Rozdział 2
Przykucnąłem, przyglądając się polanom tlącym się w kominku. Dorzuciłem kilka kawałków drewna i ułożyłem je ostrożnie jeden przy drugim, aby nie zgasić paleniska. Ogień się rozrósł, a płomienie oświetliły pokój, rzucając jasne refleksy na przejętą twarz dziewczyny.
- Dlaczego pan mi to mówi? - Poderwała się z fotela. - Ta historia jest nieprawdopodobna! Mogłabym ją wziąć za majaki chorego umysłu...
- A jednak mi nie przerwałaś. Słuchałaś z zaciekawieniem, dopuściłaś do siebie każde słowo. - Mrugnąłem do niej.
Milczała.
Stąpała niespokojnie po pokoju, zerkała na otaczające nas obrazy. Zatrzymała się przed idealną repliką Głowy Meduzy Rubensa. Rozchyliła z podziwem wargi, wodząc wzrokiem po płótnie. Pogładziła opuszkami palców usta potwora, następnie dotknęła swoich, nadal uchylonych. Odwróciła się w moim kierunku.
- Co się stało z Lenorą? - zapytała po chwili. - Dlaczego zamiast pięknej, słonecznej Sewilli wybrał pan ponure Kemnitz? Sto lat temu zaraza po raz kolejny spustoszyła kontynent, ale jak każda tragedia ludzkości, ta również miała swój koniec. Odszedł pan, zostawiając ukochaną i rodzinne strony, porzucił tamtejsze tradycje... Czym można się zajmować przez tak długi czas? Podróżowaniem? Poznawaniem obcych kultur? Uczeniem się języków? - Z jej ust wypłynęła seria pytań. Intensywnie przy tym gestykulowała.
Ogień palił się coraz mocniej, a przez smród spalenizny przedarł się delikatny, kwiatowy zapach. Elaine podeszła do kominka i pochyliła się nade mną, oczekując wyjaśnień.
- Niektóre tragedie nie mają końca - rzuciłem słowa w odmęty popiołu. - Niesamowite, Elaine, ani trochę nie widać po tobie lęku. Czyżby naprawdę zafascynowała cię moja historia? - zwróciłem się do niej, cały czas kontrolując płomienie, które odbijały się teraz w jej ciemnobrązowych tęczówkach.
- Myli się pan, myli... - Pokręciła głową. - Mam wrażenie, że moja czaszka eksploduje od nadmiaru informacji! Nie pojmuję... Z całej historii mogę zrozumieć, że jest pan nieszczęśliwym i skrzywdzonym... - przerwała, wyraźnie powstrzymując się od dokończenia zdania.
- Szaleńcem - dopowiedziałem za nią. - Szaleniec to odpowiednie słowo.
Nerwowo podrapała się po łokciu.
- Stworzeniem - poprawiła.
Przez kolejne minuty snuła się po pokoju jak cień, zamyślona i smutna. Zawzięcie szukała wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia. Co chwila chwytała się za głowę, mierzwiąc wzburzone już fale włosów. Wreszcie stanęła przed oknem i skrzyżowała ręce na piersi, przygryzając wargę.
Ogień w kominku nie wystarczał, by odpowiednio oświetlić cały pokój. Zapaliłem więc świecznik i postawiłem go na stole.
- Ucieczka nie ma sensu.
- Wcale nie chcę uciekać - odparła bez zastanowienia. - Pan Albert polecił mi służyć w tym domu, tak też uczynię. Na samą myśl o tym boli mnie serce... Muszę się rozstać z człowiekiem, który mimo różnicy klas traktował mnie niemal jak siostrę.
Parsknąłem śmiechem, ściągając na siebie jej ciemne spojrzenie.
- Elaine, jutro rano weźmiemy ślub i staniesz się panią von Zierotin. Zawczasu poleciłem uszyć suknię. Leży gotowa na łożu w sypialni. Mam nadzieję, że trafiłem w twój gust i wymiary, aczkolwiek przy ich podawaniu nie miałem żadnych wątpliwości - przerwałem, by ostentacyjnie przyjrzeć się jej sylwetce. - Fabian oprowadzi cię po rezydencji i przedstawi reszcie służby. A, i proszę, zwracaj się do mnie po imieniu.
