MALOWANIE
Ulrich von Baum przemierzał Wielki Bór na chwiejnych nogach. Ponieważ zaprawił się dużą ilością jarzębinówki, jego chód bardziej zasługiwał na miano zataczania się. W pewnym momencie do zamroczonej trunkiem głowy dotarła nagląca potrzeba. Rycerz poczuł mocne parcie na pęcherz. Nie zastanawiając się długo, przystanął pod mijanym właśnie dębem i rozsupłał podtrzymujący spodnie rzemień. Chwilę potem, wciąż walcząc z równowagą, sikał w najlepsze. Z jego piersi wyrwało się przeciągłe westchnienie ulgi.
Opróżnianie pęcherza zmierzało ku końcowi, gdy Ulrich usłyszał trzask nadepniętej gałęzi. Choć był mocno pijany, jego odruchy obronne zadziałały prawidłowo. Wyszarpnął miecz z przewieszonej przez plecy pochwy i błyskawicznie się odwrócił, gotów stawić czoła niebezpieczeństwu. Gwałtowny ruch sprawił, że niepodtrzymywana dolna część garderoby zsunęła mu się poniżej kolan.
- Och! - parsknęła stojąca nieopodal strzyga. - Alesssz ty jesssteśśś grośśny, Ulrisssiu!
Rycerz stał bez słowa, gapiąc się z rozdziawioną gębą na mieszkankę Wielkiego Boru. Ta zaś dworowała sobie z niego w najlepsze:
- To którym oręższem zamierzassssz ze mną walczyć, przyssstojniaku?
Przy ostatnim słowie oblizała się rozdwojonym na końcu językiem. W jej zamierzeniu miał to być gest lubieżny, lecz człowiekowi zdał się wstrętny. Zniesmaczony Ulrich wzdrygnął się. Wbił w ziemię czubek miecza i podciągnął spodnie. Ponownie z jego piersi wyrwało się westchnienie ulgi. Spotkanie ze strzygą zawsze niosło ze sobą ryzyko gwałtownej śmierci. Niezwykle groźne, krwiożercze istoty były piekielnie szybkimi drapieżnikami. Zaskoczony człowiek rzadko miał szansę na obronę i tego rodzaju konfrontacja zazwyczaj kończyła się dla niego tragicznie. Ta strzyga nie stanowiła jednak zagrożenia. Uratował jej kiedyś życie, uwalniając z pułapki, w którą wpadła. Prawdę mówiąc, był wówczas mocno nabzdryngolony i święcie przekonany, że ratuje piękną rusałkę. Nie zmieniało to faktu, że znacznie mniej urodziwa mieszkanka magicznego lasu zaciągnęła u niego ogromny dług wdzięczności. Tamto wydarzenie było dla rycerza swoistą nauczką - przekonał się bowiem, ile prawdy kryje się w mądrości ludowej głoszącej, że po trunku kobiety pięknieją.
Podczas swych wędrówek po Wielkim Borze natykał się na strzygę kilkukrotnie. Zdarzało się im nawet przy różnych okazjach współpracować. Ich relację trudno byłoby nazwać zażyłą czy przyjacielską, ale Ulrich sam przed sobą musiał przyznać, że choć bladosina istota z rozdwojonym na końcu językiem i zakrzywionymi szponami była ze wszech miar paskudna, to nawet ją lubił. Skończył wiązać podtrzymujący spodnie rzemień i burknął pod nosem:
- Ładnie to tak zakradać się do szczającego rycerza? Chciałabyś, żebym to ja zaszedł cię od tyłu, gdy kucasz z wypiętym tyłkiem?
Strzyga ponownie parsknęła śmiechem.
- To zależy, Urliśśśiu, z jakim oręższem byśśś do mnie śśsię ssskradał.
Kiedy do zamroczonego jarzębinówką rycerza dotarł lubieżny podtekst odpowiedzi, znów wzdrygnął się z niesmakiem.
- Przechodziłaś tędy przypadkiem czy mnie szukałaś? - pospiesznie zapytał, chcąc jak najprędzej odegnać wizję spółkowania z mieszkanką lasu.
- Ssszukałam cię, Urliśśśiu. Jessst pewna sssprawa...
W takich właśnie okolicznościach rycerz dowiedział się o procederze, który potajemnie prowadził Otton Wisemann. Mieszkaniec Hollensteinu był właścicielem farbiarni. Interes należał do największych w okolicy i przynosił niemały dochód. Pazerność Wisemanna rosła proporcjonalnie do zasobności jego sakiewki. Chcąc jak najwięcej zarabiać na farbowaniu tkanin, postanowił zaoszczędzić na kosztach utylizacji odpadów. Resztki substancji wykorzystanych w procesie barwienia pakował w beczki, które potajemnie wywoził do Wielkiego Boru. Składował je na jednej z polan na skraju magicznego lasu. Kilka takich beczek straciło szczelność, a ich zawartość wyciekła. Barwniki przedostały się do pobliskiego strumienia, którego wody przybrały kolor czerwony. Nikt by tego nie zauważył, gdyby okolice strumienia nie leżały w rewirze, w którym strzyga często polowała. Zatruty wodopój spowodował, że wyniosły się stamtąd prawie wszystkie zwierzęta. Kraina, dotąd obfitująca w świeżą krew, nagle opustoszała.
