W pogoni za śmiercią - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Mor­der­stwo jest pracą do wyko­na­nia. Śmierć sta­nowi poważny obo­wią­zek dla mor­dercy, dla ofiary, dla tych, któ­rzy ją prze­żyją. Rów­nież dla tych, któ­rzy potem repre­zen­tują lub zastę­pują zmar­łego. Niektó­rzy solid­nie przy­kła­dają się do tej pracy, inni trak­tują ją z lek­ce­wa­że­niem.

Nie­któ­rzy zaś wkła­dają w nią całą duszę.

Na codzienny poranny spa­cer Wal­ter C. Pet­ti­bone wycho­dził z miesz­ka­nia przy Park Ave­nue w bło­giej nie­świa­do­mo­ści faktu, że ma przed sobą ostat­nie godziny życia. Był krzep­kim sześć­dzie­się­cio­lat­kiem i zręcz­nym biz­nes­me­nem, który pomno­żył i tak nie­mały mają­tek rodziny na kwia­tach i sen­ty­men­tach.

Był bogaty, zdrowy, a przed ponad rokiem przy­gru­chał sobie młodą jasno­włosą żonę, która sek­su­al­nymi ape­ty­tami mogła się rów­nać z suką dober­mana w okre­sie cieczki, za to rozumu nie miała ani tro­chę.

Wal­ter C. Pet­ti­bone uwa­żał, że świat, w któ­rym się obraca, jest aku­rat taki, jaki powi­nien być.

Miał zaj­mu­jącą pracę i dwoje dzieci z pierw­szego mał­żeń­stwa, ocze­ku­ją­cych na prze­ję­cie inte­resu, który ich ojciec prze­jął po swoim rodzi­cielu. Utrzy­my­wał wystar­cza­jąco poprawne sto­sunki ze swoją byłą żoną -?uczciwą, roz­sądną kobietą -?a syn i córka wyro­śli na sym­pa­tycz­nych, inte­li­gent­nych ludzi i dawali mu liczne powody do dumy i satys­fak­cji.

Miał też wnuka, który był jego oczkiem w gło­wie.

Latem 2059 roku Świat Kwia­tów był poważ­nym mię­dzy­ga­lak­tycz­nym biz­ne­sem z kwia­cia­rzami, ogrod­ni­kami, biu­rami i cie­plar­niami zarówno na Ziemi, jak i w kosmo­sie.

Wal­ter uwiel­biał kwiaty. Nie tylko dla­tego, że dawały zysk. Kochał ich zapach, barwy, fak­turę, urodę liści i kwie­cia, podzi­wiał sam cud ich ist­nie­nia.

Każ­dego ranka odwie­dzał kil­koro kwia­cia­rzy, by spraw­dzić wybór towaru, obej­rzeć, jak go wyeks­po­no­wano... lecz rów­nież po to, by nacie­szyć się pięk­nymi zapa­chami, tro­chę poga­dać, a przede wszyst­kim spę­dzić czas wśród kwia­tów i kocha­ją­cych je ludzi.

Dwa razy w tygo­dniu był na nogach już przed świ­tem i uda­wał się na giełdę ogrod­ni­czą w śród­mie­ściu. Prze­cha­dzał się tam i podzi­wiał kwiaty, skła­dał zamó­wie­nia, cza­sem coś kry­ty­ko­wał.

Przez ostat­nie pół wieku rzadko zda­rzało mu się uczy­nić wyłom w tym sche­ma­cie czyn­no­ści, które ni­gdy go nie męczyły. Tego dnia po spę­dze­niu około godziny wśród kwia­tów wybie­rał się do biura. Miał zamiar zaba­wić tam dłu­żej niż zwy­kle, by zosta­wić żonie dość czasu i prze­strzeni na dokoń­cze­nie przy­go­to­wań do uro­dzi­no­wego przy­ję­cia na jego cześć. Na myśl o tym zachi­cho­tał pod nosem.

To słod­kie maleń­stwo nie umia­łoby zacho­wać tajem­nicy nawet wtedy, gdyby spięło sobie usta biu­ro­wym zszy­wa­czem. Wal­ter wie­dział o przy­ję­ciu od tygo­dni i cze­kał na ten wie­czór z iście dzie­cię­cym entu­zja­zmem. Natu­ral­nie musiał udać zasko­cze­nie, więc z samego rana prze­ćwi­czył przed lustrem różne zdu­mione miny. A tym­cza­sem wypeł­niał swoje codzienne obo­wiązki z uśmie­chem, zazna­czo­nym lek­kim unie­sie­niem kąci­ków ust, i nie miał zie­lo­nego poję­cia, jak wiel­kie zasko­cze­nie go spo­tka.

* * *

Eve miała wra­że­nie, że w życiu nie czuła się lepiej. Wypo­częta, nała­do­wana ener­gią, roz­ru­szana i roz­luź­niona, przy­go­to­wy­wała się do pierw­szego dnia w pracy po cudow­nie bez­tro­skich dwóch tygo­dniach urlopu, pod­czas któ­rych naj­bar­dziej wytrą­ca­jącą z rów­no­wagi decy­zją, jaką musiała pod­jąć, był wybór mię­dzy jedze­niem a spa­niem.

Naj­pierw tydzień w mek­sy­kań­skiej willi, a potem tydzień na pry­wat­nej wyspie. A w obu miej­scach nie bra­ko­wało oka­zji do opa­la­nia się, seksu i miłych drze­mek.

Roarke jesz­cze raz miał rację. Potrze­bo­wali czasu dla sie­bie, żeby pobyć razem. Tylko we dwoje. Oboje mieli rany, które musiały się zabliź­nić. A gdyby samo­po­czu­cie Eve tego ranka miało być wskaź­ni­kiem, to waka­cje speł­niły swoje zada­nie.

Sta­nęła przed gar­de­robą, marsz­cząc czoło na widok mnó­stwa stro­jów, któ­rych jej przy­było, odkąd wyszła za mąż. Coś się nie zga­dzało, choć chyba nie dla­tego, że przez więk­szą część ostat­nich dwóch tygo­dni para­do­wała nago bądź pół­nago. Wyglą­dało na to, że jej męż­czy­zna znów dys­kret­nie wzbo­ga­cił zasoby w gar­de­ro­bie.

Wyjęła długą nie­bie­ską suk­nię z sze­lesz­czą­cego, mie­nią­cego się mate­riału.

-?Czy ja to już kie­dyś widzia­łam?

-?To twoja szafa. -?W dru­giej czę­ści sypialni Roarke z fili­żanką kawy w dłoni prze­glą­dał infor­ma­cje gieł­dowe na ścien­nym ekra­nie. Mimo to zer­k­nął w stronę żony. -?Jeśli pla­nu­jesz wło­żyć dzi­siaj tę suk­nię, to zaszo­ku­jesz kry­mi­na­li­stów w całym mie­ście.

-?W gar­de­ro­bie jest wię­cej ubrań niż dwa tygo­dnie temu.

-?Naprawdę? Cie­kawe, jak to się stało.

-?Prze­stań kupo­wać mi góry stro­jów.

Roarke wycią­gnął rękę, chcąc pogła­skać Gala­hada, ale kot odwró­cił łeb. Od ich powrotu poprzed­niego wie­czoru jesz­cze nie prze­stał być obra­żony.

-?Dla­czego?

-?Bo to jest krę­pu­jące -?bąk­nęła i zaczęła szu­kać cze­goś sto­sow­nego do wło­że­nia.

Roarke tylko się do niej uśmiech­nął, patrząc, jak wkłada górę bez ręka­wów i spodnie na smu­kłe ciało, któ­rego wła­ści­wie ani na chwilę nie prze­sta­wał pożą­dać.

Opa­liła się na bla­do­zło­ci­sty odcień, a w jej krót­kich, kasz­ta­no­wych wło­sach poja­wiły się od słońca jaśniej­sze pasemka. Ubrała się szybko, oszczęd­nymi ruchami, jak kobieta, która nie­wiele myśli o modzie. Pew­nie dla­tego nie mógł oprzeć się poku­sie zasy­py­wa­nia żony wytwo­rami mody.

Pomy­ślał, że pod­czas ich wspól­nego urlopu Eve wypo­częła. Z każdą godziną, z każ­dym dniem widział, jak coraz mniej jest na jej twa­rzy śla­dów zmę­cze­nia i trosk. Nawet teraz jej oczy koloru whi­sky lśniły, a na pocią­głej, ład­nej twa­rzy wid­niały rumieńce.

Gdy moco­wała kaburę pod pachą, na jej sze­ro­kich ustach poja­wił się gry­mas; naj­wy­raź­niej porucz­nik Eve Dal­las wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków. I znowu mogła roz­sta­wiać wszyst­kich po kątach.

-?Cie­kawe, co takiego jest w uzbro­jo­nej kobie­cie, że mnie pod­nieca?

Zmie­rzyła go wzro­kiem, po czym się­gnęła do szafy po lekki żakiet.

-?Wybij to sobie z głowy. Nie zamie­rzam się spóź­nić do pracy pierw­szego dnia po urlo­pie tylko dla­tego, że masz zastój w inte­re­sie.

O, tak, pomy­ślał, wsta­jąc. Zde­cy­do­wa­nie wró­ciła.

-?Kochana Eve... -?powie­dział, ale omal się nie wzdry­gnął. -?Nie ten żakiet.

-?Jak to? -?Znie­ru­cho­miała z ramie­niem wło­żo­nym do połowy w rękaw. - Nadaje się na lato i zakrywa broń.

-?Ale nie pasuje ci do spodni. -?Pod­szedł do szafy, zaj­rzał do środka i wydo­był inny żakiet, wcale nie grub­szy, za to ide­al­nie zgrany kolo­ry­stycz­nie ze spodniami khaki. -?Ten jest wła­ściwy.

-?Nikt mnie nie będzie fil­mo­wał na wideo. -?Posłusz­nie jed­nak zmie­niła okry­cie, bo było to znacz­nie łatwiej­sze niż tocze­nie sporu.

-?O, popatrz. -?Zanur­ko­wał do szafy jesz­cze raz i wydo­był z niej parę skó­rza­nych pół­bu­ci­ków w odcie­niu świe­żego kasz­tana.

-?Skąd to masz?

-?Od ducha tej szafy.

Podejrz­li­wie im się przyj­rzała i obma­cała czubki od środka.

-?Nie potrze­buję nowych butów. Mam stare, już roz­dep­tane.

-?Bar­dzo sub­tel­nie to nazwa­łaś. Przy­mierz te, pro­szę.

-?I tak zaraz je wykoń­czę -?mruk­nęła, ale usia­dła na porę­czy sofy i zaczęła je wzu­wać. Były mię­ciut­kie i ide­al­nie dopa­so­wane. Stwier­dziw­szy to, spoj­rzała na męża jesz­cze bar­dziej podejrz­li­wie. Praw­do­po­dob­nie kazał wyko­nać je ręcz­nie w jed­nej ze swych nie­zli­czo­nych fabryk. Nie­wąt­pli­wie też pół­bu­ciki kosz­to­wały wię­cej, niż nowo­jor­ski glina może zaro­bić przez dwa mie­siące. -?Jak wytłu­ma­czysz to, że duch dosko­nale zna roz­miar mojej stopy?

-?Rewe­la­cyjny facet.

-?Pew­nie nie ma sensu mu mówić, że poli­cjantka nie potrze­buje dro­gich pół­bu­tów, kiedy włó­czy się za podej­rza­nym, zmyka, gdzie pieprz rośnie albo kop­nia­kiem wywala drzwi. Trud jakiejś wło­skiej mniszki nie­chyb­nie idzie wtedy na marne.

-?Och, on wie swoje. -?Roarke pogła­skał żonę po gło­wie i przy oka­zji deli­kat­nie pocią­gnął ją za włosy, żeby spoj­rzała mu w oczy. -?A w dodatku darzy cię uwiel­bie­niem.

Wciąż ogar­niała ją dziwna sła­bość, gdy sły­szała takie kom­ple­menty i przy­glą­dała się twa­rzy wypo­wia­da­ją­cego je Roarke'a. Czę­sto zasta­na­wiała się, czy nie zako­chała się wła­śnie w jego oczach, figlar­nych i nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skich.

-?Jesteś cho­ler­nie ładny. -?Nie zamie­rzała tego powie­dzieć, więc aż pod­sko­czyła, sły­sząc wła­sny głos. Zoba­czyła sze­roki uśmiech wykwi­ta­jący na twa­rzy męża, która swą wyra­zi­sto­ścią i uwo­dzi­ciel­skimi ustami poety mogłaby inspi­ro­wać mala­rzy i rzeź­bia­rzy.

