Statek znowu skoczył tak raptownie, jak koń, uderzony
niespodziewanie ostrogą; kilku podróżnych z wyższego pomostu I-ej
klasy zleciało z trzcinowych foteli na sąsiadów, ja uderzyłem głową
jakiegoś jasnowłosego olbrzyma, schowanego w żółty waterproof.
- Do djabła! - zaklął po polsku.
Odpowiedziałem również energicznie, bo jednocześnie uderzyłem
ramieniem w poręcz fotelu.
- O, rodak! - zawołał, pomagając mi wrócić do równowagi.
- Tak!
Zajrzeliśmy sobie w oczy zbliska, bo tylko jedna latarnia,
przyczepiona do masztu, słabo oświetlała pomost.
- Widziałem obywatela w Paryżu, na Łuku Triumfalnym.
- Istotnie, byłem... - ale nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy.
- Obywatel z Królestwa? - zapytałem, aby coś powiedzieć.
- Ze świata! - odpowiedział zimno.
Nie pytałem się więcej, i siedzieliśmy w milczeniu.
Morze w dalszym ciągu pieniło się w bezsilnej złości. Świst wichru
i rytmiczny łoskot machin okrętowych zlewał się z burzliwym i
dzikim krzykiem morza, które ze wszystkich stron, falami
powichrzonemi, błyskającemi gipjurą pian, szło, rzucało się, biło
bezustannie w boki żelazne statku i spadało zmiażdżone w otchłanie,
ze zgiełkiem, podobnym do łkania złości bezsilnej.
Noc bez chmur i bez gwiazd przysłoniła zielonawą czarnością
przestrzenie, wsączała się cicho w morze i jakby obejmowała je w
swoją moc posępną. Czuło się jej chłodne i wilgotne dotknięcie. Ta
świadomość, że się jest zawieszonym pomiędzy dwiema otchłaniami,
wody i przestrzeni, że się jest na łasce żywiołu, który co chwila
miota się w paroksyzmie wściekłości, i czyha, aby pochłonąć
wszystko, co mu się opiera, przenika dziwnym dreszczem rozkosznego
niepokoju. Siedzi się oczarowanym i jest wtedy prawdziwą rozkoszą i
wiatr, i burza, i smaganie - żyje się życiem morza.
Płynie się na grzbietach fal, połyskujących jakąś dziwną
białością, niby zarysami bladych widm, i słucha się głosów morza.
Nie czuje się wtedy ani obawy, ani życia, czuje się tylko, że jest
dobrze o niczem nie wiedzieć i nie myśleć, biernie poddawać się
fali i płynąć w tę noc, przy śpiewie orkanu. Dusza jakby się zlewa
z ciemnością i rozprasza w przestrzeniach. Latarnie strażnicze
dalekiego jeszcze Newhavenu zaczęły przebłyskiwać, a potem pyliły
się złotemi gwiazdami, niby jutrznie na czarnym widnokręgu.
Głosy fal potężniały, statek rzucał się coraz bardziej i jakby
uciekał szybciej od tych chłodnych i złych uścisków morza.
Zeszliśmy do kajut, bo trąby okrętowe zaczęły ryczeć, a łańcuchy
świateł portowych wyłaniały się zupełnie z nocy.
Rodak przedstawił mnie jakiemuś Chińczykowi, którego nazwał swoim
przyjacielem, i siedliśmy razem do herbaty i pogawędki.
- Do Londynu jedziecie?
- Tak, jeździmy co miesiąc.
Chińczyk o rysach wysubtelnionych, jakby to była jedna z tych
figurek, rzeźbionych przez jego rodaków z taką maestrją, milczał.
- Przyjaciel mój nie rozumie ani po polsku, ani po angielsku, ale
to dzielny chłop. Poznaliśmy się w Formozie. Ja byłem w Legji, on
przedstawiał podobno Czarne chorągwie, ofiarowano mu narazie
stryczek, ale w drodze łaski pozwolono żyć. Poznaliśmy się w Pambo,
zżyli, dopasowali i dobrze nam z tem.
- Dobrze pan zna Londyn? - spytałem, bo mi błysła myśl, że może
zna adres palarni opjum, o której wiedziałem, iż jest w Londynie,
ale adresu dostać nie mogłem znikąd, pomimo gorączkowych
poszukiwań.
- Znam dosyć dobrze.
- Może pan wypadkiem wie co o palarni opjum?
Polak odsunął się nieco, spojrzał bystro na mnie, powiedział kilka
słów do Chińczyka, z którym zamienił spojrzenie porozumienia, bo
jakiś uśmiech tajemniczy i słaby przeleciał im po twarzach, i
zwrócił się do mnie.
- Paliłeś już pan kiedy?
- Nie, nigdy, ale chciałbym. Chciałbym sprawdzić, o ile faktyczne
wrażenia palacza opjum są podobne do snutych na ten temat.
- Pomiędzy opisami a rzeczywistością jest bardzo małe
podobieństwo. Wrażenia te są wprost niemożebne, aby je opisać lub
opowiedzieć.
