1. Monachium, 1944
Sturmbannführer Otto Langer nalał koniak do pękatych kieliszków, a po chwili jeden z nich podał swojemu synowi.
- Mamy co świętować? - zapytał z ironią Martin.
- Powiedzmy, że tak - odparł stary Langer i pociągnął łyk bursztynowego płynu.
- Ojcze, dostajemy łupnia od Amerykanów i Brytoli, a Rosjanie lada chwila dotrą do Berlina - zdziwił się Martin.
- O tym, że przegramy tę wojnę, wiedziałem już od dawna, jednak my będziemy żyć dalej i chciałbym, aby to nasze życie wyglądało lepiej niż Berlin po wejściu aliantów - odrzekł Otto.
- Tato, naprawdę sądzisz, że gdy do Berlina wejdą Rosjanie albo Amerykanie, to puszczą nas wolno? - prychnął.
- Dajże spokój, synu, naoglądałem się na froncie wschodnim takich obrazków, że nie mam co do Rosjan żadnych złudzeń. I powiem ci w sekrecie, że nie zamierzam ginąć za Rzeszę. Zaraz po kapitulacji chciałbym stąd wyjechać. Zrobiłbym to już teraz, ale w tym momencie mógłbym trafić co najwyżej do amerykańskiego obozu jenieckiego. Poza tym jeśli osiedlę się gdzieś daleko, nie chcę zostać wyrobnikiem i pracować za jakieś nędzne uposażenie. A i dla ciebie pragnę dobrego i wygodnego życia.
- Więc co zamierzasz? - zapytał Martin, marszcząc czoło.
- Zabrać cię na wycieczkę do Werdenfelser Landu - odrzekł stary Langer. - Ukryliśmy tam z Franzem tyle złota i forsy, że będziemy opływali w luksusy przez następne dziesięć lat.
- Nie tak to miało wyglądać - mruknął Martin.
Był doradcą podczas pierwszej konferencji zwołanej przez Bormanna w czerwcu czterdziestego czwartego roku w Strasburgu, w hotelu Maison Rouge. Potocznie nazywano ją ewakuacyjną, a uczestniczyli w niej bankierzy, przemysłowcy i osoby czuwające nad najważniejszymi i najdroższymi patentami w Rzeszy. Akcja miała na celu transfer wszelkich dóbr na inne kontynenty poprzez południowoamerykańskie firmy, jednak nie było mowy o tym, że każdy dygnitarz ma sobie urwać z tych drogocenności coś dla siebie.
Martin miał do całej sprawy dość swobodne podejście, ale swojego ojca nigdy nie podejrzewałby o podobne rzeczy. Otto Langer należał bowiem do oficerów, dla których dobro ojczyzny zawsze było najważniejsze.
- Synu, można robić dalekosiężne plany, ale rzeczywistość niekiedy odbiega od założonych projektów.
- Jeśli chodzi o transfer pieniędzy, złota i dokumentów, odbywa się on niemal płynnie. Przecież alianci doskonale wiedzą, że mamy swoje przyczółki w Argentynie i Chile, i chociaż od czasu do czasu wpadają na trop jakiegoś naszego agenta, nie podejmują żadnych akcji na szerszą skalę. To dramatyczne zerwanie przez Argentynę stosunków dyplomatycznych z Rzeszą było jedynie po to, żeby zamknąć gęby Amerykanom.
Martin wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego taki człowiek jak jego ojciec postanowił oszukać swoje ukochane państwo i oskubać go z pewnych dóbr.
- Transfer towarów i dokumentów jest znacznie prostszy niż ludzi. A pewnego dnia trzeba będzie się ewakuować z Europy, zaś najlepszą przepustką mogą okazać się pieniądze i złoto. Zresztą jeśli zechcę w Argentynie albo Chile mieć własny biznes i posłuch wśród tamtejszej elity, nie mogę być nędzarzem. Wszyscy, których znam, również uszczknęli sobie co nieco. Z samego Auschwitz pozyskiwaliśmy rocznie cztery i pół tony złota, a przy takiej skali można sobie przywłaszczyć kapkę na czarną godzinę.
- Stąd twoja zażyłość z Schultzem... - westchnął Martin.
Nie ufał temu człowiekowi za grosz, bo tajemnicą poliszynela było, że Franz Schultze jest szczwanym lisem, który za sztabkę złota gotów sprzedać własną matkę. Dostęp do tego typu walorów miał z racji swojego stanowiska w Majdanku, a i na froncie wschodnim zapewne się nakradł. Potem zaś został fiszą podczas Aktion Reinhardt. Martin nie miał jednak pojęcia, dlaczego Schultze nagle zapałał miłością do jego ojca i to właśnie z nim postanowił współpracować.