Młody irlandzki Bóg -?to byłby wła­ściwy tytuł dzieła. Czyż bowiem bogo­wie nie są uwo­dzi­ciel­scy, bez­względni i upo­jeni swoją wła­dzą?

-?Muszę iść. -?Szybko wstała, ale ponie­waż się nie odsu­nął, wpa­dli na sie­bie. -?Roarke...

-?Cóż, oboje wra­camy do rze­czy­wi­sto­ści. Ale... -?Prze­su­nął dłońmi po jej bokach dłu­gim, zabor­czym ruchem, który przy­po­mniał jej z nie­zwy­kłą dokład­no­ścią, jak potra­fią pie­ścić te zręczne palce. -?Myślę, że powin­naś odpu­ścić sobie jesz­cze chwilę i poca­ło­wać mnie na do widze­nia.

-?Chcesz, żebym poca­ło­wała cię na do widze­nia?

-?Zde­cy­do­wa­nie. -?Usły­szała w jego tonie miły zaśpiew, czę­ściowo spo­wo­do­wany irlandz­kim akcen­tem, a czę­ściowo roz­ba­wie­niem.

Prze­krzy­wiła głowę.

-?Dobrze. -?Bły­ska­wicz­nym ruchem wsu­nęła ręce w jego smo­li­ste włosy, które pra­wie się­gały ramion, i zaci­ska­jąc dło­nie, zło­żyła na jego ustach poca­łu­nek.

Poczuła, że serce Roarke'a zabiło moc­niej, tak samo jak jej. Sły­sząc pomruk zado­wo­le­nia, lekko przy­szczy­pała mu wargę zębami i pozwo­liła sobie na małą igraszkę języ­ków.

Prze­rwała poca­łu­nek tak samo nagle, jak go zaczęła, i natych­miast ener­gicz­nie odsu­nęła się poza zasięg ramion męża.

-?Do zoba­cze­nia, asie! -?zawo­łała od progu.

-?Spo­koj­nego dnia, pani porucz­nik. -?Głę­boko ode­tchnął i z powro­tem usiadł na sofie. -?Cie­kawe -?zwró­cił się do kota -?ile będzie mnie kosz­to­wało odzy­ska­nie two­jej przy­jaźni.

* * *

W komen­dzie poli­cji Eve wsko­czyła na pochyl­nię pro­wa­dzącą do wydziału zabójstw. To zro­biw­szy, głę­boko zaczerp­nęła tchu. Nie było tu dra­ma­tycz­nej sce­ne­rii kli­fów zachod­niego Mek­syku ani aro­ma­tycz­nej bryzy tro­pi­kal­nych wysp, ale musiała przy­znać, że stę­sk­niła się za tym oto­cze­niem. Tu pach­niało potem, luro­watą kawą i środ­kami czysz­czą­cymi, lecz przede wszyst­kim powie­trze iskrzyło ener­gią, która powsta­wała w star­ciach gli­nia­rzy z prze­stęp­cami.

Urlop wyostrzył zmy­sły Eve na zna­jome oznaki: niski szmer wielu jed­no­cze­śnie mówią­cych gło­sów, nie­ustanne, choć mało zhar­mo­ni­zo­wane pobrzę­ki­wa­nie łączy i komu­ni­ka­to­rów, tłumy ludzi w biegu, mają­cych pilne sprawy do zała­twie­nia.

Usły­szała soczy­stą wią­zankę, którą ktoś wyrzu­cił z sie­bie tak ener­gicz­nie, że słowa zlały się w jedno.

Witaj w domu, pomy­ślała i z zado­wo­le­niem wes­tchnęła.

Zanim poznała męża, miej­sce pracy było dla niej domem, całym życiem, czymś, co nada­wało sens ist­nie­niu. Zresztą nawet teraz, gdy była z Roar­kiem, a może wła­śnie dla­tego, że już go miała, miej­sce pracy pozo­stało ważną czę­ścią jej osoby.

Kie­dyś była ofiarą, bez­radną, wyko­rzy­sty­waną i zała­maną. Teraz prze­dzierz­gnęła się w wojow­niczkę.

Wtar­gnęła do sali detek­ty­wów gotowa do każ­dej walki.

Inspek­tor Baxter pod­niósł głowę znad papie­rów, wydał prze­cią­gły gwizd i osten­ta­cyj­nie zamru­gał.

-?Huuu, Dal­las! Ja cię kręcę!

-?Że co? -?Zasko­czona obej­rzała się przez ramię, wnet jed­nak uświa­do­miła sobie, że lubieżny uśmiech kolegi jest prze­zna­czony spe­cjal­nie dla niej. -?Jesteś cho­rym face­tem, Baxter. Ale dobrze się prze­ko­nać, że nic się nie zmie­niło. To pod­nosi na duchu.

-?Nie­przy­tom­nie się odpi­co­wa­łaś. -?Wstał i obszedł zesta­wione biurka. - Ład­nie -?dodał, ujmu­jąc w palce klapę jej żakietu. -?Jesteś jak z żur­nala, Dal­las. Zawsty­dzasz nas, śmier­tel­ni­ków.

-?To przez ten żakiet -?bąk­nęła skon­ster­no­wana. -?Daj spo­kój.

-?O, i jesteś opa­lona. Cie­kawe, czy cała.

Uśmiech­nęła się iro­nicz­nie.

-?Mam cię kop­nąć w tyłek?

Pogro­ził jej pal­cem, wyraź­nie zado­wo­lony z sie­bie.

-?A tu co masz? -?Zmie­szana Eve unio­sła ręce do uszu, Baxter zaś zamru­gał tak, jakby spo­tkała go wielka nie­spo­dzianka. -?Zdaje mi się, że to się nazywa kol­czyki. W dodatku są ładne.

Nawet zapo­mniała, że je wło­żyła.

-?Czyżby w cza­sie, gdy mnie nie było, prze­stęp­czość spa­dła do zera, że masz czas stać nade mną i komen­to­wać mój strój?

-?Po pro­stu jestem oszo­ło­miony, pani porucz­nik. Abso­lut­nie oszo­ło­miony tym poka­zem mody. Nowe buty?

-?Wypchaj się. -?Odwró­ciła się do niego ple­cami, a on wybuch­nął śmie­chem.

-?Aha, teraz mam tyły -?oświad­czył, co spo­tkało się z gło­śną apro­batą kole­gów.

Młoty, pomy­ślała, idąc do swo­jego pokoju. W nowo­jor­skim Depar­ta­men­cie Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa pra­cuje banda mło­tów.

Jezu, ale się za nimi stę­sk­niła.

Weszła do swo­jego pokoju, ale krok za pro­giem sta­nęła jak wryta i wytrzesz­czyła oczy.

Jej biurko było posprzą­tane. Co wię­cej, lśniło czy­sto­ścią. Zresztą całe pomiesz­cze­nie było nie­ska­zi­telne. Zupeł­nie jakby ktoś przy­szedł z wiel­kim odku­rza­czem i wessał cały zgro­ma­dzony tu kurz, a potem wypu­co­wał to, co zostało. Podejrz­li­wie prze­su­nęła kciu­kiem po ścia­nie. Tak, farba była nie­wąt­pli­wie świeża.

Mru­żąc oczy, kon­ty­nu­owała inspek­cję. Pokój był cia­sny, z jed­nym nędz­nym oknem, zagra­co­nym -?teraz odświe­żo­nym do nie­po­zna­nia -?biur­kiem i dwoma krze­słami, które w każ­dej chwili mogły ska­le­czyć wysta­jącą sprę­żyną. Kar­to­teka rów­nież została odczysz­czona na błysk. Stała na niej bujna roślina w doniczce.

Wydaw­szy okrzyk nie­po­koju, Eve rzu­ciła się do kar­to­teki i szarp­nię­ciem otwo­rzyła szu­fladę.

-?Wie­dzia­łam, no, wie­dzia­łam! Sukin­syn znowu mnie obra­bo­wał.

-?Co się stało, pani porucz­nik?

Eve ze zło­ścią odwró­ciła głowę. Na progu stała jej asy­stentka w sztyw­nym od kroch­malu mun­du­rze, tak samo schludna jak odno­wiony pokój.

-?Chrza­niony zło­dziej sło­dy­czy znowu dobrał się do mojej skrytki.

Peabody wydęła wargi.

-?Mia­łaś cukierki w kar­to­tece? -?Prze­krzy­wiła głowę. -?Pod M?

-?M jak moje, do dia­bła! -?Ziry­to­wana Eve zatrza­snęła szu­fladę. - Zapo­mnia­łam je zabrać przed wyjaz­dem. Co tu się, u dia­bła, stało, Peabody? Musia­łam prze­czy­tać tabliczkę na drzwiach, żeby prze­ko­nać się, że tra­fi­łam do swo­jego pokoju.

-?Ponie­waż wyje­cha­łaś, nada­rzyła się oka­zja, żeby wszystko posprzą­tać i odma­lo­wać. Było tu już dość obskur­nie.

-?Ja tam byłam do tego przy­zwy­cza­jona. Gdzie są moje rze­czy? -?spy­tała Eve sta­now­czo. -?Mia­łam tu teczki z zale­głymi papie­rami, różne wyniki z labo­ra­to­rium i raporty tech­ni­ków w spra­wie Dun­wo­oda na wypa­dek, gdy­bym przy­szła na chwilę pod­czas urlopu.

-?Wszystko zała­twione. Wypeł­ni­łam zale­głe papiery, a raporty w spra­wie Dun­wo­oda odło­ży­łam do akt. -?Peabody uśmiech­nęła się cie­pło. Uśmiech odbił się także w jej ciem­nych oczach. -?Mia­łam tro­chę wol­nego czasu.

-?Odwa­li­łaś całą papier­kową robotę?

-?Tak jest, pani porucz­nik.

-?I kaza­łaś odno­wić mój pokój?

-?Mia­łam wra­że­nie, że po kątach gnieź­dzi się za dużo wie­lo­ko­mór­ko­wych orga­ni­zmów. Już nie żyją.

Eve powoli wci­snęła dło­nie do kie­szeni i prze­nio­sła cię­żar ciała na pięty.

-?Nie chcesz chyba w ten spo­sób powie­dzieć, że kiedy jestem w pracy, nie daję ci czasu na zaję­cie się codzien­nymi spra­wami.

-?Skądże znowu. Witaj po urlo­pie, Dal­las. Ho, ho... Wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie. I masz świetną kre­ację.

Eve głę­boko ode­tchnęła i usia­dła za biur­kiem.

-?Jak ja zwy­kle wyglą­dam, do cho­lery?!

-?Czy to jest pyta­nie reto­ryczne?

Eve przyj­rzała się twa­rzy asy­stentki, kwa­dra­to­wej, z gru­bymi rysami i czarną czapą wło­sów dookoła.

-?Wła­śnie pró­buję usta­lić, czy bra­ko­wało mi two­jej pyska­tej gęby. Nie - stwier­dziła po chwili. -?Co to, to nie.

-?No, no, jestem pewna, że było ina­czej. Ale się opa­li­łaś. Musia­łaś spę­dzić mnó­stwo czasu na słońcu.

-?Na to wygląda. A co z tobą, Peabody?

-?Jak to co?

-?Opa­le­ni­zna, Peabody. Cho­dzisz do sola­rium?

-?Nie, opa­li­łam się na Bimini.

-?Masz na myśli tę wyspę? Co tam, u dia­bła, robi­łaś?

-?Och, prze­cież wiesz... byłam na urlo­pie tak samo jak ty. Roarke zasu­ge­ro­wał, że skoro wyjeż­dżasz, to może i ja powin­nam wziąć tydzień wol­nego...

Eve unio­sła dłoń.

-?Roarke zasu­ge­ro­wał?

-?Tak. Uznał, że możemy wyko­rzy­stać z McNa­bem prze­stój, więc...

Eve poczuła, że zaczyna jej drgać mię­sień pod okiem. To była u niej typowa reak­cja na myśl o Peabody i tym przy­stoj­niaczku z wydziału elek­tro­niki.

Bro­niąc się przed tikiem, przy­ci­snęła dwa palce do policzka.

-?Ty i McNab. Na Bimini. Razem.

