W pogoni za wolnością. Białoruska rewolucja - Kazimierz Wóycicki

Kup ebooka

23.10 zł
19.20 zł (19,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Rewo­lu­cja bia­ło­ru­ska zadzi­wia. Nie tylko swoim spon­ta­nicz­nym roz­ma­chem, licz­nym udzia­łem kobiet, wyko­rzy­sta­niem Inter­netu, nową formą i wyra­zem pro­te­stu. Nie jest jak pol­ska "Soli­dar­ność" ani ukra­iń­ski Maj­dan. Spo­łe­czeń­stwo bia­ło­ru­skie poka­zuje spon­ta­nicz­ność, samo­dy­scy­plinę i upór, o które go nie podej­rze­wano.

Dekla­ra­cję nie­pod­le­gło­ści Bia­ło­rusi przy­niósł rok 1990, a w 1991 w Bia­ło­wieży, a więc w Bia­ło­rusi, Sta­ni­sław Szusz­kie­wicz pod­pi­sał wraz z Bory­sem Jel­cy­nem i Leoni­dem Kraw­czu­kiem dekla­ra­cję o roz­wią­za­niu Związku Radziec­kiego. Histo­ria zda­wała się po raz pierw­szy od wie­ków sprzy­jać Bia­ło­rusi. Jed­nak wygrana w wybo­rach 1994 roku Alek­san­dra Łuka­szenki zmie­niła sytu­ację. Jego nie­prze­rwane odtąd rządy zda­wały się nie mieć alter­na­tywy. Począt­kowo Łuka­szenko marzył, by sta­nąć na czele nowego Związku Radziec­kiego, a gdy to oka­zało się nie­moż­liwe, pozo­sta­jąc zależny od Moskwy, mamił i szan­ta­żo­wał Zachód, że jest gwa­ran­tem tego, że Moskwa cał­ko­wi­cie nie zapa­nuje nad Bia­ło­rusią. Z gospo­darką dawał sobie radę umiar­ko­wa­nie, na tyle dobrze jed­nak, że nie budziło to sil­niej­szych odru­chów nie­za­do­wo­le­nia. Postać Łuka­szenki przy­sła­niała to, co działo w bia­ło­ru­skim spo­łe­czeń­stwie.

Powąt­pie­wano, czy Bia­ło­ru­sini są ukształ­to­wa­nym naro­dem i czy w aktywny spo­sób zare­ago­wa­liby na inte­gra­cję z Rosją. Gwa­ran­tem nie­za­leż­no­ści Bia­ło­rusi, jakby to para­dok­sal­nie nie brzmiało, zda­wał się sam Łuka­szenko, któ­rego poli­tyczne ambi­cje kazały uda­wać nie­za­leż­ność od Putina.

Pew­nie dla­tego na samym początku pro­te­stów pytano, czy to wszystko nie jest na rękę Puti­nowi, a nawet czy to nie moskiew­ska pro­wo­ka­cja. Takie spe­ku­la­cje poli­tyczne pomi­jały zupeł­nie to, co działo się od lat wewnątrz bia­ło­ru­skiego spo­łe­czeń­stwa, w pod­skór­nych nur­tach życia kul­tu­ro­wego i spo­łecz­nego, co przy­no­siła prze­miana poko­le­niowa.

Przed paru laty przy­wio­złem z Bia­ło­rusi żart-aneg­dotę. Gdy w latach 70. ktoś na ulicy w Miń­sku mówił po bia­ło­ru­sku, to miano go za pra­cow­nika koł­chozu, który wybrał się na wycieczkę do mia­sta. Gdy mamy do czy­nie­nia z taką sceną po roku 2000, to naj­pew­niej mówiący po bia­ło­ru­sku jest inte­lek­tu­ali­stą lub opo­zy­cjo­ni­stą. Żart, ale wiele zna­czący.

Naj­go­rzej w takiej sytu­acji wypa­dają nad­mier­nie "ambitne" spe­ku­la­cje i pro­roc­twa. Jedne nace­cho­wane są "reali­zmem", szu­ka­jąc roz­wią­zań w świe­cie wiel­kiej poli­tyki ponad gło­wami spo­łe­czeń­stwa, inne tchną ide­ali­zmem, zapo­wia­da­jąc rychłe zwy­cię­stwo. Zwy­kle mało to wnosi, życie jest bogat­sze od takich spe­ku­la­cji. Dzięki Inter­ne­towi mamy dostęp do nie­mal nie­zli­czo­nej ilo­ści cząst­ko­wych infor­ma­cji, obra­zów i rela­cji. Odle­gły obser­wa­tor staje się wręcz uczest­ni­kiem wyda­rzeń. To poczu­cie może być jed­nak przy­czyną wielu złu­dzeń i błę­dów. Ilość bie­żą­cej infor­ma­cji nie zastę­puje głęb­szej wie­dzy o kul­tu­rze, przy­szło­ści, oby­cza­jach i men­tal­no­ści.