- Tak, postanowiliśmy zrobić to razem. - Otto uśmiechnął się triumfalnie.
- A co dostał w zamian? - zadrwił Martin, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że Schultze nie wziął ojca do spółki z powodu sympatii do niego.
- Ciężarówki i chłopców, których lojalność nie miała sobie równych. Poza tym dałem mu namiar na kilka źródeł pozyskania wartościowych rzeczy - powiedział stary Langer i na sekundę odwrócił wzrok.
Martin znał swojego ojca doskonale i wiedział, że Otto skłamał. Nie miał jednak pojęcia, co było nieprawdą ani dlaczego ojciec chciał coś przed nim ukryć.
- Nie miał? - zdziwił się Martin.
- Oj, nie ma sobie równych. Łapiesz mnie za słówka, a ja potrzebuję twojej pomocy, bo za kilka dni wejdą na te tereny Amerykanie i możemy mieć problem, by dostać się do skrytki - zirytował się Otto. - Musisz mi pomóc zorganizować transfer naszej doli do Argentyny. Znasz hiszpańskich i argentyńskich dyplomatów, niech nam to ułatwią. Od konferencji z Bormannem robisz takie rzeczy nieustannie.
- Mam od razu się tym zająć? - zapytał rzeczowo Martin.
Stwierdził, że w zasadzie wzajemne relacje ojca z Schultzem mało go interesują, a nic się wielkiego nie stanie, jeśli i Otto Langer przytuli część majątku upadającej Trzeciej Rzeszy. Ryzyko było niewielkie, bo Martin cieszył się ogromnym zaufaniem Bormanna, mimo że był jedynie doradcą finansowym, który awansował na Hauptsturmführera dopiero po konferencji w Strasburgu. Nie obawiał się więc, że ktoś z jego dowódców zacznie węszyć.
- Tak. Im szybciej się tym zajmiemy, tym lepiej. W miejscu, gdzie ukryliśmy z Franzem nasz łup, Amerykanie pojawią się lada dzień. Nie wiadomo także, kiedy u wrót Berlina stanie armia radziecka, a wówczas wszystko może się wydarzyć. Nie chciałbym, żeby z mojego wysiłku skorzystali inni. Zwłaszcza jeśli mieliby to być Sowieci czy Amerykanie.
- Słusznie - odparł Martin i pociągnął łyk koniaku, nie zastanawiając się już nad moralnymi aspektami całej sytuacji, zwłaszcza że sam nie miał tak zupełnie czystych rąk.
***
Nazajutrz, ubrani w cywilne, nieco zużyte już kurtki i buty, ruszyli wysłużonym oplem w stronę malowniczo położonego w Werdenfelser Landzie Garmisch-Partenkirchen.
Miasteczko leżało u stóp najwyższego w Niemczech pasma górskiego, Wetterstein, i nad dwoma urokliwymi dopływami rzeki Loisach. Wąskie uliczki z typowo bawarską architekturą zapewniały wyciszenie, zaś amatorzy sportów zimowych jeszcze do niedawna mogli korzystać z obiektów, na których odbywała się w trzydziestym szóstym roku zimowa olimpiada.
Wynajęli pokój na uboczu, bo żaden z nich nie chciał rzucać się w oczy. W tych rejonach ukrywano mnóstwo dóbr wszelakich, nie tylko oficjalnie, ale i pokątnie. Tak jak Schultze. Zarówno Otto Langer, jak i jego syn doskonale wiedzieli, że niebawem stanie się to tajemnicą poliszynela, a wtedy zjedzie tu cała aliancka armia, by dobrać się do pochowanych w okolicy drogocenności.
- A Schultze się nie wkurzy, że robimy coś bez jego wiedzy i zgody? - zagadnął Martin.
- On ma swoje skrzynie, ja swoje. Franz ma ich z pięć razy więcej niż ja i w jego przypadku dyskretne przewiezienie ich do portu w Hiszpanii albo do Triestu będzie znacznie trudniejsze. A ja nie chcę czekać, aż nasz kraj zamieni się w perzynę, bo być może nie będę miał po co tu wracać. Reszta skrzyń musi pozostać w tym miejscu aż do zakończenia wojny. A może nawet na zawsze. Jednak to, co zabierzemy, musimy przerzucić do Argentyny. Boję się tylko, że nie zdążymy...
