I
Pięć do zera dla gospodarzy.
Kiedy pojawił się wynik na tablicy i zabrzmiał dźwięk gwizdka kończący mecz, podałyśmy dłonie swoim rywalkom na znak podziękowania za dobrą i wyrównaną walkę, chociaż wynik mówił sam za siebie. Byłam szczęśliwa, że trzy gole były moje, mimo iż w trzecioligowym zespole z małego miasta, i to jeszcze w meczu towarzyskim, nie miało to dużego znaczenia. Spojrzałam na trybuny w miejscu, gdzie powinna siedzieć moja rodzina, ale niestety nie było tam nikogo.
Znowu! - Pomyślałam i nawet zrobiło mi się przykro, ale z rozmyślania o tym, co ważniejszego znowu było dla mojej matki niż ja, wyrwał mnie dźwięk mojego imienia.
- Klara! Chciałbym żebyś kogoś poznała - powiedział trener. - To jest Arkadiusz...
- Kowalik - dokończyłam, przerywając w pół słowa, bo szczęka opadła mi z wrażenia.
Dobrze wiedziałam, kim był Arkadiusz Kowalik. Do tej pory widziałam go tylko w telewizji, a teraz stał przede mną całkowicie prawdziwy i ściskał moją dłoń - trener reprezentacji Polski w piłce nożnej.
- Jestem pod wrażeniem twojego talentu i zamiłowania, z jakim grasz w piłkę. Moi chłopcy mogliby się wiele od ciebie nauczyć, a na pewno tego, co to jest duch walki. -Jego słowa odbijały się w mojej głowie niczym echo.
- Niezmiernie miło mi to słyszeć, dziękuję - wydukałam ze szczerym uśmiechem, nie byłam w żadnym stopniu przygotowana na takie spotkanie, a już na pewno nie na takie pochwały.
- Taki talent trzeba rozwijać, masz potencjał a to połowa sukcesu. - Poklepał mnie po ramieniu, a ja uśmiechnęłam się z rumieńcem na twarzy.
Przecież ja tylko gram w piłkę. - Pomyślałam.
Trener pozwoli mi wrócić do koleżanek z drużyny, mówiąc, że porozmawiamy później, bo muszą ponegocjować trochę z Kowalikiem. Wzruszyłam ramionami i zmierzając w stronę szatni, rozmyślałam, co mogą negocjować trener trzecioligowej drużyny żeńskiej z trenerem pierwszej reprezentacji Polski.
Dotarłam do szatni i właściwie zapomniałam o swoich rozmyślaniach, bo wpadłam w sam środek zadowolonych i rozśpiewanych dziewczyn z drużyny. Zawsze po wygranym meczu otwierałyśmy szampana i śpiewałyśmy wszystkim znany tekst: Kto wygrał mecz? Brzezki! Kto? Brzezki...".
Kiedyś nawet mocno zastanawiałyśmy się nad inną nazwą naszej drużyny, dostałyśmy wolną rękę od zarządu klubu, ale niestety żadna z nas nie wpadła na nic lepszego, bo w sumie, co można wymyślić od nazwy miasta Białobrzegi? Wzięłam prysznic, przebrałam się w swoje rzeczy i już miałam opuścić teren obiektu sportowego, kiedy za plecami usłyszałam znajomy głos.
- Klara! Kurwa! Dziewczyno! Co to była za brama z przewrotki? Mało się nie zadławiłam z wrażenia. Idziemy się napić?
Roześmiałam się głośno. To była Iga, moja kumpela, taka prawdziwa i od serca, która chyba wiedziała o mnie więcej niż ja sama. Chociaż nie przepadała za piłką nożną, to jednak zawsze przychodziła na moje mecze.