Spojrzałem na niego zdziwiony, bo kiedy kończył, oczy mu się
przysłoniły jakby mgłą, twarz znieruchomiała i cofnęła się w głąb,
a na ustach wił się dziwny uśmiech omdlewania.
- Znam to dobrze. Byłem dość długo w Chinach, a zresztą i w
Londynie istotnie jest miejsce, gdzie można wypalić fajkę opjum.
- Więc znacie adres? - zawołałem uradowany.
- Ba! Jesteśmy stałymi abonentami - odpowiedział cicho.
Zacząłem go prosić bardzo o wprowadzenie. Zamienił kilka słów z
Chińczykiem i załatwiliśmy interes krótko. Trzeba było dwóch
rzeczy: mieć funt na zapłacenie wejścia i dać uroczyste słowo
niezdradzenia tajemnicy.
Wsiedliśmy w Newhaven do pociągu londyńskiego, a w kilka godzin
stanęliśmy już na stacji Victoria.
Zamieniliśmy bilety i umówiliśmy na godzinę 8-mą wieczorem
spotkanie.
Z ogromną niecierpliwością czekałem tego wieczora. Zaledwie mi się
udało namówić mego towarzysza, aby należał do tej wycieczki, bo sam
trochę się obawiałem puszczać z ludźmi nieznajomymi i w nieznane
dzielnice Londynu.
O 8-mej już moi znajomi byli. Wsiedliśmy w Charing Cross do
pociągu i pojechali w kierunku Bridge Tower i Doków.
Po godzinie przeszło jazdy wysiedliśmy na jednej z krańcowych
stacyj, stamtąd "cab'em", i wpół godziny stanęli przed długim domem
z czerwonej cegły.
Tu była palarnia.
***
Rodak załatwił wszystkie formalności, a ja z doktorem
wszedłem do wysokiej i długiej sali.
Kilkanaście osób już tam było, i coraz ktoś wchodził.
Usiadłem na jednej z sof, które stały pod ścianami, w gąszczach
olbrzymich palm. Elektryczne światło z zielono-złotych tulipanów,
kołyszących się u sufitu i w gałęziach krzewów, wlewało barwny
mrok. Białe, puszyste dywany tłumiły kroki. Cicho było. Ci, którzy
mówili, mówili szeptem powolnym, reszta rozciągała się w milczeniu
na żółtych jedwabnych sofach.
Wodotrysk na środku sali wyrzucał ogromną kaskadę
rozpylonej w mgłę wody i mienił się wszystkiemi barwami.
Zabarwiona reflektorami woda podobna była do tęczy,
buchającej cudownym słupem światła z głębi marmurowego basenu, i
dzwoniła jakąś melodję nieopisanie słodką.
Ze srebrnych kadzielnic w niszach płynęły lekkie, niby
słoneczne pasma dymu, kołysały się w mroku i rozwłóczyły po sali
mgły denerwującej woni.
Wachlarze z olbrzymich białych piór strusich, osadzone w
bronzowych trzonach, osłaniały niektóre sofy.
Tyle było piękna artystycznego w urządzeniu sali owej, że
się z rozkoszą wciągało tę harmonję barw żywych, a przysłonionych,
świateł przyciemnionych, konturów łagodnych, jedwabiów miękkich,
ciszy pełnej szmerów fontanny i plusku długich, zielonych, o
płaskich głowach wężów w basenie.
Już bez opjum można było śnić rozkosznie.
Światła przygasły zupełnie, tylko ten słup wody świecił
złotem, rubinem, chalcedonem i szmaragdem.
Z nisz szły jakieś istoty małe, z płomyczkami w ręku,
rozpraszały się po sali i ginęły w ciemnicach palm.
Dreszcz mnie dziwny przejął całego i obezwładnił.
Przymknąłem oczy z jakąś trwogą rozkoszną. Dotknięcie jakieś
delikatne i usłyszałem głos niezmiernie dźwięczny. Podniosłem
powieki: przede mną, o ilem mógł rozpoznać w tym mroku, stała młoda
dziewczyna, jedna z tych cudnych, filigranowych, uosabiających
wdzięk i słodycz, Japonek. Była tak piękna, że mi się wydała
widzeniem raczej, niż kobietą; nie mogłem oczu oderwać od niej.
Podała mi długi, zakończony ogromnym bursztynem, cybuch. Wziąłem go
w usta, a ona przyklękła i swojemi śmiesznie małemi rączkami
ulepiła stożek opjum, włożyła w otwór fajki, zbliżyła płomyk i
cicho, najczystszą angielszczyzną szepnęła:
- Wciągnij pan wszystek dym w siebie.
Usłuchałem.
Poczułem obrzydliwy, wstrętny wprost zapach spalonego
opjum. Ociężałość niezmierna zaczęła się rozlewać po moich żyłach,
powieki mi zapadły, fajka wysunęła mi się z rąk, ale jej nie miałem
siły zatrzymać. Czułem, że spadam, chciałem się zerwać, ostatkiem
świadomości rzuciłem się naprzód, ale ból dziwny i mocny mię
przeniknął, i pamiętam, że leciałem w ten basen czarodziejski.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.