Zarumieniła się i głośno wciągnęła powietrze.
- Nie rozumiem. Dlaczego? - wydusiła, gdy znalazłem się obok niej. Ostrożnie położyłem dłoń na jej ramieniu, chcąc złamać dzielącą nas barierę.
Nagle ogień w kominku głośniej zasyczał, a blask płomieni wypełnił cały pokój, tłumiąc nikłe światło świec.
Patrzeliśmy sobie prosto w oczy. Ciemne tęczówki mieniły się złotymi drobinkami, a tańczące płomienie potęgowały ich głębię, w której czaił się smutek. Bujne, falujące brązowe włosy, rozdzielone pośrodku czoła, opadały na twarz o smutnym spojrzeniu i delikatnie zaznaczonych, pełnych ustach. Elaine miała bardzo kobiece rysy, jednak można się było w nich doszukać także dziecięcej niewinności. Wkrótce miała skończyć osiemnaście lat, chociaż przez trudne życie stała się dorosła znacznie wcześniej.
Subtelnie zsunęła moją dłoń ze swojego barku. Drżała, gdy obejmowała się rękoma, wpatrzona w ciemny widok za oknem. Przypominała przerażone dziecko, rozpaczliwie wyglądające swojej opiekunki.
- Nie jestem chory na umyśle, nie musisz się obawiać - rzuciłem nieco złośliwie.
Odwróciła się do mnie.
- Nie! - krzyknęła. - A może... Może to ze mną jest coś nie tak? Może to fikcja wykreowana przez mój umysł? Może to ja jestem chora? Nie, to wszystko musi być tylko snem, który odejdzie wraz ze wschodem słońca - wyrzuciła z siebie jednym tchem i chwyciła się za głowę. Zdawała się lawirować między szaleństwem a spokojem, nieudolnie szukała rozwiązania nowo poznanej zagadki.
Wsunąłem palce pod jej podbródek, aby wymusić spojrzenie na mnie.
- Uspokój się. Przed chwilą siedziałaś w fotelu, zasłuchana w moją opowieść, jakoby najpiękniejszą... - odezwałem się półszeptem.
- Najstraszliwszą - poprawiła równie cicho.
- Najstraszliwszą. Nie przerwałaś mi, nie poderwałaś się ku ucieczce, a teraz zasypujesz mnie irracjonalnymi pytaniami.
Odsunęła się ode mnie.
- Irracjonalnymi?! - powtórzyła z oburzeniem. - Jak upiór może nazywać moje pytania irracjonalnymi? Czy naprawdę sądził pan, że wysłucham, ot tak, smutnej historii obłąkanego szlachcica, zaakceptuję ją i równie lekko zostanę pańską żoną?
- Dokładnie tak myślałem - rzekłem, dźwigając kąciki ust.
- Nie mogę za pana wyjść. Tak nie wolno. - Potrząsnęła głową.
- Elaine, nie proszę cię o rękę. Ja cię informuję. Nie masz wyboru.
Nie skomentowała tego.
Ponownie podeszła do Głowy Meduzy. Pomyśleć, że ze wszystkich pięknych obrazów, które wisiały na dębowej boazerii, wliczając w to portrety poprzednich właścicieli zamku, upodobała sobie właśnie ten! Gładziła opuszkami miejsce, z którego wyciekała krew zamordowanego potwora.