Trzeba rozu­mieć ludzi i akto­rów wyda­rzeń, a nie tylko ana­li­zo­wać ich bie­żący prze­bieg. Potrzebni są prze­wod­nicy. Takim prze­wod­ni­kiem stał się dla mnie Tomasz Sulima1. Choć nie mieszka w Bia­ło­rusi ani nie był tam pod­czas rewo­lu­cji, jest jed­nak Bia­ło­rusinem, głę­boko zaan­ga­żo­wa­nym w sprawy bia­ło­ru­skie, etno­gra­fem, czło­wie­kiem sze­ro­kiej wie­dzy, dzia­ła­czem mniej­szo­ści bia­ło­ru­skiej. Od samego początku bia­ło­ru­skiej rewo­lu­cji był zna­ko­mi­tym pośred­ni­kiem, i to nie tylko dla mnie, mię­dzy tym, co działo w Miń­sku, a śro­do­wi­skami w Pol­sce zain­te­re­so­wa­nymi spra­wami Bia­ło­rusi. Z natłoku infor­ma­cji umiał od samego początku wyda­rzeń wycią­gnąć war­to­ściową esen­cję. Każ­dego dnia pisał krót­kie pod­su­mo­wa­nia, które po ponad trzech tygo­dniach zło­żyły się na pasjo­nu­jącą kro­nikę. Odby­wa­li­śmy też dłu­gie i cie­kawe roz­mowy. Mate­riał przez niego zgro­ma­dzony posłu­żył mi do opisu wyda­rzeń. Dzięki naszym roz­mo­wom moja aka­de­micka i biblio­teczna wie­dza i zna­jo­mość kraju z kilku nie­zbyt dłu­gich poby­tów zaczęła nabie­rać żyw­szych barw. Dla­tego pro­si­łem go, by zgo­dził się być współ­au­to­rem tej książki, choć wszyst­kie zawarte w niej błędy należy przy­pi­sać wyłącz­nie mnie.

Tomasz Sulima, ur. 1984, pod­la­ski Bia­ło­ru­sin, przed­sta­wi­ciel mniej­szo­ści naro­do­wej. Prze­wod­ni­czący Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy Bia­ło­ru­skich w RP, sekre­tarz Związku Bia­ło­ru­skiego w RP, wice­prze­wod­ni­czący Rady Mia­sta Bielsk Pod­la­ski. Z wykształ­ce­nia antro­po­log kul­tury. [wróć]

Rewo­lu­cja kobiet w bieli

Rewo­lu­cja kobiet w bieli

Mia­sto zmie­niło wygląd. Tłumy wyle­gły na ulice. Może się wyda­wać, że to pro­te­stu­jący prze­jęli mia­sto

Tomasz Sulima Pod­su­ma­nie czwar­tego dnia bia­ło­ru­skiej rewo­lu­cji, 12 paź­dzier­nika

Po trzech dniach bru­tal­nego ter­roru, który w szcze­gólny spo­sób nasi­lał się nocami, nastą­piła nie­spo­dzie­wana zmiana. Dłu­gie szpa­lery kobiet, ubra­nych na biało, wypeł­niały główne ulice sto­licy Bia­ło­rusi.

Ter­ror miał zdu­sić w zarodku pro­test prze­ciw kolej­nym sfał­szo­wa­nym wybo­rom. Wszystko wska­zy­wało na to, że wygrała je Swia­tłana Cicha­no­uska, nie­zwy­kła kon­ku­rentka Łuka­szenki, która w kam­pa­nii wybor­czej wystar­to­wała w zastęp­stwie swego męża.

Do Łuka­szenki przy­zwy­cza­jono się i nie budzi­łaby pew­nie zdzi­wie­nia jego kolejna "wygrana" w wybo­rach 9 sierp­nia. Wszystko zresztą szło wedle kil­ka­krot­nie prze­ra­bia­nego już sce­na­riu­sza. Rów­nież tym razem główni opo­nenci zostali wyeli­mi­no­wani i zna­leźli się w aresz­cie.

