W pijanym widzie - Piotr Zmarzłowski

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (18,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

"Niech się pan rozejrzy. Czy widzi pan tu jakąś rzeczywistość?" - z filmu "Matrix" (1999)

Spocone palce nerwowo ściskały metalową rękojeść pistoletu. Czuł ciężar kieszeni wypchanych po brzegi brzęczącą zawartością. Amunicji miał aż nadto, a co najdziwniejsze - był pewien, że nigdy jej nie zabraknie. Tymczasem siedział przy stole z resztą rodziny, która wydawała mu się obca jak nigdy dotąd. Słyszał ich głosy, wyłapywał pojedyncze słowa, ale żadne z nich nie układało się w jego głowie w spójną całość.

"Czy to już się stało?!" - pomyślał z przerażeniem. "Czy zostali pozbawieni woli i skierowani przeciwko mnie?".

Dotąd oglądał ten proces z bezpiecznego dystansu. Porażało go, gdy widział pozbawione samodzielności stada, które jak filmowe zombie sunęły w niemym marszu beznadziei. Pogrążony w rozmyślaniach nawet nie zauważył, że wokoło pociemniało - jakby wielka chmura przysłoniła ostatnie życiodajne promienie słońca. Pomieszczenie, teraz wyjątkowo ponure i pozbawione barw, zdominował wielki ekran telewizora. Na środku rozgościła się znajoma twarz. Człowiek o długim, haczykowatym nosie i gładko zaczesanych na bok włosach przemawiał do widzów. Nawet nie próbował ukryć fałszu, który płynął z jego cienkich ust.

"Czy to już!?" - kołatało mu w głowie. Jeszcze chwila, a będzie za późno! Zacisnął dłoń na chłodnej stali i zerwał się zza stołu. Inni zachowali się, jakby go nie zauważyli.

Desperacko odwracał ich twarze, krzyczał ostrzeżenia, ale pozostali byli głusi na jego słowa. W końcu wymierzył pistolet w ekran i pociągnął za spust. Strzał nie był tak głośny, jak się spodziewał - reszta nawet się nie poruszyła. Na ekranie rozbłysła pajęczyna kolorowych pęknięć, dzieląc twarz premiera na dziesiątki niepasujących do siebie kawałków. Przypominało to obraz z dziecięcego kalejdoskopu.

Wszystko wokół zmieniło się nagle - biegł długim korytarzem. Mijał zamknięte drzwi skrywające światy równie pokręcone jak jego własny. Tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność, ale on pędził dalej, aż dopadł do stalowych drzwi na jego końcu. Szarpnął klamkę i znalazł się w innym miejscu.

Był to staroświecki gabinet prezesa aeroklubu. Przypominał relikt z poprzedniej epoki - ciężkie meble, wielka paprotka i portrety przywódców na ścianach. "Kim oni właściwie byli?" - przemknęło mu przez myśl. Prezes - wielki, spocony mężczyzna pod sześćdziesiątkę - wpatrywał się w niego z niemym pytaniem na twarzy. Dopiero teraz uświadomił sobie, że jego broń zniknęła - choć czuł ją za paskiem spodni. Zaczął coś tłumaczyć, żywo gestykulując. Chwilę później prezes skinął głową. To wystarczyło.

Sceny zaczęły się rozmywać. Odzyskał jasność myśli, kiedy z przyjacielem wypychał mały dwumiejscowy samolot z hangaru. Był zaskakująco lekki, jakby jego nazwa nie była przypadkiem. Bez trudu ustawili go na betonie pasa startowego. Na plecach czuł ciężar worka - ledwie pamiętał moment pakowania zapasów. Teraz to nie miało znaczenia. Z oddali nadchodziły jakieś postacie. Wtedy zdał sobie sprawę, że jest ich trójka. Nie zdziwiło go to. Właściwie nic nie mogło go już zaskoczyć.

Po chwili byli już w kabinie, starając się zmieścić w ciasnym wnętrzu przeznaczonym tylko dla dwóch osób. Pierwsi z prześladowców dopadli do maszyny. Wykrzywione twarze przywarły do foliowych okienek. Nie wahając się ani chwili, uniósł pistolet i przycisnął lufę do czoła mężczyzny najbliżej niego. Nacisnął spust. Strzał zabrzmiał zaskakująco cicho, niemal groteskowo, ale ciało przeciwnika zwinęło się jak sflaczała lalka i opadło w nicość. Kolejny. I następny. A potem jeszcze jeden.