Mieszkanka Wielkiego Boru odkryła przyczynę takiego obrotu spraw i chciała wymierzyć karę winowajcy. Zaczaiła się więc na skraju owej polany z beczkami pełnymi odpadów. Zamierzała dopaść farbiarza, urwać mu głowę, wypić całą krew i naszczać do szyi. Na zamiarach się jednak skończyło. Truciciel bowiem przyjechał dwoma wozami w towarzystwie ośmiu pachołków. Gdyby miał dwóch lub trzech pomocników, strzyga by się nie wahała. Z tak nieliczną obstawą poradziłaby sobie bez większych problemów. Ośmiu ludzi plus dziewiąty, ich pracodawca, to było jednak za dużo jak na jej możliwości.
Z planu rozprawienia się z trucicielem nie zrezygnowała, musiała tylko znaleźć sojusznika w jego realizacji. Szukając go, spotkała drzewiaka. Dębowy Dziadek przejął się problemem i obiecał pomoc. Wykorzystał swój dar i porozmawiał z drzewami. Dzięki temu dowiedział się, gdzie dokładnie znajduje się zanieczyszczona polana oraz gdzie przebywa Ulrich von Baum. Niezwłocznie wyruszył zabezpieczyć nieszczelne beczki, strzygę wysłał zaś z misją odnalezienia rycerza. Dzięki otrzymanym precyzyjnym wskazówkom zadanie okazało się łatwe do wypełnienia.
- No i co, Urliśśśiu? - zapytała mieszkanka magicznego lasu, kończąc swą opowieść. - Pomoższessz posssbyć sssię farbiarza z Wielkiego Boru?
Rycerz nie miał trudności z podjęciem decyzji.
***
Dębowy Dziadek klęczał na sękatych kolanach i klął jak szewc. Trzymany w ręku wiecheć traw pełnił funkcję pędzla, którym pociągłymi ruchami rozprowadzał żywicę po beczce. Kilka uszczelnionych w ten sposób stało za drzewiakiem, o wiele więcej czekało przed nim. Mieszkaniec Wielkiego Boru pieklił się na ludzką bezmyślność ogólnie i na głupotę pewnego farbiarza w szczególności. Jeśli ów gagatek znalazłby się w zasięgu jego łap, skonałby w męczarniach. Drzewiak miał morderczy nastrój, bo wyciekające z beczek paskudztwa wsiąkały w ziemię i szkodziły korzeniom jego podopiecznych. Rosnące najbliżej polany sosny z pewnością długo będą po tym chorować, a młody świerk i jeszcze młodszy grab mogły kontaktu ze świństwem w ogóle nie przetrwać.
Rozprowadzana po beczce żywica szybko zasychała, tworząc łaty między słabo spasowanymi klepkami. Zabezpieczenie było doraźne i na krótko. Dębowy Dziadek najchętniej wyniósłby beczki daleko poza granice Wielkiego Boru. Bał się jednak zbyt intensywnie je ruszać, aby nie powiększać przecieków i jeszcze bardziej nie zaszkodzić otoczeniu. Poza tym beczek z niebezpieczną zawartością było dużo i ogrom pracy związany z ich przeniesieniem przerastał jego możliwości.
W momencie gdy sprawca kłopotu został ochrzczony mianem tępego jak imadło kozojebcy, na polanę zawitał Ulrich von Baum, a chwilę później pojawiła się strzyga. Rycerz popatrzył na beczki i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- A to skurwysyn! - Pod adresem farbiarza poleciało kolejne soczyste określenie.
- No! - zgodziła się z nim strzyga. - Z ussst mi to wyjąłeśśś.
Drzewiak spojrzał na nich spode łba i warknął:
- Skończcie gadać i lepiej mi pomóżcie, bo jeśli jeszcze więcej tego syfu wycieknie, to wszystko dookoła uschnie. Wówczas to urokliwe do niedawna miejsce zasłuży na miano Łysej Polany.
- Ach! - westchnął Ulrich i uśmiechnął się z rozmarzeniem.
Użyte przez Dębowego Dziadka określenie przywołało bowiem pewne wspomnienie o pierwszej miłości rycerza. Helga eksperymentowała z owłosieniem w okolicach intymnych. Któregoś razu usunęła je całkowicie i zaprezentowała efekt tych zabiegów kochankowi. Ulrich był wielce zaskoczony widokiem i pokusił się o krótki komentarz z użyciem tych właśnie słów:
- O! Łysa polana! - powiedział i zarobił wówczas w gębę celnie rzuconym trzewikiem.
- Hej! - huknął drzewiak, widząc, że jego apel nie przyniósł oczekiwanego skutku. - Do roboty!
Człowiek i strzyga nie ociągali się już więcej i do owej roboty się wzięli. Skończyli zabezpieczać beczki krótko przed zapadnięciem zmierzchu. Cała trójka była wymazana sosnową żywicą. Rycerz i strzyga poszli się umyć w płynącym nieopodal, wciąż lekko czerwonym strumieniu. Dębowy Dziadek z natury unikał kąpieli. Wręcz z lubością wmasowywał resztki żywicy w swe pokryte łuską ciało i od czasu do czasu pomrukiwał z zadowolenia.
Taki właśnie widok zastał Ulrich, gdy powrócił na polanę po dokonaniu ablucji.
- A więc to tak drzewiaki robią sobie dobrze - skomentował to, co zobaczył i usłyszał.
Dębowy Dziadek obruszył się i warknął:
- A chcesz dostać kijem przez łeb?
