Gdzie przylaszczki mówią dobranoc
Pewnej nocy Gackowi przyśnił się sen: biegł w nieznane przez sosnowy las. Na piaszczystej, pokrytej igliwiem ścieżce, łapy jamnika co rusz potykały się o ostre kamienie. Chylące się do ziemi gałęzie drzew uderzały go po grzbiecie.
Pies dyszał ciężko. Momentami nie mógł złapać tchu. Tumany kurzu wpadały mu do pyska, a pragnienie suszyło podrażnione gardło. Pędził jednak przed siebie, nie wiedząc dokąd i dlaczego. Wewnętrzny impuls kazał mu gnać jak strzała. Rozkojarzone myśli, dezorientacja, wreszcie strach przeszywały jego psie jestestwo.
- Hau! Auu... auu... - jęknął nagle, aż leśne ptaki z hałasem odfrunęły z drzew.
Znienacka coś szarpnęło Gacka za ogon. Kąsało go po piętach, nacierało na niego raz z lewej, raz z prawej strony.
- Wrrr! Wrrr! - jamnik odwracał głowę, ujadał, ale niczego to nie zmieniało.
Choć psy się nie pocą, zimny pot wystąpił na czole Gacka. Jego silny zapach tylko bardziej rozochocił leśnego potwora.
Pies poczuł, że nie da już rady dłużej uciekać. Zatrzymał się jak wryty i zawył. Śmierć stanęła mu przed oczami.
- Gacek, do nogi! - usłyszał naraz. - Mówię, do nogi!
Potwór zniknął, a zamiast niego ludzki cień stał nad nim i wykrzykiwał jego imię.
- Wyjdziesz z tej budy czy nie?! - ponaglał jamnika.
Gacek otworzył oczy i odetchnął. To Dziadek pochylał się nad nim ze smyczą w ręku.
- Ile razy będę cię wołać? - spojrzał na psa z wyrzutem.
Jamnik wyczołgał się z budy uradowany jak nigdy. Nadstawił głowę nakładanej smyczy i ruszył posłusznie za właścicielem na poranny spacer.
Z torów prowadzących do Białowieży, z których niedawno widok rozciągał się na drzewa pokryte śniegiem, teraz ukazywał oczom wszystkie odcienie zieleni. Coraz dłuższe i cieplejsze wiosenne dni i noce zachęcały do przechadzek. Dziadek ze swoim wiernym towarzyszem podziwiali przyrodę, a śpiew słowika umilał im wspólne wędrowanie.
Z nasypu kolejowego zeszli obaj na piaszczystą drogę, biegnącą obok ogródków działkowych. Ktoś, kto nie znał tej okolicy, nie przypuszczałby, że pod osłoną drzew, za drewnianym płotem porośniętym bluszczem, kryły się małe kolorowe domki. Obok każdego z nich znajdowały się ogródki, poprzedzielane wąskimi alejkami. Gacek spuszczony ze smyczy z łatwością odnalazł znaną sobie dziurę pod płotem i wślizgnął się przez nią do tych sekretnych ogródków.
Zapach bzu od razu odurzył jamnika; oszołomiony przystanął na moment. Gdzie okiem sięgnąć przebiśniegi i krokusy oznajmiały przybycie wiosny. Miejscami pojawiły się narcyzy oraz żonkile i z niecierpliwością czekały na pełne rozkwitnięcie. Nawet tulipany, dostojnie unoszące głowy, z rozkoszą wygrzewały się w słońcu. Tylko czeremcha, choć przyozdobiona białymi pączkami kwiatów, ze smutkiem i tęsknotą trzepotała listkami.
Pośród tych roślin, kilku działkowiczów pochylało się z motykami nad ziemią: sadzili kwiatki i wyrywali pierwsze chwasty. Inna grupka osób żywo rozprawiała o czymś, gestykulując i wznosząc ręce do nieba.
- Pomieszanie z poplątaniem - dobiegły do Gacka strzępki słów.
- To ci dopiero wiosna - odparł ktoś inny.
- Jeszcze trochę i w marcu będziemy zbierać ziemniaki! - powiedział kobiecy głos.
Jamnik nie dowiedział się, co było tematem dyskusji:
- Gacek, wracaj! - usłyszał bowiem dziadkowe ponaglenie i ruszył z powrotem do dziury w płocie.