W końcu ruszyli. Maszyna, przeciążona do granic możliwości, sunęła wzdłuż asfaltowej wstęgi pasa startowego, z trudem walcząc o oderwanie się od ziemi. Każdym nerwem, każdą komórką czuł tytaniczny wysiłek małego silnika, który próbował wyciągnąć ich ku wolności. Wreszcie jedno koło leniwie uniosło się na kilka centymetrów - zbyt mało, ale z każdą sekundą rosła nadzieja. Drugie koło straciło kontakt z podłożem. Byli w powietrzu!

Wspinając się z mozołem metr po metrze, mijali ostatnie zabudowania lotniska, płot i samotne drzewa na skraju lasu. Spojrzał na swoją dłoń - nadal ściskał pistolet. Wokół walały się łuski. Zgarnął je ze swoich kolan i odrzucił na bok, a potem zapatrzył się na krajobraz, który rozpościerał się przed nimi. Daleko za nimi pozostało ponure megalopolis - betonowy labirynt, gdzie każda ulica pochłaniała resztki nadziei. Widok przed nimi nie był lepszy: jałowe, bezbarwne pola, gdzie nawet najmniejsza istota nie burzyła martwej ciszy. Niebo stalowe, ciężkie, pozbawione błękitu.

Odetchnął głęboko. Przynajmniej powietrze było tu czystsze niż w dusznych wnętrzach betonowej dżungli. Wtedy dostrzegł ruch. Nadlatywały sylwetki.

Samoloty.

Gdy zbliżyły się bardziej, wydały mu się groteskowo małe, niemal śmieszne - jak dziecięce zabawki. Nie dawał się jednak zwieść. Wiedział, że w tym świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Śmieszność była maską. Za nią kryła się niewidzialna pułapka, która więziła umysł, zanim człowiek zorientował się, że został zniewolony.

Ścisnął pistolet i wycelował w najbliższy płatowiec. Strzały, trafienia, kolejne upadające maszyny. Prześladowców ubywało, a oni lecieli dalej, pełni determinacji, choć bez celu. Nie mieli planu, ale to nie miało znaczenia. Chcieli tylko lecieć. Daleko. Wysoko. Choć ich maleńki samolot niemal ocierał kołami o czubki drzew.

Dopóki byli w powietrzu, czuli się wolni.

To uczucie warte było każdej ceny!

Sięgnął za plecy, chwycił ciężki plecak i wypchnął go przez rozdarte poszycie drzwi. Potem następny. I jeszcze jeden. Maszyna, odciążona, uniosła się kilka metrów wyżej, zyskując odrobinę swobody. Wiatr wpadł do kabiny, targał wszystko, co nie było przymocowane, zmieniając wnętrze w chaotyczny taniec fruwających przedmiotów. Ale oni lecieli dalej, upajając się wolnością - choćby krótką, choćby złudną.

3 - Miasto umarłych -

"Piekło stoi puste, bo wszystkie jego demony chodzą dziś między nami." - William Shakespeare, The Tempest

Jego podróż nie trwała długo. Już za kolejnym zakrętem natrafił na zator - tym razem znacznie większy. Samochody stały ciasno, tarasując całą szerokość ulicy. Robert nie miał wyboru, musiał opuścić golfa.

Widok, który go tu czekał, wywołał u niego nieprzyjemny ucisk w żołądku. W autach dostrzegł kolejne zwłoki, a na chodnikach leżało kilka ciał przechodniów. Wyglądali, jakby śmierć zaskoczyła ich w biegu. Kobiety, dzieci, mężczyźni - w każdym wieku. Czując się nieswojo, przemykał ostrożnie między martwymi ciałami, starając się nie patrzeć im w twarz. "Co tu się, do cholery, stało!?" - myśl ta nie opuszczała go ani na moment.

Martwa cisza spowijała miasto. Metropolia, która nigdy nie spała, teraz była tak samo martwa jak jej mieszkańcy.

Nagle coś przerwało tę głuchą pustkę. Dźwięk. Instynktownie odwrócił głowę, próbując zlokalizować źródło hałasu. Przez moment nie dostrzegał niczego, ale kątem oka zauważył ruch za jednym z samochodów. Ruszył w tamtą stronę z nadzieją, że spotka ocalałego - może kogoś podobnego do pana Martina.

Gdy podszedł bliżej, jego nadzieje spełzły na niczym. Pomiędzy autami dostrzegł psa, który szarpał rękaw swetra leżącego mężczyzny. Człowiek był martwy, a zwierzę próbowało najwyraźniej obudzić swojego pana. Intencji czworonoga nie potrafił odczytać, ale widok ten ścisnął go za serce.

Odszedł szybko, starając się nie myśleć o tym, co zobaczył. Jego wędrówka przypominała teraz przekraczanie kręgów piekła, a nie podróż przez tętniące życiem miasto.

"Jeśli będę się tak wlec, dotrę do szkoły za godzinę albo później - i zmarnuję szansę na ratunek dla juniora", pomyślał gorączkowo, rozglądając się w poszukiwaniu szybszego środka transportu.

W końcu dostrzegł motocykl przewrócony na chodniku. Maszyna wyglądała na sprawną, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Podszedł bliżej. Obok, kilka metrów dalej, leżał motocyklista w skórzanym stroju i białym kasku, sprawiając wrażenie, jakby po prostu zasnął.

- Przepraszam, stary, muszę pożyczyć twój motor - mruknął, sam nie wiedząc dlaczego.

Klęknął przy motocyklu, chwycił go i dźwignął do pionu. Kluczyki tkwiły w stacyjce, a wskaźnik paliwa pokazywał pół baku. Wcisnął sprzęgło, nacisnął przycisk rozrusznika. Silnik zakręcił i zapalił. Jego równomierny pomruk wypełnił upiornie cichą przestrzeń.

Robert rozejrzał się odruchowo, jakby spodziewał się wyrzutów od zmarłych mieszkańców. Oczywiście nic się nie wydarzyło. Westchnął, usiadł na wygodnej kanapie i ruszył przed siebie, manewrując pomiędzy wrakami samochodów i nieruchomymi ciałami.

Teraz poruszał się znacznie szybciej. Co prawda co jakiś czas natrafiał na kolejne blokady, ale motocykl pozwalał je sprawnie omijać. Wszędzie wokół były martwe twarze - w samochodach, na przystankach, na chodnikach. W pewnym momencie mignął mu jednak jakiś ruch. Przystanek autobusowy.

Zatrzymał maszynę i zeskoczył na asfalt. Pomiędzy nieruchomymi postaciami siedziała kobieta. Jej oczy były błędne, a spojrzenie puste. Nawet gdy się zbliżył, nie zareagowała. Dopiero po dłuższej chwili podniosła na niego wzrok. Oczy miała pozbawione blasku, wspomnienie dawnego błękitu.

Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Nagle jej usta rozciągnął dziwaczny, bezzębny uśmiech. Robert aż drgnął, gdy usłyszał chrapliwy, przerywany rechot. Wtedy zauważył butelkę w jej dłoni - tani alkohol. Śmiała się jeszcze przez chwilę, potem nagle zamarła w bezruchu.

Wpatrywał się w nią jeszcze przez kilka sekund, aż w końcu przemówił:

- Pani wie, co tu się stało?

- Ja? Wiem? - powtórzyła pytanie, ocierając wierzchem dłoni popękane wargi.

- Tak, pytam, czy orientuje się pani, co tu się wydarzyło - powtórzył, z nadzieją na jakiekolwiek sensowne wyjaśnienie.

- A skąd mam to wiedzieć?! Jak się obudziłam, to już tak było! Nie mam cholernego pojęcia, co się stało! - krzyknęła ze złością.

- Podobnie jak ja. Wyszedłem z domu i już wszystko było skończone. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś od jedynej żywej osoby, jaką spotkałem.

- Żywej? - Wbiła w niego błędne spojrzenie. - A na jakiej podstawie twierdzisz, młody człowieku, że jestem żywa?

- W przeciwieństwie do tych wszystkich biedaków jest pani jak najbardziej żywa - powiedział z przekonaniem.