- Jestem sportowcem, zapomniałaś? Nie mogę nadużywać alkoholu - powiedziałam. Iga uśmiechnęła się ironicznie, a ja już wiedziałam, że zaraz przypomni o imprezie sprzed miesiąca, w czasie której przesadziłyśmy z ilością alkoholu. Nadal robi mi się niedobrze na wspomnienie o kacu, który męczył mnie cały następny dzień. Aby pozbawić Igę przyjemności drwienia sobie ze mnie, zapytałam, jakim cudem widziała bramkę, skoro nie było jej na trybunach w miejscu zarezerwowanym dla moich gości.
- Musiałam wyjść zaraz po tym pięknym golu. Mama dzwoniła żebym przyszła na chwilę do domu popilnować siostrę. - Wzruszyła ramionami. - Wróciła wcześniej, więc i ja mogłam przyjechać na koniec meczu. - Przytuliła mnie mocno i westchnęła. - Znowu nie przyszła?
Wiedziałam, że pyta o moją matkę. Od początku sezonu była tylko raz na meczu i na dodatek weszła w połowie chyba tylko po to, żeby pokazać mi swoje niezadowolenie, że musiała przerwać spotkanie. Jak się później okazało, dotarła tylko dlatego, że zainterweniował dziadek. Oderwałam głowę z ramienia Igi, wzięłam głęboki wdech i chwilę pomyślałam nad odpowiedzią.
- Co mam ci powiedzieć? Pewnie, gdyby chodziło o mojego brata, to przybiegłaby w podskokach, ale że ja nie jestem taka jak on, nie poszłam na medycynę tak jak sobie tego życzyła, tylko gram w piłkę. Może to jest jakaś kara? Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Chodź, przejdziemy się.
Oczywiście Iga musiała wstąpić do sklepu monopolowego po wino i chipsy. Z takimi zakupami poszłyśmy w stronę jeziora. Jako małe dziewczynki uciekałyśmy zawsze w to miejsce, aby się wygadać. Teraz, jako dorosłe kobiety na widok tej pięknej, czystej plaży wspominałyśmy czasy, kiedy życie było beztroskie i niewinne.
- Napij się Klaro, obiecuję, że dzisiaj tylko jedno. - Uśmiechnęła się podstępnie.
- Jasne. Gdybym cię nie znała, to może bym uwierzyła. Dawaj! - Wzięłam dużego łyka wina i już chciałam opowiedzieć jej o spotkaniu trenera Kowalika, kiedy zapytała:
- A co z Marcinem? Dawno go nie widziałam.
Zamyśliłam się na chwilę, bo wiedziałam, że moja przyjaciółka zna mnie na wylot i żadna ściema nie przejdzie.
- To dupek! Miałam dokonać wyboru: on albo piłka. Wiesz, co wybrałam. Równie mocno jak moja matka nienawidzi piłki nożnej, a bardziej tego, że w nią gram. Czasami mam wrażenie, że się zgadali, bo na każdym kroku słyszę, jakiego to wspaniałego i zaradnego chłopaka straciłam przez piłkę. Eh - westchnęłam cicho, wbijając wzrok w zachodzące słońce. - A prawda jest taka, że nie czuję żebym straciła kogoś wartościowego. Jestem pewna, że czułabym pustkę gdybym wybrała inaczej, bo za długo na to pracowałam, żeby teraz rzucić wszystko dla faceta.
- Tak, wiem to niunia - powiedziała Iga przytulając mnie. - Wiem, byłam z tobą od samego początku i pamiętam, jak wtedy ten pomysł wydawał mi się najbardziej poronionym ze wszystkich twoich pomysłów. I nie tylko ja tak uważałam. Dzisiaj jednak widzę, z jakim zamiłowaniem grasz każdy mecz. Po prostu to kochasz. To była dobra decyzja....
***
Jezu, ki grom dzwoni o ósmej rano, kiedy mam dzień wolny? - Pomyślałam ledwie otwierając oczy i szukając na szafce rozdzwonionego telefonu. - Kurwa, moja głowa. Iga zabiję cię -powiedziałam w duchu. - A jeśli to ty mnie budzisz z samego rana to zabiję cię drugi raz.
Nie patrząc na wyświetlacz telefonu, odebrałam zaspanym, a może nawet zachrypniętym głosem, bo w słuchawce panowała przez chwilę cisza.
- Klaro, dobrze się czujesz? - Usłyszałam głos trenera.
- Tak, dobrze trenerze, wszystko gra, tylko jeszcze spałam. Co jest?
- Świetnie, a teraz posłuchaj uważnie! - Jego głos był poważny i stanowczy, a ja czułam, jak serce zaczyna mi dudnić w oszalałym tempie.
- Jak najszybciej musisz się zjawić w biurze prezesa klubu! Nie pytaj, dlaczego, tylko ubieraj się i przyjeżdżaj natychmiast!
Po tych słowach rozłączył się, a mnie przez głowę przelatywały tysiące scenariuszy i pytanie skąd on wie, że nie jestem ubrana.
No pewnie, dlatego że jest ósma rano - zaśmiałam się w myślach.
- Kurwa, ja pierdolę!
Gadałam do siebie, skacząc po pokoju i ubierając się jednocześnie. Co się takiego stało, że trener wezwał mnie tak wcześnie rano i to jeszcze do prezesa klubu? Może dziewczyna, którą faulowałam na meczu umarła? Nie wyglądała dobrze schodząc z boiska, ale gdyby umarła to raczej policja by tu przyjechała. A może chcą mnie wyrzucić z drużyny? Jezu chyba bym tego nie przeżyła.
Dobra Klaro, weź się ogarnij. - Spoliczkowałam się w myślach. Im szybciej tam dotrę tym szybciej się dowiem, o co chodzi. Ubrałam się raczej swobodnie, dżinsy do kostek, białe trampki i koszulka z krótkim rękawem.
- Jak wylatywać to z hukiem - powiedziałam, przeglądając się w lustrze.
- Gdzie wylatujesz? - Usłyszałam głos matki przez uchylone drzwi.
- Jeszcze nie wiem mamo, ale pewnie na zbity pysk. Trener dzwonił, muszę się wstawić u samego prezesa klubu, nie brzmiał miło, a kończy mi się kontrakt, więc pewnie mi podziękują.
- W sumie to i dobrze. Może w końcu zajmiesz się czymś normalnym, jak twój brat, a nie piłką. Idę do pracy. Miłego dnia Klarcia. - Drzwi się zamknęły.
- Klarcia - powtórzyłam.
Wiedziałam, że mama by się ucieszyła, gdybym przestała grać w piłkę. Nigdy nie wspierała mnie w tym, co robię. W zasadzie jedyną osobą w rodzinie, która mnie wspierała w kwestii piłki, był dziadek. W tym momencie, spojrzałam na jego zdjęcie, stojące na komodzie, a po policzku spłynęła mi łza.
Gdybyś tu był.
To dzięki niemu robię to, co kocham. Nigdy nie pozwolił mi zrezygnować z marzeń i powtarzał: Rób tak żeby tobie było dobrze, bo wszystkim nie dogodzisz. Odszedł kilka miesięcy temu po walce z chorobą. Nie płakałam po jego śmierci. Byłam spokojna, bo wiedziałam, że tam, gdzie jest teraz, nie cierpi, a to czego mnie nauczył, będzie mi towarzyszyć przez resztę życia.
- Kurwa! Trener!
Ocknęłam się ze wspomnień, odłożyłam zdjęcie dziadka na miejsce i pognałam na autobus. Pomyślałam nawet, że autem będzie szybciej, ale po tym wczorajszym jednym winie Igi, które zamieniło się w trzy butelki, wolałam nie ryzykować utratą prawka. Chociaż z drugiej strony napięcie, które we mnie narastało sprawiło, że uczucie kaca minęło.
II
Po dwudziestu minutach dotarłam pod drzwi prezesa. Stałam pod nimi jak osłupiała i zastanawiałam się, co mnie czeka. Serce waliło mi jak młot i nawet miałam ochotę uciec, jednak ciekawość zwyciężyła. Zwłaszcza, że za drzwiami słychać było śmiechy i miłą rozmowę, co najmniej trzech panów.