-?Och, chyba rozu­miesz. Musimy spraw­dzić, na ile do sie­bie pasu­jemy, więc pomysł wydał nam się bar­dzo atrak­cyjny. Kiedy Roarke powie­dział, że możemy sko­rzy­stać z jego trans­portu i wybrać się do jego posia­dło­ści na Bimini, nie zasta­na­wia­li­śmy się długo.

-?Jego trans­port. Jego posia­dłość na Bimini. -?Eve poczuła pul­so­wa­nie mię­śnia pod pal­cami.

Peabody zalśniły oczy. Zapo­mniała się do tego stop­nia, że przy­sia­dła na biurku.

-?Rany, Dal­las, było super. Jak w pałacu. Tam jest basen z wodo­spa­dem, narty wodne, samo­chody tere­nowe. A w sypialni pana domu jest rewe­la­cyjne łoże, mniej wię­cej wiel­ko­ści Saturna...

-?Nie chcę słu­chać o łożu.

-?A poza tym to jest pry­watna posia­dłość, mimo że na samym brzegu, więc przez pół pobytu para­do­wa­li­śmy tam nagu­sieńcy jak małpy.

-?O tym też nie chcę słu­chać.

Peabody wypchnęła poli­czek języ­kiem.

-?Cza­sem byli­śmy tylko pół­na­dzy. Zresztą -?dodała, zanim Eve zdą­żyła na nią krzyk­nąć -?to była czy­sta magia. Chcia­ła­bym dać Roarke'owi jakiś dzięk­czynny pre­zen­cik. Ale ponie­waż on ma dosłow­nie wszystko, jestem tro­chę bez­radna. Pomy­śla­łam, że pomo­żesz mi coś wymy­ślić.

-?Co to, komenda poli­cji czy klub towa­rzy­ski?

-?Nie żar­tuj, Dal­las. Wszy­scy mamy tu roboty po uszy. -?Peabody uśmiech­nęła się z nadzieją. -?Pomy­śla­łam, że może dam mu narzutę zro­bioną przez moją matkę. Wiesz, ona zaj­muje się tkac­twem i naprawdę dobrze jej to idzie. Czy spodo­bałby mu się taki pre­zent?

Eve gło­śno wypu­ściła powie­trze.

-?On nie ocze­kuje pre­zen­tów. To nie jest konieczne.

-?Mia­łam naj­lep­sze waka­cje w życiu. Chcę, żeby wie­dział, jak bar­dzo mu jestem wdzięczna. To dla mnie wiele zna­czyło, że o tym pomy­ślał.

-?O, tak, on zawsze myśli. -?Wbrew sobie Eve jed­nak zmię­kła. -?W każ­dym razie ręczna robota na pewno sprawi mu wielką frajdę.

-?Naprawdę? To świet­nie. Wobec tego dziś wie­czo­rem zadzwo­nię do matki.

-?No, skoro już się przy­wi­ta­ły­śmy, Peabody, to powiedz, czy nie czas wziąć się do pracy.

-?Chwi­lowo jest posu­cha.

-?Przy­nieś mi wobec tego jakieś teczki z nie­roz­wią­za­nymi spra­wami.

-?Masz na myśli jakąś kon­kretną?

-?Decy­zja należy do cie­bie. Muszę mieć coś do roboty.

-?Jasne. -?Peabody ruszyła do drzwi, ale po dro­dze przy­sta­nęła. -?Wiesz, co jest fajne w wyjaz­dach? To, że się z nich wraca.

* * *

Przed­po­łu­dnie Eve spę­dziła na wer­to­wa­niu nie­wy­ja­śnio­nych przy­pad­ków i wypa­try­wa­niu wąt­ków, które być może zostały prze­oczone, na doszu­ki­wa­niu się czyn­no­ści śled­czych, któ­rych nie wyko­nano. Naj­bar­dziej zain­te­re­so­wała ją sprawa nie­ja­kiej Mar­shy Stibbs, dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej kobiety, którą mąż, Boyd, po powro­cie z wyjazdu służ­bo­wego zna­lazł uto­pioną w wan­nie.

Pozor­nie wyglą­dało to na jeden z tra­gicz­nych i typo­wych wypad­ków, jakie zda­rzają się w domach, dopóki z raportu leka­rza sądo­wego nie wyni­kło, że kobieta wcale nie uto­nęła, lecz stra­ciła życie, zanim jesz­cze zanu­rzono ją w kąpieli.

Ponie­waż tra­fiła do wanny z roz­trza­skaną czaszką, bez wąt­pie­nia nie mogła się zna­leźć w pach­ną­cej pia­nie z wła­snej woli.

Detek­tyw zna­lazł dowody na to, że Mar­sha miała romans. W szu­fla­dzie z bie­li­zną ofiary był ukryty pakie­cik miło­snych listów sygno­wa­nych literą C. Ich treść była pod wzglę­dem sek­su­al­nym zupeł­nie jed­no­znaczna, zresztą autor bła­gał Mar­shę, by roz­wio­dła się z mężem i zde­cy­do­wała na ucieczkę.

Według akt, obec­ność listów i ich zawar­tość wstrzą­snęła nie tylko mężem, lecz rów­nież wszyst­kimi zna­jo­mymi ofiary, któ­rych prze­słu­chi­wano. Alibi męża było nie do pod­wa­że­nia, a wyniki prze­słu­chań na miej­scu potwier­dzały jego wer­sję.

Boyd Stibbs, regio­nalny przed­sta­wi­ciel firmy han­dlu­ją­cej arty­ku­łami spor­to­wymi, był według wszel­kich zna­ków na nie­bie i ziemi bar­dzo typo­wym Ame­ry­ka­ni­nem, zara­bia­ją­cym nieco powy­żej prze­cięt­nej. Oże­nił się sześć lat temu z dziew­czyną z col­lege'u, która potem zaczęła pra­co­wać w dziale zaku­pów wiel­kiego super­mar­ketu. W nie­dzielę lubił pograć w fut­bol, nie pił, nie upra­wiał hazardu i nie miał kło­po­tów z prze­strze­ga­niem prawa. W jego życio­ry­sie nie było też epi­zo­dów zwią­za­nych z prze­mocą, co wię­cej, dobro­wol­nie pod­dał się prze­słu­cha­niu za pomocą wykry­wa­cza kłamstw i pora­dził sobie śpie­wa­jąco.

Byli bez­dzietni, miesz­kali w cichym miesz­ka­niu na West Side, mieli wąski krąg przy­ja­ciół i aż do chwili tra­gicz­nej śmierci Mar­shy wyka­zy­wali wszel­kie cechy szczę­śli­wego, solid­nego mał­żeń­stwa.

Śledz­two było dro­bia­zgowe, sta­ranne i pełne. A jed­nak nie udało się odna­leźć jakie­go­kol­wiek śladu rze­ko­mego kochanka ukry­wa­ją­cego się pod literą C.

Eve połą­czyła się z asy­stentką.

-?Do roboty, Peabody. Postu­kamy ludziom do drzwi. -?Wsa­dziła teczkę z aktami do torby, wzięła żakiet z opar­cia krze­sła i opu­ściła pokój.

* * *

-?Ni­gdy dotąd nie pra­co­wa­łam nad nie­wy­ja­śnioną sprawą -?oświad­czyła Peabody.

-?Nie myśl "nie­wy­ja­śniona" -?odparła Eve. -?Ona jest na­dal otwarta.

-?Jak długo?

-?Sześć lat.

-?Jeśli facet rżnął kogoś na boku i dotąd nic się nie wydało, to jak zamie­rzasz przy­przeć go do muru teraz?

-?Poma­lutku, Peabody. Prze­czy­taj listy.

Asy­stentka wyjęła pakie­cik z torby. W poło­wie lek­tury pierw­szego listu wydała z sie­bie gło­śne "Au!".

-?Gorące! Parzy! -?powie­działa, dmu­cha­jąc na palce.

-?Dalej.

-?Daj spo­kój. -?Peabody poru­szyła się nie­spo­koj­nie na sie­dze­niu. -?Teraz niczym byś mnie już nie powstrzy­mała. Zdo­by­wam przy­datną wie­dzę. - Zagłę­biła się w lek­tu­rze, raz po raz sze­rzej otwie­ra­jąc oczy i gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę. -?Jezu, chyba wła­śnie mia­łam orgazm.

-?Dzię­kuję za tę uży­teczną infor­ma­cję. Co jesz­cze znaj­du­jesz w tych listach?

-?Szczere uwiel­bie­nie i siłę witalną pana C.

-?Pozwól, że prze­for­mu­łuję pyta­nie. Czego w nich nie znaj­du­jesz?

-?No, ni­gdzie nie ma jego peł­nego imie­nia ani nazwi­ska. -?Świa­doma swego nie­chyb­nego prze­ocze­nia, Peabody ponow­nie zer­k­nęła na listy. -?Nie ma kopert, więc mogły być dorę­czone albo pocztą, albo przez posłańca. - Wes­tchnęła. -?Czuję, że dostanę pałę z tej kla­sówki. Nie mam poję­cia, co ty w nich widzisz takiego, czego ja nie dostrze­gam.

-?Nale­ża­łoby raczej powie­dzieć: czego w nich nie widzę. Nie ma żad­nej alu­zji do tego, jak, kiedy i gdzie się spo­tkali. Jak zostali kochan­kami. Nie ma żad­nego szcze­gółu, który wska­zy­wałby, gdzie upra­wiali tę swoją gim­na­stykę ero­tyczną. To mi nasuwa pewną myśl.

Asy­stentka na­dal wyda­wała się zdez­o­rien­to­wana.

-?Jaką mia­no­wi­cie?

-?Że być może ni­gdy nie było żad­nego pana C.

-?Ale...

-?W grę wcho­dzi kobieta. Zamężna od kilku lat, ma dobrą, odpo­wie­dzialną pracę i krąg przy­ja­ciół, z któ­rymi utrzy­muje zna­jo­mość rów­nież od kilku lat. Nikomu z tych przy­ja­ciół, jak wynika z zeznań, nawet przez myśl nie prze­szło, że mogłaby z kimś roman­so­wać. Zupeł­nie nie tak się zacho­wy­wała, roz­ma­wiała, żyła. Nie opusz­czała dni w pracy. Kiedy więc miała czas na gim­na­stykę ero­tyczną?

-?Jej mąż dość regu­lar­nie wyjeż­dżał.

-?Słusz­nie. To daje moż­li­wość roman­so­wa­nia, jeśli ktoś jej szuka. Ale nasza ofiara zdra­dzała wszel­kie objawy lojal­no­ści, odpo­wie­dzial­no­ści, uczci­wo­ści. Cho­dziła z domu do pracy i z pracy do domu. Nie było tajem­ni­czych ani podej­rza­nych roz­mów z jej apa­ratu domo­wego, biu­ro­wego ani z prze­no­śnych łączy. W jaki spo­sób więc uma­wiała się z panem C. na randki?

-?Może oso­bi­ście? Na przy­kład z kimś z pracy.

-?Może -?przy­znała Eve.

-?Ale ty jesteś innego zda­nia. Niech ci będzie, wygląda na to, że ona rze­czy­wi­ście była zaan­ga­żo­wana w to mał­żeń­stwo. Z dru­giej strony ludzie z zewnątrz, nawet przy­ja­ciele, nie wie­dzą tak naprawdę, jak wyglą­dają wza­jemne układy mał­żon­ków. Cza­sem nawet part­ner nie wie cze­goś o tym dru­gim.

-?Święta racja. Pro­wa­dzący śledz­two zga­dza się z tobą w tej spra­wie... i ma do tego wszel­kie pod­stawy.

-?A ty się nie zga­dzasz. -?Peabody ode­tchnęła. -?Twoim zda­niem, to mąż wszystko ukar­to­wał, upo­zo­ro­wał nie­wier­ność żony i zapew­niw­szy sobie fał­szywe alibi, pota­jem­nie wró­cił do domu i ją zabił albo zle­cił komuś mor­der­stwo.

-?Jest taka moż­li­wość. Dla­tego z nim poroz­ma­wiamy.

Eve wje­chała na drugi poziom ulicz­nego par­kingu i zmie­ściła swój pojazd mię­dzy seda­nem i rowe­rem powietrz­nym.

-?Ostat­nio naj­czę­ściej pra­cuje w domu. -?Wska­zała ski­nie­niem głowy pobli­ski budy­nek miesz­kalny. -?Sprawdźmy, czy jest u sie­bie.

* * *

Ow­szem, był u sie­bie, wygim­na­sty­ko­wany, atrak­cyjny męż­czy­zna w spor­to­wych spoden­kach, baweł­nia­nej koszulce, z malu­chem na rękach. Jedno spoj­rze­nie na pla­kietkę Eve wystar­czyło, by w jego oczach poja­wił się cień. Widać było, że żal jest wciąż żywy.

-?Czy cho­dzi o Mar­shę? Wie pani coś nowego? -?Prze­lot­nie zer­k­nął na jasno­włosą dziew­czynkę, którą trzy­mał. -?Och, prze­pra­szam, niech panie wejdą. Już tak dawno nikt nie kon­tak­to­wał się ze mną w tej spra­wie. Jeśli chcą panie usiąść, to zaniosę córkę do jej pokoju. Wolał­bym, żeby nie... -?Odru­chowo pogła­dził małą po gło­wie. Tak jakby chciał jej bro­nić. -?Niech panie chwilę pocze­kają.

Eve odcze­kała, aż męż­czy­zna znik­nie za drzwiami.

-?Ile lat ma to dziecko, Peabody?

-?Moim zda­niem, około dwóch.

Eve ski­nęła głową i rozej­rzała się po pokoju dzien­nym. Zabawki były roz­rzu­cone wszę­dzie... jaskrawe, błysz­czące dro­bia­zgi, pasu­jące do lek­kiego, pogod­nego wystroju miesz­ka­nia.

Usły­szały piskliwy dzie­cięcy chi­chot, a potem sta­now­cze żąda­nie:

-?Tatuś. Bawić.

-?Za chwi­leczkę, Tra­cie. Pobaw się, a kiedy mama wróci do domu, to może pój­dziemy do parku. Ale musisz być grzeczna teraz, kiedy będę roz­ma­wiał z tymi paniami. Umowa stoi?

-?Pójdę na huś­tawki?

-?Jasne.

Wkrótce wró­cił i prze­cze­sał włosy rękami.

-?Nie chcia­łem, żeby sły­szała, jak roz­ma­wiamy o Mar­shy i o tym, co się stało. Czyżby prze­łom? Czyżby poli­cja wresz­cie go zna­la­zła?

-?Przy­kro mi, panie Stibbs, ale to tylko ruty­nowa roz­mowa.

-?A więc dalej nic nie wia­domo? -?Na chwilę zamgliły mu się oczy. - Mia­łem nadzieję... Ech, to pew­nie było głu­pie sądzić, że po tak dłu­gim cza­sie udało się go zna­leźć.

-?Nie ma pan poję­cia, z kim pań­ska żona miała romans?

-?Nie miała -?odpa­lił, a twarz stę­żała mu ze zło­ści. -?Nie obcho­dzi mnie, co kto mówi. Ona nie miała romansu. Ni­gdy w to nie uwie­rzę... No, ow­szem, może na początku, kiedy wszy­scy powa­rio­wali i nie mogłem trzeźwo myśleć... Ale Mar­sha nie kła­mała i nie oszu­ki­wała. Kochała mnie.

Zamknął oczy, jakby wra­cał myślami do tam­tych dni.

-?Czy możemy usiąść? -?spy­tał i opadł na krze­sło. -?Prze­pra­szam, że na panie krzyk­ną­łem. Nie potra­fię znieść, jak ludzie mówią tak o Mar­shy. Nie mogę znieść tego, że zna­jomi... przy­ja­ciele tak o niej mówią. Ona nie zasłu­żyła sobie na taką nie­spra­wie­dli­wość.

-?W szu­fla­dzie były listy.

-?Nic mnie nie obcho­dzą te listy. Ona by mnie nie oszu­kała. Mie­li­śmy...

Zer­k­nął w stronę dzie­cię­cego pokoju, gdzie mała dziew­czynka coś śpie­wała.

-?Pro­szę posłu­chać. Było nam ze sobą naprawdę dobrze. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych tak wcze­śnie zde­cy­do­wa­li­śmy się na ślub, było to, że nie umie­li­śmy trzy­mać rąk z dala od sie­bie, a Mar­sha głę­boko wie­rzyła w insty­tu­cję mał­żeń­stwa. Powiem paniom, co myślę. -?Pochy­lił się naprzód. -?Myślę, że ktoś miał obse­sję na jej punk­cie i fan­ta­zjo­wał. To on musiał jej przy­sy­łać te listy. Może, ale tylko może, ona nie chciała mnie tym mar­twić. On pew­nie przy­szedł tutaj, kiedy byłem w Colum­bus, i zabił ją dla­tego, że nie mógł jej mieć.

Eve odnio­sła wra­że­nie, że męż­czy­zna mówi prawdę. Natu­ral­nie mógł uda­wać, ale w jakim celu? Po co miałby utrzy­my­wać, że ofiara była nie­winna, jeśli obcią­że­nie jej cudzo­łó­stwem słu­ży­łoby jego inte­re­som?

-?Nawet jeśli się pan nie myli, panie Stibbs, to rozu­miem, że i tak nie wie pan, kim mógłby być ten męż­czy­zna.

-?Nie mam poję­cia. Długo o tym myśla­łem. Przez rok pra­wie w ogóle nie myśla­łem o niczym innym. Chcia­łem wie­rzyć, że poli­cja znaj­dzie tego czło­wieka i zosta­nie on uka­rany, ponie­sie kon­se­kwen­cje tego, co zro­bił. Byli­śmy szczę­śliwi, pani porucz­nik. Inni nic nas nie obcho­dzili. I nagle koniec. -?Zaci­snął usta. -?Tak po pro­stu koniec.

-?Przy­kro mi, panie Stibbs -?Eve zro­biła małą prze­rwę. -?Bystre dziecko.

-?Tra­cie? -?Otarł dło­nią twarz, jakby dopiero teraz wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. -?Jest świa­tłem mojego życia.

-?Czyli oże­nił się pan ponow­nie.

-?Pra­wie trzy lata temu. -?Wes­tchnął, ramiona lekko mu zadrżały. - Mau­reen jest wspa­niała. Były z Mar­shą przy­ja­ciół­kami. To mię­dzy innymi ona pomo­gła mi prze­trwać pierw­szy rok. Nie wiem, co bym bez niej zro­bił.

Przy jego ostat­nich sło­wach drzwi do miesz­ka­nia się otwo­rzyły. Ładna bru­netka z wiel­kimi tor­bami zaku­pów w obję­ciach weszła do środka i zamknęła je nogą.

-?Hej, rodzinko! Jestem w domu. Ni­gdy nie zgad­nie­cie, co...

Urwała na widok obcych. A gdy zatrzy­mała wzrok na mun­du­rze Peabody, Eve dostrze­gła w jej oczach lęk.

2

Boyd rów­nież musiał to wyczuć, bo wstał i szybko do niej pod­szedł.

-?Nic się nie stało. -?Dotknął krze­pią­cym gestem jej ramie­nia, a potem wziął torby. -?Panie przy­szły w spra­wie Mar­shy. Ruty­nowa roz­mowa.

-?Ach, rozu­miem... Tra­cie?

-?W swoim pokoju. Jest...

Nie zdą­żył dokoń­czyć, bo dziecko wpa­dło do pokoju jak sza­lone i rzu­ciło się do nóg matki.

-?Mamu­sia. Idziemy na huś­tawkę.

-?Poże­gnamy pań­stwa tak szybko, jak tylko będzie to moż­liwe -?zapew­niła ich Eve. -?Pani Stibbs, czy mia­łaby pani coś prze­ciwko chwili roz­mowy?

-?Prze­pra­szam, ale nie wiem, w czym mogła­bym... Mam zakupy.

-?Tra­cie i ja odło­żymy wszystko na miej­sce -?zaofe­ro­wał się Boyd. - Prawda, mój pomoc­niku?

-?Wola­ła­bym raczej...

-?Mamie się zdaje, że nie wiemy, co gdzie leży -?prze­rwał żonie Boyd i puścił oko do Tra­cie. -?Poka­żemy jej, że to nie­prawda. Chodź, kocha­nie. Cze­kają na nas obo­wiązki kuchenne.

Dziew­czynka pobie­gła przed nim, szcze­bio­cząc nie­zro­zu­miale w dzie­cię­cym języku.

-?Pro­szę wyba­czyć, że spra­wiam pani kło­pot -?zaczęła Eve. Ale oczy, któ­rymi wpa­try­wała się w Mau­reen, były chłodne i bez­na­miętne. -?To nie potrwa długo. Pani była przy­ja­ciółką Mar­shy Stibbs?

-?Tak. I jej, i Boyda. On bar­dzo prze­żył tę histo­rię.

-?Nie wąt­pię. Jak długo pani znała panią Stibbs?

-?Rok, może tro­chę dłu­żej. -?Z miną pełną roz­pa­czy Mau­reen zer­k­nęła w stronę kuchni, skąd dobie­gały stuki, grze­cho­ta­nie i śmiech. -?Ale Mar­sha nie żyje już od pra­wie sze­ściu lat. Musie­li­śmy się z tym pogo­dzić.

-?Sześć dni czy sześć lat, wszystko jedno. Ktoś ode­brał jej życie. Czy panie były z sobą bli­sko?

-?Przy­jaź­ni­ły­śmy się. Mar­sha była sza­le­nie bez­po­śred­nia.

-?Czy zwie­rzała się pani, że się z kimś spo­tyka?

Mau­reen otwo­rzyła usta, zawa­hała się i pokrę­ciła głową.

-?Nie. O niczym takim nie wiem. Roz­ma­wia­łam z poli­cją po tym, co się stało, i powie­dzia­łam im wszystko, co wie­dzia­łam. Straszna histo­ria, ale nie da się tego zmie­nić. Mamy teraz nowe życie. Dobre, spo­kojne. A pani znie­nacka nas nacho­dzi. Boyd znowu zacznie się drę­czyć. Nie życzę sobie trosk w mojej rodzi­nie. Prze­pra­szam, ale chcę, żeby już panie poszły.

Na klatce scho­do­wej Peabody obej­rzała się za sie­bie i zwró­ciła się do prze­ło­żo­nej, idą­cej do windy:

-?Ona coś wie.

-?Bez wąt­pie­nia.

-?Sądzi­łam, że ją tro­chę przy­ci­śniesz.

-?Nie na jej tere­nie. -?Eve weszła do windy. Już kal­ku­lo­wała, już pró­bo­wała poskła­dać kawałki łami­główki w całość. -?Nie w obec­no­ści dziecka i Stib­bsa. Mar­sha cze­kała tak długo, że jesz­cze mała zwłoka jej nie zaszko­dzi.

-?Ale on, twoim zda­niem, jest raczej czy­sty.

-?Moim zda­niem... -?Eve wycią­gnęła z torby akta i dys­kietkę. -?Powin­naś się w to wgryźć.

-?Słu­cham, pani porucz­nik?

-?Wgryźć się w sprawę, Peabody. Dopro­wa­dzić ją do końca.

Asy­stentka spoj­rzała na Eve z sze­roko otwar­tymi ustami.

-?Ja? Mam popro­wa­dzić sprawę? Sprawę mor­der­stwa?

-?Będziesz musiała to robić głów­nie w swoim wol­nym cza­sie, zwłasz­cza jeśli trafi nam się coś nowego. Prze­czy­taj akta, prze­stu­diuj raporty i zezna­nia. Prze­słu­chaj jesz­cze raz kogo trzeba. Znasz pro­ce­durę.

-?Naprawdę dajesz mi sprawę?

-?Jeśli będziesz miała pyta­nia, to pytaj. Pomogę ci, kiedy, i jeśli, będziesz tego potrze­bo­wać. Aha, mam dosta­wać wszyst­kie nowe dane i kopie rapor­tów o postę­pach w spra­wie.

Peabody poczuła nagłe ude­rze­nie adre­na­liny i ner­wowe ssa­nie w żołądku.

-?Tak jest, pani porucz­nik. Dzię­kuję. Nie zawiodę.

-?Nie zawiedź Mar­shy Stibbs.

Peabody przy­ci­snęła teczkę z aktami do piersi niczym uko­chane dziecko. I trzy­mała ją tak przez całą drogę do komendy.

Gdy wyjeż­dżały z par­kingu, zer­k­nęła kątem oka na Eve.

-?Pani porucz­nik?

-?Hę?

-?Zasta­na­wiam się, czy nie mogła­bym popro­sić McNaba, żeby pomógł mi zdo­by­wać dane, do któ­rych potrzebne jest wyko­rzy­sta­nie sprzętu elek­tro­nicz­nego. Wiesz, łącza ofiary, dys­kietki z kamer bez­pie­czeń­stwa budynku i tak dalej.