Rycerz nie chciał. Wkrótce znad strumienia powróciła też strzyga. Cała trójka usiała blisko siebie w zapadających ciemnościach.
- Trzeba wymyślić, jak to wszystko odkręcić - powiedział Ulrich oczywistą rzecz.
- I jak dać nauczkę trucicielowi - dodał drzewiak.
- I żeby mu w pięty possszło! - zasyczała strzyga.
Po chwili ciszy rycerz wyjął z podróżnego wora flaszkę z gorzałką. Odkorkował ją i oznajmił:
- To żeby nam się lepiej myślało! - Upił potężny łyk i podał naczynie dalej.
***
W stronę Wielkiego Boru toczyły się wolno dwa wozy. Zmęczone konie z mozołem ciągnęły ciężki ładunek, na który składały się beczki z odpadami z farbiarni. Towarzyszyło im kilku pachołków potrzebnych do pracy na miejscu. Ponieważ proceder trwał już jakiś czas i nic niespodziewanego dotąd się nie wydarzyło, zmierzająca ku brzegowi magicznego lasu specyficzna karawana nie zachowywała się czujnie ani strachliwie. Zarówno piesi, jak i dwaj powożący mężczyźni sprawiali wrażenie wręcz znudzonych. Otaczająca Wielki Bór złowroga aura spowszedniała im do tego stopnia, że luźną rozmowę i często prowadzili się z niewybrednych żartów. Zamiast trwożnie rozglądać się na boki w poszukiwaniu zagrożenia ze strony magicznych mieszkańców mrocznej gęstwy, mieli podniesione głowy, a na ich obliczach gościła pewność siebie. Zamierzali trochę popracować fizycznie przy rozładunku beczek, a drogę powrotną pokonać, wygodnie siedząc na wozach.
Wielki Bór nie bez powodu jednak zasłużył na miano złowrogiej głuszy. Poza nielicznymi wyjątkami w osobach Ulricha von Bauma i pustelnika Johana nie było to miejsce przyjazne człowiekowi i uczestnicy karawany wkrótce się o tym przekonali.
Najpierw w leśną gęstwę wjechał pierwszy wóz. Nic się nie stało. Ale kiedy drugi zanurzył się w cienie potężnych drzew, na powożącego nim mężczyznę spadł niespodzianie Dębowy Dziadek. Planował trafić w puste miejsce na ławce obok. Nie wycelował jednak zbyt dobrze i zwalił się wprost na głowę woźnicy, łamiąc mu kark. Idący obok pachołek wrzasnął z przerażenia.
- Co?! - huknął na niego sękaty mieszkaniec lasu. - Drzewiaka nie widziałeś?
Zapytany nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet jednego słowa. Na jego spodniach w okolicy krocza pojawiła się mokra plama, po czym pachołek osunął się bezwładnie na ziemię.
- Pięknie! - z dezaprobatą prychnął Dębowy Dziadek. - Najpierw się zlał, a potem zemdlał ze strachu. Pipa, nie chłop.
Ze strachu zemdlało też dwóch pachołków towarzyszących pierwszemu wozowi. Zrobili to na widok strzygi, która znienacka wypadła na nich z zarośli. Szarpnęła za uzdę spłoszonego konia, zatrzymując go i wóz w miejscu.
- I csso? - zasyczała, ukazując rozdwojony na końcu język i imponujące kły w grymasie złości. - Ssstrzszygi nie widzieliśśście?
Woźnica zeskoczył z ławki i pognał przed siebie na oślep w las. Nie ubiegł jednak daleko, bo został poczęstowany płazem rycerskiego miecza w plecy. Stracił równowagę i próbując ją odzyskać, wykonał kilka chwiejnych kroków, a następnie zderzył się ze stającym na drodze ucieczki drzewem. Łupnięcie głowy o pień było na tyle głośnie, że poniosło się echem po okolicy.
Tym samym przy wozach zostało tylko dwóch pachołków, którzy nie stracili przytomności ani życia. Z przerażeniem patrzyli na zbliżającego się drzewiaka. Ich strach spotęgował się jeszcze bardziej, gdy do sękatego stwora dołączyła bladosina, złowrogo posykująca strzyga. Na końcu z leśnej gęstwy wyłonił się Ulrich.
- Ratujcie, mości rycerzu! - płaczliwie zapiał jeden z nich.
Zagadnięty spojrzał na niego przelotnie.
- Nic mi do tej awantury - oznajmił. - Ja tu tylko przechodzę. - I chwilę potem znów znikł w zaroślach, zostawiając pachołków z rozdziawionymi ze zdumienia gębami.
Ulrich po kilku krokach zawrócił i pozostając w ukryciu, z rozbawieniem przyglądał się wydarzeniom rozgrywającym się przy wozach. Lamentom i błaganiom o litość towarzyszyły groźby wyssania krwi do ostatniej kropli oraz chędożenia w odbyt nieokorowanym sosnowym kołkiem dużej grubości. Ostatecznie stanęło na tym, że mieszkańcy lasu puszczą jeńców wolno, jeśli ci odjadą z beczkami i nigdy więcej tu nie wrócą. Mężczyźni skwapliwie przystali na te warunki. Pospiesznie pozbierali nieprzytomnych i jednego martwego kompana na wozy. Dokonując cudów w sztuce powożenia, zawrócili na wąskiej ścieżce i mocno ponaglając konie, odjechali.
