W pogoni za cieniem - Jørgen Jæger

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Len­sman1 Ole Vik wy­cią­gnął się na biu­ro­wym krze­śle, zło­żył ręce na brzu­chu i roz­parł się swoim po­tęż­nym cia­łem tak wy­god­nie, że krze­sło aż gło­śno jęk­nęło. Skrzy­żo­wane nogi po­ło­żył na biurku, przyj­mu­jąc tym sa­mym swoją ulu­bioną po­zy­cję w pracy.

Z sap­nię­ciem za­do­wo­le­nia wy­jął z kie­szonki na piersi wiel­kie cy­garo ku­bań­skie, zwil­żył je war­gami i wsu­nął mię­dzy zęby. Gdy je za­pa­lił, po­kój wy­peł­nił się dy­mem. Ole Vik był w swoim ży­wiole.

Na dy­wa­niku przy biurku le­żał Birk, czarno-biały bor­der col­lie, i wpa­try­wał się w swego pana, strzy­gąc uszami. Na­gle z wes­tchnie­niem wstał, prze­szedł w kąt po­koju i tam de­mon­stra­cyj­nie się po­ło­żył.

Dym cy­gara naj­wy­raź­niej ani tro­chę mu nie od­po­wia­dał.

Był nie­dzielny wie­czór, siódmy stycz­nia, a len­sman wy­ko­rzy­sty­wał week­end na nad­ro­bie­nie za­le­gło­ści. Dzie­sięć po siód­mej za­dzwo­nił te­le­fon. To był ko­niec spo­koju.

Kilka mi­nut wcze­śniej, około dzie­więt­na­stej, coś za­częło się dziać w domu In­golfa Hol­ger­sena, by­łego wła­ści­ciela firmy han­dlu­ją­cej zło­mem. Stran­dve­ien, wą­ska i po­zor­nie skromna boczna ulica, przy któ­rej stał dom, wiła się od portu ku po­ło­żo­nemu nad brze­giem mo­rza eks­klu­zyw­nemu osie­dlu w mia­steczku Fjel­l­ber­ghavn. W tej naj­więk­szej miej­sco­wo­ści w gmi­nie ele­ganc­kie przy­brzeżne po­sia­dło­ści są­sia­do­wały ze sobą jak perły na­wle­czone na nitkę. W więk­szo­ści były to oka­załe domy wy­po­czyn­kowe, na­le­żące do lu­dzi z mia­sta, lecz tu i ów­dzie tra­fiały się wille prze­bu­do­wane z domu let­ni­sko­wego na ca­ło­roczny.

Do tych wła­śnie za­li­czał się dom In­golfa Hol­ger­sena. Sie­dem­dzie­się­cio­letni eme­ry­to­wany wdo­wiec miesz­kał w swo­jej prze­pięk­nej po­sia­dło­ści nad mo­rzem sam. No, sam jak sam - są­sie­dzi byli prze­ko­nani, że go­spo­dyni, która przy­cho­dziła sprzą­tać trzy razy w ty­go­dniu, oprócz zaj­mo­wa­nia się do­mem sta­rego przed­się­biorcy, z cza­sem za­częła peł­nić rów­nież inne obo­wiązki.

Hol­ger­sen z god­no­ścią dźwi­gał brze­mię swo­jego wieku. Wy­soki i szczu­pły, trzy­mał się pro­sto jak mło­dzie­niec, włosy miał gę­ste, szpa­ko­wate, za­cze­sane do tyłu. Nikt by nie po­my­ślał, że bo­daj o dzień prze­kro­czył sześć­dzie­siątkę.

Był czło­wie­kiem pra­co­wi­tym i miał wro­dzoną smy­kałkę do han­dlu, nic więc dziw­nego, że od­niósł wielki suk­ces jako han­dlarz zło­mem. Nie­stety dwa lata wcze­śniej oko­licz­no­ści zmu­siły go do zre­zy­gno­wa­nia z pracy, po­nie­waż po­waż­nie za­cho­ro­wał i nie był w sta­nie za­jąć się ani firmą, ani sobą. Sprze­daż firmy za­gwa­ran­to­wała mu jed­nak bez­pie­czeń­stwo fi­nan­sowe do końca ży­cia.

W ten spo­kojny stycz­niowy wie­czór Hol­ger­sen sie­dział w sa­lo­nie i oglą­dał w te­le­wi­zji wia­do­mo­ści. Od­wie­dziła go go­spo­dyni, Helga Mo­ene. Po­stawna, do­stojna sześć­dzie­się­cio­latka zaj­mo­wała się In­gol­fem w cho­ro­bie i zdo­była jego serce. W ostat­nich la­tach za­czął szwan­ko­wać jej słuch, dla­tego ko­rzy­stała z apa­ratu słu­cho­wego. Wy­jąw­szy apa­rat z ucha i wy­łą­czyw­szy go, sku­piła się na trud­nej krzy­żówce i wła­ści­wie od­cięła się od świata. Dla­tego nie usły­szała dzwonka do drzwi.

Usły­szał go na­to­miast Hol­ger­sen i pod­niósł się zi­ry­to­wany, że prze­szka­dza mu się aku­rat w środku in­te­re­su­ją­cego ma­te­riału re­por­ter­skiego. Kiedy wy­szedł, Helga w roz­tar­gnie­niu spoj­rzała po­nad kra­wę­dzią oku­la­rów, unio­sła brwi, ale za mo­ment znów po­pa­dła w za­my­śle­nie, za­sta­na­wia­jąc się, kto na sześć li­ter do­stał Po­ko­jową Na­grodę No­bla w roku 1983.

Za drzwiami ni­kogo nie było. Hol­ger­sen zro­bił parę kro­ków po ścieżce w ogro­dzie, roz­glą­da­jąc się na obie strony.

- Jest tu ktoś? - za­wo­łał.

Chwilę po­stał, ale żad­nej od­po­wie­dzi się nie do­cze­kał. Wzru­szył ra­mio­nami i za­wró­cił do drzwi.

- Hol­ger­sen!

Usły­szał ten głos wy­raź­nie, do­cho­dził gdzieś zza jego ple­ców. Wy­da­wał się przy­tłu­miony, a mimo wszystko miał w so­bie ton roz­kazu. Hol­ger­sen gwał­tow­nie przy­sta­nął i sze­roko otwar­tymi oczami za­czął wpa­try­wać się w po­stać w ciem­nym ubra­niu prze­my­ka­jącą przez po­dwó­rze. Na­gle męż­czy­zna sta­nął na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach, wy­cią­ga­jąc obie ręce w stronę Hol­ger­sena. Jego ciało okry­wał czarny luźny dres. Tym jed­nak, co wy­wo­łało u sta­rego przed­się­biorcy gwał­towne bi­cie serca, był prze­ra­ża­jący wi­dok ko­mi­niarki na­cią­gnię­tej na twarz owej po­staci w czerni oraz fakt, że osoba ta mie­rzyła do niego z pi­sto­letu.

Za­nim Hol­ger­sen miał szansę na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję, usły­szał przy­tłu­miony wy­strzał. W tej sa­mej se­kun­dzie gdzieś znad jego głowy do­biegł gło­śniej­szy huk i na schody po­sy­pał się pył.

Hol­ger­sen drgnął, za­to­czył się do wia­tro­łapu i za­mknął wej­ściowe drzwi na klucz. Po­tem po­biegł do sa­lonu.

- Helga! - krzyk­nął. - Helga!

Spoj­rzała spo­nad kra­wę­dzi oku­la­rów i za­częła nie­po­rad­nie za­kła­dać apa­rat słu­chowy.

- O co cho­dzi, In­gol­fie?

- W ogro­dzie jest ja­kiś czło­wiek! - tłu­ma­czył za­sa­pany. - Ubrany na czarno. On... on do mnie strze­lił! Helga, o mój Boże, miał pi­sto­let!

Helga zbla­dła, odło­żyła krzy­żówkę i wstała. Pa­trzyła na In­golfa oczami peł­nymi tro­ski.

- Och, nie! - jęk­nęła. - Tylko nie to, na mi­łość bo­ską! Tylko nie to! - Po­de­szła do niego i po­ło­żyła mu rękę na ra­mie­niu. - Na pewno coś ci się przy­wi­działo - mó­wiła spo­koj­nie. - Nikt w na­szym spo­koj­nym Fjel­l­ber­ghavn nie cho­dzi pod do­mach i nie strzela do lu­dzi.

Hol­ger­sen się wy­ry­wał. Z jego oczu wy­zie­rał strach.

- Ależ ja go wi­dzia­łem cał­kiem wy­raź­nie! Miał na so­bie ko­mi­niarkę i ciemny strój. O mój Boże, Helgo, ktoś chce mnie za­bić!

- Bzdura, In­gol­fie! - Da­lej usi­ło­wała go uspo­koić. - Nie mów tak. Usiądź i obej­rzyj do końca wia­do­mo­ści, a ja za­pa­rzę her­batę.

Hol­ger­sen nie uspo­ka­jał się ani tro­chę.

- Nie je­stem już chory - oświad­czył z upo­rem, gwał­tow­nie wy­ma­chu­jąc rę­kami. - To się dzieje na­prawdę. - Przy­kuc­nął za krze­słem. - Schyl się! On może do nas strze­lać przez okno!

Helga ze zło­ścią ujęła się pod boki.

- No to niech strzela - oświad­czyła. - Ja w każ­dym ra­zie idę przy­go­to­wać nam po fi­li­żance her­baty, niech się dzieje, co chce.

Ob­ró­ciła się na pię­cie i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła do kuchni.

Hol­ger­sen usi­ło­wał pro­te­sto­wać, ale zro­zu­miał, że nic mu z tego nie przyj­dzie. Z im­po­nu­jącą zwin­no­ścią zgięty w pół pod­biegł do biurka, się­gnął po te­le­fon i wy­brał nu­mer syna. Chwilę póź­niej w słu­chawce usły­szał głos sy­no­wej.

- Char­lotte - za­czął pod­nie­co­nym gło­sem. - Daj mi Ca­tona!

Char­lotte się za­wa­hała.

- Cato jest w pracy - po­wie­działa. - Ma week­en­dowy dy­żur. A co się dzieje, In­gol­fie?

- Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać. Ktoś do mnie strzela!

- O Boże! - jęk­nęła ci­cho Char­lotte.

Za­pa­dło mil­cze­nie.

- Cato ma przy so­bie te­le­fon ko­mór­kowy - pod­jęła Char­lotte po chwili. - Spró­buj za­dzwo­nić do niego na ko­mórkę. Albo na po­ste­ru­nek. Masz nu­mer?

Hol­ger­sen nie od­po­wie­dział. Już zdą­żył się roz­łą­czyć i wy­bie­rał nu­mer Ca­tona.

Po dwóch sy­gna­łach usły­szał zna­jomy głos syna:

- Halo, słu­cham, tu sier­żant Hol­ger­sen.

In­golf ode­tchnął z ulgą.

- Cato, je­steś! Dzięki Bogu. Mu­sisz na­tych­miast przy­je­chać! Ktoś do mnie strze­lał w ogro­dzie, więc za­ba­ry­ka­do­wa­li­śmy się z Helgą w domu.

Cato Hol­ger­sen przez chwilę mil­czał.

- Strze­lał do cie­bie? A kto? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem.

- Ja­kiś męż­czy­zna. Był... był w ko­mi­niarce i ciem­nym ubra­niu.

- Ro­zu­miem - wes­tchnął syn. - Tato, spo­koj­nie zo­stań w domu i cze­kaj na mój przy­jazd. Nie otwie­raj ni­komu i trzy­maj­cie się oboje z dala od okien. Za­raz za­dzwo­nię do len­smana. Po­sta­ramy się przy­je­chać w ciągu pię­ciu-sze­ściu mi­nut.

Roz­łą­czył się, więc Hol­ger­sen rów­nież odło­żył słu­chawkę. Helga wró­ciła do sa­lonu i przy­glą­dała mu się, wy­raź­nie zmar­twiona.

- Na­prawdę ko­niecz­nie trzeba za­wra­cać głowę two­jemu sy­nowi, In­gol­fie? - spy­tała, ła­piąc go za rękę. - Wy­glą­da­łam przez okno w kuchni i w ła­zience, ni­kogo nie wi­dzia­łam.

Hol­ger­sen ciężko osu­nął się na sto­jący naj­bli­żej fo­tel.

- O Boże, ty mi nie wie­rzysz, prawda? - wy­mam­ro­tał.

- Oczy­wi­ście, że ci wie­rzę - za­pew­niła ła­god­nie. - Ale to nie­ła­twe. Przy­po­mnij so­bie wszystko, co się działo, kiedy by­łeś chory. Te­raz roz­dra­pu­jesz to na nowo.

- Nie po­rów­nuj dzi­siej­szego dnia z tam­tym okre­sem - oświad­czył z na­ci­skiem. - Wtedy mia­łem ha­lu­cy­na­cje, prawda? A te­raz je­stem już zdrowy, Helgo. Cato i len­sman stwier­dzą, że mam ra­cję, bo kula mu­siała wbić się w ścianę gdzieś nad drzwiami. Wo­kół mnie po­sy­pał się pył. To się da udo­wod­nić.

Helga le­ciutko się uśmiech­nęła.

- Tak. Masz ra­cję, In­gol­fie. Sama nie wiem, co we mnie wstą­piło. To na pewno przez ten szok.

Za­częli roz­ma­wiać szep­tem, aż po kilku mi­nu­tach prze­rwał im dzwo­nek te­le­fonu. Hol­ger­sen się po­de­rwał i zgięty wpół prze­su­nął się do biurka, żeby ode­brać.

- Tu Hol­ger­sen - ode­zwał się pod­nie­sio­nym gło­sem.

- Tato, to ja - po­wie­dział Cato. - Po­słu­chaj mnie uważ­nie. Za­par­ko­wa­łem przed bramą i nie wi­dzę ni­czego po­dej­rza­nego. Za­nim wejdę do domu, chcę okrą­żyć po­sia­dłość. Po­tem trzy razy za­dzwo­nię do drzwi, że­byś wie­dział, że to ja.

Hol­ger­sen ode­tchnął z ulgą.

- Dzię­kuję, Cato. Do­brze, że tu je­steś, synu. Cze­kam.

Kilka mi­nut póź­niej usły­szeli umó­wiony sy­gnał i ra­zem po­szli otwo­rzyć. Za drzwiami stał Cato Hol­ger­sen w cy­wilu, ubrany w modną, nieco luźną kurtkę i pa­su­jące do niej sty­lem spodnie oraz buty. Przy swo­ich stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach wzro­stu pre­zen­to­wał się świet­nie. Miał ciemne włosy, nieco rzad­sze niż oj­ciec, i bar­dziej wy­ra­zi­stą, nie­mal ko­ści­stą twarz, z ciem­nymi brwiami i do­łecz­kiem w bro­dzie. Był szczu­pły i wy­spor­to­wany.

- Cześć, tato - ode­zwał się. - Spraw­dzi­łem ogród, ni­kogo tam nie ma. - Prze­niósł wzrok za plecy ojca i do­dał z uśmie­chem: - Cześć, Helgo. Miło cię wi­dzieć.

Od­po­wie­działa uśmie­chem i ski­nęła mu głową.

- No cóż - pod­jął Cato. - Roz­ma­wia­łem z len­sma­nem Vi­kiem, po­le­cił mi się tym za­jąć. Gdzie za­tem wi­dzia­łeś tę po­stać?

In­golf wy­szedł na ze­wnętrzne schody i po­ka­zał.

- Tam - po­wie­dział. - Kiedy do mnie strze­lił, stał mniej wię­cej w tym miej­scu. - Prze­szedł da­lej na po­dwó­rze i sta­nął na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach, aby za­de­mon­stro­wać, jak to wy­glą­dało. - W mo­men­cie wy­strzału usły­sza­łem tylko przy­tłu­miony huk - pod­jął - ale kiedy kula tra­fiła, huk­nęło znacz­nie moc­niej. Wy­daje mi się, że wce­lo­wał gdzieś nad drzwiami, bo na schody i na wy­cie­raczkę po­sy­pał się pył.

Cato słu­chał go z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział.

Wy­szedł na po­dwó­rze i za­czął ba­dać wska­zany przez ojca ob­szar. Od czasu do czasu ku­cał i wo­dził pal­cami po żwi­rze, ze szcze­gólną do­kład­no­ścią spraw­dził miej­sce, z któ­rego we­dług słów ojca ów ubrany na czarno męż­czy­zna strze­lił. W końcu pod­szedł do drzwi, wni­kli­wie obej­rzał schody i wy­cie­raczkę, a po­tem ścianę wo­kół fu­tryny.

- Hm - za­my­ślił się. - Mó­wisz, że po­sy­pał się pył?

- Tak - od­parł In­golf. - Po­le­ciał na schody i na wy­cie­raczkę.

Cato ner­wo­wym ge­stem prze­cze­sał pal­cami włosy.

- Je­steś tego pe­wien?

- Czy je­stem pe­wien? - Hol­ger­sen po­czer­wie­niał na twa­rzy. - My­ślisz, że stoję tu i zmy­ślam?

- Skąd. - Cato zro­bił prze­pra­sza­jącą minę. - Ale wi­dzisz, nad drzwiami nic się nie znisz­czyło. A przy­naj­mniej ja tego nie do­strze­gam. Ściana jest cała. Bez żad­nych uszko­dzeń. Sam zo­bacz.

Hol­ger­sen też pod­szedł do drzwi. Cato i Helga wy­mie­nili po­spieszne za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nia.

- Ależ, na mi­łość bo­ską - wy­du­sił z sie­bie In­golf. - Ja­kie to dziwne, prze­cież wi­dzia­łem wy­raź­nie... No i po­sy­pało się na mnie.

Na­chy­lił się i sam spraw­dził, ale i schody, i wy­cie­raczka wy­glą­dały czy­sto i bez za­rzutu, były w ta­kim sta­nie, w ja­kim Helga po­zo­sta­wiła je kilka go­dzin wcze­śniej, kiedy sprzą­tała. Hol­ger­sen za­chwiał się na no­gach i mu­siał przy­trzy­mać się fu­tryny.

- Jezu Chry­ste - po­wie­dział nie­pew­nie. - Nic już nie ro­zu­miem.

Cato zła­pał go za ra­mię.

- Chodź, wej­dziemy do domu, usią­dziemy - za­pro­po­no­wał z po­wagą.

In­golf wstrzą­śnięty kiw­nął głową i bez pro­te­stów ru­szył za sy­nem. Ręce mu drżały, a twarz miał bladą i ścią­gniętą. W sa­lo­nie usie­dli w fo­te­lach i przez długą chwilę mil­czeli.

- Po­wiedz mi, Helgo - za­czął Cato de­li­kat­nie. - Ty też sły­sza­łaś, co tu się działo?

- Nie. Roz­wią­zy­wa­łam krzy­żówkę, wy­ję­łam z ucha apa­rat i nic do mnie nie do­tarło. - Wy­cią­gnęła z kie­szeni chu­s­teczkę i wy­tarła nos. - No ale, Cato - po­wie­działa nie­mal bła­gal­nie. - Zna­la­złeś chyba ja­kieś ślady na ze­wnątrz, prawda?

Cato po­pa­trzył jej w oczy. Za­uwa­żyła, że jest zmar­twiony.

- Nie, Helgo - od­parł. - Nie zna­la­złem żad­nych śla­dów. - Nie­pew­nie zer­k­nął na ojca, sie­dzą­cego nie­ru­chomo, za­pa­trzo­nego przed sie­bie. Po­tem roz­ło­żył ręce, ciężko wes­tchnął i za­koń­czył: - Tego po pro­stu nie da się wy­tłu­ma­czyć.

_______________

1 Len­sman - do roku 2021 w Nor­we­gii szef okręgu po­li­cyj­nego pierw­szego szcze­bla, peł­niący obo­wiązki szefa po­li­cji i wy­ko­nu­jący pewne za­da­nia ad­mi­ni­stra­cyjne (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).

ROZ­DZIAŁ 2

Noc z nie­dzieli na po­nie­dzia­łek była wil­gotna i mroźna. War­stwa szronu ni­czym biały dy­wan po­kryła całe Fjel­l­ber­ghavn, two­rząc ba­śniowy na­strój w ja­snym świe­tle księ­życa.

Dwa­dzie­ścia pięć po czwar­tej nad ra­nem spo­kój In­golfa Hol­ger­sena znów się skoń­czył. Taką przy­naj­mniej go­dzinę wska­zał ze­ga­rek, kiedy In­golf usiadł na łóżku i mru­żąc krót­ko­wzroczne oczy, pa­trzył w jego tar­czę, po tym jak coś go obu­dziło. Długo sie­dział, na­słu­chu­jąc, ale nic już nie usły­szał, po­ło­żył się więc z po­wro­tem.

Po­woli już od­pły­wał, gdy na­gle znów się po­de­rwał. Tym ra­zem nie miał wąt­pli­wo­ści: wy­raź­nie sły­szał, że ktoś mocno i ryt­micz­nie stuka w szybę okna sy­pialni. Cztery razy, krótka prze­rwa, znów cztery razy i znów prze­rwa, i jesz­cze cztery stuk­nię­cia. Po­tem za­pa­dła ci­sza.

In­golf sie­dział sztywny jak kij, ale serce mu wa­liło i lęk ści­skał w piersi. W końcu ze­brał się na od­wagę, wstał z łóżka i nie­pew­nie pod­szedł do okna.

Ostroż­nie od­su­nął na bok za­słonę. Księ­życ w pełni ośle­pił go zim­nym świa­tłem. Tuż przed sobą, w od­le­gło­ści za­le­d­wie dwóch, może trzech me­trów, In­golf zo­ba­czył na bal­ko­nie ciemną po­stać. Stała nie­ru­chomo, z rę­kami zwie­szo­nymi wzdłuż bo­ków. Nie dało się stwier­dzić, czy jest od­wró­cona przo­dem czy ty­łem. Hol­ger­sen prze­ra­żony pa­trzył, jak ten ktoś po­woli pod­nosi rękę, tak aby po­ka­zać za­rys pi­sto­letu.

Były przed­się­biorca opu­ścił za­słonkę, jed­nym ru­chem się ob­ró­cił i zbiegł po scho­dach na tyle szybko, na ile po­zwa­lały mu sie­dem­dzie­się­cio­let­nie nogi. Zdy­szany do­tarł do biurka i chwy­cił słu­chawkę te­le­fonu. Drżą­cymi pal­cami za­czął wy­bie­rać nu­mer do syna, ale prze­rwał, sły­sząc ostry stu­kot z okna tuż obok. Od­wró­cił się i krew za­krze­pła mu w ży­łach. Pa­trzył wprost na za­ma­sko­waną i słabo oświe­tloną twarz tej strasz­nej po­staci. Pi­sto­let groź­nie ce­lo­wał wprost w niego. Hol­ger­sen rzu­cił słu­chawkę i wy­biegł do przed­po­koju. Z bi­ją­cym ser­cem otwo­rzył szarp­nię­ciem drzwi do schowka pod scho­dami, wsu­nął się do środka i mocno za­mknął drzwi za sobą.

Mi­nęło dużo czasu, za­nim od­wa­żył się stam­tąd wyj­rzeć. Nic nie było wi­dać, nic nie było też sły­chać. Ostroż­nie wy­gra­mo­lił się ze schowka i na czwo­ra­kach wró­cił do sa­lonu, z prze­ra­że­niem pa­trząc w okna i ciem­ność na ze­wnątrz. Cały się trząsł i nie po­tra­fił nad tym za­pa­no­wać.

Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, cze­kał, aż syn wresz­cie od­bie­rze te­le­fon. Czoło ob­lał mu zimny pot, a serce wa­liło jak sza­lone. Wresz­cie jed­nak roz­legł się za­spany głos Ca­tona:

- Halo?

- To ty. Na­resz­cie. On znów tu jest. Stoi za oknem i wy­ma­chuje pi­sto­le­tem. - Hol­ger­sen ze szlo­chem ła­pał po­wie­trze. - Co mam ro­bić? On chce mnie za­bić. Przy­jedź, Cato, przy­jedź na­tych­miast!

- Kto chce cię za­bić? - spy­tał za­mro­czony snem syn.

- Ten w czerni. Wró­cił! Znów ma pi­sto­let. Mu­sisz przy­je­chać, bo mnie za­strzeli!

Cato mil­czał.

- Uspo­kój się, tato - po­wie­dział w końcu. - Sta­raj się za­cho­wać zimną krew. Przy­jadę. Tylko ni­komu nie otwie­raj drzwi, do­brze? Do­piero kiedy usły­szysz mój sy­gnał, ten, który usta­li­li­śmy dzi­siaj.

- Po­spiesz się, chłop­cze! Szybko! Kiedy mo­żesz tu być?

- Prze­cież wiesz, że mam do prze­je­cha­nia spory ka­wa­łek. Po­sta­ram się być jak naj­prę­dzej.

In­golf przez chwilę stał nie­pewny przy te­le­fo­nie, usi­łu­jąc od­zy­skać kon­trolę nad cia­łem. W końcu znów się­gnął po słu­chawkę i wy­brał nu­mer do Helgi Mo­ene.

Tym ra­zem cze­kał na­prawdę długo, bo Helga mu­siała za­ło­żyć apa­rat, za­nim ode­brała te­le­fon dzwo­niący na noc­nej szafce.

- Słu­cham? - roz­legł się wresz­cie jej za­spany i za­lęk­niony głos.

- Helgo, to ja. - Hol­ger­sen pró­bo­wał ukryć drże­nie we wła­snym gło­sie. - Ja... wiem, że nie po­wi­nie­nem za­kłó­cać ci spo­koju w nocy, ale... - Głos mu się za­ła­mał.

- Co się dzieje, mój drogi? - spy­tała z lę­kiem. - Wiesz, która go­dzina? - Na kilka se­kund w te­le­fo­nie za­pa­no­wała ci­sza. - O Boże - od­po­wie­działa sa­mej so­bie. - Jest za dwa­dzie­ścia piąta.

- Przy­kro mi - rzu­cił In­golf zde­spe­ro­wany. - Ale zro­zum, mu­szę z kimś po­roz­ma­wiać, cze­ka­jąc na Ca­tona.

- Ależ, mój drogi. Chyba nie cze­kasz na Ca­tona o wpół do pią­tej rano? - spy­tała z lekką zło­ścią. - Co się znowu stało?

- To ten czło­wiek w czerni - wy­ja­śnił In­golf. - Znów tu jest i... chce mnie za­strze­lić! Był na bal­ko­nie w sy­pialni, z pi­sto­le­tem w ręku, i stu­kał w szybę. Na­prawdę, Helgo!

Długo mil­czała.

- In­gol­fie - oświad­czyła w końcu zde­cy­do­wa­nie. - Za­raz u cie­bie będę. We­zmę sa­mo­chód. Je­śli na­prawdę ktoś jest u cie­bie w ogro­dzie, bę­dzie się mu­siał z tego wy­tłu­ma­czyć, bo ina­czej nie na­zy­wam się Helga Mo­ene. Pi­sto­let nie pi­sto­let, mnie nie prze­stra­szy. Je­stem za stara na ta­kie rze­czy.

- To może być nie­bez­pieczne! - usi­ło­wał pro­te­sto­wać Hol­ger­sen. - Nie wolno ci!

Ale jakby rzu­cał gro­chem o ścianę. Helga już się roz­łą­czyła. Hol­ger­sen, nie wie­dząc, co ro­bić, stał ze słu­chawką w ręku, roz­trzę­siony i wy­stra­szony, sam w wiel­kim domu, w po­czu­ciu strasz­nego za­gro­że­nia.

Ja­kiś ruch ka­zał mu się od­wró­cić w stronę okna i wtedy za­czął gło­śno krzy­czeć. Po­stać w ciem­nym ubra­niu stała tuż za szybą i pa­trzyła wprost na niego, po­tężna i groźna.

Hol­ger­sen, chwie­jąc się na no­gach, za­czął się co­fać, w końcu się od­wró­cił i wy­biegł z sa­lonu, pła­cząc jak dziecko. W biegu po­tknął się o próg, po­le­ciał na ścianę w przed­po­koju i z ha­ła­sem ru­nął na pod­łogę. Ze ska­le­czeń na twa­rzy po­pły­nęła krew, ale on tego nie czuł. Z tru­dem się pod­niósł, nie­pew­nie wspiął się po scho­dach na pię­tro i za­mknął się w jed­nym z po­koi go­ścin­nych.

Roz­legł się dzwo­nek do drzwi. In­golf miał wra­że­nie, że ten dźwięk prze­szywa go do szpiku ko­ści, wnika w każdy nerw i roz­dra­puje dawne rany. Z ję­kiem osu­nął się na pod­łogę i za­sło­nił uszy.

Po pew­nym cza­sie, który wy­da­wał się mu wiecz­no­ścią, w domu za­pa­no­wała ci­sza. Od­su­nął ręce od uszu, ro­zej­rzał się i w tej sa­mej chwili usły­szał, jak otwiera się i za­myka furtka w ogro­dzie. Pod­szedł od okna i wyj­rzał zza za­słonki. Ścieżką zde­cy­do­wa­nym, moc­nym kro­kiem ma­sze­ro­wała Helga.

Hol­ger­sen ob­ser­wo­wał ją, nie wie­dząc, co ro­bić. Czy po­wi­nien zbiec na dół i wcią­gnąć ją do domu, żeby była bez­pieczna, czy ra­czej za­stu­kać w szybę i krzyk­nąć, że musi ucie­kać? Po­staci w ciem­nym ubra­niu ni­g­dzie nie wi­dział.

Za­nim się na co­kol­wiek zde­cy­do­wał, Helga za­trzy­mała się na środku alejki i zmru­żo­nymi oczami za­częła wpa­try­wać się w tę stronę domu, która wy­cho­dziła na mo­rze. W końcu pew­nym kro­kiem ru­szyła przez traw­nik.

Ogar­nięty pa­niką Hol­ger­sen za­czął stu­kać w szybę.

- Helgo! - krzyk­nął. - Nie idź tam! Wra­caj! Jak naj­szyb­ciej wejdź do domu!

Helga ani go nie sły­szała, ani nie wi­działa. Ze sta­now­czą miną da­lej szła przed sie­bie, aż znik­nęła mu z pola wi­dze­nia. Hol­ger­sen pod­biegł do drzwi i za­czął szar­pać za klamkę, w końcu uprzy­tom­nił so­bie, że za­mknął się na klucz, więc nie bez trudu otwo­rzył za­mek i prze­szedł do okna we wła­snej sy­pialni.

Wielki bal­kon za­sła­niał wi­dok na ta­ras po­ni­żej. In­golf przez chwilę wa­hał się, co ro­bić, w końcu jed­nak ze­brał się na od­wagę, otwo­rzył drzwi bal­ko­nowe, ostroż­nie wy­szedł i wy­chy­lił się przez ba­lu­stradę. Zdrę­twiał. W świe­tle ze­wnętrz­nej lampy zo­ba­czył, że Helga zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zbliża się do wę­gła domu. Wzdłuż dru­giej ściany miękko jak kot nad­cho­dził ten w czerni.

Za­nim In­golf zdą­żył za­re­ago­wać, tam­tych dwoje na dole sta­nęło twa­rzą w twarz tuż pod bal­ko­nem.

Helga oprzy­tom­niała pierw­sza.

- Kim ty je­steś? Dla­czego ośmie­lasz się za­kłó­cać spo­kój ta­kiemu czło­wie­kowi jak In­golf Hol­ger­sen? - spy­tała ze zło­ścią.

Śmiało chwy­ciła ko­mi­niarkę i ze­rwała ją z głowy na­tręta, od­sła­nia­jąc jego twarz. Hol­ger­sen miał wra­że­nie, że krew krzep­nie mu w ży­łach. Wy­chy­lił się jesz­cze moc­niej, żeby i on mógł zo­ba­czyć cho­ciaż frag­ment tej twa­rzy. Ale z góry oka­zało się to nie­moż­liwe.

Osoba w ciem­nym stroju z po­wro­tem za­sło­niła twarz ko­mi­niarką i wy­cią­gnęła pi­sto­let. Wy­ce­lo­wała nim w Helgę, która znie­ru­cho­miała i wy­jąt­kowo za­nie­mó­wiła. Przy­po­mi­na­jąca cień po­stać agre­syw­nie szturch­nęła Helgę w pierś. Ko­bieta za­to­czyła się i ca­łym cię­ża­rem ciała wpa­dła na ba­lu­stradę na sa­mym skraju ta­rasu. Przez mo­ment wy­da­wało się, że ba­lu­strada wy­trzyma, pę­kła jed­nak z trza­skiem i Helga ty­łem ru­nęła w dół urwi­ska scho­dzą­cego do mo­rza.

Hol­ger­sen z gło­śnym krzy­kiem rzu­cił się do drzwi wej­ścio­wych, raz po raz wo­ła­jąc Helgę. Za­po­mniał o wła­snym bez­pie­czeń­stwie, w my­ślach miał wy­łącz­nie Helgę i to, co jej zro­bił ubrany na ciemno na­past­nik.

Po­cząt­kowo nie mógł jej doj­rzeć, ale w końcu usły­szał ci­che jęki na zbo­czu. Ostroż­nie uklęk­nął i wy­chy­lił się poza brzeg ta­rasu. Do­strzegł ją na nie­wiel­kiej skal­nej półce, za­le­d­wie pół­tora me­tra ni­żej. Pró­bo­wała sta­nąć na nogi. Zo­ba­czył, że krew jej leci z za­dra­pań na twa­rzy i z rany z tyłu głowy.

- Mó­wi­łem, że masz uwa­żać! - krzyk­nął. Wy­cią­gnął do niej rękę, drugą przy­trzy­mu­jąc się słupka ba­lu­strady. - Złap się mnie!

Helga chwy­ciła go za ra­mię, a on po­woli za­czął wcią­gać ją po zbo­czu.

- Uwa­żaj, In­golf!

Z tyłu po­ja­wił się na­past­nik. Prze­kli­na­jąc, na­chy­lił się nad In­gol­fem, zła­pał go za rękę i bru­tal­nie za­czął od­cią­gać na bok.

Helga nie wy­pusz­czała dłoni In­golfa z uści­sku, wbiła pa­znok­cie w jej grzbiet. Na­past­nik jed­nak cią­gnął za mocno. Mu­siała się pu­ścić i roz­kła­da­jąc ręce, na próżno usi­ło­wała od­zy­skać rów­no­wagę. Z prze­cią­głym krzy­kiem ru­nęła do tyłu i za­częła spa­dać ku brze­gowi mo­rza, obi­ja­jąc się o strome zbo­cze.

Na­past­nik w czerni znik­nął, ale In­golf nie zwró­cił na to uwagi. Nie my­śląc o wła­snym bez­pie­czeń­stwie, po­ło­żył się na brzu­chu i w ten spo­sób za­czął się zsu­wać.

Helga Mo­ene le­żała na ple­cach, roz­cią­gnięta na przy­brzeż­nych ka­mie­niach, z rę­kami roz­rzu­co­nymi na boki i jedną nogą wy­krę­coną w nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji pod drugą. Jej włosy le­d­wie ko­ły­sały się w wo­dzie, po­ru­szane nie­wiel­kimi fa­lami, które marsz­czyły po­wierzch­nię mo­rza nad ra­nem.

Hol­ger­sen czoł­gał się w jej stronę, cały czas po­wta­rza­jąc jej imię. Gdy wresz­cie do niej do­tarł, na­chy­lił się nad nią i chwy­cił ją za rękę.

- Helgo - po­wie­dział drżą­cym gło­sem. - Wstań, po­mogę ci!

Nie od­po­wie­działa. Wpa­try­wała się przed sie­bie sze­roko otwar­tymi pu­stymi oczami. Usta miała roz­chy­lone, znie­ru­cho­miałe w krzyku, który zo­stał tak bru­tal­nie prze­rwany. Wo­kół jej głowy woda po­woli za­bar­wiała się na czer­wono.

Helga Mo­ene nie żyła.

ROZ­DZIAŁ 3

In­golf Hol­ger­sen klę­czał obok Helgi, apa­tycz­nie pa­trząc w dal. Bujne włosy, za­zwy­czaj tak sta­ran­nie za­cze­sane do tyłu, opa­dły mu na twarz. Nie zo­rien­to­wał się, że przy­szedł syn, który stał te­raz na kra­wę­dzi urwi­ska, z prze­ra­że­niem pa­trząc na ob­raz w dole.

- Tato! - za­wo­łał w końcu Cato ostro. - Co tu się, u dia­bła, stało?

W ciągu paru chwil był już przy nich.

- O Boże! - wes­tchnął i na­chy­lił się nad Helgą. Zba­dał ją, wstrzą­śnięty, po­tem się wy­pro­sto­wał i ob­ró­cił do ojca. - Jak do tego do­szło?

Hol­ger­sen od­wró­cił się po­woli i pół­przy­tomny spoj­rzał na syna, od­ru­chowo od­gar­nia­jąc włosy z twa­rzy.

- Ten w czerni - mruk­nął me­cha­nicz­nie i tak ci­cho, że le­d­wie go było sły­chać. - To ten ubrany na czarno.

Cato przy­kuc­nął i po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

- Chodź, tato - po­wie­dział. - Nie mo­żemy tu zo­stać. Hel­dze już nie po­mo­żemy.

Prze­szedł go dreszcz, ale pod­niósł się i po­mógł ojcu sta­nąć na nogi. Hol­ger­sen bier­nie mu się pod­da­wał.

- To ten w czerni - szep­nął jesz­cze raz. - On... on ją ze­pchnął. Wi­dzia­łem. - Głos za­czął mu drżeć. - To ja­kiś spi­sek. Te­raz bę­dzie chciał do­paść mnie. Może się tu zja­wić w każ­dej chwili, synu.

In­golf za­czął się nie­kon­tro­lo­wa­nie trząść. Cato ob­jął go ra­mie­niem i uści­snął.

- Chodź - po­wtó­rzył. - Wej­dziemy do domu i tam po­roz­ma­wiamy. Nie mo­żesz zo­stać na tym mro­zie w sa­mej pi­ża­mie.

Z drże­niem jesz­cze raz zer­k­nął na Helgę, chwy­cił ojca pod rękę i czę­ściowo go cią­gnąc, a czę­ściowo pod­trzy­mu­jąc, do­pro­wa­dził do domu i ostroż­nie po­sa­dził w fo­telu w sa­lo­nie.

- Już do­brze - po­wie­dział. - Po­siedź tu so­bie, a ja za­dzwo­nię do len­smana Vika.

Póź­niej Cato za­te­le­fo­no­wał jesz­cze do domu i obu­dził żonę. W krót­kich sło­wach przed­sta­wił jej sy­tu­ację, za­ofia­ro­wała się, że za­raz przy­je­dzie. Cato po­dzię­ko­wał jej i nie prze­cią­gał roz­mowy.

- Char­lotte nie­długo tu bę­dzie - po­in­for­mo­wał ojca. - To do­brze, prawda?

Hol­ger­sen pół­przy­tomny pod­niósł wzrok. Oczy miał mar­twe. Cato po­czuł, że łzy ci­sną mu się do oczu. Oj­ciec naj­wy­raź­niej kom­plet­nie stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Zna­lazł się w swoim schi­zo­fre­nicz­nym świe­cie, peł­nym uro­jeń i wi­zji gro­żą­cych mu nie­bez­pie­czeństw, tak jak dwa lata temu i jesz­cze kilka razy wcze­śniej.

- Ona też umrze - wy­mam­ro­tał In­golf le­d­wie sły­szal­nie. - On tak po­sta­no­wił.

- O czym ty mó­wisz?

- Ten w czerni - od­parł Hol­ger­sen odro­binę gło­śniej. - Tak zde­cy­do­wał. Wiem o tym, bo do­sta­łem prze­kaz od... od Boga. Ich jest cała ar­mia, do­padną nas wszyst­kich.

Cato przy­sta­wił so­bie krze­sło bli­żej ojca i usiadł.

- Nikt nie umrze, tato - za­pew­nił ze łzami w oczach. - Z Helgą to był wy­pa­dek, prawda? Nie­długo przy­je­dzie len­sman. Nie bój się, my wszy­scy się tobą za­opie­ku­jemy.

Ujął dłoń ojca i lekko ją ści­snął. Długo tak sie­dzieli, a gdy wresz­cie za­częło wy­glą­dać na to, że oj­ciec tro­chę się uspo­koił, Cato wy­szedł okryć zwłoki Helgi prze­ście­ra­dłem.

In­golf da­lej sie­dział apa­tyczny. Od czasu do czasu mam­ro­tał ja­kieś nie­zro­zu­miałe słowa, pa­trząc przed sie­bie nie­wi­dzą­cymi oczami. Na­gle roz­legł się ostry dzwo­nek do drzwi, który przy­wo­łał go do rze­czy­wi­sto­ści.

- Cato! - za­wo­łał pół­gło­sem.

Nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Na­to­miast dzwo­nek ode­zwał się jesz­cze raz. Hol­ger­sen z sze­roko otwar­tymi oczami pod­niósł się, przez chwilę tak stał, po czym z wolna osu­nął się na ko­lana i po­chy­lił, jak mo­dlący się mu­zuł­ma­nin. Z rę­kami przy uszach, po­dej­mu­jąc roz­pacz­liwą próbę od­cię­cia się od sza­leń­stwa, za­czął się ko­ły­sać w przód i w tył rów­nym, mo­no­ton­nym ryt­mem.

Cato stał na brzegu przy Hel­dze Mo­ene, gdy jego uwagę przy­cią­gnęły kroki roz­le­ga­jące się na ta­ra­sie. Za­darł głowę. Jego kor­pu­lentny szef zbli­żał się zdy­szany do wę­gła domu, włosy ster­czały mu na wszyst­kie strony, bro­data twarz była za­spana, a z ką­cika ust zwi­sało mu wiel­kie cy­garo. Tuż za nim szedł jego pies Birk.

- Halo, je­stem tu, na dole! - za­wo­łał Cato i po­ma­chał rę­kami.

Len­sman Ole Vik za­trzy­mał się przy znisz­czo­nej ba­lu­stra­dzie. Py­ka­jąc dy­mem z cy­gara, zmru­żo­nymi oczami pa­trzył na młod­szego ko­legę, któ­rego w ciem­no­ści le­d­wie mógł do­strzec. Pies usiadł przy nim i wpa­try­wał się w tę samą stronę co jego pan.

- Co się dzieje? - spy­tał len­sman grzmią­cym gło­sem.

W ostrym świe­tle księ­życa len­sman wy­glą­dał nie­sa­mo­wi­cie. Ca­to­nowi przy­szło do głowy, że trzeba na­prawdę do­brze znać Olego Vika, aby wie­rzyć, że ma się do czy­nie­nia z pro­fe­sjo­na­li­stą i sza­no­wa­nym przed­sta­wi­cie­lem władz, a nie z ja­kimś dzi­ku­sem. Był męż­czy­zną po­tęż­nej bu­dowy, miał krę­cone włosy, brodę czarną jak wę­giel i głos tak do­no­śny, że osoby, które go nie znały, mo­gły się prze­stra­szyć. Za tą dość prze­ra­ża­jącą fa­sadą biło jed­nak go­rące serce, o czym wie­dział Cato, a dwoje oczu na za­ro­śnię­tej twa­rzy pa­trzyło na oto­cze­nie ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem, wzro­kiem zdra­dza­ją­cym zde­cy­do­wa­nie, ale i do­bro.

Ole Vik był je­dyną osobą w ca­łej nie­wiel­kiej gmi­nie, która mo­gła ucho­dzić za ce­le­brytę. Ta nie­sza­blo­nowa, barwna po­stać wy­ra­ża­jąca zde­cy­do­wane sądy dzia­łała na me­dia jak ma­gnes. Cato wie­dział, że zwierzch­nik byłby mile wi­dziany za­równo w pro­gra­mie "Ta­bloid" pry­wat­nej sta­cji TV2, jak i w pro­gra­mach pu­bli­cy­stycz­nych pań­stwo­wej NRK1. Len­sman jed­nak za­wsze od­ma­wiał. Po­ka­zy­wa­nie się w me­diach ogól­no­kra­jo­wych nie słu­żyło jego pracy.

- Tak jak ci mó­wi­łem przez te­le­fon, Helga Mo­ene miała wy­pa­dek - wy­ja­śnił Cato i za­czął wspi­nać się ku ta­ra­sowi.

- Z tej ty­rady, którą wy­gło­si­łeś przez te­le­fon, nie do­tarło do mnie ani jedno słowo - po­skar­żył się len­sman. - Oprócz tego, że cho­dzi o coś po­waż­nego. Czy to ma ja­kiś zwią­zek z wczo­raj­szymi wy­da­rze­niami? Cato, jest śro­dek nocy, bar­dzo cię pro­szę, opo­wiedz wszystko jesz­cze raz, po­woli i spo­koj­nie. Co się stało pani Mo­ene?

Cato wy­ja­śnił, co za­szło, i wska­zał na zwłoki.

- Ona tam leży - za­koń­czył. - Okry­łem ją prze­ście­ra­dłem.

Ole Vik za­klął ci­cho, wy­chy­lił się nad kra­wę­dzią i z nie­do­wie­rza­niem spoj­rzał w stronę wska­zaną przez Ca­tona.

- Na­prawdę nie żyje? - jęk­nął. - A gdzie twój oj­ciec?

- W domu. - Cato po­pa­trzył na szefa z roz­pa­czą w oczach. - Chyba cho­roba znów się ode­zwała - do­dał drżą­cym gło­sem. - A już tak długo nie miał żad­nych symp­to­mów. W ogóle tego nie ro­zu­miem.

Ole prze­łknął ślinę.

- Jest sam?

- Tak.

- Przed chwilą kilka razy dzwo­ni­łem do drzwi. - Len­sman pa­trzył na pod­wład­nego z za­tro­skaną miną. - Nikt mi nie otwo­rzył.

Cato z tru­dem ła­pał od­dech.

- Mu­szę do niego na­tych­miast iść - oświad­czył. - Dzwo­nek mógł go prze­stra­szyć. Na­gle za­czął się bać wszyst­kiego, rów­nież te­le­fonu.

Len­sman zga­sił cy­garo.

- Idź do niego od razu - po­wie­dział ze współ­czu­ciem. - A ja się zo­rien­tuję tu, na dole, i za­raz do was do­łą­czę.

Otwie­ra­jąc so­bie klu­czem drzwi, Cato usły­szał Char­lotte bie­gnącą ogro­dową ścieżką. Za­trzy­mała się przed nim i z prze­ra­że­niem ro­zej­rzała w świe­tle ze­wnętrz­nej lampy.

- Co się dzieje? - spy­tała z lę­kiem w gło­sie.

Po­krótce opo­wie­dział, co się wy­da­rzyło.

Pa­trzyła na niego wiel­kimi oczami. Z jej twa­rzy, po­cią­głej i atrak­cyj­nej, na co dzień uśmiech­nię­tej, te­raz biło zmar­twie­nie. Char­lotte była śred­niego wzro­stu, miała dłu­gie ja­sne włosy po­spiesz­nie zwią­zane w koń­ski ogon.

- Gdzie jest Helga? - spy­tała, z tru­dem wy­ma­wia­jąc słowa.

Cato wska­zał za wę­gieł domu w stronę znisz­czo­nej ba­lu­strady.

- Cie­szę się, że przy­je­cha­łaś, Char­lotte.

- Ra­zem się tym zaj­miemy - za­pew­niła go. - Chodź, pój­dziemy do In­golfa.

Hol­ger­sen le­żał sku­lony na pod­ło­dze w sa­lo­nie. Char­lotte kuc­nęła przy nim.

- In­gol­fie - ode­zwała się ła­god­nie. - Je­ste­śmy tu­taj, Cato i ja. Chodź, po­mo­żemy ci prze­nieść się na ka­napę. - Spoj­rzała na męża. - Nie po­win­ni­śmy za­dzwo­nić po le­ka­rza?

Hol­ger­sen cały się spiął.

- Tylko żad­nego le­ka­rza! - syk­nął za­ska­ku­jąco ostro. - Po moim tru­pie, ja­sne? - Oczy mu błysz­czały.

- Do­brze, jak chcesz, to była tylko pro­po­zy­cja - po­wie­działa uspo­ka­ja­jąco Char­lotte i z re­zy­gna­cją po­pa­trzyła na Ca­tona.

Ra­zem ujęli In­golfa pod pa­chy i ostroż­nie go pod­nie­śli. Bez opo­rów po­zwo­lił się po­ło­żyć na ka­na­pie. Cato wsu­nął mu po­duszkę pod głowę, a Char­lotte przy­nio­sła pled i okryła nim te­ścia. Po­tem usia­dła obok i ujęła In­golfa za rękę.

Le­żał z sze­roko otwar­tymi oczami i pa­trzył przed sie­bie pu­stym wzro­kiem. Wy­raź­nie było wi­dać, że jest w szoku. Po pew­nej chwili jed­nak po­wieki za­częły mu opa­dać, aż wresz­cie cał­kiem się za­mknęły. Pod­bró­dek się roz­luź­nił, od­dech po­głę­bił, a w końcu prze­szedł w re­gu­larne chra­pa­nie.

Char­lotte de­li­kat­nie odło­żyła jego rękę i wstała. Od­wró­ciła się do męża i ze szlo­chem rzu­ciła mu się w ra­miona.

Nie­długo po­tem trza­snęły drzwi wej­ściowe, a de­li­katne pu­ka­nie i przy­tłu­mione "halo" za­po­wie­działy na­dej­ście len­smana.

- Jak on się czuje? - Vik pa­trzył na Char­lotte i Ca­tona z za­tro­skaną miną.

- Śpi - wy­ja­śnił Cato i po­chy­lił się, żeby po­gła­skać psa, który przy­szedł za len­sma­nem.

Vik roz­tar­gnio­nym ge­stem po­dra­pał się po gło­wie, jesz­cze bar­dziej mierz­wiąc roz­czo­chrane włosy, i ob­cią­gnął nieco przy­cia­sny swe­ter.

- Da się z nim po­roz­ma­wiać? - spy­tał.

Char­lotte po­krę­ciła głową.

- Jest za bar­dzo wzbu­rzony.

- To chyba rze­czy­wi­ście nie ma sensu - po­twier­dził Cato.

- We­zwa­li­ście ka­retkę?

- Wy­daje mi się, że po­win­ni­śmy dać mu po­spać w spo­koju - od­parł Cato i opo­wie­dział o re­ak­cji ojca na pro­po­zy­cję spro­wa­dze­nia le­ka­rza.

Len­sman się za­sta­no­wił.

- Wo­bec tego po­roz­ma­wiam z wami.

Cato po­ki­wał głową.

- Mo­żemy usiąść w kuchni - za­pro­po­no­wał.

Usie­dli wo­kół po­ma­lo­wa­nego na nie­bie­sko stołu w du­żej, prak­tycz­nie urzą­dzo­nej kuchni. Birk, otrzy­maw­szy po­le­ce­nie, że ma się po­ło­żyć, wszedł pod stół i oparł głowę o stopy Char­lotte.

- Na­sta­wić kawę? - spy­tał Cato, pa­trząc na nich py­ta­jąco.

Po­tak­nęli.

Przy­go­to­wał więc eks­pres, wy­sta­wił fi­li­żanki i po­piel­niczkę. Po­tem usiadł obok żony. Char­lotte z kie­szeni kurtki wy­jęła pa­pie­rosy, za­pa­liła jed­nego i głę­boko za­cią­gnęła się dy­mem.

- O, jak do­brze!

Ole uśmiech­nął się do niej i prze­niósł spoj­rze­nie na Ca­tona.

- Wczo­raj wie­czo­rem wspo­mnia­łeś, że In­golf praw­do­po­dob­nie ma na­wrót cho­roby - za­czął. - Mo­żesz to do­pre­cy­zo­wać?

Cato nie­spo­koj­nie po­ru­szył się na krze­śle. Szczu­płą twarz miał bladą i ścią­gniętą.

- Oj­ciec cierpi na schi­zo­fre­nię pa­ra­no­idalną - od­parł ci­cho. - To się za­częło już w mło­do­ści. Póź­niej wie­lo­krot­nie na­wra­cało. Nie­kiedy ataki były silne. W ostat­nich la­tach czuł się do­brze, cho­roba była w re­mi­sji, ale dwa lata temu znów za­ata­ko­wała, moc­niej niż kie­dy­kol­wiek. Mu­siał sprze­dać firmę i prze­stać pra­co­wać.

- Do­brze to pa­mię­tam - po­wie­dział Ole. - Nie chcia­łeś prze­jąć firmy, więc dzieło jego ży­cia mu­siało przejść w obce ręce.

- Ni­gdy mi tego nie wy­ba­czył. - Cato za­smu­cony spu­ścił głowę. - Ale nie odzie­dzi­czy­łem po nim ta­lentu do in­te­re­sów, więc nic by z tego nie wy­szło. Nie mia­łem zresztą ochoty na­wet pró­bo­wać.

- Źle się stało dla two­jego ojca, ale dla mnie do­brze, bo dzięki temu mo­głem za­cho­wać zdol­nego funk­cjo­na­riu­sza. - Len­sman ro­ze­śmiał się roz­bra­ja­jąco i od­ru­chowo ob­cią­gnął swe­ter. Jesz­cze dwa lata temu swe­ter był na niego do­bry, ale ostat­nio zro­bił się za cia­sny i opi­nał ciało w miej­scach, w któ­rych nie po­wi­nien opi­nać. Len­sman miał swo­bodny sto­su­nek do wła­snego ciała i nie za bar­dzo przej­mo­wał się lekką nad­wagą, ży­jąc w prze­ko­na­niu, że wnę­trze li­czy się bar­dziej niż wy­gląd. Uwa­żał jed­nak, że z tego po­wodu nie na­leży wcale pod­kre­ślać swo­ich gor­szych stron, dla­tego ten swe­ter nie­po­mier­nie go iry­to­wał. Po­wi­nien był wło­żyć coś in­nego.

- Po­przed­nim ra­zem zo­stał przy­mu­sowo za­brany do szpi­tala - pod­jął Cato za­chryp­nię­tym gło­sem.

Ole w za­my­śle­niu po­ki­wał głową.

- Ale po­tem do­szedł do sie­bie i był zdrowy aż do te­raz? - upew­nił się.

- Ow­szem. Te­raz jed­nak na­gle po­ja­wiły się uro­je­nia i my­śli prze­śla­dow­cze. Trudno to zro­zu­mieć.

- Musi się nim za­jąć le­karz, jak tylko na­sta­nie dzień - stwier­dził len­sman. - Póź­niej z nim po­roz­ma­wiam.

- Wo­bec tego znów trzeba bę­dzie umie­ścić go w szpi­talu pod przy­mu­sem - uśmiech­nął się lekko Cato. - Ni­gdy nie uda ci się skło­nić tego upar­ciu­cha, żeby przy­znał, że jest chory i po­trze­buje le­cze­nia. Już prze­cho­dzi­li­śmy przez to pie­kło.

- Mu­sisz zro­zu­mieć - wtrą­ciła się Char­lotte - że In­golf ma znie­kształ­cony ob­raz rze­czy­wi­sto­ści i wła­snego za­cho­wa­nia. Oczy­wi­ście wtedy, kiedy cho­roba się od­zywa. Jest wów­czas prze­ko­nany, że to inni za­cho­wują się nie­wła­ści­wie, a nie on.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział za­my­ślony Ole. - Zaj­miemy się tym pro­ble­mem, gdy przyj­dzie na to czas.

Wy­jął z kie­szeni cy­garo i po­woli w roz­tar­gnie­niu już miał je zwil­żyć, gdy na­gle przy­po­mniał so­bie, gdzie jest, i za­raz scho­wał je z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem.

- Wy­bacz­cie, ale mu­szę o coś spy­tać. Po­wiedz­cie mi, czy In­golf jest agre­sywny, kiedy cho­roba ata­kuje? W ja­ki­kol­wiek spo­sób skłonny do prze­mocy?

Cato zde­cy­do­wa­nie po­krę­cił głową.

- Nie, wprost prze­ciw­nie. Po pro­stu za­myka się w so­bie. W okre­sach re­mi­sji, czyli naj­czę­ściej, jest pe­łen tem­pe­ra­mentu i ener­gii, ale ni­gdy nie bywa agre­sywny. Cza­sami może się wy­da­wać nie­przy­jemny z po­wodu ata­ków pa­ra­noi. Na ogół wtedy, kiedy do­cho­dzi do sy­tu­acji, która wzmac­nia w nim po­czu­cie za­gro­że­nia. Po­trafi wów­czas krzy­czeć, trza­skać drzwiami, przyj­muje po­zy­cję obronną.

- Ko­goś, kto nic nie wie o jego cho­ro­bie, może to prze­ra­zić - włą­czyła się Char­lotte. - Oczy wy­dają mu się pło­nąć. Wy­gląda na kom­plet­nego sza­leńca.

- Prze­cież nim wtedy jest - za­uwa­żył cierpko Cato.

Ole się ro­ze­śmiał.

- Jak się do­ra­stało u boku tak cho­rego ojca, Cato?

- Prawdę mó­wiąc, by­łem już do­ro­sły, kiedy się do­wie­dzia­łem, że coś mu do­lega. Sporo kloc­ków uło­żyło się wtedy na swo­ich miej­scach, ale w cza­sach mo­jego dzie­ciń­stwa cho­roba ojca ni­gdy nie sta­no­wiła pro­blemu.

- Cho­ciaż był kil­ka­krot­nie w szpi­talu? - zdzi­wił się len­sman.

Cato po­ki­wał głową.

- Przede mną to ukry­wano. Mó­wiono mi, że oj­ciec wy­je­chał.

- A jak się te­raz układa mię­dzy wami?