Wyda­rzyło się jed­nak coś nie­ocze­ki­wa­nego. Miej­sce aresz­to­wa­nych zajęły ich żony. Co jesz­cze bar­dziej zadzi­wia­jące: zgod­nie i soli­dar­nie dzia­łały ze Swia­tłaną Cicha­no­uską. Ten kobiecy trium­wi­rat zmo­bi­li­zo­wał spo­łe­czeń­stwo. Aby pod­pi­sać się pod listami popar­cia dla kan­dy­da­tury Cicha­no­uskiej, na uli­cach usta­wiały się dłu­gie kolejki.

Łuka­szenko nie tyle może zmu­szony, ile zasko­czony, dopu­ścił tę kan­dy­da­turę. Może to nawet dzi­wić w świe­tle dal­szych wyda­rzeń. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że takie "zlek­ce­wa­że­nie" Cicha­no­uskiej zwią­zane było z dez­in­for­mo­wa­niem dyk­ta­tora przez jego oto­cze­nie, nie­roz­po­zna­jące już nastro­jów spo­łecz­nych, albo jego pry­mi­tywny maczyzm i lek­ce­wa­że­nie kobiet czy psy­cho­lo­giczną trud­ność ich aresz­to­wa­nia. Trudno stwier­dzić.

Do "zlek­ce­wa­że­nia" Cicha­no­uskiej mogła się też przy­czy­nić ona sama i to, co o sobie mówiła. Przed­sta­wiała się jako gospo­dyni domowa, która poli­tyką się nie inte­re­suje, pre­zy­den­tem też nie chce zostać, a chce jedy­nie dopro­wa­dzić do uczci­wych wybo­rów. Można to było rozu­mieć tak, że uczciwe wybory to takie, w któ­rych będzie mógł też wziąć udział jej mąż, "wyeli­mi­no­wany" aresz­to­wa­niem przez Łuka­szenkę. Była więc istot­nie dość nie­zwy­kłą kan­dy­datką na pre­zy­denta. Prze­ma­wiała z nie­zwy­kłą pro­stotą, mówiąc o potrze­bie miło­ści i soli­dar­no­ści. Byli tacy, któ­rzy oce­niali to jako zupełny brak doświad­cze­nia poli­tycz­nego, do któ­rego zresztą się przy­zna­wała. Można jed­nak było zauwa­żyć, że w tych bar­dzo oszczęd­nych wypo­wie­dziach były zawarte czy­telne hasła i nie było zbęd­nych słów. W pro­sty i wyra­zi­sty spo­sób oświad­czyła też, że nie uznaje wyboru Łuka­szenki.

Pro­te­stów można się było spo­dzie­wać i Łuka­szenko był do nich przy­zwy­cza­jony. Towa­rzy­szyły prze­cież sfał­szo­wa­nym wybo­rom już w roku 2006 i 2010. W roku 2006 było to po ukra­iń­skiej poma­rań­czo­wej rewo­lu­cji, gdy pro­test wymu­sił powtó­rze­nie wybo­rów. Zapo­wia­dało się też na kolo­rową rewo­lu­cję w Bia­ło­rusi. Przed budyn­kiem Rady Naj­wyż­szej, zwa­nym popu­lar­nie "sar­ko­fa­giem", sta­nęło mia­steczko namio­towe. Nie zamie­niło się ono jed­nak w bia­ło­ru­ski maj­dan. Sym­bo­licz­nym momen­tem stało się wynie­sie­nie bia­ło­ru­skiej biało-czer­wono-bia­łej flagi przez ucie­ka­jącą przed poli­cyj­nym pogro­mem młodą kobietę. To smutne zdję­cie obie­gło świat. Łuka­szenko wyda­wał się panem sytu­acji. Pro­te­sty powtó­rzyły się też w roku 2010 i ponow­nie zostały stłu­mione.

Dzie­wią­tego sierp­nia dłu­gie kolejki przed loka­lami wybor­czymi mówiły same za sie­bie. Pierw­sze inter­wen­cje poli­cji wyła­pu­ją­cej mło­dych ludzi, jakby pre­wen­cyj­nie, miały miej­sce jesz­cze przed zamknię­ciem lokali wybor­czych. Przed zakoń­cze­niem wybo­rów ogło­szono wyniki exit poll, poka­zu­jące dru­zgo­cącą wygraną Łuka­szenki. Miał otrzy­mać 80% gło­sów, a jego główna kon­ku­rentka jedy­nie 10%. Wyraź­nie spie­szył się, aby ogło­sić wygraną. Jasne było, że wybory są fał­szo­wane kolejny raz, a wynik wyciąga się wciąż z tego samego kape­lu­sza, bowiem Łuka­szenko wyraź­nie lubił popar­cie powy­żej 80% i takie też dla sie­bie ordy­no­wał. Tym razem jed­nak owe 10% dla Cicha­no­uskiej było kłam­stwem szcze­gól­nie rażą­cym i ordy­nar­nym.