- Wiesz, że krew Meduzy była magiczna? Ta płynąca z lewej strony ciała była śmiertelną trucizną, ta z prawej natomiast miała moc przywracania życia. Nawet Perseusz zaczerpnął krwi wypływającej z jej ran, które własnoręcznie zadał. Asklepios ożywiał nią zmarłych. - Pierwszy raz zwróciła się do mnie bezpośrednio, zapominając o różnicach klas. Wraz z kolejnymi muśnięciami płótna odchodziła od niej złość, która jeszcze przed chwilą zawładnęła drobnym ciałem. Oczy Elaine zaszkliły się od łez, a pełne wargi ułożyły się w bolesny uśmiech. Trzymając palce na śmiertelnej ranie potwora, zamyśliła się nad słowami własnej opowieści. Milczałem, obserwując, jak zmaga się ze swoimi emocjami. W końcu podjęła:
- Jeśli wyjdę za ciebie bez miłości, krew z moich ran byłaby w stanie uleczyć twoją duszę? - Oderwała dłoń od płótna i zerknęła na mnie.
Westchnąłem przesadnie, czekając na kontynuację jej monologu.
- Z dnia na dzień pan Albert oddelegował mnie do tej posiadłości, która miała się dla mnie stać nowym domem. Jako służąca, czy też żona, moją powinnością jest zostać tutaj... z panem. Muszę spłacić zaciągnięty dług, który spędza mi sen z powiek. Ucieczka nie wchodzi w grę, zresztą nie mam dokąd się udać.
Niemal przykleiła się do okna. Zwiedzała wzrokiem ciemny las, który z nastaniem wieczora począł się budzić do życia, rozbrzmiewając licznymi zwierzęcymi odgłosami. Zamknęła powieki i wzięła głęboki wdech, jakby próbowała zaczerpnąć borowego powietrza. Uśmiechnąłem się pod nosem. Gwałtownie się ożywiła, wyczuwając moją reakcję. Przetarła zamyślone oczy, w których jeszcze przed chwilą zbierały się łzy, i położyła dłoń na sercu, ciężko przy tym dysząc.
- Pozostał mi jedynie ślub z rozsądku, jednak nie rozumiem pańskich intencji. Jakie korzyści mogą wyniknąć z małżeństwa wytwornego szlachcica z prostą służką? Małżeństwa, w którym nie ma miłości. Nie chciałabym zniszczyć przyjacielskiej więzi, która między nami powstała. Nie rozumiem...
- Możesz uzasadnić moją decyzję, czym chcesz - rzuciłem podirytowany. Zaczęły mnie męczyć jej wywody. Stanąłem na tyle blisko, że nasze ramiona stykały się ze sobą, więc czułem przez materiał bijące od niej ciepło. - Nie wydajesz się specjalnie zaskoczona. - Uniosłem brew.
Usiadła na parapecie i delikatnie przesunęła opuszkami po szybie. W półmroku dostrzegłem oczy sowy, która siedziała na gałęzi najstarszego i najwyższego drzewa w okolicy. Duże ślepia połyskiwały ponuro. Odfrunęła, znikając wśród gęstych drzew.
Kąciki ust Elaine drgnęły.
- Przystojny młody szlachcic, co prawda podający się za potępieńca, ale nadal szlachcic, pragnie popełnić mezalians z prostą dziewczyną, której nawet dobrze nie zna. Sprowadza ją do samotnego zamku na wzgórzu, zmusza się do opowiedzenia swojej historii. Nawet jeśli pańska opowieść jest tylko wytworem chorego umysłu, jakże mogłabym nie współczuć tego nieszczęścia, skoro obnażył pan przede mną najmroczniejsze zakamarki zranionej duszy? Utracił pan całe dotychczasowe życie, wykreował przeszłość, w której się zatracił. Pan mnie nie kocha, ale wiem, że nie chce mnie też skrzywdzić.
Skrzyżowałem ręce z satysfakcją. Ogarnął mnie spokój. Nieistotne, czy uwierzyła w historię nieszczęsnego Javiera, czy współczuła szaleństwu Ksawerego von Zierotina. Być może w swojej naiwności robiła to dla tego głupca, Alberta. Nieważne. Liczyła się dla mnie rola, którą miała odegrać. Nie nadawał się do niej nikt inny.
Zgodnie z moim poleceniem w drzwiach salonu pojawił się Fabian, a wraz z jego przybyciem zniknął unoszący się w powietrzu smutek. Elaine przetarła twarz jedwabną chusteczką i posłusznie udała się za mężczyzną, nie oglądając się już za siebie.
