3 - Miasto umarłych -
"Piekło stoi puste, bo wszystkie jego demony chodzą dziś między nami." - William Shakespeare, The Tempest
Jego podróż nie trwała długo. Już za kolejnym zakrętem natrafił na zator - tym razem znacznie większy. Samochody stały ciasno, tarasując całą szerokość ulicy. Robert nie miał wyboru, musiał opuścić golfa.
Widok, który go tu czekał, wywołał u niego nieprzyjemny ucisk w żołądku. W autach dostrzegł kolejne zwłoki, a na chodnikach leżało kilka ciał przechodniów. Wyglądali, jakby śmierć zaskoczyła ich w biegu. Kobiety, dzieci, mężczyźni - w każdym wieku. Czując się nieswojo, przemykał ostrożnie między martwymi ciałami, starając się nie patrzeć im w twarz. "Co tu się, do cholery, stało!?" - myśl ta nie opuszczała go ani na moment.
Martwa cisza spowijała miasto. Metropolia, która nigdy nie spała, teraz była tak samo martwa jak jej mieszkańcy.
Nagle coś przerwało tę głuchą pustkę. Dźwięk. Instynktownie odwrócił głowę, próbując zlokalizować źródło hałasu. Przez moment nie dostrzegał niczego, ale kątem oka zauważył ruch za jednym z samochodów. Ruszył w tamtą stronę z nadzieją, że spotka ocalałego - może kogoś podobnego do pana Martina.
Gdy podszedł bliżej, jego nadzieje spełzły na niczym. Pomiędzy autami dostrzegł psa, który szarpał rękaw swetra leżącego mężczyzny. Człowiek był martwy, a zwierzę próbowało najwyraźniej obudzić swojego pana. Intencji czworonoga nie potrafił odczytać, ale widok ten ścisnął go za serce.
Odszedł szybko, starając się nie myśleć o tym, co zobaczył. Jego wędrówka przypominała teraz przekraczanie kręgów piekła, a nie podróż przez tętniące życiem miasto.
"Jeśli będę się tak wlec, dotrę do szkoły za godzinę albo później - i zmarnuję szansę na ratunek dla juniora", pomyślał gorączkowo, rozglądając się w poszukiwaniu szybszego środka transportu.
W końcu dostrzegł motocykl przewrócony na chodniku. Maszyna wyglądała na sprawną, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Podszedł bliżej. Obok, kilka metrów dalej, leżał motocyklista w skórzanym stroju i białym kasku, sprawiając wrażenie, jakby po prostu zasnął.
- Przepraszam, stary, muszę pożyczyć twój motor - mruknął, sam nie wiedząc dlaczego.
Klęknął przy motocyklu, chwycił go i dźwignął do pionu. Kluczyki tkwiły w stacyjce, a wskaźnik paliwa pokazywał pół baku. Wcisnął sprzęgło, nacisnął przycisk rozrusznika. Silnik zakręcił i zapalił. Jego równomierny pomruk wypełnił upiornie cichą przestrzeń.
Robert rozejrzał się odruchowo, jakby spodziewał się wyrzutów od zmarłych mieszkańców. Oczywiście nic się nie wydarzyło. Westchnął, usiadł na wygodnej kanapie i ruszył przed siebie, manewrując pomiędzy wrakami samochodów i nieruchomymi ciałami.
Teraz poruszał się znacznie szybciej. Co prawda co jakiś czas natrafiał na kolejne blokady, ale motocykl pozwalał je sprawnie omijać. Wszędzie wokół były martwe twarze - w samochodach, na przystankach, na chodnikach. W pewnym momencie mignął mu jednak jakiś ruch. Przystanek autobusowy.
Zatrzymał maszynę i zeskoczył na asfalt. Pomiędzy nieruchomymi postaciami siedziała kobieta. Jej oczy były błędne, a spojrzenie puste. Nawet gdy się zbliżył, nie zareagowała. Dopiero po dłuższej chwili podniosła na niego wzrok. Oczy miała pozbawione blasku, wspomnienie dawnego błękitu.
Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Nagle jej usta rozciągnął dziwaczny, bezzębny uśmiech. Robert aż drgnął, gdy usłyszał chrapliwy, przerywany rechot. Wtedy zauważył butelkę w jej dłoni - tani alkohol. Śmiała się jeszcze przez chwilę, potem nagle zamarła w bezruchu.
Wpatrywał się w nią jeszcze przez kilka sekund, aż w końcu przemówił:
- Pani wie, co tu się stało?
- Ja? Wiem? - powtórzyła pytanie, ocierając wierzchem dłoni popękane wargi.
- Tak, pytam, czy orientuje się pani, co tu się wydarzyło - powtórzył, z nadzieją na jakiekolwiek sensowne wyjaśnienie.
- A skąd mam to wiedzieć?! Jak się obudziłam, to już tak było! Nie mam cholernego pojęcia, co się stało! - krzyknęła ze złością.
- Podobnie jak ja. Wyszedłem z domu i już wszystko było skończone. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś od jedynej żywej osoby, jaką spotkałem.
- Żywej? - Wbiła w niego błędne spojrzenie. - A na jakiej podstawie twierdzisz, młody człowieku, że jestem żywa?
- W przeciwieństwie do tych wszystkich biedaków jest pani jak najbardziej żywa - powiedział z przekonaniem.