- W po­rządku. - Cato wzru­szył ra­mio­nami. - Cho­ciaż oj­ciec uważa mnie za ko­goś w ro­dzaju syna mar­no­traw­nego, który go kom­plet­nie za­wiódł.

- I z któ­rego In­golf zre­zy­gno­wał - do­dała Char­lotte. - On po pro­stu taki jest. Ma nie­spo­żytą ener­gię, cza­sami bywa jej aż za dużo. Po­myśl tylko, co zdo­łał zbu­do­wać mimo swo­jej cho­roby. I ile pie­nię­dzy po­świę­cił przez te lata na cele do­bro­czynne. To do­bry czło­wiek i bar­dzo go po­lu­bi­łam, cho­ciaż nie­ła­two było do niego do­trzeć.

- Ale mnie ni­gdy nie wy­ba­czy - wes­tchnął Cato. - Na­prawdę czuje do mnie urazę za to, co się stało z firmą.

- A jak się ukła­dają jego re­la­cje z są­sia­dami?

Char­lotte i Cato po­pa­trzyli na sie­bie.

- Róż­nie - przy­znała Char­lotte.

Cato wstał, wziął z eks­presu dzba­nek z kawą i na­lał jej do fi­li­ża­nek.

- Pa­mię­taj, że w ta­kiej ma­łej miej­sco­wo­ści nie­trudno o za­zdrość - wy­ja­śnił. - Poza tym, jak przed chwilą po­wie­działa Char­lotte, oj­ciec to czło­wiek, który do­brze wie, czego chce. Kiedy wbije so­bie coś do głowy, trudno go po­wstrzy­mać. Jest wręcz nad­ludzko zde­cy­do­wany i dy­na­miczny. Z całą pew­no­ścią znaj­dzie się sporo lu­dzi, któ­rym na­dep­nął na od­cisk.

- Wśród są­sia­dów?

- Mię­dzy in­nymi.

- Czy lu­dzie wie­dzą o jego cho­ro­bie?

- Nie są­dzę. W ogóle się o niej nie mówi. Ni­gdy o tym nie roz­ma­wiał, na­wet z nami. Nie, ra­czej wy­klu­czone, by kto­kol­wiek o tym wie­dział.

Len­sman po­ki­wał głową i wy­pił łyk kawy.

- I co te­raz bę­dzie? - spy­tała Char­lotte.

- Cze­kamy na po­moc z ze­wnątrz - od­parł Ole Vik. - Po­in­for­mo­wa­łem o tym, co się stało, dy­żur­nego pro­ku­ra­tora2 z ko­mendy po­li­cji w Borgu. Le­karz są­dowy i tech­nicy po­winni zja­wić się w ciągu go­dziny. Mu­szę pro­sić, żeby nikt nie­po­trzeb­nie nie krę­cił się wo­kół domu.

Char­lotte chci­wie za­cią­gnęła się dy­mem i się­gnęła po fi­li­żankę.

- Aż trudno uwie­rzyć, że coś ta­kiego się stało.

Za­pa­dła ci­sza, w któ­rej do­tarło do nich głę­bo­kie po­chra­py­wa­nie In­golfa w sa­lo­nie.

- A co z Helgą? Bę­dzie tak le­żeć? - za­nie­po­ko­iła się Char­lotte.

- Nie­długo pew­nie ją za­biorą - od­parł len­sman. - To bę­dzie za­le­żało od de­cy­zji pa­to­loga. I od ba­dań, które prze­pro­wa­dzą nasi lu­dzie.

- A do­kąd ją za­biorą?

- Zo­sta­nie prze­wie­ziona na sek­cję zwłok.

Znów umil­kli.

- Po­wiedz­cie mi - ode­zwał się Vik po chwili - czy Helga Mo­ene ma ja­kąś ro­dzinę? Bę­dziemy mu­sieli prze­cież po­wia­do­mić naj­bliż­szych. - Spoj­rzał na nich py­ta­jąco.

Cato kiw­nął głową.

- Ma syna w moim wieku. Na imię mu Pet­ter. Mieszka w oko­licy Ber­gen.

- A do­kład­niej?

- W ?sane, na pół­noc od cen­trum mia­sta.

Ole wy­jął no­tes i za­pi­sał.

- Nosi ta­kie samo na­zwi­sko jak matka?

- Tak.

- Czyli Pet­ter Mo­ene. - Ole za­pi­sał i tę in­for­ma­cję, po czym odło­żył no­tes i dłu­go­pis na stół. - Po­wiedz mi, czy twój oj­ciec ma na ciele ja­kieś ślady, które świad­czy­łyby o tym, że wdał się w bójkę czy coś po­dob­nego? - spy­tał. - Ja­kieś rany czy za­dra­pa­nia?

Cato spoj­rzał na szefa z po­nurą miną, jakby nie miał ochoty od­po­wia­dać.

- Ma kilka drob­nych za­dra­pań na twa­rzy - od­parł, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Ale to prze­cież nie musi nic ozna­czać. Był tak wzbu­rzony, że pew­nie się prze­wró­cił i ude­rzył, prawda?

- Oczy­wi­ście - przy­znał Ole. - Ni­czego nie można wy­klu­czyć.

- Ma też kilka dziw­nych ran na grzbie­cie dłoni. - Char­lotte po­pa­trzyła na nich prze­ra­żona. - Za­uwa­ży­łam je, kiedy przy nim sie­dzia­łam. Wy­glą­dają tak, jakby ktoś go po­dra­pał.

- Daj spo­kój, Char­lotte! - za­pro­te­sto­wał Cato. - To nie są żadne po­dra­pa­nia. - Na­chy­lił się nad sto­łem i do­dał sta­now­czo: - Ole, oj­ciec nie jest czło­wie­kiem skłon­nym do prze­mocy.

- Tak, tak, zro­zu­mia­łem. - Len­sman po­ki­wał głową. - Wspo­mnia­łeś, że In­golf miał wielu wro­gów. Są­dzisz, że ktoś z nich mógł mieć do­sta­tecz­nie silny mo­tyw, żeby pra­gnąć jego śmierci albo chcieć go skrzyw­dzić w ja­kiś inny spo­sób?

Cato długo się za­sta­na­wiał.

- Nie. Trudno mi w to uwie­rzyć - od­parł. - Oj­ciec bez wąt­pie­nia nie­jed­nemu na­dep­nął na od­cisk, ale...

- Bę­dziemy mo­gli do­trzeć do ta­kich osób, je­śli to się okaże ko­nieczne?

- Tak, na pewno - od­rzekł Cato bez prze­ko­na­nia. - Ale chyba nie są­dzisz, że któ­ryś z daw­nych wro­gów ojca za­czął po tylu la­tach bie­gać no­cami po jego ogro­dzie?

Len­sman uśmiech­nął się le­ciutko.

- Rze­czy­wi­ście nie brzmi to zbyt praw­do­po­dob­nie - przy­znał i znów ob­cią­gnął swe­ter. - Ale na ra­zie nie mogę wy­klu­czyć żad­nej ewen­tu­al­no­ści. Czy ostat­nio wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego, co mo­głoby tłu­ma­czyć taki na­gły na­wrót cho­roby? Ja­kiś czyn­nik, który by ją wy­wo­łał?

- Nie. - Cato i Char­lotte od­po­wie­dzieli nie­mal jed­nym gło­sem.

Ole się prze­cią­gnął.

- Cato, zrób so­bie dzi­siaj wolne, zaj­mij się oj­cem. Poza tym mu­sisz być do­stępny na wy­pa­dek, gdy­by­śmy chcieli ci za­dać ja­kieś py­ta­nia. Nie­stety, nie je­steś bez­stronny, więc nie mo­żesz uczest­ni­czyć w śledz­twie. Ro­zu­miesz to, prawda?

- Ja­sne. - Cato uśmiech­nął się z przy­mu­sem.

Ole sen­nie spoj­rzał na ze­ga­rek.

- No cóż - po­wie­dział. - Czeka nas długi dzień.

_______________

2W Nor­we­gii naj­niż­szy szcze­bel pro­ku­ra­tury (od­po­wied­nik pol­skich pro­ku­ra­tur re­jo­no­wych) jest ści­śle zin­te­gro­wany z po­li­cją. Two­rzą go po­li­cjanci-praw­nicy w stop­niach młod­szy pro­ku­ra­tor po­li­cji, pro­ku­ra­tor po­li­cji i in­spek­tor po­li­cji. Upraw­nie­nia pro­ku­ra­tor­skie ma rów­nież ko­men­dant okrę­gowy po­li­cji.