Drzewiak i strzyga zaśmiewali się do rozpuku, prześcigając się w opisywaniu przerażonych min pachołków, i co chwila gratulowali sobie skutecznej akcji przepędzenia ich z Wielkiego Boru. Humor im się jednak zważył, gdy z leśnej gęstwy wyłonił się Ulrich. Rycerz miał nietęgą minę. Spojrzał na przyjaciół i zapytał:
- Pamiętacie, jak wczoraj obmyślaliśmy nasz plan?
Zapytani patrzyli na niego bez słowa w oczekiwaniu na ciąg dalszy.
- Pamiętacie, jak mówiłem, że to jeszcze nie koniec obmyślania? - kontynuował Ulrich. - Nawaliliście się gorzałką i woleliście głupio dowcipkować, zamiast skupić się na wysiłku umysłowym.
- Ale o co ci chodzi? - Drzewiak nie krył zdziwienia. - Przecież wygoniliśmy trucicieli z Wielkiego Boru.
- Tak - westchnął rycerz. - A beczki na polanie zostały, choć mieliśmy pozbyć się także ich.
Dębowy Dziadek strapił się, opuścił głowę i skonfundowany gapił się na czubki swych sękatych stóp.
- Kiepssska sssprawa - zasyczała strzyga, gdy dotarło do niej, że odniesiony dopiero co sukces można było nazwać co najwyżej połowiczym. - I cssso terasss?
Ulrich wzruszył ramionami i odparł:
- Wygląda na to, że musimy obmyślić dalszą część planu.
Przyjaciele usiedli na zwalonym przez wiatr pniu starego świerku i zaczęli obmyślać. Cisza się przedłużała, efektów pracy umysłowej nie przybywało. W pewnym momencie drzewiak westchnął i z podróżnego tobołka wyjął pękatą flaszkę. Rycerz spojrzał na niego spode łba i wbrew swojej naturze powiedział:
- To chyba nie jest dobry pomysł. Znów się nawalimy i obmyślony plan może mieć później niedociągnięcia albo w ogóle okaże się bez sensu.
- Kiedy ja tak na sucho nie potrafię - zaoponował Dębowy Dziadek, odkorkowując butelkę.
- Skoro nalegasz... - Ulrich westchnął i wyciągnął rękę.
Najpierw między drzewiakiem, człowiekiem i strzygą krążyła flaszka, potem we krwi całej trójki krążył wyrabiany przez Dębowego Dziadka spirytus drzewny. A plan pozbycia się beczek z odpadami z farbiarni poszedł się... obmyślać.
***
Ulrich szedł do Hollensteinu w złym humorze. Po części wynikał on z kaca. Spirytus drzewiaka miał potężną moc i jego spożycie nie przechodziło bez śladu. Przyjemny szum w głowie i wesoły humor prędzej czy później ustępowały miejsca pulsującemu w skroniach bólowi i nieznośnej suchości w ustach. Rycerz był jednak zły także na swoich przyjaciół. Mieli razem wymyślić plan pozbycia się niebezpiecznych odpadów z farbiarni, które zalegały na jednej z polan Wielkiego Boru. Zamiast tego drzewiak i strzyga skuli się jak rzadko kiedy. Bełkotali w ledwie zrozumiały sposób, a pomysły ich autorstwa były tak bzdurne, że nawet z natury skory do różnych głupich awantur Ulrich pukał się w głowę, gdy je słyszał. Ostatecznie zostawił pijanych mieszkańców lasu samym sobie, bo pożytku z nich nie było żadnego. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i na wciąż chwiejnych nogach ruszył do Hollensteinu.
Do celu dotarł późnym popołudniem. Kac prawie mu minął, czego nie można powiedzieć o złym humorze. Po przekroczeniu bram miasta pierwsze kroki rycerz skierował do gospody. Wielokrotnie powtarzał, że nie lubi działać na sucho i że warto przed pracą odpowiednio się nawodnić. W jego przypadku źródłem wody w organizmie bywały zazwyczaj różnego rodzaju trunki, a jak powszechnie wiadomo - tych w gospodach był na co dzień spory zapas.
Tak się szczęśliwie złożyło, że w przybytku, do którego zawitał, biesiadował także Otton Wisemann. Ulrich dowiedział się tego przypadkiem, gdy tuż przy nim pojawił się znany z widzenia pachołek, który zamówił dla swego pracodawcy grzane i przyprawione ziołami wino. Zaopatrzony w dzban miejscowego, nieco cierpkiego, ale za to mocnego napitku, rycerz przysiadł się do farbiarza. Siorbnął donośnie, z hukiem postawił naczynie na stole i zapytał:
- Jak tam interesy, mistrzu?
Otton wiedział, kto się do niego dosiadł. Od czasu pamiętnego turnieju w Hollensteinie upadłego rycerza znali prawie wszyscy. Mile połechtany tytułem mistrza skinął głową w podziękowaniu za uznanie i odpowiedział:
- Dziękuję za troskę, panie rycerzu. Idzie mi całkiem nieźle.
Ulrich ponownie siorbnął i podtrzymał rozmowę kolejnym pytaniem:
- Czyli farbiarnia hula?
- Owszem, można tak powiedzieć. Klientów dużo, zamówień sporo, więc... hula.
Kiedy kolejna porcja wina przelała się przez rycerskie gardło, Ulrich położył rękę na karku rozmówcy i nieco się ku niemu przybliżył.
- A problemów z usuwaniem odpadów, mistrzu, nie macie?
- Żadnych! - padła pełna przekonania odpowiedź.