- Idź do diabła! - Wymierzyła cios butelką, zmuszając go do uskoku.
Zrozumiał, że dalsza rozmowa nie miała sensu. Odszedł bez słowa, wrócił do motocykla i ruszył w dalszą drogę.
Jechał na pamięć. Zwykle używał nawigacji, by unikać korków, ale teraz miasto było martwe, a trasa znana. Rozpoznawał budynki i miejsca, a w jego głowie pojawiła się seria wspomnień - obrazów, jak przemierzał te rejony z małym Robertem, pokazując mu ciekawe rzeczy za oknem.
Uczucie ciężaru w jego wnętrzu rosło z każdym kilometrem. Czy jego syn wciąż żył? Spotkanie kilku ocalałych dawało nadzieję, ale ich dziwne, wycofane zachowanie wprowadzało niepokój. Byli jakby... nieobecni. Może to tylko pijacy? Przyszła mu do głowy absurdalna myśl - czyżby kataklizm przetrwali jedynie pijani?
"Niemożliwe" - pomyślał z goryczą. "Nikt by na coś takiego nie pozwolił." Ale kto miałby pozwolić? Bóg? Dawno odrzucił wiarę wpajaną przez rodziców, więc do kogo miałby się zwracać?
Jego rozważania przerwał znajomy widok. Przed nim wyrósł kolorowy budynek szkoły. Zwykle parkował na pobliskim parkingu, gdzie junior zabierał plecak i znikał za drzwiami. Tym razem przejechał przez furtkę i zatrzymał się bezpośrednio przed wejściem.
Za szklanymi drzwiami coś się poruszyło. Czyżby ktoś przetrwał? W jego sercu zapłonęła iskierka nadziei.
Za biurkiem w przedsionku siedział mężczyzna, którego dobrze znał - woźny. Widziała go wiele razy, gdy odprowadzał syna. Teraz siedział z głową opartą na rękach, wpatrując się w przestrzeń pustym wzrokiem.
Robert wyłączył silnik i wysiadł. Podszedł do drzwi, szarpnął za klamkę. Ciężkie, stalowo- szklane wrota zaskrzypiały, ale poddały się jego sile.
Gdy wszedł do wnętrza, woźny podniósł wzrok i westchnął ciężko:
- Niech pan lepiej tam nie wchodzi. Proszę mi wierzyć!
Po chwili znów zapatrzył się tępo na obdrapany blat biurka.
- Czego mam nie chcieć oglądać?! Co tu się, do cholery, stało?! - głos Roberta drżał, a serce waliło mu jak młot. Gardło ścisnął mu ucisk, jakby połknął kolczastą kulę z gwoździami.
- Tego samego co w całym mieście. Tylko... - Woźny zniżył głos. - Na dorosłych jeszcze można patrzeć, ale na dzieci? Już nie mogę. - Wyciągnął rękę pod biurko i wyjął buteleczkę, którą wolno uniósł do ust.
- Ale tam może być mój syn! - Robert wykrzyknął z rozpaczą.
- Nie sądzę, proszę pana - odpowiedział woźny spokojnie, ocierając usta dłonią i chowając trunek z powrotem pod stół.
- Co?! - Robert poczuł błysk nadziei. Ten człowiek coś wiedział!
- Kojarzę pana. I chłopca. Chodził w tej bluzie z... no, z czymś tam...
- "Gwiezdne wojny"? - podpowiedział Robert, modląc się w duchu, by trafić.
- O właśnie! Z głowy mi wyleciało. Z pierwszej "D", prawda? - Woźny spojrzał na niego wyblakłymi oczami.
- Tak! Co z nimi?! - Robert niemal krzyczał z niecierpliwości.
- Nie wrócili z wycieczki - odparł mężczyzna, odchylając się na krześle i krzyżując ramiona na piersi.
- Jak to: nie wrócili?!
- Ano nie. Wczoraj mieli wrócić, czyż nie? - zapytał woźny, jakby bardziej stwierdzając niż pytając.
- Tak, chyba tak... - Robert drżącymi dłońmi zaczął szukać telefonu w kieszeni. W końcu znalazł go i kolejny raz spojrzał na wiadomość od byłej żony.
- To czemu pan wczoraj po niego nie przyszedł? - spytał woźny, a jego spojrzenie stało się oskarżycielskie.
- Ja... - Robert zaniemówił.
- Pan wie, ja też wiem - powiedział tamten z dziwną zadumą i odwrócił się plecami.
- Dokąd była ta wycieczka? Może mi pan chociaż to powiedzieć? - Robert zapytał błagalnym tonem.
Chwilę później był już na zewnątrz. Z informacji woźnego wynikało, że dzieci pojechały do kopalni, oddalonej o mniej niż trzysta kilometrów od miasta. Czy to mogło oznaczać, że jego syn przetrwał? Może wszystko to, co się wydarzyło, dotknęło tylko miasto? Może reszta kraju pozostała nietknięta?
Teraz musiał odnaleźć swoją byłą żonę, Sylvię. Musieli razem opracować plan ratunku. Skoro dzieci nie wróciły, ona również nie mogła odebrać ich syna.
Wskoczył na motocykl, uruchomił silnik i skierował się ku wyjazdowi ze szkoły.