Wywo­łało to masową, żywio­łową i spon­ta­niczną reak­cję. Ludzie zaczęli zbie­rać się przed loka­lami wybor­czymi, co sta­wało się pierw­szą formą pro­te­stu. Działo się tak w więk­szo­ści miast i to nie tylko tych więk­szych, jak Mińsk, Brześć, Homel, Grodno, Witebsk, ale także w mniej­szych ośrod­kach. Już tej samej nocy roz­wi­nął się sze­roki pro­test. Reżim zare­ago­wał natych­miast ter­ro­rem, jakby na pro­testy był przy­go­to­wany. Rela­cje wywo­ły­wały prze­ra­że­nie. OMON bił czę­sto kogo popad­nie w bez­myślny i okrutny spo­sób. Mimo to demon­stra­cje trwały. Pierw­szą i dwie kolejne noce. Docho­dziło do budowy impro­wi­zo­wa­nych bary­kad. Użyto gumo­wych kul. Padła pierw­sza ofiara, którą był Alek­san­der Taraj­ko­uski.

Mogło się wyda­wać, że powta­rza się sce­na­riusz z lat 2006 i 2010. Nie wszystko jed­nak było tak samo. Gdy roz­bito pierw­szą próbę pochodu, pro­test roz­pro­szył się, ale trwał dalej. Grupy mło­dzieży zbie­rały się, by demon­stro­wać w jed­nym miej­scu, ucie­kały przed poli­cją, po czym zwo­ły­wały się w innym punk­cie mia­sta. To, co nazywa się FLA­SH­MOB i koja­rzy się z impro­wi­zo­wa­nym mło­dzie­żo­wym even­tem, oka­zało się sku­tecz­nym spo­so­bem walki z OMON-em (jak stało się np. w Piń­sku). Grupy trik­ste­rów - słowo z mło­dzie­żo­wego slangu ozna­cza­jące kogoś, kto się wygłu­pia - oka­zały się sku­teczne w dez­or­ga­ni­za­cji dzia­łań poli­cji, nie­zdol­nej do pacy­fi­ka­cji cał­ko­wi­cie roz­pro­szo­nych dzia­łań.

To, że temu ruchowi bra­ko­wało nie tylko przy­wódz­twa, ale rów­nież jakich­kol­wiek form orga­ni­za­cyj­nych, oka­zało się w tych pierw­szych momen­tach jego siłą. Następ­nego dnia, gdy Swia­tłana Cicha­nau­ska skła­dała pro­test w Cen­tral­nej Komi­sji Wybor­czej, porwano ją i wywie­ziono na Litwę. Poja­wiło się nagra­nie, w któ­rym stwier­dzała: SAMA POD­JĘ­ŁAM DECY­ZJĘ O WYJEŹ­DZIE Z KRAJU [NA LITWĘ] [...] NIE DAJ BOŻE, BY KTOŚ STA­NĄŁ PRZED TAKIM WYBO­REM, PRZED JAKIM STA­NĘ­ŁAM JA.

Być może Łuka­szence wyda­wało się, że obciął bun­towi głowę. Nie wziął jed­nak pod uwagę, że postawa Cicha­no­uskiej, która nie pre­zen­to­wała się jako poli­tyk i poli­tyczny wojow­nik, wyklu­czała posą­dze­nie jej o zdradę czy tchó­rzo­stwo. Słu­chu­jący jej oświad­cze­nia mogli się domy­ślać, że wybór, przed któ­rym ją posta­wiono, doty­czył jej dzieci. To uspra­wie­dli­wiało ją cał­ko­wi­cie. Pro­te­sty trwały na­dal.

Ter­ror oka­zy­wał się nie dość sku­teczny, tym bar­dziej że pro­test zamiast top­nieć się roz­sze­rzał. Poli­tyczny cykl wyda­rzeń, przy któ­rym Łuka­szenko "wygry­wał" kolejne wybory, bru­tal­niej lub łagod­niej usu­wa­jąc wszyst­kich kontr­kan­dy­da­tów, został prze­rwany. Choć ruchowi pro­testu bra­ko­wało wyra­zi­stych haseł poli­tycz­nych, przy­wódz­twa, jed­no­cze­śnie zda­wał się nabie­rać siły. Po trze­ciej nocy ter­ror ustał. Trudno dociec, jakie były tego powody. Wła­dze mogły sobie zdać sprawę, że ter­rorem już go nie zatrzy­mają, ale rów­nie dobrze mogły dojść do wnio­sku, że spo­łe­czeń­stwo jest już dosta­tecz­nie zastra­szone albo że pro­testu już wła­ści­wie nie ma, bra­kuje mu bowiem orga­ni­za­cji. Nie­mało było też spe­ku­la­cji, że zaprze­sta­nie ter­roru dowo­dzi pęk­nięć w obo­zie wła­dzy na samych jej szczy­tach. To jed­nak nie zna­la­zło potwier­dze­nia w kolej­nych dniach i tygo­dniach.