- A mnie się wydaje, że ktoś tu kłamie - stwierdził z przekąsem Ulrich i zebrawszy w sobie więcej siły, przygiął w dół głowę farbiarza.
Twarz pechowca zderzyła się z blatem stołu z głuchym łupnięciem. Z rozbitego nosa pociekły strużki krwi wymieszane ze smarkami. Gdyby ktoś siedział wystarczająco blisko, zauważyłby, że przy co drugim oddechu w nozdrzach poszkodowanego pojawiają się na chwilę i pękają krwiste bańki. Zszokowany napaścią właściciel farbiarni patrzył na rycerza zaszklonymi z bólu oczami. Ulrich zaś poklepał go po policzku niemal przyjacielskim gestem i powiedział:
- Nie znoszę trucicieli. Za to, co zrobiłeś w Wielkim Borze, powinienem spuścić ci o wiele większy łomot. Możemy jednak zawrzeć pewien układ. Skończy się na rozbitym nosie, jeśli posprzątasz po sobie. Co ty na to?
Zapytany skwapliwie się zgodził. Przystał na to, aby następnego dnia wyruszyć do magicznego lasu kilkoma pustymi wozami i zabrać z polany odpady, które tam zostawił. Zdziwiło go nieco żądanie, aby w tej nietypowej karawanie znalazł się też mały wózek - taki, który można było ciągnąć ręcznie. Bał się jednak zapytać, jaki jest tego cel. Bezwarunkowo zgodził się na wszystkie postawione przez rycerza warunki, chcąc uniknąć zapowiedzianego łomotu. Siedzący obok niego mężczyzna pokonał kiedyś na turnieju największego miejscowego siłacza, więc zdrowy rozsądek podpowiadał Ottonowi, że nie ma najmniejszych szans na choćby odrobinę skutecznego oporu.
Ulrich zaś, gdy uzyskał gorące zapewnienie szczerej i chętnej współpracy, rozpromienił swe oblicze. Stuknął swoim dzbanem o dzbanek farbiarza i oznajmił:
- Napijmy się! Umowę należy przypieczętować trunkiem, aby nabrała mocy prawnej.
***
Następnego dnia do Wielkiego Boru zawitało parę wozów i jeden mały wózek. Farbiarz i kilku pachołków w pocie czoła przenosili pokryte żywicą beczki i niedługo potem polana została prawie oczyszczona. Prawie, bo kilka mniejszych beczek Ulrich własnoręcznie załadował na mały wózek i odmówił oddania ich farbiarzowi.
- Tymi zajmę się ja - oznajmił. - A na zwrot wózka nie masz co liczyć.
Otton Wisemann ponownie chciał zapytać, o co w tym wszystkim chodzi, ale podobnie jak poprzedniego dnia nie wystarczyło mu odwagi.
Ulrich groźnie na niego spojrzał i powiedział:
- Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w Wielkim Borze, zabiję.
- A ja cię oskóruję i wypatroszę! - huknął Dębowy Dziadek, wyłaniając się z pobliskich krzaków.
Kilku pachołków pisnęło z przerażenia, jeden zmoczył się w spodnie. Ulrich przez chwilę zastanawiał się, czy to nie ten sam co poprzednio, ale wzruszył ramionami. Nawet jeśli tak, to co z tego?
Farbiarz był blady jak bielona wapnem ściana wiejskiej chaty. Stał bez ruchu i gapił się na drzewiaka wybałuszonymi oczami. Ze stuporu wyrwała go strzyga, która wyłoniła się zza szerokich pleców sękatego mieszkańca lasu. Podeszła bliżej, paskudnie się uśmiechnęła i wysyczała spomiędzy odsłoniętych kłów:
- Sssspierdalaj!
Przerażony jak nigdy dotąd mężczyzna nie kazał sobie powtarzać tej specyficznej w wyrazie prośby. Pospiesznie wskoczył na miejsce woźnicy, smagnął konia lejcami i po chwili karawana z odpadami z farbiarni ruszyła w stronę Hollensteinu. Odprowadzająca ją wzrokiem trójka przyjaciół zgodnie uznała, że odwaliła kawał dobrej roboty, a jak głosiła powszechnie znana mądrość ludowa - sukces należało opić. Ulrich poczęstował drzewiaka i strzygę winem, które kupił w gospodzie w Hollensteinie. Mimo że cierpkie, po palącym spirytusie drzewnym smakowało jak ambrozja.
Kiedy większość bukłaka została opróżniona, lekko podchmielony Dębowy Dziadek spojrzał na stojący nieopodal wózek z małymi beczkami.
- A to na co? - zapytał zaciekawiony.
Rycerz dopił resztę trunku i oznajmił:
- Zaciągnę to na polanę Johana i pomaluję mu chatę. Niech chłopina też coś ma z tej awantury.
***
Johan rozczulił się na wieść o tym, że przyjaciele chcą pomalować mu chatę. W kącikach oczu zalśniły łzy, kilkukrotnie mimowolnie zadrgał podbródek. W końcu jednak pustelnik zdołał przełknąć kluchę w gardle i odzyskał panowanie nad strunami głosowymi. A skoro odzyskał, to zaproponował degustację nowej partii jarzębinówki, którą skończył pędzić zaledwie wczoraj.
- Niech twój pędzel ciągnie równo! - wzniósł toast i z szacunkiem skłonił się przed Ulrichem. Rozczulenie i, co by nie mówić, kuriozalna treść toastu wynikały z tego, że starzec rozpoczął konsumpcję nowej partii gorzałki już wczesnym rankiem tego dnia.