- Do jutra - rzuciłem na pożegnanie.
Odpowiedziało mi głośne kwilenie sowy.
* * *
Poranny świergot ptaków łamał mury wznoszącego się przede mną zamku.
Usiadłem na kamiennym moście prowadzącym do posiadłości, podziwiając jeszcze ciemnobłękitne niebo. Na linii horyzontu ukazała się jasnoczerwona barwa zwiastująca nadchodzący dzień. Po wczorajszej ulewie powietrze było przyjemne, rześkie.
Dałem Elaine czas, którego potrzebowała, by zaakceptować wybrany przeze mnie los. Resztę wieczoru krzątała się po posiadłości, oprowadzana przez mojego zaufanego sługę, Fabiana, który miał zapoznać ją z ogólnymi zasadami poruszania się po rezydencji, w tym z drobnymi ograniczeniami, jakie postanowiłem wprowadzić dla jej własnego dobra. Otóż miała przysiąc na wszelką świętość, że nie będzie błądzić po pokojach w zachodnim skrzydle, a także korzystać z tylnego wejścia. Wstęp na wieżę był surowo wzbroniony, zresztą nie tylko dla niej, gdyż służba również nie miała prawa tam przebywać. Tak było lepiej i bezpieczniej dla wszystkich.
Wczorajszej nocy, pochłonięty przez strony arturiańskich legend, w których uwielbiałem się zaczytywać, siedząc w bibliotece, zauważyłem, że pomiędzy Fabianem a dziewczyną szybko nawiązała się nić porozumienia. Trudno było nie zwrócić uwagi na odbijające się od ścian zamku ciche śmiechy, które nikczemnie rozpraszały moją codzienną lekturę. Jednakże nie przeszkadzało mi to, byłem nawet zadowolony. Czas nie ucieknie. Przynajmniej mnie.
Niebo stawało się niepokojąco jasne, a czerwień poczęła dominować nad głęboką barwą atramentu. Dzień zapowiadał się nazbyt pięknie.
Ruszyłem w stronę kościoła, przy którym znajdowała się niewielka kapliczka ze starym krzyżem i wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny. Parę dni temu odwiedziłem tutejszego proboszcza. Zgodził się udzielić nam sakramentu małżeństwa, choć nie krył zdziwienia moją nagłą wizytą. Dla formalności zadał kilka pytań, by potwierdzić wiarygodność naszego uczucia. W końcu ani razu nie widział nas razem w kościele. Samego też mnie nie widział. Uwierzył jednak w bezwarunkową miłość od pierwszego wejrzenia, a ślub przy kościelnej kapliczce miał być tylko kolejnym kaprysem nowo przybyłego dziedzica. Wybrałem taką formę, gdyż z czystej przyzwoitości wolałem nie pokazywać się w kościele, a widok starego kamiennego krzyża porośniętego dzikim bluszczem i dobra postać świętej Matuchny napawały mnie przyjemnym spokojem. Nie wspominając już o przykościelnym cmentarzu, na który lubiłem zaglądać nocami.
Rozbrzmiały dzwony kościelne zapowiadające poranną mszę, a wraz z ich biciem na leśnej dróżce pojawił się także zaspany proboszcz: niski mężczyzna o franciszkańskim sposobie bycia. Wiecznie uśmiechnięty, swoim szczerym wyglądem z pewnością wzbudzał zaufanie wiernych.
- Gdzie się podziała pańska oblubienica? - zapytał po chwili.
- Zaraz przyjdzie - rzekłem krótko, zerkając w stronę rezydencji. Z mojego polecenia służba miała zapoznać Elaine zarówno z zamkiem, jak i planami dotyczącymi ślubu. Wczorajszego wieczoru darowałem sobie zbędne szczegóły, dlatego kwestię dzisiejszych wydarzeń poleciłem poruszyć pokojówce, którą pod względem sumienności stawiałem na równi z Fabianem.
Z napięciem podniosłem wzrok ku niebu. Mogłaby się pospieszyć.
- Idzie! - stwierdził proboszcz, wskazując palcem na biegnącą w naszą stronę jasną postać.
Stanęła przed nami, zachłannie łapiąc powietrze.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała zmieszana. W ręku trzymała bukiet ze świeżo ściętych magnolii otulonych gałązkami świerczyny. Biała suknia falowała na porannym wietrze, a ciemne włosy, splecione w luźny warkocz, spływały po drobnym ramieniu. Zamiast welonu, który dla niej wybrałem, we włosy wplotła kwiat magnolii. Emanowała szczerą dobrocią, a jej klasyczne piękno upodabniało ją do smutnego anioła.
Uśmiechnęła się ciepło do kapłana.
- Możemy iść. Jestem wdzięczny, że zechciał ojciec po nas wyjść, choć uważam, że było to zbędne.
Wyciągnąłem ramię, by Elaine się na nim wsparła.
Błądziła wzrokiem po licznych krzewach i niewielkich drzewach, podziwiając z zachwytem piękno miejsca. Na moje szczęście zamek sąsiadował z kościołem, a dotarcie na plac kościelny zajmowało parę minut. Co jakiś czas proboszcz rzucał pojedyncze komentarze, próbując rozładować napięcie pomiędzy przyszłymi małżonkami. Ignorowałem je, za to Elaine zdawała się wzruszona postawą księdza. Gdy dotarliśmy na miejsce, zatrzymała wzrok na kamiennym krzyżu. Puściła moje ramię i cicho westchnęła. Chwyciłem ją za rękę. Usta starałem się uformować w uśmiech podobny do tego, jaki przed chwilą posłała do proboszcza.
- Cieszę się, że przyszłaś - rzekłem, siląc się na możliwie najczulszy ton. Proboszcz także uśmiechnął się pod nosem, zapewne nadal tłumacząc sobie zakłopotanie Elaine przedślubną tremą. Z racji tego, że nie należał do zbyt wysokich, stanął na porośniętej mchem skale, odpowiednio wyżej od nas. W ręku trzymał Pismo Święte. Uklękliśmy przed duchownym.
Rozpoczęła się ceremonia. Elaine zamknęła oczy i ze skupieniem słuchała kolejnych wersów, momentami ściskając mocniej moją dłoń, jakby przeżywała każde słowo. Z obojętnością obserwowałem jej wewnętrzne zmagania, gdy próbowała uwierzyć w narzuconą miłość. Pod powiekami uparcie więziła zbierające się łzy. Drżała z każdym kolejnym zdaniem padającym z ust kapłana. W końcu ksiądz połączył nasze dłonie stułą, a my przysięgliśmy wierność przed Bogiem, bo na miłość i uczciwość było już za późno. Zostaliśmy mężem i żoną.
Ceremonia szybko dobiegła końca, a proboszcz udał się do kościoła, by odprawić poranną mszę. Odchodząc, życzył nam szczęścia. Gdy zniknął za drzewami, delikatnie puściłem dłoń Elaine. Z jej oczu wyzierała głęboka melancholia, którą próbowała stłamsić uśmiechem. Wyciągnąłem dłoń w stronę jej twarzy, ale dziewczyna natychmiast się odwróciła, unikając mojego dotyku. Przytuliła do piersi bukiet.
- Magnolia? Wzięłaś na ślub żałobne kwiaty. Doprawdy, mogłaś od razu wybrać kalie. - Roześmiałem się gromko.
- Greta uznała, że te kwiaty będą mi pasować. Bardzo lubię magnolię i nie uważam jej kwiatów za żałobne - odpowiedziała pewnie, przykładając bukiet do twarzy. Zamknęła oczy, w skupieniu wdychając subtelny zapach roślin. Pochłonięta przez własne myśli, nawet nie zauważyła, że przejechałem ręką po jej luźnym warkoczu i przełożyłem opadający kosmyk za ucho.