Eve wci­snęła ręce do kie­szeni.

-?To twoja sprawa.

-?Moja sprawa -?powtó­rzyła Peabody z naboż­nym zachwy­tem. Wciąż uśmie­chała się od ucha do ucha, gdy szły kory­ta­rzem w stronę sali detek­ty­wów.

-?A co to za zamie­sza­nie? -?Eve unio­sła brwi i instynk­tow­nie się­gnęła po broń, sły­sząc krzyki, gwizdy i widząc objawy ogól­nego roz­przę­że­nia w wydziale zabójstw.

Weszła do środka pierw­sza i omio­tła wzro­kiem pomiesz­cze­nie. Nikt nie sie­dział przy wła­snym biurku ani nawet nie zaj­mo­wał swo­jego sta­no­wi­ska za prze­pie­rze­niem. Umun­du­ro­wani stróże prawa w licz­bie co naj­mniej dzie­się­ciu tło­czyli się pośrodku sali i spra­wiali takie wra­że­nie, jakby uczest­ni­czyli w przy­ję­ciu.

Eve zmarsz­czyła nos. Wyczuła zapach świe­żych wyro­bów pie­kar­ni­czych.

-?Co tu się dzieje, do cho­lery?! -?Musiała krzyk­nąć, ale i tak w panu­ją­cym roz­gar­dia­szu pra­wie nie było jej sły­chać. -?Pear­son, Baxter, Del­ricky! -?Ponie­waż dla uła­twie­nia sobie drogi przez ścisk ener­gicz­nie zdzie­liła Pear­sona w ramię, a Baxtera solid­nie kuk­snęła w żołą­dek, w końcu zdo­łała zwró­cić na sie­bie uwagę. -?Czyżby wam się zda­wało, że śmierć poje­chała na waka­cje? Od kogo, do stu dia­błów, dosta­li­ście tę babkę?!

W chwili gdy oskar­ży­ciel­sko wysu­nęła przed sie­bie palec, Baxter wci­snął sobie do ust resztki cia­sta. Wsku­tek tego jego wyja­śnie­nie wypa­dło dość beł­ko­tli­wie. Zna­czące były tylko głup­ko­waty uśmiech, który wykwitł mu na war­gach oble­pio­nych kawał­kami lukru, i wycią­gnięta dłoń.

Eve wresz­cie zoba­czyła to samo co inni: mufinki, ciastka i szczątki, które musiały być babką, zanim rzu­ciło się na nią stado gło­do­mo­rów. Pośrodku tego cha­osu dostrze­gła też parę cywi­lów. Wysoki, chu­der­lawy męż­czy­zna i krzepka, ale pełna wdzięku kobieta roz­pły­wali się w uśmie­chach i nale­wali jakie­goś bla­do­ró­żo­wego płynu z wiel­kiego dzbana.

-?Rozejść się! Wszy­scy rozejść się i wra­cać do swo­ich spraw! To nie jest her­batka u cioci.

Zanim zdo­łała dopchać się do cywi­lów, usły­szała krzyk Peabody.

Obró­ciła się i w oka­mgnie­niu dobyła pisto­letu, ale omal nie upa­dła, asy­stentka bowiem odtrą­ciła ją na bok i dosłow­nie rzu­ciła się na nie­zna­jo­mych.

Męż­czy­zna chwy­cił krzepką Peabody w obję­cia i mimo że był chu­der­lawy, zdo­łał ją pode­rwać z ziemi. Kobieta odwró­ciła się z sze­le­stem spód­nic i roz­ło­żyła ramiona, by spłasz­czyć ener­giczną poli­cjantkę na pla­cek.

-?Moja córeczka, moja DeDe. -?Na twa­rzy męż­czy­zny odma­lo­wało się nie­za­prze­czalne uwiel­bie­nie.

Eve scho­wała pisto­let do kabury i opu­ściła rękę.

-?Tatuś. -?Wydaw­szy odgłos będący na poły szlo­chem, a na poły chi­cho­tem, Peabody wtu­liła twarz w szyję męż­czy­zny.

-?Jezu, już nie mogę -?mruk­nął Baxter i wziął kolejną mufinkę. - Przy­szli tutaj kwa­drans temu... z tymi wszyst­kimi pysz­no­ściami. Boże, to jest śmier­telna dawka -?dodał i odgryzł kawał mufinki.

Eve zabęb­niła pal­cami po udzie.

-?Co to była za babka?

Baxter wyszcze­rzył zęby.

-?Prze­pyszna -?oświad­czył i odszedł do swo­jego biurka.

Kobieta tro­chę roz­luź­niła uścisk ramion na talii Peabody i obró­ciła się. Była cał­kiem ładna, miała ciemne włosy w tym samym odcie­niu co córka, spa­da­jące kaskadą na plecy. Jej nie­bie­ska spód­nica pra­wie się­gała ziemi, choć widać było spod niej zwy­kłe sznur­kowe san­dałki. Bluzka, długa i obszerna, miała kolor jaskrów, a zdo­bił ją przy­naj­mniej tuzin łań­cusz­ków i wisior­ków.

Twarz miała łagod­niej­szą niż Peabody, wokół kąci­ków lśnią­cych piw­nych oczu było widać kurze łapki. Znów wycią­gnęła przed sie­bie ręce i z gra­cją tan­cerki zaczęła się zbli­żać do Eve.

-?A to musi być pani porucz­nik Dal­las. Pozna­ła­bym panią wszę­dzie. - Ujęła dło­nie Eve. -?Jestem Pho­ebe, matka Delii.

Ręce miała cie­płe, odro­binę szorst­kie, a na pal­cach pełno pier­ścion­ków. Bran­so­letki pobrzę­ki­wały jej na nad­garst­kach.

-?Miło mi panią poznać, pani Peabody.

-?Pro­szę mówić do mnie po imie­niu. -?Wciąż uśmiech­nięta, kobieta pocią­gnęła Eve ku sobie. -?Sam, puść córkę, poznasz panią porucz­nik Dal­las.

Męż­czy­zna zmie­nił pozy­cję, ale na­dal ramie­niem cia­sno obej­mo­wał Peabody.

-?Bar­dzo się cie­szę, że mogę panią poznać. -?Ujął rękę Eve, choć jego żona wciąż jesz­cze ją trzy­mała. -?Mam takie wra­że­nie, jak­bym już panią znał, Delia tyle nam o pani opo­wia­dała. No i Zeke. Ni­gdy nie będziemy mogli się odwdzię­czyć za to, co pani zro­biła dla naszego syna.

Tro­chę zakło­po­tana tym nagłym zale­wem pochwał i kom­ple­men­tów, Eve uwol­niła rękę.

-?Jak on się miewa?

-?Świet­nie. Z pew­no­ścią prze­słałby pani naj­ser­decz­niej­sze pozdro­wie­nia, gdyby wie­dział, że się tu wybie­ramy.

Uśmiech­nął się swo­bod­nie. Teraz Eve dostrze­gła podo­bień­stwo mię­dzy nim a bra­tem Peabody. Wąska twarz apo­stoła, marzy­ciel­skie szare oczy. Ale spoj­rze­nie Sama Peabody było jed­no­cze­śnie prze­ni­kliwe, do tego stop­nia, że Eve poczuła przy­kre mro­wie­nie w karku.

Ten czło­wiek nie był mario­netką jak jego syn.

-?Pro­szę prze­ka­zać mu pozdro­wie­nia ode mnie, kiedy będą pań­stwo z nim roz­ma­wiać. Peabody, weź tro­chę wol­nego na sprawy oso­bi­ste.

-?Tak jest, pani porucz­nik. Dzię­kuję.

-?To bar­dzo miły gest -?powie­działa Pho­ebe. -?Ale chcia­ła­bym wie­dzieć, czy mogli­by­śmy zająć pani tro­chę czasu. Oba­wiam się, że pani jest bar­dzo zajęta -?mówiła, zanim Eve zdą­żyła wydo­być z sie­bie choćby słowo. -?Mimo to mia­łam nadzieję, że uda nam się dziś wie­czo­rem zjeść razem kola­cję. Z panią i jej mężem. Chcie­li­by­śmy wrę­czyć wam pre­zenty.

-?Pań­stwo nie muszą nam nic dawać.

-?To nie są pre­zenty z poczu­cia obo­wiązku, tylko z życz­li­wo­ści, mamy nadzieję, że wam się spodo­bają. Delia wiele nam opo­wia­dała o pani, pani mężu i waszym domu. To musi być piękne miej­sce. Spo­dzie­wam się, że będziemy mieli oka­zję je z Samem obej­rzeć.

Eve czuła, jak z wolna jest obu­do­wy­wana, a wszyst­kie otwory stop­niowo się zaskle­piają. Tym­cza­sem Pho­ebe dalej ślicz­nie się uśmie­chała, a jej córka nagle zain­te­re­so­wała się czymś na sufi­cie.

-?Natu­ral­nie. O, mogą pań­stwo przyjść do nas na kola­cję.

-?Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Czy ósma wie­czo­rem pani odpo­wiada?

-?Tak. Peabody zna drogę. Tym­cza­sem witam w Nowym Jorku. Muszę coś zała­twić, prze­pra­szam -?dokoń­czyła kulawo Eve i sal­wo­wała się ucieczką.

-?Pani porucz­nik? Pani porucz­nik. Zaraz wrócę -?powie­działa Peabody do rodzi­ców i puściła się w pogoń za Eve. Zanim dotarły do jej pokoju, poziom hałasu w sali detek­ty­wów osią­gnął znowu znacz­nie wyż­szy poziom. - To jest sil­niej­sze od nich. Mój ojciec uwiel­bia piec, więc wszę­dzie przy­nosi ze sobą różne sma­ko­łyki.

-?Jak oni, u dia­bła, prze­wieźli to wszystko samo­lo­tem?

-?O, nie. Oni nie latają. Przy­je­chali tu swoim auto­do­mem. Pie­kli po dro­dze -?dodała Peabody z nie­pew­nym uśmie­chem. -?Czy nie są wspa­niali?

-?Ow­szem, są, ale musisz im powie­dzieć, żeby nie przy­wo­zili mufi­nek za każ­dym razem, gdy chcą cię odwie­dzić, bo skoń­czymy, mając gro­madę otłusz­czo­nych detek­ty­wów w śpiączce cukrzy­co­wej.

-?Wzię­łam jedną dla cie­bie. -?Asy­stentka wycią­gnęła przed sie­bie mufinkę, którą dotąd trzy­mała za ple­cami. -?Za dwie godziny wrócę, Dal­las. Tylko pomogę im się tu zain­sta­lo­wać.

-?Możesz nie wra­cać do końca dnia.

-?Okej. Dzięki. Hę... -?Peabody prze­stą­piła z nogi na nogę i zamknęła drzwi pokoju. -?Jest coś, co powin­nam ci powie­dzieć. O mojej matce. Ona ma moc.

-?Jaką moc?

-?Moc wpły­wa­nia na czło­wieka, żeby zro­bił coś, czego nie chce. Potrafi też skło­nić go do powie­dze­nia cze­goś, czego wcale nie zamie­rzał. Może nawet zacząć paplać jak głupi.

-?Nie mam zwy­czaju paplać.

-?Będziesz -?stwier­dziła ponuro Peabody. -?Kocham ją. Jest obłędna, ale ma coś takiego. Tylko na cie­bie spoj­rzy i już wie.

Eve usia­dła, marsz­cząc czoło.

-?Czy jest sen­sy­tywna?

-?Nie. Mój ojciec jest sen­sy­tywny, ale on ma zasady, bar­dzo się pil­nuje, żeby nie naru­szać pry­wat­no­ści innych ludzi. Ona jest po pro­stu... matką. To coś wiąże się z byciem matką, a jej tra­fiło się w nad­mia­rze. Jejku, ona wszystko widzi, wszystko wie i wszyst­kimi rzą­dzi. Czę­sto nawet czło­wiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak jest. Na przy­kład wbrew swoim zwy­cza­jom zapro­si­łaś ich dziś wie­czo­rem na kola­cję.

-?Wcale nie wbrew, zapra­szam róż­nych ludzi.

-?Aha. To Roarke zapra­sza. Mogłaś powie­dzieć, że jesteś zajęta, albo zgo­dzić się: dobrze, świetny pomysł, spo­tkajmy się w jakiejś restau­ra­cji. Ale nie, ona chciała przyjść do was na kola­cję, więc ją zapro­si­łaś.

Eve omal nie zaczęła się ner­wowo wier­cić.

-?Chcia­łam być uprzejma. Znam zasady dobrego wycho­wa­nia.

-?Nie. Padłaś ofiarą spoj­rze­nia. -?Peabody pokrę­ciła głową. -?Nawet ty jesteś bez­silna wobec jej mocy. Pomy­śla­łam, że powin­nam ci o tym powie­dzieć.

-?Wynoś się, Peabody.

-?Już się wyno­szę, pani porucz­nik. Aha, tylko... -?Asy­stentka zawa­hała się przy drzwiach. -?Mam dziś wie­czo­rem coś jakby randkę z McNa­bem, więc może on też przy­szedłby na kola­cję. Wtedy mógłby poznać moich rodzi­ców cał­kiem natu­ral­nie i unik­nę­li­by­śmy dzi­kiej sytu­acji.

Eve zła­pała się za głowę.

-?Jezu!

-?Dzięki! Do zoba­cze­nia wie­czo­rem.

Zostaw­szy sama, Eve spo­chmur­niała. Paskud­nie się skrzy­wiła. A potem zja­dła mufinkę.

* * *

-?Poma­lo­wali mi pokój i ukra­dli sło­dy­cze. Znowu. -?Eve ner­wowo cho­dziła tam i z powro­tem po bez­cen­nym wschod­nim dywa­nie przy­kry­wa­ją­cym pod­łogę w prze­stron­nej dzien­nej czę­ści ich domu, ozdo­bio­nej lśnią­cymi anty­kami i mie­nią­cej się szkłem. Roarke dopiero co wró­cił z mia­sta, więc przez ostat­nią godzinę nie miała na kim wyła­do­wać iry­ta­cji.

Z jej punktu widze­nia moż­li­wość wyła­do­wa­nia się na part­ne­rze była jedną z naj­więk­szych zalet mał­żeń­stwa.

-?W dodatku pod­czas mojej nie­obec­no­ści Peabody skoń­czyła za mnie całą papier­kową robotę, więc nawet tym nie muszę się zaj­mo­wać.

-?Powinna się wsty­dzić. Sama pomyśl. Asy­stentka odwala papier­kową robotę za two­imi ple­cami.

-?Uwa­żaj, cwa­niaku, bo i tobie się dosta­nie.

Roarke wycią­gnął przed sobą nogi i skrzy­żo­wał je.

-?Ooo. A jak podo­bało się Peabody i McNa­bowi na Bimini?

-?Ode­zwał się w tobie król dobro­czyn­no­ści, co? Wysła­łeś ich na jakąś wyspę, żeby mogli tam bie­gać nago i kąpać się w wodo­spa­dach.

-?Rozu­miem, że dobrze się bawili.

-?Mał­żeń­skie łoże -?mruk­nęła. -?Nagie małpy.

-?Słu­cham?

Pokrę­ciła głową.

-?Prze­stań się mie­szać w tę... histo­rię, którą oni wymy­ślili.

-?Może prze­stanę -?zgo­dził się leni­wie. -?Pod warun­kiem, że prze­sta­niesz trak­to­wać ich zwią­zek jak buga­boo.

-?Buga­boo? A cóż to jest, do cho­lery?! -?Eve z iry­ta­cją prze­su­nęła dło­nią po wło­sach. -?Nie trak­tuję ich związku jak buga­boo, bo nawet nie wiem, co to zna­czy. Poli­cjanci...

-?Zasłu­gują na to, żeby tro­chę pożyć -?wpadł jej w słowo. -?Jak każdy. Pro­szę się odprę­żyć, pani porucz­nik. Peabody naprawdę ma głowę na karku.

Eve zro­biła gło­śny wydech i bez­wład­nie opa­dła na krze­sło.

-?Buga­boo -?par­sk­nęła. -?To pew­nie nawet nic nie zna­czy, a jeśli nawet, to coś nie­wy­obra­żal­nie głu­piego. Dałam jej dzi­siaj sprawę.

Roarke wycią­gnął rękę i dotknął jej pal­ców, któ­rymi ner­wowo prze­bie­rała po kola­nie.

-?Nie wspo­mnia­łaś dotąd ani sło­wem, że jest jakaś nowa sprawa.

-?Nie ma nowej. Wyko­pa­łam sprawę ze sta­rych teczek. Sprzed sze­ściu lat. Ładna młoda kobieta robiąca karierę, mężatka. Mąż wyjeż­dża z mia­sta, wraca i zastaje ją mar­twą w wan­nie. Mor­der­stwo kiep­sko upo­zo­ro­wane na samo­bój­stwo lub wypa­dek. On ma nie­pod­wa­żalne alibi i jest czy­sty jak łza. Wszy­scy prze­słu­chi­wani twier­dzą, że mał­żon­ko­wie byli przy­kładną parą, szczę­śliwą jak dwie ostrygi.

-?Czy kie­dy­kol­wiek zasta­na­wia­łaś się nad spo­so­bem pomiaru szczę­ścia ostryg?

-?Zosta­wiam to na póź­niej. W każ­dym razie w szu­fla­dzie z bie­li­zną tej kobiety były listy... naprawdę gorące sek­su­alne listy od kogoś, kto pod­pi­suje się C.

-?Romans, kłót­nia kochan­ków, mor­der­stwo?

-?Pro­wa­dzący śledz­two wła­śnie tak uwa­żał.

-?A ty nie?

-?Nikt ni­gdy nie zna­lazł tego faceta od listów, nikt go nie widział, nikt nie sły­szał, żeby kobieta o nim wspo­mi­nała. Poszłam więc poroz­ma­wiać z mężem zamor­do­wa­nej, pozna­łam jego nową żonę i dziecko. Mała dziew­czynka, mniej wię­cej dwu­let­nia.

-?Można by, nie bez pod­staw, zało­żyć, że po okre­sie żałoby męż­czy­zna roz­po­czął nowe życie.

-?Można by zało­żyć -?mruk­nęła.

-?Ja, natu­ral­nie, nie postą­pił­bym w ten spo­sób. Nie mógł­bym sobie zna­leźć miej­sca, był­bym zała­many, zagu­biony, pozba­wiony poczu­cia sensu.

Przyj­rzała mu się, mru­żąc oczy.

-?Czyżby?

-?Oczy­wi­ście. A ty teraz powin­naś powie­dzieć coś w tym stylu, że nie wyobra­żasz sobie życia beze mnie.

-?Tak, tak. -?Roze­śmiała się, gdy ugryzł ją w palce, któ­rymi dotąd się bawił. -?A wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści, myślę, że wiem, jak ta sprawa poszła w odstawkę. Tym­cza­sem wystar­czy­łoby kilka ener­gicz­nych posu­nięć i byłaby zamknięta, a nie nie­wy­ja­śniona.

-?Ale zamiast wyko­nać te posu­nię­cia, dałaś sprawę Peabody.

-?Ona musi zdo­być doświad­cze­nie. Mar­shy Stibbs mała zwłoka po sze­ściu latach na pewno nie zaszko­dzi. Jeśli Peabody pój­dzie w złym kie­runku, to ją zawrócę.

-?Pew­nie jest bar­dzo pod­nie­cona.

-?Jasne, oczy jej się aż świecą.

Uśmiech­nął się.

-?Jaka była pierw­sza sprawa, którą dosta­łaś od Feeneya?

-?Tho­mas Car­ter. Któ­re­goś ranka wsiadł do swo­jego sedana, prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i wtedy ten złom wyle­ciał w powie­trze, roz­sie­wa­jąc kawałki ofiary po całym West Side. Facet był żonaty, dwoje dzieci, agent ubez­pie­cze­niowy. Nie miał ani podwój­nego życia, ani wro­gów, ani nie obra­cał się w nie­bez­piecz­nych krę­gach. Brak motywu. Kom­pletny zastój w spra­wie, która w końcu poszła ad acta. Feeney ją wyko­pał i kazał mi roz­pra­co­wać.

-?I co?

-?Wcale nie cho­dziło o tego Tho­masa Car­tera. To miał być Tho­mas K. Car­ter, dru­go­rzętny diler i hazar­dzi­sta. Nie­roz­gar­nięty płatny mor­derca przez pomyłkę uśmier­cił kogoś innego, niż nale­żało. -?Eve zer­k­nęła kątem oka na męża i stwier­dziła, że wciąż się do niej uśmie­cha. -?Ow­szem, ow­szem, pamię­tam, co czu­łam, kiedy dosta­łam akta, i co było po tym, jak zamknę­łam sprawę.

-?Jesteś świet­nym szko­le­niow­cem, Eve, i dobrym przy­ja­cie­lem.

-?Przy­jaźń nie ma z tym nic wspól­nego. Gdy­bym nie uwa­żała, że Peabody sobie pora­dzi, nie dała­bym jej tej sprawy.

-?To jest wła­śnie punkt widze­nia dobrego szko­le­niowca. Przy­jaźń też wkrótce powinna dać o sobie znać.

Eve odchy­liła głowę i zamknęła oczy.

-?Kola­cja. Co, u licha, będziemy z nimi robić, kiedy nie będziemy jeść?

-?To się nazywa kon­wer­sa­cja. Życie towa­rzy­skie. Nie­któ­rzy mają to w zwy­czaju i ćwi­czą pra­wie codzien­nie.

-?No tak. Ale inni są nie­udani. W każ­dym razie myślę, że polu­bisz pań­stwa Peabody. Mówi­łam ci, że jak wró­ci­łam z mia­sta do pracy, to aku­rat dokar­miali detek­ty­wów mufin­kami i cia­stecz­kami? I babką.

-?Jaką babką?

-?Nie wiem. Zanim wró­ci­łam, został po niej tylko talerz. Pew­nie ktoś ją zjadł. Ale mufinki były wystrza­łowe. A potem Peabody przy­szła do mojego pokoju i naopo­wia­dała mi dzi­wactw o swo­jej matce.

Roarke bawił się wło­sami Eve. Podo­bało mu się, że ich pasemka mają różne odcie­nie. Rozu­miał, co miał na myśli Boyd Stibbs, mówiąc, że nie umiał utrzy­mać rąk z dala od żony.

-?Myśla­łem, że one są w dobrych sto­sun­kach.

-?Tak, zdaje się, że jej rodzice jeż­dżą auto­do­mem z miej­sca na miej­sce. -?Otwo­rzyła oczy i usia­dła pro­sto. -?Ale Peabody powie­działa, że musi mnie ostrzec, bo jej matka ma nie­zwy­kłą moc.

-?Magia?

-?Aha. I to nie taki beł­kot w duchu Wol­nego Wieku, cho­ciaż Peabody twier­dzi, że ojciec jest sen­sy­tywny. Jej matka podobno umie skła­niać ludzi do robie­nia cze­goś, czego wcale nie chcą robić, i mówie­nia tego, co wole­liby zacho­wać dla sie­bie. Według Peabody, zapro­si­łam jej rodzi­ców na kola­cję wyłącz­nie dla­tego, że matka prze­szyła mnie spoj­rze­niem.

Zain­try­go­wany Roarke prze­krzy­wił głowę.

-?Wła­dza nad czy­imiś myślami?

-?Mnie to prze­ra­sta, ale Peabody mówi, że jej matka ma coś takiego i że jest w tym naprawdę dobra. Ja tam nie widzę w tym sensu.

-?Oboje mamy mało doświad­czeń w kon­tak­tach z mat­kami. Skoro jed­nak nie jest to nasza matka, to powin­ni­śmy być zabez­pie­czeni przed jej mocami.

-?Mnie to nie mar­twi, po pro­stu prze­ka­zuję ci ostrze­że­nie.

W drzwiach poja­wił się Sum­mer­set, kamer­dy­ner Roarke'a i prze­kleń­stwo życia Eve. Fuk­nął pod nosem, a na jego kości­stej twa­rzy poja­wiła się kar­cąca mina.

-?Ten chip­pen­dale nie jest pod­nóż­kiem, tylko sto­li­kiem do kawy, pani porucz­nik.

-?Jak ty możesz cho­dzić z połknię­tym kijem? -?odparła, by­naj­mniej nie prze­jąw­szy się repry­mendą. -?Że też nie kłuje cię od środka w tyłek.

-?Pań­stwa goście przy­byli -?oznaj­mił kamer­dy­ner z pra­wie nie­zau­wa­żal­nym gry­ma­sem pogardy.

-?Dzię­kuję, Sum­mer­set. -?Roarke wstał. -?Przy­stawki pro­szę podać tutaj. -?Podał rękę Eve.

Celowo odcze­kała, aż Sum­mer­set znaj­dzie się za drzwiami, i dopiero wtedy opu­ściła nogi na pod­łogę.

-?Czy mając na wzglę­dzie dobrą atmos­ferę, mogła­byś nie wspo­mi­nać przez resztę wie­czoru o kiju kłu­ją­cym w tyłek? -?spy­tał Roarke, gdy szli do holu.

-?Okej. Jeśli Sum­mer­set będzie się mądrzył, to po pro­stu wycią­gnę mu ten kij i zdzielę go w łeb.

-?To powinno być zabawne.

Kamer­dy­ner już otwo­rzył drzwi i Sam Peabody wła­śnie ener­gicz­nie potrzą­sał jego dło­nią.

-?Bar­dzo nam miło u pań­stwa gościć. Dzię­ku­jemy za zapro­sze­nie. Jestem Sam, a to jest Pho­ebe. A to Sum­mer­set, prawda? DeDe opo­wia­dała nam, że pan dba o dom i wszystko, co się w nim znaj­duje.

-?To prawda. Witam, pani Peabody. -?Kamer­dy­ner skło­nił głowę przed Pho­ebe. -?Dobry wie­czór pani poli­cjant i panu detek­ty­wowi. Czy wziąć od pań­stwa rze­czy?

-?Nie, dzię­kuję. -?Pho­ebe nie chciała wypu­ścić z rąk trzy­ma­nego pudła. - Zie­leń przed domem jest wspa­niała. I zupeł­nie zaska­kuje w środku zur­ba­ni­zo­wa­nego świata.

-?Ow­szem, jeste­śmy z tego cał­kiem zado­wo­leni.

-?Dzień dobry ponow­nie. -?Pho­ebe uśmiech­nęła się do Eve, gdy Sum­mer­set zamknął drzwi. -?O, pan Roarke. Mia­łaś rację, Delio, on jest nie­zwy­kle efek­towny.

-?Mamo -?żach­nęła się córka i spło­nęła rumień­cem.

-?Dzię­kuję. -?Roarke ujął rękę Pho­ebe i uniósł ją do warg. -?Mogę odpła­cić podob­nym kom­ple­men­tem. Bar­dzo się cie­szę, że mogę panią poznać, Pho­ebe. Witam pana, Sam. -?Prze­su­nął się tro­chę i ujął dłoń ojca Peabody. -?Stwo­rzył pan prze­uro­czą córkę.

-?Lubimy ją. -?Sam z uśmie­chem uści­snął ramiona Peabody.

-?My też. Pro­szę, wejdź­cie i roz­gość­cie się.

Jest dosko­nały, pomy­ślała Eve, gdy mąż roz­sa­dzał gości w salo­nie. Wcie­le­nie ogłady i wytwor­no­ści. Po chwili wszy­scy trzy­mali drinki, a gospo­darz odpo­wia­dał na pyta­nia o roz­ma­ite antyki i dzieła sztuki w salo­nie.

Ponie­waż zajął się pań­stwem Peabody, Eve sku­piła uwagę na McNa­bie. Bystrzak z wydziału elek­tro­niki wystroił się w coś, co musiał uwa­żać za swój naj­bar­dziej kon­ser­wa­tywny strój galowy. Nie­bie­ską koszulę miał wetkniętą w dopa­so­wane kolo­ry­stycz­nie luźne, jedwabne spodnie, spod któ­rych wysta­wały buty z cho­le­wami. W lewym uchu pobły­ski­wało mu pół tuzina zło­tych kol­czy­ków.

Dłu­gie włosy miał zwią­zane w koń­ski ogon, a jego twarz -?Eve pomy­ślała, że jest cał­kiem ładna -?koja­rzyła się odcie­niem z goto­wa­nym homa­rem.

-?Zapo­mnia­łeś o kre­mie z fil­trem, McNab?

-?Tylko raz. -?Prze­wró­cił zie­lo­nymi oczami. -?Powinna pani zoba­czyć mój tyłek.

-?Nie­ko­niecz­nie. -?Eve upiła łyk wina.

-?Och, ja tylko tak, żeby coś powie­dzieć. Jestem tro­chę zde­ner­wo­wany. - Ruchem gałek ocznych wska­zał ojca Peabody. -?To naprawdę dziwne, że bawimy się w takie gadki-szmatki, skoro obaj wiemy, że posu­wam jego córkę. Poza tym on jest sen­sy­tywny, więc boję się, że jeśli będę myślał o posu­wa­niu jego córki, to on będzie o tym wie­dział. A to też jest dość dziwne.

-?Więc nie myśl o tym.

-?Nie mogę. -?McNab zapre­zen­to­wał sze­roki uśmiech. -?Jestem face­tem.

Przyj­rzała się jego stro­jowi.

-?Tak głosi fama.

-?Prze­pra­szam. -?Pho­ebe dotknęła ramie­nia Eve. -?Sam i ja chcie­li­by­śmy wrę­czyć pani i pani mężowi poda­ru­nek. -?Podała Eve pudło. -?Za hoj­ność i przy­jaźń oka­zy­waną naszym dzie­ciom.

-?Dzię­kuję. -?Poda­runki zawsze Eve krę­po­wały. Nawet rok z Roar­kiem i jego nawy­kiem obsy­py­wa­nia jej pre­zen­tami nie nauczyły jej, jak zacho­wy­wać się w takiej sytu­acji.

Może dla­tego, że wcze­śniej nie była dla nikogo dość ważna, by otrzy­my­wać pre­zenty.

Posta­wiła pudło na stole i pocią­gnęła za koniec kokardy. Potem odchy­liła wieczko i roz­darła opa­ko­wa­nie. W środku kryły się dwa świecz­niki wyko­nane z lśnią­cych kamieni, jeden zie­lon­kawy, drugi czer­wo­nawy.

-?Och, są doprawdy piękne.

-?Ten kamień to flu­oryt -?wyja­śnił Sam. -?Czy­ści aurę, pomaga odzy­skać spo­kój umy­słu i jasność myśle­nia. Uzna­li­śmy, że ponie­waż oboje macie trudną, odpo­wie­dzialną pracę, wła­śnie flu­oryt będzie dla was naj­wła­ściw­szy.

-?Piękna robota. -?Roarke uniósł jeden ze świecz­ni­ków. -?To wasze dzieło?

-?Zro­bi­li­śmy je razem -?odrze­kła Pho­ebe, prze­sy­ła­jąc mu pro­mienny uśmiech.

-?Wobec tego są w dwój­na­sób cenne. Dzię­kuję. Czy pań­stwo sprze­dają swoje wyroby?

-?Cza­sami -?odrzekł Sam. -?Ale wolimy dawać je w pre­zen­cie.

-?Jeśli trzeba, to ja sprze­daję -?wtrą­ciła jego żona. -?Sam ma zbyt mięk­kie serce. Jestem bar­dziej prak­tyczna niż on.

-?Prze­pra­szam pań­stwa. -?Sum­mer­set znowu sta­nął w drzwiach. -?Kola­cja podana.

Wszystko szło łatwiej, niż Eve prze­wi­dy­wała. Pań­stwo Peabody oka­zali się bar­dzo mili, inte­re­su­jący i zabawni. A ich duma z córki była tak oczy­wi­sta, że nie można było nie poczuć do nich sym­pa­tii.

-?Mar­twi­li­śmy się -?powie­działa Pho­ebe, gdy roz­po­częli kola­cję od zupy z homa­rów -?kiedy DeDe powie­działa nam, co i gdzie zamie­rza zro­bić ze swoim życiem. Nie­bez­pieczne zaję­cie w nie­bez­piecz­nym mie­ście. - Uśmiech­nęła się przez stół do córki. -?Ale usza­no­wa­li­śmy jej powo­ła­nie i uzna­li­śmy, że będzie sumien­nie wywią­zy­wać się z obo­wiąz­ków.

-?Jest bar­dzo dobrą poli­cjantką -?przy­znała Eve.

-?Co to zna­czy? -?Widząc jej zmarsz­czone czoło, Pho­ebe zato­czyła ręką łuk w powie­trzu. -?Chcę spy­tać, jak brzmi pani defi­ni­cja dobrego poli­cjanta.

-?To jest ktoś, kto sza­nuje poli­cyjną odznakę i war­to­ści przez nią repre­zen­to­wane i przez cały czas stara się coś zmie­nić.

-?Tak. -?Pho­ebe z apro­batą ski­nęła głową. Jej ciemne, prze­ni­kliwe oczy wciąż wpa­try­wały się w twarz Eve.

W tym spo­koj­nym, rozu­mie­ją­cym spoj­rze­niu było jed­nak coś takiego, co budziło nie­po­kój Eve. Ta kobieta bez wąt­pie­nia byłaby asem w pro­wa­dze­niu roz­mów z podej­rza­nymi.

-?Po to tu wszy­scy jeste­śmy, żeby zmie­niać. -?Pho­ebe pozdro­wiła ją unie­sie­niem kie­liszka i upiła łyk wina. -?Jedni robią to przez modli­twę, inni przez sztukę, jesz­cze inni han­dlują. A nie­któ­rzy oddali się prawu. Ludzie czę­sto sądzą, że zwo­len­nicy Wol­nego Wieku nie wie­rzą w prawo... w prawo kra­jowe, by tak powie­dzieć. Ale prze­cież wie­rzymy. Wie­rzymy w porzą­dek i rów­no­wagę, w prawo jed­nostki do życia i poszu­ki­wa­nia szczę­ścia bez prze­szkód i krzywd ze strony innych. Będąc w służ­bie prawa, jesteś w służ­bie rów­no­wagi i bro­nisz tych ludzi, któ­rych skrzyw­dzono.

-?Ode­bra­nie życia innemu czło­wie­kowi... czyn, któ­rego ni­gdy nie zro­zu­miem... powo­duje powsta­nie pustego miej­sca w świe­cie. -?Sam poło­żył rękę na dłoni żony. -?DeDe nie opo­wiada nam wiele o swo­jej pracy, w każ­dym razie o szcze­gó­łach. Ale mówi, że pani stara się coś zmie­nić.

-?Takie zaję­cie.

-?A my panią męczymy. -?Pho­ebe uśmiech­nęła się i znów unio­sła kie­li­szek. -?Lepiej poroz­ma­wiajmy o czymś innym. Mają pań­stwo piękny dom -?zwró­ciła się do Roarke'a. -?Mam nadzieję, że po kola­cji będziemy mogli go obej­rzeć.

-?Wycieczka sze­ścio- czy ośmio­mie­sięczna? -?mruk­nęła Eve.

-?Moja żona twier­dzi, że są w tym domu pokoje, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie wiemy -?ode­zwał się Roarke.

-?Wie­cie, wie­cie. -?Pho­ebe unio­sła brwi. -?Zna­cie je wszyst­kie.

-?Prze­pra­szam pań­stwa. -?Sum­mer­set wszedł do jadalni. -?Pani porucz­nik, zgło­sił się dyżurny, mam go na łączu.

-?Pro­szę mi wyba­czyć. -?Eve wstała od stołu i szybko wyszła na kory­tarz.

Po kilku minu­tach wró­ciła. Jedno spoj­rze­nie na jej twarz wystar­czyło Roarke'owi, by zorien­to­wać się, że już do końca wie­czoru będzie musiał sam bawić gości.

-?Peabody, jesteś mi potrzebna. Bar­dzo prze­pra­szam. -?Eve omio­tła wzro­kiem twa­rze, na chwilę skrzy­żo­wała spoj­rze­nia z mężem. -?Musimy iść.

-?Czy ja też, pani porucz­nik?

Zer­k­nęła na McNaba.

-?Możesz się przy­dać. Chodź z nami. Prze­pra­szam -?powtó­rzyła.

-?Nie przej­muj się. -?Roarke wstał i deli­kat­nie pogła­skał ją po policzku. -?Uwa­żaj na sie­bie.

-?Dobrze.

-?Ryzyko zawo­dowe. -?Roarke usiadł ponow­nie, już tylko z Pho­ebe i Samem.

-?Ktoś zgi­nął -?rzekł cicho Sam.

-?Tak, ktoś zgi­nął. A teraz -?dodał Roarke -?poli­cja będzie pra­co­wać, żeby przy­wró­cić rów­no­wagę.

3

Wal­ter C. Pet­ti­bone, jubi­lat, przy­szedł do domu dokład­nie o siód­mej trzy­dzie­ści. Stu sie­dem­dzie­się­ciu trzech przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków powi­tało go chó­ral­nym okrzy­kiem NIE­SPO­DZIANKA!, gdy tylko prze­stą­pił próg.