Rycerz czubkiem miecza podważył wieka beczek, ukazując ich kolorową zawartość - była breja żółta, czerwona, zielona, niebieska, fioletowa i czarna.
- Który kolor wybierasz? - zapytał przyjaciela.
Johan nie potrafił się zdecydować. Dumał i dumał, ale mimo upływu czasu nie zbliżył się do podjęcia konkretnej decyzji. Dylemat rozstrzygnęła strzyga, która zaproponowała, aby Ulrich użył po trochu każdego barwnika. Pustelnik przyklasnął pomysłowi i w podziękowaniu za wybawienie od kłopotu polał sinozielonej mieszkance lasu dodatkową porcję jarzębinówki.
Co rusz pokrzepiając się kolejnymi łykami gorzałki, rycerz wziął się do roboty. Pierwsze dwie belki chaty zapaćkał na żółto. Odpady z farbiarni wgryzały się w drewno aż miło, barwiąc je szybko i równo. Kolejne dwie belki zyskały kolor czerwony, potem były dwie zielone i dwie niebieskie. Po domalowaniu dwóch fioletowych okazało się, że więcej belek nie ma. Pod koniec pracy malarz mocno chwiał się na nogach. Krytycznie spojrzał na swoje dzieło i z uznaniem pokiwał głową.
- Pięknie! - uznał i dla zaakcentowania podziwu dla samego siebie czknął donośnie, aż się echo poniosło po okolicy.
- Urliśśś! - syknęła strzyga. - Zssachowuj sssię!
Rycerskie czknięcie wyrwało z pijackiej drzemki porządnie nabzdryngolonego drzewiaka. Ze stęknięciem wstał z ziemi, zaszklonymi oczami przyjrzał się efektom malarskich popisów przyjaciela i oznajmił:
- Johan, masz teraz tęczową chatę.
- No! - Pustelnik ponownie się rozczulił i nie potrafił powiedzieć niczego więcej.
- A co zrobimy z czarnym barwnikiem? - zapytał Dębowy Dziadek.
Przez jakiś czas na polanie panowała cisza. Wypita w dużych ilościach gorzałka ewidentnie nie przyspieszała procesów myślowych. W końcu odezwała się strzyga:
- Może zsssrobimy jakiśśś napisss?
Zważywszy na to, że autorka pomysłu była niepiśmienna, propozycja zasługiwała na miano co najmniej osobliwej. Johan ponownie tego dnia wpadł w zachwyt. Po wychyleniu duszkiem kolejnego kubka jarzębinówki bełkotliwym głosem zaproponował nawet treść inskrypcji:
- Ulrich! Weź mi tu, synku, trzaśnij pas literek, które ułożą się w słowa, że gospodarz tej chaty serdecznie wita wszelkie istoty rozumne i przyjaźnie nastawione.
Rycerz umiał pisać i czytać, choć wiele razy powtarzał, że niechętnie para się tymi czynnościami. Na samą myśl o pisaniu tak wielu słów na jego czole pojawił się zimny pot.
- Johan, zlituj się! - stęknął. - Przecież to będzie pół dnia roboty. Poza tym miejsca nie wystarczy. I tak wszyscy wiedzą, że choć jesteś pustelnikiem, to lubisz mieć gości. Po co więc pisać oczywiste rzeczy?
Łysy jak kolano starzec stropił się wielce, bo w słowach przyjaciela było sporo racji. Dylemat związany z treścią napisu rozstrzygnął drzewiak:
- Skoro wszyscy wiedzą, że Johan, choć eremita, to jednak towarzyski, to może wystarczy skrót? Napisz, kto jest tu mile widziany, i tyle. To raptem kilka słów, do wieczora zdążysz i ręka zbytnio ci się nie zmęczy.
Rycerz odetchnął z ulgą. Przysunął beczkę z czarnym barwnikiem bliżej kolorowej ściany.
- To trzeba dobrze rozplanować - oznajmił z miną znawcy, choć gdyby ktoś zapytał go, skąd się na tym zna, nie mógłby odpowiedzieć w tej kwestii niczego konkretnego. - Tutaj napiszę, że Johan mile widzi ludzi. - Na jednej z belek pojawiła się litera L. - Tutaj gady.
Zanim ktoś zdążył zareagować, na kolejnej belce widniało G.
- Ale jak to gady? - Pustelnik nie krył zdziwienia.
Ulrich odwrócił się do przyjaciela i spojrzał na niego ze zmarszczonym czołem.
- Co ci nie pasuje? Nie lubisz gadów? Przecież strzyga jest z tego rodzaju.
Mieszkanka Wielkiego Boru wybałuszyła oczy ze zdziwienia i zapytała:
- Jessstem gadem?
- A nie jesteś?
- No... może i jessstem... - Po chwili zawahania lekceważąco machnęła ręką. - Csso zsssa róższnica?
- No widzisz? - strofował przyjaciela Ulrich. - Niepotrzebnie się czepiasz i dyskryminujesz mniejszości gatunkowe.
Skonfundowany pustelnik milczał, a rycerz był w swoim żywiole.
- Tu! - Wskazał ręką kolejną belkę. - Będzie B od bestii. - Widząc kolejne zdziwienie na pomarszczonej gębie Johana, wyjaśnił: - Dębowy Dziadek to bestia.
Drzewiak zakrztusił się przełykaną właśnie jarzębinówką. Kasłał i prychał, walcząc o spokojny oddech, nie mógł więc zaoponować wobec klasyfikacji istot rozumnych autorstwa Ulricha von Bauma herbu Tańczący Jeleń.
Coraz bardziej chwiejący się na nogach malarz kontynuował zaś wyjaśnienia:
- Wilkołak i włochacz to stwory. - Po tym stwierdzeniu, wbrew wypitej gorzałce, na moment zastygł w bezruchu. Na jego czole pojawiły się poprzeczne bruzdy, będące rzadkim świadectwem intensywnego myślenia. Powodem chwilowego zawieszenia był fakt, że zapomniał, jak wygląda litera S. - A chuj tam! - Postanowił iść na kompromis i namalował na belce drugą literę ze słowa "stwór". - No dobra, najłatwiejsze za nami, napis mamy rozplanowany. Teraz trzeba dokończyć poszczególne słowa.
- Ulrich, synu! - Johan podszedł do rycerza z dopiero co odkorkowanym antałkiem. - Napij się! Przecież nie godzi się tak malować o suchym pysku.
Poczęstowany skwapliwie przyssał się do szyjki. Kolejna porcja trunku sprawiła, że pod pełnym zapału malarzem rozjechały się nogi. Bezskutecznie próbując odzyskać równowagę, wykonał dwa kroki w bok. Na jego drodze znalazła się beczka z czarnym barwnikiem. Niefortunnie kopnięta, przewróciła się, wylewając zawartość, która szybko wsiąkła w ziemię. Ulrich wyłożył się jak długi i na tym skończyły się jego malarskie popisy. Leżący na ziemi, pijany w sztok rycerz zachrapał. Nikt nie miał mu tego za złe.
Tylko nieco mniej pijani Johan, drzewiak i strzyga jak zahipnotyzowani patrzyli na chatę pustelnika. Była obecnie w kolorach tęczy, a na jednej ze ścian widniały cztery wielkie, czarne litery: L, G, B, T.
- Trzeba to opić! - zasugerował pustelnik.
Nie było żadnych sprzeciwów.
TERAPIA
Ulrich von Baum siedział oparty o pień wiekowego dębu i zaszklonymi oczami patrzył na dogasające ognisko. Niemrawe płomyki pełgały niespiesznie, spopielając resztki ułożonych w stosik gałęzi. Lada moment powinny zniknąć, zostawiając na pamiątkę po sobie czerwony żar. Rycerz uwielbiał takie chwile. Przyjemnie szumiało mu w głowie, nigdzie się nie spieszył, niczego nie musiał robić. Z lubością wsłuchiwał się w przedwieczorne trele ptaków, wyczekiwał pierwszych sowich pohukiwań, co jakiś czas odruchowo przeganiał jakiegoś natrętnego komara. W wydychanym powietrzu rozchodziła się wyrazista woń jarzębinowej gorzałki, więc charakterystycznie brzęczących owadów nie było zbyt wiele. Większość krwiopijców wolała unikać obszaru skażonego oddechem rycerza.
Błogą sielankę przerwało pojawienie się na skraju polany dwóch jasnych punktów. Mimo że w żyłach Ulricha krążyła spora ilość mocnego trunku, nie stracił czujności. Ręka odruchowo zacisnęła się na rękojeści leżącego obok miecza, mięśnie napięły się w oczekiwaniu na gwałtowną walkę.
Jasne punkty były oczami - patrzyły na rycerza, tylko na krótkie chwile znikając podczas mrugania powiek. Ulrich nie lubił takich sytuacji. Poza tym jego cierpliwość nie należała do wielkich - wolał działać, być sprawcą wydarzeń, a nie biernie czekać na ich rozwój. Już miał się zerwać na nogi i rzucić kilka inwektyw pod adresem intruza, gdy właściciel ślepi się odezwał:
- Spokojnie! To ja, Helmut.
Wkrótce potem w słaby krąg światła rzucanego przez dogasające ognisko wszedł wilkołak. Kudłaty mieszkaniec lasu powoli zbliżył się do ognia i dorzucił kilka gałęzi. Po chwili w górę wystrzeliły podsycone na nowo płomienie. Początkowo były nieśmiałe, ale z upływem czasu radziły sobie z suchym drewnem coraz bardziej zuchwale. Na polanie zrobiło się jaśniej.
Helmut usiadł obok Ulricha i podobnie jak on oparł plecy o pień wielkiego dębu. Rycerz przez moment przyglądał się obliczu przyjaciela. Było paskudne - wydłużony pysk z wystającymi żółtymi kłami i szpiczaste uszy nie mogły podobać się żadnemu normalnemu człowiekowi. Ulrich widywał jednak pysk wilkołaka wielokrotnie wcześniej, przywykł więc do jego brzydoty. Potrafił też co nieco orientować się w nastrojach Helmuta i odniósł wrażenie, że ten jest przygnębiony. Jedna z ulubionych mądrości ludowych, którą zwykł często cytować, głosiła, że na frasunek najlepszy jest trunek. Bez słowa wyciągnął z podróżnego worka pękatą flaszkę i podał ją mieszkańcowi lasu.
Helmut z wdzięcznością przyjął podarunek, odkorował naczynie i pociągnął kilka łyków. Ta partia wyrobu Johana była wyjątkowo udana - jej moc na kilka chwil pozbawiała władzy nad strunami głosowymi. Rycerz odczekał stosowny moment i zapytał:
- Co cię trapi, przyjacielu?