- Ach, Greta, no tak. Miała ci pomóc w przygotowaniach. - Dotknąłem wpiętego kwiatu, który cudownie bielił się w jej włosach. - Niech będzie. Patrząc na ciebie, Greta spisała się doskonale. Chodźmy już, nie każmy jej czekać.
Wsparła się na moim ramieniu i westchnęła z niezadowoleniem, myśląc, że nie usłyszę. Udaliśmy się w kierunku zamku. Szliśmy wolno, pozornie lubując się swoją obecnością. Elaine, zamiast zachwycać się nowym małżonkiem, wpatrywała się w wyrastającą przed nami masywną wieżę. Cóż, zamek był wspaniały. Kręta droga prowadząca na wzgórze pozwalała na podziwianie wielu równie zachwycających widoków.
Rezydencję wzniesiono setki lat temu. Pierwotnie służyła jako warownia, jednakże z biegiem czasu straciła swoją obronną funkcję. Ukryta wśród gęstwiny drzew i otoczona fosą, stanowiła idealne miejsce dla osobnika stroniącego od obecności ludzi. Gdy przechodziliśmy przez bramę, Elaine zerknęła na wyrytą nad głównym wejściem inskrypcję, będącą datą kolejnej przebudowy: "1562 rok".
Z pewnością w czasach odrodzenia surowa gotycka warownia stała się bardziej ludzka. Kolejne zamieszkujące ją pokolenia stłumiły militarny charakter kolorowymi kwiatami, a kamienny most stał się tylko kolejnym romantycznym miejscem schadzek.
Osobiście miałem dosyć takich mostów.
Przed świtem obrośnięta zielenią budowla wydawała się niemal wyrwana z baśni, a płynąca spokojnie w fosie woda odbijała pomarańczowe pasma światła.
- Jak tu pięknie... - szepnęła Elaine, jakby zapominając o swoich drobnych dąsach. - Minęło prawie dwieście lat, odkąd twój zamek stał się bardziej przyjazny dla oka, a jednak... czas się dla niego zatrzymał.
- Nie taki diabeł straszny, jak go malują - odparłem z przekąsem, w duchu przyznając jej rację.
Mieliśmy tysiąc siedemset pięćdziesiąty siódmy rok, a kamiennych murów i skrytego w ich sercu mroku nie rozświetliło jeszcze światło panującej epoki. Być może dlatego, że zamek przez ostatnie sto lat stał praktycznie niezamieszkały przez właścicieli. Nie przeszkadzało mi to, miałem sentyment do wszystkiego, co ludzkie, czy tego wspaniałego połączenia beztroskiej radości z chwili i pamięci o śmierci. Och, broń Boże, nie neguję współczesnej filozofii! Człowiek to dla mnie najsłabsza trzcina na wietrze, ba, nawet najwątlejsza w przyrodzie, ale czy na pewno każda taka trzcina jest rozumna? Patrząc na zachowania wielu, śmiem wątpić.
Gdy weszliśmy do zamku, na korytarzu czekała na nas służba. Fabian i Greta starym zwyczajem przywitali nas chlebem i solą, zresztą całkowicie niepotrzebnie. Mimo licznych życzeń oraz gratulacji wyczułem u nich lekkie zmieszanie. Nie wiedzieli, jak powinni się zachować. Skoro ich nowy pan wziął ślub, a o żadnym weselu nie było mowy, samowolnie postanowili przywitać nas tym symbolicznym, ale jakże odważnym i miłym gestem.
Elaine przestąpiła z nogi na nogę. Zasłoniła się kwiatami, próbując ukryć oblewający ją rumieniec. Zastanawiałem się, czy mieniące się na jej rzęsach łzy wywołał smutek, czy też chwilowe wzruszenie.
Swawolny uśmiech nie schodził z moich ust. Chyba nie uwierzyła w prawdziwość tego małżeństwa?
Elaine niepewnie wyciągnęła bukiet w stronę Grety.
- Proszę, wstaw je do wazonu - poprosiła drżącym głosem.
Podałem Fabianowi opończę dziewczyny. Mimo porannego chłodu zapowiadała się przyjemna pogoda. Pierwszy dzień w nowym miejscu Elaine będzie jednak musiała spędzić beze mnie.
Musnąłem ustami jej dłoń i pokierowałem ją do komnaty gościnnej. Fabian uśmiechnął się pod nosem i zniknął w jednym z licznych pokoi przyległych do korytarza.
Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie ciemnozielone zasłony skutecznie chroniły przed ostrym światłem świtu. Na stole czekała bogata zastawa. Usiedliśmy w centralnej części, obok siebie, trzymając się za ręce.
Muszę przyznać, że Elaine dzielnie znosiła to całe małżeńskie przedstawienie. Choć sama nie wykazywała zbytniej inicjatywy, potulnie angażowała się w kolejne sceny, które kreowałem, by nie wzbudzić podejrzeń.
Pomiędzy licznymi uśmiechami dostrzegłem jej drżącą brodę.
Greta wróciła ze szklanym wazonem wypełnionym kwiatami magnolii i świerczyną. Ustawiła go na środku stołu, wśród wykwintnego jadła. Ukłoniła się nisko, po czym udała się z powrotem do kuchni.
Elaine zerknęła na mnie spod wachlarza długich rzęs.
- Może Greta i Fabian zjedliby śniadanie razem z nami? - zapytała.
- Służba jada osobno. Pomijając już ogólnie przyjęte zasady, czują się swobodniej we własnym gronie - odparłem od niechcenia, nakładając na jej talerz świeżo wędzoną szynkę.
- Masz więcej podwładnych? - Rozejrzała się po pokoju. Na ścianach wisiały liczne gobeliny, na których dało się rozpoznać sceny zaczerpnięte z różnych mitologii, zaczynając od greckiej, a kończąc na wyznaniach Celtów. Odniosłem wrażenie, że oczy ponownie utkwiła w płótnie przedstawiającym Perseusza i Meduzę. Parsknąłem śmiechem, przypominając sobie jej wczorajsze przejęcie obrazem Rubensa. Naprawdę musiała lubić tego stwora.
- Mamy - rzekłem twardo, ściągając na siebie wzrok dziewczyny. - Jeszcze ogrodnik oraz kucharz. Ale to i tak za mało, winno być więcej, jednak nie lubię się otaczać licznym gronem, gdy nie jest to konieczne. Moja droga, chyba nie sądziłaś, że we dwójkę daliby radę utrzymać całą rezydencję? Aż dziw, że dzisiaj w ogrodzie nie spotkałaś Filipa, skoro byłaś z Gretą po kwiaty. Chociaż to, jak na niego, wyjątkowo wcześnie...
- Byłyśmy tam tylko przez chwilę. Nikogo nie dostrzegłam. - Łypnęła na zawartość swojego talerza, na który zdążyłem nałożyć jajecznicę i ciemny chleb. - Bardzo dziękuję, ale nie jestem głodna.
- Nalegam. Obiady będziemy jadać osobno, więc nie będę mógł cię upilnować. Jesteś blada, wolałbym, abyś nie zasłabła podczas naszego pierwszego spaceru. - Przegryzłem słowa białym pieczywem.
- Zaiste, to z przejęcia. W końcu związałam swoje życie z człowiekiem, którego praktycznie nie znam. - Wbiła wzrok w zastawę. - Dziękuję za posiłek, ale nie będę jadła.
Pokręciłem głową z dezaprobatą.
Cóż za rozkapryszona dziewucha. Widownia zniknęła, więc jak każda kobieta, wreszcie musiała dać upust niezadowoleniu, by później móc się dalej wcielać w rolę zakochanej żony. Przyznaję, że nieco zaskoczyła mnie jej reakcja. Pozytywnie. Od chwili przybycia do zamku była zdecydowanie zbyt pokorna. Nie mogłem pozwolić, by wyrzuty i podłe nastroje, które jeszcze nie raz będą ją nawiedzać, odbijały się na kruchym zdrowiu tej cierpiącej istoty.
- To nie tak, jak myślisz... Doceniam starania, ale po prostu jest dla mnie zbyt wcześnie na posiłek. Zjem za dwie godziny. - Zasłoniła ręką usta. - Pachnie i wygląda wyśmienicie.
Uniosłem lewy kącik ust.
- Rozumiem, nie przywykłaś do śniadań. Jeśli nie zjesz, Bramowi będzie przykro, ale jak wolisz - mruknąłem, patrząc na nią kątem oka. - Będę zaszczycony, jeśli mimo tego dotrzymasz mi towarzystwa przy posiłku. Postaram się nie przedłużać. Na wino też nie nalegam, jest wczesna pora, jednak mała lampka na rozpoczęcie dnia mi się przyda. - Nie szczędząc trunku, napełniłem kieliszek. - Wszystko zostaje w tych murach, moja droga. - Podniosłem naczynie do ust i wypiłem jednym haustem, ciesząc się smakiem ulubionego jerez, którego poskąpił mi Albert.
- Dziękuję... Przeproszę go za kłopot, gdy tylko nadarzy się okazja - wyszeptała. Rzuciła okiem w kierunku kuchni, z której dochodził hałas.
Chrząknąłem głośno. Fabian z Gretą zjawili się w mgnieniu oka. Na moje polecenie kamerdyner podszedł do Elaine. Dziewczyna wstała, niezdarnie odsuwając krzesło. Służący wyjął z kieszeni niewielkie drewniane puzderko. Ukłonił się i wyciągnął dłonie w stronę mojej nowej żony. Skinęła w podzięce i niepewnie przyjęła upominek.
- To dla ciebie - rzuciłem, biorąc do ust ostatni kęs wędliny. - Nie otworzysz?
Wolno uchyliła wieko. Wnętrze puzderka wyścielał biały jedwab, w którym zatopiony był srebrny półksiężyc. Na środku wisiora mienił się starannie wyszlifowany ametyst.
- Ja... To nie było konieczne, naprawdę. Bardzo dziękuję, jest piękny - wydukała, błądząc wzrokiem po dębowym parkiecie.
- Lunula. Ametyst pochodzi z tutejszych gór. Oj, no dalej, nie bądź już taka zaskoczona! Możesz potraktować ten wisior jako zadośćuczynienie za brak wesela. Albo jako prezent ślubny od kochającego męża. Obrączkę ma każda. Greto, pomóż mojej żonie się przebrać - odezwałem się do służki, która w skupieniu obserwowała całą scenę, a jej obecność zdradzały tylko dyskretnie wymykające się z piersi westchnięcia. Na dźwięk mego głosu poprawiła okulary, następnie wskazała Elaine, by z nią poszła.
- Klasyczna biała suknia idealnie podkreśla twoją grecką urodę, jednak nalegam, by Greta wybrała ci coś odpowiedniejszego na co dzień. - Kiwnąłem do służki. - Poczekajcie chwilę.
Greta przytaknęła. Elaine spoglądała z niedowierzaniem to na mnie, to na drewnianą szkatułkę, która skrywała wisior.
Wstałem, zostawiając po sobie pusty talerz. Wyciągnąłem dłoń do żony, która drżącą ręką podała mi puzderko. Uśmiechnąłem się najmniej fałszywie, jak tylko mogłem, i poprosiłem, aby się odwróciła. Sprawnie zawiesiłem naszyjnik na jej smukłej szyi.
- Jest wspaniały... - wymamrotała, dotykając biżuterii, gdy już opadła na jej piersi.
- Wiedziałem, że ci się spodoba - szepnąłem Elaine do ucha. Jej włosy pachniały kwiatami magnolii.
Pokraśniała i odsunęła się ode mnie gwałtownie. Pogładziłem się po brodzie i zwróciłem się do Grety, która także zdążyła spłonąć rumieńcem.
- Zostaw magnolię we włosach. Niech sama opadnie.
Greta przytaknęła. Opuściłem pokój, Elaine zaś odprowadziła mnie wzrokiem. Udałem się na poranny spoczynek do biblioteki.