

Z wyjąt­kiem Tho­masa Doughty'ego, który krótko przed odpły­nię­ciem 11 wrze­śnia 1577 roku pod­pi­sał testa­ment, i samego Drake'a nikt z załogi nie prze­czu­wał, że roz­po­czy­nają najam­bit­niej­szą podróż w dzie­jach angiel­skiej żeglugi. I nawet kapi­tan nie był pewny, gdzie wylą­duje. Pro­wa­dził go głód złota i pra­gnie­nie wspię­cia się po dra­bi­nie spo­łecz­nej.

Przez cały czas wszystko to obser­wo­wali hisz­pań­scy szpie­dzy i się mar­twili. Zanie­po­ko­je­nie pla­nami Anglii, a zwłasz­cza wyprawą Drake'a, rosło z tygo­dnia na tydzień. Anto­nio de Guarás, amba­sa­dor Hisz­pa­nii na dwo­rze Elż­biety, 27 wrze­śnia 1577 roku ostrze­gał: "Skoro snują swe nie­cne plany z tak wielką ostroż­no­ścią, można mnie­mać, że Drake, ten pirat, ma na jakimś sta­teczku popły­nąć do Szko­cji. Po czym zawi­nąć do dogod­nego portu i zagar­nąć wło­ści króla Szko­cji, za co obie­cano mu dużą sumę pie­nię­dzy; potem zaś ma spro­wa­dzić go tutaj w kon­woju kró­lew­skich okrę­tów, które się tam znaj­dują".

Spo­kojne zacho­wa­nie Drake'a nic nie zdra­dzało. Zapewne szy­ko­wał się na kolejną wyprawę. Popły­nie tam, gdzie zawiodą go wia­try losu - przez Morze Śród­ziemne do portu w Alek­san­drii albo wzdłuż wybrzeży Afryki czy może przez Atlan­tyk. "Dnia 15 listo­pada roku Pań­skiego 1577 pan Fran­cis Drake na czele flo­tylli zło­żo­nej z pię­ciu stat­ków oraz załóg w licz­bie 164 ludzi, dżen­tel­me­nów i mary­na­rzy, wypły­nął z Ply­mo­uth, zamie­rza­jąc dotrzeć do Alek­san­drii", napi­sał Fran­cis Pretty. I natych­miast pierw­szy z wielu nie­spo­dzie­wa­nych wypad­ków zmie­nił plany dowódcy. "Z powodu prze­ciw­nego wia­tru musie­li­śmy następ­nego ranka zawi­nąć do Fal­mo­uth Heaven w Korn­wa­lii, gdzie zasko­czyła nas prze­ra­ża­jąca burza, jakiej ludz­kie oczy nie widziały, a była ona tak gwał­towna, że wszyst­kim naszym stat­kom gro­ziło, iż się roz­biją. Bóg łaskawy zechciał jed­nak oszczę­dzić nam takiej nie­doli i zesłał na nas jeno dwa nie­szczę­ścia: maszt Peli­cana, statku naszego Gene­rała, musie­li­śmy ściąć i wyrzu­cić za burtę dla rato­wa­nia statku, a Mari­gold została wyrzu­cona na brzeg i tro­chę się poobi­jała. Aby napra­wić szkody, wró­ci­li­śmy do Ply­mo­uth".

Drake spę­dził tygo­dnie na napra­wie uszko­dzeń. "Po raz drugi wypły­nę­li­śmy z Ply­mo­uth 13 dnia grud­nia", napi­sał kro­ni­karz wyprawy. Dni były krót­kie, a powie­trze chłodne i wil­gotne - tak nie­po­dobne do upa­łów, jakich się spo­dzie­wali w Alek­san­drii, gdyby to Egipt był ich miej­scem prze­zna­cze­nia. W prze­ci­wień­stwie do Magel­lana, który swe statki nazwał Armadą Molu­kań­ską, by ogło­sić swój cel, Drake ni­gdy nie nadał swej flo­tylli nazwy i pozo­sta­wił sobie różne opcje. Mogli pły­nąć do Alek­san­drii albo i nie. Szyb­kim i intrat­nym przed­się­wzię­ciem mogła być podróż do Bra­zy­lii. Gdyby udało mu się dotrzeć do bra­zy­lij­skiego wybrzeża, uni­ka­jąc spo­tka­nia z okrut­nymi żoł­nie­rzami hisz­pań­skimi, i wró­cić z ładow­niami peł­nymi sre­bra i złota, kró­lowa zapewne uzna­łaby wyprawę za suk­ces. Drake nie miał zamiaru ginąć jak Magel­lan gdzieś na dale­kiej plaży z porą­ba­nym cia­łem i ska­la­nym imie­niem.

Więk­szość infor­ma­cji na temat Ame­ryki Połu­dnio­wej Drake zaczerp­nął z rela­cji zmar­łego w 1512 roku flo­ren­tyń­skiego żegla­rza Ame­rigo Vespuc­ciego. Utrzy­my­wał on, że odbył aż cztery podróże do ziemi, którą nazwał Nowym Świa­tem, i pod­pi­sał swym nazwi­skiem cztery zna­czące listy, w któ­rych opi­sy­wał swoje przy­gody (histo­rycy kwe­stio­nują autor­stwo pierw­szego i czwar­tego z nich). To dzięki tym listom Europa dowie­działa się o odkry­ciach Vespuc­ciego, który umiał zręcz­nie robić wokół sie­bie szum i stwo­rzył barwny por­tret ogrom­nego lądu, Bra­zy­lii, któ­rego nazwa wywo­dziła się od pau bra­sil - bre­zylki cier­ni­stej, kwit­ną­cego drzewa, w tym cza­sie rosną­cego wszę­dzie dookoła. Vespucci opo­wie­dział o nagich tubyl­cach bie­gną­cych do brzegu, by powi­tać (przy­zwo­icie odzia­nych) Euro­pej­czy­ków. Opi­sał pierw­sze nie­śmiałe próby komu­ni­ka­cji, w więk­szo­ści podej­mo­wane w języku migo­wym, wzmac­niane wymianą podar­ków na dowód poko­jo­wych inten­cji. "Tubylcy umieli zna­ko­mi­cie pły­wać i ufali nam, jakby znali się z nami od wielu lat", napi­sał. Umie­jęt­no­ści pły­wac­kie kra­jow­ców budziły tym więk­szy podziw, że wielu Euro­pej­czy­ków, nawet żegla­rzy, w ogóle nie radziło sobie w wodzie. Kobiety pły­wały nawet lepiej niż męż­czyźni. "Wiele razy widzie­li­śmy, jak poko­nują w morzu dystans dwóch lig [sze­ściu mil], po czym w ogóle nie muszą odpo­czy­wać". Tubylcy uży­wali pro­stej broni, "takiej, jak zahar­to­wa­nych w ogniu włóczni i pięk­nie rzeź­bio­nych maczug z drew­nia­nymi kol­cami". Toczyli wojny "z ludami mówią­cymi innymi języ­kami, bar­dzo okrutne wojny, i nikomu nie daro­wali życia, chyba żeby zadać mu jesz­cze więk­sze cier­pie­nia. Idąc na wojnę, zabie­rali ze sobą kobiety, nie dla­tego żeby wal­czyły, ale po to, żeby nio­sły za nimi ich ziem­skie dobra, kobiety bowiem mogły je nieść na ple­cach przez trzy­dzie­ści-czter­dzie­ści lig, czemu żaden męż­czy­zna by nie podo­łał".

Vespucci ostrze­gał czy­tel­ni­ków, aby nie lek­ce­wa­żyli rdzen­nych miesz­kań­ców Nowego Świata tylko dla­tego, że "w roz­mo­wie wydają się pro­stymi ludźmi". W rze­czy­wi­sto­ści jest zupeł­nie ina­czej. "Są bar­dzo sprytni i poważni w tym, co ich doty­czy, mówią mało i cicho. Uży­wają podob­nej arty­ku­la­cji co my, gdyż wypo­wia­dają słowa przez pod­nie­bie­nie, zęby lub wargi". Mieli bogate słow­nic­two, a idiomy czę­sto się zmie­niały. "Co każde 100 lig obser­wo­wa­li­śmy takie zmiany w języku, że różne ple­miona prak­tycz­nie się nie rozu­miały".

Przy­naj­mniej jedna nowość pod­biła serce Vespuc­ciego: "Śpią w wiel­kich siat­kach zro­bio­nych z bawełny i zawie­szo­nych nad zie­mią. Choć może się to wyda­wać nie­wy­godne, ja powie­dział­bym, że śpi się w nich bar­dzo słodko. Spało nam się tak lepiej niż na naszych płót­nach". Hamak - siatka zro­biona z lin i zawie­szona na sznu­rach umo­co­wa­nych na jej koń­cach - był wszech­obecny i spodo­bał się Euro­pej­czy­kom, któ­rzy zaczęli uży­wać go na stat­kach. Jedna solidna chata przy­kryta liśćmi pal­mo­wymi dawała schro­nie­nie "600 duszom". Wio­skę z zale­d­wie trzy­na­stoma cha­tami zamiesz­ki­wało kilka tysięcy "dusz".

Poczu­cie war­to­ści i wła­sno­ści ame­ry­kań­scy tubylcy także mieli zupeł­nie inne niż przy­by­sze. "Bogac­twa, któ­rymi cie­szymy się w naszej Euro­pie i gdzie indziej, takie jak złoto, klej­noty, perły i inne podobne dobra, mają za nic; i cho­ciaż ich zie­mie w nie obfi­tują, nie sta­rają się ich pozy­skać ani ich nie cenią". Zamiast tego wolą "róż­no­ko­lo­rowe pióra pta­sie" i "różańce" zro­bione z ości. Do policz­ków, warg i uszu przy­mo­co­wują "białe lub zie­lone kamie­nie". Byli szczo­drzy. "Rzadko cze­go­kol­wiek odma­wiają, a z dru­giej strony nie krę­pują się pro­sić o coś swych przy­ja­ciół".

Jeden z ich zwy­cza­jów był nie do przy­ję­cia. "Zja­dali swo­ich wro­gów, któ­rych zabili bądź schwy­tali, kobiety i męż­czyzn bez wyjątku, i robili to z takim bestial­stwem, że mówić o tym jest strasz­nie, a widzieć po wie­lo­kroć w róż­nych miej­scach - jesz­cze gorzej".

Vespucci się tym obu­rzał, ale sam han­dlo­wał nie­wol­ni­kami. Prze­chwa­lał się, że gdy 15 paź­dzier­nika 1498 roku jego statki wró­ciły do Kadyksu, przy­wio­zły 222 nie­wol­ni­ków. "Przy­jęto nas tam dobrze i mogli­śmy wszyst­kich sprze­dać".

Sława Vespuc­ciego łatwo by prze­mi­nęła, gdyby nie łut szczę­ścia. Nowy Świat mógłby zostać nazwany Kolum­bią na cześć naj­sław­niej­szego i naj­bar­dziej upar­tego bada­cza kon­ty­nentu, mimo że sądził on, iż odkrył Indie. Lecz w 1507 roku, już po śmierci Krzysz­tofa Kolumba, nie­miecki kar­to­graf Mar­tin Waldseemüller spo­rzą­dził wielką mapę świata, nazy­wa­jąc nowo odkryty kon­ty­nent Ame­ryką, czyli żeń­skim rodza­jem łaciń­skiej wer­sji imie­nia Ame­rigo. Pro­te­sty w imie­niu Kolumba Waldseemüller skwi­to­wał, mówiąc: "Nie rozu­miem, dla­czego ktoś miałby prawo mi zabro­nić nazwać go [...] Ame­ryką od nazwi­ska jego odkrywcy Ame­ri­cusa [Vespuc­ciego], czło­wieka tak prze­ni­kli­wego. Prze­cież i Europa, i Azja otrzy­mały swoje nazwy od imion kobiet". I tak już zostało.

Wysiłki Drake'a na rzecz wznie­ce­nia wojny prze­ciwko Fili­powi II, kró­lowi Hisz­pa­nii, nie uszły uwagi Elż­biety. Kró­lowa nie chciała otwar­cie zadzie­rać z potęż­nym impe­rium hisz­pań­skim, co mogło osła­bić jej pozy­cję za gra­nicą, a także w kraju wśród kato­lic­kich pod­da­nych, toteż wolała, by Hisz­pa­nom szko­dzili kor­sa­rze, któ­rzy mogli to robić zarówno dla zysku, jak i w imie­niu Korony.

"Panie Drake, chęt­nie zemści­ła­bym się na królu Hisz­pa­nii za roz­ma­ite krzywdy, jakie mi wyrzą­dził", wyja­wiła, a raczej zażą­dała od pod­da­nego Jej Kró­lew­ska Mość.

Łatwiej mówić, niż zro­bić. Hisz­pa­nia nale­żała bez­sprzecz­nie do naj­po­tęż­niej­szych kra­jów Europy, na doda­tek cie­szyła się popar­ciem Kościoła kato­lic­kiego. Anglia tym­cza­sem była kra­jem pro­te­stanc­kim, a raczej półpro­te­stanc­kim - izo­lo­wa­nym par­we­niu­szem, dru­go­rzęd­nym w porów­na­niu do impe­rium Filipa. To Hisz­pa­nia, a nie Anglia rzą­dziła na morzach. Rzu­ce­nie wyzwa­nia impe­rium hisz­pań­skiemu wyma­gało dobrze prze­my­śla­nej stra­te­gii, nie­sza­blo­no­wego podej­ścia i odwagi. Potrzebny był do tego kapi­tan, który raczej parłby do kon­fron­ta­cji, niż się przed nią uchy­lał. Drake z nad­dat­kiem speł­niał te wyma­ga­nia. Wiara i lojal­ność zna­czyły dla niego wię­cej niż życie. Pra­gnął zemsty na Hisz­pa­nach i kochał złoto.

Kapi­tan wymy­ślił zuchwały plan szko­dze­nia Hisz­pa­nii w inte­re­sach na zachod­nim wybrzeżu Panamy, do któ­rej "droga wio­dła przez Cie­śninę Magel­lana". Kró­lowa wyło­żyła tysiąc fun­tów na to przed­się­wzię­cie. Trzeba było jed­nak utrzy­mać sprawę w tajem­nicy. "Jej Kró­lew­ska Mość przy­się­gła na swą koronę, że jeśli kto­kol­wiek z jej pod­da­nych donie­sie o tym kró­lowi Hisz­pa­nii, straci głowę", wspo­mi­nał Drake.

Hisz­pa­nia miała prze­wagę w wiel­ko­ści i bogac­twie, ale Anglia miała Fran­cisa Drake'a. Ze wszyst­kich angiel­skich żegla­rzy tylko on miał odwagę i zdol­no­ści, by dać Anglii glo­balne wpływy i zna­cze­nie, któ­rych pra­gnęli Elż­bieta i jej doradcy. Zawsze mu było mało, o czym świad­czy począ­tek modli­twy, którą kie­dyś napi­sał: "Zakłóć Panie nasz spo­kój, gdy poczu­jemy się zbyt zado­wo­leni z sie­bie, gdy nasze marze­nia się speł­nią, bo były zbyt skromne, gdy dopły­niemy szczę­śli­wie, bo pły­nę­li­śmy zbyt bli­sko brzegu". Nikt ni­gdy go nie oskar­żył, że trzyma się brzegu. Wolał być daleko na morzu, daleko od lądu, pły­nąć z wia­trem, dokąd­kol­wiek go zanie­sie, lub wal­czyć z nim w razie potrzeby.

Kró­le­stwo Elż­biety w porów­na­niu z wiel­kim impe­rium hisz­pań­skim było biedne i odosob­nione, bli­żej mu było do Beowulfa niż legend o królu Artu­rze. Bar­dziej praw­do­po­dobne wyda­wało się, że sys­te­ma­tyczny król Filip pod­bije Anglię i zastąpi eks­ko­mu­ni­ko­waną przez papieża pro­te­stancką kró­lową odpo­wied­nim monar­chą kato­lic­kim, który z powro­tem pchnie kraj w obję­cia Waty­kanu. Kraj był w poło­wie kato­licki i wielu jego miesz­kań­ców przy­ję­łoby to z ochotą. Jed­nakże impro­wi­zo­wana stra­te­gia Elż­biety i odwaga Drake'a odparły to realne zagro­że­nie i prze­sta­wiły Anglię, Europę i osta­tecz­nie cały świat na nowe tory. W tym momen­cie Anglia przy­ćmiła Hisz­pa­nię i Por­tu­ga­lię oraz defi­ni­tyw­nie odrzu­ciła auto­ry­tet Kościoła kato­lickiego. Drake oka­zał się kata­li­za­to­rem wiel­kiej trans­for­ma­cji wyspiar­skiej Anglii w impe­rium bry­tyj­skie.

Wszyst­kiego, czego się dopusz­czał pod­czas swych podróży, zwłasz­cza gra­bieży i prze­mocy, doko­ny­wał w imie­niu Elż­biety i dzięki jej szczo­dro­ści. Kor­sar­stwo sta­no­wiło naj­pew­niej­szą drogę do osią­gnię­cia bogac­twa i pozy­cji spo­łecz­nej, a jako naj­star­szy syn pastora nie miał więk­szych szans na zdo­by­cie majątku w inny spo­sób. Pozy­cja Elż­biety i Anglii ni­gdy nie była wyż­sza niż w latach podróży Drake'a. Mógł się on cie­szyć z tego, że stał się drogą jej osobą, dołą­cza­jąc do dłu­giej listy męż­czyzn, któ­rych omo­tała. Im dalej zapusz­czę się w świat, tym głę­biej tra­fię do jej serca, myślał i taką zapewne miał nadzieję. Zapo­wia­dała się długa i nie­pewna podróż.

Fran­cis Drake uro­dził się w hrab­stwie Devon w 1541 roku jako syn Edmunda Drake'a (1518-1585) i Mary Myl­waye. Ojciec wiel­kiego podróż­nika, wła­ści­ciel nie­po­kaź­nego gospo­dar­stwa rol­nego, wygła­szał kaza­nia dla nie­wiel­kiej grupy pro­te­stan­tów gnież­dżą­cych się w dokach kró­lew­skich w Cha­tham. Nazwi­sko Drake było znane w Devo­nie i ojciec małego Fran­cisa bła­gał miej­sco­wego magnata, Fran­cisa Rus­sela, żeby trzy­mał nowo­rodka do chrztu, ale nic nie wskó­rał. Na temat mło­do­ści Fran­cisa Drake'a wia­domo nie­wiele, zapewne dla­tego, że jego ojciec wplą­tał się w spór reli­gijny. Wil­liam Cam­den, bry­tyj­ski histo­ryk współ­cze­sny Drake'owi, wyja­śniał: "Kiedy był jesz­cze dziec­kiem, jego ojciec, który przy­jął pro­te­stan­tyzm, został wezwany na prze­słu­cha­nie na pod­sta­wie Aktu Sze­ściu Arty­ku­łów uchwa­lo­nych za pano­wa­nia Hen­ryka VIII prze­ciwko pro­te­stan­tom. Opu­ścił tedy rodzinne strony i schro­nił się w Ken­cie. Po śmierci Hen­ryka VIII zamiesz­kał wśród żegla­rzy floty kró­lew­skiej, któ­rym czy­tał modli­twy. Nie­ba­wem wyświę­cono go na dia­kona i mia­no­wano ple­ba­nem kościoła w Upnore".

Ojca Drake'a nie stać było na utrzy­my­wa­nie syna, co zde­cy­do­wało o życiu mło­dego Fran­cisa. "Będąc biedny, umie­ścił syna na trój­masz­towcu Master of Bark nale­żą­cym do sąsiada, który twardo przy­uczał go do pracy na statku ope­ru­ją­cym wzdłuż wybrzeża, a cza­sem wożą­cym towary do Zelan­dii [Danii] i Fran­cji. Mło­dzie­niec [...] tak zachwy­cił starca swą pra­co­wi­to­ścią, że ten, będąc kawa­le­rem, przed śmier­cią zapi­sał mu bark w testa­men­cie".

Potrze­bu­jąc pie­nię­dzy, młody Fran­cis pod­jął się han­dlu nie­wol­ni­kami pod dowódz­twem krew­niaka, Johna Haw­kinsa - waż­nej postaci w gwał­tow­nie się roz­wi­ja­ją­cym angiel­skim han­dlu ludźmi. W 1562 roku obaj popły­nęli trzema stat­kami do Gwi­nei, gdzie porwali 400 Afry­kań­czy­ków i sprze­dali ich w Indiach Zachod­nich. Wielu upro­wa­dzo­nych zmarło w dro­dze, ale podróż oka­zała się han­dlo­wym suk­ce­sem. W ciągu następ­nych pię­ciu lat Drake i Haw­kins odbyli jesz­cze trzy podróże do Gwi­nei, skąd przy­wieźli i sprze­dali jesz­cze 1200 nie­wol­ni­ków.

Do lata 1568 roku Drake, który miał wów­czas zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat, wciąż pły­wał pod Haw­kin­sem, ale teraz pro­wa­dził flo­tyllę ośmiu stat­ków wio­zą­cych pięć­dzie­się­ciu sied­miu nie­wol­ni­ków oraz zra­bo­wane sre­bro i klej­noty do Anglii, gdzie wraz z Haw­kin­sem mieli nadzieję uzy­skać ze sprze­daży ładunku godziwy zysk. 12 sierp­nia roz­pę­tał się sztorm i przez jede­na­ście dni mio­tał stat­kami, roz­pra­sza­jąc je po oce­anie. Po tygo­dniach błą­dze­nia Haw­kins i Drake natknęli się na hisz­pań­ski sta­tek, któ­rego załoga opo­wie­działa im o por­cie San Juan de Ulúa. Leżał on nie­da­leko mek­sy­kań­skiego mia­sta Vera­cruz, a rzą­dzili w nim hisz­pań­scy urzęd­nicy regu­lar­nie tor­tu­ru­jący podej­rza­nych. Drake zatrząsł się z obrzy­dze­nia - jego naj­gor­sze obawy co do kato­li­ków się potwier­dziły. Gdy Haw­kins i inny angiel­scy kapi­ta­no­wie dopro­wa­dzili swe potur­bo­wane statki w pobliże portu, wielka mek­sy­kań­ska flota zła­pała ich w pułapkę. Tylko Judith, którą dowo­dził Drake, zdo­łała się wymknąć, co było tym więk­szym wyczy­nem, że była nie­uzbro­jona.

Przez cztery wyczer­pu­jące mie­siące Drake pły­nął przez Atlan­tyk, aż w końcu 20 stycz­nia 1569 roku dotarł do Ply­mo­uth. Dwa tygo­dnie póź­niej do portu wpły­nął Haw­kins, prze­kli­na­jąc pecha, Hisz­pa­nów i Drake'a, któ­rego uwa­żał za dezer­tera. Pre­ten­sje żegla­rza zapewne dotarły do naj­wy­żej posta­wio­nych osób w pań­stwie, bo kró­lowa uwię­ziła Drake'a na kilka tygo­dni, aby udo­bru­chać Haw­kinsa i dalej uda­wać, że nie akcep­tuje ani nie wspiera pirac­twa.

Drake wyszedł z wię­zie­nia, kipiąc ze zło­ści - nie z powodu kró­lo­wej, któ­rej mil­czą­cej apro­baty potrze­bo­wał, ani nawet Haw­kinsa, ale Hisz­pa­nów. Miał ku temu powody, dowie­dział się bowiem, że inkwi­zy­cja w Mek­syku aresz­to­wała jego krew­niaka Roberta Bar­reta, mimo że guber­na­tor don Martín Enríquez de Almanza dał słowo Angli­kom, że będą bez­pieczni. Potem jed­nak oświad­czył, że nie musi dotrzy­my­wać słowa danego here­ty­kom, i kilku z nich wtrą­cił do wię­zie­nia. Część tor­tu­rami zmu­szono do wypar­cia się swo­jej wiary.

Bar­reta cze­kał jesz­cze gor­szy los - spa­lono go na sto­sie. Drake ni­gdy nie zapo­mniał i ni­gdy nie wyba­czył tej znie­wagi. Od tej pory gar­dził hisz­pań­ską tyra­nią i zaan­ga­żo­wał się w oso­bi­stą kru­cjatę prze­ciwko złu, jakie uosa­biała. Zoba­czył hisz­pań­ską wer­sję świa­to­wego impe­rium opar­tego na tor­tu­rach oraz wyzy­ski­wa­niu tubyl­ców i poczuł do niej wstręt. Wyco­fał się z han­dlu nie­wol­ni­kami i poprzy­siągł, że zemści się na tych, co kup­czą ludz­kim życiem. Stał się zago­rza­łym kor­sa­rzem, kie­ru­ją­cym się spry­tem i rozu­mem, który napada na hisz­pań­skie warow­nie, bie­rze hisz­pań­skich jeń­ców, ale ich nie zabija. Mówił po pro­stu, że "odbiera to, co jego" w odwe­cie za znie­wagi, któ­rych doznał w San Juan de Ulúa.

Jedyna wcze­śniej­sza podróż dookoła świata zakoń­czyła się tra­gicz­nie pięć­dzie­siąt pięć lat wcze­śniej. W 1518 roku por­tu­gal­ski żeglarz Fer­dy­nand Magel­lan po wielu bez­sku­tecz­nych pró­bach namó­wie­nia swego króla Manu­ela I prze­ko­nał jego rywala, króla Hisz­pa­nii Karola V, do wspar­cia jego wyprawy dookoła świata. Magel­lan wyru­szył na czele pię­ciu nie­wiel­kich stat­ków i 258 żegla­rzy z róż­nych kra­jów, z któ­rych wielu pod­jęło ryzyko nie­bez­piecz­nej podróży, by unik­nąć wię­zie­nia w swych ojczy­stych kra­jach. W cza­sach, kiedy powszech­nie wie­rzono, że statki mogą dopły­nąć tylko do kra­wę­dzi świata, flo­tylla Magel­lana chciała prze­kro­czyć hory­zont i dotrzeć do odle­głych Molu­ków, gdzie rosły musz­ka­to­łowce, cyna­mo­nowce i goź­dzi­kowce dające naj­cen­niej­sze przy­prawy na świe­cie - cen­niej­sze nawet niż złoto. Wcze­śniej euro­pej­scy kupcy, któ­rzy chcieli dotrzeć do Wysp Korzen­nych, musieli ruszyć w długą podróż lądem i morzem na wschód. Wyprawa tam i z powro­tem do naj­od­le­glej­szych rejo­nów świata mogła trwać nawet sie­dem lat, pod warun­kiem że uczest­nicy prze­żyją jej trudy. Na doda­tek przy­prawy, które przy­wo­zili do Europy, w dro­dze tra­ciły sporą część aro­matu. Magel­lan miał nadzieję, że zmie­rza­jąc w prze­ciw­nym kie­runku, na zachód, drogą mor­ską, uda mu się odbyć całą podróż w mniej niż rok i powró­cić ze śwież­szymi i lepiej pach­ną­cymi przy­pra­wami. Wszystko to były czy­ste spe­ku­la­cje, bo nikomu wcze­śniej taka podróż się nie udała.

Pod­czas całej wyprawy Magel­lan, który dys­po­no­wał zesta­wem bar­dzo nie­do­kład­nych map, tylko żeglar­skiemu instynk­towi zawdzię­czał, że prze­pły­nął Atlan­tyk i dotarł do Bra­zy­lii, wal­cząc po dro­dze ze sztor­mami, ucie­ka­jąc przed Por­tu­gal­czy­kami i tłu­miąc bunty załogi.

Po kilku roz­cza­ro­wu­ją­cych pró­bach dotarł do cie­śniny w pobliżu połu­dnio­wego krańca Ame­ryki. W tym cza­sie miał już tylko trzy statki, które wpły­nęły do nie­za­zna­czo­nego na żad­nej mapie prze­smyku. Trzy­dzie­ści osiem dni póź­niej wypły­nęli na Ocean Spo­kojny i zapła­kali ze szczę­ścia. Radość nie trwała długo. Roz­po­ście­rał się przed nim naj­więk­szy zbior­nik wody na pla­ne­cie, o któ­rym w Euro­pie nikt nic nie wie­dział. Przez tę część podróży zmniej­szona flo­tylla musiała sta­wiać czoło sza­le­ją­cym sztor­mom i wojow­ni­kom prze­mie­rza­ją­cym ocean zwrot­nymi łód­kami proa. Zamknięci na stat­kach ludzie Magel­lana żywili się zaro­ba­czo­nymi sucha­rami i lata­ją­cymi rybami spa­da­ją­cymi na pokłady. Powoli zaczy­nali cho­ro­wać na szkor­but, który omi­nął Magel­lana i ofi­ce­rów. Sto­sow­nie do swo­jej rangi naj­wyżsi rangą otrzy­my­wali bowiem do jedze­nia dżem z pigwy, boga­tej w wita­minę C. Nie zda­wali sobie sprawy, że to dzięki niemu zacho­wali zdro­wie.

6 marca 1521 roku flo­tylla dotarła do Guam. Wyspa miała powierzch­nię około 500 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych i led­wie wysta­wała nad poziom morza. Był to pierw­szy ląd, jaki ujrzeli od dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu dni. Dzie­sięć dni póź­niej dopły­nęli do dzi­siej­szych Fili­pin, odle­głych o 700 kilo­me­trów od Molu­ków. Prze­byli trzy czwarte drogi dookoła świata. Tutaj Magel­lan wdał się w spór z wojow­ni­czym wodzem Lapu-Lapu. Czu­jąc się bez­pieczny dzięki broni pal­nej, tar­czom i sta­lo­wym mie­czom, wraz z osiem­na­stoma wier­nymi ludźmi sta­nął naprze­ciwko setki wojow­ni­ków Lapu-Lapu wyma­chu­ją­cych drew­nia­nymi mie­czami i włócz­niami. Tubylcy skon­cen­tro­wali atak na Magel­lanie, któ­rego wyróż­niał błysz­czący hełm. I go zabili.

Po tra­gicz­nej śmierci dowódcy po brzegi wyła­do­wana przy­pra­wami Vic­to­ria obrała kurs na zachód. Dowódz­two objął Juan Sebastián Elcano, baskij­ski nawi­ga­tor, który prze­pro­wa­dził sta­tek przez Ocean Indyj­ski do Przy­lądka Dobrej Nadziei i osta­tecz­nie dotarł do Sewilli, gdzie zawi­nęli 6 wrze­śnia 1522 roku, trzy lata od roz­po­czę­cia podróży. Przy­pły­nię­cie spo­nie­wie­ra­nej Vic­to­rii zdu­miało wła­dze, które dawno uznały, że cała flo­tylla prze­pa­dła gdzieś w dale­kich stro­nach świata. Nie­wiele się myliły. Z 258 żegla­rzy i pię­ciu stat­ków, które wyru­szyły w podróż, powró­cił tylko jeden z osiem­na­stoma ludźmi na pokła­dzie. Przez pięć­dzie­siąt lat nie­for­tunną wyprawę Magel­lana uwa­żano raczej za prze­strogę niż wielki krok naprzód w odkry­wa­niu świata. Poka­zała ona, że okrą­że­nie kuli ziem­skiej to sza­leń­stwo - przed­się­wzię­cie dla prze­ce­nia­ją­cych swe siły monar­chów i lek­ko­myśl­nych kapi­ta­nów szu­ka­ją­cych nie­osią­gal­nych bogactw. Por­tu­gal­ski żeglarz wyka­zał, że świat jest więk­szy, niż kto­kol­wiek w Euro­pie sobie wyobra­żał - i dużo bar­dziej nie­bez­pieczny.

Tak oto przed­sta­wiały się sprawy przez ponad pół wieku, aż tu Anglia rzu­ciła wyzwa­nie kato­lic­kiemu - hisz­pań­skiemu - porząd­kowi świata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki