Dzień Joany
To pewne, że stanę się zła - pomyślała Joana.
Czymże innym mogło być to odczucie, że kryję w sobie poskromioną siłę, która może lada moment gwałtownie się wyzwolić; to pragnienie posłużenia się nią z zamkniętymi oczami, w całości, z bezwiedną pewnością dzikiej bestii? Czyż nie jest tak, że tylko zło pozwala odetchnąć bez lęku, przyjąć powietrze i pogodzić się z płucami? Nawet rozkosz nie sprawiłaby mi takiej rozkoszy jak zło - pomyślała z zaskoczeniem. Czuła w sobie doskonałe zwierzę, pełne sprzeczności, egoizmu i życia.
Przypominał jej się mąż, który zapewne nigdy nie posądziłby Joany o taką myśl. Spróbowała przywołać z pamięci wygląd Otávio. Ale gdy tylko czuła, że wyszedł z domu, zachodziła w niej przemiana, Joana skupiała się na sobie i było tak, jakby przeszkodził jej tylko na chwilę, powoli snuła na powrót wątek dzieciństwa, mąż szedł w zapomnienie, a ona w głębokiej samotności krążyła po pokojach. Z cichej okolicy, z oddalonych domów nie docierał żaden dźwięk. Była wolna, ale nawet sama nie wiedziała, co myśli.
Owszem, czuła w swoim wnętrzu doskonałe zwierzę. Pomysł, by je kiedyś uwolnić, budził w niej wstręt. Być może ze strachu, bo to nie byłoby piękne. Albo z lęku przed jakimś objawieniem... Nie, nie - powtarzała - nie wolno bać się tworzenia. Może w głębi serca zwierzę budziło w niej wstręt, ponieważ wciąż miała w sobie pragnienie, by się podobać i by kochał ją ktoś tak potężny jak jej zmarła ciotka. By później mimo to ją deptał, gardził nią bez skrupułów. Ponieważ najlepsze, wciąż najmłodsze zdanie brzmiało: Dobroć przyprawia mnie o mdłości. Dobroć jest ciepława i lekka, pachnie przechowywanym od dawna surowym mięsem, które nie przegniło jednak do reszty. Odświeżanym od czasu do czasu, nieco doprawionym, dość, by pozostać kawałkiem ostygłego, milczącego mięsa.
Kiedyś, przed ślubem, gdy jej ciotka wciąż żyła, zobaczyła żarłoka przy jedzeniu. Przyglądała się jego wybałuszonym, lśniącym, ogłupiałym oczom, podczas gdy on starał się nie uronić nic ze smaku potrawy. I te dłonie, te dłonie. Jedna trzymała widelec wbity w sztukę krwistego mięsa - nie było letnie i milczące, ale bardzo żywe, ironiczne i niemoralne - a druga zaciskała się na obrusie, skubała go nerwowo z żądzy pochłonięcia jak najszybciej kolejnego kęsa. Pod stołem stopy poruszały się w takt niesłyszalnej muzyki, muzyki diabelskiej, czystej i nieposkromionej przemocy. Dzikość, bogactwo jego barw... Czerwonawe usta i nasada nosa, blade, sine cienie pod małymi oczkami. Joana wzdrygnęła się nad filiżanką poczciwej kawy, ale nie mogła później stwierdzić, czy ze wstrętu, czy z fascynacji i lubieżności. Pewnie z jednego i drugiego. Wiedziała, że ten mężczyzna to siła. Nie potrafiłaby jeść tak jak on, z natury była umiarkowana, ale widok nią wstrząsnął. Przeżywała również lektury przerażających, tragicznych opowieści, gdzie zło było zimne i wszechogarniające jak lodowata kąpiel. Jakby widziała wtedy kogoś, kto pije wodę i odkrywa, że czuje pragnienie, pragnienie głębokie i odwieczne. Może wołał w niej niedostatek życia? Żyła mniej, niżby mogła, i wyobrażała sobie, że jej pragnienie zaspokoi jedynie powódź. Może tylko parę łyków... "Ach, masz nauczkę, masz nauczkę - powiedziałaby ciotka. - Nigdy nie idź naprzód, nigdy nie kradnij, nie upewniwszy się, że to, co chcesz ukraść, uczciwie gdzieś na ciebie nie czeka". Czy na pewno? Kradzież sprawia, że wszystko staje się cenniejsze. Smak zła - czerwone żucie, połykanie słodkawego ognia.
Nie oskarżaj się. Znajdź fundament swojego egoizmu: Nic z tego, czym nie jestem, nie może mnie obchodzić, nie da się być czymś więcej poza sobą - a jednak przekraczam siebie nawet przy pełni świadomości, prawie zawsze jestem czymś więcej niż tylko sobą. Mam ciało i wszystko, co robię, to przedłużenie mojego początku. Cywilizacja Majów mnie nie obchodzi, bo nie mam w sobie nic, co łączyłoby się z ich płaskorzeźbami. Przyjmuję wszystko, co ze mnie wypływa, bo nie wiem, skąd się bierze, i mogę nieświadomie zdeptać coś istotnego. W moim przypadku to szczyt pokory - domyślała się.
Najgorsze, że wszystko, co przyszło jej do głowy, mogła od razu wykreślić. Jej myśli wznosiły się jak posągi w ogrodzie, a ona przechadzała się między nimi, patrzyła na nie i ruszała dalej.
Tego dnia była wesoła i piękna. I miała lekką gorączkę. Skąd ten romantyzm: lekka gorączka? Ale naprawdę gorączkuję: te szkliste oczy, ta siła i ta słabość, to kołatanie serca. Gdy łagodny wietrzyk, wietrzyk letni, muskał jej ciało, przebiegały je dreszcze zimna i gorąca. Wówczas myślała bardzo szybko i nie mogła przestać. To dlatego, że jestem wciąż bardzo młoda i czuję, gdy się mnie dotyka lub nie dotyka - dumała. Pomyśl sobie teraz na przykład o złotowłosych strumieniach. Właśnie dlatego, że złotowłose strumienie nie istnieją, rozumiesz? Tak się ucieka. Tak, ale w złotych promieniach słońca, jakby złotowłose... Czyli tak naprawdę niczego sobie nie wyobraziłam. Zawsze ta sama przepaść: nie ma ani zła, ani wyobraźni. W tym pierwszym, w samym środku, wrażenie proste i pozbawione przymiotników, ślepe jak toczący się kamień. W wyobraźni, bo tylko ona ma siłę zła, jedynie powiększona i przeobrażona wizja, a pod nią niewzruszona prawda. Kłamie się i popada w prawdę. Nawet na wolności, gdy radośnie obierała nowe drogi, te w końcu okazywały się znane. Ostatecznie wolność oznaczała podążanie, czyli powrót na udeptaną ścieżkę. Zobaczy tylko to, co już w sobie ma. Utraciła apetyt na wyobraźnię. A tego dnia, gdy płakałam? - Pragnienie kłamstwa. - Uczyłam się matematyki i nagle poczułam, że nie wydarzy się żaden cud, i jakie to wielkie i zimne. Patrzę przez okno i jedyna prawda, prawda, której nie mogłabym wyjawić tamtemu mężczyźnie, gdybym do niego podeszła, boby ode mnie uciekł, jedyna prawda jest taka, że żyję. Naprawdę, żyję. Kim jestem? Cóż, to już zbyt wiele. Przypominam sobie Fantazję chromatyczną Bacha i tracę rozum. Jest zimna i czysta jak lód, chociaż można przy niej zasnąć. Tracę świadomość, ale to nieważne, największy spokój odnajduję w majakach. Ciekawe, że nie umiem powiedzieć, kim jestem. W takim sensie, że dobrze to wiem, ale nie potrafię powiedzieć. Przede wszystkim się boję, bo gdy tylko próbuję mówić, to nie tylko nie wyrażam swoich odczuć, ale w dodatku to, co czuję, przeobraża się powoli w słowa. A w każdym razie do działania skłania mnie nie to, co czuję, ale to, co mówię. Czuję, kim jestem, i to wrażenie znajduje się na szczycie mózgu, w ustach - głównie na języku - na powierzchni ramion, i biegnie w głąb, w sam środek mojego ciała, chociaż gdzie, gdzie dokładnie, nie umiem powiedzieć. Smak jest szary, czerwonawy, w starych częściach - siny, a porusza się jak galareta, powoli. Niekiedy staje się ostry i mnie rani, zderza się ze mną. No dobrze, teraz pomyślmy na przykład o błękitnym niebie. Ale skąd bierze się pewność, że się właśnie żyje? Nie, nie mam się za dobrze. Przecież nikt nie zadaje sobie takich pytań, a ja... Ale wystarczy tylko zamilknąć, żeby dostrzec pod wszystkimi rzeczywistościami tę jedną jedyną, niesprowadzalną do niczego innego: rzeczywistość istnienia. A pod wszelkimi wątpliwościami - Fantazja chromatyczna - wiem, że wszystko jest doskonałe, bo podąża po skali, dźwięk po dźwięku, ku nieuchronnemu. Nic nie umyka doskonałości rzeczy, tak to już jest ze wszystkim. Ale to nie tłumaczy, dlaczego wzruszam się, gdy Otávio kaszle i kładzie rękę na piersi, o tak. Albo gdy pali i popiół spada mu na zarost, a on tego nie widzi. Ach, uczucie, które wtedy żywię, to litość. Litość jest moją formą miłości. Nienawiści i przekazu. To ona pozwala mi stawiać czoła światu, tak jak jedni żyją pragnieniem, a inni strachem. Litość dla rzeczy, które dzieją się bez mojej wiedzy. Ależ jestem zmęczona pomimo dzisiejszej radości - radości, która bierze się nie wiadomo skąd, tak jak w letni poranek. Jestem zmęczona, teraz już na poważnie! Zapłaczmy razem, cichutko. Nad doznanym cierpieniem i rozkoszą brnięcia do przodu. Ból zniesiony we łzie pomieszczony - ale to już dążenie do poezji, przyznaję, Boże. Zaśnijmy, trzymając się za ręce. Świat się kręci i gdzieś są rzeczy, o których nie mam pojęcia. Prześpijmy się z Bogiem i tajemnicą, statek płynący cicho i niepewnie po morzu, oto sen.