Wilkołak odchrząknął i odpowiedział:
- Chyba mam depresję.
Ulrich wielokrotnie wcześniej słyszał o różnych chorobach umysłowych, ale nie znał się na nich ani trochę. Wszelakiego rodzaju pomyleńców obchodził szerokim łukiem, jakby przy okazji byli też trędowaci. Wiedział, że odchyleniami umysłowymi nie można się zarazić, ale kolejna mądrość ludowa twierdziła, że kto z kim przestaje, takim się staje. A wariatem rycerz nie zamierzał zostać z całą pewnością. Sytuacja, w której się znalazł, zmusiła go jednak do odstępstw od dotychczasowych nawyków. Nie mógł przecież wstać i odejść. To byłoby nie w porządku wobec przyjaciela. Chciał czy nie chciał - musiał zmierzyć się z depresją wilkołaka. Wziął z jego rąk flaszkę, napił się z niej, odsapnął i zapytał:
- Jesteś pewny, że to depresja, a nie na przykład zaparcie?
Helmut z natury skłonny był do szybkich i agresywnych reakcji na najmniejsze nawet zaczepki. Tym razem jednak nie zareagował zgodnie z przewidywaniami. Smętnie zwiesił głowę i odpowiedział:
- Nie mam zaparcia. Uprzedzając twoje następne pytanie: biegunki też nie. Nie walnąłem głową w jakiś niski konar, niedomogów w zakresie działania kuśki też nie stwierdziłem. Mam depresję.
- No i pięknie! - prychnął człowiek z lekkim sarkazmem. - A jak ci się ona objawia?
Wilkołak ciężko westchnął, pociągnął łyk jarzębinówki z ponownie podetkniętej mu pod pysk butelki i kiedy odzyskał głos, powiedział:
- Jest kilka objawów. Nie chce mi się ganiać za sarnami. Nie straszę po nocach wiejskich dziewuch, przestałem wyć do księżyca - wyliczał smutnym głosem. - Nawet już nie dbam o siebie.
W tej ostatniej kwestii Ulrich mógł mu jedynie przytaknąć. Nie miał bladego pojęcia, jak wilkołaki o siebie dbają. Myć się pewnie jakoś myją. Ale jak często? Myją się całe czy tylko wybrane partie? Rozczesują futro zgrzebłem po tych ablucjach? Wcierają coś w nie? Nie znał odpowiedzi na te pytania i tak naprawdę nie chciał ich znać. Nie dał więc przyjacielowi szansy na rozwinięcie wątku zaniedbań w zakresie higieny własnej i czym prędzej zapytał:
- Od kiedy tak masz?
- Już ze dwa miesiące tak się czuję.
- Uch! - Ulrich skomentował usłyszaną informację z wyraźnym przejęciem. - To nie w kij pierdział! - chwilę później dodał fachową opinię.
Przyjaciele przez jakiś czas raczyli się gorzałką w milczeniu. We flaszce, choć była pękata, wkrótce pokazało się dno. Nie świadczyło to jednak o tym, że zabrakło trunku. Podobnie jak człowiek, wilkołak także nie lubił wędrować po Wielkim Borze o suchym pysku. Z podróżnego wora wyjął zgrabny antałek i z wprawą go odkorkował. Na polanie rozszedł się ostry zapach spirytusu drzewnego, który skutecznie odegnał nawet najbardziej natrętne komary.
- Widzę, że po drodze odwiedziłeś Dębowego Dziadka - stwierdził Ulrich, bez trudu rozpoznając charakterystyczny aromat.
- Tak, ale niestety nie potrafił mi pomóc. Na pocieszenie dał mi ten antałek i wysłał do strzygi.
- A strzyga co?
Helmut wzruszył ramionami.
- A bo to nie znasz tej bladosinej maszkary? Albo poluje, albo szuka chętnego do bzykania. Kiedy ją spotkałem, była świeżo po udanych łowach. Opita krwią łani po czubki uszu myślała tylko o jednym. Przekonywała mnie, że najlepszym lekarstwem na wszystkie problemy, z depresją włącznie, jest ostre rżnięcie.
Ulrich przeciągle spojrzał na przyjaciela, bojąc się zadać błąkające się mu po głowie pytanie. Ostatecznie okazało się, że nie musiał go zadawać. Helmut westchnął bowiem kolejny raz i próbę wyleczenia depresji poprzez kopulację skomentował jednym zdaniem:
- Nie miała, zdzira, racji.
- A po strzydze przyszedłeś do mnie?
- Tak.
- Hmm... - Zamyślił się rycerz.
Pół antałka spirytusu drzewnego później, choć mocno plątał mu się język, Ulrich przerwał przedłużającą się niezręczną ciszę i oznajmił:
- Ja niczego tu nie wymyślę. Dopijmy ten zajzajer i kładźmy się spać. Jutro pójdziemy do Johana. Jeśli ktoś ma szansę wyleczyć cię z depresji, to tylko on.
***
Johan zasępił się na wieść o problemie wilkołaka. Uważał się za znachora samouka, ale to, co wiedział, odnosiło się do człowieka. Nie miał pojęcia, czy przez analogię podziała także na mieszkańca Wielkiego Boru. Równie dobrze wszystkie ewentualnie podjęte działania lecznicze w takim przypadku mogły mieć odwrotny skutek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji