W Pasie Oriona - Krzysztof Wacławiec

Kup ebooka

33.75 zł
27.00 zł (33,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

(2)

- Alojz nie żyje - powiedział Maks, gdy tylko minął w progu starą Cichocką, matkę Alojza. Bardziej wyrzucił to z siebie, niż powiedział. Bez powitań i bez wstępów, do starej i młodej Cichockiej.

Stara Cichocka, Frida, od lat całymi dniami tkwiła u wejścia do domu, z nikim nie rozmawiała i nikt z nią nie rozmawiał. Ubrana po chłopsku, teraz już prawdziwa staruszka. Zasępiona, pomarszczona twarz ukryta pod chustą ciągle lekko drżała, ręce miała nieruchome, równo przyciśnięte do ud. Zamilkła, odkąd owdowiała w 1921 roku. Wszyscy się przyzwyczaili do tego, że nie mówi, choć z córką Franią i synem musiała rozmawiać, gdy byli małymi dziećmi. Maks bał się jej od zawsze, jak rozpaczy, jak cichej pustki po wystrzale w lesie.

Wszedł do kuchni. Tam przy stole siedziała Adela. Sama, dziecko położyła już spać. Czekała, wiedziała, że przyjdzie. I przeczuwała, z czym przyjdzie. Maks i Alojz byli razem w wojsku - i w polskim, i w niemieckim. Razem przyjeżdżali na przepustki, wysyłali listy w jednej kopercie. A potem przepadli na długi czas, listy przez trzy lata nie przychodziły. Zawsze razem. To czemu teraz razem nie wrócili? Za oknem zapadał zmrok, ogień pod blachą w piecu zaskwierczał, drzwiczki zaskrzypiały i stuknęły.

Cały świat jakby się zawalił i zapadł pod nogami. Przełknęła słowa, które uwięzły w gardle, przełknęła rozpacz. Nie spojrzała na niego, głowa opadła na stół, rękoma mocno chwyciła obłożone białym obrusem krawędzie. Tam, pod nim - głęboka otchłań. Otchłań, w której na zawsze utkwiła teściowa.

Chciał ją jakoś pocieszyć, ale nie potrafił. Wiedział, że trzeba coś jeszcze powiedzieć, usiąść przy stole, wspomnieć coś dobrego. Załagodzić, zamknąć ranę - ale nie znalazł słów. Przed wojną znali się dobrze, prawie codziennie ją widywał. A teraz stał nieobecny, jakby go tam nie było, myślami już w domu, przy żonie, przy Annie. Ciążyły mu łzy Adeli. Czuł, że jest do niczego, że przestał być człowiekiem, skoro nie potrafi okazywać współczucia ani czułości. Nie było w nim tego. Ani miłości, ani radości, jedynie wola przetrwania i strach przed każdym kolejnym dniem. Po pięciu latach wszystkiego trzeba nauczyć się od nowa. Ale jak?

Pierwsze od powrotu popołudnie spędził w domu z żoną Aną (teraz już Anną). Dwójka małych dzieci wpatrywała się w niego, a on milczał, nie wiedział, co powiedzieć. Bolały go te spojrzenia. Obcy we własnym domu. Zapytałem:

- Jak tam było, tato?

W odpowiedzi wydusił:

- Ciężko.

Pierwszy raz od trzech lat umył się w ciepłej wodzie i założył czystą bieliznę. Pierwszy raz od trzech lat mógł się położyć w łóżku obok żony, ale nie potrafił. Uciekł ze złą wiadomością do Cichockich.

- Ida do Alojza. Woło mie - powiedział do żony, która czekała na niego obok pieca kaflowego w sypialni. I poszedł.

Kiedyś, gdy wracał z frontu do domu, szybko się sprawował, jak na komendę. Tak zostałem poczęty - na przepustce zimą 1935 roku. Magdalena - na przepustce tuż przed wojną w 1939. A w 1941 roku brat, który nigdy nie dostał imienia.

Adela wytrzymała, podniosła głowę, zwolniła żelazny uścisk.

- Jak zginoł? - zapytała.

- Zmar w lazarecie, od ran, długo go leczyli. Zaroz po wojnie.

- A kaj grób?

- W Szkocji.

Odszedł. W progu minął matkę Alojza, Fridę Cichocką. Trzymała przed twarzą drżące ręce, jakby je czytała albo jakby chciała, ale nie mogła zakryć oczu. Jej dłonie drżały tak mocno, że Maks chwycił je bez namysłu, żeby to drżenie zatrzymać. Teraz drżały w jego rękach, lodowate, powleczone cienkim pergaminem skóry. Pomógł je odłożyć z powrotem na uda. Przylgnęły do nich mocno i się uspokoiły.

(1)

Maks nie wybrał sobie miejsca urodzenia, przyszedł na świat w 1915 roku w Rybniku. Gdy siedem lat później na Śląsku odrodziła się Rzeczpospolita, stał się Maksymilianem, a po ponownym zagarnięciu go przez Rzeszę wrócił Max. Kiedy jego wojenna tułaczka dobiegła końca, administracja ludowa nadała mu imię Maksym. W końcu wygrał Maksymilian, bo tak stoi na jego grobie. Imiona różne, ale człowiek ten sam, te same kości, ta sama skóra i to samo wypełnienie. Identyczne zmysły chłonące ten sam świat i jedna dusza wierna temu samemu Bogu.

Litery i cyfry to nasze pierwsze i najważniejsze odzienie. Zamieszczone w rejestrach i kartotekach, w księgach i książeczkach, dowodach, legitymacjach, decyzjach, postanowieniach, wezwaniach i powołaniach, aż wreszcie na płycie nagrobnej. W nich zapisano cały los, a to, co zapisane, jest pewne i prawdziwe. One określają nas tak samo jak kolor skóry, oczu i włosów. Jak obute lub bose stopy, porządne lub nędzne ubranie, pusta lub pełna miska.

Maks na wojnie nosił kolejno trzy mundury: Wojska Polskiego II RP, Wehrmachtu i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Przed wojną i po wojnie ubierał się jak każdy inny karlus: do kościoła - ancug, na pole - łachman, a w pracy - fartuch masarski.

W 1946 roku, gdy po raz pierwszy ujrzał swoją sześcioletnią córkę, a jego córka pierwszy raz w życiu ujrzała swojego ojca, oboje pomyśleli: "Ma moje oczy. Ma ten sam błękit w oczach co ja".

- Magda! Pódź zy mnom, ida na stacja. Przyjechali, może i twój tata przyjechoł - powiedziała pani Cichocka, sąsiadka. - Dej ronczka, pódź.

I poszli we trójkę: pani Cichocka z pięcioletnim synem Olesiem i z Magdaleną, moją siostrą. Minęli skrzyżowanie, na którym u wejścia do Szynku u Diobła na schodach siedział włóczęga w brudnej i porwanej kurtce. Magdalena prześlizgnęła po nim wzrokiem; czuła niepokój, ale i ogromną ciekawość: "Jak on wygląda? Kto to jest ten ojciec? Ten tata? Ten, na którego tak długo czekam, którego może dziś spotkam? Czy jest podobny do wujka Paula? Czy może niższy, taki jak Karlik od cioci Wandy, a może wygląda tak jak ten obdartus spod szynku?".

Mijali wielu dorosłych: jedni milczeli, inni rozmawiali - śmiali się i płakali ze szczęścia albo ze smutku. Kroczyli ze spuszczonymi głowami albo rozglądali się wkoło, szukając w tłumie znajomej twarzy. Jedni przez nikogo nie witani, innych obejmowały już kobiety. Któraś z nich zarzuciła ramiona na szyję rosłego żołnierza i całowała go namiętnie w usta. Szli, a Cichocka z dziećmi przeciskała się między nimi. Były też inne dzieci, plątały się pod nogami, a te szczęśliwe przytulały się do swoich ojców.

"Ojciec, kto to jest ojciec?", myślała Magdalena. Emocje zgromadzonych ludzi potęgowały w niej napięcie. Minęli pierwszy most na rzece Nacynie i doszli do drugiego nad kanałem, który doprowadzał wodę do młyna. Magdalena patrzyła na przelewające się z łopaty na łopatę snopy srebrzystej wody. Z komory koła wodnego zawiało chłodem i wilgocią. Tuż za młynem zakwitła wiśnia, jej słoneczny zapach niesiony gorącym podmuchem przykrył wilgotne wyziewy. Nagle Cichocka przyciągnęła ją lekko do siebie, nachyliła się i powiedziała:

- To jest twój tata!

Zobaczyła przed sobą postawnego mężczyznę w beżowordzawym battledressie i w czarnym berecie założonym na bok, z zawieszonym na barku dużym workiem. Zatrzymał się przed nimi i rzucił worek na ziemię. Tobołek zadzwonił, zachrzęścił i stęknął, wypuszczając powietrze. Był tak duży jak ona, zielonoszary, związany skórzanym paskiem, z szeroką taśmą do noszenia. Nieufnie zmierzyła go wzrokiem, po czym przeniosła spojrzenie na zniszczone buty ojca. W cholewie prawego buta zauważyła kawałek drewnianego trzonka. A więc tak wyglądają buty ojca.

- To ty, Maks? - zapytała Cichocka niepewnie.

- Jo - odpowiedział i z ciekawością spojrzał na dzieci. - To twoje?

Cichocka popchnęła zesztywniałą Magdalenę do przodu. Dziewczynka oparła się szturchnięciu i dalej stała jak wryta, a bose nogi złączyła piętami. Dziwne uczucie niepokoju zmieszanego z pragnieniem rozpaliło jej policzki. Stała z oczami wlepionymi w ogromne, podarte buciory. Maks popatrzył z góry na małą słomianą główkę z dwoma rzadko zaplecionymi warkoczykami.

- To twoja - oznajmiła kobieta.

Schylił się i przykucnął. Spróbował spojrzeć jej w twarz. Magdalena jeszcze niżej spuściła głowę, żeby ukryć łzy, które nabiegły jej do oczu. Delikatnie wziął ją na ręce. Nie opierała się, choć cała się usztywniła. Pozwoliła się podnieść, a potem przytulić. Nikt prócz matki nie brał jej dotąd na ręce. Poczuła jego ciepło - nie takie jak od mamy, wewnętrzne i miękkie, pachnące mlekiem i obiadem, ale powierzchowne i odsłoneczne, a pod kurtką twarde i żylaste. Nieznany zapach żelaza, dziegciu i oleju maszynowego wyparł zapach kwitnącej wiosennej wiśni.

"To nie maszyna, to nie żołnierz, przed którym trzeba uciekać, to dobry człowiek, to tata", pomyślała. Powoli rozluźniła napięte mięśnie i zarzuciła mu ręce na szyję. Wstał i odchylił głowę do tyłu, by przyjrzeć się jej z bliska. Magdalena podniosła oczy i popatrzyła na spaloną słońcem, ogorzałą od wiatru twarz z drobnymi igiełkami zarostu. Spojrzała mu w oczy i pozwoliła ojcu spojrzeć w swoje.

"Jak to jest, pomyślał Maks, że to młode życie jest tak podobne do starego? I to do nas obojga jednocześnie. U cieląt też tak jest: są podobne i do krowy, i do byka. Ten świat jest skomplikowany i prosty zarazem".

- A Alojza żeś widzioł? - zapytała Cichocka.

- Niy, niybyło go w pociągu - odrzekł bez zastanowienia. Dobrze wiedział, że nie było go w tym pociągu i nie będzie go w żadnym następnym. Ale o Alojzie zamierzał jej powiedzieć później.

- To ida - stwierdziła i pociągnęła za sobą Olesia.

Postawił Magdalenę na chodniku, nabrał głęboko powietrza i przetarł zarośniętą skórę na twarzy, aż zachrzęściło. Zarzucając sobie wór na ramię, odezwał się:

- Prowadź du dom!

Kiwnęła głową, aż wesoło zatańczyły warkoczyki. Podała mu rączkę, uśmiechnęła się i cicho, ledwie słyszalnie rzekła:

- Chodź.

Ktoś przechodzący obok pozdrowił go:

- Witej, Maks!

- Witej, Achim - odpowiedział. - Tyś już jest?

- Ja, jo już w zeszłym roku przyjechoł.

- I co?

- Obejrzysz. A tyn mundur seblycz i zakop.

Zakopał za stodołą, obok tego, który zakopał we wrześniu 1939 roku. W bezpiece się nie spieszyli, ale jak już go wezwali, to długo przesłuchiwali. Ludzie, których nie znał, inni, ze wschodu, zadawali mu różne pytania. Bał się jak nigdy dotąd. W 1940 roku, gdy Niemcy wrócili, też się bał. Pytania były wtedy podobne, ale prostsze, a przesłuchanie krótsze. Nie dociekali. Szło się do Wehrmachtu albo za stodołę, czasem do lagru. A co z rodziną? Kto to może wiedzieć?

Ci, którzy wygrywają wojnę, biorą ciebie, twoją żonę i rodzinę jak rzecz, zagarniają twój dom i ziemię, twoją ulicę, twoje miasto i zawsze sprawdzają, co robiłeś wcześniej. Jak odpowiadali przesłuchiwani? Czy mówili prawdę? Służyli po drugiej stronie? A może kłamali, że siedzieli w domu (trzeba bowiem pamiętać, że władza zawsze ma szeregi gorliwych donosicieli)? A jeśli już służyli, to faktycznie wzięli ich siłą, ale nie strzelali? Albo tylko w powietrze?

Ojciec nie chciał na wojnę. Chciał zostać w domu, żyć w zgodzie z sąsiadami: z Niemcami, Żydami, Czechami. Ślązak to Polak, Ślązak to Czech. Byli i Żydzi, i Niemcy Ślązacy; może i są nadal. To ziemia nas określa. Ojciec nie chciał na wojnę. Wiele lat później ja chciałem i gorzko tego pożałowałem.

Przesłuchanie wytrzymał. Pomogła głęboko zakorzeniona rodzinna mądrość: zginąć jest łatwo, przeżyć to o wiele trudniejsza sztuka. I jeszcze jedna: zawsze trzeba liczyć na lepsze czasy. Świnia czy krowa prowadzona na rzeź wie albo czuje, co ją czeka, jednak do końca ma nadzieję, że to może nie to. Że jakoś się wywinie. Inaczej łatwo postradać rozum i jest po wszystkim. Maks dobrze to wiedział.