OMON i poli­cja prak­tycz­nie zni­kła z miń­skich ulic, a w ich miej­sce poja­wiły się szpa­lery kobiet ubra­nych na biało. Od tego momentu ich widok w cza­sie wiel­kich demon­stra­cji będzie przy­sła­niał męż­czyzn. Pozo­stają w pamięci zadzi­wia­jące rela­cje wideo, gdy kobiety rzu­cają się na spa­ra­li­żo­wa­nych ich deter­mi­na­cją poli­cjantów i uwal­niają męż­czyzn cią­gnię­tych do mili­cyj­nych więź­nia­rek. Są też obrazy, gdy młoda kobieta wrę­cza zaku­temu w poli­cyjną zbroję męż­czyź­nie kwiat i całuje go w kask. Są też obrazy, gdy kobieta demon­struje omo­now­com zdję­cia pobi­tych i pyta: "Ty też tak chcesz bić?".

Jest też rela­cja, gdy Maryja Kale­sni­kawa, kolejna kobieta przy­wód­czyni, sze­fowa sztabu jed­nego z uwię­zio­nych kontr­kan­dy­da­tów Łuka­szenki, prze­cho­dząc przed rzę­dem opan­ce­rzo­nych "siło­wi­ków", mówi im: "Uwol­nimy was".

Obrazy te powinny budzić poważny namysł i reflek­sję, a opa­try­wa­nie ich komen­ta­rzem "dzielne kobiety" jest cał­ko­wi­cie nie­wy­star­cza­jące. Nasu­wają się pyta­nia o pozy­cję kobiet w spo­łe­czeń­stwie bia­ło­ru­skim. Z tego, co wia­domo, nie zaszły tam istotne "rewo­lu­cyjne" prze­miany oby­cza­jowe, które przy­go­to­wy­wa­łyby kobiety do naro­do­wego przy­wódz­twa. Pamię­tajmy, że pro­cent kobiet na wyż­szych sta­no­wi­skach w reżi­mie Łuka­szenki jest żenu­jąco niski, a Bia­ło­ruś nie pod­pi­sała kon­wen­cji stam­bul­skiej.

A jed­nak rola, która przy­pada kobie­tom w tej rewo­lu­cji, kwe­stio­nuje obraz Bia­ło­rusi jako spo­łe­czeń­stwa oby­cza­jowo zapóź­nio­nego. Rola kobiet, co winno być przed­mio­tem badań, gdy nadej­dzie wła­ściwy czas, musi wyni­kać z głęb­szych zmian cywi­li­za­cyj­nych, które dotarły do Bia­ło­rusi i doko­nały się pod sko­rupą reżimu, wewnątrz bia­ło­ru­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Trudno w tej sytu­acji uznać za zupełny przy­pa­dek czy też nie­istotny fakt, że dwie naj­po­waż­niej­sze ide­owe dekla­ra­cje tej rewo­lu­cji napi­sały kobiety. Warto się z nimi zapo­znać.

Gdy wywie­ziona na Litwę Cicha­no­uska podej­muje odpo­wie­dzial­ność, jaka na nią spa­dła, ujmuje to w nastę­pu­jący apel:

Moi dro­dzy Bia­ło­ru­sini, prze­ży­wamy obec­nie trudny okres, kiedy pod­łość gra­ni­czy z hero­izmem, a roz­pacz gra­ni­czy z odwagą. W tym okre­sie musimy doko­nać wyboru, czas od nas tego wymaga.

W dzi­siej­szych cza­sach, kiedy żegnamy naszych boha­te­rów, pła­czę razem z Wami. To nie­sa­mo­wita strata dla kraju.

To byli nie­winni mło­dzi ludzie. W przy­szło­ści powin­ni­śmy nazy­wać ulice ich imio­nami. Ich nazwi­ska zostaną zapa­mię­tane.

Nie mia­łam złu­dzeń co do mojej kariery poli­tycz­nej. Nie chcia­łam być poli­ty­kiem.

Ale los zade­cy­do­wał, że zna­la­złem się na pierw­szej linii walki z bez­pra­wiem i nie­spra­wie­dli­wo­ścią.

Los i wy, któ­rzy wie­rzy­li­ście we mnie, dali­ście mi siłę. Nie­ustan­nie podzi­wiam Waszą odwagę, to, jacy jeste­ście silni i mądrzy. Oddali­ście na mnie swoje głosy i to doce­niam.

Wszy­scy chcemy wyjść z tego kręgu, w któ­rym zna­leź­li­śmy się 26 lat temu.

Jestem gotowa wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność i peł­nić rolę naro­do­wego przy­wódcy, aby kraj się uspo­koił i wszedł w nor­malny rytm, aby­śmy uwol­nili wszyst­kich więź­niów poli­tycz­nych i w krót­kim cza­sie przy­go­to­wali ramy prawne dla nowych wybo­rów pre­zy­denc­kich - praw­dzi­wych, uczci­wych, które zostaną zaak­cep­to­wane przez spo­łecz­ność świa­tową.

Cały świat zoba­czył, że Bia­ło­ru­sini to ludzie, któ­rzy potra­fią się orga­ni­zo­wać (przeł. Tomasz Sulima).

Drugi tekst jest nie mniej ważny. Jego autorką jest lau­re­atka lite­rac­kiej Nagrody Nobla Swia­tłana Alek­si­je­wicz. Jest to jej wypo­wiedź do zgro­ma­dzo­nych z popar­ciem dla niej, gdy uda­wała się na prze­słu­cha­nie zwią­zane z udzia­łem w Radzie Kon­sul­ta­cyj­nej, na któ­rej czele stoi Cicha­no­uska:

Chcę powie­dzieć, że jestem bar­dzo wdzięczna za wasze wspar­cie, to bar­dzo ważne, musimy się wza­jem­nie wspie­rać. Idę [na prze­słu­cha­nie] dość spo­koj­nie, nie czuję się winna, czuję, że wszystko, co zro­bi­li­śmy, jest cał­ko­wi­cie legalne. Co wię­cej, jest to dziś bar­dzo potrzebne, bo jeśli pró­buje się nas w ten spo­sób dzie­lić, skoń­czy się wojną domową. To bar­dzo nie­bez­pieczne. Naszym celem było jedy­nie zjed­no­cze­nie spo­łe­czeń­stwa, bez [wywo­ły­wa­nia] zama­chu. Mówie­nie, że my wszy­scy, 600 osób [człon­ków Rady Koor­dy­na­cyj­nej], zebra­li­śmy się i zma­ni­pu­lo­wali ludzi, nie ma potwier­dze­nia w fak­tach. To ludzie, któ­rzy przy­szli, naród bia­ło­ru­ski, robi to na naszych oczach.

Myślę, że każdy z was jest dziś dumny ze swo­jego narodu. I szcze­rze mówiąc, do nie­dawna nie zna­li­śmy tego uczu­cia, ale dziś, kiedy widzimy te wie­lo­ty­sięczne mani­fe­sta­cje... A trzeba wie­dzieć, jak nie­zwy­kle ten ruch opi­sy­wany jest w zachod­nich mediach, to już rodzaj bia­ło­ru­skiej marki. Bia­ło­ru­sini stali się nagle naro­dem, o któ­rym dowie­dział się cały świat: podoba im się, że ani jeden traw­nik nie został znisz­czony, że ani jedna witryna skle­powa nie została zbita, że ludzie zacho­wują się tak god­nie, tak pięk­nie. I że pro­po­nu­jemy nową drogę, nie­ko­niecz­nie oku­pa­cji poczty czy tele­grafu, ale pro­po­nu­jemy poko­jową drogę walki. Tego wymaga dzi­siej­szy czas. Czas, w któ­rym życie ma swoją war­tość, a czło­wiek ceni swoje życie.

A to, co widzie­li­śmy przez pierw­sze trzy dni - kon­fron­ta­cja, kiedy ludzi trak­to­wano jak mięso [armat­nie], to miniony wiek i musimy ze sobą roz­ma­wiać, nawet się spie­ra­jąc. Dla mnie ide­ałem byłoby, gdyby czło­wiek w jed­nej ręce trzy­mał czer­wono-zie­loną, a w dru­giej biało-czer­wono-białą flagę i chciał powie­dzieć: powiedzmy, że jeste­śmy różni, ale mamy Bia­ło­ruś, to jest jeden kraj, a my w nim miesz­kamy, nasze dzieci chcą tu żyć. Pamię­tam tę wielką flagę, wszy­scy pamię­ta­cie, 10 metrów lub wię­cej, małe dzieci ją trzy­mały. A jesz­cze śmiesz­niej­sze jest to, kiedy na wiec pra­cow­ni­ków pań­stwo­wych przy­cho­dzą rodzice i krzy­czą "Baćka, Bia­ło­ruś", a ich małe dzieci, które nie umieją kła­mać, krzy­czą "Odejdź". I od razu wia­domo, co dzieje się w domu, co wisi w powie­trzu w naszym kraju.