- Idź do diabła! - Wymierzyła cios butelką, zmuszając go do uskoku.

Zrozumiał, że dalsza rozmowa nie miała sensu. Odszedł bez słowa, wrócił do motocykla i ruszył w dalszą drogę.

Jechał na pamięć. Zwykle używał nawigacji, by unikać korków, ale teraz miasto było martwe, a trasa znana. Rozpoznawał budynki i miejsca, a w jego głowie pojawiła się seria wspomnień - obrazów, jak przemierzał te rejony z małym Robertem, pokazując mu ciekawe rzeczy za oknem.

Uczucie ciężaru w jego wnętrzu rosło z każdym kilometrem. Czy jego syn wciąż żył? Spotkanie kilku ocalałych dawało nadzieję, ale ich dziwne, wycofane zachowanie wprowadzało niepokój. Byli jakby... nieobecni. Może to tylko pijacy? Przyszła mu do głowy absurdalna myśl - czyżby kataklizm przetrwali jedynie pijani?

"Niemożliwe" - pomyślał z goryczą. "Nikt by na coś takiego nie pozwolił." Ale kto miałby pozwolić? Bóg? Dawno odrzucił wiarę wpajaną przez rodziców, więc do kogo miałby się zwracać?

Jego rozważania przerwał znajomy widok. Przed nim wyrósł kolorowy budynek szkoły. Zwykle parkował na pobliskim parkingu, gdzie junior zabierał plecak i znikał za drzwiami. Tym razem przejechał przez furtkę i zatrzymał się bezpośrednio przed wejściem.

Za szklanymi drzwiami coś się poruszyło. Czyżby ktoś przetrwał? W jego sercu zapłonęła iskierka nadziei.

Za biurkiem w przedsionku siedział mężczyzna, którego dobrze znał - woźny. Widziała go wiele razy, gdy odprowadzał syna. Teraz siedział z głową opartą na rękach, wpatrując się w przestrzeń pustym wzrokiem.

Robert wyłączył silnik i wysiadł. Podszedł do drzwi, szarpnął za klamkę. Ciężkie, stalowo- szklane wrota zaskrzypiały, ale poddały się jego sile.

Gdy wszedł do wnętrza, woźny podniósł wzrok i westchnął ciężko:

- Niech pan lepiej tam nie wchodzi. Proszę mi wierzyć!

Po chwili znów zapatrzył się tępo na obdrapany blat biurka.

- Czego mam nie chcieć oglądać?! Co tu się, do cholery, stało?! - głos Roberta drżał, a serce waliło mu jak młot. Gardło ścisnął mu ucisk, jakby połknął kolczastą kulę z gwoździami.

- Tego samego co w całym mieście. Tylko... - Woźny zniżył głos. - Na dorosłych jeszcze można patrzeć, ale na dzieci? Już nie mogę. - Wyciągnął rękę pod biurko i wyjął buteleczkę, którą wolno uniósł do ust.

- Ale tam może być mój syn! - Robert wykrzyknął z rozpaczą.

- Nie sądzę, proszę pana - odpowiedział woźny spokojnie, ocierając usta dłonią i chowając trunek z powrotem pod stół.

- Co?! - Robert poczuł błysk nadziei. Ten człowiek coś wiedział!

- Kojarzę pana. I chłopca. Chodził w tej bluzie z... no, z czymś tam...

- "Gwiezdne wojny"? - podpowiedział Robert, modląc się w duchu, by trafić.

- O właśnie! Z głowy mi wyleciało. Z pierwszej "D", prawda? - Woźny spojrzał na niego wyblakłymi oczami.

- Tak! Co z nimi?! - Robert niemal krzyczał z niecierpliwości.

- Nie wrócili z wycieczki - odparł mężczyzna, odchylając się na krześle i krzyżując ramiona na piersi.

- Jak to: nie wrócili?!

- Ano nie. Wczoraj mieli wrócić, czyż nie? - zapytał woźny, jakby bardziej stwierdzając niż pytając.

- Tak, chyba tak... - Robert drżącymi dłońmi zaczął szukać telefonu w kieszeni. W końcu znalazł go i kolejny raz spojrzał na wiadomość od byłej żony.

- To czemu pan wczoraj po niego nie przyszedł? - spytał woźny, a jego spojrzenie stało się oskarżycielskie.

- Ja... - Robert zaniemówił.

- Pan wie, ja też wiem - powiedział tamten z dziwną zadumą i odwrócił się plecami.

- Dokąd była ta wycieczka? Może mi pan chociaż to powiedzieć? - Robert zapytał błagalnym tonem.

Chwilę później był już na zewnątrz. Z informacji woźnego wynikało, że dzieci pojechały do kopalni, oddalonej o mniej niż trzysta kilometrów od miasta. Czy to mogło oznaczać, że jego syn przetrwał? Może wszystko to, co się wydarzyło, dotknęło tylko miasto? Może reszta kraju pozostała nietknięta?

Teraz musiał odnaleźć swoją byłą żonę, Sylvię. Musieli razem opracować plan ratunku. Skoro dzieci nie wróciły, ona również nie mogła odebrać ich syna.

Wskoczył na motocykl, uruchomił silnik i skierował się ku wyjazdowi ze szkoły.

2 - Świat, który zamarł -

"Nie można się przebudzić, gdy sen jest ostatnim schronieniem." - z filmu "Inception" (2010)

Obudziło go przenikliwe zimno. Zerwał się z kanapy i zdjął z siebie wilgotny płaszcz. Resztki alkoholu dawno wyparowały z jego głowy, a myśli zaczęły nabierać ostrości. Nie poświęcił jednak wiele uwagi swojemu opłakanemu stanowi; odruchowo powrócił do rzeczywistości. Pierwszym impulsem było sięgnięcie po telefon. Znalezienie go zajęło dłuższą chwilę - aparat wcisnął się gdzieś między poduszki kanapy - lecz wreszcie triumfalnie uniósł stalowo - szklany przedmiot w dłoni. Rzut oka na ekran wystarczył, by zdał sobie sprawę, że przespał kilkanaście godzin. Była ósma rano - znów, ale już następnego dnia.

Z gorączkową determinacją przeszukiwał telefon, szukając wiadomości, informacji, jakichkolwiek śladów świadczących o tym, że świat jeszcze o nim pamięta. Jednak powiadomień było niewiele. Zaskakująco mało. Przynajmniej dzięki temu szybko natrafił na SMS od byłej żony. Przebiegł tekst wzrokiem raz, potem drugi, a w końcu ponownie spojrzał na datę i godzinę.

"Robert, nie mogę odebrać małego z wycieczki szkolnej. Mam trudną operację. Odbierz go proszę, pobaw się z nim i odwieź do mnie wieczorem. Please!!"

To nie była nietypowa prośba - Agata często prosiła go o podobne przysługi. Ale ta wiadomość pochodziła z wczoraj. Co on wtedy robił, że ją przeoczył? A może jednak zauważył i... zapomniał? Cholera. Dłużej tak być nie może. Koniec z tymi libacjami!

Mimo tej solennej obietnicy, istniał bardziej naglący problem: co z sześcioletnim synem, Robertem juniorem? Może Agata poradziła sobie sama, gdy nie odpowiedział? A może - ku ich wstydowi - jakaś nauczycielka musiała odwieźć chłopca do jej domu? Cokolwiek się stało, musiał dowiedzieć się prawdy.

Wybrał numer byłej żony, gotów na lawinę wymówek i być może gwałtowną awanturę. Ku jego zdziwieniu nie było sygnału. Spojrzał na ekran i zorientował się, że telefon nie wykrywał żadnej sieci. Nieopłacony rachunek? Awaria? Coś z nadajnikami?

Narzucił na siebie podkoszulek i jeansy, włożył buty bez skarpetek i wyszedł przed budynek. Liczył, że na zewnątrz złapie choć kreskę zasięgu. Zamiast tego ujrzał coś, co bardziej przypominało koszmar niż rzeczywistość.

Na ulicy wciąż stały dwa rozbite samochody. Ani śladu żywej duszy.

Zbliżył się do aut i ostrożnie zajrzał przez szyby. W pierwszym, dużym rodzinnym vanie, na kierownicy leżała nieruchoma kobieta - martwa od dawna. Na tylnych siedzeniach w fotelikach bezwładnie zwisały dzieci, które również nie dawały oznak życia.

Stąpając po pokruszonym szkle, przeszedł do drugiego samochodu - miejskiego SUV'a. Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, wyglądał na równie martwego, co reszta. Najbardziej niepokojące było jednak to, że uszkodzenia obu pojazdów nie wskazywały na siłę zdolną zabić kogokolwiek. Zerknął ponownie na twarze w vanie. Wystąpiły na nich sine plamy opadowe - żadnych wątpliwości. Ci ludzie nie żyli od wczoraj. A przecież wczoraj, jeśli pamięć go nie myli, wyszedł tylko po coś do picia. Był pewien, że to wszystko należało do snu - fragmentarycznego, urywanego snu.

Teraz jednak granica między jego koszmarem a rzeczywistością runęła.

Z rozmyślań wyrwał go nagle głos zza pleców.

- Nie żyją. Już od całej doby, panie Robercie! Kiedy wczoraj szedł pan do mnie, to wszystko tak właśnie wyglądało. Apokalipsa, normalnie apokalipsa! - Jego znajomy sprzedawca, z butelką owiniętą w papierową torebkę, opierał się o framugę drzwi swojego sklepiku.

- Ale jak to możliwe, że nikt ich stąd nie zabrał? Żadnej policji? I... dlaczego jest tu tak pusto? - Robert podrapał się po głowie, usiłując zebrać myśli.

Sprzedawca uśmiechnął się smutno i pociągnął łyk z butelki.

- Bo pan wszystko przespał, szanowny sąsiedzie.

- Co przespałem? Co się stało? Co to wszystko znaczy? Panie Martin, pan coś wie? - Robert gestem wskazał pustą ulicę.

Starszy mężczyzna westchnął.

- Wiem tyle, że zaraz po tym wypadku świat się zatrzymał. Ludzie zniknęli. Klienci przestali przychodzić - poza panem i kilkoma miejscowymi pijaczkami. Potem telewizja przestała działać, a kilka godzin później wyłączyli prąd. Wszystkie mrożonki szlag trafił! - Wzruszył ramionami i ponownie sięgnął po butelkę. - Mówię panu, to koniec świata.

- Co pan pieprzy! - warknął Robert, przyglądając się przekrwionym oczom rozmówcy. Mimo wyczuwalnych oparów alkoholu mężczyzna mówił zaskakująco poważnie.

- Może pieprzę, może nie... Sprawdź pan telefon. Albo internet.

Robert niemal odruchowo sięgnął po aparat. Na ekranie nadal widniał komunikat: "No service". Próbował otworzyć przeglądarkę, ale bez dostępu do sieci nie mogła się uruchomić. Nagle coś go tknęło - wpisał trzy cyfry numeru alarmowego. W słuchawce panowała głucha cisza.

- I co? Udało się? - zagadnął Martin, przypominając o swojej obecności.

- Nic... - Robert westchnął i schował telefon do kieszeni. - Co to ma znaczyć?

- Mówię przecież: koniec świata, panie Robercie. Wszystkie czyste dusze poszły do nieba, a nas zostawili, żebyśmy mieli czas na rachunek sumienia. Zadośćuczynienie za grzechy. Już dawno to zapowiadali, jest nawet taka książka...

- Daj pan spokój z tym kazaniem! Pytam poważnie!

- A ja odpowiadam całkiem poważnie - żachnął się Martin, obrócił na pięcie i zniknął w czeluściach swojego sklepiku.

Robert machnął ręką i ruszył przed siebie. Przez chwilę rozważał, dokąd pójść, lecz szybko obrał kierunek - szkoła juniora. Może tam spotka kogoś, kto wyjaśni mu, co się tu dzieje. Może nawet znajdzie tam syna?

Po kilku krokach zrozumiał, że piesza wyprawa zajmie mu ponad godzinę. To nie miało sensu. Pamiętał o stanie wyższej konieczności - mógł przecież pojechać samochodem. Sięgnął do kieszeni i wyczuł znajomy kształt kluczyków. Zadowolony, skierował się do starego volkswagena. Golf pamiętał jeszcze czasy, gdy poznał Agatę. "Gdyby tylna kanapa umiała mówić..." - uśmiechnął się przez chwilę, ale zaraz zganił się za takie myśli.

Wsunął kluczyki do stacyjki. Silnik zaklekotał, a Robert poczuł zaskakujący przypływ sił. Jak na wydarzenia ostatnich dni, czuł się wręcz fantastycznie. Gdyby nie niepokój o syna, mógłby nawet uznać, że jest szczęśliwy.

Ze zgrzytem wbił pierwszy bieg i ruszył z piskiem opon, zgrabnie mijając rozbite auta. Włączył radio. Wyświetlacz ożył, ale poza numerami częstotliwości nie usłyszał nic. Żadnego szumu. Żadnej muzyki.

Przypomniały mu się słowa pana Martina.

1 - Przebudzenie -

"Pewnego ranka budzisz się i widzisz - to twoje życie. Nie ma już dokąd uciec." - z filmu "The Thin Red Line" (1998)

Jeszcze przez chwilę czuł, jak powietrze targa jego włosami, zanim rzeczywistość zaczęła powracać, krok po kroku. Najpierw pojawił się rozdzierający ból głowy, potem nieznośna suchość w ustach, a na końcu zamglony widok sufitu, na którym wisiała nijaka szklana lampa. Poruszył się ze stęknięciem, próbując wydobyć nogi ze spoconej pościeli. Każdy ruch był jak mdły, pulsujący cios, sprawiający, że świat na chwilę kurczył się i falował w spazmach wibrującego bólu. W końcu jednak udało mu się usiąść. Przeciągnął się, czując, jak mięśnie protestują, i rzucił okiem na swoje legowisko.

Skotłowana pościel, przypominająca egzotyczny kwiat, spoczywała na środku wielkiego łóżka. Obok walały się niedbale porzucone ubrania, pośród których błyszczała pusta butelka. "Trochę się zapuścił" - pomyślał, wzruszając ramionami. Ale co z tego? Nie miał nic do roboty. Nawet Monica miała przylecieć dopiero jutro, więc było jeszcze sporo czasu na ogarnięcie tego bałaganu.

Towarzyszyło mu niejasne wrażenie, że o czymś zapomniał, lecz kolejna fala bólu przepłoszyła myśl, zepchnęła ją gdzieś na kraniec świadomości. Spojrzał przez okno. Coś się działo. Wypadek? Żadne dźwięki do niego nie docierały, ale widział poruszenie. Przetarł zmęczone oczy, potem twarz, a na koniec odwrócił się w stronę drzwi sypialni. "Co go to obchodzi?" - pomyślał z rezygnacją i ruszył do łazienki.

W lustrze przywitała go znajoma twarz. Mężczyzna, trzydzieści pięć lat, choć dziś wyglądał na dużo starszego. Szczupła sylwetka, krótkie, ciemne włosy, prosta owalna twarz i przenikliwe niebieskie oczy, które spod gęstych brwi patrzyły znużonym, lekko ironicznym wyrazem.

Pochylił się nad umywalką, nabrał wody w dłonie i ochlapał twarz. Pragnienie powrotu do łóżka było niemal nie do pokonania, ale wiedział, że kac nie odpuści bez odpowiedniego lekarstwa. Poszedł więc do kuchni i otworzył lodówkę. Zawartość była rozczarowująca - światło, kilka przeterminowanych artykułów i nic więcej.

"Jak to możliwe, że nie mam nawet kropli jakiegoś cholernego alkoholu?" - warknął do siebie. Wystarczyłoby choćby piwo! Po przetrząśnięciu całego mieszkania jedyne, co znalazł, to puste butelki i zgniecione puszki. Wniosek był jasny - musiał zejść do sklepu na parterze. Na szczęście wystarczyło tylko zbiec po kilku schodach i przejść kilka metrów w prawo.

Złapał za czajnik i wychylił łyk wody, która smakowała kamieniem i blachą. Sięgnął już po klamkę, gdy uświadomił sobie, że nadal jest nagi. "Nie ma co ryzykować awantury" - mruknął z przekąsem i wciągnął wiszący na wieszaku płaszcz oraz klapki. W kieszeni znalazł kilka banknotów. Zadowolony z siebie, ruszył na poszukiwanie ulgi.

Na zewnątrz było jakoś inaczej niż zwykle. Zmaltretowany umysł nie potrafił jednak uchwycić tych subtelnych różnic, choć czuł, że coś jest nie w porządku. Przed wejściem do budynku zauważył dwa rozbite samochody. Przypomniał sobie obraz z okna sypialni. Auta stały nieruchomo, bez zainteresowania kogokolwiek. Z uszkodzonych chłodnic unosiły się kłęby pary. Przez chwilę zastanawiał się, czy to, co widzi, jest rzeczywistością, czy może wciąż fragmentem jego snu. Poruszał się w dziwnym, półprzytomnym stanie, instynktownie trzymając się jedynego ważnego kierunku.

Chwilę później wszedł do sklepu. Wąskie wnętrze wypełniały półki z napojami i artykułami pierwszej potrzeby. Za obdrapaną ladą, obwieszoną drobnymi przedmiotami i dyspenserami papierosów, nikogo nie było. Nie zdziwiło go to - Martin, rubaszny, ciemnoskóry właściciel, często zaszywał się na mikroskopijnym zapleczu, popijając samotnie whiskey. Klienci zwykle bezskutecznie nawoływali obsługę. Ci, którzy znali jego zwyczaje, zostawiali odliczoną kwotę na ladzie i brali, co potrzebowali. W końcu Martin wracał, zgarniał pieniądze i kontynuował pracę, jakby nic się nie stało.

Robert wyjął z półki butelkę z etykietą głoszącą, że zawiera mieszankę ginu z tonikiem, położył kilka dolarów na kontuarze i wyszedł na zewnątrz. Nic się nie zmieniło. Samochody stały tam, gdzie wcześniej, a otoczenie wydawało się dziwnie puste. Ani śladu człowieka, choć był środek dnia. Z każdą chwilą coraz bardziej wątpił w realność tego, co widzi.

Ruszył po schodach, wracając do swojego azylu.

Nie zamierzał trzeźwy czekać na orzeczenie komisji, która miała zadecydować o jego dalszej zdolności do pracy. Myśl o tym była zbyt frustrująca, by znosić ją na jawie. Całe zamieszanie wybuchło przez jego rzekomy problem z alkoholem. Ale jaki to miało związek z obecną sytuacją? Przecież pił całkiem świadomie! Gdyby nie chciał, to by nie pił! Ktoś sobie coś ubzdurał. W pracy nigdy nie dotknął butelki - był trzeźwy jak świnia. O ile świnie mogą być pijane? - pomyślał z rozbawieniem.

W domu osunął się na kanapę i odkręcił butelkę. Zimny napój łagodnie połaskotał jego przełyk, a potem wypełnił całe ciało przyjemnym ciepłem. Poczuł, jak każda komórka wita tę zbawczą substancję z niekłamaną radością. Ekstatyczne uczucie. Ból głowy odpływał, a spokój rozlewał się po nim niczym kojąca fala. Problemy rozwiały się, odpływając gdzieś na odległe rubieże świadomości, niegroźne i niemal nierealne.

Oparł się wygodnie i spojrzał w ciemność wyłączonego telewizora. W matowej tafli dostrzegł zarys niedbale rozwalonej sylwetki. Uniósł butelkę w geście pozdrowienia skierowanym do tajemniczego mężczyzny, który spoglądał na niego z odbicia. Nieznajomy odpowiedział tym samym. To wystarczyło.

Jeszcze przez chwilę natrętna myśl o czymś, co miał zrobić, usiłowała przebić się do jego świadomości, ale kolejny łyk skutecznie ją przepędził. Senność zaczęła go ogarniać. Nie mając nic lepszego do roboty, ułożył się wygodniej, nie zdejmując płaszcza. Zamknął oczy, a ręka z butelką opadła bezwładnie na podłogę. Resztka bezbarwnego płynu syknęła cicho, rozlewając się po parkiecie.

Robert odpłynął do świata, w którym nie trzeba uciekać ani strzelać. Było błogo i cicho. "Może powinienem jeszcze pójść do łazienki?" - przemknęło mu przez myśl. Ale sen całkowicie przejął już władzę nad jego ciałem. Leżał nieruchomo, a ciemna plama powoli pochłaniała coraz większą część płaszcza.