Ale nie to go zabiło.

Roz­pro­mie­nił się jak dziecko, żar­to­bli­wie poła­jał żonę za to, że go nabrała, i życz­li­wie powi­tał gości. O ósmej przy­ję­cie nabrało już roz­ma­chu, a Wal­ter nie żało­wał sobie naj­roz­ma­it­szych sma­ko­ły­ków przy­go­to­wa­nych przez dostaw­ców. Jadł prze­piór­cze jaja, kawior, wędzo­nego łoso­sia i kro­kiety ze szpi­na­kiem.

Ale i to go nie zabiło.

Zatań­czył z żoną, przy­tu­lił dzieci i pozwo­lił sobie nawet uro­nić łzę w podzię­ko­wa­niu za sen­ty­men­talny toast wznie­siony przez syna.

I to prze­żył.

O ósmej czter­dzie­ści pięć, obej­mu­jąc żonę, wzniósł kolejny kie­li­szek szam­pana, popro­sił zebra­nych o uwagę i wygło­sił krótką, lecz wzru­sza­jącą mowę na temat istoty życia męż­czy­zny i bogac­twa, jakie w nim jest, jeśli los da mu przy­ja­ciół i rodzinę.

-?Za was wszyst­kich! -?zakoń­czył gło­sem prze­sy­co­nym emo­cją. -?Za moich dro­gich przy­ja­ciół z ser­decz­nym podzię­ko­wa­niem za to, że chcą dzie­lić ze mną piękno tego dnia. Za moje dzieci, z któ­rych jestem dumny i któ­rym dzię­kuję za wszyst­kie spra­wione mi rado­ści. I za moją piękną żonę, dzięki niej bowiem każ­dego dnia jestem szczę­śliwy, że żyję.

Roz­le­gły się odgłosy aplauzu, potem Wal­ter prze­chy­lił kie­li­szek i wypił jego zawar­tość.

I to wła­śnie go zabiło.

Zaczął się krztu­sić, oczy wystą­piły mu z orbit. Gdy szarp­nął za koł­nie­rzyk koszuli, żona wydała prze­ni­kliwy krzyk. Syn wyrżnął go w plecy. Wal­ter zachwiał się i osu­nął na gości, a roz­trą­ciw­szy ich jak krę­gle, runął na zie­mię w kon­wul­sjach.

Jeden z gości był leka­rzem, więc prze­pchnął się do gospo­da­rza, by udzie­lić mu pomocy. Wezwano ambu­lans, ale choć przy­je­chał już po pię­ciu minu­tach, Wal­ter opu­ścił ziem­ski padół.

Dawka cyjanku w kie­liszku z szam­pa­nem była zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nym pre­zen­tem na uro­dziny.

Eve przyj­rzała się ciału. Lekka nie­bie­skawa obwódka wokół ust, wstrzą­śnięte, sze­roko roz­warte oczy. Dole­ciał ją nie­znaczny, lecz wymowny zapach palo­nych mig­da­łów. Przy pierw­szych pró­bach reani­ma­cji męż­czy­znę prze­nie­siono na sofę i roz­luź­niono mu koł­nie­rzyk. Nikt dotąd nie posprzą­tał potłu­czo­nego szkła i por­ce­lany. W pokoju uno­sił się inten­sywny zapach kwia­tów, wina, kre­we­tek i świe­żej śmierci.

Wal­ter C. Pet­ti­bone, pomy­ślała, czło­wiek, który przy­szedł na świat i odszedł z niego tego samego dnia roku. Pełne koło. Więk­szość ludzi jed­nak wola­łaby tego unik­nąć.

-?Chcę poroz­ma­wiać z leka­rzem, który pró­bo­wał go rato­wać -?powie­działa do Peabody i przyj­rzała się pod­ło­dze. -?Musimy zabrać całe to potłu­czone gówno i stwier­dzić, które naczy­nie bądź naczy­nia zawie­rały zatruty alko­hol. Nikt nie może wyjść! To doty­czy i gości, i per­so­nelu. McNab, możesz zacząć spi­sy­wać nazwi­ska i adresy do prze­słu­chań. Rodzina ma być trzy­mana osobno.

-?Zdaje się, że mamy tu zabój­cze przy­ję­cie -?stwier­dził na odchod­nym McNab.

-?Pani porucz­nik, dok­tor Peter Vance. -?Peabody przy­pro­wa­dziła męż­czy­znę śred­niej budowy ciała. Miał krót­kie pia­skowe włosy i bródkę w podob­nym odcie­niu. Gdy prze­niósł wzrok na ciało Wal­tera Pet­ti­bone'a, Eve dostrze­gła w jego oczach smu­tek, lecz rów­nież gniew.

-?To był porządny czło­wiek. -?Mówił z pew­nym tru­dem, sły­chać było ślad bry­tyj­skiego akcentu. -?Dobry przy­ja­ciel.

-?Ktoś nie był jego przy­ja­cie­lem -?zwró­ciła mu uwagę Eve. -?To pan stwier­dził, że go otruto, i pole­cił obsłu­dze ambu­lansu zawia­do­mić poli­cję.

-?Tak. Objawy były pod­ręcz­ni­kowe, zmarł bły­ska­wicz­nie. -?Odwró­cił wzrok od ciała i skrzy­żo­wał spoj­rze­nia z Eve. -?Chciał­bym wie­rzyć, że to pomyłka, jakiś potworny wypa­dek. Ale nie­stety... Wła­śnie skoń­czył wzno­sić dość ckliwy toast... taki w jego stylu. Stał, obej­mu­jąc żonę, a dzieci z mał­żon­kami były obok. Uśmie­chał się od ucha do ucha i miał w oczach łzy. Podzię­ko­wa­li­śmy mu okla­skami, potem Walt wypił szam­pana i zaczął się dła­wić. Natych­miast upadł i dostał kon­wul­sji. Po kilku minu­tach było po wszyst­kim. Nic nie można było pora­dzić.

-?Skąd wziął tego drinka?

-?Nie potra­fię powie­dzieć. Kel­ne­rzy najęci przez dostaw­ców roz­no­sili szam­pana na tacach. Można też było przy­nieść sobie drinka z zaim­pro­wi­zo­wa­nych bar­ków. Więk­szość gości jest tutaj od około siód­mej. Bambi wycho­dziła z sie­bie, żeby na przy­by­cie Wal­tera wszy­scy już byli na miej­scu.

-?Bambi?

-?Jego żona. -?Vance zdo­był się na wątły uśmiech. -?Druga żona. Pobrali się mniej wię­cej rok temu. Ona pla­no­wała to przy­ję­cie od tygo­dni. Walt z pew­no­ścią dobrze o nim wie­dział... To nie jest kobieta, którą nazwa­łoby się bystrą. Ale uda­wał, że jest zasko­czony.

-?O któ­rej przy­szedł?

-?Dokład­nie o wpół do ósmej. Wszy­scy krzyk­nę­li­śmy chó­rem "Nie­spo­dzianka!", tak jak kazała nam Bambi. Pośmia­li­śmy się z tego, a potem zaczę­li­śmy jeść i pić. Było tro­chę tań­ców. Walt peł­nił honory pana domu, więc cho­dził od grupki do grupki. Jego syn wzniósł toast. -?Vance wes­tchnął. -?Szkoda, że nie przy­glą­da­łem się dokład­niej temu, co się dzieje. W każ­dym razie Walt na pewno pił szam­pana.

-?Czy wtedy, na początku przy­ję­cia, też widział go pan, jak pije?

-?Chyba... -?Zamknął oczy, jakby pró­bo­wał przy­wo­łać wcze­śniej­szy obraz. - Chyba tak. Nie potra­fię wyobra­zić go sobie bez kie­liszka po toa­ście wznie­sio­nym przez syna. Wal­ter uwiel­biał swoje dzieci. Potem chyba miał nowy kie­li­szek, pełny. Ale nie potra­fię powie­dzieć z całą pew­no­ścią, czy wziął go z tacy, czy ktoś mu go podał.

-?Byli­ście przy­ja­ciółmi?

Twarz znowu mu posmut­niała.

-?Dobrymi przy­ja­ciółmi... tak.

-?Czy miał jakieś kło­poty w mał­żeń­stwie?

Vance pokrę­cił głową.

-?Był bar­dzo szczę­śliwy. Szcze­rze mówiąc, więk­szość jego zna­jo­mych nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego poślu­bił Bambi. Z Shelly byli przed­tem... ile...? Zdaje się, że ponad trzy­dzie­ści lat. Roz­wie­dli się w dość przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach. Nie minęło pół roku i już zna­lazł sobie Bambi. Więk­szość z nas myślała, że to tylko kry­zys wieku śred­niego, ale oni ze sobą zostali.

-?Czy jego pierw­sza żona dzi­siaj tu była?

-?Nie. Ich sto­sunki nie były aż tak przy­ja­ciel­skie.

-?Czy przy­cho­dzi panu na myśl ktoś, kto mógłby życzyć mu śmierci?

-?Abso­lut­nie nikt. -?Vance bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. -?Twier­dze­nie, że nie miał wro­gów, jest natu­ral­nie bana­łem, pani porucz­nik, ale wła­śnie tak powie­dział­bym o Wal­cie. Lubiano go, a wielu ludzi wręcz go uwiel­biało. Był z natury dobro­dusz­nym czło­wie­kiem, szczo­drym pra­co­dawcą i odda­nym ojcem.

No i boga­tym, pomy­ślała Eve, podzię­ko­waw­szy dok­to­rowi. Boga­tym czło­wie­kiem, który zosta­wił pierw­szą żonę dla młod­szej, bar­dziej sek­sow­nej kobiety. A ponie­waż ludzie na ogół nie noszą ze sobą cyjanku na przy­ję­cia uro­dzi­nowe, ktoś przy­szedł tutaj z wyraź­nym zamia­rem zabi­cia Pet­ti­bone'a.

W salo­nie, połą­czo­nym drzwiami z sypial­nią, Eve prze­pro­wa­dziła roz­mowę z drugą żoną denata.

Pokój był mroczny, cięż­kie różowe dra­pe­rie zacią­gnięte, a jedyna lampa osło­nięta pasia­stym aba­żu­rem dawała mdłe, cukier­kowe świa­tło.

Eve stwier­dziła, że wszystko w tym pomiesz­cze­niu jest różowe lub białe i fal­ba­nia­ste. Prze­cu­krzone cia­sto, pomy­ślała. Góry podu­szek, mnó­stwo ser­wet, ser­wetek i bież­nicz­ków, a do tego ciężki zapach zbyt wielu róż zgro­ma­dzo­nych w jed­nym miej­scu.

W tym dziew­czę­cym kró­le­stwie Bambi Pet­ti­bone sie­działa oparta na szez­longu obi­tym różo­wym aksa­mi­tem. Krę­cone włosy miała zebrane w war­kocz i ufar­bo­wane na podobny odcień jak rumieńce lalki. Kom­plet, który nosiła, rów­nież był różowy. Opa­li­zu­jący mate­riał zasła­niał więk­szą część jed­nej piersi, druga nato­miast była kokie­te­ryj­nie prze­sło­nięta prze­zro­czy­stą wstawką w kształ­cie róży.

Wiel­kie nie­bie­skie oczy pani Pet­ti­bone uro­czo lśniły od łez, które ście­kały małymi, ślicz­nymi kro­plami po gład­kich policz­kach. Twarz spra­wiała wra­że­nie mło­dej i nie­win­nej, ciało mówiło jed­nak co innego.

Kobieta trzy­mała na kola­nach białą kudłatą kulę.

-?Pani Pet­ti­bone?

Blon­dynka zaszlo­chała i wtu­liła twarz w białe kudły. Gdy kula nagle wydała z sie­bie szczek­nię­cie, Eve uznała, że praw­do­po­dob­nie jest to pies dziw­nej rasy.

-?Jestem porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji, a to moja asy­stentka, Peabody. Jest nam bar­dzo przy­kro z powodu straty, jaką pani ponio­sła.

-?Boney nie żyje. Mój drogi Boney.

Boney i Bambi, pomy­ślała Eve. Co tym ludziom odbija?

-?Wiem, że prze­żywa pani trudne chwile... -?Eve rozej­rzała się i pojęła, że nie ma innego wyj­ścia, jak usiąść na czymś pucha­tym i różo­wym. -?Ale muszę zadać pani kilka pytań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki