W pogoni za Elizą - Stephanie Laurens

Reflow text when sidebars are open.
Kwiecień 1829
Tawerna Pod Zielonym Człowiekiem
Stare Miasto, Edynburg
- Wyjaśniłem już, o co mi chodzi, panie Scrope. Miałby pan uprowadzić Elizę Cynster z Londynu i dostarczyć ją do mnie tutaj, do Edynburga.
McKinsey - pozostał przy tym przybranym nazwisku, ponieważ doskonale się sprawdzało - siedział rozparty nonszalancko w boksie na tyłach słabo oświetlonej tawerny, wbijając wzrok w mężczyznę naprzeciw.
- Miał pan dwa tygodnie na rekonesans i zastanowienie. Pozostaje więc pytanie, czy zdoła mi pan dostarczyć Elizę Cynster, całą i zdrową, czy też nie.
Scrope, ciemnowłosy i ciemnooki, o pociągłej, pyszałkowatej twarzy, wytrzymał jego spojrzenie.
- Po głębokim namyśle, sir - odparł - wierzę, że dojdziemy do porozumienia.
- Ach tak? - McKinsey opuścił wzrok na własne palce, którymi gładził ścianki szklanki z piwem. Co on robi? Nie ufał Scrope'owi za grosz, a tymczasem ubija interes z tym człowiekiem.
Powątpiewanie w jego głosie było szczere, choć Scrope niewątpliwie uzna je za wybieg służący zbiciu ceny. W rzeczywistości McKinsey uważał, że Scrope'owi się powiedzie; dlatego właśnie znalazł się tutaj i wynajmował dżentelmena - którym jego rozmówca istotnie był - znanego wśród możnych, zwłaszcza arystokracji, jako człowiek zdolny, za opłatą, doprowadzić do zniknięcia niewygodnych krewnych.
Mówiąc bez ogródek, Scrope specjalizował się w porwaniach i usuwaniu kłopotliwych osób. Podobno jeszcze nigdy nie zawiódł, co po części tłumaczyło jego nadzwyczaj wysoką stawkę. Stawkę, którą McKinsey, pomimo wszystkich swych wątpliwości, gotów był zapłacić, nawet podwójnie, byleby Eliza Cynster trafiła w jego ręce.
Wypił łyk piwa i spojrzał na Scrope'a.
- Jak proponuje pan dokonać porwania?
Scrope, wsparty o blat przedramionami, nachylił się ku rozmówcy i splótł dłonie.
- Zgodnie z pana przewidywaniami - rzekł, ściszając głos, mimo że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ich podsłuchać - w konsekwencji niedawnej chybionej próby porwania panny Heather Cynster, Eliza Cynster przebywa nieustannie pod ścisłą strażą. Co gorsza, rolę strażników pełnią jej bracia i kuzyni. Przez cały tydzień ani razu, nawet gdy udawała się gdzieś w prywatnych sprawach, nie pokazała się poza domem inaczej aniżeli w asyście co najmniej jednego ze wspomnianych dżentelmenów. Rodzina Cynsterów nie powierza bezpieczeństwa swej młodej damy byle służącym. - Scrope przerwał na chwilę, usiłując wyczytać cokolwiek z jasnych oczu McKinseya. - Mówiąc szczerze, aby dopaść Elizę Cynster, trzeba będzie urządzić zasadzkę. Co, oczywiście, pociągnie za sobą ryzyko zranienia nie tylko jej strażników. Skoro zaś jedynym rozwiązaniem jest użycie siły, nie mogę ręczyć za bezpieczeństwo panny Cynster. Nie wcześniej, niż gdy znajdzie się ona pod moją opieką.
- Nie. - Kategoryczny ton McKinseya uciął kwestię. - Żadnej przemocy. Ani wobec młodej damy, ani nawet jej ochrony.
- Skoro sprzeciwia się pan użyciu siły - powiedział z krzywą miną Scrope, rozkładając ręce - nie widzę możliwości, by wykonać to zadanie.
McKinsey uniósł brew. Pukając wolno paznokciem w stół, przyglądał się umiarkowanie eleganckiej twarzy Scrope'a. Nie malowały się na niej żadne emocje - Scrope dorównywał pod tym względem McKinseyowi.
Lecz jego oczy...
Ten człowiek był zimny, inaczej nie dało się tego opisać. Wyzuty z emocji, zdystansowany, z łatwością zdolny do popełnienia morderstwa.
Niestety, los nie pozostawił McKinseyowi wielu możliwości; potrzebował kogoś, kto wykona dla niego tę robotę. Rezygnacja nie wchodziła w rachubę, nie teraz, nie w jego sytuacji. Jeśli wszakże zamierzał nasłać tego człowieka na Elizę Cynster... Wyprostował się powoli, wsparł łokcie na stole i popatrzył Scrope'owi w oczy.
- Jak rozumiem, to zadanie, czyli wykradzenie Elizy Cynster spod samego nosa jej potężnej rodziny, zwłaszcza gdy owa rodzina ma się aktualnie na baczności, w przypadku sukcesu wywinduje pańską zawodową reputację na niebotyczne wyżyny. Skoro Cynsterowie nie potrafią się przed panem obronić, komuż miałoby się to udać?
McKinsey także zrobił rekonesans, kiedy jego rozmówca udał się do Londynu, żeby ocenić szanse na porwanie Elizy Cynster. Scrope uchodził za pierwszego w swojej lidze, ale paru z podanych przezeń w referencjach wcześniejszych zleceniodawców, do których McKinsey, pod swym prawdziwym nazwiskiem, zwrócił się z zapytaniem, wspomniało, że tego człowieka cechuje niepohamowany pęd do wyróżnienia się. Do odnoszenia bezdyskusyjnych sukcesów w zadaniach, które odrzucili bardziej ostrożni najemnicy. Wyglądało na to, że Scrope uzależnił się od chwały płynącej z dokonywania rzeczy niemożliwych. Jego poprzedni zleceniodawcy postrzegali tę cechę jako zaletę; McKinsey zgadzał się, że jest to pomocne w wykonywaniu trudnych zleceń, zarazem jednak dostrzegał, jak może wykorzystać nałóg Scrope'a do własnych celów.
Scrope nie zareagował na wypowiedź McKinseya, niemniej okoliczność, że tak bardzo starał się zachować kamienny wyraz twarzy, mówiła sama za siebie.
- No właśnie. - McKinsey uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Dzięki sukcesowi w tej misji będzie pan mógł żądać wyższych, wręcz astronomicznych stawek.
- Moje stawki...
McKinsey uniósł dłoń.
- Cenę już uzgodniliśmy, nie zamierzam się targować. Jednakowoż... - Nadal patrząc Scrope'owi w oczy, przybrał surowszy wyraz twarzy i ciągnął bardziej stanowczym tonem: - W zamian za wyjawienie panu jedynego sposobu porwania Elizy Cynster bez użycia siły, pomimo czujności jej krewnych, będę domagał się pewnej rzeczy.
Scrope się zawahał. Upłynęła pełna minuta, nim cicho zapytał:
- Jakiej?
Rozsądek nie pozwolił McKinseyowi na triumfalny uśmiech.
- Abyśmy wspólnie zaplanowali tę akcję od chwili, gdy wykona pan pierwszy ruch w celu porwania panny Cynster, do momentu, gdy mi ją pan przekaże.
I znów Scrope długo się namyślał, niemniej jego kolejne słowa McKinsey powitał bez zdziwienia.
- Dla jasności. Chce mi pan podyktować, jak mam wykonać tę robotę.
- Nie. Chcę mieć pewność, że wykona pan tę robotę w sposób w pełni odpowiadający moim wymaganiom. Proponuję, żebym najpierw ja wyjawił panu, jak przeprowadzić porwanie, a potem pan zasugeruje, jak zamierza postępować na kolejnych etapach. Jeśli wyrażę zgodę, może pan ruszać. Jeśli nie, przedyskutujemy dostępne rozwiązania i zgodzimy się na takie, które usatysfakcjonuje nas obu. - McKinsey stawiał na to, że Scrope nie zdoła wyrzec się perspektywy zostania człowiekiem, który wywiódł w pole Cynsterów.
Scrope umknął wzrokiem, poruszył się i wreszcie znów spojrzał McKinseyowi w oczy.
- W porządku. Zgadzam się. - Scrope zrobił krótką pauzę; gdyby chodziło o kogoś innego, McKinsey przypieczętowałby umowę uściskiem dłoni, teraz jednak siedział nieruchomo, czekając na ciąg dalszy. - Zatem gdzie i w jaki sposób schwytam Elizę Cynster? - podjął gładko Scrope.
McKinsey mu wyjaśnił. Z kieszeni surduta wyjął złożone londyńskie wydanie "Gazette" i pokazał Scrope'owi, którędy droga. Scrope nie wiedział o wydarzeniu, sam nie doceniłby też jego potencjału. Później nie było już trudno dopracować szczegóły, najpierw pochwycenia Elizy, a następnie powrotu z nią do Edynburga.
Obaj uważali, że podróż powinna trwać możliwie krótko.
- Jako że nie mam się jej pozbyć, ale przekazać dalej, wolałbym oddać ją w pańskie ręce jak najszybciej.
- Zgoda. - McKinsey spojrzał w ciemne oczy rozmówcy. - Nie ma sensu, by igrał pan z niebezpieczeństwem dłużej, niż to konieczne.
Scrope zacisnął wargi, lecz nic nie odrzekł.
- Pozostanę w mieście - ciągnął McKinsey - tak by od razu uwolnić pana od panny Cynster.
Scrope skinął głową.
- Prześlę wiadomość w to samo miejsce, przez które zaaranżowaliśmy dzisiejsze spotkanie.
- Jedna kwestia wymaga powtórzenia. - McKinsey patrzył mu w oczy. - Pod żadnym pozorem Elizie Cynster nie może się stać pod pańską opieką jakakolwiek krzywda. Akceptuję konieczność odurzenia, aby umożliwić dyskretne zabranie jej z domu, jestem wszakże pewien, że późniejsze nakłonienie jej do zachowania spokoju w trakcie podróży bez uciekania się do substancji odurzających albo zbędnych środków przymusu nie okaże się zadaniem przekraczającym umiejętności tak pańskie, jak i pańskich towarzyszy. Historyjka o pannie wiezionej z powrotem do domu na rozkaz jej opiekuna prawnego pozwoliła skutecznie kontrolować Heather Cynster. W przypadku jej siostry także się sprawdzi.
- Dobrze, wykorzystamy ją. - Scrope demonstracyjnie przeanalizował w myślach kolejne punkty planu, a następnie spojrzał McKinseyowi w oczy. - Sądzę, sir, że doszliśmy do porozumienia. Wedle moich obliczeń, wrócimy do Edynburga, gotowi przekazać panu pannę Cynster, piątego ranka po jej schwytaniu.
- W istocie. Obierając uzgodnioną przez nas trasę, przypuszczalnie nie napotkacie przeszkód.
- Skoro pan tak twierdzi. - Scrope po raz pierwszy się uśmiechnął.
McKinsey wstał.
Jego rozmówca także się podniósł. Choć Scrope nie był niski, McKinsey nad nim górował. Mimo to twarz tego pierwszego rozjaśniła się, kiedy z wielką pewnością siebie oświadczył:
- Bez obaw, może pan polegać na mnie i moich towarzyszach. W rzeczy samej, zależy mi na pomyślnej realizacji tego zlecenia równie mocno jak panu. - Scrope, w ślad za McKinseyem, z uśmiechem zwrócił się ku wyjściu z tawerny. - Jak pan słusznie zauważył, przyda mi to sławy.
* * *
"Jak pan słusznie zauważył, przyda mi to sławy".
Z dłońmi w kieszeniach spodni, w spływającym z ramion rozpiętym płaszczu, wystawiając twarz na podmuchy wiatru, arystokrata skrywający się pod nazwiskiem McKinsey stał na skale niedaleko murów pałacu Holyrood. Spoglądając na północ, w stronę swego domu, raz jeszcze odtwarzał w myślach pożegnalne słowa Scrope'a. Nie martwiły go słowa jako takie - ostatecznie sam był ich autorem - lecz nieomal fanatyczny entuzjazm i niepokojąca radość, jakie pobrzmiewały w głosie tego mężczyzny.
Jak na gust McKinseya, Scrope przywiązywał zdecydowanie zbyt wielką wagę do budowania własnej reputacji.
Wolałby nie zadawać się z człowiekiem tego pokroju, jednak rozpaczliwe sytuacje wymuszają użycie rozpaczliwych środków. Jeżeli nie porwie jednej z sióstr Cynster i nie zabierze jej na północ, aby przedefilowała przed jego matką jako "skompromitowana", ta druga nie zwróci mu ceremonialnego kielicha, który wykradła i skutecznie ukryła. Jeśli zaś pierwszego lipca McKinsey nie okaże rzeczonego kielicha, to straci zamek i włości, będzie też zmuszony stać bezradnie z boku, kiedy jego ludzie - jego klan - będą wywłaszczani i wyrzucani z ziemi, którą zajmowali od wieków.
Utraci swe dziedzictwo, a wraz z nim utracą je jego ludzie.
Utraci wszystko - poza dwoma chłopaczkami, których obiecał wychować jak synów. Jednakże oni trzej stracą swe prawowite miejsce, to jedyne miejsce na ziemi, do którego naprawdę przynależeli.
Los nie pozostawił mu innego wyboru, niż tylko zaspokoić żądania matki, nieważne, jak szalone.
Niestety, pierwsza próba się nie powiodła. Pragnąc trzymać się z dala od porwania i zarazem ograniczyć użycie siły, McKinsey zatrudnił pomniejszych, lecz aż do tej pory skutecznych łotrów, Fletchera i Cobbinsa. Ci dwaj porwali Heather Cynster i przewieźli ją na północ, tu wszakże dziewczyna uciekła im z pomocą angielskiego arystokraty, niejakiego Timothy'ego Danversa, wicehrabiego Breckenridge'a. Obecnie Breckenridge był narzeczonym Heather.
W obliczu owej porażki McKinseyowi pozostało jedynie zatrudnić Scrope'a, by porwał Elizę Cynster.
Bez względu na to, jak logicznie argumentował swoje postępowanie, nadal mu się ono nie podobało, przepełniał go niepokój, zawarta dopiero co umowa ogromnie mu ciążyła. Podrażnione instynkty nie dawały o sobie zapomnieć, jakby nosił włosiennicę.
Nie miał podobnych skrupułów, wynajmując Fletchera i Cobbinsa - jakkolwiek zdolni do przemocy, tamci dwaj z wielką niechęcią rozważyliby mord. W przeciwieństwie do nich, Scrope przeważnie tym właśnie się zajmował. Choć tutaj plan wykluczał zabójstwo, fakt, że ów człowiek dowiódł już swej skłonności do czynów tego rodzaju, z pewnością nie uspokajał.
Zarazem McKinsey musiał szybko dostać w swoje ręce Elizę Cynster. Fletcherowi i Cobbinsowi polecił uprowadzić którąkolwiek z sióstr - Heather, Elizę bądź Angelicę - jednak do czasu porwania dowiedział się dość, aby zdać sobie sprawę ze swego błędu. Ogromnie mu ulżyło, że padło akurat na Heather; w wieku dwudziestu pięciu lat była już starą panną, wydawała się więc wprost stworzona do propozycji, jaką zamierzał jej złożyć.
Do tego wszakże nie doszło. Wyrokiem losu Heather uciekła z Breckenridge'em. McKinsey nie poczuł się tym przesadnie zaniepokojony, gdyż wiedział, że ma alternatywę w postaci Elizy. Dwudziestoczteroletnia, nadawała się do jego celów niemal równie dobrze jak Heather. Gdyby jednak z Elizą mu się nie powiodło...
Angelica była trzecią, najmłodszą siostrą z tej kluczowej gałęzi drzewa rodowego Cynsterów. Teoretycznie mogłaby posłużyć do realizacji jego celu, ale liczyła sobie zaledwie dwadzieścia jeden lat. Nie miał najmniejszej ochoty przestawać z tak młodą damą.
W razie konieczności umiał okazać cierpliwość, lecz nie była to jego cecha wrodzona. Nakłanianie kapryśnej, młodziutkiej, rozpieszczonej panienki z wyższych sfer do podporządkowania się jego życzeniom wymagałoby więcej taktu, aniżeli zdołałby z siebie wykrzesać.
Natomiast alternatywne rozwiązanie, czyli przymuszenie jej, wiązałoby się z bezwzględnością, której by u siebie nie zniósł. Nie mógłby więcej spojrzeć sobie w oczy.
Zatem... Musiała to być Eliza Cynster, do tego zaś potrzebował umiejętności Scrope'a i jego żądzy sukcesu.
Zrobił, co w jego mocy, by zapewnić Elizie bezpieczeństwo i wygodę, by zapobiec przykrym niespodziankom. Mimo to...
Wpatrując się w purpurową mgiełkę na horyzoncie, otulającą góry, za którymi, hen, daleko, znajdował się jego dom - dolina, jezioro i zamek - usiłował przekonać samego siebie, że zadbał o wszystko i może teraz, zgodnie z planem, wrócić do swoich ludzi, zamku, chłopców, i przyjechać do Edynburga później, w porę, żeby czekać w gotowości, kiedy Scrope przywiezie Elizę Cynster.
Honor ponad wszystkim.
Jego rodowe motto, słowa wyryte w kamieniu nad głównymi wrotami zamku i na każdym większym kominku.
Honor nie pozwoli mu odjechać.
Honor dokuczał mu uparcie, niczym cierń pod skórą.
Teraz, kiedy napuścił Scrope'a na Cynsterów, kiedy dokładnie wyjaśnił temu człowiekowi, jak wykraść Elizę spod nosa jej czujnej rodziny, kiedy wprawił w ruch własny plan, honor nalegał, żeby osobiście nadzorował zdarzenia.
Żeby podążył za Scrope'em i potajemnie upewnił się, że sprawy toczą się jak należy.
Żeby dopilnował, by Scrope nie przekroczył swych uprawnień.
Stał, spoglądając ponad płaskimi, nizinnymi terenami w dal, ku wyżynom. Trwał tak, znieruchomiały, złakniony spokoju i ciszy, zmysłami poszukując zapachu sosen i jodeł, a tymczasem słońce powoli zachodziło, aż wreszcie zapadł zmrok.
Było coraz ciemniej. W końcu się poruszył. Z dłońmi nadal w kieszeniach, wyprostował się, odwrócił i wspiął z powrotem na ulicę, gdzie skierował kroki ku swej miejskiej rezydencji. Wpatrzony w kocie łby, układał w myślach list do swego zarządcy, z wyjaśnieniem, że coś go zatrzymało i wróci za kilka tygodni. Potem... Miał nadzieję, modlił się o to, że będzie mógł pojechać do domu, na wyżyny, z Elizą Cynster u boku.
St. Ives House
Grosvenor Square, Londyn
- To zwyczajnie niesprawiedliwe.
Elizabeth Marguerite Cynster, zwana przez wszystkich Elizą, wymamrotała pod nosem tę skargę, stojąc samotnie w cieniu potężnej palmy w donicy pod ścianą sali balowej w domu swego najstarszego kuzyna. Tej nocy okazała książęca sala balowa lśniła i migotała, goszcząc najznamienitsze przedstawicielki śmietanki towarzyskiej, przystrojone w najszlachetniejsze satyny i jedwabie, połyskujące drogocennymi klejnotami, pląsające z niemalże ekstatyczną radością.
Jako że praktycznie nikt z socjety nie odrzuciłby zaproszenia do walca na balu wydawanym przez Honorię, księżną St. Ives, oraz jej wpływowego małżonka, Diabła Cynstera, na ogromnej sali panował tłok.
Migotliwe światło świecowych żyrandoli połyskiwało na wymyślnych fryzurach i mrugało z głębi niezliczonych diamentów. Suknie dam, w pełnej gamie wspaniałych odcieni, wirowały w tańcu, tworząc ruchliwe morze jaskrawych braw, kontrastujących ze zwyczajową bielą i czernią stroju dżentelmenów. Zewsząd słychać było śmiech i szmer rozmów. Powietrze zdominowała orgia perfum. W tle niewielka orkiestra usiłowała grać popularnego walca.
Eliza przyglądała się, jak jej starsza siostra, Heather, wiruje na parkiecie w ramionach swego przystojnego przyszłego męża, niegdyś największego kobieciarza w wytwornym towarzystwie, Timothy'ego Danversa, wicehrabiego Breckenridge'a. Nawet gdyby tego balu nie wydano specjalnie dla uczczenia ich zaręczyn, aby formalnie ogłosić nowinę socjecie i całemu eleganckiemu światu, cielęce spojrzenie, jakie Breckenridge raz po raz kierował na Heather, wyjawiłoby w zasadzie wszystko. Dawny kochanek wytwornych dam został oddanym obrońcą i niewolnikiem Heather.
I z wzajemnością. Radość na twarzy Heather, blask w jej oczach, obwieszczały to wszem wobec.
Mimo że sama znalazła się w mocno niezadowalającej sytuacji, w znacznej mierze w wyniku wydarzeń, które doprowadziły do zaręczyn Heather, Eliza szczerze, z głębi serca, cieszyła się szczęściem siostry.
Obie spędziły dosłownie całe lata na poszukiwaniu swych bohaterów wśród dżentelmenów z towarzystwa, na salonach i salach balowych, do których, wedle powszechnych oczekiwań, młode damy z ich sfery powinny się ograniczać, gdy polują na odpowiednią partię. Jednakże ani Heather, ani Elizie, ani też ich młodszej siostrze Angelice nie dopisało w tych staraniach szczęście. Doszły zatem do logicznego wniosku, że ich bohaterowie, dżentelmeni im pisani, krążą gdzieś poza narzuconą im trzem orbitą, dlatego też, nadal kierując się logiką, postanowiły zwiększyć zakres poszukiwań o obszary, gdzie gromadzili się bardziej nieuchwytni, niemniej nadal odpowiedni dla nich kawalerowie z towarzystwa.
Taka strategia okazała się skuteczna w przypadku ich starszej kuzynki, Amandy, jak również, zastosowana pod nieco innym kątem, jej siostry Amelii.
To samo podejście, aczkolwiek w sposób zgoła nieoczekiwany, sprawdziło się również w odniesieniu do Heather.
Najwyraźniej młode Cynsterówny mogły odnaleźć swych bohaterów, jedynie śmiało występując poza utarte kręgi.
I właśnie takie posunięcie Eliza miała w planie, tyle że za sprawą przygody, która spotkała Heather ledwie chwilę po tym, gdy ta postawiła stopę w pikantnym świecie - porwania, ratunku w wykonaniu Breckenridge'a i następnie ucieczki w jego towarzystwie - został ujawniony spisek, wymierzony w "siostry Cynster".
Tego, czy celem są tylko Heather, Eliza i Angelica, czy również ich młodsze kuzynki, Henrietta i Mary, nie wiedział nikt.
Nikt nie znał motywów porywacza ani nie orientował się, co ów zamierza zrobić po uprowadzeniu ofiary, przypuszczalnie do Szkocji. Co do tego, kim jest zleceniodawca, także brakowało sensownych wskazówek, niemniej rezultat był taki, że Eliza i trzy pozostałe nadal wolne "siostry Cynster" znalazły się pod ścisłym nadzorem. Jeśli tylko Eliza wysunęła palec u nogi poza próg rodzinnego domu, u jej boku natychmiast pojawiał się któryś z braci ewentualnie kuzynów, równie zresztą nieznośnych.
I snuł się w pobliżu.
W tej sytuacji wystąpienie choćby o pół kroku poza zamknięty krąg wyższych sfer stało się niemożliwe. Gdyby spróbowała to zrobić, potężna męska dłoń, braterska lub kuzynowska, zamknęłaby się na jej łokciu, by bezceremonialnie szarpnąć ją z powrotem.
Eliza rozumiała wprawdzie powody tego zachowania, niemniej...
- Jak długo to potrwa? - Kordon ochronny otaczał ją od trzech tygodni i nie zanosiło się na to, że wkrótce się rozszczelni. - Mam już dwadzieścia cztery lata. Jeśli w tym roku nie znajdę mojego bohatera, w przyszłym zostanę oficjalnie uznana za starą pannę.
Mamrotanie do siebie nie należało do jej nawyków, ale wieczór zmierzał ku końcowi, przy czym, jak zwykle w przypadku takich towarzyskich wydarzeń, niczego jej nie przyniósł. Dlatego właśnie tuliła się do ściany pod osłoną wielkiej palmy; zmęczyły ją ciągłe uśmiechy i pozorowanie choćby minimalnego zainteresowania bardzo układnymi młodymi dżentelmenami, którzy w ostatnich godzinach rywalizowali o jej względy.
Jako młoda dama z zacnego rodu Cynsterów, dobrze uposażona i stosownie wychowana, Eliza nigdy nie narzekała na brak kandydatów na Romea. Niestety, ani razu nie poczuła choćby minimalnej skłonności, by dla któregoś z nich odegrać Julię. Podobnie jak Angelica, Eliza żywiła przekonanie, że rozpozna swego bohatera, jeśli nie od pierwszego wejrzenia (teoria Angeliki), to przynajmniej po kilku godzinach spędzonych w jego towarzystwie.
W przeciwieństwie do nich dwóch, Heather zawsze powątpiewała, czy jej się to uda - i zresztą istotnie, znała Breckenridge'a, może niezbyt dobrze, ale lepiej niż tylko z widzenia, przez wiele lat, a przecież aż do wspólnej przygody nie zdawała sobie sprawy, że jest jej pisany. Ich kuzynka przez małżeństwo, Catriona - która, będąc ziemską przedstawicielką bóstwa znanego w niektórych rejonach Szkocji jako Lady, niejednokrotnie "wiedziała" różne rzeczy - zasugerowała ponoć, że Heather musi niejako przejrzeć na oczy, żeby dostrzec swego bohatera, co okazało się prognozą jak najbardziej trafną.
Catriona dała Heather naszyjnik z wisiorem, pomocny młodym damom w odnajdywaniu prawdziwej miłości - ich bohaterów; Catriona powiedziała, że naszyjnik powinien zostać przekazany przez Heather Elizie, potem Angelice, następnie Henrietcie i Mary, by wreszcie powrócić do Szkocji, do córki Catriony, Lucilli.
Eliza dotknęła okalającego jej szyję złotego łańcucha, przeplatanego ametystowymi koralikami; wisior z różowego kwarcu skrywał się w rowku między jej piersiami. Naszyjnik przesłaniała delikatna koronka modnej chusty, wypełniającej dekolt złotej sukni z jedwabiu.
Naszyjnik należał teraz do niej, gdzie zatem podziewał się bohater, w rozpoznaniu którego miał jej dopomóc?
Najwyraźniej nie na tej sali. Tego wieczoru żaden dżentelmen o potencjale na bohatera cudownie się nie objawił. Nie, żeby Eliza oczekiwała takiego zdarzenia, nie tutaj, w samym sercu wyższych sfer. Mimo to rozczarowanie i przygnębienie kwitły.
Znajdując swojego bohatera, Heather - w sposób całkowicie niezamierzony, lecz nader skuteczny - pokrzyżowała szyki siostrze. Bohater Elizy unikał wyrafinowanych kręgów towarzyskich, ona wszakże nie mogła teraz wystąpić poza nie, aby nań zapolować.
- Co, u licha, mam zrobić?
Usłyszał ją służący, który przemieszczał się po obrzeżach sali balowej, balansując na dłoni srebrną tacą. Odwrócił się i wytężył wzrok, by dojrzeć coś w półmroku. Eliza ledwie nań zerknęła, lecz na jej widok rysy twarzy mężczyzny się rozluźniły. Przystąpił bliżej.
- Panno Elizo - rzekł z ulgą w głosie i z ukłonem podsunął jej tacę. - Pewien dżentelmen prosił, aby to pani przekazać. Teraz to będzie już dobre pół godziny temu. Nie mogliśmy pani odnaleźć w tym tłumie.
Zastanawiając się, jakiż to znowu nudziarz przysyła jej liścik, Eliza sięgnęła po spoczywającą na tacy złożoną kartkę.
- Dziękuję, Cameronie. - Był to służący jej rodziców, oddelegowany do domu St. Ivesów, żeby pomógł przy wielkim balu. - Wiesz może, kto to był?
- Nie, proszę pani. Przesyłkę wręczono komu innemu. Została mi przekazana.
- Dziękuję. - Eliza skinęła głową na znak, że mężczyzna może odejść.
Cameron wycofał się z lekkim ukłonem.
Nie żywiąc wielkich nadziei, Eliza otworzyła liścik. Pismo okazało się wyraziste, ciąg wyzywających czarnych kresek na białym papierze.
Bardzo męskich.
Przekrzywiając kartkę do światła, Eliza przeczytała:
Proszę spotkać się ze mną w bawialni na tyłach, jeśli się Pani odważy. Nie, nie znamy się. Nie podpisałem się, ponieważ moje nazwisko nic Pani nie powie. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni, a nie znajduję tu żadnej szacownej starszej damy, która byłaby gotowa wyświadczyć mi tę przysługę. Jednakowoż fakt, że tu jestem, że uczestniczę w tym balu, dostatecznie zaświadcza o moich korzeniach i pozycji społecznej. Ponadto wiem, gdzie szukać wspomnianej bawialni.
Sądzę, że już czas, abyśmy spotkali się twarzą w twarz, choćby tylko po to, by się przekonać, czy poczujemy się skłonni rozwinąć tę znajomość.
Zakończę ten liścik tak, jak go zacząłem: Proszę spotkać się ze mną w bawialni na tyłach, jeśli się Pani odważy.
Będę czekał.
Eliza nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Jakże... impertynenckie. Jakże śmiałe. Przesłać jej taki liścik w domu kuzyna, pod samym nosem szacownych starszych dam i całej jej rodziny.
Niemniej, ktokolwiek to był, bezspornie przebywał tutaj, wewnątrz rezydencji, a skoro znał rozkład pomieszczeń...
Raz jeszcze przeczytała liścik, bijąc się z myślami, ale nie znalazła powodu, dla którego nie miałaby się wyślizgnąć do wspomnianej bawialni i odkryć, kto też ośmielił się przesłać jej taką wiadomość.
Opuściwszy swą kryjówkę, szybko i w miarę możliwości dyskretnie przemknęła skrajem zatłoczonego nadal parkietu. Była pewna, że autor listu miał słuszność - nie znała go, nigdy się nie spotkali. Nie kojarzyła żadnego dżentelmena, któremu przyszłoby do głowy wysłać jej tak skandaliczne wezwanie na schadzkę w rezydencji St. Ivesów.
Wezbrała w niej ekscytacja, niecierpliwe wyczekiwanie. Może to było to - chwila, kiedy stanie przed nią jej bohater.
Wyszła z sali przez boczne drzwi, spiesznie pokonała korytarz, skręciła w kolejny, i następny, coraz słabiej oświetlone, miarowo zmierzając ku tylnemu narożnikowi ogromnej rezydencji. Głęboko w części prywatnej, z dala od pokoi reprezentacyjnych i tamtejszego hałasu, mieściła się bawialnia z widokiem na ogród na tyłach domu; Honoria często przesiadywała w niej popołudniami, obserwując dzieci bawiące się na trawniku poniżej tarasu.
Eliza dotarła wreszcie do końca ostatniego korytarza. Przed nią widniały drzwi bawialni. Bez wahania przekręciła gałkę i wkroczyła do środka.
Nie zapalono tu lamp, jednak przez okna i drzwi tarasowe do pokoju wlewał się blask księżyca. Eliza rozejrzała się, ale nie zobaczyła nikogo. Zamknęła drzwi i ruszyła w głąb pomieszczenia. Być może czekał na nią w jednym z foteli przy oknie.
Zbliżywszy się do foteli, przekonała się, że są puste. Przystanęła. Zmarszczyła brwi. Czyżby zrezygnował i poszedł sobie?
- Halo? - Zaczęła się odwracać. - Jest tu...?
Za nią rozległ się jakiś szmer.
Okręciła się na pięcie - za późno.
Silne ramię opasało ją w talii, gwałtownie dociskając jej plecy do twardego męskiego ciała.
Otworzyła usta...
Potężna dłoń przytknęła białe płótno do jej ust i nosa. I przytrzymała.
Eliza walczyła, zaczerpnęła tchu - zapach okazał się obrzydliwie słodki, mdły...
Jej mięśnie zwiotczały.
Nawet kiedy traciła siły, starała się umknąć, odwracając głowę, ale ciężka dłoń pozostała na miejscu, przyciskając okropny materiał do jej ust i nosa...
Aż rzeczywistość się rozmyła i Elizę ogarnęła ciemność.
* * *
Odzyskała przytomność w przyprawiającej o mdłości przechylonej pozycji.
Chwiała się, kołysała; najwyraźniej nie umiała przestać. Potem jej zmysły się uspokoiły i rozpoznała stukot kół powozu na bruku.
Powóz. Znajdowała się w powozie, zabierano ją...
O Boże, zostałam porwana!
W ślad za szokiem pojawiła się panika. To pomogło jej się skupić. Na razie nie próbowała otwierać oczu; jej powieki zdawały się ciężkie, podobnie jak kończyny. Nawet poruszenie palcem wymagało wysiłku. Chyba jej nie związano, ale ponieważ ledwie potrafiła zebrać dość sił, aby myśleć, ta akurat informacja aktualnie na niewiele jej się zdała.
Zresztą w powozie była jeszcze jedna... nie, dwie osoby.
Trwając w pozycji, w jakiej się przebudziła, wsunięta w kąt, ze zwieszoną głową, Eliza wytężyła pozostałe zmysły. Kiedy ustaliła zaledwie tyle, że jedna osoba zajmuje miejsce obok niej, druga zaś naprzeciw, wykorzystała kolejny silny przechył pojazdu, żeby, na pozór bezwładnie, zmienić ułożenie głowy, po czym z wysiłkiem uchyliła powieki, zerkając spod osłony rzęs.
Naprzeciw niej siedział mężczyzna, dżentelmen, wnioskując po ubraniu. Surowa, pociągła twarz z kwadratową brodą. Ciemnobrązowe, falujące, elegancko przycięte włosy. Wysoki, dobrze zbudowany, raczej szczupły. Eliza podejrzewała, że to do jego ciała została przyciśnięta w bawialni. To jego potężna dłoń przytrzymywała przy jej nosie obrzydliwie cuchnące płótno...
Pulsowało jej w głowie, w żołądku coś się przewróciło na wspomnienie tamtego odoru. Oddychając głęboko przez nos, odepchnęła od siebie zapamiętane doznania, i skierowała uwagę na osobę na siedzeniu obok.
Kobieta. Eliza nie widziała jej twarzy, lecz okrywająca nogi kobiety suknia sugerowała, że to pokojówka. Wysoka rangą, może garderobiana - czarny materiał jej sukni był lepszej jakości niż u zwykłych służących.
Dokładnie tak jak w przypadku Heather. Jej siostrze również zapewniono pokojówkę na czas porwania. Rodzina uznała to za dowód, że za sprawą stał arystokrata - któż inny pomyślałby o pokojówce? Najwyraźniej sytuacja się powtarzała. Czy mężczyzna naprzeciw niej to ów szlachetnie urodzony złoczyńca?
Przyjrzawszy mu się ponownie, Eliza doszła do wniosku, że nie. Heather uprowadzili ludzie wynajęci do tego celu, a chociaż, na ile mogła to ocenić na podstawie opisu siostry, ten mężczyzna, podobnie jak i pokojówka, wyglądali na osoby o wyższym statusie niż tamtych troje porywaczy, tak czy owak sprawiali wrażenie najemników.
Jej umysł się rozjaśniał, coraz łatwiej przychodziło jej się skupić.
Jeśli była to powtórka z porwania Heather, to zabiorą Elizę na północ, do Szkocji. Przeniosła wzrok na ulicę za oknem powozu. Nadal udając nieprzytomną, ukradkiem przyglądała się otoczeniu; po dłuższej chwili zyskała pewność, że powóz nie toczy się Great North Road. Jechali drogą, którą jej rodzina zwykła udawać się w odwiedziny do lady Jersey w Osterley Park.
Wieźli ją na zachód. Może w ogóle nie planowali zabierać jej daleko od Londynu?
Czy wobec tego rodzina domyśli się, gdzie jej szukać? Jej bliscy założą, że właśnie na północy... kiedy wreszcie się zorientują, że Eliza została porwana.
Kimkolwiek byli ci ludzie, wykazali się śmiałością i sprytem. Ze wszystkich zagrożonych dziewcząt to właśnie Elizy jej bracia i kuzyni strzegli najgorliwiej, wszelako tym jednym miejscem, które wydawało im się całkowicie bezpieczne, była rezydencja Diabła, toteż tam się odprężyli.
Nikomu by przez myśl nie przeszło, że porywacze odważą się zaatakować akurat w tym domu i w dodatku dzisiejszej nocy. Rezydencja była pełna gości, członków rodziny, służby domowej, po części ściągniętej od innych Cynsterów, przy czym każda z tych osób znała Elizę.
Pomimo wcześniejszych utyskiwań Eliza wiele by dała, żeby ujrzeć nadciągającego galopem Ruperta bądź Alasdaira, albo nawet któregoś ze swych aroganckich kuzynów.
Najpierw byli istnym utrapieniem, a teraz, kiedy stali się potrzebni - gdzie się podziewali?
Zmarszczyła brwi.
- Obudziła się.
Te słowa wypowiedział mężczyzna. Obstając przy swojej grze, Eliza powoli rozluźniła rysy twarzy, jakby wcześniejszy grymas zrobiła przez sen. Opuściła powieki i trwała w bezruchu, nie dając po sobie poznać, że cokolwiek usłyszała.
Kobieta przysunęła się do niej, Eliza czuła na twarzy jej baczne spojrzenie.
- Na pewno?
Zdecydowanie garderobiana - jej wymowa była poprawna, ton typowy dla wyższej rangą służącej, która zwraca się do osoby równej sobie.
To potwierdzało podejrzenia Elizy, że mężczyzna także był najemnikiem, nie zaś tajemniczym lairdem, odpowiedzialnym za porwanie Heather.
- Ona udaje - odparł po krótkiej chwili mężczyzna. - Daj jej laudanum.
Laudanum?
- Mówiłeś, że zakazał ci używać środków odurzających, czegokolwiek szkodliwego.
- Owszem, ale zależy nam na szybkim tempie, a w takim razie powinna spać. On nigdy się o tym nie dowie.
On, czyli kto?
- W porządku. - Kobieta szperała w torbie. - Będziesz musiał mi pomóc.
- Nie! - Eliza ożywiła się, zamierzając przekonać porywaczy, by nie otumaniali jej ponownie, lecz przeceniła swe siły. Jej głos okazał się ochrypłym szeptem. Próbowała odepchnąć kobietę, ciemnooką brunetkę, nachylającą się ku niej z buteleczką jasnego płynu, lecz nie była w stanie.
A potem dopadł do niej ten mężczyzna. Jedną ręką uwięził nadgarstki Elizy, drugą złapał za brodę, odchylając jej głowę do tyłu.
- Dalej! Wlej jej to do gardła.
Walczyła, by zamknąć usta, ale mężczyzna wcisnął kciuk z boku, między jej szczęki, kobieta zaś zręcznie wprowadziła jej między wargi dawkę lekarstwa.
Eliza starała się nie przełykać, lecz strużka płynu ściekła jej do gardła...
Mężczyzna trzymał ją, dopóki mięśnie jej nie zwiotczały i nie zapadła w narkotyczny sen.
* * *
Nim Eliza ponownie zdołała zebrać myśli, upłynęło kilka dni. Ile, nie miała pojęcia. Utrzymywali ją w stanie odurzenia, wepchniętą w kąt powozu, i jechali, na ile mogła się zorientować, bez jakiegokolwiek dłuższego postoju.
Czuła się niedorzecznie słaba. Nie otwierając oczu, wolno przeglądała i porządkowała w myślach pogmatwane strzępki informacji oraz nielicznych obserwacji, jakie zdołała poczynić w przelotnych chwilach pomiędzy długimi okresami otumanienia.
Wywieźli ją z Londynu drogą na zachód, tyle pamiętała. Później... Oksford o świcie - mignęły jej znajome iglice, odcinające się na szarzejącym niebie.
Po tamtej pierwszej dawce laudanum używali specyfiku z rozwagą, zmuszali Elizę do przełykania tylko takiej ilości, by utrzymać ją w stanie sennego zamroczenia, niezdolną do jakiegokolwiek działania, a już zwłaszcza ucieczki. Zgromadziła zatem mgliste wspomnienia z przejazdu przez inne miasta, pamiętała kościelne wieże i place targowe, lecz jedynym rozpoznanym przez nią miejscem był York. Przejeżdżali w pobliżu katedry... chyba wcześniej tego ranka. Głośne bicie dzwonów wyrwało ją z otępienia, lecz później powóz skręcił i wyjechał przez miejską bramę, ona zaś na powrót zapadła w sen.
Wtedy obudziła się po raz ostatni. Obecnie... Pozwalając głowie kiwać się w rytm kołysania powozu, zbyt jeszcze słaba, by unieść powieki, wytężyła pozostałe zmysły.
Wyczuła zapach morza, silną, charakterystyczną, słonawą woń. Przez szparę w drzwiach wślizgiwało się ostre, świeże powietrze. Słyszała niemożliwe do pomylenia wrzaski mew. Zatem... jechali przez York i dalej wzdłuż wybrzeża.
Co jej to mówiło?
W takiej odległości od Londynu jej znajomość terenu była fragmentaryczna. Jeśli wszakże podróżowali przez Oksford, a potem York... wydawało się prawdopodobne, że porywacze istotnie wiozą ją do Szkocji, unikają jednak Great North Road, ani chybi ze względu na to, że właśnie tam rodzina będzie szukać Elizy.
Jeśli porywacze całkowicie zrezygnowali z podróżowania głównym traktem, nie dało się wykluczyć, że rodzina nie znajdzie żadnego śladu Elizy. Co, jak podejrzewała, oznaczało, że nikt nie przybędzie jej z odsieczą... a przynajmniej, że nie może liczyć w tym względzie na swych bliskich.
Będzie musiała pomóc sobie sama.
Ta myśl nią wstrząsnęła. Przygody nie zaliczały się do jej priorytetów. Zostawiała takie sprawy Heather, albo nawet bardziej Angelice, podczas gdy sama, dla kontrastu, była tą cichą siostrą. Środkową siostrą. Tą, która grała na fortepianie i harfie niczym anioł i, w rzeczy samej, uwielbiała wyszywać.
Jeśli wszakże chciała uciec - a chciała niewątpliwie - będzie musiała działać, sama dla siebie.
Wzięła głębszy oddech, z wysiłkiem uniosła powieki i ostrożnie spojrzała na swych towarzyszy.
Po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się im w świetle dnia; zwykle zauważali, gdy się budziła, i prędko na powrót ją odurzali. Kobieta, którą Eliza początkowo wzięła za garderobianą, teraz wydała jej się raczej pielęgniarką do towarzystwa, z rodzaju tych, jakie zamożne rodziny zatrudniają do opieki nad starzejącymi się krewnymi. Schludna, kompetentna, elokwentna, o nienagannej aparycji. Bujne ciemne włosy zebrała w surowy kok z tyłu głowy, jasna karnacja i rysy twarzy sugerowały, że mogła być osobą szlacheckiego stanu, dla której nastały cięższe czasy.
Z całą pewnością na jej twarzy, a jeszcze bardziej w oczach, malowała się zatwardziałość.
Wedle oceny Elizy, kobieta miała podobną do niej sylwetkę - wzrostu nieco powyżej przeciętnej, raczej szczupłej budowy ciała - i była może o kilka lat starsza. Zarazem, jako pielęgniarka, mogła się poszczycić znacząco większą siłą.
Eliza przeniosła wzrok na mężczyznę, który przez całą podróż zajmował miejsce naprzeciw niej. Widziała go z bliska już kilka razy, kiedy przytrzymywał ją, by pielęgniarka mogła jej zaaplikować laudanum. Nie był owym tajemniczym lairdem - Eliza przypomniała sobie, jaki opis tego nieuchwytnego szlachcica uzyskał Breckenridge: "twarz jak wykuta w skale i oczy jak lód".
Jakkolwiek mężczyzna naprzeciw niej miał wyraziste rysy, nie były one szczególnie chropawe ani też ostre, kwestię rozstrzygały zaś jego oczy - ciemnobrązowe.
- Znów się obudziła. - To kobieta się zorientowała.
Mężczyzna aż do tej pory wyglądał przez okno. Teraz skierował spojrzenie na Elizę.
- Chcesz ją ponownie odurzyć? - spytała pielęgniarka.
Mężczyzna popatrzył Elizie w oczy.
W milczeniu odpowiedziała na to spojrzenie.
Mężczyzna przekrzywił głowę, zastanawiał się.
- Nie - odparł po dłuższej chwili.
Eliza ukradkiem odetchnęła. Miała już serdecznie dość otumanienia.
Mężczyzna poruszył się, zmieniając pozycję, po czym spojrzał na pielęgniarkę.
- Powinna się cieszyć doskonałym zdrowiem, kiedy dotrzemy do Edynburga, lepiej więc przestańmy ją narkotyzować.
Do Edynburga?
Eliza uniosła głowę, wyprostowała przygarbione dotąd plecy, umościła się na wyściełanym oparciu, a później otwarcie i z niejaką wyższością zmierzyła mężczyznę wzrokiem.
- Pana godność?
Jej głos nadal brzmiał ochryple i słabo.
Mężczyzna odpowiedział na jej spojrzenie i z krzywym uśmiechem skłonił głowę.
- Scrope. Victor Scrope. - Popatrzył na swą towarzyszkę. - A to Genevieve. Genevieve i ja - ciągnął, spoglądając znów na Elizę - jak również nasz stangret i ochrona w jednym, zostaliśmy wysłani przez pani opiekuna prawnego, aby zabrać panią ze zdeprawowanego Londynu, dokąd pani uciekła, i odstawić z powrotem do jego posiadłości na odludziu.
Eliza słuchała, gdy wyłuszczał jej zasadniczo tę samą historyjkę, którą posłużyli się porywacze Heather, chcąc zapewnić sobie jej uległość.
- Poinformowano mnie - mówił dalej Scrope - że jest pani, podobnie jak jej siostra, osobą na tyle inteligentną, by pojmować, że, przy uwzględnieniu naszej historyjki, każda próba ściągnięcia na siebie uwagi i zaapelowania o pomoc do kogokolwiek po drodze zaowocuje jedynie tym, że nieodwracalnie zszarga sobie pani reputację.
Kiedy uniósł brew w oczekiwaniu, Eliza skinęła krótko głową.
- Tak. Rozumiem.
Choć nadal mówiła słabym, cichym głosem, siły jej wracały.
- Doskonale - rzekł Scrope. - Powinienem dodać, że wkrótce wjedziemy do Szkocji, gdzie wszelkie próby uzyskania pomocy będą jeszcze bardziej daremne. Co więcej, jeżeli przypadkiem, wskutek odurzenia, ten szczegół pani umknął, nie podróżowaliśmy Great North Road. Nawet jeśli pani sławetna rodzina przeprowadzi tam drobiazgowe poszukiwania, nie znajdzie śladu po pani przejeździe. - Scrope patrzył jej w oczy. - Z tej strony nie ma pani zatem co liczyć na odsiecz. Najbliższych kilka dni upłynie nam wszystkim łatwiej, jeśli pogodzi się pani z myślą, że jest moim więźniem i że wypuszczę panią z rąk dopiero wówczas, gdy przekażę ją mojemu zleceniodawcy.
Jego spokojna, chłodna pewność siebie odbierała nadzieję.
Eliza znów potaknęła, podczas gdy jej umysł, ku niejakiemu zaskoczeniu właścicielki, już analizował, oceniał, szukał wyjścia. Nawiązując do Heather, Scrope potwierdził, że wynajął go ten sam tajemniczy laird, który stał za owym pierwszym porwaniem, Eliza zaś miała całkowitą pewność, że nie chce zostać mu przekazana. Zwlekanie z ucieczką do czasu, gdy znajdzie się w jego rękach, przypominałoby wstrzymywanie się z rozłożeniem parasola tak długo, aż człowiek przejdzie z deszczu pod rynnę. Zatem... Skoro nie mogła liczyć na pomoc rodziny, jakim sposobem ucieknie?
Wyjrzała przez okno; w oddali, za skalistymi klifami, dostrzegała połyskujące w bladych promieniach słońca morze. Jeśli rankiem przejeżdżali przez York... Brakowało jej pewności, przypuszczała jednak, że bez względu na obraną trasę, zanim przekroczą granicę, powinni przejechać jeszcze przynajmniej przez jedno większe miasto.
Wolała nie czekać z podjęciem działania do chwili, gdy przekroczą granicę; jak oznajmił jej Scrope, w Szkocji szanse na ratunek z zewnątrz jedynie zmaleją.
A właśnie ratunku potrzebowała. W obliczu przygotowanej przez porywaczy historyjki, każda próba samodzielnej ucieczki prowadziłaby tylko do towarzyskiej katastrofy.
Podobnie jak Heather, Eliza potrzebowała bohatera, który pojawi się, by wyrwać ją ze szponów niebezpieczeństwa.
Heather miała Breckenridge'a. Kto przybędzie z odsieczą Elizie?
Nikt, ponieważ nikt nie miał pojęcia, gdzie jej szukać.
Breckenridge widział, jak porwano Heather, podążał jej śladem od samego początku. Nikt natomiast, Eliza była tego pewna, nie orientował się, gdzie ona się podziała.
Jeśli chciała zostać przez kogoś uratowana, musiała osobiście do tego doprowadzić.
Żałowała, że nie ma z nią Angeliki - młodsza siostra kipiałaby pomysłami, z niecierpliwością wypatrując okazji do wprowadzenia ich w życie. W przeciwieństwie do niej, Eliza nie potrafiła obmyślić żadnego sprytnego planu, nie licząc tego oczywistego, wykorzystującego jedyną lukę w opowieści porywaczy, jakoby przewozili ją na polecenie jej opiekuna.
Gdyby zdołała zwrócić uwagę kogoś, kto ją znał, kogoś z towarzystwa, wówczas historyjka na nic by się im nie zdała. Biorąc zaś pod uwagę zamożność i wpływy jej rodziny, szokujący fakt pobytu Elizy w rękach porywaczy przez kilka dni i nocy najpewniej zostałby prędko zatuszowany.
Jednakże tego rodzaju ratunek musiałby nadejść po tej stronie granicy; w Szkocji szanse na spotkanie kogoś znajomego, jak również na to, by świadectwo tej osoby pomogło uwolnić Elizę z rąk porywaczy, drastycznie malały.
Wtuliła się znów w swój narożnik i bacznie przyglądała nielicznym nadciągającym z przeciwka pojazdom. Gdyby spostrzegła kogoś, kto mógłby...
W tej odległej części Anglii znała dobrze jedynie dwie rodziny: Variseyów w Wolverstone oraz Percych w Alnwick. Jeśli wszakże porywacze nadal będą się trzymać z dala od głównego traktu, nadzieje na przyuważenie którejś z tych osób wydawały się mizerne.
Spojrzała na Scrope'a.
- Kiedy przekroczymy granicę? - spytała, dość umiejętnie stwarzając wrażenie, że kieruje nią czysta ciekawość.
Scrope wyjrzał na zewnątrz, po czym wyjął zegarek z dewizką.
- Dopiero minęło południe, zatem powinniśmy być w Szkocji dobrze przed wieczorem. - Wsunął zegarek z powrotem do kieszeni i spojrzał na Genevieve. - Na noc, zgodnie z planem, zatrzymamy się w Jedburghu, a rano wyruszymy dalej do Edynburga.
Eliza ponownie wyjrzała przez okno. W Edynburgu była dwukrotnie. Jeśli rankiem wyjadą z Jedburgha, do stolicy Szkocji dotrą w południe, a z wcześniejszych słów Scrope'a wynikało, że właśnie tam planują przekazać ją lairdowi.
Jeśli wszakże granicę mieli przekroczyć późnym popołudniem, teraz zaś dopiero minęło południe, Eliza nabrała przekonania, że obrana przez nich trasa wzdłuż wybrzeża prowadzi przez Newcastle upon Tyne, najbliższe duże miasto w sąsiedztwie zarówno Wolverstone, jak i Alnwick, a ponadto, o ile dobrze zapamiętała, powóz będzie musiał przeciąć je całe, żeby dostać się na drogę do Jedburgha.
Jeżeli trafią na dzień targowy, a zresztą nawet i wówczas gdy tak się nie stanie, niespieszny przejazd przez Newcastle dostarczy jej najlepszej sposobności, by zwrócić na siebie uwagę kogoś znajomego w mieście, gdzie ta osoba bez trudu uzyska wsparcie władz.
Może i przygody nie były mocną stroną Elizy, ale tyle umiała zrobić. Z tym sobie poradzi.
Oparłszy się wygodnie, spoglądała na drogę, czekając, aż ukażą się dachy Newcastle.
Słońce przedarło się przez chmury, opromieniając okolicę; od tego ciepła zrobiła się senna, walczyła jednak z pokusą. Poruszyła się, wyprostowała, przeciągnęła, umościła znowu. Blask bijący z kolejnego odcinka drogi, mokrej po przelotnym wiosennym deszczu, podrażnił jej oczy.
Zamknęła je, musiała... jedynie na chwilkę. Do czasu, aż przestaną piec.
* * *
Eliza przebudziła się gwałtownie. Przez moment nie pamiętała... A później sobie przypomniała. Przypomniała sobie, na co czekała, zerknęła przez okno i dotarło do niej, że upłynęła ponad godzina.
Przejeżdżali przez całkiem spory most; to właśnie odmienny stukot kół na deskach wyrwał ją ze snu.
Z walącym mocno sercem wyprostowała się i wyjrzała przez okno. Na widok ciągnących się wzdłuż drogi domów poczuła ulgę. Wjeżdżali do Newcastle. Nie przegapiła swojej szansy.
Przesunęła się na siedzeniu, rozprostowała plecy i przystąpiła do bacznej obserwacji okolicy.
Oby ktoś znajomy przechadzał się tu po trotuarze. Może Minerva, księżna Wolverstone, wybrała się akurat na zakupy?
Najlepiej w towarzystwie męża.
Elizie nie przychodził na myśl wybawca bardziej kompetentny niż Royce, książę Wolverstone.
Poczuła na sobie baczne spojrzenie Scrope'a, ale je zlekceważyła. Nie mogła się rozkojarzyć. Kiedy tylko kogoś spostrzeże, przystąpi do działania, a Scrope nie zdąży jej powstrzymać.
Tyle że... W miarę, jak jechali, domy stały w coraz większym rozproszeniu, aż wreszcie całkiem zniknęły.
Obudziła się tuż przed wyjazdem z miasta, nie zaś, jak sądziła, kiedy do niego wjeżdżali.
Przegapiła swoją szansę.
Najlepszą, a przypuszczalnie również ostatnią sposobność, by zwrócić uwagę kogoś znajomego.
Po raz pierwszy w życiu poczuła się autentycznie przybita.
Wręcz przygnieciona do ziemi.
Przełknęła ślinę, potem zaś wolno opadła na oparcie.
Z zamętem w głowie, nie spojrzała na Scrope'a, wyczuła jednak, kiedy odwrócił wzrok, uspokojony.
Wiedział, że odtąd było już bardzo mało prawdopodobne, by Eliza zdołała pokrzyżować mu szyki.
- Minęliśmy właśnie - rzekł Scrope, na pozór zwracając się do Genevieve - ostatnie duże miasto przed granicą. Stąd do Jedburgha będziemy podróżować już głównie przez pustkowia. Taylor powinien nas tam dowieźć dobrze przed zmrokiem.
Genevieve pomrukiem przyjęła informację do wiadomości.
Eliza zastanawiała się, czy Scrope potrafi czytać w jej myślach. Jeśli zamierzał ją zdeprymować, w pełni mu się to powiodło.
Nadal wyglądała przez okno, choć straciła wszelką nadzieję. Z całą pewnością nie podróżowali Great North Road; odcinek z Newcastle do Alnwick pokonywała kilkakrotnie, ale tędy nigdy nie jechała. Za przydrożnymi rowami zaczynały się pola. Jeśli w ogóle udawało jej się wypatrzyć jakieś dachy, należały do chat i zabudowań gospodarczych.
Powóz toczył się miarowo, uwożąc ją coraz dalej na północ do wtóru uporczywego turkotu kół. Od czasu do czasu mijali jakiś pojazd, przeważnie chłopski wóz.
Stopniowo droga się zwęziła. Za każdym razem, gdy z przeciwka ktoś nadjeżdżał, oba pojazdy musiały zwolnić, żeby ostrożnie się wyminąć.
Eliza zamrugała. Nie wyprostowała się, przeciwnie, zgodnie z nakazem rozsądku nadal udawała przybitą. Nie chciała wysyłać żadnego sygnału, który wzbudziłby czujność Scrope'a.
Gdyby jakimś cudem na południe, w stronę Newcastle, zmierzał ktoś użyteczny, w powozie, gigu czy też na wozie... ona siedziała po prawej stronie, dzięki czemu mogłaby przyciągnąć uwagę tej osoby.
Znalazła się w rozpaczliwej sytuacji. Jeśli tylko zobaczy jakiegoś lokalnego dziedzica, dowolnego człowieka wyższego stanu, skorzysta z okazji i zawoła o pomoc. Aktualnie jej rodzina nie wiedziała, dokąd ją zabrano. Nawet jeśli owa zaalarmowana przez Elizę osoba ograniczy się do opisania zdarzenia komuś w Londynie, tyle wystarczy. Wiadomość dotrze do jej rodziców.
Musiała w to wierzyć.
Musiała kogoś powiadomić, a ten odcinek przed granicą był jej ostatnią szansą.
Jeśli nadarzy się sposobność, nieważne jaka, Eliza bezwzględnie z niej skorzysta.
Utkwiwszy niewidzący wzrok w drodze przed sobą, przysięgła, że tak zrobi. Owszem, brakowało jej determinacji Heather, podobnie jak graniczącej z brawurą odwagi Angeliki, ale niech ją diabli, jeśli pozwoli przekazać się jakiemuś szkockiemu lairdowi, nie podjąwszy ani jednej próby odzyskania wolności.
Może i była cicha, ale na pewno nie potulna.
* * *
Jeremy Carling pokonał kariolką ostry zakręt, a potem obrał miarowe tempo w drodze na południe, na pierwszym etapie długiej podróży powrotnej do Londynu.
Opuścił zamek Wolverstone w południe, zamiast jednak ruszyć zwyczajową trasą na wschód, przez Rothbury i Pauperhaugh, a następnie do Morpeth i Newcastle upon Tyne, zdecydował się pojechać na zachód, wzdłuż północnego skraju Harwood Forest, by zaraz na południe od Ottenburn znaleźć się na bocznej drodze do Newcastle.
Z radością spoglądał na budzące się do życia pola, a chociaż tym mniej uczęszczanym szlakiem przez wzgórza podróżował wolniej, widoki aż nadto rekompensowały mu zwłokę.
Kiedy kariolka wtoczyła się na drogę o lepszej nawierzchni, Jeremy dał więcej swobody swemu najnowszemu nabytkowi, pełnej krwi karoszowi, którego nazwał Jasper. Choć popołudnie chyliło się ku końcowi, wiedział, że dotrze do Newcastle i gospody, w której się przeważnie zatrzymywał, dobrze przed nastaniem nocy. Uwolniony od konieczności rozmyślania o sprawach praktycznych, jego umysł zdryfował - jak to miał w zwyczaju - ku kontemplacji starożytnego pisma klinowego i obrazkowego, jako że tego rodzaju studia stanowiły sedno życia Jeremy'ego.
Po raz pierwszy zafascynował się tajemnymi ideogramami, kiedy po śmierci rodziców wraz z siostrą Leonorą zamieszkali u owdowiałego stryja, sir Humphreya Carlinga. Dwunastoletniego wówczas Jeremy'ego cechowała nienasycona ciekawość, której zresztą z wiekiem bynajmniej nie utracił. Humphrey już wtedy cieszył się sławą pierwszego autorytetu w dziedzinie starożytnych języków, zwłaszcza sumeryjskiego pisma klinowego; jego dom tonął w zwojach i zmurszałych księgach, papirusach i pokrytych inskrypcjami tubach.
Biorąc zakręt, Jeremy z uśmiechem cofnął się myślami do dawnych dni.
Starożytne teksty, języki, ideogramy zafascynowały go od pierwszego wejrzenia. Tłumaczenie ich, odkrywanie ich tajemnic, prędko stało się jego pasją. Podczas gdy jego rówieśnicy uczęszczali do Eton lub Harrow, on, już w młodym wieku zyskawszy sobie opinię kompetentnego i złaknionego nowej wiedzy naukowca, miał za mentorów prywatnych nauczycieli oraz samego Humphreya, wybitnego uczonego. Podczas gdy inni dżentelmeni w jego wieku mówili o starych przyjaciołach ze szkoły, on miał starszych kolegów.
Takie życie odpowiadało mu w pełni, czuł się jak ryba w wodzie.
Ponieważ zarówno Humphrey, jak i on sam byli majętni - on za sprawą pokaźnego spadku po rodzicach - obaj z radością zagłębili się, ramię przy ramieniu, w prastarych woluminach, praktycznie rezygnując z kontaktów z wytwornym towarzystwem, właściwie nie zadając się prawie z nikim poza podobnymi im uczonymi.
Gdyby okoliczności na to pozwoliły, zapewne spędziliby obaj w tym wygodnym odosobnieniu resztę życia, jednak przejęcie przez Jeremy'ego przed kilku laty obowiązków, które przez dekady pełnił Humphrey, zbiegło się w czasie z erupcją publicznego zainteresowania starożytnością. To z kolei zaowocowało częstymi prośbami o konsultację ze strony prywatnych instytucji oraz zamożnych rodzin usiłujących zweryfikować autentyczność i wagę odkrytych w ich kolekcjach woluminów. Chociaż Humphrey nadal sporadycznie świadczył takie usługi, z wiekiem opadł z sił, dlatego też prowadzenie coraz bardziej dochodowego przedsięwzięcia - udzielania konsultacji w sprawach starożytnych dla szeroko rozumianego towarzystwa - spoczęło głównie na barkach Jeremy'ego.
Obecnie cieszył się już taką reputacją, że właściciele starożytnych manuskryptów oferowali niesłychane sumy za jego opinię. W pewnych kręgach należało do dobrego tonu, by móc oznajmić, że autentyczność czyjegoś egipskiego zwoju zweryfikował sam wielce ceniony Jeremy Carling.
Na tę myśl wargi Jeremy'ego wygięły się w uśmiechu. Podobnie jak i na kolejną - żony zabiegających o jego opinię mężczyzn gościły go równie chętnie jak ich mężowie, pragnąc zyskać sobie status tych, które zabawiały słynnego, a przecież tak rzadko bywającego na salonach uczonego.
W kategoriach towarzyskich jego pustelniczy tryb życia wrócił doń rykoszetem. Jako człowiek dobrze urodzony, o licznych powiązaniach, powszechnie szanowany, uspokajająco zamożny, a przy tym ponętnie nieuchwytny, dla wielu dam stał się łakomym kąskiem właśnie ze względu na swoje odizolowanie od świata; intrygi, do jakich niektóre z nich się posunęły, aby schwytać go w towarzyskie sidła, wprawiły w zadziwienie nawet jego samego.
Niemniej żadnej z owych dam ten zamysł się nie powiódł - i nigdy się nie powiedzie. Jeremy lubił swoje spokojne życie.
Jakkolwiek prowadzenie konsultacji dla szerokiego towarzystwa było zajęciem lukratywnym i często przynoszącym satysfakcję, z wyboru spędzał większość czasu zagrzebany w swej bibliotece, tłumacząc, studiując i publikując dzieła, które albo same trafiły w jego ręce, albo zostały mu przekazane, jako sławnemu uczonemu i kolekcjonerowi, przez rozmaite szacowne instytucje publiczne aktualnie zaangażowane w poważne badania nad starożytnymi cywilizacjami.
Takie akademickie studia będą tworzyły trzon jego naukowej spuścizny; zawsze pozostaną główną sferą jego zainteresowań.
Pod tym względem on i Humphrey byli niczym dwie krople wody, obaj z zadowoleniem przesiadywali w ogromnych, bliźniaczo podobnych bibliotekach - każdy miał własną - we wspólnym domu przy Montrose Place w Londynie, zgłębiając ten czy inny starożytny wolumin. Jedyną przynętą, zdolną wywabić ich z naukowego odosobnienia, była perspektywa odkrycia nieznanego skarbu.
Uczeni ich pokroju żyją dla takich właśnie momentów. Dreszcz, jaki towarzyszy rozpoznaniu starożytnego, dawno zaginionego tekstu, działa niczym jedyny w swoim rodzaju narkotyk, od którego oni dwaj, typowi przedstawiciele swego gatunku, byli nieodwołalnie uzależnieni.
Właśnie tego typu przynęta zwabiła Jeremy'ego na dalekie krańce hrabstwa Northumberland, do zamku Wolverstone, domu Royce'a Variseya, księcia Wolverstone'a, i jego żony Minervy. Książęca para przyjaźniła się z Leonorą i jej mężem, Tristanem Wemyssem, wicehrabią Trenthamem; przez lata Jeremy miał sposobność dobrze poznać tych dwoje. W konsekwencji, kiedy Royce, katalogując zbiory ogromnej biblioteki zmarłego ojca, odkrył starożytną księgę z zapisem pismem klinowym, poprosił o opinię właśnie Jeremy'ego.
Szczerząc zęby w uśmiechu, Jeremy trzepnął lejcami i popędził Czarnego Jaspera do szybszego biegu. Dopisało mu szczęście: księga Royce'a okazała się fantastycznym znaleziskiem, sumeryjskim tekstem dawno uznanym za bezpowrotnie zaginiony. Jeremy nie mógł się doczekać, kiedy opowie o odkryciu Humphreyowi, i równie mocno palił się do tego, by zacząć już, na podstawie sporządzonych przez siebie licznych notatek, przygotowywać wykład dla Towarzystwa Królewskiego w Londynie. Jego wnioski wywołają nie lada poruszenie.
Odczuwał ciepło na myśl o czekającej go przyjemności, oczyma wyobraźni widział już swoją bibliotekę, swój dom.
Spokojny, wygodny i cichy.
Pusty.
Spoważniał. Kusiło go, by odsunąć tę refleksję na bok, pogrzebać ją, jak to miał w zwyczaju, ale... znajdował się na pustkowiu, gdzie nic innego nie absorbowało jego uwagi. Być może nastała pora zmierzyć się z tym problemem.
Nie potrafił określić, kiedy i dlaczego pojawiło się w nim to niepokojące, podświadome uczucie niezaspokojenia. Nie miało ono nic wspólnego z jego pracą - na tym polu rysowały się przed Jeremym wspaniałe perspektywy. Obrana przezeń profesja nadal go fascynowała, mimo upływu lat ani trochę nie stracił zainteresowania tematem.
Ten niepokój nie miał nic wspólnego ze starożytnością.
Niepożądany dyskomfort brał się z jego wnętrza, wzbierało w nim nieprzyjemne przeświadczenie, że przegapił coś istotnego, że poniósł porażkę.
Nie w pracy, lecz w życiu.
W trakcie tych dwóch tygodni w Wolverstone ów dyskomfort jedynie się nasilił; w rzeczy samej, poniekąd sięgnął zenitu.
Niespodziewanie to Minerva, tak zawsze dlań łaskawa żona Wolverstone'a, zmusiła Jeremy'ego do spojrzenia prawdzie w oczy. To ona, swymi pożegnalnymi słowami, nakłoniła go, by stawił czoło temu, o czym przez długi już czas wytrwale starał się nie myśleć.
Rodzina. Dzieci. Jego przyszłość.
Przebywając na zamku, miał okazję się przyjrzeć, na czym to może polegać - przykłady widział wszędzie wokół siebie.
Dorastał bez rodziców. W latach, kiedy kształtował się jego charakter, miał przy sobie jedynie Humphreya, już wtedy prowadzącego pustelniczy tryb życia wdowca, i Leonorę, dlatego też nigdy nie zaznał ciepła i czaru licznej, hałaśliwej rodziny, nie doświadczył tego innego poziomu zadowolenia. Tej fundamentalnej różnicy, która zwykły budynek przekształca w dom.
Londyńska rezydencja jego i Humphreya tym właśnie była - zaledwie budynkiem.
Brakowało kilku zasadniczych elementów, aby mogła stać się domem.
Do tej pory Jeremy sądził, że to nie ma znaczenia, nie dla niego lub Humphreya.
Mylił się, przynajmniej w odniesieniu do siebie. Ten błąd, jak również okoliczność, że konsekwentnie odmawiał poświęcenia owej kwestii uwagi i znalezienia sposobu, by jej zaradzić, legły u podstaw jego niepokoju, podsycając go i zaostrzając.
Pożegnalne słowa Minervy brzmiały:
- Wkrótce będziesz musiał wziąć się do dzieła, drogi Jeremy, inaczej pewnego ranka obudzisz się jako samotny stary człowiek.
Spoglądała nań z sympatią i zrozumieniem.
Lecz jej słowa zmroziły Jeremy'ego do szpiku kości.
Swym delikatnym paluszkiem księżna dotknęła istoty tego, co, jak teraz rozumiał, przepełniało go największym strachem.
Leonora i Tristan odnaleźli się nawzajem i, podobnie jak Royce i Minerva, zbudowali własną rodzinę, z jej ciepłem i hałaśliwą dzieciarnią.
Jeremy miał swoje księgi, lecz, jak uzmysłowiła mu Minerva, one nie ogrzeją go w nadchodzących latach. Zwłaszcza tych po śmierci Humphreya, już wszak wiekowego i słabowitego. Czy wtedy Jeremy pożałuje, że nie zadał sobie trudu, by znaleźć czas na rozejrzenie się za damą, z którą dzieliłby życie i spłodził dzieci, takie jak jego siostrzeńcy i siostrzenice? Że nie zadbał o to, aby wypełnić korytarze swej rezydencji dziecięcymi głosami i śmiechem, mieć potomków, których rozwój by obserwował?
Mógłby mieć syna, któremu by przekazał swą życiową wiedzę nagromadzoną przez lata - tak jak Royce swojemu potomstwu. Być może ów syn, albo nawet i córka dzieliliby z nim fascynację starożytnością, jak to się zdarzyło jemu i stryjowi.
Dawno temu założył, że takie pragnienia nigdy nie staną się jego udziałem, lecz teraz...
Liczył sobie już trzydzieści siedem lat - fakt znany Minervie, który bez wątpienia sprowokował jej uwagę - jakkolwiek za sprawą szczupłej, jeszcze do niedawna wręcz zbyt kościstej sylwetki brano go zwykle za znacznie młodszego. Tak czy owak, nie sposób było odmówić Minervie racji: jeśli Jeremy pragnął takiej rodziny, jaką mieli ona i Royce, Leonora i Tristan, to musiał zacząć działać.
I to szybko.
Przemknął przez wioskę Rayless, a drogowskaz poinformował go, że teraz przed nim Raechester. Czekała go więc jeszcze godzina niewymagającej jazdy - równie dobrze mógł wykorzystać ten czas na przemyślenia.
I zdecydować, czego pragnie.
To akurat zajęło mu dwie sekundy - pragnął takiej rodziny, jaką miał jego szwagier. Jaką miał Royce. Odpowiedź jaśniała w jego umyśle.
Następnie: jak osiągnąć ów cel?
Oczywiście, że potrzebował żony.
Jak ją zdobyć?
Tutaj jego umysł, powszechnie uznawany za błyskotliwy, utknął w martwym punkcie.
Jeremy postąpił więc tak, jak uczyniłby to każdy inny naukowiec na jego miejscu: przeformułował pytanie. Jakiego rodzaju żony pragnął, potrzebował, żeby osiągnąć optymalny rezultat?
To umiał sprecyzować bez trudu. Potrzebna mu była żona koniecznie cicha, powściągliwa, jeśli nie trzymająca się na uboczu, to przynajmniej taka, która nie poczuje się urażona, że Jeremy spędza całe dnie z nosem w książkach. Zadowolona z możliwości zarządzania domem i urodzenia tylu dzieci, iloma los zechce ich pobłogosławić, a potem dbania o nie. Nieśmiała, raczej małomówna - potulna, łagodna, niewymagająca dama, która nie będzie próbowała mieszać się w jego naukowe poszukiwania, ani tym bardziej go od nich odciągać.
Skrzywił się, zwalniając do kłusa, aby przejechać przez wioskę Raechester. Na podstawie dotychczasowych relacji z płcią piękną jasno zdawał sobie sprawę, że taki wzór cnót niełatwo będzie mu znaleźć. Damy, w każdym razie te, z którymi zdarzyło mu się flirtować, lubiły, gdy poświęcało się im uwagę. I właśnie z tego powodu nieodmiennie rezygnował z kontynuowania znajomości.
Pomijając owo zastrzeżenie, nie miał nic przeciw kobietom jako takim; niektóre, jak choćby bliźniaczki Cynsterów, Amanda i Amelia, wydawały mu się nawet zajmujące. Dawniej zwykł folgować sobie ze znudzonymi matronami z towarzystwa, z czego w trzech przypadkach wyniknął dłuższy romans, ostatecznie jednak znudziły go i zniesmaczyły narastające żądania owych dam, dlatego też, najdelikatniej jak się dało, uciął te relacje.
W ostatnich latach skrywał się za tarczą pustelnika i trzymał z dala od kobiet, uznawszy, że korzyści płynące z flirtu nie są warte wysiłku. Leonora nie dawała mu spokoju, argumentując, że jego wcześniejsze doświadczenia znaczą jedynie tyle, iż nie spotkał dotąd kobiety, dla której chciałoby mu się starać, dla której wychynąłby ze swej skorupy.
Logicznie biorąc, musiał przyznać siostrze rację, lecz żywił poważne wątpliwości, czy takowa dama w ogóle istnieje, nie wspominając o tym, że ich drogi miałyby się przeciąć.
W sferze intelektualnej odnosił się do dam z ostrożnością i zarazem nieznacznym lekceważeniem. Z ostrożnością, ponieważ czasami nachodził go niepokój, czy funkcjonując na jakiejś innej płaszczyźnie racjonalności, nie przeważają one nad nim przypadkiem wiedzą, przynajmniej w kwestii relacji międzyludzkich. Z nieznacznym lekceważeniem, gdyż tam, gdzie w grę wchodziły rozum i logika, nigdy nie spotkał kobiety, której zdolności wzbudziłyby jego szacunek.
Niestety, to samo mógłby powiedzieć o zdecydowanej większości dżentelmenów.
Niemniej teraz, skoro zdecydował się... Czy na pewno? Tak, raczej tak. Zatem skoro zdecydował się znaleźć żonę, będzie musiał... Jak ujęliby to Tristan i jego koledzy z Klubu Niezdobytych? Będzie musiał obmyślić stosowną strategię.
Cel owej strategii: znaleźć damę nieskazitelnego charakteru, obdarzoną wszystkimi wymienionymi cechami, zalecać się do niej i zdobyć jej rękę.
Nie zaszkodziłoby, gdyby okazała się w miarę urodziwa oraz miała zbliżony do jego status społeczny, Jeremy nie umiałby bowiem wspomóc nieszczęsnej w kwestiach tak skomplikowanych, jak chociażby pierwszeństwo przy wchodzeniu do pokoju.
No dobrze, skoro już ustalił cel strategii, to od czego zacząć? Jego pierwszym krokiem musi być namierzenie stosownej kandydatki.
Leonora w okamgnieniu zgodziłaby się pomóc, wystarczyłoby poprosić.
Gdyby to zrobił... te stare prukwy, grupka podstarzałych krewnych Tristana, także natychmiast ruszyłyby do akcji. Żadne słowa czy działania Jeremy'ego, Leonory bądź Tristana nie zdołałyby temu zapobiec - ani też prawdopodobnej późniejszej katastrofie. Jakkolwiek starsze damy miały nieskończenie dobre intencje, bywały wielce apodyktyczne w forsowaniu swych specyficznych przekonań.
Zatem... Skoro nie poprosi o pomoc Leonory, nie wolno mu też zaangażować w tę sprawę żadnej innej kobiety. Tyle wiedział. Pozostawali mu mężczyźni - Tristan i jego dawni koledzy po fachu, a obecnie serdeczni przyjaciele, włącznie z Royce'em.
Jeremy spróbował wyobrazić sobie, na czym mógłby polegać ich udział - nie licząc różnych porad praktycznych, które przez lata znajomości i tak już od nich otrzymał - ale nie bardzo wiedział, jak mieliby mu pomóc odnaleźć i zdobyć tę konkretną młodą damę. Wszyscy byli już żonaci i, podobnie jak on sam, starali się unikać wytwornego towarzystwa. Tu nie znajdzie wsparcia.
Przepatrując dalej swoje znajomości, mógł wskazać kilku nieżonatych dżentelmenów poznanych za pośrednictwem Cynsterów, jednakże w trakcie sporadycznych spotkań z nimi odniósł wrażenie, że oni również trzymają się z dala od socjety, a przynajmniej od kręgów obfitujących w niezamężne młode damy.
Hm... Po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że wszyscy znani mu dżentelmeni, w każdym razie tacy, z którymi czuł niejakie pokrewieństwo dusz, unikali towarzystwa młodych dam... dopóki sami nie stanęli przed koniecznością znalezienia sobie żony.
Zmarszczył brwi. Znów pohamował Jaspera i wjechał kłusem do Knowesgate, kiedy zaś niewielkie skupisko chat zostało w tyle, poluzował wodze.
Na pewno istniał ktoś, do kogo Jeremy mógłby się zwrócić z prośbą o wparcie w poszukiwaniach niezbędnej mu żony. Pomysł, że miałby ją znaleźć sam... Nie wiedziałby, gdzie zacząć.
Na samą myśl o potańcówkach w Almack miał chęć porzucić cały projekt... musiał więc odkryć inny sposób.
Dwa kilometry dalej nadal nie dostrzegał rozwiązania. Minął dróżkę prowadzącą do wioski Kirkwhelpington i pojechał dalej łagodnym łukiem drogi, utrzymując szybkie tempo.
Przed nim pojawił się powóz, pierwszy napotkany tego dnia. Miarowo zmierzał ku Jeremy'emu.
- Do diaska.
Znajdowali się na bocznej drodze, a akurat ten jej odcinek był zbyt wąski, żeby dwa pojazdy mogły się minąć przy pełnej szybkości.
Ściągając lejce, pohamował Jaspera do stępa. Powóz także zwolnił. Ostrożnie zjeżdżając jednym kołem kariolki na pobocze, Jeremy uniesieniem dłoni pozdrowił stangreta, kiedy ten skierował swój zaprzęg na przeciwległy skraj drogi tak daleko, jak tylko się odważył.
Jeremy skupiał się na powożeniu, czujnie obserwując, czy koła powozu i kariolki na pewno nie otrą się o siebie, kiedy głuche uderzenie w okno obcego pojazdu skłoniło go do podniesienia wzroku...
Na pobladłą twarz. Twarz kobiety.
Strapiona, z szeroko otwartymi oczami, kobieta uderzała dłońmi w szybę.
Widział, jak poruszają się jej wargi, usłyszał przytłumiony krzyk.
Męskie ręce chwyciły ją za ramiona i gwałtownie odciągnęły od okna.
A potem powóz przejechał, droga przed kariolką była pusta.
Jasper, skory do biegu, szarpał lejce.
Nadal oszołomiony, odtwarzając w myślach niedawną scenę, Jeremy w rozkojarzeniu opuścił ręce, pozwalając karoszowi na kłus.
Zamrugał i odwrócił się, by spojrzeć w ślad za tamtymi.
Powóz znów przyspieszył, nie gnał jednak szaleńczo, a po prostu toczył się tym samym miarowym tempem co na początku.
Pół minuty później zniknął za zakrętem.
Spojrzawszy ponownie przed siebie, Jeremy na razie nie wstrzymywał idącego kłusem Jaspera.
Jego umysł tymczasem sprawnie porządkował fakty.
Jako ekspert w zakresie pisma obrazkowego, Jeremy miał doskonałą pamięć do takich rzeczy. Twarze bardzo przypominają ideogramy, on zaś był pewien, że tę konkretną twarz już kiedyś widział.
Ale gdzie? Nie znał nikogo w tej okolicy, nie licząc mieszkańców zamku Wolverstone...
Londyn. Jakaś sala balowa. Kilka lat temu.
Tamta scena raptownie stanęła mu przed oczami.
- Eliza Cynster.
Nim jeszcze skończył wypowiadać to nazwisko, nadciągnęło kolejne wspomnienie - Royce'a czytającego list, który nadszedł od Diabła Cynstera w dniu przyjazdu Jeremy'ego, mówiący o udaremnionym porwaniu Heather Cynster i przekonaniu, że jej siostry nadal są zagrożone...
- Niech to diabli! - Jeremy ściągnął lejce, zatrzymując Jaspera.
Wstrząśnięty, patrzył na drogę przed sobą.
Porywacze Heather Cynster zabrali ją do Szkocji. Powóz za jego plecami zmierzał ku szkockiej granicy.
Jeremy uświadomił sobie też, jak brzmiało pojedyncze słowo wykrzyczane przez Elizę.
"Pomocy!".
Ona również została porwana.
* * *
Eliza osunęła się ciężko w kącie powozu, gdzie cisnął ją Scrope. Warknął na nią, lecz prędko odzyskał panowanie nad sobą i swym wcześniejszym, stoickim, beznamiętnym wyrazem twarzy przesłonił wzburzenie, jakie wywołał w nim jej postępek.
Genevieve także na nią syknęła. Zaciskając szponiaste palce na jej nadgarstkach, przytrzymywała Elizę, jakby się obawiała jej nagłej ucieczki.
Marne szanse.
Wsparty ręką o dach powozu, Scrope stał, spoglądając zimno z góry na Elizę. Potem otworzył klapkę i zwrócił się do stangreta:
- Ten w kariolce, którego właśnie minęliśmy. Zatrzymał się?
- Nie - odparł po chwili mężczyzna. - Raz się obejrzał, jakby zakłopotany, ale pojechał dalej. A czemu?
Scrope zerknął na Elizę.
- Nasz cenny bagaż usiłował zwrócić jego uwagę. Na pewno za nami nie jedzie?
Upłynęła kolejna chwila.
- Za nami czysto.
- To dobrze. - Scrope zamknął klapkę. Chwiejąc się nieznacznie do wtóru kołysania powozu, popatrzył na Elizę.
Odpowiedziała na jego spojrzenie, z zaskoczeniem odkrywając, że właściwie nie czuje strachu. Zrobiła to, co musiała - i nie miała już sił na nic innego, nawet na to, żeby się należycie bać.
W końcu Scrope na powrót zajął miejsce naprzeciw niej.
- Jak sama pani właśnie tego dowiodła, próby urządzania scen mijają się z celem: i tak nic z nich nie wynika. - Zmierzył ją chłodnym wzrokiem. - Na najbliższym postoju mamy panią związać i opowiedzieć naszą historyjkę, czy będzie pani posłuszna?
Przypomniawszy sobie taktykę, jaką wobec swoich porywaczy obrała Heather, wzbudzając w nich przekonanie, że jest bezradna i niezdolna do samodzielnego działania, Eliza rozluźniła mięśnie w nie do końca udawanym poczuciu klęski.
- Widzę, że nie mam szans, więc równie dobrze mogę być posłuszna.
Dopóki jej to będzie pasowało.
Zabarwiła tę wypowiedź słabością, która istotnie stopniowo ją ogarniała. Nie zdziwiła się, kiedy Scrope, po dłuższej chwili taksowania jej wzrokiem, skinął głową. Popatrzył na Genevieve.
- Puść ją. Ale jeśli tylko zauważymy, że szykuje się, by znów utrudnić nam życie, zwiążemy ją i zakneblujemy.
Ciąg dalszy w wersji pełnej