Klaro weź się w garść. - Pomyślałam i nawet nie wiem, kiedy, moja pięść zastukała w drzwi.
- Proszę. - Usłyszałam. Delikatnie otworzyłam drzwi i weszłam do środka.
- Dzień dobry. - Ledwie to z siebie wydusiłam, kiedy dostrzegłam, że w biurze był prezes klubu, mój trener i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, trener Kowalik oraz Zbigniew Sobczak - prezes OMPN.
Organizacja Mieszanej Piłki Nożnej była związkiem, który trzymał całą polską piłkę nożną w garści. Decydujący głos w każdej sprawie, zarówno dotyczącej reprezentacji czy klubów, miał prezes Sobczak i to właśnie od niego zależała przyszłość każdego piłkarza lub piłkarki.
Wszyscy czterej panowie wlepiali we mnie swój wzrok, a ja musiałam śmiesznie wyglądać, bo z amoku kłębiących myśli wyrwał mnie głos trenera, który podstawił mi krzesło.
- Klara? Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła, usiądź proszę. - Kiwnęłam głową, że wszystko gra i osunęłam się na krzesło. Wpatrywałam się w panów, a w głowie kłębiły mi się miliony pytań.
Co oni tu wszyscy robią? I co, do cholery, ja mam z tym wspólnego?
- Klaro - zaczął trener Kowalik. - Jestem pod wrażeniem twoich piłkarskich i strzeleckich umiejętności, a wczorajszy mecz był po prostu mistrzowski w twoim wykonaniu. Pasja i duch walki, jakie okazujesz w tym sporcie są niebywałe. Prezes Sobczak po obejrzeniu nagrania, również podziela moje zdanie, dlatego chciałbym cię mieć w swojej kadrze. Jak wiesz zbliża się turniej Euro w Rosji, za chwilę zaczynamy mecze eliminacyjne i po prostu jesteś potrzebna tej drużynie. - wyjaśnił. - I uprzedzając twoje pytanie - dodał, widząc, że szczęka opadła mi do samej ziemi. - W przepisach ERPN nie ma zapisu, który zabrania, aby do męskiej kadry, powołanie dostała kobieta. Europejska Rada Piłki Nożnej po wielu latach namysłu, w końcu zmieniła przepisy które dają szansę wykazać się takim talentom jak twój. Stąd nasza propozycja i pytanie do ciebie, czy się zgadzasz? - W tym momencie wszyscy czterej panowie spojrzeli na mnie pytająco.
- Ja pierdolę! - Nawet nie wiem, kiedy te słowa wymsknęły mi się po cichu z ust. Siedziałam jak wryta, nie mogąc nawet ruszyć powieką.
- Rozumiem, że to znaczy tak? - Roześmiał się prezes OMPN, a zaraz za nim pozostali panowie.
- Ja... Yyy... Ale jak... - Klara weź się w garść. - Spoliczkowałam się w myślach i w końcu odzyskałam głos. - Tak! Zgadzam się! Tylko nie wiem, czy sobie poradzę...
W tym momencie mój trener, a w zasadzie już były trener, złapał mnie za ramiona, potrząsnął lekko i powiedział stanowczo:
- Klara, to dla ciebie wielka szansa, poradzisz sobie. Pamiętaj, ile pracy, łez i wyrzeczeń kosztowało cię, żeby być w tym miejscu, gdzie teraz jesteś, zawdzięczasz to sobie i to jest twój sukces. Jeśli nie spróbujesz, będziesz żałować. - Puścił mnie i dodał: - Dostajesz również szansę na to, żeby utrzeć nosa wszystkim tym, którzy w ciebie nie wierzyli i drwili, że grasz w piłkę. - Wiedziałam, że mówi o mojej rodzinie. Znamy się od kilku lat, więc doskonale wiedział, jakie podejście do piłki ma moja matka i brat oraz, że tylko dziadek był moim wsparciem. I tu musiałam przyznać mu rację. Los daje mi szansę i muszę ją wykorzystać. Kiwnęłam głową, do oczu napłynęły mi łzy, ale zacisnęłam zęby, żeby nie dopuścić do rozsypki, bo przecież byłam twardą zawodniczką reprezentacji.
- Okej, to od czego mam zacząć?
- Jutro przyjedziesz do Warszawy i zameldujesz się w hotelu. Adres dostaniesz SMS-em. W recepcji odbierzesz klucze i telefon. Wszelkie formalności będą już załatwione, więc rozpakujesz się i poczekasz na mojego asystenta. Emil Krewny będzie towarzyszył ci przez najbliższy tydzień. Musisz zrobić badania, założyć konto w banku, przejść testy wysiłkowe, ale to tylko formalność, bo z tego co wiem, to masz aktualne badania. Emil we wszystkim ci pomoże. Jesteś naszą tajną bronią, dlatego zrobimy wszystko, aby do zgrupowania kadry wiedziało o tobie jak najmniej osób. W telefonie, który dostaniesz są numery do mnie, do Emila i do prezesa Sobczaka, w razie czego, możesz zawsze do nas zadzwonić. Oczywiście swój prywatny telefon możesz mieć ze sobą. No i co... Witamy na pokładzie kadry. - Trener Kowalik uśmiechnął się i uścisnął moją dłoń, a zaraz za nim Prezes OMPN-u.
- Dziękuję - odpowiedziałam, jeszcze oszołomiona całym tym zdarzeniem.
- Leć się pakować i powodzenia. - Uścisnął mnie prezes klubu Brzezki. - Tylko o nas nie zapomnij - dodał.
- Nie zapomnę, na pewno. - Wzięłam głęboki oddech, pożegnałam się i wyszłam. Serce waliło mi jak młot, w głowie potok myśli i niedowierzanie, że to spotkało właśnie mnie. Nabrałam niezmiernej ochoty podzielenia się tą wspaniałą wiadomością z całym światem, ale wiedziałam, że trenerowi zależy na zachowaniu tajemnicy aż do zgrupowania. Zdecydowałam, że powiem to tylko Idze, w końcu była dla mnie jak siostra, a niekiedy nawet jak matka. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer przyjaciółki, po czterech długich sygnałach usłyszałam jej zaspany i jakże skacowany głos.
- Co jest? Czemu mnie budzisz w środku nocy?
- Jakiej nocy? Iga obudź się! Jest jedenasta, a poza tym słuchaj mnie, nie uwierzysz!
- A możemy pogadać później?
- Nie! - wrzasnęłam. - Jadę do Warszawy, dostałam powołanie do kadry. - W słuchawce zapadła cisza. - Iga jesteś tam? - zapytałam.
- Tak jestem, ale mnie zatkało. Jak to do kadry? Jak to do Warszawy? Co ty w ogóle pierd... - Urwała. - Klara, kurwa, jaja sobie robisz? - Głos Igi drżał, a nawet dało się wyczuć, że miała oczy pełne łez.
- Iga, ale ja dostałam powołanie do kadry męskiej rozumiesz? Będę grała w pierwszej reprezentacji Polski w piłce nożnej u boku najlepszych naszych piłkarzy. Prezes OMPN-u i trener osobiście przyjechali, żeby przedstawić mi swój niecny plan. - Roześmiałam się. - Kurczę, jeszcze sama w to nie wierzę, nogi mam jak z waty, tylko Hmm... - Mój głos posmutniał, co nie umknęło uwadze przyjaciółki.
- Wiem, co teraz czujesz, a bardziej się domyślam, ale dasz sobie radę, wierzę w ciebie Klarcia, marzyłaś o tym i zapracowałaś sobie na to! - Iga wręcz krzyknęła. - Postawiłaś się całej rodzinie, żeby być w tym miejscu, gdzie teraz jesteś i idź do przodu. Nie wolno ci zwątpić, rozumiesz? - I chociaż w tamtym momencie nie widziała wyrazu mojej twarzy, wiedziała, że przytaknęłam. - No cieszę się, że się rozumiemy.
Wiedziałam, że nie zawiodę się dzwoniąc do Igi i dzieląc się z nią tą wiadomością. Potrafiła pocieszyć, doradzić, a jak trzeba było to i solidnie opierdzielić. Wiedziałam też, że jako jedyna będzie podzielać mój entuzjazm związany z nową sytuacją.
- Wiem, nie krzycz już. - Zaśmiałam się. - Wyjeżdżam dopiero jutro rano, muszę się spakować i porozmawiać, a w zasadzie poinformować mamę o tym fakcie, ale chciałabym się jeszcze z tobą spotkać wieczorem. - Nie zdołałam dokończyć, bo przerwała mi oburzona Iga.
- No chyba głupia psito nie myślałaś, że pozwolę ci wyjechać bez pożegnania? Zresztą po rozmowie z matką będę musiała cię pozbierać z powrotem do kupy, bo znając życie, to jej entuzjazm roztrzaska cię na milion kawałków - powiedziała i po chwili dodała: - Muszę kończyć Kler, spotkajmy się o osiemnastej. Tam, gdzie zawsze, pa.
Czasami bałam się tych jej przepowiedni, bo w większości przypadków się sprawdzały. Może posiadała nadzwyczajną moc przepowiadania przyszłości albo po prostu znała dobrze moją rodzinę? W tamtej chwili zaświtał mi obraz matki pukającej się w czoło na wieść o tym, że wyjeżdżam do Warszawy i to jeszcze po to, żeby grać w reprezentacji kraju. Nie wiem, czemu była taka zgorzkniała wobec mnie.
Czy naprawdę chodziło tylko o to, że gram w piłkę, a nie zostałam lekarzem jak Filip? Często zadawałam sobie to pytanie.
Rodzice dziewczyn z drużyny przychodzili na mecze, kibicowali i cieszyli się z sukcesów swoich córek, a kiedy trafiła się porażka również pocieszali. Ja musiałam sama zapewniać sobie to wszystko. W zasadzie nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek usłyszałam z ust matki słowa kocham cię. Chyba nie, za to Filip - mój brat - był wychwalany niemalże na każdej rodzinnej uroczystości. Różnica wieku między nami wynosiła dziesięć lat, ale nigdy nie dał mi poczuć dystansu, a opiekował się mną jak na starszego brata przystało. Filip i dziadek zastępowali mi w dużej mierze tatę, którego mało pamiętam. Nikt nie chciał o nim opowiadać, a ja wiedziałam tylko, że zmarł, jak byłam mała i nie pozwalano mi więcej drążyć tematu. Od dziadka dowiedziałam się jeszcze, że to właśnie po śmierci taty, matka stała się taka oziębła. Nie rozumiałam, dlaczego była taka tylko dla mnie. Czyżbym miała coś wspólnego ze śmiercią taty? Nikt nic więcej nie chciał mi powiedzieć, a ja byłam wtedy za mała, żeby pamiętać wydarzenia z tamtych lat.
Kiedy Filip skończył szkołę średnią, wyjechał do Krakowa na studia medyczne, gdzie został cenionym i znanym kardiologiem. Ja zaś, zostałam praktycznie sama, a matka nalegała abym poszła w ślady brata. Nieważne były moje uczucia i to, że kocham piłkę, najważniejsze były jej niespełnione ambicje i gdyby nie wsparcie dziadka, pewnie dopięłaby swego i posłała mnie na studia medyczne albo prawnicze. Zawsze powtarzała, że gdyby dziadkowie nie dali jej wolnej ręki w wyborze drogi życiowej, tylko nakazali studiować to, co oni chcieli, to dzisiaj byłaby kimś, a nie zwykłą kwiaciarką. Nigdy nie rozumiałam jej pogardy do tego zawodu, wręcz uwielbiałam, kiedy wracała z pracy i z chwilą otwarcia przez nią drzwi, w całym domu unosił się zapach świeżych kwiatów.