Myślę, że musimy być razem, nie musimy się pod­da­wać, broń Boże. Prze­le­wamy naszą krew, choć nie powin­ni­śmy. Musimy zwy­cię­żać duchem, zwy­cię­żać mocą naszych prze­ko­nań (przeł. Tomasz Sulima).

Cie­kawą uwagę w kon­tek­ście pytań o rolę kobiet w bia­ło­ru­skiej histo­rii poczy­nił Tomasz Sulima.

Mało kto wie, że Bia­ło­ruś ma naj­star­szy na świe­cie rząd na uchodź­stwie, na któ­rego czele w Kana­dzie stoi dzi­siaj 84-let­nia Iwonka Sur­wiłło. Rząd kon­ty­nu­uje tra­dy­cje Bia­ło­ru­skiej Repu­bliki Ludo­wej - pierw­szego nie­pod­le­głego pań­stwa bia­ło­ru­skiego pro­kla­mo­wa­nego 25 marca 1918 (to histo­ryczny Dzień Nie­pod­le­gło­ści dla Bia­ło­ru­si­nów na świe­cie). Być może Rada BNR mogłaby w tym trans­fe­rze pośred­ni­czyć jako wła­dza posia­da­jąca histo­ryczną legi­ty­ma­cję. Byłaby to bez wąt­pie­nia dość fil­mowa klamra tej histo­rii, a smaczku dodaje obec­ność dwóch kobiet - Sur­wiłło i Cicha­no­uskiej, nad któ­rymi czuwa Eufro­zyna z Połocka - księż­niczka-mniszka z XII w., patronka u zara­nia dzie­jów narodu bia­ło­ru­skiego.

Istot­nie Eufro­zyna i Sur­wiłło podob­nie jak Kale­sni­kawa i Cicha­no­uska są sym­bo­lami spo­łe­czeń­stwa, które doko­nuje głę­bo­kiej prze­miany swo­jej toż­sa­mo­ści. Następ­stwa poko­leń a wraz z nimi pro­cesy zmian kul­tu­ro­wych zacho­dzą powoli i czę­sto skrywa je naskór­kowa poli­tyka. Jest to szcze­gól­nie widoczne w sys­te­mach zamknię­tych, dyk­ta­tu­rach, jak w przy­padku Bia­ło­rusi pod rzą­dami Łuka­szenki. Gdy te ukryte przez lata pro­cesy i spo­łeczna ener­gia się gro­ma­dzi, nastę­puje nie­ocze­ki­wana i zadzi­wia­jąca wielu erup­cja "nowej ener­gii". I to wła­śnie jest przy­pa­dek bia­ło­ru­ski.

Ajtysz­nicy i co łączy Hon­kong z Bia­ło­ru­sią

Ajtysz­nicy i co łączy Hon­kong z Bia­ło­ru­sią

Ajtysz­nicy, czyli infor­ma­tycy (słowo pocho­dzi od angiel­skiego skrótu IT), to zbio­rowy boha­ter bia­ło­ru­skiej rewo­lu­cji. Bez Inter­netu, jak i bez udziału kobiet, nie spo­sób zro­zu­mieć prze­biegu bia­ło­ru­skiej rewo­lu­cji. Ter­ror pierw­szych dni i nocy mógłby istot­nie być sku­teczny, gdyby powta­rzano sobie o nim prze­ra­ża­jące opo­wie­ści wzbu­dza­jące falę stra­chu. Ten ter­ror można jed­nak było zaob­ser­wo­wać, a także zoba­czyć tych, któ­rzy mają odwagę mu się prze­ciw­sta­wiać. Opo­wieść o czymś strasz­nym, a tym bar­dziej roz­cho­dzące się wie­ści są czymś znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym niż żywy obraz. Oka­zało się jed­nak, że pierw­sze dni dały natłok obra­zów, które choć szo­ku­jące, a może dla­tego że były tak szo­ku­jące, wzma­gały opór. Obraz zde­mi­to­lo­gi­zo­wał strach.

I tych obra­zów było od pierw­szych nie­mal minut pro­te­stu wiele. Reżim zamknął opo­zy­cyjne kanały infor­ma­cyjne, takie jak tut.by czy Nasza Niwa, które były plat­formą poro­zu­mie­nia i komu­ni­ka­cji śro­do­wisk nie­za­leż­nych. Ter­ro­ry­zo­wane i pozba­wione infor­ma­cji spo­łe­czeń­stwo miało ulec. Przy­po­mi­nały one jed­nak tra­dy­cyjne gazety, tyle że umiesz­czone w Inter­ne­cie. Dobrać się do nich nie było żadną sztuką. Było to tylko sygna­łem, że Łuka­szenko maj­struje przy Inter­ne­cie. Robił to jed­nak cał­ko­wi­cie bez­sku­tecz­nie. Praw­dziwy pro­blem władz leżał bowiem gdzie indziej.

Smart­fon w połą­cze­niu z apli­ka­cją-komu­ni­ka­to­rem Tele­gram oka­zał się bro­nią nie­by­wale sku­teczną w obro­nie wol­nego obiegu infor­ma­cji. Wyda­rze­nia rapor­to­wane były w cza­sie rze­czy­wi­stym dzięki ama­tor­skim fil­mi­kom wideo na bie­żąco upo­wszech­nia­nym w sieci. To, co się działo, fil­mo­wano bez­po­śred­nio na ulicy i czy z okien domów oraz wrzu­cano do sieci. Żadna tra­dy­cyjna sta­cja tele­wi­zyjna nie byłaby zdolna do tylu repor­taży i dostar­cze­nia takiej ilo­ści obra­zów. Ini­cja­tywy, jak zain­sta­lo­wane na Tele­gramie kanały NEXTA (650 tys. użyt­kow­ni­ków w Bia­ło­rusi) i NEXTA-live (1,5 mln użyt­kow­ni­ków w Bia­ło­rusi), korzy­sta­jące z komu­ni­ka­tora Tele­gram, zbie­rały te obrazy i prze­twa­rzały w bar­dziej opra­co­wane rela­cje. To z kolei było dalej upo­wszech­niane poprzez inne apli­ka­cje, takie jak w pol­skim wypadku przede wszyst­kim Face­book, na całym świe­cie.

Inter­net ujaw­nił swoje nowe moż­li­wo­ści. Apli­ka­cję Tele­gram posiada w Bia­ło­rusi około 2 mln użyt­kow­ni­ków. Wśród młod­szego poko­le­nia jest ona nie­mal powszechna. Aby ją wyłą­czyć, trzeba też wyłą­czyć całe strefy Inter­netu, zakłó­cić w nie­okre­ślony spo­sób obieg infor­ma­cji han­dlo­wej, dzia­łal­ność ban­ków, być może znaczną część rzą­do­wych kana­łów infor­ma­cji. Inter­net zbu­do­wano tak wła­śnie dla­tego, że jeśli sygnał nie może prze­do­stać się jakąś drogą, będzie do skutku szu­kać ścieżki, przez którą się w końcu prze­ci­śnie. Dzi­siej­sze gospo­darka, ban­ko­wość, usługi mają cha­rak­ter cyfrowy, two­rząc gigan­tyczny labi­rynt, w któ­rym odpo­wied­nio skon­stru­owana apli­ka­cja czuje się jak ryba w wodzie.

Łuka­szenka w wywia­dzie z Rus­sia Today (8 wrze­śnia) przy­znał, że nie jest zdolny "wyłą­czyć" Tele­gramu, jed­no­cze­śnie gro­żąc Rosja­nom, że może cze­kać ich to samo. Wyna­la­zek Tele­gramu przy­pi­sał Ame­ry­ka­nom i ich wro­gim zamia­rom.

Para­dok­sem jest to, że Tele­gram jest wyna­laz­kiem nie Ame­ry­ka­nów, lecz dwóch mło­dych Rosjan, braci, Miko­łaja i Pawła Duro­wych. Byli oni naj­pierw współ­twór­cami apli­ka­cji-komu­ni­ka­tora VKon­takt, który był czymś w rodzaju rosyj­skiego Face­bo­oka. Kiedy VKon­takt dostał się pod rzą­dową kon­trolę (czy­taj: pośred­nio KGB) dwaj infor­ma­tycy wyemi­gro­wali i zapro­gra­mo­wali Tele­gram. Nauczeni rosyj­skim doświad­cze­niem zro­bili to jed­nak w taki spo­sób, że zapew­nia on daleko idącą ano­ni­mo­wość prze­syłu infor­ma­cji (eks­perci spie­rają się, jak dalece, z pew­no­ścią jed­nak w stop­niu utrud­nia­ją­cym bie­żącą kon­trolę) i udziału w gru­pie użyt­kow­ni­ków.

Chrzest "bojowy" Tele­gram prze­szedł w Hong­kongu, gdzie słu­żył w orga­ni­zo­wa­niu i infor­mo­wa­niu o pro­te­stach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki