3
Wendell! Powinieneś tu być!
Mark nie mógł się nie zgodzić. Gdyby kiedyś natknął się na Wendella, byłby na niego wściekły. Było na świecie kilka rzeczy, których mężczyźni po prostu nie powinni robić, a odbieranie porodu cudzej żony zajmowało na tej liście wysoką pozycję.
- Fern, wszystko jest dobrze. - Mark wypytał ją o imię jakąś godzinę temu, kiedy bóle porodowe się nasiliły, a kobieta zdała sobie sprawę, że jest skazana na jego towarzystwo. - Dasz sobie radę.
Nie był tylko pewny, czy on temu podoła. Po wielu latach spędzonych na polu walki nie uważał się za przewrażliwionego, ale ranni żołnierze zazwyczaj nie byli w sytuacji, gdy wydobywały się z nich żywe istoty.
Chwycił ją za rękę i przetarł jej czoło wilgotną szmatką. Przekręcała głowę, nie chcąc przyjąć od niego takiej próby ulżenia sobie. Wrzucił szmatkę do miski z letnią wodą przelaną tam z własnej menażki. Chyba był najgorszą położną w historii. To, dlaczego Bóg wybrał go, żeby pomógł tej kobiecie, pozostawało dla niego tajemnicą. Wszechmogący nie miał chyba nikogo innego w całej okolicy.
Fern skrzywiła się, po czym odpłynęła w jęczenie, które nasilało się z każdym skurczem. Na jej skroniach uwidoczniły się żyły, do twarzy przylepiły się kosmyki włosów. Zmęczonym wzrokiem poszukiwała jego spojrzenia. Ścisnęła jego dłoń.
- Przepraszam... próbowałam... cię... zastrzelić.
Była to pierwsza miła rzecz, jaką do niego powiedziała. Pierwsze sensowne słowa. Mark się uśmiechnął.
- W porządku. Byłem dla ciebie obcy i mogłaś się mnie bać.
Ponownie pokręciła głową. Wydawało się, że to jej ulubione zajęcie.
- "Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę"2.
Cytowała Pismo Święte na temat gościnności? Teraz? Może trochę pochopnie uznał, że wszystko z nią w porządku.
Delikatnie się zaśmiał i sam poruszył głową.
- Nie wydaje mi się, żeby Bóg wymagał od rodzącej kobiety przyjmowania gości.
Zamknęła oczy, bo nadchodził kolejny skurcz.
- Nie... nie o to chodzi. Nie rozpoznałam... że to ty jesteś aniołem. - Tak jakby to stwierdzenie nie było dość szokujące, wbiła paznokcie w jego rękę i podniosła się z poduszek, które ułożył wcześniej za jej plecami. - Obiecaj, że zaopiekujesz się moim dzieckiem - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Oczywiście. - W tej chwili mógłby się zgodzić w zasadzie na wszystko.
Panie Boże, wiem, że nie jestem aniołem, ale jeśli mógłbyś zesłać jakieś wsparcie z nieba, nie będę protestował.
- Boże! - jęknęła - Potrzebuję cię... i to teraz!
Teraz? Mark zerknął w miejsce na łóżku, które do tej pory starał się omijać wzrokiem, i zauważył, że pojawiło się tam coś wypukłego i oślizgłego. Dziecko przychodziło na świat!
Zerwał się i rzucił w kierunku drzwi, z nadzieją, że odpowiedź na jego modlitwy nadjedzie zaraz wąską drogą. Wielokrotnie już prosił w modlitwie, żeby doktor się zjawił, zanim urodzi się dziecko, ale najwidoczniej Bóg miał jakiś inny plan.
Liczył na to, że wsparcie jest już blisko - Jonah nie zostawiłby go w tarapatach. A jednak był sam na posterunku. Odwrócił się od drzwi z bojowym nastawieniem, podwinął rękawy i skierował się ponownie na pole walki.
Przez kilka kolejnych minut Fern jęczała i parła. Pojawiła się główka. Mark otoczył delikatnie dłonią maleńką twarzyczkę i starał się podtrzymać głowę noworodka.
- Głowa już jest.
Głowa maleńkiego człowieka. Z ciemnymi włosami, małymi uszkami i delikatnymi rysami twarzy. Przepełnił go zachwyt.
Zerknął na matkę, której twarz nadal była wykrzywiona od morderczego wysiłku. - Przyj dalej, Fern. Świetnie ci idzie.
Kobieta wzięła kilka płytkich oddechów, a potem ponownie zaczęła przeć. Jej jęk przeszedł w coś bardziej jak krzyk, po czym ukazały się ramiona dziecka. Pozostała część ciała wydostała się zaskakująco szybko.
Noworodek był mały i śliski i Mark przeraził się, że nie utrzyma go w rękach. Odwrócił dziecko i podtrzymał pośladki jedną dłonią, a drugą starał się podeprzeć głowę.
- To dziewczynka! - Uśmiechając się głupkowato, spojrzał na Fern, ale ona nie patrzyła na dziecko. Opadła na poduszki i wpatrywała się w sufit.
- Jestem gotowa, Wendell - wymamrotała bez wyrazu.
Mark chwycił za czysty brzeg prześcieradła i wytarł twarzyczkę niemowlęcia. Dziewczynka zmarszczyła czoło i wydała z siebie ciche kwilenie. Rączki wymachiwały w niezdarny sposób, a płacz stawał się coraz głośniejszy.
- Nie martw się, maleńka. Wujek Mark tu jest.
Oczyścił ją najlepiej, jak potrafił, po czym owinął kocykiem, który znalazł w niewielkiej torbie pod łóżkiem. Przynajmniej tak mu się wydawało, że to miał być kocyk. Nie był skończony - po jednej stronie wisiały luźne oczka, z których wyciągnięto druty. Zawiązał włóczkę, jak umiał, ale na robótkach ręcznych znał się równie dobrze jak na porodach, więc kocyk prawdopodobnie był narażony na sprucie. Jednak był czysty i ciepły, a w tej chwili przede wszystkim to się liczyło.
Kiedy dziewczynka była już gotowa, Mark przeniósł ją, żeby mogła się zapoznać ze swoją mamą.
- Fern, masz córeczkę. - Noworodek był czerwony, pomarszczony, miał włosy i popłakiwał, a ponieważ Mark nie wiedział, co zrobić z pępowiną, ta nadal wystawała dziewczynce z brzucha. Mimo wszystko to urocze zawiniątko skradło jego serce. Przytulił je do piersi. - Jest piękna.
Pochylił się i wyciągnął dziecko w kierunku matki.
Zamiast sięgnąć po niemowlę, Fern się odsunęła. Odwróciła głowę.
- Nie.
Nie? O co jej chodziło? Mark spochmurniał. Przecież to było jej dziecko.
Próbował zachęcić kobietę do przyjęcia dziecka. Spróbował położyć dziewczynkę na piersi Fern, ale kiedy tylko piąstka dziecka dotknęła jej ciała, skrzywiła się i gwałtownie poruszyła.
Mark przytulił niemowlę.
Fern ponownie napięła szyję.
- Coś jeszcze wychodzi - jęknęła.
Coś jeszcze? Proszę, żeby nie było to następne dziecko. To cud, że to jedno przeżyło moją niekompetencję.
Przyciskając do siebie dziecko lewą ręką, przesunął się pospiesznie wzdłuż łóżka, uważając, żeby nie zaplątać pępowiny. Dzięki Bogu nie było kolejnej główki, chociaż pojawiła się krew.
- Pomocy. - Te wypowiedziane szeptem słowa były jedynymi, które zdołał wydobyć ze ściśniętego przerażeniem gardła. Nie żeby był tam ktoś, kto by je usłyszał. Może poza tym samym Bogiem, który wpadł na genialny pomysł postawienia go w sytuacji narodzin dziecka.
- Wallace? - odezwał się na zewnątrz męski głos.
Jonah! Mark poczuł tak silną ulgę, że musiał zamrugać powiekami, żeby odgonić napływające łzy. Dzięki Bogu. Nigdy nie powinienem był w Ciebie zwątpić.
- Tutaj! - odpowiedział. - Szybko!
Zadudniły kroki. Dwie osoby. Chwała Panu.
- Sprowadziłem lekarza. - Jonah przepuścił przed sobą w drzwiach niższego mężczyznę w czarnym garniturze. - Nazywa się Hampton.
Fern potrząsnęła głową.
- Nie. Żadnego lekarza. Tylko Wendell. Miał przyjść. Ja zrobiłam swoje. - Jęczała, przymykając oczy, a spod powiek popłynęły łzy. - Zrobiłam swoje.
Mark zrezygnował już z prób zrozumienia jej, a prawdę mówiąc, był zniesmaczony tym, że nie chciała przyjąć córeczki. Zignorował więc jej narzekanie i zwrócił się do doktora Hamptona.
- Dziecko urodziło się jakieś trzy czy cztery minuty temu. Oczyściłem je najlepiej, jak umiałem, ale nie wiedziałem, co zrobić z pępowiną. A teraz Fern krwawi, nie wiem dlaczego. Czy jest jeszcze jedno dziecko?
- Prawdopodobnie to po prostu łożysko - odparł lekarz, zdejmując marynarkę i podwijając rękawy.
Jonah wziął od niego marynarkę, zawiesił ją na gwoździu wystającym ze ściany z tyłu, po czym objął wartę w najbardziej oddalonym kącie niewielkiego pomieszczenia. Doktor Hampton zanurzył ręce w misce z wodą, którą Mark zostawił obok krawędzi łóżka, następnie strzepnął, żeby je osuszyć, po czym położył dłoń na brzuchu Fern i lekko nacisnął.
- Fern? - Złapał ją za ramię drugą ręką i lekko potrząsnął, żeby otworzyła oczy. - Musisz przystawić dziecko do piersi. To pomoże wydalić łożysko.
- Nie. - Zaczęła płakać. - Wendell już idzie. Ja zrobiłam swoje.
Lekarz westchnął, po czym spojrzał Markowi w oczy.
- Przetnę pępowinę. Potem będę chciał, żeby pan umył dziecko i położył sobie na piersi, skóra do skóry. Musi mu być ciepło, a to najlepsza metoda. Poza tym kontakt z ludzką skórą je uspokoi.
Mark skinął głową, wdzięczny, że decyzje podejmuje ktoś, kto posiada wykształcenie medyczne. Kiedy tylko została odcięta pępowina, przeniósł się do kąta, gdzie stał Jonah, i zabrał się za wypełnianie poleceń lekarza. Kiedy dziewczynka była już przytulona do jego klatki piersiowej, jej płacz przeszedł w kwilenie, po czym zupełnie ucichł.
- Wiesz - stwierdził, opierając się plecami o ścianę i przytrzymując noworodka - myślę, że powinienem napisać do mamy list z przeprosinami za cały ten ból, jaki jej sprawiłem podczas moich narodzin.
Jonah uśmiechnął się znacząco.
- To był tylko jeden dzień. A co z wszystkimi kłopotami, jakich jej przysparzałeś przez dwadzieścia osiem kolejnych lat?
Mark lekko się zaśmiał.
- Słuszna uwaga. To chyba będzie długi list. - Ponownie spojrzał na Fern, która niezbyt przekonująco próbowała bronić się przed poleceniami lekarza, po czym spoważniał. - Nasze mamy przynajmniej nas przyjęły.
Zalało go wspomnienie matki trzymającej go na kolanach, przeczesującej mu włosy palcami albo śpiewającej kołysanki. Tyle miłości. Ani razu nie zwątpił w swoją przynależność do rodziny ani uczucia macierzyńskie.
Popatrzył na niemowlę wtulone w jego pierś. Czuł jego oddech. Jak to jest, że matka może odwrócić się od swojego dziecka?
Jonah sięgnął w kierunku parapetu, gdzie odłożył pistolet Fern, zanim pojechał po lekarza. Mark przyglądał się, jak przyjaciel otwiera magazynek i wysypuje na dłoń pięć nabojów, po czym wkłada je sobie do kieszeni spodni. Zmarszczył czoło. Fern nie była już zagrożeniem. Dlaczego więc Jonah rozładował teraz jej broń?
Brooks odłożył pistolet na parapet.
- Jej mąż zmarł trzy miesiące temu. Doktor mówił, że od czasu pogrzebu przynajmniej raz próbowała do niego dołączyć. Wszyscy mieli nadzieję, że jej rozpacz ustąpi do czasu narodzin dziecka, ale obawiam się, że ona nie przyniosła tego pistoletu, by bronić się przed pomocą ze strony dobrych samarytan. Podejrzewam, że zamierzała skończyć ze sobą, kiedy tylko dziecko przyjdzie na świat.
- Boże, miej litość.
Aniołowie zajmą się naszym dzieckiem. Wróciły do niego niedorzeczne słowa Fern. Zrobiłam swoje. Dożyła chwili narodzin dziecka, a teraz chciała już połączyć się ze swoim zmarłym ukochanym Wendellem.
Z mocno bijącym sercem Mark pogładził palcem policzek niemowlęcia.
- Dlaczego ona nie może zobaczyć, że Wendell żyje w tobie?
Podszedł do nich doktor Hampton, wycierając sobie ręce w kawałek ścierki.
- Fern jest w ten chwili stabilna. Przynajmniej fizycznie. - Potrząsnął głową. - W drodze jest już wsparcie, które, mam nadzieję, pomoże jej poprawić kondycję psychiczną. Nigdy nie widziałem tak ciężkiej melancholii. Będzie ją trzeba ściśle obserwować przez dłuższy czas.
- A co z dzieckiem? - Mark mocniej przytulił maleństwo. - Kto się nią zajmie?
- Kingsland jest stąd w podobnej odległości co Llano, a jest tam sierociniec. Trzeba by przejechać w bród przez rzekę Llano, ale jeśli wybierzecie przeprawę Harvey's Crossing, pójdzie to łatwo. Panie, które prowadzą ten dom, znają ludzi w okolicy i znajdą mamkę dla niemowlęcia. Powiedzcie im tylko, że matka może w końcu zechcieć, żeby dziecko do niej wróciło. Niektóre kobiety doświadczają poważniejszego obniżenia nastroju w ciąży i po porodzie. Mam nadzieję, że kiedy ciało Fern się ustabilizuje, jej nastrój się poprawi i zacznie prawidłowo myśleć. Mam też zamiar poszukać jej krewnych, którzy mogliby pomóc. Tymczasem jednak to maleństwo ma potrzeby, które może zaspokoić tylko jakaś mamka.
- Niech mnie pan pokieruje do Kingsland, a ja dopilnuję, żeby mała tam dotarła - obiecał Mark.
Doktor Hampton skinął głową.
Po dokładnym obejrzeniu niemowlęcia i przygotowaniu prowizorycznej pieluszki z kawałka narzuty na łóżko lekarz zawinął je we flanelową koszulę, którą Mark miał w torbie przy siodle, a następnie wytłumaczył, jak dojechać do Kingsland.
Mark nigdy dotąd nie był tak zdenerwowany w siodle - nigdy nie wiózł niczego tak cennego i delikatnego. Całe szczęście, spora piaszczysta łacha umożliwiła łagodne przekroczenie rzeki, więc dotarli na obrzeża Kingsland bez żadnych przygód.
- To tam - stwierdził Jonah, wskazując na piętrowy dom oddalony od drogi. - Biały dom z zielonymi wykończeniami, tak jak powiedział doktor.
Mark skierował Coopera na drogę i pojechał za Jonahem. Kiedy znaleźli się bliżej, zauważyli, że budynek jest podniszczony. Łuszcząca się farba, nierówne poręcze, rozpadająca się stodoła. Mark zmarszczył czoło. W takie miejsce mieli zabrać tę małą damę?
Nad werandą wisiał drewniany szyld. Starannie wycięty i świeżo pomalowany, z napisem: "Harmony House. Przytułek dla sierot". Pod spodem widniały ręcznie domalowane słowa, cytat z Ewangelii według Świętego Marka: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie"3.
Mark wiedział, że był to jedynie zbieg okoliczności, ale fakt, że to miejsce wybrało cytat właśnie ze Świętego Marka, a nie Mateusza czy Łukasza, odezwał się w jego duszy jak sygnał z nieba. Miał tu przyjechać. Miał powierzyć tym ludziom opiekę nad tym maleństwem.
Jonah przytrzymał Coopera, by Mark zsiadł. Niemowlę się zaniepokoiło, więc Mark wydobył je spod kamizelki, gdzie umieścił je wcześniej, żeby było mu ciepło i bezpiecznie. Lewa ręka bolała go od trzymania dziecka w jednej pozycji przez długi czas, więc przełożył je na prawą stronę i lekko kołysał, imitując ruch konia, z nadzieją, że ponownie zaśnie.
Nie zwracał uwagi na otoczenie, kiedy wchodził po stopniach i stukał do drzwi. Koncentrował się wyłącznie na uspokajaniu swojej maleńkiej damy - do chwili, kiedy drzwi się otworzyły, a jakaś kobieta spytała:
- Tak?
Głos zabrzmiał znajomo. Mark podniósł głowę, a żołądek w jednej chwili podszedł mu do gardła. To niemożliwe! Miała być na drugim końcu kraju. Bezpieczna na łonie swojej rodziny. Tymczasem stała właśnie tutaj, z otwartymi szeroko, błękitnymi jak niebo oczami, które nawiedzały jego sny przez ostatnich dziesięć lat.
- Kate?