Martin nie dyskutował z ojcem i nie podzielał jego obaw. Może dlatego, że w kwestii przerzutu dokumentów, pieniędzy i złota do Ameryki Południowej miał dużo większą wprawę.
***
Następnego dnia, gdy tylko na dworze zrobiło się jasno, ubrani w płaszcze przeciwdeszczowe i traperki, ruszyli w stronę stoku Wetterstein. Otton wciąż oglądał się za siebie, jakby sprawdzał, czy przypadkiem nikt ich nie śledzi. Irytowało to jego syna, bowiem stary Langer najpierw w miasteczku zwracał uwagę na siebie takim zachowaniem, a gdy już z niego wyszli, zaczął sprawiać wrażenie człowieka opętanego paranoją.
Na szlaku minęli kilka osób, z wyglądu tubylców, którzy szli z oddalonych od miasteczka wsi, by zrobić sprawunki w Garmisch albo coś sprzedać na tamtejszym bazarze. W pewnej chwili ojciec się zatrzymał, wyciągnął z kieszeni małą kartkę, a po chwili skręcił w las. Nie było tam ani ścieżki, ani też niczego charakterystycznego, co mogłoby ułatwić im dojście do punktu docelowego. Martin zachodził w głowę, jak przedzierali się przez te chaszcze żołnierze, którzy musieli nieść ze sobą ciężkie i nieporęczne skrzynie, nie mówiąc o tym, że nawet furmanka by się tędy nie przedarła.
- Jak wyście tu dojechali samochodami? - Zdenerwował się, bo droga wyglądała na nieuczęszczaną od lat.
- To dojście od innej strony. Nieco trudniejsze - odparł Otto.
- Tato, wtedy miałeś do dyspozycji kilkunastu rosłych chłopów, teraz jesteśmy tylko we dwóch i mamy jedynie plecaki. - Do Martina dotarło, że wyniesienie ukrytych dóbr może im nastręczyć niemałych problemów.
- Dlatego musimy przebyć tę trasę kilka razy. Poza tym nie zamierzam dotykać skrzyń Franza. Niech je stąd zabierze, kiedy chce. Po drugiej stronie, gdzie jest bita droga, musielibyśmy minąć gospodarstwo Hansa Klugego. Nie chcę, aby nas zobaczył i narobił rabanu, że chcemy zrobić coś bez wiedzy i zgody Schultzego - westchnął ojciec i postawił kolejny krok.
Dotarli w końcu do wartkiego strumienia i teraz było jeszcze gorzej, bo musieli go sforsować, brodząc po kolana w wodzie. Jego ojciec miał zaprawę po froncie wschodnim, ale Martin dotychczas rzadko kiedy musiał przechodzić podobną musztrę. Po drugiej stronie rzeczki znowu weszli w gęste zarośla i chwilę potem stanęli przy skalnym załomie. Otto rozsunął krzewy i zobaczyli prymitywny drewniany właz. Teraz Martin rozumiał, dlaczego stary Langer się upierał, by jak najszybciej wydobyć stąd skrzynie. Kilka zbitych bezładnie desek rzucało się w oczy. Zapewne turyści rzadko kiedy zapuszczali się w to miejsce, ale przecież miejscowi znali w okolicy każdy kąt i mogliby się zainteresować czymś, co na pewno nie pochodziło od matki natury.
Odsunęli deski i weszli do ciemnej jaskini. Martin zapalił latarkę i omiótł wnętrze snopem światła.
- Idź dalej, Martin. Tam będzie wąskie przejście do następnych grot.
Zrobił, co nakazał mu ojciec, i przedostał się do kolejnej jamy. I wtedy usłyszał stek przekleństw wydobywający się z ust Ottona Langera. Odwrócił się gwałtownie i oświetlił twarz ojca.
- Co się dzieje? - zapytał spokojnie.
- Nie ma! Nic nie ma! One powinny być tutaj!
- Może pomyliłeś groty? - zasugerował bez specjalnego przekonania Martin.
Otto się schylił i podniósł z ziemi kawałek brezentu i jakąś blaszkę.
- To tutaj. Tylko ktoś nas uprzedził - wydukał.
- Schultze? - bardziej stwierdził niż zapytał Martin. Nie byłby zdziwiony, gdyby Franz okpił jego ojca.
- A skąd ja mam, do licha, to wiedzieć?! Myślę jednak, że to nie Franz. On musiał wrócić do Polski.
- W takim razie należy go odnaleźć i o tym poinformować, zanim zdąży rzucić podejrzenie na ciebie - westchnął Martin.
- Tak, tak...
- A może ten cały Kluge coś wie? W końcu miał wszystkiego pilnować i zareagować, gdyby ktoś się tu kręcił. Może przeniósł skrzynie w inne miejsce?
- Tak, chodźmy do Klugego - wymamrotał ojciec.
Dotarli do leśniczówki, ale nikogo w niej nie zastali. Zajrzeli przez okno do środka.
- Nie wygląda na to, żeby na dobre się wynieśli. Na stole stoją kubki z niedopitą herbatą i chleb, który nie wygląda na czerstwy.
- Więc mamy tu na niego czekać? - wybełkotał kompletnie zszokowany Otto.
Martin popatrzył na niego i stwierdził, że najpierw musi uspokoić ojca, a potem się zastanowią, co zrobić dalej. Przecież to nie był koniec świata, zwłaszcza że on mógł dać Ottonowi tyle forsy, że ten mógłby się w niej wykąpać.
- Nie, tato. Wrócimy do naszej kwatery, odpoczniemy i przemyślimy sprawę.
Stary Langer był przybity, bo chyba dotarło do niego, że właśnie jego misterny plan dotyczący przyszłości rodziny Langerów legł w gruzach.
Dowlekli się do kwatery, prawie wcale się do siebie nie odzywając. Zapewne jego ojciec był zbyt rozżalony na Schultzego. Gdyby wpadł we wściekłość, przez całą drogę złorzeczyłby swojemu kumplowi i wymyślałby dziesiątki sposobów, żeby się na nim odegrać.
- Tato, przebierz się, napij herbaty, a ja dyskretnie podpytam w miasteczku, czy przypadkiem nie widziano tu ostatnio Franza. W końcu spędził połowę życia w tej okolicy i wszyscy go znają.
- Kiedy tu przyjechaliśmy, starał się unikać kontaktu z kimkolwiek. Oprócz Klugego nikt nie wiedział, że Schultze przyjechał do Garmisch.
- Ale teraz także musiał mu ktoś pomóc.
- To bez sensu... - jęknął ojciec. - Nie uważam, aby Schultze był wyjątkowo lojalny, ale po co miałby to robić? On uważał, że należy pozostawić skrzynie w ukryciu aż do czasu kapitulacji i kiedy skończą się działania wojenne, a alianci będą zajęci organizowaniem życia Niemców po upadku Rzeszy. Ja miałem inne zdanie na ten temat, ale w końcu to była sprawa Franza.
- Wtedy pomyśli, że ty go okpiłeś... Tak czy siak musimy go znaleźć. Pójdę do lokalu Pod Białym Koniem. Nasza Frau Hausner wie przecież wszystko - westchnął Martin.
- I kocha się w tobie - mruknął Otto.
- Właśnie dlatego tak ciężko wzdycham.
Mimo bezsprzecznej urody szefowej knajpy Pod Białym Koniem Martin nie miał zbytniej ochoty na spotkanie z nią. Drażniła go atencja, którą go obdarzała kobieta, na którą mówiono w okolicy Die Königin der Nacht, czyli Królowa Nocy.
***
Zenty Hausner nie było w lokalu, bo - jak przekazała mu uczynna kelnerka - szefowa wybrała się do sąsiedniej miejscowości i wróci nazajutrz. Na pytanie o Schultzego pokręciła jedynie głową. A potem powiedziała, że nie widziała tego człowieka w Garmisch od dawna, nie słyszała także, aby ostatnio tu przebywał. Być może tak właśnie było, ale przecież kelnerka mogła być mniej zorientowana od Zenty, bo ta wiedziała niemal o wszystkim, co działo się w okolicy.
Wypił piwo, pożegnał się z sympatyczną pracownicą pani Hausner i wrócił do kwatery. Cały dom tonął w ciemnościach, nawet w ich pokoju nie paliło się światło. Martin pomyślał, że zdruzgotany ojciec poszedł spać, dlatego starał się wchodzić po schodach jak najciszej. Otworzył drzwi do ich pokoju, a potem podszedł do stolika i zapalił lampę. Spojrzał na łóżko i zamarł. Otto Langer leżał cały we krwi, a na jego szyi widniał głęboki ślad, najpewniej po wojskowej fince. Podbiegł w panice do ojca, ale na jakąkolwiek pomoc było już za późno. Otto Langer nie żył, a poderżnięte gardło świadczyło o tym, że mężczyzna nie popełnił z rozpaczy samobójstwa.
Od chwili, gdy wrócili w przemoczonych butach na kwaterę, Martin Langer czuł przeszywające jego ciało zimno. Teraz jednak miał wrażenie, że zamienił się w kostkę lodu.