Dlaczego była rozpalona i lekka jak uchodzące z odkrytej kuchni powietrze?
Dzień był jak każdy inny i może stąd właśnie wzięło się nagromadzenie życia. Obudziła się przepełniona, zalana światłem poranka. Jeszcze nim wstała z łóżka, pomyślała o piasku, morzu, piciu morskiej wody w domu zmarłej ciotki, odczuwaniu, głównie o odczuwaniu. Podniosła się, poczekała kilka sekund i jak gdyby nigdy nic przeżyła zwyczajny dzień. Wciąż nie uwolniła się od pragnienia-mocy-cudu z czasów dzieciństwa. Ta sprawdzona formuła działała bardzo często: poczuć rzecz, ale jej nie posiąść. Wystarczyło, by wszystko jej sprzyjało, pozwalając na bycie lekką i czystą, na czczo, by mogła przyjąć wyobraźnię. Z trudem, jakby latała i nie czuła gruntu pod nogami, wziąć w objęcia coś bezcennego, na przykład dziecko. Nawet gdy była sama, na pewnym etapie tej gry zacierało się w niej wrażenie, że kłamie, i bała się, że nie jest obecna we wszystkich swoich myślach. Zapragnęła morza i poczuła pościel na łóżku. Dzień ruszył dalej i pozostawił ją w samotności.
Nadal leżała, w milczeniu i prawie bez myśli, jak to się jej czasem zdarzało. Szybko omiotła wzrokiem dom, skąpany o tej porze w słońcu, szyby wyniosłe i lśniące, jakby same były światłem. Otávio już wyszedł. W domu nie było nikogo. I wewnątrz niej także nikogo nie było, więc gdyby tylko zechciała, mogłaby mieć myśli najmniej powiązane z rzeczywistością. Gdybym spojrzała na siebie na Ziemi z którejś z gwiazd, okazałoby się, że sama siebie opuściłam. Nie ma nocy, nie ma gwiazd, nie da się obserwować siebie z takiej odległości. W rozkojarzeniu przypominała sobie wówczas kogoś - wielkie szeroko rozstawione zęby, oczy bez rzęs - jak mówi, w pełni przekonany o swojej oryginalności, ale szczerze: "Moje życie jest mroczne jak noc". Wypowiedziawszy te słowa, ten ktoś zamarł w bezruchu i milczał jak bydło po zmroku, a od czasu do czasu poruszał bez sensu i celu głową, by na powrót oddać się własnej głupocie. Budził we wszystkich niemy zachwyt. Ach, tak, to był ktoś z jej dzieciństwa, a obok wspomnienia o nim leżał świeży bukiet wielkich, iskrzących się życiem fiołków... Joana rozbudziła się i gdyby zechciała, poddała się jeszcze trochę, mogłaby ponownie przeżyć całe dzieciństwo... Krótki czas spędzony z ojcem, przeprowadzkę do domu ciotki, nauczyciela tłumaczącego jej, jak żyć, tajemniczo piętrzące się dojrzewanie, internat... Małżeństwo z Otávio... Ale wszystko to było znacznie krótsze, zaledwie jedno zaskoczone spojrzenie wyczerpałoby te wszystkie fakty.
Lekka gorączka, tak. Gdyby istniał grzech, zgrzeszyłaby. Całe jej życie to błąd, a ona sama jest zbędna. Gdzie podziała się posiadaczka głosu? Gdzie podziały się kobiety będące wyłącznie kobietami? I co z ciągiem dalszym tego, co zaczęła jako dziecko? Lekka gorączka. Pokłosie dni, gdy snuła się bez celu, po tysiąckroć porzucała i kochała te same rzeczy. Tych nocy żyjących ciemno i cicho, drobnych, migoczących w oddali gwiazd. Dziewczyna leżąca w łóżku, czujne oko w półmroku. Białawe łóżko dryfuje pośród ciemności. Zmęczenie pełznie jej po ciele, uważność umyka przed ośmiornicą. Strzępki snów, początki wizji. Otávio zajmuje drugi pokój. Nagle cała niemoc oczekiwania skupia się w nerwowym i szybkim ruchu ciała, niemym krzyku. Potem chłód i sen.