W poszukiwaniu bohaterów - Józef Taler

Kup ebooka

21.35 zł
17.72 zł (18,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Copyright ? 2011 Stratus s.c.

Copyright ? Joseph Taler

Tytuł oryginału amerykańskiego

In Search of Heroes

Baltimore 1995

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana w żadnej formie ani żadnymi metodami mechanicznymi i elektronicznymi, łącznie z wykorzystaniem systemów przekazywania i odtwarzania informacji bez pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

eISBN: 978-83-61421-88-7

Zespół redakcyjny

Bartłomiej Belcarz

Robert Pęczkowski

Artur Juszczak

Dariusz Karnas

Projekt okładki

Artur Juszczak

Skład i łamanie

Stratus s.c.

Patronat

     

Wydawnictwo Stratus s.c. Sandomierz

Skr. poczt. 123, 27-600 Sandomierz 1

tel. +48 15 833 30 41

www.stratusbooks.com.pl

office@stratusbooks.com.pl

Od redakcji

Autor książki W poszukiwaniu bohaterów nie jest zawodowym pisarzem. Do pisania skłoniła go chęć podzielenia się wspomnieniami o nader ciekawych czasach, w których przyszło mu żyć, a ponieważ w owej epoce ważyły się losy całych narodów, autor uważa za swój obowiązek dać o tym świadectwo i ocalić od zapomnienia istotne jego zdaniem fakty i wydarzenia. Czyni to z kronikarską rzetelnością, ale bez moralizatorskiego zadęcia, nie starając się aspirować do roli głosiciela "prawdy objawionej". On po prostu opowiada swoją własną historię, tak jak ją zapamiętał, w sposób w jaki potrafi. A że w niektórych momentach jest to także historia narodów Europy...

Książka pod oryginalnym tytułem In Search of Heroes (Baltimore 1995) została pierwotnie napisana dla amerykańskiego czytelnika. Pomysł przełożenia jej na język polski pojawił się w trakcie kontaktów autora z Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli, ze względu na fakt, iż większość opisywanych w książce wydarzeń miała miejsce w przedwojennej Polsce, głównie Rozwadowie (dziś dzielnicy Stalowej Woli), Lwowie i Rzeszowie. W znacznej mierze opowiada ona o życiu miejscowej ludności pochodzenia żydowskiego; jej obyczajowości, różnorodności czy zapatrywaniach. Chociaż narody polski i żydowski żyły obok siebie w tym kraju przez kilkaset lat, ich wzajemna znajomość sąsiadów pozostawia wiele do życzenia. Wygłaszane opinie często opierają się półprawdach, mitach czy stereotypach, czasem cechuje je brak elementarnej wręcz wiedzy na swój temat. Dlatego też uznano, iż każda okazja do zmiany takiego stanu rzeczy powinna zostać wykorzystana.

Przy przekładzie i redakcji tekstu starano się maksymalnie zadbać o zachowanie autorskiego stylu i sposobu przekazu. Ponieważ Józef Taler książkę pisał dla Amerykanów, niektóre opisy dotyczące np. położenia geograficznego czy zwyczajów mogą wydawać się polskiemu czytelnikowi wyjaśnianiem rzeczy oczywistych, lecz pozostawiono je w tekście z wyżej wymienionych powodów. Uznano również za właściwe nie poprawianie autora w przypadkach, gdy myli się w dacie, opisie wydarzenia czy interpretacji jakiejś sytuacji, ponieważ książka nie ma charakteru pracy naukowej, a jest jedynie przekazem ówczesnej rzeczywistości, tak jak ją autor postrzegał, rozumiał i jak zapisało się to w jego pamięci. Gdy to konieczne, sprawy wyjaśniają przypisy; dodane przez autora - jeśli zmienił się jego stan wiedzy od czasu pierwszego wydania, lub redakcję.

Całość książki stanowią autorskie wspomnienia, zanotowane w sposób na tyle interesujący, iż powinna ona zaciekawić zarówno osoby pamiętające tamte czasy, jak również młodego czytelnika, pragnącego swą wiedzę o nich poszerzyć.

Marek Wiatrowicz

Przedmowa

Rzeczą naturalną jest dla mnie, aby zacząć tę książkę od wydarzenia, jakie miało miejsce w Annapolis, w stanie Maryland, mieście, które od 1967 roku uważam za swój dom i które prawdziwie uwielbiam.

W sierpniu 1989 roku na dorocznym letnim spotkaniu oddziału B?nai B?rith1 z Annapolis, poznałem Dawida Foxa. Chociaż wiedziało o tym wielu ludzi, Fox był zaskoczony informacją, że jestem człowiekiem ocalałym z holocaustu i spytał mnie czy nie napisałbym czegoś dla Colonial Chronicle.

Napisałem półtorastronicowy artykuł o Polsce, który został opublikowany w grudniu 1989 roku, zaś nieco dłuższy kawałek opisujący ostatnią podróż do Polski, przedsięwziętą przeze mnie i moją żonę Bronkę, ukazał się znów we wrześniu 1990.

Tymczasem Dawid rozmawiał o mnie z członkami Rady Żydowskiej z Baltimore i w efekcie zaproponowano mi nagranie na video opowieści o moich własnych doświadczeniach z holocaustu dla Biblioteki Fortunoff Uniwersytu Yale. Uczyniłem to w lutym 1990 roku. W konsekwencji tego faktu zostałem poproszony o wygłaszanie wykładów na temat holocaustu dla różnorodnej widowni, w imieniu Rady Żydowskiej w Baltimore. Robię to zwykle raz do roku. Od samego początku w pewien sposób ograniczam owe referaty, ponieważ to bardzo bolesny temat i stanowi to dla mnie stresujący wysiłek. Ale mówiono mi, i wierzę w to, że świadectwo dawane przez naocznych świadków może być interesujące dla każdego, zarówno Żyda, jak i nie-Żyda, a służy ono bardzo ważnemu celowi.

Jest nadzieja, że poprzez pamięć o holocauście potrafimy poprawić postawę człowieka obecnie i w przyszłości.

Książka ta stanowi logiczne następstwo moich czynionych po dziś dzień wysiłków, a jednocześnie źródło informacji na temat mych osobistych doświadczeń oraz przeżyć innych osób.

To autobiografia, a nie powieść. Ludzie wymienieni w tej książce istnieli w rzeczywistości, a opisane tu zdarzenia faktycznie miały miejsce. Do szczegółów odnosi się ona tak, jak je pamiętam. Nazwiska niektórych osób z Rzeszowa mogą nie być dokładne. Duch dialogów odtwarzałem starannie i najlepiej jak potrafiłem, chociaż mam nadzieję będzie mi wybaczone sięgniecie w tym względzie po odrobinę literackiej swobody. To co opisuję, wiernie przedstawia to, co zostało powiedziane, lecz spoglądamy na owe fakty z perspektywy prawie siedemdziesięciu lat. Jednak opinie wyrażane przeze mnie i przez innych są absolutnie dokładne i odzwierciedlają zdarzenia tak, jak je widziałem i zapamiętałem.

Ból, udręka mentalna, odczuwane przez tak wielu, gdy rozdzielano ich z drogimi im osobami, doświadczanie odrywania gwałtem od tych, których się kocha, męczarnie towarzyszące ich ostatnim w życiu chwilom ... to wszystko i o wiele więcej zasnuwa umysł niczym chmura - może na chwilę zniknąć, ale wkrótce pojawia się ponownie.

Kim jestem, że o tym piszę? Chociaż czasami byłem świadkiem i bezradnie obserwowałem wiele z opisanych tu rzeczy, całą tą przemocą nie zostałem osobiście dotknięty. Ale to, co miało miejsce gdzie indziej, zostało mi zrelacjonowane w trakcie licznych rozmów z innymi ocalałymi.

Istnieją ludzie, którzy mieli nadzieję, że potrafię napisać o moich doświadczeniach i oni szczególnie mnie poprosili, żebym tak uczynił. Chociaż zdaje sobie sprawę, iż jestem początkującym pisarzem, to po około czterdziestu latach pracy jako lekarz rodzinny, stałem się dość dobrym słuchaczem. I nauczyłem się kiedy i jak zadawać pytania. A co ważniejsze, nauczyłem się, kiedy nie zadawać żadnych pytań, pozwalając mówić innym.

Ból bycia zdradzonym, wyzwania, jakie przynoszą najtrudniejsze w życiu wybory, liczne niedole przerywane sporadycznymi chwilami szczęścia, o tym wszystkim się dowiaduję i to wszystko staram się zapamiętać.

 

* * *

 

Jest dla mnie wielkim zaszczytem, że moja książka In Search of Heroes, oryginalnie napisana w języku angielskim, została przetłumaczona na język polski pod tytułem W poszukiwaniu bohaterów.

Bohaterami tej książki są także Polacy, chrześcijanie, i ta książka również im jest poświęcona. Szereg Polaków ratowało moje życie i starało się uratować życie moich Rodziców, ryzykując swoim własnym. W wielu wypadkach ludzie Ci nie znali siebie nawzajem i nie zdarzyło się kiedykolwiek, aby ktoś nam odmówił pomocy.

Okazuje się, że wydarzenia z okresu II wojny światowej i historia holocaustu pozostają w kręgu zainteresowań kolejnych pokoleń, a pamiętniki świadków owych czasów stanowią najbardziej wiarygodną podstawę dalszych poszukiwań.

Rezultatem tego jest fakt, że w ciągu ostatnich 21 lat pisałem, wykładałem i organizowałem sympozja w kościołach, synagogach, różnorodnych organizacjach i instytucjach rządowych. Robię to bezinteresownie. Pozostaję w stałym kontakcie z wieloma polskimi organizacjami i osobami prywatnymi w Ameryce i Polsce; obecnie od pewnego czasu z Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli.

W 1923 roku urodziłem się w Rozwadowie, obecnie będącym dzielnicą Stalowej Woli. Moi przodkowie w tym regionie Polski zamieszkiwali od wieków.

Nie należy zapominać o tym, że w dawnych czasach, szczególnie w XIV wieku, prześladowani i wyrzucani z zachodniej Europy Żydzi znaleźli możliwość osiedlania się i życia w Polsce. Gdyby w latach 30. XX wieku zagrożeni przez nazistów Żydzi zostali w ten sam sposób przyjęci przez inne państwa, holocaust by się nie wydarzył.

Kiedy się urodziłem, Żydzi w Polsce stanowili 10 procent obywateli, co stanowiło liczniejszą populację niż w jakimkolwiek innym niepodległym kraju na świecie i było sytuacją bez precedensu.

Pragnę podziękować Muzeum Regionalnemu w Stalowej Woli i osobom tam pracującym; pani Elżbiecie Skromak, która pierwsza nawiązała ze mną kontakt, a szczególnie panu Markowi Wiatrowiczowi, z którym współpracuję obecnie, dzieląc się wzajemnie wiedzą na temat bardzo ważnych dla mnie faktów historycznych i który znakomicie przełożył moją książkę na język polski. Moje podziękowania kieruję również do dr Bartłomieja Belcarza i jego przyjaciół z Wydawnictwa Stratus, za zainteresowanie się moją książką i doprowadzenie do jej wydania w wersji polskiej.

Annapolis, Maryland 1995/2011 r.

1. B'nai B'rith (hebr. Synowie Przymierza) - najstarsza żydowska organizacja międzynarodowa na świecie, mająca charakter filantropijno-oświatowy, powstała w 1846 roku w Nowym Jorku. Oddział w Polsce (Loża Polin) założony w 1922 r., reaktywowano w 2007 r.

Część II Oblicza zła i siły ducha

23.

Wcześniej kilka razy byłem we Lwowie. Odwiedzaliśmy ciotkę Henrysię i mama robiła jakieś zakupy. Zatrzymywaliśmy się czasami w restauracjach, by coś przekąsić i napić się piwa, czasami na obiad. Lwów słynął z dobrego piwa i od kiedy miałem około dziesięciu lat, mama zawsze pytała mnie, czy chcę trochę spróbować, no i dostawałem swoją własną szklankę pienistego napoju. Mocne było i pamiętam, że pewnego razu miałem trudności ze wstaniem od stołu. Ale mamie się do tego nie przyznałem.

Bardzo niewiele zapamiętałem z tego miasta. Lwów większy był niż Kraków, ale jeżeli o mnie chodzi, nie zdawał mi się aż tak przyjazny. Miał odmienny charakter, ponieważ ludność tam w znacznej części była ukraińska, a otaczały go mniejsze gminy i wsie zamieszkałe przeważnie przez Ukraińców. W tym regionie Polski ludzie mówili po polsku z bardzo charakterystycznym, nieco melodyjnym akcentem. To było radosne miasto, pełna życia i ruchliwa metropolia.

Lwów posiadał znakomity uniwersytet i inne instytucje szkolnictwa wyższego. Populacja licząca około 300 000 ludzi dzieliła się prawie równo na Polaków, Ukraińców i Żydów1. Wkrótce po wybuchu wojny w 1939 roku, żydowscy uchodźcy z zachodniej części Polski znacznie zmienili te proporcje. Mieszkańcy Lwowa bardzo kochali swoje miasto, a ponieważ leżało niemal na kresach wschodnich Rzeczpospolitej i może także z powodu owego unikalnego akcentu, różniło się od wszystkich innych miast. Posiadało swój własny charakter.

Chociaż staliśmy się teraz uchodźcami, gwałtownie oderwanymi od korzeni, bez żadnej określonej przyszłości, byłem zadowolony z wyrwania się spod władzy nazistów i obiecywałem sobie nowe życie we Lwowie. Tym, co zaprzątało nasze umysły była oczywiście kwestia, jak odnaleźć miejsce pobytu ojca. Jeżeli przebywał gdzieś na wschodzie, to przy odrobinie szczęścia mógł skontaktować się z ciotką Henrysią.

Kiedy zjawiliśmy się w mieszkaniu ciotki, przywitała nas z wielkim wzruszeniem i wszyscy się popłakali. Zanim nawet zdążyliśmy zapytać, Henrysia oznajmiła nam natychmiast, że wczoraj przyszedł do niej tato. Opisała go jako wychudłego, nieogolonego, odzianego w źle dopasowywany cywilny ubiór. Czuł się dobrze, ale bardzo się o nas martwił i zapowiedział, że dzisiaj znów przyjdzie, by sprawdzić, czy są od nas jakieś wiadomości. Ucieszyliśmy się!

Chociaż każdy próbował coś powiedzieć, zadając pytania w tym samym momencie, jakoś poradziliśmy sobie z wymianą informacji i pogłosek na temat naszych osobistych doświadczeń, postępów wojny i sytuacji politycznej. Wiele rzeczy pozostawało oczywiście jeszcze w stanie chaosu, ale najbardziej istotnym faktem było to, że przynajmniej część z nas była razem. Straciliśmy kontakt z resztą naszej rodziny. Oni mieszkali w różnych częściach Polski i mieliśmy tylko nadzieję, że są bezpieczni.

Kiedy kilka godzin później przyszedł tato, zapanowała ogromna radość. I zaczęliśmy opowiadać od nowa te same historie, tym razem dodając trochę więcej planów na przyszłość. Tato opowiedział nam, że kilka dni po wybuchu wojny Niemcy wydali się być pewnymi szybkiego zwycięstwa i zamiast bombardować bezpośrednio Stalową Wolę, próbowali zrywać linie komunikacyjne. Starali się okrążyć przemysłowy kompleks z nadzieją, że wpadnie w ich ręce nieuszkodzony. Zdając sobie z tego sprawę, wycofujące się polskie jednostki zdemontowały część podstawowych instalacji, a potem walki przeniosły się dalej na północnywschód, gdzie dużo słabszym polskim siłom nieco ochrony dawały lasy.

Żołnierze taty stawiali dzielny opór, ale to nie wystarczyło. On sam został schwytany przez Niemców, którzy włączyli go do grupy oficerów podążających do obozu jenieckiego. Nocą, ojciec i jeszcze jeden oficer zdołali zbiec, a potem piechotą wyruszyli na wschód, docierając do miasta Równe.

W trakcie tej ucieczki tato zwichnął nogę w kostce i zatrzymał się w szpitalu wojskowym w Równem. Po paru dniach lecznica została zajęta przez nadciągające od wschodu wojska radzieckie. Nie było żadnych walk z Sowietami. Po kilku dniach oni pozwolili odejść wszystkim zmobilizowanym do wojska, ale zatrzymali w areszcie oficerów.

Później załadowali ich do pociągu. Oficerowie zdali sobie sprawę, że są wiezieni na wschód, do Związku Radzieckiego. Niedaleko granicy polsko-radzieckiej pociąg zatrzymał się w polu, a jeńcom pozwolono wysiąść i rozdano im trochę żywności. Tato zauważył, że czerwonoarmista pilnujący ludzi z jego wagonu wyglądał na Żyda, zapytał go więc w jidysz: "Bist du Yid?" (Czy jesteś Żydem?), żołnierz odpowiedział twierdząco. Następnie ojciec zadał mu pytanie dokąd zmierza transport, ale ten człowiek nie wiedział nic, oprócz tego, że jechali do Związku Radzieckiego. Tato powiedział mu, że jest z nim paru innych żydowskich oficerów i oni chcieliby gdzieś zniknąć, by wrócić do swoich rodzin. Żołnierz odrzekł mu, że jeśli o niego idzie, to nie będzie patrzył.

W rezultacie ojciec i jak sądzę dwaj inni oficerowie przeczekali ukryci w polu dopóki pociąg nie ruszył w dalszą drogę. Wspominał nazwiska tych kolegów, ale ich nie zapamiętałem. Kontynuując swoją ucieczkę, oficerowie przez długi czas szli na zachód, aż natknęli się na jakieś gospodarstwo. Tam rolnik pozwolił, żeby wymienili swoje piękne mundury na parę cywilnych łachów i ostatecznie oni jakoś przebrnęli drogę do Lwowa.

24.

Przypomina mi to pewną historię, którą słyszałem wiele razy przed wojną.

Podczas konfliktu polsko-bolszewickiego 1919-1920, polska armia na początku opanowała część radzieckiego terytorium. Wówczas oficerom przydzielano kwatery i w Kijowie mój ojciec został skierowany do znakomitej rodziny żydowskiej. Pozostawał tam wystarczająco długo, aby zaprzyjaźnić się ze swoimi gospodarzami i ich córkami. Nauczył się grać na bałałajce i śpiewać kilka rosyjskich piosenek. Rodzina ta miała syna, ale nie było go w domu. Zgłosił się na ochotnika do armii bolszewickiej.

Później na froncie, pewnego razu polscy żołnierze pojmali kilku radzieckich jeńców, a wśród nich znajdował się oficer polityczny, który jak się okazało był synem dawnych gospodarzy mojego ojca. Aresztanci zostali zabrani, ale tato zatrzymał oficera politycznego i oznajmił, iż osobiście dostarczy go do kwatery głównej. Następnie wyjaśnił młodemu człowiekowi, że poznał jego rodzinę i pozwoli mu uciec. Parę lat później ludzie ci przejeżdżali przez Polskę, jako emigranci w drodze do jednego z krajów zachodnich. Zlokalizowali wtedy ojca i przysłali mu list z podziękowaniami.

Nasze cele we Lwowie zdawały się nabierać kształtów: w moim przypadku sprawa była stosunkowo prosta, musiałem pójść do najbliższej szkoły. Na ulicy Piekarskiej, gdzie mieszkała moja ciotka znajdowało się jedno z najlepszych gimnazjów państwowych we Lwowie i tam się zapisałem.

W radzieckim systemie każdy musiał pracować i ojciec znalazł zajęcie jako zastępca księgowego w restauracji dworcowej we Lwowie. Mama tymczasem szukała dla nas samodzielnego mieszkania. Lepsze byłoby oddalone od centrum, ponieważ mój ojciec faktycznie pozostawał zbiegiem z rąk władzy radzieckiej. A jako polski oficer znajdował się u szczytu listy tych, których wówczas w społeczeństwie komunistycznym określano jako "wrogów ludu".

Babcia pozostała z ciotką Henrysią, a po kilku tygodniach rodzice i ja przeprowadziliśmy się do miejsca położonego na peryferiach Lwowa, tuż za ostatnim przystankiem tramwaju. Wynajęliśmy bardzo skromne mieszkanie, dzieląc je z emerytowanym polskim, chrześcijańskim nauczycielem, do tej pory mieszkającym samotnie. Był bardzo niedołężny i rzeczywiście potrzebował opieki. Mama zobowiązała się mu pomagać.

W międzyczasie odnalazło nas kilku krewnych ze strony ojca i teraz korzystali z naszego mieszkania jako miejsca, gdzie mogli się raz czy dwa razy w tygodniu spotkać i zjeść domowy posiłek, zwykle pożywną zupę, chleb i cokolwiek innego, co mama zdołała zdobyć. Ona większość czasu spędzała stojąc w kolejkach, by kupić jakieś artykuły spożywcze. Brakowało wszystkiego, a ceny na czarnym rynku były bardzo wygórowane. Udało się też mamie dostać pracę na pół etatu, w szkolnej stołówce.

Poza żywnością praktycznie nie kupowaliśmy niczego, a pensje moich rodziców łącznie wystarczały zaledwie, żeby przeżyć trzy tygodnie w miesiącu. Resztę uzupełnialiśmy z naszych oszczędności. Na czarnym rynku wymienialiśmy dolary na ruble. Za dodatkowe jakieś pięć dolarów miesięcznie można było egzystować, a nawet raz na jakiś czas pójść do kina albo teatru.

Pod radzieckim reżimem przeciętny pracownik musiał kraść. Pieniędzy nie wystarczało na przeżycie. Prowadzono handel wymienny. Dr Zielonka pracował jako bileter w teatrze, a bilety stanowiły pożądany towar. Mój ojciec mógłby kraść najwyżej ołówki, a mama zupełnie nic. W konsekwencji nie mieliśmy niczego, co można by wymieniać na inne towary.

25.

Sowieci byli pedantyczni w zakresie fonetyki. Ponieważ litera "h" w nazwisku Thaler jest niema, staliśmy się Talerami. "H" zostało opuszczone.

Podczas gdy rodzice w późniejszym życiu odzyskali swoje "h", ja zdecydowałem się usunąć je z nazwiska. Na początku większość chrześcijańskich Polaków, nie wiedzących, że "h" w naszym nazwisku jest nieme, wymawiała je. Toteż przed wojną po "T" używali oni gardłowo brzmiącego "h", co przekręcało brzmienie naszego miana. Mój dyplom z radzieckiej szkoły średniej nie miał w nazwisku żadnego "h", ani nie posiadały go moje powojenne dokumenty uniwersyteckie, z czasów gdy mieszkałem w Polsce. W dodatku Thaler to nazwisko niemal czysto żydowskie, a jednocześnie formalnie niemieckie, oba zaś były w powojennej Polsce niepopularne.

Ponieważ w owym czasie dużo podróżowałem po Polsce, nazwisko Taler, będące bliżej nieokreślonym, brzmiało dla moich rodziców bezpieczniej niż Thaler, więc z ich błogosławieństwem pozostawiłem je pisane w ten sposób.

Zapis Thaler w krajach anglojęzycznych powodowałby inną wymowę, sprawiając kłopot z powodu "Th". W każdym razie, "h" wkradało się i wymykało z mojego nazwiska, aż wreszcie zostało definitywnie porzucone. To jedna z kilku pozostawionych mi radzieckich pamiątek. Dzięki Bogu, stanowi ona największą z moich życiowych dolegliwości, będących spadkiem z owych czasów. Amen.

We Lwowie stałem się przeraźliwie świadomy naszego kłopotliwego położenia. Na pewno sytuacja moich rodziców uległa, delikatnie mówiąc, destabilizacji. Stracili tak wiele: dosyć prestiżowe profesje, stały dochód, przyjaźnie, cele i poczucie wspólnoty.

Pomimo rosnącego antysemityzmu, Rozwadów stanowił miejsce stosunkowo bezpieczne. Tworzył on środowisko, w którym ludzie mogli zadzierzgnąć więzi, zakładać rodziny, mieć dzieci. Posiadali osobistą autonomię, pozwalającą im prowadzić życie społeczne i religijne, w sposób jaki sobie wybrali.

Obecnie wszystko to zostało przez nas i innych rozwadowskich Żydów utracone.

Czy mogło zostać kiedykolwiek ponownie odbudowane? Tego nikt nie wiedział. A jeżeli to przepadło, to co było przed nami? Wielka niewiadoma.

Nasz dochód był prawie żaden, a stan posiadania ograniczył się do trzech małych walizek. Och! Zabraliśmy ze sobą kilka fotografii, trochę biżuterii i wszystkie oszczędności naszego życia; 5000 dolarów - to i tak więcej niż posiadała większość uchodźców.

Nasza rodzina pozostawała w rozproszeniu, wszelkie kontakty zostały niemal zupełnie zerwane. W każdej chwili do naszych drzwi mogły zapukać radzieckie służby i nas zabrać. Mieszkając w osławionym państwie policyjnym, byliśmy pozbawieni wszelkich praw obywatelskich.

Ale rodzice i ja byliśmy zdrowi i byliśmy razem. To wystarczająco wiele, by być za to wdzięcznym. I mieliśmy w pobliżu paru krewnych i kilku przyjaciół. Zapisując się do szkoły osiągałem jakiś postęp, ale rodzice w swoim życiu stali teraz w miejscu, a być może się cofali. Wiedziałem o tym i nie podobało mi się to. Nie mogłem nic na to poradzić, poza niesprawianiem kłopotu i rozchmurzaniem ich oblicza najlepiej jak potrafiłem.

Do naszego mieszkania przychodzili dwaj bracia mojego taty, Janek i Arek oraz syn Janka, Józek. Żona Janka pozostała w Jaśle ze swoim niepełnosprawnym bratem. Poza tym częstym gościem bywał Julek Birman. Wszyscy oni pracowali, z wyjątkiem Józka, który chodził do szkoły.

Polubiłem moją szkołę przy ulicy Piekarskiej i chociaż wyprowadziliśmy się daleko, nadal tam chodziłem. Zrozumiałem natychmiast, iż poziom edukacji we Lwowie był dużo wyższy niż w Nisku, zwłaszcza w zakresie matematyki, fizyki i języka niemieckiego. Wyjaśniłem moim nauczycielom, że potrzebuję trochę czasu, przynajmniej czterech do sześciu miesięcy, żeby nadrobić program i byłbym wdzięczny, ażeby do tego czasu nie być ocenianym. Za Sowietów nasza szkoła upubliczniała stopnie każdego ucznia, a wyniki wywieszano w głównym hallu do wglądu dla wszystkich. To było krępujące. Profesor języka polskiego i literatury polskiej natychmiast rozpoznał moje nazwisko. Znał mojego ojca. Jego brat służył z tatą w polskim wojsku. Wszyscy pochodzili z Rzeszowa.

Jako dodatek do zwykłych przedmiotów pojawiły się nowe: język ukraiński, język rosyjski i historia, objaśniana przez pryzmat marksizmu, leninizmu i stalinizmu. Łacinę pominięto. Europejska historia dwudziestego stulecia została całkowicie zrewidowana. Jak ktoś zauważył: pod Stalinem znaleźliśmy się na drodze do raju; przyszłość jawiła się zupełnie jasno, za to przeszłość była zaskakująca i całkowicie nieprzewidywalna.

Miejscowi lwowiacy znali ukraiński, który z kolei przydawał się im trochę w nauce rosyjskiego. To była tradycyjna szkoła średnia dla chłopców albo młodzieńców, jeśli wolicie. W wielkich miastach państwowe szkoły średnie czyli gimnazja, podzielone były według płci. W znacznej mierze stosowano ten układ również w większości szkół prywatnych. Klasa liczyła zwykle dwudziestu pięciu uczniów, lecz teraz z powodu uchodźców liczba ta wzrosła do około trzydziestu dwóch.

Znaczną większość uczniów w tych szkołach stanowili chrześcijanie. Chodziło tam kilku miejscowych Żydów, bardzo dobrych uczniów. Pamiętam takich chłopców jak Epstein, Preminger czy Schlechter. Wszyscy uczniowie z grona uchodźców byli Żydami. Bardzo interesująca grupa pochodziła z Krakowa: Heinz Willner, Fries, Victor Leuchter. Jeden z Jasła: Ludwik Kornel.

Każdy z tych chłopców odebrał dużo lepszą edukację niż ja. Kilku było dwujęzycznych, jak Willner; jedno z jego rodziców pochodziło bowiem z Austrii. Ludek Kornel, po dzień dzisiejszy będący moim dobrym przyjacielem, po latach zwrócił mi uwagę, że prawie nie zauważony pozostawał w naszej klasie Stanisław Skrowaczewski, który nawet w tamtych czasach był zatopiony w muzyce. Ostatecznie został cenionym kompozytorem i dyrygentem orkiestr na całym świecie. Po wojnie opuścił Polskę i przez jakiś czas był kierownikiem muzycznym i dyrygentem Minnesota Orchestra. Większość z uczniów była oczytana, miała bardzo wyszukane poczucie humoru i dość dobrą orientację w dziedzinie sztuki.

Nie można powiedzieć, że odczuwałem jakiekolwiek poczucie niższości. Moje wychowanie i zalety towarzyskie były z całą pewnością przeciętne. Znalazłem swoje miejsce w kompanii kolegów i sądziłem, że mnie polubili. Uczyłem się od nich, a także od doskonałych nauczycieli. W owym czasie byłem chłopcem prostolinijnym, praktycznym i godnym zaufania. Miałem bystry umysł, zdrowe poczucie humoru i unikałem komunałów. Poza tym o wiele więcej niż inni wiedziałem o pastwiskach, zwierzętach, owadach, motylach, kwiatach, zwłaszcza tych dzikich, czy o grzybach, zbożach i drzewach. Zlokalizowałem również Ginę i odnalazłem moją obozową dziewczynę. Nasza szkoła chodziła do szkoły żeńskiej na tańce, a na tym polu chłopcy z miasta pozostawali za mną daleko w tyle. Tylko kilku z nich umiało grać w szachy albo w karty. Żaden nie potrafił wytrzymać większej dawki alkoholu niż ja. A dużo go było. Sprzedawany i reklamowany przez państwo, można było nabyć zupełnie swobodnie. W tym wypadku nikt nie był traktowany jako nieletni, tak jak to się dzieje obecnie.

Po kilku miesiącach ujrzałem swoje nazwisko pnące się w górę po drabinie szkolnych osiągnięć, co dało mi większy impuls do nauki. W tym samym czasie chłonąłem muzykę, balet, operę i wszelkie rodzaje sztuki, w takiej dawce jak tylko mogłem. Pojawiało się ku temu wiele okazji, a bilety były bardzo tanie. Starałem się też nadążać za bieżącymi wydarzeniami. Miałem bardzo pracowite życie.

26.

Z braku lepszego określenia, nazwałbym zgromadzenia odbywające się w naszym mieszkaniu spotkaniami naczelnej rady wojennej. Osoby przybywające na peryferie miasta oczekiwały, że zostaną wynagrodzeni jakowymś napojem i strawą, co zwykle wymagało poczęstowania herbatą i chlebem. Herbata pochodziła przeważnie z Uzbeckiej Republiki Radzieckiej, a pakowano ją w zwykły biały papier. Miało to formę sześcianu. Na paczce widniała odciśnięta pieczęć w języku rosyjskim, z nazwą miejsca pochodzenia. Kostka herbaty mierzyła w przybliżeniu pięć centymetrów i jeżeli była osiągalna, to kosztowała stosunkowo niedrogo.

Chleb był dobry i tani. Cukier stanowił luksus, cytryny prawie nie istniały. Masło widywano bardzo rzadko, zaś od czasu do czasu pojawiała się mieszanina masła i miodu, sprzedawana pod nazwą "masłomiód" - wymysł, który początkowo uważałem za okropny, ale bardzo szybko się do niego przyzwyczaiłem.

W skład rady wojennej wchodził każdy, kto przyszedł, a byli to przeważnie dwaj bracia ojca, moi kuzyni - Józek i Julek oraz paru innych znajomych, których rodzice, a głównie ojciec, poznali we Lwowie. To byli inteligentni, dobrze wykształceni ludzie. Pamiętam jednego prawnika z Warszawy, lubiącego wspominać o swoim członkostwie w loży masońskiej, której działalność wydawała mi się bardzo tajemnicza, ponieważ w Polsce przed wojną była tajna i zakazana.

Niestety przeważały wiadomości bardzo złe. Przez chwilę dobre wieści dochodziły z wojny radziecko-fińskiej, trwającej od listopada 1939 do marca 1940 roku i będącej wielkim upokorzeniem dla ogromnej armii rosyjskiej. Trzymaliśmy kciuki za Finów. W końcu odważni Skandynawowie zostali zmuszeni do podpisania porozumienia, na mocy którego ustępowali część swojego terytorium przeciwnikowi.

Sowieci manipulowali również państwami bałtyckimi - aż wreszcie stały się one republikami radzieckimi. 21 lipca 1940 roku Związek Radziecki formalnie przyłączył Estonię, Łotwę i Litwę.

Poczynania na froncie ujawniły podstawowe słabości Armii Czerwonej. Można tylko przypuszczać, iż widząc to wszystko Niemcy poczuli się bardzo pewni, że nie będą mieli zbyt wiele kłopotu z pokonaniem i opanowaniem Związku Radzieckiego.

Z wielką obawą przyjęliśmy niemieckie zwycięstwa w Norwegii, w wojnie trwającej od 9 kwietnia do 9 czerwca 1940 r.

10 maja 1940 r. rozpoczęła się bitwa o Francję, a Niemcy bardzo szybko posuwali się naprzód. 14 czerwca padł Paryż, a 22 czerwca siły zbrojne Francuzów poddały się. Marszałek Petain utworzył reżim Vichy - marionetkowy rząd francuski, podporządkowany Niemcom.

Pomyślna ewakuacja około 350 000 brytyjskich i francuskich żołnierzy z Dunkierki do Anglii stanowiła jedyną pociechę. 10 maja 1940 r. Winston Churchill objął urząd Prezesa Rady Ministrów Wielkiej Brytanii. 10 czerwca Mussolini wypowiedział wojnę Wielkiej Brytanii i Francji.

28 czerwca pozostający na wygnaniu w Londynie generał Charles de Gaulle został uznany przez Brytyjczyków za przywódcę wolnych Francuzów. Tym samym dołączył Francję do listy innych rządów na uchodźstwie, takich jak rząd polski.

Podczas gdy Churchill organizował wolny świat, naziści kpili z niego, że ciągłe odwroty trudno zaliczyć w poczet zwycięstw. Brytyjska flota wydawała się stanowić "nasz" najsilniejszy atut. A w owych czasach propagandy i wojny na słowa przynosiło to choć odrobinę nadziei.

Niemieckie programy radiowe co kilka godzin grzmiały informacjami o nowych podbojach, po czym rozbrzmiewała muzyka marszowa i odgłosy zwycięstwa, które pamiętam do dziś dnia. Ogólnie rzecz biorąc, nie wyglądało to dobrze i czułem tylko, że pozostaniemy z dala od tych wydarzeń, w naszym pół-ukryciu, na długo. Któż zdoła wypędzić nazistów z tych wszystkich podbitych przez nich ziem?

Otrzymaliśmy kilka listów od krewnych, którzy pozostali w swoich rodzinnych miastach i zmuszeni byli żyć pod nazistowską okupacją. Rodzice Julka, Sala i Janek Birmanowie, pisali do nas i do syna. Narzucano im ograniczenia i stopniowo rugowano z ich interesu. Stracili prawo własności sklepu z wyrobami żelaznymi, który prowadził teraz chrześcijanin, Polak, wyznaczony przez niemieckie władze. Ich los był ponury, ale trzymali się. Podejrzewaliśmy, że te listy cenzurowali zarówno naziści, jak i Sowieci. Zawsze przychodziły bardzo opóźnione.

Pojawiały się wieści, że hitlerowcy zabili niektórych żydowskich przywódców, jak również wybitnych chrześcijańskich Polaków. Rodzice i ja czuliśmy zwiększony niepokój o przyszłość Żydów. W szkole moi przyjaciele rzadko wyrażali takie obawy, po części dlatego, że większość stanowili miejscowi chłopcy albo uchodźcy, którzy uciekli przed Niemcami, a nie doświadczyli, jak ja, krótkiego okresu niemieckiej okupacji i masowego wydalenia ludności żydowskiej z Rozwadowa.

Spotkanie twarzą w twarz z nazistami i przymusowy exodus sprawiły, że na swojej ojczystej ziemi czułem się jak uciekinier. Jakkolwiek zdawałem sobie sprawę, iż świat, jaki znaliśmy, walił się w gruzy. Niemieckie zwycięstwa, ponure wiadomości dochodzące z zachodniej Polski, pozostającej pod nazistowską okupacją, niszczenie życia rodzinnego pod Sowietami stały się doświadczeniami naszej codziennej egzystencji. Radziecka prasa chwaliła dzieci za denuncjowanie własnych rodziców jako kontrrewolucjonistów.

Przymusowy kult Stalina był nie tylko śmieszny - był zupełnie dziwaczny. Jednego z najgorszych tyranów w historii ludzkości tutaj na każdym kroku pokazywano z szerokim, ojcowskim uśmiechem. A mnóstwo wierszy i piosenek instruowało nas, że on był "naszym wodzem", "naszym geniuszem" i "naszym słońcem". Wiedział wszystko i mógł dokonać wszystkiego, cokolwiek zechciał.

Jednakże w tym bagnie niektórzy ludzie znacznie polepszyli swój los, a muszę dodać, że czułem się z tego powodu bardzo szczęśliwy. Rodzina Sobelów, na przykład, w przedwojennej Polsce pozbawiona środków do życia i przyszłości tylko dlatego, że byli Żydami, dobrze prosperowała. Dr Sobel osiedlił się w miasteczku Sokal i znalazł zatrudnienie jako weterynarz. Milek chodził do średniej szkoły i robił fenomenalne postępy jako rysownik. Osiemnastoletni Olek został przyjęty na uniwersytet i studiował we Lwowie weterynarię.

Dla sporej grupy ludzi, takich jak oni, nowy porządek społeczny oznaczał różnicę między głodem a akceptacją i poważaniem. To nie byli komuniści, ani nawet sympatycy tego ustroju. Wszystkim, czego pragnęli, było prawo do pracy i życia. Nie byli już wykluczeni ze społeczeństwa.

Mogli znaleźć się jacyś Żydzi czy Ukraińcy przypominający Polakom przedwojenne prześladowania, a niektórzy mogli być przy tym mało przyjemni, ale ja nie spotykałem takich ludzi ani towarzysko, ani w szkole.

Prawdę powiedziawszy, wieść niosła, że członkowie nielegalnej przed wojenną polskiej partii komunistycznej zostali obecnie przez stalinowców oskarżeni o wspieranie Trockiego i natychmiast aresztowani.

27.

Późną wiosną 1940 roku stalinowski reżim zażądał, żeby wszyscy uchodźcy z zachodniej części Polski poddali się rejestracji. Ci, którzy mieli krewnych pozostających pod niemiecką okupacją, mieliby w przyszłości prawo wyboru dobrowolnej repatriacji. Przynajmniej taki podano powód rejestracji.

Od początku rodzice i ja byliśmy podejrzliwi co do tego planu i zarejestrowaliśmy jak wymagano, ale podając adres ciotki Henrysi. Babcia zdecydowała się zaryzykować i się nie zarejestrowała.

W lecie zwaliły się na wschodnią Polskę radzieckie wewnętrzne siły bezpieczeństwa, znane w tamtym czasie jako NKWD, przemianowane później na KGB, i w przeciągu kilku dni aresztowano tych wszystkich, którzy się zarejestrowali, a następnie wywieziono ich pociągami w odległe regiony Związku Radzieckiego. Ludzie ci wylądowali w górach Uralu, w Kazachstanie, a nawet jeszcze dalej na wschodzie. Zamykano ich w obozach pracy, musieli znosić głód i mroźny klimat. Padali ofiarą duru brzusznego, duru plamistego czy też braku witamin. Wywiezione zostały całe rodziny. Prawie cała dawna żydowska ludność Rozwadowa zniknęła w jednej chwili; odtąd wszyscy staliśmy się zbiegami. Pewne osoby, na przykład niektórych lekarzy czy weterynarzy, oszczędzono od zsyłki, szczególnie tych, którzy żyli w małych miasteczkach albo wioskach.

Podczas tej łapanki moi wujkowie i kuzyni ukrywali się w naszym mieszkaniu, a w rzeczywistości wszyscy razem spędziliśmy kilka dni poza domem, obawiając się, że milicja przyjdzie również po nas. Nikt nie przyszedł. Julek Birman przedwcześnie zdecydował się wrócić do swojego lokalu, został schwytany przez NKWD i zesłany na położony nieopodal Japonii półwysep Kamczatka. Naturalnie NKWD złożyła wizytę u ciotki Henrysi, szukając nas, zaś ta powiedziała, że wyprowadziliśmy się i najprawdopodobniej jesteśmy już pod opieką władzy radzieckiej.

To niemal nieprawdopodobne, jak funkcjonował w owych dniach radziecki reżim. Bałagan przyjmowano jako coś naturalnego i na czyjś rozkaz misja uznawana została za wykonaną, a nakaz aresztowania wstrzymany. Sowieci wiedzieli, iż niektórzy z uchodźców musieli uciec, tak jak my, ale już się o to zupełnie nie troszczyli.

Zaraz po czystkach dla każdego nadszedł czas, żeby się zarejestrować w celu otrzymania paszportu obywatela Związku Radzieckiego. Obejmowało to wszystkie osoby przebywające pod radziecką okupacją. Musiały one przedstawić metryki urodzenia, akty małżeństwa albo jakiekolwiek inne posiadane dokumenty, udowadniające ich tożsamość. Wujek Arek miał oryginalną metrykę urodzenia, ale profesja mojego dziadka została w niej określona jako "kapitalista", gdyż inwestował w ziemię i drewno. Ponieważ w języku polskim słowo kapitalista i krawiec zaczynają się na literę "k", wujek z miejsca wypalił w świadectwie dziurę papierosem i k....... miało teraz oznaczać krawca, znacznie bardziej w społeczeństwie radzieckim uprzywilejowanego pod względem pochodzenia. Nawiasem mówiąc opowiadał nam później, że kiedy po kilku dniach odbierał swój paszport, wydająca mu dokument Rosjanka stwierdziła:

- Tylko nie myślcie, że zrobicie ze mnie głupca, założyłabym się, że jesteście uchodźcą z Rzeszowa.

Rodzice mogli dostarczyć dla potwierdzenia jedynie swój akt małżeństwa. Zauważyłem, że wypełniając podanie wpisali jako datę swojego małżeństwa 21 września 1922 roku. To było mniej niż cztery miesiące przed moim urodzeniem! Przez kilka chwil rozważałem znaczenie tego faktu i mogłem się tylko domyślać jakiego rodzaju problemy musieli mieć w miesiącach poprzedzających moje narodziny. Nagle stało się dla mnie jasne, dlaczego nigdy nie obchodziliśmy rocznicy ich ślubu i jakże ważnym było dla nich opuszczenie Rzeszowa i wyjazd do Rozwadowa. Ich ślub musiał być bardzo skromny. Nigdy nie widziałem żadnej ślubnej fotografii. Bo żadnej nie było. Objąłem moją matkę ramieniem i powiedziałem z uśmiechem:

- Zauważyłem datę waszego ślubu. Czy chcesz żebym dopasował do niej moją datę urodzenia? Spojrzała na mnie, zarumieniła się i uśmiechnęła. A później powiedziała:

- Nie, nie musisz tego robić.

Nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy.

28.

Kiedy wczesną jesienią 1940 roku wróciłem do najwyższej klasy w szkole byłem w niej jedynym uchodźcą. Wtedy zrozumiałem, że pomimo pewnych różnic regionalnych czy etnicznych, w ciągu ostatniego roku nasza klasa stała się znacznie bardziej zwarta i solidarna. Uświadomiłem to sobie, gdy moi koledzy z klasy i nauczyciele powitali mnie ze szczerą ulgą. Wszyscy oczywiście wiedzieli, co wydarzyło się podczas wakacji.

Nikt nie pytał, jak uniknąłem czystki, ale wszyscy dopytywali się, czy wiem gdzie zostali wywiezieni inni uchodźcy. Nie miałem żadnej konkretnej wiedzy na temat poszczególnych uczniów i ich rodzin, ale opowiedziałem im, że dotarły już wieści od paru naszych krewnych, ponieważ na krótko przed rozpoczęciem zajęć otrzymaliśmy kilka listów z miejsc położonych na wschodzie Związku Radzieckiego. Korespondencję tę przepełniały lamenty - opowiadałem - a wszyscy ci ludzie przebywają w bardzo złych warunkach.

Oczywiście było za wcześnie, by móc oszacować całkowite skutki tak olbrzymiego przemieszczenia ludności, a losy poszczególnych osób nie były takie same. Bardzo ważny czynnik stanowiła pora roku. Te listy napisano w sierpniu. Wszyscy wiedzieliśmy, że zima we wschodniej Rosji postawi przed nimi nowe wyzwania. A pojawiała się jeszcze zawsze sprawa przystosowania się i kwestie czystego zrządzenia losu: jak wobec uchodźców będzie się zachowywać miejscowa ludność? A w istocie rzeczy, jak będzie ich traktował konkretny komisarz?

Nawet nasz nauczyciel współczesnej historii miał nieco wątpliwości i było całkiem oczywiste, iż czuł, że stąpa po grząskim gruncie. Mimo to, wszyscy wiedzieli, że radzieckie władze popełniły czyn okrutny i bezsensowny. Całkowicie kontrolowana przez rząd prasa milczała. Nikt nie wiedział, co znów się wydarzy.

Z biegiem czasu otrzymaliśmy dużo więcej listów od przyjaciół na wygnaniu. Zesłańcy opisywali straszne warunki. Dokuczały im ciężkie roboty, złe traktowanie, niezwykłe zimno. Panował głód. Ludzie odczuwali brak świeżych owoców i warzyw. Pojawiały się przypadki szkorbutu i kurzej ślepoty. Mieliśmy pozwolenie, by posyłać im skromne paczki, szczególnie książki. Te w Związku Radzieckim kosztowały niedrogo. Kupowaliśmy wydawnictwa pozbawione wszelkich treści politycznych, na przykład z astronomii, i wypychaliśmy przestrzeń między twardą okładką a tekstem witaminami. Czasami wysyłaliśmy kilka cebul albo czosnek. Każdy miał odmienne sugestie, co byłoby najlepsze, i dzieliliśmy się tymi pomysłami przed wysyłaniem produktów dla naszych przyjaciół.

Słyszeliśmy we Lwowie opowieści o przypadkach gwałtów i chorób wenerycznych pośród emigracji. Ponoć na niektórych obszarach, zwłaszcza w Kazachstanie, dość powszechnie występowała kiła.

W szkole nadal skupiałem się na ciężkiej pracy, aby polepszać swoją pozycję w klasie. Pojawiło się paru nowych uczniów, wprowadzanych dla zastąpienia uchodźców, ale poza jednym wyjątkiem, nie wywarli oni żadnego wpływu na klasę.

Zostaliśmy poinformowani przez dyrektora, że odmiennie niż dawniej w Polsce, radzieckie władze szkolne zdecydowanie faworyzowały system koedukacyjny i w rezultacie z innej szkoły została do nas przeniesiona pewna uczennica. Ponieważ jedną ławkę w klasie dzieliło dwóch uczniów, szukano ochotnika, który chciałby usiąść obok dziewczyny. Potrzebowano zaledwie jednego śmiałka, ale nikt nie podniósł ręki. Chłopcy spoglądali na siebie nawzajem i rzucali jakieś żarty. Obecna w klasie nasza cudowna nauczycielka matematyki patrzyła na nas z widocznym zakłopotaniem i rozczarowaniem.

- Czy ktokolwiek z was spotkał się poprzednio z nauką koedukacyjną? Jeżeli tak, proszę niech wstanie! - mówił dyrektor. Wstałem. - Gdzie chodziłeś przedtem do szkoły? - zostałem zapytany.

- W małym miasteczku. Mieliśmy tylko jedną szkołę średnią.

- Jakim miasteczku? - pytał dyrektor.

- W Nisku.

- Gdzie dokładnie jest Nisko?

- Niedaleko Rozwadowa - wszyscy wybuchnęli śmiechem.

- A gdzie jest Rozwadów?

- Koło Stalowej Woli.

- Więc nie masz z tym żadnego problemu?

- Najmniejszego - powiedziałem - Muszę tylko dodać, że w naszej szkole w Nisku chłopcy siedzieli w ławce z chłopcami, a dziewczyny z dziewczynami.

- Będziemy mieć tu teraz tylko jedną kobietę i do końca roku ta sytuacja najprawdopodobniej nie ulegnie zmianie - powiedział dyrektor - Przybyła do nas ze szkoły dla dziewcząt i będzie tutaj nowa, więc zapewne tak wyróżniona i siedząca samotnie czułaby się nieswojo - dodał.

- W takim razie chciałbym zostać przesadzony ze środka klasy - powiedziałem.

- Dlaczego tak? - spytał dyrektor.

- Na początku ona może mieć wiele pytań, a nie chcę przyciągać zbyt wiele uwagi wszystkich w sali. Poza tym chcę żebyśmy siedzieli blisko tablicy i niedaleko drzwi.

- Niedaleko drzwi! Chyba nie masz zamiaru od nas uciec, prawda? - spytał dyrektor.

Wszyscy się roześmiali.

- Ona usiądzie z mojej prawej strony, tuż przy drzwiach. Jeżeli będzie musiała wyjść z sali

podczas lekcji, wywoła mniej zamieszania - powiedziałem.

- Twoje nazwisko, proszę?

- Taler - odrzekłem.

- Taler, muszę przyznać, że w tym Rozwadowie czy też w Nisku nauczyli cię właściwych rzeczy? Wybierz sobie ławkę. Jutro rano nowa uczennica rozpocznie lekcje.

A potem wyszedł. Moja matematyczka wydawała się promienieć z satysfakcji, ale nic nie powiedziała.

- Na czym skończyliśmy? - spytała - Wróćmy do tego, co najważniejsze, a więc do naszego problemu matematycznego - dodała.

Ale wyczułem, co było naprawdę ważne. To właśnie wisiało w powietrzu aż do końca lekcji matematyki. Kiedy się skończyła, nauczycielka poprosiła bym podszedł do jej biurka.

- Pomożesz jej, jeżeli będzie tego potrzebowała? - zapytała.

- Najprawdopodobniej ona nie będzie potrzebowała żadnej pomocy. W mojej szkole większość dziewczyn była pilniejsza niż chłopcy i bardzo solidnie pracowała. Ale jestem gotowy na to, co może się zdarzyć - powiedziałem uspokajająco.

Wokół mnie zebrało się sporo uczniów, robiących uwagi, których w takich okolicznościach można się było spodziewać. Jedne były głupie, inne stanowiły mieszaninę uczucia zazdrości i ulgi. Niektóre zaś inteligentne i dowcipne. Otrzymałem wiele rad.

Młode, miejskie paniczyki w dość szczególny sposób uświadamiały sobie, że do życia potrzeba czegoś więcej, niż bycia tylko molem książkowym. Doświadczenia wyniesione z prowincji dają trochę mniej niedorzeczny, za to szerszy pogląd na sprawy życiowe. Nie miało to nic wspólnego z doświadczeniami seksualnymi, ale za to bardzo wiele z realiami ludzkiej egzystencji. Teraz więc ten uczeń z małego miasteczka podejmował duże wyzwanie, nie bez wahań wobec niewiadomej, jaka okaże się ta doświadczona, wielkomiejska dziewczyna. Zdawałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny za to, by wprowadzić ją względnie szybko do klasy pełnej facetów, sprawić by czuła się nieskrępowana i mile widziana. Oni byli w pewnym sensie zaskoczeni, widząc, że podchodzę do tego na luzie, jak do "oczywistego faktu". Bez zamieszania, bez głupot. Z odrobiną przezorności i próbą zrozumienia tego, co dzieje się wokoło.

Moje notowania nagle wzrosły. Miałem całkowitą pewność, że dobrze postąpiłem. Byłem gotowy na niespodzianki, a dostałem więcej niż się spodziewałem.

29.

Następnego ranka obudziłem się wcześniej niż zwykle. Poczyniłem szczególne wysiłki, żeby wyglądać gustownie. Na zajęcia przybyłem trochę przed czasem. Lustrowałem moje nowe miejsce. Ławka była w porządku i nie budziła zastrzeżeń. Żadnych psikusów. Chłopcy witali mnie z wyjątkową atencją.

Dziewczyna weszła do klasy, a ja wyszedłem jej naprzeciw i osobiście wprowadziłem. Wyjaśniłem jej, że będziemy siedzieć obok siebie, jak to zostało dzień wcześniej zaplanowane. Upewniłem się, że ona wie, iż jest przez wszystkich jak najbardziej mile widziana i stworzyłem sytuację pozwalającą kilku kolegom podejść i zapoznać się z nową uczennicą.

Zauważyłem, że przyniosła mniej książek niż miała większość z nas. Była miło wyglądającą, młodą kobietą, o okrągłej twarzy, wydatnych wargach i pełnej figurze. Wzrost miała przeciętny, a jej piwne oczy wydawały się wielkie, ponieważ podkreślała je dyskretnym makijażem. Odnosiło się wrażenie, iż twarz jej pokrywał puder z odrobiną szminki. Była całkiem ładna. Usiedliśmy obok siebie. Wyczułem bardzo słaby, dość miły zapach.

Zanim przyszedł nauczyciel, wymieniliśmy parę informacji na temat najbliższej lekcji. Dostrzegłem natychmiast, że ona nie obiecywała sobie zbyt wiele po swych doświadczeniach w nowym miejscu. Zachowywała się dojrzale, ale pomimo wszystko nie grzeszyła pewnością siebie. Uprzedziła mnie, że jej stopnie były mniej niż przeciętne i słyszała, iż nasza szkoła jest bardziej zaawansowana pod względem poziomu edukacji.

- Czy to będzie problem? - spytała.

- Nie - zapewniłem ją. - Nauczyciele i uczniowie są bardzo przyjaźni. A ja pomogę ci najlepiej jak potrafię - dodałem. Uśmiechnęła się. To był dobry znak. Nasze kolana się zetknęły. Zauważyłem, że noga jej drży. Odsunąłem swoje kolano. Niewiele uwagi zwracała na to, co w tej chwili wykładano. Jej myśli musiały krążyć gdzie indziej. Zacząłem się trochę niepokoić.

- Mam nadzieję, że robiłeś notatki - powiedziała, gdy lekcja dobiegła końca.

- Będę musiała zdobyć więcej książek - dodała - W dodatku muszę znaleźć dokładnie te, które są tu używane. Czy możesz mi pomóc?

- Oczywiście - odpowiedziałem.

Minęło kilka tygodni. Do tej pory stało już całkiem jasne, że pod względem edukacyjnym pozostawała w ogonie klasy. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej o mnie. Od początku zdawała sobie sprawę, że muszę być uchodźcą, z powodu mojego akcentu. Powiedziałem, że ma rację. I przedstawiłem jej skrócony zarys moich ostatnich losów.

Z kolei ona opowiedziała mi wiele o sobie. Pochodziła ze Lwowa. Jej życie w domu nie było zbytnio szczęśliwe. Nie lubiła się uczyć. Miała chłopaka, który był studentem uniwersytetu. Rodzicom nie podobały się jej randki. Za dużo przebywała poza domem.

W trakcie swoich okresów kobiecej niedyspozycji czuła się bardzo niekomfortowo, bo wtedy drżały jej nogi. Miała też w tym czasie problemy z koncentracją. Dokuczał jej lekki ból głowy. Musiałem wtedy robić dodatkowe notatki. Teraz potrafiłem już przewidywać rozwój wypadków; wiedziałem, kiedy to nadchodzi, i byłem przygotowany do wykonywania większej pracy, aby służyć jej pomocą. Była mi naprawdę bardzo wdzięczna. Dzieliła się ze mną swoimi bardzo osobistymi problemami. Stałem się jej bliskim kumplem. Rozumiałem ją lepiej niż jej rodzice, jak twierdziła, i lepiej niż wielu jej bliskich lwowskich przyjaciół. Rozmawiało się jej ze mną tak łatwo, jakbyśmy znali się bardzo, bardzo długo - zauważyła. Oboje byliśmy Żydami, a to pomagało.

"Co ona powiedziała?", "Co jej powiedziałeś?", "O czym rozmawiacie?", "Czasem rozmawiacie ze sobą więcej niż powinniście" - zarzucali mnie pytaniami uczniowie.

Nie odzywałem się. - Ją zapytajcie! - odpowiadałem.

- Ona za wiele z nami nie rozmawia.

- To się zmieni - zapewniałem ich.

- Kiedy? Wtedy, jak skończymy naukę?

- Nie mam na to żadnego wpływu. Dla mnie głównym celem jest przeprowadzenie jej przez ten rok.

- Czy widujesz się z nią po szkole?

- Nie, nie mam na to czasu i żadnego szczególnego powodu. To się nigdy nie przytrafiło - powiedziałem - I nie sądzę, żeby do tego doszło - dodałem.

- Dlaczego ona czasami tak często biega do łazienki?

- Cieszymy się, że zasugerowałeś, żeby siedziała obok drzwi!

- Kobiety niekiedy tak mają - wyjaśniałem.

Po pewnym czasie zainteresowanie nią osłabło. Nieoczekiwanie niektórzy z uczniów zaczęli postrzegać nas jako parę, żyjącą zgodnie z własnym rozkładem dnia. Nie było więcej żadnych pytań. Chłopcy zrozumieli, że nie pojawiało się zbyt wiele frapujących nowinek, a nawet jeżeli jakieś były, to bym ich nie zdradził. A to również wyglądało dziwacznie. I umiejscowiło mnie nieco na uboczu od reszty klasy. Byłem chłopakiem pomagającym dziewczynie, czyli czymś niższym w hierarchii od przeciętnego ucznia - widzieli nas rozmawiających czy uśmiechających się do siebie. Byliśmy inni. Wydawało się, że nauczycielom się to podoba, co było całkiem widoczne. Co interesujące, ta sytuacja w żaden sposób nie wpłynęła na moje bezpośrednie relacje z chłopakami. Jeżeli już, to zyskałam u nich nieco poważania.

Pod względem nauki doganiałem prymusów w klasie. W połowie semestru byłem jednym z siedmiu najlepszych uczniów, z których każdy miał równą liczbę ocen celujących. Przyznam bez ogródek, że oprócz własnej pracy jeszcze dwa bardzo ważne czynniki pomogły mi tego dokonać. Przede wszystkim w radzieckim systemie nauczyciele oceniani byli według ilości uczniów z notami celującymi, nazywanych "otlicznikami", jakich mieli w klasie. Im więcej, tym lepiej. To bowiem oznaczało, że byli dobrymi nauczycielami. Jeżeli ktoś zostałby wydalony ze szkoły, winą obarczano nauczyciela. Nikt nie oblewał egzaminów. Po drugie, nauczycielom podobała się moja postawa i moje relacje z tym szczególnym "żeńskim uczniem". Nie miały miejsca żadne nieprzewidziane zachowania, a oni musieli też dobrze wiedzieć, że w znacznej mierze pomogłem mojej koleżance dać sobie radę w tym bardzo trudnym dla niej roku. Dobre uczynki są nagradzane. Nawet w radzieckim systemie. Wczesną wiosną 1941 roku nasz nauczyciel marksizmu-leninizmu przyniósł siedem formularzy podań, po jednym dla każdego z "otliczników". Dotyczyły one członkostwa w Komsomole. Wyjaśnił, że członkostwo tej organizacji jest zaszczytem, przyznawanym uczniom będącym dobrymi kandydatami do kariery akademickiej. Następnie stwierdził, że nasze zgłoszenie na uniwersytet wyglądałoby bardzo korzystnie, jeżeli przyłączylibyśmy się do ruchu i stalibyśmy się jego członkami. Poinstruował nas, aby wziąć podanie ze sobą i przynieść z powrotem przy najbliższej okazji.

W drodze do domu miałem dużo czasu, żeby pomyśleć nad tym dylematem i zanim pojawiła się szansa, żeby pokazać formularz mamie czy ojcu, miałem już gotowe postanowienie. Rodzice przeczytali podanie z pewną obawą, a ja przekazałem im to, co mówił nauczyciel, którego czule nazywałem "komisarzem". Zapytali mnie, co mam zamiar z tym zrobić, ja zaś odrzekłem, że gdy tak wielu z naszych przyjaciół pozostaje na wygnaniu, a mój ojciec prowadzi życie zbiega, nie mógłbym z czystym sumieniem przyłączyć się do komunistycznego ruchu młodzieżowego.

- Czy mogą cię czekać jakieś reperkusje, jeżeli do tego nie wstąpisz? - spytali. - Mam nadzieję, że nie - powiedziałem. "Komisarz" od czasu letniej czystki znacznie złagodniał. Jeśli już, to robił wrażenie zakłopotanego faktem, że kilku jego najbardziej inteligentnych uczniów i ich rodziny zostali deportowani. Zawsze dopuszczał dość swobodną wymianę poglądów i jeżeli nie był ślepy, to musiał również do tej pory zrozumieć, że obiecywany raj oddalał się coraz bardziej, niczym miraż.

W ciągu kilku dni wszystkie podania zostały dostarczone, z wyjątkiem mojego. Zapytał mnie, na co czekam. Odpowiedziałem, że potrzebowałem "nieco dłużej się nad tym zastanowić". Nie podzieliłem się z nim wiadomością, iż - żeby mnie nie podkusiło - podanie podarłem i wyrzuciłem.

Moje negatywne nastawienie do komunizmu nie miało nic wspólnego z sowieckimi ludźmi.

Obserwowałem prostych radzieckich żołnierzy maszerujących grupami tu i ówdzie. Jeden z nich zaczynał śpiew, a reszta ciągnęła za nim refren. To były sympatyczne piosenki, jak wiele rosyjskich utworów muzycznych i tańców, które od dzieciństwa lubiłem.

Radziecki żołnierz był biedny. Widywałem ich przy okazjach postojów na odpoczynek czy posiłek, a jedli przeważnie chleb i jakiś rodzaj płynu, wyglądający jak cienka zupa. Spoglądając na ich twarze, można było stwierdzić, że pochodzili z bardzo różnych etnicznie obszarów. Czyści, prości, wielu wyglądało na raczej smutnych i oderwanych od korzeni.

Niektórzy z tych radzieckich ludzi opowiadali, że to wszystko, co mamy we Lwowie, oni również posiadają u siebie w domu, ale nawet lepsze. Wieść niosła, że niektóre z radzieckich kobiet, wśród których większość stanowiły Rosjanki, nie miały pojęcia jak używać domowej instalacji sanitarnej i że kupowały koszule nocne, uważając je za wieczorowe toalety.

Z drugiej strony pojawiła się i elita urzędników, znacznie lepiej sytuowanych. Część przywiozła ze sobą na zajęte ziemie, które natychmiast zaanektowali do radzieckiego państwa, swoje żony i dzieci.

Jedynym sowieckim obywatelem, z którym miałem bliski kontakt, był pewien uczeń. W jakimś momencie dołączył do naszej klasy. Co dość interesujące, mówił całkiem dobrze po polsku. Doskonały matematyk. Sympatycznie wyglądający, bardzo inteligentny kolega. Polubili go wszyscy uczniowie i nauczyciele. To był absolutnie uroczy młody człowiek. Nazywał się Tanenbaum i był Żydem. Dowiedziałem się od niego, że w radzieckim społeczeństwie zdarzało się wiele mieszanych małżeństw.

Uważał za rzecz zasadniczą prezentowanie, że on sam jest ateistą, bezwzględnie uwolnionym od tradycji religijnej. W święto Jom Kippur2 musieliśmy uczęszczać na lekcje. Tego dnia specjalnie przyniósł całkiem sporą kanapkę i ostentacyjnie ją konsumował, kpiąc z nielicznych żydowskich uczniów, którzy pościli albo przynajmniej nie przynosili żadnego jedzenia do szkoły.

Narodowość każdego radzieckiego obywatela stanowiła część jego tożsamości i wyraźnie ją rejestrowano w oficjalnych dokumentach, które każdy musiał posiadać i zobowiązany był ze sobą nosić. Tanenbaum i tak pozostawał "Jewriejem", czyli po rosyjsku Żydem, ale swoją kanapką starał się zaznaczyć, że nie ma z tym, a szczególnie z religią nic wspólnego.

30.

Trudno jest godzić wydarzenia codziennego życia i najbardziej elementarne potrzeby egzystencji, takie jak mieszkanie, praca czy edukacja, z faktem, że nasze życie wydawało się być zawieszone w czymś, co mogę prawdopodobnie najlepiej określić jako tymczasowa próżnia. Marzyliśmy o lepszej przyszłości. Interesowaliśmy się wydarzeniami w wolnym świecie, a w myślach stale łudziliśmy się, że pewnego dnia sprawy odmienią się na naszą korzyść. Mieliśmy nadzieję, że być może kiedyś powrócimy do pewnej normalności, że będziemy mogli wykorzystać nasze doświadczenia i stworzyć lepszy świat; świat, w którym tyrani należeliby do przeszłości, a uprzedzenia w znacznej części by wygasły. Istniałaby demokracja, tolerancja, możliwości i pokój. Ale kiedy słyszeliśmy wiadomości dochodzące z odległych miejsc, rzeczywistość wymierzała w nasze nadzieje na lepsze życie jeden cios po drugim.

W końcu 1940 r., w okupowanej przez nazistów Polsce Żydzi zostali zgromadzeni w gettach. Niemieckie wojska kontynuowały marsz na Rumunię. Włosi najechali Grecję. W kwietniu 1941 r. Niemcy, przychodząc z odsieczą walczącym Włochom, zdobyli Jugosławię i Grecję. Dokonali spektakularnego lądowania spadochroniarzy na Krecie i zajęli wyspę. Brytyjskie siły, które przyszły z pomocą Grekom, znalazły w całkowitym odwrocie, ponosząc wielkie straty w ludziach i okrętach. Wyglądało jakby Niemcy byli nie do powstrzymania. To szło jak lawina. Ich radio grzmiało potężną propagandą. Oni byli zwycięzcami, a za wszelkie zło ludzkiej egzystencji winili Żydów. Wojska brytyjskie i francuskie zajęły stanowiska na bardzo odległych peryferiach, co wyglądało na ostatnie linie oporu.

W czerwcu siły aliantów umocniły swoje pozycje w Syrii, ale tam nie było żadnych Niemców. Jedynym promykiem nadziei stała się Anglia. Wielu ochotników, uchodźców z podbitych krajów kontynentu przyłączyło się do Królewskich Sił Powietrznych w ich dzielnej walce przeciwko Niemcom. Usłyszeliśmy, że Brytyjczycy zostali wsparci przez Stany Zjednoczone. Anglicy stawiali opór, wytrzymywali olbrzymie naloty, a ich marynarka wojenna odnosiła niejakie sukcesy, zapobiegając atakom niemieckich okrętów podwodnych.

W miarę jak rok szkolny zbliżał się ku końcowi nie miałem żadnych wątpliwości, że moje wysiłki się opłaciły i zostałem jednym z celujących uczniów. Nie zorganizowano żadnej wyszukanej ceremonii zakończenia szkoły; świadectwa rozdał nam jeden z nauczycieli, który życzył nam szczęścia. Po ostatniej lekcji uczniowie się wymieszali. Wymienialiśmy pomysły dotyczące naszych osobistych planów. W tej kwestii nikt tak naprawdę nie wiedział, co się wydarzy, ponieważ każdy z nas podlegał poborowi do Armii Czerwonej.

Wypełniłem zgłoszenie na wydział medyczny lwowskiego uniwersytetu, na który przyjęcie uzależnione było, oprócz innych czynników, od potwierdzenia komisji poborowej, że nie powołają mnie do odbycia służby wojskowej. Czerwonoarmijny aparatczyk odmówił wydania mi takiego papieru. Tłumaczyłem, że wystarczy oświadczenie, iż jestem zarejestrowany, ale niekoniecznie zostanę powołany. Tego również odmówił. Później spróbowałem mu wyjaśnić, że jeżeli faktycznie będą mnie potrzebować, to łatwo mogą mnie znaleźć w szkole medycznej. Ten zaś uparcie powtarzał, że mogę być powołany albo i nie. A skąd on może wiedzieć? Był uprzejmy, znudzony i pozbawiony wyobraźni.

To było moje pierwsze spotkanie z radziecką biurokracją. Ci ludzie w oczywisty sposób obawiali się działać samodzielnie. Komunizm pozbawił ich samodzielnego myślenia. Obawiali się popełnić błąd. Oni także mieli rodziny. Potrzebowali pracy.

Opowiedziałem o mojej klęsce rodzicom, a w rzeczywistości byłem na wpół rozbawiony, uświadamiając sobie fakt, że akademia i wojsko, urzędujące zaledwie kilka przecznic od siebie, nie potrafiły wypracować wspólnego sposobu postępowania. Ale czyż nie tego należało oczekiwać od radzieckiego systemu? Rodzice nie uważali, żeby to był powód do śmiechu. Mama już sobie mnie wyobrażała jedzącego suchy chleb i cienką zupkę, gdzieś w głębi radzieckiego imperium. W oczywisty sposób przerażała ją perspektywa rozdzielenia ze mną.

Moja babcia zdecydowała, że muszę się spotkać z profesorem Allerhandem, którego ona nazywała Moryc. Maurycy Allerhand nawet pod Sowietami pozostawał bardzo szanowany w kręgach akademickich. Umówiła spotkanie i razem z nią udałem się do jego biura. Okazał się bardzo serdeczny. Cieszył się, że ją zobaczył. Rozmawiał ze mną przez kilka minut i powiedział, żebyśmy przyszli za tydzień.

Kiedy wróciliśmy, zapytał mnie czy jestem członkiem Komsomołu. Odpowiedziałem mu, że nie jestem. Oznajmił, że sprawdził, iż moje podanie znajduje się w aktach uniwersytetu, ale komisje rekrutacyjne składają się nie tylko z członków wydziału, lecz także przedstawicieli politycznych. Zgłoszeń było znacznie więcej niż miejsc, a bardzo wielu uczniów miało doskonałe stopnie. - Szepnę za tobą słówko kilku profesorom z wydziału medycznego, ale nie wiem, czy w obecnych okolicznościach to będzie się bardzo liczyć - powiedział. Wyjaśnił, że nie ma żadnych wpływów politycznych.

Babka była rozradowana i wielce wdzięczna. Ja również mu podziękowałem. Kiedy wyszliśmy jakoś tak czułem, że moje szanse nie wyglądają zbyt dobrze, ale nie podzieliłem się tymi myślami z babcią. Dla niej byłem radosny. Najpierw jej zbawienna koniakowa dieta po naszej emigracji z Rozwadowa, teraz profesor Allerhand. Z pewnością robiła wszystko, co mogła. Nie miałem oczywiście żadnego zaświadczenia od Armii Czerwonej. Ale nie odnosiłem wrażenia, żeby inni kandydaci mieli pod tym względem więcej szczęścia, chyba że bycie członkiem Komsomołu załatwiało również i tę sprawę, zastanawiałem się.

Wszystko to miało miejsce w połowie czerwca 1941 roku. To był czas oczekiwania. Spotykałem się prawie codziennie z kilkoma spośród moich starych znajomych. Teraz to były przeważnie dziewczyny. Parki o każdej porze dnia czy nocy pozostawały bezpieczne. Nie notowano żadnych aktów przemocy na ulicach. Przynajmniej o żadnych nie donosiły relacje prasowe. Lody były tanie, parę restauracji serwowało niedrogie posiłki, przeważnie parówki z chlebem. Jadało się to z musztardą, która wydała się tak ostra, że mogłaby wypalić dziurę w żołądku. Alkohol reklamowano teraz społeczeństwu na tablicach ogłoszeniowych. Wódkę można było kupić w specjalnych sklepach i wypić na zewnątrz. Chłopcy pili, dziewczyny nie. W kinach wyświetlano radzieckie filmy; wiele było całkiem niezłych. Po prostu czekaliśmy na rozpoczęcie nowego roku szkolnego.

31.

22 czerwca, ku naszemu kompletnemu zaskoczeniu Niemcy najechały Związek Radziecki. Od samego początku to wyglądało na jeszcze jedne starcie typu blietzkrieg3, z Niemcami prącymi naprzód i Armią Czerwoną cofającą się w panice. Przynajmniej tak myślał człowiek z ulicy. To właśnie ten fakt mógł odegrać główną rolę w decyzji moich rodziców o spokojnym pozostaniu na miejscu. Rzeczywiście w mojej rodzinie nawet nie rozważano możliwości ucieczki z Sowietami. Później zastanawiałem się, dlaczego? Ostatecznie byliśmy już uchodźcami ze stanem posiadania zdegradowanym do paru walizek. Niektórzy ludzie mogli mieć problemy z rozstaniem się z ich stosunkowo wygodnymi domami, opuszczaniem obszarów, gdzie dorastali, mieli pracę, rodzinę, przyjaciół, głębokie korzenie. My już zostaliśmy od korzeni oderwani.

Ale wówczas znowu Janek i Józek zdecydowali powrócić do Jasła i dołączyć do swojej rodziny. Arek również oznajmił, że wyruszy na zachód, do Rzeszowa, żeby być ze swoją siostrą Salą. Ostatnie listy z Rzeszowa brzmiały groźnie, ale widocznie nie dość odstraszająco. Ciotka Henrysia i babcia zdecydowały się pozostać we Lwowie. Najstarsza siostra mojej mamy przebywała gdzieś na zachodzie, chociaż zupełnie straciliśmy z nią kontakt. Poza Julkiem, będącym więźniem w łagrze na Kamczatce, nie mieliśmy żadnych krewnych w Związku Radzieckim. Jawił się on jako miejsce mało gościnne. Radzieckie władze utrzymywały nas w niewiedzy. Nie informowały o stanie wojny. Nie przyznawali się do porażek nawet wobec własnej ludności w pozostałej części kraju. A zatem nie zachęcali ludzi do ucieczki.

Odnosiło się wrażenie, że pozostawiono nas na pastwę Niemcom. Dlaczego Sowieci mieliby się martwić tym, że żydowscy, polscy albo ukraińscy burżuje zostaną schwytani przez nazistów? Sowietów postrzegano tu jako najeźdźców i nigdy w pełni nie akceptowano. Oni z kolei mogli mniej dbać o to, co stanie się z tymi, których nie darzyli sympatią. Pomimo to niektórzy ludzie, szczególnie uchodźcy, jak my, kontynuowali ucieczkę na wschód przed posuwającą się naprzód armią niemiecką. Była ich stosunkowo niewielka liczba, a zamieszkiwali przeważnie bardzo małe miasteczka na wschód od Lwowa. Prawie wszyscy przeżyli wojnę. A zatem rzucając okiem wstecz, spokojne siedzenie na miejscu we Lwowie stanowiło kolosalny błąd, lecz wówczas niełatwo znowu było przewidzieć tak zgubną przyszłość.

Niemcy zajęli Lwów 1 lipca. Wkrótce potem usłyszeliśmy wieści o rozstrzelanych polskich profesorach uniwersytetu, a w tym samym czasie zaczęły się masowe mordy Żydów. Przy pomocy naprędce zorganizowanej ukraińskiej policji i niektórych cywilnych Polaków, naziści byli zdolni do ich identyfikacji.

Aresztowano tysiące. Nakazywano im oczyszczanie dawnych sowieckich więzień, odkopywanie grobów ofiar radzieckich prześladowań. Żydzi i komuniści zostali zgromadzeni razem. Winiono ich za okrucieństwa bolszewików. Bito pałkami, rozstrzeliwano, torturowano. Ofiarą padali prawie wyłącznie żydowscy mężczyźni. W tej sytuacji moja mama objęła przywództwo. Ojcu i mnie radzono pozostać w domu. 15 lipca wydano rozporządzenie, że wszyscy Żydzi muszą nosić na ramieniu białe opaski z niebieską gwiazdą Dawida.

Około 25 lipca mama i ciotka Henrysia spotkały się w Lwowie i zostały zatrzymane na ulicy, a potem, z wieloma innymi żydowskimi mężczyznami i kobietami, znalazły się na otoczonym kordonem na placu. Stamtąd, jak przypuszczano, mieli zostać przeniesieni w inne miejsce. Nagle pojawili się dwaj niemieccy oficerowie i zażądali ludzi do prac porządkowych w wojskowych koszarach. Osobiście wybrali trzydzieści kobiet, a wśród nich moją mamę i ciotkę Henrysię. Gdy szli w stronę koszar, jeden z nich powiedział do drugiego: "Ich hob' diese Leute von harakiri gerettet", co mniej więcej oznaczało: "uratowałem tych ludzi od gwałtownej, okrutnej śmierci". Pracownikom wyznaczono zadania, a po kilku godzinach wydano im papiery oświadczające, że zostali zatrudnieni przez niemiecką armię i zapowiedziano, żeby wrócili następnego dnia.

Ojciec i ja byliśmy bardzo niespokojni, czekając i nie wiedząc dlaczego mama nie wraca do domu. Kiedy się zjawiła, opowiedziała nam o okropnym doświadczeniu, zaś parę dni później Żydzi ze Lwowa uzmysłowili sobie, że w tych dniach pojmano kilka tysięcy mężczyzn i kobiet, a następnie zabito ich w mieście lub poza nim. Istnieją drobiazgowe i jaskrawe opisy tych katuszy, ze strony naocznych świadków. Czytuję niektóre z tych tekstów i niezmiennie głęboko mnie zasmucają, sprawiając, że staję się fizycznie chory.

To był początek tak zwanej "Akcji Petlura", przeprowadzonej między 25 i 29 lipca, na pamiątkę Semena Petlury, przywódcy ukraińskiej armii z 1920 roku. Petlura był odpowiedzialny za żydowskie pogromy. Pomścił je ukraiński Żyd o nazwisku Schwartzbard, który zastrzelił atamana. Obecnie Ukraińcy w większości stali się członkami lub sympatykami ruchu Stefana Bandery. W jego skład wchodzili nacjonaliści, stający w jednym szeregu z nazistami, w nadziei, że Niemcy stworzą niezależne państwo ukraińskie. Chociaż ten plan się nie urzeczywistnił, znaczna część Ukraińców pozostała bardzo lojalna wobec ruchu nazistowskiego i chętnie wzięła udział w masakrze Żydów. Usłużność w stosunku do reżimu hitlerowskiego dawała im określoną przewagę nad chrześcijańskimi Polakami we wschodniej części dawnej Polski.

Zresztą terytorialne spory w tym regionie miały bardzo, bardzo długą historię.

Dalej na północy Polacy z podobnych powodów rywalizowali z Litwinami. Nazistowskie Niemcy wiedziały też, że mogą polegać na wiernym poparciu ze strony mieszkańców państw nadbałtyckich. Znacznie mniej ufali Polakom.

O ile zaś chodzi o Żydów we wschodniej Europie, to mogliśmy liczyć na sympatię czy pomoc jedynie niektórych osób - pojedynczych jednostek w morzu nienawiści i obojętności.

Moja matka i ciotka Henrysia wracały do pracy jeszcze przez jakieś dziesięć dni. W ostatnim dniu starszy z dwóch mężczyzn powiedział zebranym kobietom, że bardzo współczuje Żydom z powodu tego strasznego prześladowania. Zapewnił je, że są też inni Niemcy, czujący to samo co on. Powiedział, że od chwili, gdy ich praca została zakończona, muszą chronić się same.

32.

Wkrótce po tym, jak Niemcy zajęli Lwów, nakazali Żydom utworzenie Judenratu (rady żydowskiej). Naziści mieli wiele żądań wobec społeczności żydowskiej i łatwiej im było mieć do czynienia z określoną grupą ludzi niż z całą żydowską populacją. We Lwowie znajdowało się wtedy około 150 000 Żydów.

Wprowadzono skomplikowaną żydowską biurokrację, zmagającą się wieloma problemami dotyczącymi Żydów, takimi jak praca, zakwaterowanie, zbieranie okupu dla Niemców, zdrowie, policja, higiena oraz inne kwestie społeczne i religijne. W tym samym czasie niektórzy z aresztowanych ludzi zostali stłoczeni w obozach pracy przymusowej, powstałych wokół miasta.

Słyszeliśmy, że warunki w tych obozach panowały okropne i były niemal całkowicie uzależnione od kaprysu dozorujących je Niemców i Ukraińców. Stało się całkiem jasne, że jeśli jakaś grupa albo pojedynczy osobnik zabił Żyda, nie czekała go żadna kara czy jakiekolwiek dochodzenie. Najbardziej osławiony i największy obóz został założony w samym Lwowie, na ulicy Janowskiej.

Pierwszym zwierzchnikiem Judenratu został dr Josef Parnes. Dr Parnes popełnił samobójstwo, ponieważ popadł w depresję z powodu okrutnych żądań nakładanych przez nazistów na społeczność żydowską. Później jeszcze trzech z czterech szefów Judenratu spotkała gwałtowna śmierć w trakcie pełnienia urzędu. Dwaj zostali straceni przez Niemców; jeden wspólnie z dużą liczbą żydowskich policjantów. Kolejny umarł na białaczkę podczas sprawowania swej funkcji. Ideą takiego postępowania było wysłanie Żydom wiadomości, że żaden człowiek nie jest bezpieczny, bez względu na jego status w żydowskiej społeczności.

Istnienie wielkiego biurokracyjnego aparatu Judenratu wymuszały ciągłe żądaniami Niemców o dostarczanie żydowskich dóbr i usług, a z drugiej strony fakt, że posiadanie pracy stanowiło bilet do przeżycia. Mówiąc po prostu, nikt nie mógł utrzymać się przy życiu bez aktualnego papierka, że jest gdzieś zatrudniony.

Pozbawiona praw obywatelskich i w straszliwy sposób mordowana żydowska ludność Lwowa stawała też wobec żądań wykonywania różnego rodzaju zadań.

Wymyślony przez nazistów plan napuszczania jednego Żyda na drugiego odniósł sukces ponad wszelkie oczekiwania. Biedni, głodni, wywłaszczeni Żydzi byli naturalnie bardzo udręczeni i bardzo zagniewani. Ich ukochane osoby aresztowano, zatrzymywano, deportowano i zabijano. Ich gniew był skierowany przeciw Niemcom i przeciw wielu spośród Ukraińców i Polaków. Wyrażali również wielkie niezadowolenie ze sposobu, w jaki traktowała ich żydowska administracja. I z biegiem czasu również z tego, jak niektórzy pozbawieni skrupułów Żydzi wykorzystywali swoją pozycję w tych urzędniczych strukturach. W takich okolicznościach owe nieliczne indywidua wystarczyły, żeby zrujnować reputację wszystkich agend Judenratu.

Żydzi w Rozwadowie za mojej pamięci zawsze się sobą zajmowali i zawsze pomagali sobie nawzajem w trudnych sytuacjach. Ale teraz tutaj we Lwowie, gdy byli kompromitowani, wykorzystywani i traktowani jak podludzie, zamieniali się w osobników zgorzkniałych, przygnębionych i zdesperowanych.

1 października 1941 r. nakazano nam przeniesienie się do sektora wyznaczonego dla Żydów.

Zapakowaliśmy nasz niewielki dobytek i wprowadziliśmy się do mieszkania dr Landaua i jego rodziny. Przyjmując nas państwo Landau byli zadowoleni. Inaczej stanęliby przed koniecznością wzięcia jakichś obcych ludzi. Z nielicznymi wyjątkami, wszyscy Żydzi musieli przeprowadzić się do tej dzielnicy. Żydowscy obywatele Lwowa, mieszkający w mieście przed wybuchem wojny posiadali ładne mieszkania, meble i rodzinne dziedzictwo. Musieli pozostawić to wszystko "Aryjczykom", to jest Niemcom, Ukraińcom albo Polakom. Mieli pozwolenie, by zabrać ze sobą tylko podstawowe meble: stół, kilka krzeseł, łóżko. Ludzie zostali stłoczeni w małych kwaterach, często nie mając miejsca nawet dla tych skromnych ruchomości.

Rodzina Landau składała się w tym czasie z doktora i jego żony oraz starszych wiekiem rodziców gospodarza. Pani Landau, piękna i czarująca jak zawsze, była bardzo smutna. Jakiś czas przed tym, zanim się wprowadziliśmy, jej jedyny syn z poprzedniego małżeństwa został aresztowany i zabrany do jednego z obozów pracy przymusowej w pobliżu Lwowa. Na początku miała z nim kontakt, lecz później przestały dochodzić jakiekolwiek wieści o jego miejscu pobytu. Ale wciąż miała nadzieję, że pewnego dnia otrzyma od niego wiadomość. Patrząc na nią, byłem zdruzgotany.

Józef Taler, 1941

Otrzymaliśmy też list z Jasła, w którym żona Janka napisała, iż wkrótce po tym, jak stryj i Józek wrócili ze Lwowa, zostali schwytani przez Niemców, zabrani poza miasto i zabici. Ona mieszkała teraz ze swoim schorowanym bratem. Arek bezpiecznie przybył do Rzeszowa, ale pisał o różnego rodzaju nowych ograniczeniach i o tym, że życie stawało się bardzo trudne. I tak mieli szczęście, że dotąd przeżyli.

Mieszkanie państwa Landau znajdowało się na jednej z bocznych przecznic od ulicy Zamarstynowskiej, stanowiącej główną aleję dzielnicy żydowskiej. Moja babcia dzieliła z ciotką pokój kilka kamienic od nas. Henrysia podjęła na pół etatu pracę sekretarki w szpitalu. Babcia nie pracowała.

Był koniec października 1941 roku. W sektorze żydowskim panował ponury nastrój.

Okropnie ponury. Niebo wydawało się zawsze szare, nie było żadnej zieleni, żadnych kwiatów, żadnych domowych zwierząt. Budynki wyglądały na straszliwie zaniedbane, zniszczone i puste. Ludzie również w większości sprawiali wrażenie wynędzniałych i stali się bardzo smutni. Trudno było usłyszeć czyjkolwiek śmiech. Dzieci na ulicach nie były bezpieczne i tylko nieliczne ryzykowały wyjście. Nie słyszało się żadnej muzyki, żadnych piosenek. Jeżeli pojawiały się tam jakiekolwiek ptaki, to ja ich nie zauważałem. Żydowską ludność stopniowo degradowano do zera. Większość wydawała się być wygłodzona i stopniowo traciła ducha. Miałem wtedy osiemnaście lat i czułem, jakby ciągle pozostało we mnie jeszcze trochę iskier. Nie skarżyłem się głośno. Próbowałem trochę rozweselić moich rodziców, ale to było niezwykle trudne zadanie.

33.

Natychmiast po tym, jak się wprowadziliśmy ojciec i ja mieliśmy szczęście dostać pracę w składzie drewna. Plac znajdował się na ulicy Zamarstynowskiej, około dziesięć minut pieszo od naszego lokalu. To było małe przedsiębiorstwo, należące do pana Krykiewicza. Zatrudniało około dwunastu pracowników. Pan Krykiewicz, wysoki, smukły mężczyzna, był jedynym chrześcijaninem w tym zakładzie. Codziennie spędzał w pracy zaledwie około godziny i zlecał wszystkie obowiązki żydowskiemu majstrowi, panu Szafrańskiemu.

Całkiem oczywiste było, że interes faktycznie prowadził pan Szafrański; specjalista od drewna. Chodził za panem Krykiewiczem z bloczkiem i ołówkiem i zdawał się przyjmować od niego polecenia, ale czynił też wiele własnych sugestii. Pan Krykiewicz zazwyczaj zgadzał się ze wszystkim, co mówił zarządca. Szef robił na mnie wrażenie człowieka roztargnionego. Miał około pięćdziesiątki i był w przybliżeniu w tym samym wieku, co Szafrański. Sam nigdy nie rozmawiał z pracownikami. Majster zaś to mężczyzna sztywny jak drut, niski, szczupły i nadpobudliwy. Włosy miał zupełnie siwe. Wiecznie pozostawał w ruchu, na lewo i prawo wydając polecenia i wytyczne. A do współpracy miał załogę bardzo zróżnicowaną.

Kręgosłup interesu stanowili dwaj profesjonalni operatorzy tartaku. Jeden z nich stracił w wypadku fragmenty kilku palców. Nosiliśmy ogromne kloce, jeden z mężczyzn naprowadzał je i podkładał pod wielką, zainstalowaną na stałe elektryczną piłę, a drugi rżnął. Co jakiś czas się zamieniali. Jeden z operatorów zaangażował do pracy swoją córkę. Zamiatała podłogę i podtrzymywała ogień w małym piecu, opalanym drewnem. Miała około szesnastu lat, średni wzrost, czarne włosy i śniadą cerę. Najbardziej zwracały uwagę jej oczy. Czarne z ciemnoniebieskimi tęczówkami. Bardzo była nieśmiała i niewiele mówiła. Za każdym razem kiedy wchodziłem do budynku, spoglądała na mnie i rumieniła się. To było dość krępujące. Odwracała głowę, potem znów na mnie patrzyła i znów się rumieniła. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek odbył z nią jakąkolwiek znaczącą rozmowę.

Zewnętrzna grupa układała pocięte drewno w stosy pozwalające mu wyschnąć.

Wybieraliśmy także drzewo, by wypełnić zamówienia. Wykonywano to pod nadzorem pana Szafrańskiego. On podejmował decyzję o rozmiarach i jakości materiału oraz ilości, jaką wysłano.

System dostaw był bardzo prosty. Mieliśmy parę ręcznych wózków. Każde bez wyjątku zamówienie wymagało użycia tylko jednego wózka i w jakichś dziewięciu na dziesięć przypadków to mnie wyznaczano jako osobę mającą ciągnąć platformę. Jeżeli zaszła potrzeba jedna albo dwie osoby popychały ją z tyłu. Dostawy odwożono w różne części miasta, wszystkie położone w dzielnicy aryjskiej. Nasz tartaczek był zbyt mały, by robić interesy z jakimiś instytucjami.

Ponieważ nie byłem obeznany z miastem, jeden z pomocników, długoletni mieszkaniec Lwowa, szedł razem ze mną. Zwykle zaciągnięcie platformy na plac budowy zabierało około dwóch godzin. Powrót był zadaniem dużo łatwiejszym, ale niebezpiecznym. Wszyscy oczywiście nosiliśmy na ramieniu opaski z gwiazdą Dawida, a trzej Żydzi ciągnący ciężki wóz pełen drewna, w oczach większości Aryjczyków stanowili przyjemny widok.

Trzej Żydzi biegnący z powrotem z pustą platformą to była już zupełnie inna historia.

Zawsze istniała obawa, że moglibyśmy zostać zatrzymani przez esesmana i zabrani do bardziej pożądanej roboty, na przykład w obozie pracy. Dlatego powrót był mniej spokojny i ostro przyśpieszaliśmy. "Goń, Jude, goń!" To było hasło dnia. Chcieliśmy Aryjczykom przekazać wiadomość, że mieliśmy ważną pracę i musimy się śpieszyć! Nie możemy być niepokojeni!

Kiedyś podszedłem bardzo blisko torów tramwajowych. I to okazało się dużym błędem. Gdy obok przejeżdżał tramwaj, ze stopni przepełnionego wagonu wychylił się młody człowiek i uderzył mnie w tył głowy. Była zima i moje nakrycie głowy odleciało daleko. Uderzenie mnie oszołomiło, ale nie odniosłem poważnych obrażeń. Kiedy tramwaj pomknął dalej, zauważyłem młodego umundurowanego człowieka, śmiejącego się z wielką satysfakcją. Prawdę mówiąc miałem szczęście; mógł mnie zastrzelić i nikt nie zwróciłby na to najmniejszej uwagi.

Zwykle załatwiałem przynajmniej jedną dostawę dziennie. Igo Schall znał Lwów i często to on mi towarzyszył. Był ode o rok młodszy i staliśmy się bardzo bliskimi przyjaciółmi. Mieszkał z rodzicami oraz dwoma młodszymi siostrami zaledwie przez ulicę od placu z drewnem i przynajmniej dwukrotnie miałem sposobność spotkać jego mamę i siostrzyczki. Jego ojciec był dyrektorem browaru we Lwowie i nadal tam pracował.

Ataki na Żydów nazwano "akcjami". W jednej z nich zabrane zostały matka i siostry Igo i już nigdy więcej o nich nie słyszeliśmy. Niektóre z owych "akcji" były spontaniczne, niespodziewane i zawsze bardzo tragiczne.

Inny mój współpracownik, będący w moim wieku, wbiegł pewnego dnia na plac i powiedział, że "akcja" właśnie jest w toku. Obserwowaliśmy wszystko zza ogrodzenia. Żydówkom i dzieciom oraz paru mężczyznom kazano usiąść na trotuarze; tam pilnowało ich kilku esesmanów, najprawdopodobniej członków tak zwanych Einsatzgruppen, których zajęcie stanowiło wyłapywanie i zabijanie Żydów. Ten kolega zauważył w grupie swoją matkę i spróbował pomachać do niej ręką. Ona popatrzyła na niego zza ulicy i dała mu znak, żeby przestał. Musiała obawiać się, że naziści również za nim ruszą w pościg. Nigdy nie zapomnę tej sceny.

Pracowała z nami jeszcze jedna młoda dziewczyna. Nazywano ją Nusia. Była słodka. Duże oczy, pełne wargi, niepewny uśmiech. Nie miała za dużo siły i niektóre kłody i ogromne kawały drewna były dla niej zbyt wielkie. A pan Szafrański żądał wydajności. Powiedziałem jej, że praca zespołowa załatwi sprawę. Igo i ja oraz paru innych kryliśmy ją więc w razie potrzeby. Nusia przeżyła holocaust i po wojnie przyjechała do Lublina, by się ze mną zobaczyć. Spędziliśmy razem cały dzień. Byłem bardzo, bardzo szczęśliwy mogąc ujrzeć ją ponownie.

Pracował z nami również syn pana Szafrańskiego. Jakieś dwa lata starszy ode mnie.

Cechowało go ogromne poczucie humoru i wiecznie sprzeczał się z innym pracownikiem, mężczyzną około sześćdziesięcioletnim, najstarszym w naszej grupie. Ten, zanim przyszli naziści, był taksówkarzem i często przechwalał się różnymi seksualnymi wyczynami, których miał dokonywać ze swoimi pasażerkami, pięknymi rzekomo kobietami. Pomijając fakt, że brzmiało to nieprawdopodobnie, bo ten mężczyzna sam był okropnie brzydki, wysłuchiwanie tych opowieści stanowiło ciekawe intermezzo w szarzyźnie bezbarwnego życia, jakie nas otaczało. Ów prawie bezzębny osobnik wiecznie robił nam wykłady zapewniające, iż nas ominie przyjemność brania kobiet w ramiona, ponieważ naziści najprawdopodobniej dopilnują, żebyśmy wszyscy zginęli, łącznie z nim samym oczywiście. Młody Szafrański oznajmiał mu, że historie te mało nas interesują i nazywał go alfonsem. Unikaliśmy faceta niczym zarazy.

Inny charakter miał wysoki, tęgi kolega, nazywający się, o ile pamiętam, Rabinowicz. Rabinowicz był może rok starszy od mnie. Dysponował pięknym tenorem i dawał nam od czasu do czasu bardzo krótkie próbki swoich zdolności wokalnych. Opowiadał, że w przeszłości przez kilka lat, do czasu aż przyszli naziści, pozwalano mu śpiewać w kościołach i miał znajomości wśród chrześcijan. Pewnego dnia nie przyszedł do pracy i właściwie rozpłynął się w powietrzu. Wieść niosła, że od pewnego czasu przygotowywał sobie miejsce do ukrycia się pośród chrześcijan i musiało mu się udać. Ja przede wszystkim byłem z tego powodu bardzo zadowolony. Nikt nie został przyjęty, by go zastąpić.

Mój ojciec początkowo wydawał się całkiem dobrze pasować do tej brygady. Był zadowolony, mając zajęcie i nie miał nic przeciwko ciężkiej pracy. Szafrański traktował go z niemałym szacunkiem. Kiedy mieliśmy szansę zrobić przerwę i zjeść jakiś marny posiłek, który przynieśliśmy ze sobą do pracy, Szafrański siadywał z moim ojcem. Zwracał się do taty "doktorze Thaler" i rozmawiali o polityce.

Każda osoba dostawała też trochę płynu, który nazywaliśmy zupą, podgrzewanego na piecu. Szafrański dziwił się, dlaczego mój ojciec, z jego zdolnościami, nie poszukał pracy biurowej w gminie żydowskiej i chętniej wykonywał ciężkie roboty.

Zauważałem u ojca głębokie zmiany. Bardzo się martwił dezintegracją społeczności żydowskiej. Jak każdy z nas był poruszony faktem, że Żydów dziesiątkowały głód, choroby i przemoc. Dla niego to nie była wyłącznie kwestia indywidualnych strat. Cierpiał z powodu Żydów. Stawał w obronie żydowskich instytucji, jako, że w zasadzie pozostawały bezradne, lecz z drugiej strony dziwił się, iż niektórzy ze sprawujących urzędy nie byli bardziej troskliwi i subtelni.

Ojciec był całkiem pewny, że Niemcy ostatecznie przegrają wojnę.

Nadchodziła zima. "Generał Zima" historycznie stanowił wielką pomoc dla Rosjan. Tak było zawsze. Oni ciągle jeszcze walczyli.

Na szczęście dzielnica żydowska nie była w tym czasie zamknięta. Pan Józef Korzeniowski, Polak i chrześcijanin, emerytowany maszynista i dawny sąsiad z lwowskiego przedmieścia, stał się teraz naszym dostawcą żywności. Przynosił produkty ze swojego ogrodu i cokolwiek mógł nabyć, a z kolei my płaciliśmy mu za to. Ostatnio dostarczył wiadomość, że dużo pociągów przewoziło do Niemiec jeńców wojennych z Armii Czerwonej, ale wiele innych było pełnych niemieckich żołnierzy - "pociągów szpitalnych", jak wyjaśniał.

W niektórych wypadkach to ojciec towarzyszył mi podczas moich dostaw. Gdy zbliżała się zima próbowaliśmy ubierać się cieplej. Najcieplejszymi paltami, jakie posiadaliśmy, były płaszcze przeciwdeszczowe. Jeden lub dwa swetry pod spodem zapewniały wystarczającą ochronę przed zimnem. Podniszczone ubranie, kapelusz, zdezelowane buty, dawały nam odrobinę komfortu. I zawsze pozostawał jeszcze piec w pracy, przy którym można było się wysuszyć i ogrzać.

Zauważyłem, że postawa taty się zmieniła. Teraz wydawał się raczej przybity, niż śmiało patrzący przed siebie. Jego twarz pozostawała zawsze smutna, bardzo smutna. I jego oczy były smutne. Zwykle chodził żwawo, ale teraz powłóczył nogami. Był jednocześnie opanowany i niespokojny.

W domu mama próbowała jak najlepiej się nami zająć się i przygotować nas do pracy. Nasz piesek znikł kilka dni po tym, jak wprowadziliśmy się do państwa Landau. Byliśmy całkiem pewni, że posłużył za posiłek dla jakichś naszych głodnych sąsiadów. Ulubione zwierzaki z żydowskiej dzielnicy Lwowa zniknęły na dobre.

34.

Dr Landau pracował w szpitalu. Pani Landau i moja matka dzieliły małą kuchnię. Rodzice doktora zostali schwytani przez nazistów w akcji, którą nazwano "akcją podstarzałych". Starzy ludzie uważani byli za bezużytecznych. Hitlerowcy aresztowali ich i zabijali. Dzieci trzymano w domu. Widywało się je rzadko, zazwyczaj odziane w szmaty i niedożywione. Dr Landau donosił o rozdzierających serce scenach, rozgrywających się w szpitalu.

Przy paru okazjach rozmawialiśmy o starszym bracie dr Landaua. Myślę, że na imię mu było Mojżesz. Podobnie jak dr Landau, obdarzony śniadą cerą, ale nie tak wysoki, miał okrągłą, bardzo inteligentną twarz i zmysł człowieka praktycznego. Zachęcał każdego do inwestowania w Palestynie. Sam tak robił. Mieliśmy nadzieję, że dostał się do Palestyny, ale nie byliśmy tego pewni. Ostatni raz widzieliśmy się, kiedy odwiedził Rozwadów parę lat wcześniej.

Aby nas zakwaterować, Landauowie musieli w swoim małym mieszkaniu przestawić meble, łącznie z łóżkami. Wkrótce po tym, jak się wprowadziliśmy zostałem obudzony w środku nocy. Do mojego łóżka wślizgnęła się pani Landau i szepnęła po niemiecku: "Posuń się, Herman". Zrozumienie tego, co się zdarzyło, zajęło mi chwilę. Noc była ciemna niczym smoła. Poczułem ją leżącą obok siebie pod kocem. Przycisnęła się do mnie swoim ciałem; doznałem uczucia absolutnej radości, a jednocześnie byłem zupełnie zdrętwiały. Kilka sekund musiało minąć, nim szepnąłem: "Ja nie jestem Herman". Wyskoczyła z łóżka i wybuchnęła śmiechem. Następnego dnia wszystkim zrelacjonowała tę historię. Okazało się, że w nocy poszła do łazienki. A moje łóżko zwykle było ich łóżkiem.

Mieszkanie powyżej nas zajmowała rodzina Hauserów. Byli uchodźcami z zachodniej Polski. Pan Hauser, z zawodu adwokat, pracował obecnie dla jednej z żydowskich instytucji. Był bardzo rozmowny. Jak często się zdarza w takich małżeństwach, jego żona pozostawała za to bardzo cicha. Mój ojciec i Hauser często spotykali się po pracy i próbowali się nawzajem pocieszać, a nie było to łatwe zadanie, ponieważ Hausera cechował absolutny pesymizm. Z drugiej strony, mój ojciec zachował jeszcze odrobinę nadziei. Ta różnica charakterów nie stanowiła przeszkody w debacie.

Hauserowie mieli córkę Polę. Podobnie jak ja, była jedynaczką. Dwa lata młodszą ode mnie. I była ładną dziewczyną. Miała czarne proste włosy, wielkie czarne oczy, okrągłą, zdrową twarz i piękny uśmiech. Jej cera była niczym brzoskwinia. Bardzo się polubiliśmy. Po pracy spotykałem się z Polą w ich mieszkaniu albo po prostu siadaliśmy na schodach, by znaleźć odrobinę intymności. Była cudownym kompanem. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim.

Pracowała w tym samym urzędzie, co jej ojciec. Miało to coś wspólnego z działalnością społeczną. Mówiliśmy o swojej przeszłości i przyszłości, teraźniejszość jawiła się zbyt okropnie, by się na niej skupiać. W jej towarzystwie nie myślałem o nieszczęściu, które widziałem wszędzie wokół mnie. Pozwalała mi trzymać się za rękę, brać w ramiona, głaskać swoją twarz, całować. Przebywanie z nią dawało radość. Często się przy tym rumieniła, ale z biegiem czasu stała się mniej bierna.

Racje żywnościowe dla Żydów Niemcy wyznaczali w taki sposób, że cierpieliśmy głód. A dystrybucja tych skąpych zasobów była katastrofalna. Szczęśliwym trafem pan Korzeniowski odnalazł nas w żydowskiej dzielnicy, jednak to, co przynosił, zaledwie starczało, ponieważ dzieliliśmy się żywnością z ciotką Henrysią i babcią. Poznajomiliśmy państwa Landau z panem Korzeniowskim, a bez niego dosłownie głodowalibyśmy, jak wielu innych ludzi.

Na początku grudnia 1941 roku duch żydowskiej ludności w Lwowie było bardzo, bardzo marny. Szeregi Żydów szybko topniały z powodu licznych "akcji" aresztowań, deportacji, głodu i zabójstw. Do tego czasu Niemcy obrabowywali pozostałych Żydów po prostu ze wszystkiego co posiadali. Przeprowadzono "akcję futrzaną" i "akcję kosztowności". Wytłumaczenie stanowił fakt, że Niemcy potrzebowali futer, ponieważ marźli w Związku Radzieckim. Jakoś nigdy nie mogłem sobie wyobrazić niemieckich żołnierzy walczących w damskich futrach.

Ale oni naprawdę musieli marznąć, bo pan Korzeniowski dzięki swoim kontaktom na kolei informował, że widywano coraz więcej pociągów odwożących do Niemiec żołnierzy, z których wielu było poważnie poranionych, ale wielu też stanowiło ponoć ofiary mrozu. Bardzo surowa zima nadeszła wcześnie. Toczyła się bitwa o Moskwę. Rosjanie kontratakowali. Dla armii niemieckiej była to całkowicie nowa sytuacja.

W tym samym czasie Niemcy szaleńczo poszukiwali siły roboczej i zmuszali chrześcijan wielu narodowości do niewolniczej pracy w niemieckich fabrykach. Niemało Żydów, zwłaszcza Żydówek, pozwalało się zniewolić i z fałszywymi dokumentami tożsamości, jako chrześcijanie, wysłać do Niemiec. Woleli to niż prawie pewną śmierć w gettach i w obozach.

Niestety, jak się okazało, w wielu przypadkach niektóre chrześcijańskie kobiety denuncjowały Żydówki i ujawniały niemieckim władzom. Niemieccy gospodarze nie mieli najmniejszego pojęcia, która jest Żydówką, a która nie. We wszystkich jednak krajach rodzimi chrześcijanie potrafili rozpoznawać Żydów z powodu pewnych zachowań, akcentu czy wyglądu, albo po prostu dlatego, że Żydzi nie byli obyci z wieloma chrześcijańskim obyczajami. Dla niektórych chrześcijan wykrywanie Żydów, próbujących uciec na fałszywych aryjskich dokumentach tożsamości, stało się hobby albo nawet profesją.

Wielu obywateli zajętych ziem miało jakichś niemieckich przodków. Ludzi tych zachęcano by dołączyli do narodu niemieckiego jako volksdeutsche. Mieli oni nieoczekiwanie sposobność do podjęcia własnej nowej działalności, ale byli też pomocni Niemcom, ponieważ znali terytorium i język miejscowej ludności. Aby udowodnić swoją lojalność wobec państwa niemieckiego, wielu volksdeutsche'ów zachowywało się okrutniej niż sami Niemcy.

Volksdeutsche dostarczali również świeżej krwi niemieckiej armii. Rzeczywiście, stając w obliczu niepowodzeń wojennych, Niemcy szukali teraz ochotników wszędzie, w prawie każdym zdobytym kraju. W wielu wypadkach radzieckim jeńcom wojennym dawano wybór: walczyć u boku Niemców albo oczekiwać na śmierć w obozach koncentracyjnych. Naziści popadali w desperację i byli coraz bardziej bezwzględni. Kaperowali właściwie każdego, kto wpadł im w ręce.

Katastrofalne wiadomości dochodziły z obozów pracy przymusowej. Słyszeliśmy przerażające historie o tym, co działo się w obozie na ulicy Janowskiej. Wydawało się, że do gestapo i SS mobilizowano zdegenerowanych, sadystycznych, psychopatycznych Niemców, którym dawano rozkazy i wolną rękę, pozwalając na niewyobrażalne okrucieństwa.

Wtedy nagle zmieniła się cała natura wojny. 7 grudnia Japończycy zaatakowali Amerykę w Pearl Harbor. Nikt w odizolowanej żydowskiej dzielnicy Lwowa nie miał najmniejszego pojęcia jak i dlaczego się to wszystko zdarzyło. Pearl Harbor było miejscem bardzo odległym. Nie mieliśmy żadnych gazet ani innych środków komunikacji. Chrześcijanie mieli gazety. Wiadomości roznosiła plotka.

Tak jak to, jestem pewny, zdarzało się wiele razy w historii, również teraz Żydzi zbierający się w małych grupach próbowali wykalkulować co to wszystko znaczy.

Mój ojciec oświadczył, że teraz, gdy Ameryka przystąpiła do wojny, Niemcy są skończeni.

- To jest właściwie tylko kwestią czasu - podkreślał. Walczył w I wojnie światowej i znał się na tym. Teraz USA, Wielka Brytania i inni są sprzymierzeni ze Związkiem Radzieckim. A Związek Radziecki miał do nas najbliżej. Armia Czerwona otrzymała nowe zapasy, nową broń i może pokonać Niemców wcześniej niż myślimy!

Amerykańskie samoloty pospołu z brytyjskimi zbombardują Niemcy. Brytyjczycy staną się silniejsi i będą mogli bardziej skutecznie opierać się Niemcom na lądzie, w powietrzu i na morzu. Sowieci z wdzięczności dla aliantów mogą stać się mniej wojowniczy, bardziej demokratyczni i łatwiejsi we współżyciu. Być może uwolnią tych wszystkich uchodźców więzionych na Syberii i w podobnych miejscach. Teraz wszyscy będą współdziałać.

Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, jaka jest ta cała Japonia, jak oni są silni, jak wiele z amerykańskich sił i środków musiało zostać skierowanych do wojny z nią. Panowała zgoda, że Ameryka ma wystarczający potencjał przemysłowy i ludzki, by pokonać zarówno Japończyków, jak i Niemców.

A co z niemiecką armią? Czy jej żołnierze mieli zamiar czekać i wykrwawiać się czy zamarzać na śmierć za Hitlera i nazistów? Niemcy przecież wielbili również swego Kaisera i widzieli co się wtedy stało. Zanim podpisano zawieszenie broni, zginęły miliony. Co z morale niemieckiego żołnierza, który wie, że teraz jego własna rodzina w domu na tyłach z powodu bombardowań nie jest bezpieczna?

I czy w końcu niemiecki żołnierz i niemiecki cywil, wiedząc o okrucieństwach popełnianych przez nazistów w imieniu niemieckiego narodu, ma zamiar to znosić i ponieść za to odpowiedzialność? Trudno uwierzyć.

To byłoby obłąkańcze! A Niemcy są obłąkani, czy co? Czy zamierzają być ślepo posłuszni swoim pomylonym liderom, którzy nie przynoszą im nic poza zniszczeniem i wstydem? A więc klamka zapadła. To dobre wiadomości dla Żydów.

Wszystko to brzmiało rozsądnie. Coś musiało się zmienić. Być może wkrótce nadejdzie czas, kiedy Żydzi ze Lwowa będą mogli nieco odetchnąć, wynegocjować z jakimiś Niemcami bardziej ludzkie traktowanie. Ostatecznie, co takiego uczyniliśmy, by zasłużyć na całą tę nieszczęsną egzystencję? Bóg wreszcie karze tych, którzy uciskają Żydów. Dzięki Bogu. Ameryka jest po naszej stronie!

35.

Odnosiło się jednak wrażenie, że nic nie ulega zmianie. Ostra zima sprawiła, że praca na placu drzewnym stała się cięższa. W większości bowiem przypadków była to robota na zewnątrz. Dr Landau mówił, że pojawiało się coraz więcej chorych ludzi. Niektórzy mogli mieć tyfus plamisty lub dur brzuszny. Głód pogarszał sprawę. Teraz w drodze do pracy widywałem leżących na ulicy ludzi pokrytych wszami. Pamiętam pewnego młodego człowieka w naszej kamienicy, który ledwie mógł chodzić. Miał obrzmiałe stopy i opuchniętą twarz. Dr Landau twierdził, że to z powodu braku protein. Zacząłem nagle dostrzegać ludzi na pozór nie przywiązujących już wagi do tego, czy są żywi czy martwi. To były chodzące trupy. Jak długo to mogło jeszcze trwać?

10 stycznia 1942 roku wypadały moje dziewiętnaste urodziny. Nie pamiętam jak spędziliśmy ten dzień. Wiem, że go nie świętowaliśmy. Wszystkie moje dni były takie same. Nie mogę nawet przypomnieć sobie, czy pracowałem sześć czy siedem dni w tygodniu; najprawdopodobniej było ich siedem, ponieważ wydawało mi się, że ciągle jestem zajęty.

Każdego ranka raczej wcześnie szedłem do pracy. Po drodze kilka razy w tygodniu wstępowałem do ciotki i babki, by zanieść im trochę żywności. Babcia nigdy nie opuszczała pokoju. Liczyła jakieś sześćdziesiąt pięć lat i nie miała żadnej pracy. Naziści wyszukiwali takich ludzi. Matka od czasu do czasu szła zobaczyć się z nią i ciotką Henrysią, a ja zawsze jej towarzyszyłem, aby czuwać w razie jakiegoś niebezpieczeństwa.

Zależnie od ilości transportów drewna wracałem do domu około piątej lub szóstej po południu. Wtenczas myłem się, jadłem coś, rozmawiałem z moimi rodzicami, z państwem Landau, a potem odwiedzałem Polę.

Po powrocie z pracy nie pozwalano jej opuszczać domu. Pola i ja bardzo potrzebowaliśmy siebie nawzajem. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i to pozwalało nam doładowywać się mentalnie. Wszystko dookoła nas było szaleństwem i smutkiem. Pola miewała najróżniejsze obawy; wszystkie uzasadnione. Była teraz raczej pesymistką, zaś ja ciągle miałem nadzieję. Nie przypominam sobie, bym martwił się wówczas o siebie, niepokoiłem się bardziej o Polę, moich rodziców, naszą rodzinę. Do pracy również wnosiłem nastawienie pełniejsze wiary i moim współpracownikom się to podobało.

Być może fakt, że częściej niż ktokolwiek inny w tamtym miejscu otrzymywałem szansę by widywać miasto poza żydowskim sektorem, miał tu jakieś znaczenie. Wychodzenie niosło za sobą ryzyko, ale jednocześnie przypominało mi, że na zewnątrz istnieje inny świat. Tam żyło się dynamicznie; czystsze było powietrze, czystsze były ulice, czystsze też były budynki. Wydawało się, że nawet ściany czy chodnik emanowały pewną energią. I oczywiście, widziało się tam drzewa i inną zieleń, a wiosną czy latem nawet trochę kwiatów.

36.

Około lutego 1942, mojego ojca zaczęli nagabywać niektórzy z członków społeczności żydowskiej, aby dołączył do struktur administracji. Rozmyślał o tym przez kilka dni, a potem zdecydował się przyjąć ofertę. To oznaczało, że nie będziemy już pracować razem na placu drzewnym. Nie miałem żadnego prawa kwestionować mądrości tej decyzji, szczególnie odkąd zauważyłem, że gwałtownie podupadał na duchu. Pomogłem mu ułożyć drewno w stertę i obserwowałem go pchającego platformę w padającym deszczu ze śniegiem. Wydawał się tonąć w depresji. Mama również nie wypowiadała żadnej zdecydowanej opinii na temat wyboru tej czy innej drogi. Jej główną troskę stanowiło bezpieczeństwo ojca. Czuła, że w dotychczasowej pracy pozostawał bezpieczny. W żaden bezpośredni sposób nie wystawiał się Niemcom.

Jako pracownik Judenratu mógł narazić się na niebezpieczeństwo. Ale to było dokładnie to, na co liczyła gmina żydowska - człowiek, który jeżeli zaszłaby potrzeba potrafiłby mówić lub działać w imieniu Żydów. Ostatecznie był dawnym austriackim oficerem. Odznaczonym za dzielność. Oni nie mogli tak po prostu przyjść i zastrzelić takiego człowieka bez żadnego powodu, tak jak to robili ostatnio z innymi Żydami pozostającymi we władzach.

Nagle mój ojciec poczuł, że robi coś, co jest warte zachodu. Być może będzie mógł zdziałać coś dobrego. Jego początkowa nominacja kierowała go do działu prawnego, który miał do czynienia z wieloma problemami i faktycznie wymagał kontaktu z władzami niemieckimi. Nowa posada uprawniała go do otrzymania mieszkania dla swojej rodziny. A to oznaczało przeprowadzkę. Dzielenie dwu małych pokoi i niewielkiej kuchni z państwem Landau było krępujące, ale radziliśmy sobie i przyzwyczailiśmy się do tego. Przenieśliśmy się do budynku na rogu ulicy Zamarstynowskiej. Dostaliśmy pokój z kuchnią. Ja spałem w kuchni.

Opuszczenie państwa Landau stanowiło dla mnie prawdziwą zgryzotę. Polubiłem bardzo ich oboje. Chociaż teraz gnieździliśmy się w ciasnocie, to jeśli o mnie chodzi, przebywanie razem z nimi bardzo podnosiło na duchu. Jednak mogłem zrozumieć, iż posiadanie oddzielnej sypialni, łazienki czy kuchni czyniło życie łatwiejszym zarówno dla moich rodziców, jak i dla państwa Landau.

Nasze nowe mieszkanie było bardzo małe i miało tylko jedno okno, wychodzące na tył sąsiedniego budynku. Jak wiele podobnych kamienic we Lwowie, ta również posiadała podwórze. Mieszkaliśmy w odległej części kompleksu, w głębi, na drugim piętrze. Z tyłu naszej kamienicy znajdował się wąski, długi balkon, wzniesiony około metra nad ziemią, podobny do spacerowego drewnianego deptaku. To mogło stanowić część drogi ewakuacyjnej. Budynek był zniszczony, jak prawie wszystkie inne w żydowskiej dzielnicy. Nie przeprowadzano tam po prostu żadnych remontów.

Początkowo nikt w pracy nie komentował zmiany zajęcia mojego ojca. Szafrański w każdym razie się tego spodziewał, a ojciec oczywiście powiedział mu parę dni wcześniej, że odchodzi. Z powodu zimy i spowolnienia w budownictwie nie został nikim zastąpiony.

Sytuacja uległa jednak znacznej zmianie tydzień lub dwa później, kiedy to ojcu zaoferowano stanowisko zastępcy szefa żydowskiej policji, a on je przyjął. Mama czuła, iż jest on do tej służby stworzony i naprawdę może poprawić wiele rzeczy. Ojciec oczywiście uważał tak samo, szczególnie, że niektórzy z policjantów byli przez żydowskich współtowarzyszy oskarżani o złe zachowanie. Najważniejszą przesłanką jego nowego przydziału był fakt, że miał bardzo długi staż w angażowaniu się w życie gminy żydowskiej w Rozwadowie. Był zagorzałym syjonistą, przywódcą wspólnoty. Miał żydowskie serce. Cechowała go odwaga. Można mu było zaufać. Nie miał najmniejszych tendencji do megalomanii i promowania siebie. Ale było i inne, najtrudniejsze zadanie dla mojego ojca, a mianowicie uchronić, przynajmniej chwilowo, pewnych członków społeczności żydowskiej od aresztowania przez nazistów podczas "akcji".

Po pierwsze, osoby te musiały być godne zaufania. Ludzie owi pozostawali całkowicie bezbronni wobec deportacji, ponieważ nie byli zaangażowani w cokolwiek, co naziści uważali za produktywne zajęcie. Pracowali jedynie na potrzeby Żydów, jak rabin Dawid Kahane4, na przykład. Tato zaopatrywał ich w fałszywe dokumenty tożsamości i atrybuty żydowskiej policji. Takie osoby nazywano zastępcami policjantów i miano nadzieję, że użyją owych rekwizytów według własnego uznania, jeżeli będą zagrożeni.

Rabin Kahane też otrzymał podobną pomoc i korzystał z niej, by ratować swoje życie. To umożliwiło mu również obserwowanie i rejestrowanie nazistowskich okrucieństw. Rabin i jego rodzina mieszkali w tym samym domu, co my. On był człowiekiem bardzo znanym i poważanym, o sześć lat młodszym od mojego ojca. Według mojej matki, rabin i mój ojciec spędzali dużo czasu razem. Kahane udzielał się bardzo aktywnie w dziale spraw religijnych Judenratu. Znał też wielu rabinów. Jego praca była bardzo trudna i ciężka, pojawiały się bowiem również problemy natury prawnej i religijnej, takie jak regulowanie kwestii Żydów z mieszanych małżeństw. W swoich wspomnieniach rabin Kahane napisał, że bardzo często miał wiele spraw do przedyskutowania z moim ojcem. Gdy, na przykład, jacyś ludzie wnosili do niego skargi, zapewniał ich, iż poinformował o tym dr Thalera. A dr Thaler próbował zmienić stan rzeczy, jeżeli mógł. Teraz niektóre z problemów rabina Kahane stały się również problemami mojego taty.

Rabin Dawid Kahane, jego żona i córka przeżyli wojnę. Pod koniec listopada 1944 roku przybył do Lublina, który w tym czasie stanowił prowizoryczną siedzibę polskiego rządu zainstalowanego przez Sowietów. Tam został wyznaczony na stanowisko głównego rabina polskiej armii. Później, kiedy rząd przeniósł się do Warszawy, rabin Kahane przewodniczył Żydowskim Stowarzyszeniom Religijnym w Polsce. Następnie wyemigrował do Izraela i stał się głównym rabinem izraelskich sił powietrznych.

Ostatnio natknąłem się na jego wspomnienia, napisane dawno temu, które udostępnił archiwum w Yad Vashem. Z tego co pisze, nie wynika, czy przeżył ktokolwiek inny z używających takich fałszywych dokumentów tożsamości. W swoich wspomnieniach rabin Kahane nadaje mojemu ojcu kryptonim "Dr R". Tato podejmował w tej tajnej działalności kolosalne ryzyko i mama się tym niepokoiła. Inni uważają, że wykazywał się ogromną odwagą. Ale on sam twierdził, że w takich czasach jeden Żyd pomagający uratować innego Żyda nie ma żadnych wielkich powodów do chwały.

37.

20 stycznia 1942 r. miała miejsce tak zwana Konferencja Wannsee5 - od nazwy berlińskiej dzielnicy, gdzie się odbyła. Zaplanowano tam ostateczne rozwiązanie problemu żydowskiego, czyli mówiąc wprost - zabijanie Żydów na masową skalę. My oczywiście nic o tym nie wiedzieliśmy.

Aż do marca 1942 roku niektórzy ludzie mieli jeszcze nadzieję, że okrucieństwa przeciw Żydom osłabną. Ale teraz naziści w bezprecedensowy sposób wzmagali działania. Chwytano tysiące Żydów, trzymano w wyznaczonych miejscach w sektorze żydowskim, a stamtąd ofiary zabierano na dworce kolejowe, gdzie umieszczano je w pociągach, w celu "przesiedlenia". Wydawało się, że tym razem Niemcy musieli mieć założone wypełnienie pewnych kontyngentów, ponieważ brutalność trwającej kilka dni akcji wzmagała się w miarę upływającego czasu.

Pewnego dnia o zmroku mama i ja pozostawaliśmy sami w domu, gdy usłyszeliśmy wrzeszczących Niemców i krzyki sąsiadów, mieszkających nieopodal wejścia do naszej kamienicy. Wydawało nam się całkiem jasne, że teraz naziści będą podążać od drzwi do drzwi i wyłapywać Żydów.

Wybiegliśmy z mieszkania i ukryliśmy się pod niskim balkonem. Klęczeliśmy na ziemi pełnej błota i śmieci. Tuż powyżej nas usłyszeliśmy krzyk po niemiecku nakazujący ludziom wyjście ze swoich mieszkań.

Moja mama była jak sparaliżowana. Przytuliła się do mnie i drżała. Wyłapywanie Żydów w naszym domu trwało może z piętnaście minut, ale nam wydawało się to wiecznością. Kiedy się uspokoiło, pozostaliśmy jeszcze chwilę w naszej kryjówce, przestraszeni, że Niemcy wrócą. Ale potem usłyszeliśmy płacz i lamenty wielu ludzi, wyszliśmy i udaliśmy się ostrożnie z powrotem do naszego mieszkania.

Tym razem okazało się, iż wiele osób zostało zabranych pomimo tego, że pracowały. Widocznie zatrudnienie przez Judenrat i jego liczne agendy nie zwalniało od deportacji. Akcja szalała przez całą noc. To była tragedia o ogromnych rozmiarach.

Następnego ranka, o wschodzie słońca poszedłem zobaczyć się z ciotką Henrysią i babcią. Nie było ich. Małe mieszkanko stało puste. Oczywiście ich nędzny dobytek rozkradziono natychmiast po tym, jak zostały aresztowane.

Żydzi utrzymujący się jeszcze przy życiu byli głodni, więc działali w pośpiechu. Musieli znaleźć coś, co dawało nadzieję późniejszego przehandlowania za żywność. Nic nie zostało splądrowane. Meble zabrano z całą zawartością. Ciotka przechowywała wiele fotografii, wszystko przepadło. Nie było nawet z kim porozmawiać. Wróciłem do domu i opowiedziałem rodzicom o tym co się zdarzyło. Mama zaczęła płakać, a ojciec nagle stał się odrętwiałym, złamanym człowiekiem. Strasznie się o nich martwiłem, lecz musiałem pójść do pracy. Wszystko to wydawało się nierealne. Zdecydowaliśmy pośpiesznie, że musimy wymyślić jakiś sposób, aby się z tego wszystkiego wydostać.

Na placu drzewnym pracowicie dźwięczała piła łańcuchowa. Wszyscy zjawili się z powrotem w pracy. Każdy miał do opowiedzenia jakąś historię. Każdy kogoś stracił. Szafrański zdecydował, że dostawy zaczną się następnego dnia.

- Dzisiaj będziemy tylko gromadzić zapas drewna. Wychodzenie do dzielnicy chrześcijańskiej byłoby szaleństwem. Oni jeszcze mogą potrzebować paru Żydów, żeby zapełnić swoje pociągi - mówił.

Wywieziono około 15 000 ludzi. Podczas gdy byłem w pracy, przyszedł pan Korzeniowski. Wysyłano tyle transportów, że kolejarze prawie stracili rachubę. Nikt dokładnie nie wiedział, dokąd ci ludzie zostali zabrani. Pociągi odeszły w kierunku Rawy Ruskiej, a po kilku następnych dniach zaczęto wymieniać miejsce o nazwie Bełżec. To nie było przesiedlenie w celu pracy, ani dla zmniejszenia przeludnienia w sektorze żydowskim. Zrozumieliśmy, że te pociągi zabierały ludzi na śmierć.

Niemcy przegrywali wojnę. Wyglądało tak, jakby chcieli w pośpiechu wymordować wszystkich Żydów, ale jak tylu ludzi można zabić w krótkim czasie? Nikt nie znajdował odpowiedzi na to pytanie. Potem dowiedzieliśmy się, że podobne działania miały miejsce w wielu innych miastach. To wyjaśniło, iż był to olbrzymi, dobrze zaplanowany program likwidacji.

Korzeniowski przynosił strzępy informacji. Niektóre plotki brzmiały dziwnie:

- Ludzie mówią, że Żydzi są przetapiani na mydło. A Niemcy potrzebują mydła - wyjaśniał. Nikt nie wracał z transportów, nikt nie uciekł. Korzeniowski całkowicie zgadzał się z naszym punktem widzenia, że musimy wydostać się z żydowskiej dzielnicy, zanim zostanie zamknięta. Ale ukrywający się Żydzi oznaczali dla chrześcijan wyrok śmierci. Nawet sprzedawanie żywności Żydom mogło zostać w każdej chwili zakazane.

Po akcji marcowej miało miejsce parę mniejszych aktionen. Kilka stanowiło kompletne zaskoczenie, jedna czy dwie nie, ponieważ wcześniej przedstawiono Judenratowi i policji niemożliwe do wypełnienia żądania. W tych wypadkach podzieliłem się informacjami z moimi współpracownikami. Spotkało się to z uznaniem. Niektórzy z nich zyskali możliwość schronienia się w chrześcijańskiej dzielnicy, albo mogli znaleźć jakąś kryjówkę.

My nie mieliśmy żadnej, z wyjątkiem miejsca pod balkonem, które było teraz mało użyteczne, ponieważ wyłapywanie Żydów odbywało się obecnie w biały dzień.

38.

Zaczęliśmy przygotowywać się do ucieczki. - Jaki mamy wybór? - pytała mama. - Nie możemy pozostać tutaj i walczyć gołymi rękami. Nie mamy żadnej broni. Poza paroma wyjątkami nie można liczyć, że chrześcijańska ludność we Lwowie udzieli nam jakiejkolwiek pomocy, nawet schronienia - odpowiedział tato.

- Musimy uciec, ale jak i dokąd? ... Byłbym chętny do przedarcia się na aryjską stronę, lecz musimy zdobyć fałszywe dokumenty. Mama mogłaby pójść ze mną, spróbowalibyśmy znaleźć kryjówkę dla ciebie, tato - powiedziałem.

- Ja nie mogę się teraz ruszyć, ale na żadne z was nikt nie zwróci uwagi. Niemcy nie zauważyliby mojej ucieczki, ale jeżeli ktoś doniósłby nazistom, że zszedłem do podziemia, mogliby schwytać tuziny policjantów oraz innych osób i pozabijać ich, żeby dać Żydom nauczkę. Teraz to nie wchodzi w grę. Następnym razem, gdy zdarzy się duża akcja, a jestem niestety pewny, że tak będzie, mogę zniknąć. W takiej sytuacji oni mogą stracić rachubę. I mniej się tym przejmą. Zawsze mogą pomyśleć, że to było samobójstwo, wypadek, albo kto wie co ... poza tym paru ludzi jeszcze na mnie liczy, chcąc dostać fałszywe papiery w razie nagłej konieczności - planował tato.

- Wszyscy powinniśmy teraz zdobyć aryjskie papiery. Możesz, tato, załatwić je również dla siebie, na wypadek, gdybyś ich potrzebował, żeby móc uciec później. - Dyskutowaliśmy o ucieczce ojca, ponieważ w przeciwieństwie do mamy i mnie, jego wygląd był nieco semicki, a poza tym znało go tylu ludzi, że prawdopodobnie nie mógłby bezpiecznie chodzić po ulicy w jakimkolwiek miejscu w Polsce.

- Jeżeli Józiu pójdzie pierwszy, podążę za nim. Taki plan wymaga szczegółowego opracowania, a to może zająć trochę czasu. Jak zamierzasz się do tego zabrać? - pytała mama.

- Będziemy musieli pomówić z Korzeniowskim, a także jakoś skontaktować się z polskim podziemiem. W przeciwieństwie do tych papierów, które ja wydaję, papiery aryjskie kosztują spore pieniądze i oni są bardzo ostrożni, komu je dają. Bezzwłocznie zacznę nad tym pracować - powiedział tato.

Wszyscy zgodziliśmy się, że to był jedyny racjonalny sposób, aby przeciwstawić się nazistom. Nie byliśmy zorientowani czy na naszym terenie działa jakakolwiek partyzantka, do której moglibyśmy się przyłączyć. W niektórych lasach, a nawet w dużych miastach aktywna była polska Armia Krajowa i oni mogli przyjąć tatę, mimo, iż był Żydem. Ostatecznie był oficerem polskiej armii. Jednak na ogół Żydów nie przyjmowali, a w niektórych przypadkach odnosili się w stosunku do nich wrogo. A więc zarówno mama, jak i ja mieliśmy uciekać.

Na ucieczkę pozostawało niewiele czasu. Wiedzieliśmy, że części Żydów tymczasowo pozwalano żyć, jeżeli nie z innych powodów, to przynajmniej dlatego, żeby zastępy esesmanów miały pretekst do trzymania się z dala od walk na froncie. Wielu z tych przestępców nie miało żadnych skrupułów przy mordowaniu cywilów, ale zażarcie walczący Rosjanie to już zupełnie inna historia.

Nie znam szczegółów sposobu, w jaki tato wystarał się o papiery dla nas wszystkich, oprócz tego, że znaczną w tym rolę odegrał Korzeniowski, ponieważ kilka tygodni później wyjaśniło się jakiż to tajny plan został wymyślony. Ja miałem wyruszyć w podróż pierwszy i pojechać do Rzeszowa.

- Dlaczego właśnie do Rzeszowa? - spytałem.

- Ponieważ podziemie już wysłało tam jednego człowieka i on bezpiecznie się usadowił jako robotnik na kolei - powiedział tato. Dwaj ludzie, Mieczysław Lewandowski i Bolesław Skupień (zdawaliśmy sobie sprawę, że to mogły być fałszywe nazwiska) zaakceptowali pogląd Korzeniowskiego, że mama i ja mogliśmy podawać się za chrześcijan. Naziści i ich współpracownicy poszukiwali ukrywających się Żydów głównie w dużych miastach, takich jak Warszawa czy Kraków, a nie tak bardzo w mniejszych miejscowościach w rodzaju Rzeszowa.

Poza tym Korzeniowski znał polską rodzinę o nazwisku Kołodziej, której członkowie byli polskimi patriotami i daliby mamie schronienie, o ile ona przedstawi się jako chrześcijanka i żona polskiego oficera, będącego jeńcem wojennym w Niemczech. Korzeniowski zaofiarował się osobiście zabrać mamę do Rzeszowa i powiedzieć Kołodziejom, że ją zna i że ona jest chrześcijanką.

Kolejną ważną okoliczność stanowił fakt, że w Rzeszowie mieszkała Stefka i jeśli zaistniałaby potrzeba, mogłaby prawdopodobnie wśród swoich krewnych czy przyjaciół znaleźć kryjówkę dla taty. Matce radzono jednak, żeby nie kontaktowała się ze Stefką, aż nie dostanie przez Korzeniowskiego sygnału od taty, że jest już w drodze. A powodem było to, iż stając w obliczu nagłej ciężkiej sytuacji życzliwi Polacy byli chętni nieść pomoc, ale jeśli mieli zbyt dużo czasu na przemyślenia, niektórzy zmieniali zdanie. Pomagając Żydowi obawiali się o własne życie.

Jeżeli źle idące sprawy uległyby dalszemu pogorszeniu, moglibyśmy w ostateczności uciec do lasów w pobliżu Rozwadowa, nie tak przecież od Rzeszowa odległego. A tam być może znaleźlibyśmy przyjacielską duszę, która mogłaby udzielić nam na chwilę schronienia.

Główna korzyść owego planu wynikała z tego, że w przeciwieństwie do niektórych Żydów, którym sprzedano fałszywe aryjskie papiery, a następnie pozostawiono gdzieś i kazano radzić sobie samemu, ci ludzie z podziemia organizowali miejsca do zamieszkania, a w wielu przypadkach także pracę. To samo robili dla polskich chrześcijan, którzy musieli się ukrywać. Nikt nie mógłby żądać lepszego przygotowania.

Cała trójka, to jest Korzeniowski, Lewandowski i Skupień, razem z mamą i ze mną stawiała na to, że odniesiemy sukces. To dodawało mi ufności i podobało mi się.

W wieku lat dziewiętnastu byłem oczywistym szczęściarzem, mając dobre geny i właściwe wychowanie, by móc wtopić się w chrześcijańską społeczność bez stwarzania nadmiernego niebezpieczeństwa dla ich człowieka w Rzeszowie.

39.

Pola i jej rodzice przeżyli marcową akcję. Sceptycyzm i pesymizm jej ojca został dogłębnie ugruntowany. Wywierało to znaczny wpływ na Polę i nasz czas spędzany razem poświęcałem na próby dodawania jej otuchy. To był dla mnie bardzo trudny okres. Z jednej strony sugerowałem, że powinniśmy wszyscy spróbować znaleźć sposób ucieczki z żydowskiej dzielnicy, ale była to wówczas decyzja, którą każda rodzina musiała podjąć sama, szczególnie że większość rodzin musiała się rozdzielić, kiedy przechodzili na aryjskie papiery.

Dr Landau i jego żona również pozostali przy życiu. Rozmawiałem z nim parokrotnie. Nie było żadnych wieści od jego pasierba. Doktor wyglądał na smutnego, ale jak zwykle zachowywał swój cudowny uśmiech. Wydawało mi się, że państwo Landau mieliby trudności, by się ukryć; on ze swoim wspaniałym śródziemnomorskim wyglądem i ona z jej brakami w języku polskim. We Lwowie jedyną osobą, która mogłaby im pomóc, był pan Dobrzański, dawny dyrektor Średniej Szkoły Handlowej w Rozwadowie. Podczas wojny on i jego przyjaciółka przyjechali do Lwowa i tam zamieszkali.

Kiedy wspomniałem o tym mojemu ojcu, powiedział mi, że nie sądzi, żeby Dobrzański był człowiekiem, który wziąłby na siebie takie ryzyko.

Skoro zdecydowaliśmy, że opuszczamy Lwów moi rodzice odłożyli 700 dolarów i wszystkie fotografie. Przyjęto założenie, iż zostanie to ukryte dla tego z nas, kto przeżyje. Niewiele zostało z początkowych 5000 dolarów zabranych z Rozwadowa. Resztę wymieniliśmy na miejscową walutę z nadzieją, że suma ta będzie wystarczająca, by przeżyć aż do końca wojny. W tym celu moja mama zrobiła w kuchni dziurę w ścianie i ukryła w niej ten mały, ale ważny skarb, tynkując ją potem i zamalowując.

W połowie czerwca 1942 r. dotarły do nas wiadomości o potężnych bitwach, rozgrywających się na froncie wschodnim, w północnej Afryce i na Pacyfiku. Słyszeliśmy też o nalotach aliantów na Niemcy. Wszystko to wydawało się nie mieć jakiegokolwiek wpływu na nasze położenie. Stało się dla nas całkiem oczywiste, że wobec ogólnoświatowej pożogi ogół Żydów w Polsce gubił się w tym całym zamieszaniu. Jakie to smutne. Wszyscy o nas zapomnieli. Jedynymi ludźmi, którzy się nami interesowali, byli naziści. Śmiertelnie niebezpieczny wróg naprzeciw bezbronnych ludzi.

Kiedy kończyła się praca nad naszymi fałszywymi dokumentami, zostałem poinformowany o pewnych szczegółach i naradziliśmy się w ich kwestii. Bardzo łatwo osiągnęliśmy konsensus, ponieważ szczerze mówiąc nikt nie wiedział na pewno, jak się to wszystko rozegra. Bardzo mi na tym zależało i wyraziłem nadzieję, że moim "nowym" imieniem pozostanie Józef, abym nie miał problemów, jeżeli ktoś mnie zawoła. Musiałem być też o kilka lat starszy, by uniknąć niemieckiego poboru do korpusu pracy dla młodych Polaków, tak zwanych "junaków"6, ponieważ to wymagało kompleksowego badania lekarskiego, a ja byłem obrzezany. Dlatego moje nowe dokumenty tożsamości zostały wyrobione na nazwisko Józefa Skwarczyńskiego, urodzonego 10 stycznia 1916 roku.

Tak więc plan został ułożony. Można było jednak dokonać zmian w razie potrzeby. Rozpatrywano różne możliwości, a było ich mnóstwo.

Wszyscy się zgadzali, że to czego naprawdę potrzebowaliśmy najbardziej, to dużo szczęścia. Oczywiście ludzie, którzy zaopatrzyli nas w dokumenty żądali, żeby cały plan pozostawał absolutnym sekretem. Komu mogliśmy opowiedzieć czy chociaż napomknąć o rzeczach, które nastąpią? Nikomu! Oni do nikogo nie mieli zaufania.

- Czasy są bardzo ciężkie i nasze życie również balansuje na krawędzi. To są nasze warunki. Nikt o niczym nie mówi.

To przyprawiało mnie o wielkie męki. Miałem nadzieję, że w odpowiednim momencie mógłbym o tym wspomnieć ludziom w pracy, takim jak Igo czy Nusia, i oczywiście Poli.

Teraz musiałem mówić tylko ogólnikami. W pracy: - Jeżeli nie pokażę się pewnego dnia, to znaczy, że znalazłem, jak dobrze pójdzie, lepszą alternatywę. Po prostu nie niepokójcie się o mnie i nic nie mówcie.

Z Polą sytuacja była wyjątkowa. Kiedy data mojego wyjazdu stała się mi znana, pewnego wieczoru trzymałem jej ręce. Całowaliśmy się. Łagodnie, wiele, wiele razy.

- Pewnego dnia może będę musiał uciec od tego beznadziejnego życia i pójdę sam - mówiłem - Moi rodzice i ja zdecydowaliśmy się, że będziemy czekać na sposobną chwilę. Nie będziemy się mogli zobaczyć przez długi czas.

I wtedy ona spytała - A czy mogę dowiadywać się u twojej matki, czy wszystko jest z tobą w porządku? Bardzo się będę martwiła.

- Oczywiście, że możesz - odpowiedziałem.

Kiedy wróciłem do domu, powiedziałem mojej mamie: - Gdy wyjadę, Pola może się martwić czy jestem bezpieczny. Ona naprawdę się niepokoi.

- Wiem o tym. Kiedy napiszesz do pana Korzeniowskiego, nie będę czekać aż mnie zapyta. Powiem jej, że mamy od ciebie wiadomości i że jesteś bezpieczny. To cudowna, odpowiedzialna dziewczyna. Ja również bardzo ja lubię - oznajmiła mama.

Fałszywy dowód tożsamości Józefa Talera, wydany na nazwisko Józef Skwarczyński

Do końca czerwca 1942 roku wyobrażenia nabrały wyraźniejszych kształtów. Wszystko stało się klarowne. Ponoć byłem oczekiwany w Rzeszowie w każdej chwili. Zostanę robotnikiem na kolei. Wreszcie został ustalony dzień mojej ucieczki. Po raz ostatni poszedłem do pracy w składzie drewna. - Kto następny ciągnie platformę? - zainteresowałem się. Obejrzałem się; Igo, Nusia i inni pracowali. Pan Szafrański uwijał się jak pszczoła. Dźwięk piły łańcuchowej rozbrzmiewał w zwykły, niezmienny, wibrujący sposób. Ten kawałek stali utrzymywał przy życiu tuzin ludzi. Na jak długo? Jak długo będziemy wszyscy potrzebni? Co przyniesie nam przyszłość? Kto pozostanie przy życiu? Oprócz tego był to dzień jak każdy inny. Ciepły. Świeżo pocięte drewno miało swojski zapach. Dzień roboczy się zakończył. I wtedy pożegnaliśmy się jak zwykle. Pozornie nic się nie zmieniło.

Ale jutro będzie inny dzień. Będę w pociągu, zaczynając nową przygodę. Pozostawiałem za sobą wszystkich i wszystko.

Oni prawdopodobnie przez parę dni będą odczuwać mój brak, a potem wszystko potoczy się dalej, jak do tej pory. Wyruszyłem w drogę do domu i obejrzałem się. Trwał jeszcze dzień, ulica Zamarstynowska była prawie pusta. Budynki wyglądały brązowawo, w powietrzu wisiał smutek.

Wszedłem do naszego mieszkania i mocno uścisnąłem mamę.

- Gdzie jest tato? - spytałem.

- U rabina Kahane'a. Prawdopodobnie próbują obmyślić sposoby jakby zmniejszyć brzemię ciążące na Żydach - odpowiedziała mama.

- Jutro będzie o jedno zmartwienie mniej - powiedziałem.

- Oboje będziemy martwić się bardziej niż teraz. Tato lada chwila będzie z powrotem. Umyj się, a potem zjemy razem - odpowiedziała mama.

Podczas jedzenia zachowywaliśmy się jakby nic się nie działo. To był jak zwykle krótki posiłek. Opowiadałem tylko o sprawach w pracy. Ojciec zawsze wypytywał się o wszystkich stamtąd. Czasami zastanawiałem się, czy nie pragnął być tam z powrotem, sortować drewno albo pchać wóz. Jego życie było wtedy dużo prostsze.

- Musimy dzisiaj pójść wcześnie spać - powiedziała mama. Łatwiej to było powiedzieć niż zrobić. Nadal rozmawialiśmy o rzeczach, które omawialiśmy wiele razy przedtem. Bardzo uspokajało mnie i moich rodziców to, że byliśmy razem i mieliśmy plany na przyszłość. Nasze umysły stały się teraz jasne. Nasze myśli pozostawały uporządkowane. Dotarliśmy do punktu bez powrotu. W końcu postanowiliśmy złapać trochę snu. Wszak Bolek Skupień miał przyjść mnie zabrać zaledwie za kilka godzin.

Byłem całkowicie rozbudzony, ale czułem, że wszyscy potrzebujemy teraz przynajmniej trochę odpoczynku, aby zebrać myśli. Leżałem w łóżku, a mój umysł wędrował od jednej rzeczy do drugiej. Myślałem o mamie, tacie, Poli, ludziach z pracy, znowu o moich rodzicach. Jak tato się z tego wydostanie? Później wyciszyłem się, musiałem być zmęczony, moja energia umysłowa się wyczerpała. Próbowałem realnie popatrzeć w przyszłość. Wszystko, co potrafiłem dostrzec, to wielki znak zapytania.

Więc za kilka godzin zacznę nowe życie. Będę kolejarzem, aktorem. Nigdy przedtem tego nie robiłem, ale teraz czułem się pewny siebie i prawie spokojny. Potem musiałem zapaść w sen.

40.

Mama mnie obudziła. Było jeszcze ciemno, więc włączyła światło. "Musisz być gotowy, bo pan Skupień wkrótce tu będzie" - zauważyłem, że miała czerwone oczy, jakby płakała. Nie sądzę, żeby spała tej nocy. Wyglądała na zmęczoną, ale zdawała się skupiać całą swą energię. Zagrzała trochę erzacu kawy, robionego rzekomo z mieszanki zabarwionego zboża, i dała mi kawałek chleba.

- Nie martw się, mamo. Jestem pewny, że pozostało dużo czasu - powiedziałem. Próbowałem uspokoić atmosferę. Poszedłem do łazienki, by umyć twarz.

- Musisz znośnie wyglądać, jak ludzie po chrześcijańskiej stronie - powiedziała.

- Ale rzekomo mam być robotnikiem - odpowiedziałem.

- Nie jesteś jeszcze kolejarzem, pasażerowie udający się w podróż starają się wyglądać jak najlepiej. Przynajmniej tak zwykle bywało - powiedziała. I nagle się uspokoiła. Ta rozmowa wyparła z jej umysłu myśli o przyszłości. Przyszło mi do głowy, że wkrótce się pożegnamy; być może nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale teraz byłem zadowolony, widząc ją zajętą prostymi rzeczami w kuchni. A również sobie nalała tej namiastki kawy.

- Tato będzie za minutę - powiedziała. - Przegadaliśmy większość nocy. Nie mógł spać, myślę że ma jeszcze kilka pytań do pana Skupienia - powiedziała.

- Jeszcze pytania? - spytałem. - Myślałem, że całkiem dokładnie omówiliśmy każdy szczegół.

- Zawsze są jeszcze jakieś pytania; nowe pytania, stare pytania - odpowiedziała.

Tato wszedł do kuchni. - Dzień dobry - powiedział. Pocałował mamę w policzek, a ona rozlała jeszcze trochę ciepłej "kawy" dla taty, dolewkę dla mnie i dla siebie. Podniosłem swoją filiżankę: - Niech to będzie dla wszystkich dobry dzień!

- Skupień powinien być tutaj już wkrótce. Czy jesteś gotowy? - spytał tato.

- Właśnie się przygotowuję. Jeszcze mamy trochę czasu. Uspokój się, proszę. Wszystko będzie w porządku - powiedziałem.

Mama odwróciła się do taty i zauważyła: - Józiu zawsze ma na wszystko czas i chce, żebyśmy byli w takiej chwili spokojni! - tato pokiwał głową.

- Za kilka minut będę gotowy. W pewnym sensie wszyscy powinniśmy być teraz bardzo szczęśliwi. Mimo wszystko to jest przecież to, co zaplanowaliśmy i na co czekaliśmy - zauważyłem.

Powiedziałem coś, co nie było na pewno niczym nowym i nie stanowiło wyrazu wielkiej mądrości, ale zdecydowanie wywarło bardzo uspokajający i pozytywny efekt. Pierwszy raz dzisiejszego ranka zauważyłem na twarzach moich rodziców słaby uśmiech. Przypuszczam, że mogło to dodawać nadziei i w przeciwieństwie do tej niby-kawy - było prawdziwe. To była rzeczywista nadzieja. To była jedyna nadzieja.

I wtedy usłyszeliśmy delikatne pukanie w drzwi. Ojciec wpuścił Bolka Skupienia i uścisnęli sobie dłonie. Pan Skupień musiał być w dobrym nastroju. Wyglądał na przygotowanego i wypoczętego. Wydawał się mieć około trzydziestki i nieznacznie przewyższał mnie wzrostem. Był blondynem o niebieskich oczach. Miał myślące spojrzenie i robił wrażenie człowieka, do którego można było mieć zaufanie. Zwłaszcza jeżeli było się w kłopocie. Podaliśmy sobie ręce; obaj mieliśmy mocny chwyt. Klepnął mnie po ramieniu i skonstatował z szerokim uśmiechem - Józek wygląda świetnie. Nie spodziewam się problemów. Powinien być zdolny do ciężkiej roboty na kolei, nie mam wątpliwości!

Moja matka zaproponowała Skupieniowi filiżankę napoju, ale odpowiedział: - Dziękuję bardzo, ale musimy iść. Wkrótce zacznie się dzień, a chciałbym żebyśmy opuścili getto, gdy jeszcze będzie ciemno. Kiedy szedłem tutaj, nie widziałem na ulicy żywej duszy. Dwaj tacy faceci, jak ja z Józkiem dadzą sobie radę ze wszystkim, co pojawi się nam na drodze, i ze wszystkimi - zauważył żartem.

- Na ulicy w getcie nie ma żadnych rabusiów - powiedziała moja matka. I uśmiechnęła się.

- Również po drugiej stronie są bardzo nieliczni, przynajmniej tacy w cywilu - odrzekł Skupień.

Nagle nastrój się zmienił. Pojawiło się uczucie oczekiwania i nadziei.

Ojciec miał jeszcze kilka pytań: - Jak sprawy w Rzeszowie? Czy wszystko jest gotowe?

- Wszystko jest pod kontrolą, nasz człowiek będzie czekał na nas przy pociągu - odpowiedział Skupień.

- Napisz do nas, gdy tylko tam dotrzesz - powiedział tato. A mama dodała:

- Tak zrobi! Napisze do pana Korzeniowskiego, ma papier listowy i znaczki pocztowe. Zabezpieczyliśmy to, bo to jest bardzo ważne!

- Tak, to jest bardzo ważne i napiszę skoro tylko tam zajadę, a potem będę pisał co kilka dni - powiedziałem.

- Czy potrzebujesz czegoś jeszcze? - dopytywała się mama. - Czy masz pieniądze?

- Nie zapomniałeś adresu Korzeniowskiego? - dodał tato.

- Mam wszystko, co potrzeba - powiedziałem, a Bolek Skupień stwierdził: - Mam nadzieję, że jego opaska z gwiazdą Dawida nie jest przyszyta; będziemy musieli szybko się jej pozbyć. Tu są jego papiery, naprawdę musimy już ruszać.

Mocno uściskałem moją mamę, a kiedy przycisnąłem ją do siebie; zauważyłem o ile byłem od niej silniejszy. Zaczęła płakać, a ja pocałowałem ją w policzek. A potem bardzo mocno potrząsnąłem ręką mojego ojca i jego również uścisnąłem, całując w oba policzki.

- Przestań płakać, oni muszą iść - powiedział tato. Popatrzyłem na moich rodziców. To było krótkie spojrzenie, ale wydawało się, że trwa wieczność. Skupień otworzył drzwi i natychmiast opuściliśmy budynek.

Na zewnątrz było jeszcze ciemno, lecz kontury budynków rysowały się wyraźnie i można było tu i ówdzie zobaczyć światło w mieszkaniach. Ciche i ciemne ulice. Cierpienia Żydów można było niemalże dotknąć. Szliśmy żwawo, robiąc swoimi krokami wiele hałasu. A wtedy Bolek powiedział: - Zapamiętaj, jeżeli ktoś nas zatrzyma, idziesz ze mną sprawdzić zamówione przeze mnie drewno, które wczoraj dostarczyłeś. Ono nie było takie jak chciałem i będę wydawał się bardzo rozgniewany - dodał. - Wyglądasz świetnie. Widziałem twoje fotografie w papierach i są w porządku. Kiedy wyrosną ci wąsy, będziesz wyglądał jak prawdziwy kolejarz. Podoba mi się też jak mówisz. To brzmi doskonale, po prostu doskonale. W razie wątpliwości zacznij mówić, a nikt nawet nie pomyśli o tobie jako o Żydzie. Jedną rzecz musisz zapamiętać: twoje oczy wyglądają bardzo smutno. Oczy cię wydadzą. Nie wyglądasz na przestraszonego, ale na bardzo smutnego. Podobał mi się sposób w jaki uśmiechałeś się do swoich rodziców.

- Spróbuję - powiedziałem.

- Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. I inna rzecz; chodź z podniesioną głową i patrz przed siebie, by dostrzegać w porę ewentualne kłopoty - rzekł Skupień.

- Nie martw się! Wyszkoliłem się tak, że mogę rozglądać się na lewo i prawo, a nawet prawie do tyłu - powiedziałem.

Szliśmy przez jakieś piętnaście minut i dotarliśmy do końca żydowskiej dzielnicy. Bolek powiedział, że powinniśmy wejść w jakieś podwórze, i weszliśmy, ale tylko kilka kroków. Obejrzeliśmy się. Nikogo tam nie było.

- Teraz zdejmij opaskę i rzuć ją w kąt - nakazał Bolek.

Ściągnąłem moją białą opaskę z niebieską gwiazdą Dawida. Bolek podał mi moje fałszywe dokumenty tożsamości. Wyszliśmy z dziedzińca i przeszliśmy przez ulicę.

Teraz znajdowaliśmy się w dzielnicy chrześcijańskiej.

1. Według spisu mieszkańców z 1939 roku we Lwowie zamieszkiwało ok. 360 tysięcy mieszkańców; w tym ponad 200 tysięcy Polaków, ponad 100 tysięcy Żydów, ok. 40 tysięcy Ukraińców oraz przedstawiciele innych narodowości: m.in. Ormianie, Niemcy, Austriacy, Mołdawianie. Wśród mieszkańców wiosek procent ludności narodowości ukraińskiej był znacznie wyższy (przypis redakcji)

2. Jom Kippur (hebr. Dzień Pojednania) - jedno z najważniejszych świąt żydowskich, o charakterze pokutnym. Żydzi przygotowują się do tego święta w trakcie dni pokuty, dzielących je od Rosz ha-Szana - pierwszego dnia żydowskiego nowego roku (przypis redakcji)

3. blietzkrieg (niem.) - wojna błyskawiczna (przypis redakcji)

4. Dawid Kahane (1903 - 1998) - rabin, podpułkownik Wojska Polskiego. Działacz syjonistyczny we Lwowie. Podczas okupacji członek rabinatu. W 1943 r. uciekł z obozu janowskiego. Przez pewien czas ukrywał się w pałacu greckokatolickiego metropolity Szeptyckiego, a potem w klasztorze studytów. Po repatriacji z ZSRR naczelny rabin Ludowego Wojska Polskiego, przewodniczący Naczelnej Rady Rabinów. Od 1949 roku, po wyjeździe z Polski naczelny rabin wojsk lotniczych w Izraelu i naczelny rabin Argentyny. Autor wspomnień wydanych w języku hebrajskim (przypis redakcji)

5. W zajmowanej przez SS willi przy Großer Wannsee 56/58, w Berlinie, 20 I 1942 roku, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha odbyła się narada 15 wysokich rangą funkcjonariuszy hitlerowskiego reżimu, z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), SS, partii NSDAP i kilku ministerstw (obecny był m.in. Adolf Eichmann), na temat współdziałania w sprawie rozwiązania kwestii żydowskiej czyli masowych deportacji i eksterminacji Żydów Europy (przypis redakcji)

6. Baudienst (niem. Służba budowlana) - jedna z form pracy przymusowej Polaków i Ukraińców w Generalnym Gubernatorstwie; powoływanych do niej młodych ludzi często potocznie nazywano junakami (przypis redakcji)