Przeżywałem wtedy jeszcze
porę złudzeń i rozporządzałem kapitałem około 4000 franków, który
wydawał mi się bogactwem niewyczerpanem, gdy do uszu mych doszła
wieść o Rosji, jako o istnem Eldorado dla wszelkiego rodzaju mniej
lub więcej biegłych artystów. Wierzyłem w swój talent, a przeto
postanowiłem udać się do Petersburga.
Postanowienie to bezzwłocznie doprowadziłem do skutku. Byłem
samotnym, nie miałem rodziny, długów - również. Musiałem tylko
zaopatrzyć się w kilka listów polecających oraz paszport, co nie
zajęło mi wiele czasu, a tydzień nie minął, jak byłem w drodze do
Brukselli.
W stolicy Belgji zatrzymałem się przez dwa dni. W Liége -
dzień jeden. Tu, w archiwum miejskiem, ujrzałem pewnego starego
kolegę szkolnego, to też nie chciałem ominąć okazji widzenia się z
nim. Powiedziałem mu o swym zamiarze zwiedzenia największych miast
Prus oraz miejsc znanych bitw. Ale ten zaczął się śmiać, mówiąc że
w Prusach ludzie się zatrzymują nie tam gdzie chcą, ale tam gdzie
to się podoba konduktorom, w których dyspozycji pasażerowie są
całkowicie. I rzeczywiście, przez cały czas podróży od Kolonji po
Drezno, gdzie miałem chęć zatrzymania się przez trzy dni, pozwalano
nam wychodzić z dyliżansu tylko na obiad i na to wyznaczano ściśle
tylko tyle czasu, ile trzeba, by się nasycić.
Przez trzy dni takiego pozbawienia wolności, przeciwko
któremu nikt z pasażerów nie protestował - tak dalece było to
powszechnem w królestwie Jego Królewskiej Mości, Fryderyka Wilhelma
- przybyliśmy do Drezna.
Nie będę opisywać szczegółowo, jak dostałem się do Rosji.
Począwszy od Wilna, podróżowałem końmi tym samym szlakiem, którym
przed dwunastu laty kroczyła armja Napoleona do Moskwy.
Bardzo pragnąłem obejrzeć Smoleńsk i Moskwę, ale, by je
widzieć, trzebaby zrobić około dwustu wiorst nad program, a to było
dla mnie niemożliwością. Spędziwszy jeden dzień w Witebsku i
obejrzawszy dom, w którym przez dwa tygodnie mieszkał Napoleon,
wsiadłem do budy, w jakiej jeżdżą kurjerzy po Rosji.
Nazywa się tu taka buda "pierekładnaja", ponieważ konie są
przekładane, czyli zmieniane na każdej stacji.
Do takiej budy zaprzężono trzy konie. Jeden z koni,
środkowy, pędził, trzymając łeb prosto, a dwa boczne - spuściwszy
łby i odwróciwszy je na obie strony.
Jechałem teraz szlakiem, którym odbywała swą podróż na Krym
Katarzyna Wielka. Nazajutrz wieczór przybyłem do Wielkich Łuk.
Drogi były tak dalece złe, a mój "ekwipaż" tak strasznie trząsł się
- że chciałem początkowo zatrzymać się tu, aby choć trochę
wypocząć, ale rozmyśliwszy się - ruszyłem dalej. Do Petersburga
pozostało mi około 170 wiorst. Bezcelowem jest mówić, że przez całą
tę noc oka nie zmrużyłem, trzęsąc się w tym ekwipażu, jak orzech w
skorupie. Nieraz usiłowałem jakoś przystosować się do swego
drewnianego siedzenia, na którem leżało coś w rodzaju skórzanej
poduchy, grubości zeszytu szkolnego, cóż, kiedy raz po raz
staczałem się z niej i musiałem znowu gramolić się na swe miejsce,
ubolewając w duszy nad nieszczęsnymi kurjerami rosyjskimi, którzy
zmuszeni są robić po 1000 wiorst w takich okropnych budach.
W każdym innym ekwipażu mógłbym czytać. Tu również
kilkakrotnie próbowałem czytać, ale już przy czwartem czy piątem
zdaniu książka wypadała mi z rąk a gdy się schylałem, by ją
podnieść, to dostawałem tęgi cios w głowę lub w plecy. To szybko
wyleczyło mnie z chęci czytania w drodze.
Nazajutrz o świcie byłem już koło Beżanic, niedużej wioski,
a czwartego dnia w Porchowie, starem mieście, położonem nad rzeką
Szełoń. Była to połowa mej drogi. Czułem wielką pokusę zanocowania
tutaj, ale "pokój dla przejezdnych" w tutejszym hotelu był tak
niechlujny, że wolałem udać się w dalszą drogę, Prócz tego mój
woźnica upewnił mnie, że droga dalej będzie o wiele lepszą i to
skłoniło mnie do zdobycia się na krok tak heroiczny.
Dalej popędziliśmy galopem, więc też jeszcze bardziej
rzucało mną i potrącało w budzie. Woźnica, po rosyjsku jamszczyk,
siedząc na koźle, śpiewał jakąś pieśń smętną, żałośną, płaczliwą,
której słów nie rozumiałem wcale, ale której motyw żałosny tak
bardzo odpowiadał memu smutnemu nastrojowi. Gdybym wam rzekł, że
chociaż na godzinę przymknąłem oczy tej nocy, to powiedziałbym
nieprawdę. Podrzucanie było tak wielkie, że nawet sam woźnica tylko
z trudem utrzymywał się na siedzeniu. Przyszła mi wtedy do głowy
myśl: a możeby tak zamienić się z nim miejscami? Cóż, kiedy mimo
wszelkie tłomaczenie mu - nie mógł mnie zrozumieć. Zresztą, może
się nawet obawiał przystać na to, podejrzewając, że w tym razie nie
wykona swego zobowiązania? Pojechaliśmy dalej: woźnica nucił swoją
pieśń dalej, a ja nie przerywałem swego mimowolnego tańca w
budzie...
Około godziny piątej przybyliśmy do wsi Horodec, gdzie
zatrzymaliśmy się na śniadanie. Chwała Bogu! Stąd do celu mej
podróży było nie więcej ponad pięćdziesiąt wiorst.
I oto znowu siedzę w budzie. Zapytałem woźnicę, czy nie
można opuścić osłony budy? Ten odparł, że niema nic łatwiejszego na
świecie.
W Łudzę przyszła mi do głowy inna, nie mniej wspaniała myśl:
usunąć deskę na której siedzę, nasłać jaknajwięcej słomy, a pod
głowę zamiast poduszki podłożyć swój płaszcz. W ten sposób, dzięki
tym stopniowym ulepszeniom, dobiłem się możności jechania mniej
więcej znośnie. Przyjechaliśmy do Gatczyna; tu woźnica wskazał mi
pałac, w którym mieszkał car Paweł I podczas całego panowania
Katarzyny Wielkiej. Następnie w Carskiem Siole widziałem pałac, w
którym mieszkał car Aleksander I, ale że byłem bardzo zmęczony
drogą, tedy zadowolniłem się tylko obejrzeniem tych pałaców zdala,
ślubując sobie, że obejrzę je kiedyindziej gruntownie w lepszych
warunkach.
Za Carskim siołem złamała się oś powozu, który jechał przed
nami, skutkiem czego ekwipaż ten przewrócił się. Wyskczył z niego
jakiś wysoki, szczupły jegomość, trzymając w jednej ręce cylinder,
a w drugiej małe skrzypce. Jegomość ten był czarno ubrany, tak jak
ubierano się w Paryżu w 1812 roku: miał na sobie krótkie spodnie,
jedwabne czarne pończochy i pantofle z klamerkami. Stanąwszy na
ziemi, jął najprzód tupać prawą nogą, poczem lewą, następnie jął
skakać, oczywiście, chcąc się przekonać, czy niczego sobie nie
złamał. Uznałem za niestosowne przejechać Koło niego, bez
zatrzymania się i bez zapytania, czy nie przydarzyło się mu jakieś
nieszczęście.
- Żadne, monsieur, - odparł jegomość,- jeśli nie wziąć pod
uwagę, że opuszczę lekcję. A za każdą lekcję dostaję luidora.
Uczennica moja jest najpiękniejszą kobietą Petersburga, pannę de
Włodeck. Pojutrze odtwarzać ona będzie Filadelfję, jedną z córek
Lorda Wartona, na festynie, który urządzony będzie na cześć
księżniczki Weinarskiej.
- Wybacz mi pan, - odparłem, - nie zupełnie pana rozumiem,
ale to niema znaczenia, skoro i tak mogę być panu w czemś
użytecznym.
- Nie tylko użytecznym, ale może mnie pan poprostu zbawić!
Wyobraź pan sobie, że właśnie jadę z lekcji tańców od księżny
Lubomirskiej; jej willa leży stąd niedaleko. Za tę lekcję dostaję
po dwa luidory - mniej nie biorę. Cieszę się dużem wzięciem, to też
mam z tego dobry zysk. Sprawa jest bardzo prostą, ponieważ innego
mistrza tańców, prócz mnie, niema w Petersburgu. I oto powóz, w
którym odwożono mnie do miasta, jak monsieur widzi, złamał się,
- Jeśli się nie mylę, monsieur, - rzekłem, - to mogę
wyświadczyć panu przysługę, proponując panu miejsce w swoim...
powozie.
- Och, monsieur! To byłoby wielką dla mnie przysługą, ale
doprawdy nie mam śmiałości..
- Co znowu! Wobec współrodaka?
- Więc pan jesteś francuzem?
- I również, jak pan, artystą!
- Pan - artystą? Ach monsier, Petersburg jest bardzo marnem
miastem dla artystów! Specjalnie dla mistrzów tańca. Ale spodziewam
się, że pan nie jest nauczycielem tańca?
- Przecież dopiero co powiedział mi pan, że pobiera pan po
luidorze za lekcję! Sądzę, że jest to bardzo przyzwoite
wynagrodzenie.
- Słuszna racja, monsieur. Ale teraz, wie pan, już nie to,
co było dawniej. Francuzi zepsuli Rosję. Więc nie jest pan mistrzem
tańców? Nie?
- A mnie właśnie opowiadano o Petersburgu, jako o
nadzwyczajnem mieście specjalnie dla wszelkiego rodzaju artystów.
- Zupełnie słusznie, monsieur; tak było rzeczywiście, ale
dawniej. Jakiś, dajmy na to, nędzny golibroda zarabiał tu jeszcze
niedawno po 600 rubli dziennie, podczas gdy ja z trudem wycisnę
ledwo 80... Niechże pan powie, czy pan doprawdy nie jest mistrzem
tańców?
- O, nie, mój kochany rodaku, - odparłem, przejęty jego
obawą, - pan możesz śmiało wsiąść do mego powozu, nie lękając się,
że zrobię mu konkurencję.
- Merci, Monsier! Z przyjemnością przyjmuję pańskie
zaproszenie, - odparł mój towarzysz podróży, usadawiając się obok
mnie w "ekwipażu", - teraz, dzięki panu, zdążę na czas na lekcję.
Woźnica popędził galopem, i w trzy godziny potem, to jest
już wieczorem, wjechaliśmy do Petersburga, przez bramę moskiewską.
Mój nowy znajomy stał się bardzo miłym i sympatycznym towarzyszem
podróży, gdy tylko przekonał się, że nie jestem nauczycielem
tańców... Poradził mi stanąć w hotelu Londyńskim, na rogu Newskiego
Prospektu i placu Admiralicji.
Rozstaliśmy się. Wsiadł do dorożki, ja zaś skierowałem się
do tego hotelu.
Nie potrzebuję mówić, że pomimo całej chęci zapoznania się
jaknajprędzej z miastem Piotra I, odłożyłem ten zamiar do dnia
jutrzejszego. Byłem literalnie połamany, i ledwie stałem na nogach.
Z wysiłkiem dotarłem do swego pokoju, gdzie, na szczęście, zastałem
wygodne łóżko, czego byłem pozbawiony, począwszy od Wilna.
Obudziwszy się nazajutrz około godziny dwunastej,
przedewszystkiem podbiegłem do okna: przedemną stał gmach
Admiralicji ze swą Złotą Igłą, na której widniał mały okręt.
Admiralicja była okoloną pasem drzew. Po lewej stronie placu był
senat, a po prawej - Pałac zimowy i Ermitage. Pomiędzy niemi widać
było zakręty Newy, która wydała mi się tak szeroka, jak morze.
Ubierając się, zjadłem na prędce śniadanie i natychmiast
pobiegłem na Bulwar Pałacowy około mostu Troickiego, długiego na
1800 kroków, skąd poradzono mi obejrzeć miasto.
Muszę przyznać, że była to jedna z najlepszych rad, danych
mi w życiu.
Doprawdy, nie wiem, czy jest na świecie jaki inny widok,
który mógłby się równać z roztaczającą się przed memi oczami
panoramą!
Przedemną, po prawej stronie, połączona dwoma lekkimi
mostami wystawała forteca, pierwsza kolebka Petersburga. Pomiędzy
jej gmachami zarysowywał się ostry szczyt Soboru Piotra i Pawła,
miejsca wiecznego spoczynku carów rosyjskich, oraz zielony dach
pałacu Mennicowego. Nawprost fortecy widać było gmach pałacu
Marmurowego, którego główny brak na tem polega, że architekci
zapomnieli dać mu fasadę. Dalej szły: Ermitage, wspaniały gmach,
postawiony przez Katarzynę II, Pałac Zimowy, bardziej imponujący
swym ogromem, niż pięknem architektury; Admiralicja ze swemi dwoma
pawilonami i schodami z granitu. Tu biorą początek trzy główne
ulice Petersburga: Newski Prospekt, ulica Gorochowaja i Prospekt
Wozniesienski. Za Admiralicją widać było bulwar Angielski z jego
wspaniałemi gmachami, kończący się Nową Admiralicją.
Wprost przede mną widać było Wasiljewskij Ostrów, giełdę,
gmach nowoczesny, zbudowany - nie wiem czemu - pomiędzy dwiema
rostralnemi kolumnami. Schody od giełdy biegną ku samej Newie. Tu
również w pobliżu znajdują się wszelkie instytucje naukowe:
Uniwersytet, Akademja Nauk, Akademja Sztuk Pięknych, a w samym
końcu, tem gdzie Newa robi robi ostry zakręt - Instytut górniczy.
Po drugiej stronie brzegi Wasiljewskiego Ostrowu (Wyspy)
omywa Mała Newa, oddzielająca go od Wolnego Ostrowu. Tu w
przepięknych ogrodach, za pozłacanemi kratami kwitną w ciągu trzech
miesięcy, dopóki bywa lato petersburskie, przenajrozmaitsze rzadkie
kwiaty, i tu leżą najwspanialsze wille bogatych mieszkańców
stolicy.
Gdy stanąć plecami do fortecy, a twarzą przeciwko biegowi
Newy, to widok panoramy zmienia się, wciąż jeszcze nie przestając
być wspaniałym: na jednym brzegu stoi Sobor Troicki, a na drugim -
Ogród Letni. Na pierwszym brzegu stoi maleńki domek, w którym
mieszkał Piotr I podczas budowania fortecy. Około tego domku
dotychczas jeszcze przechowało się drzewo, do którego umocowano
obraz Matki Boskiej.
Kiedy założyciel Petersburga Piotr Wielki zapytał raz kogoś,
do jakiej wysokości podniosła się woda w Newie podczas powodzi, to
pokazano mu ten obraz Matki Boskiej, a wtedy car gotów był wyrzec
się swego wielkiego planu wystawienia tu stolicy...
Drzewo i domek okolone zostały wałem z kamieni gwoli
zabezpieczenia ich od niszczącego wpływu klimatu. Sam domek
zdumiewa swą przedziwną prostotą. Posiada raptem trzy pokoje:
stołowy, salonik i sypialny. Piotr I wybudował miasto, ale nie miał
czasu wybudować sobie pałacu...
Dalej po drugiej stronę Wielkiej Newy zaczyna się Stary
Petersburg. Tu znajduje się szpital wojskowy i Akademja Medyczna.
Zn nim leży wieś Ochta ze swą piękną okolicą. Po tej stronie rzeki,
na prawo od koszar kawaleryjskich leżą Pałac Taurydzki ze swym
przedziwnym dachem, pokrytym szmaragdami, koszary artylerji i stary
klasztor Smolny.
Nie mogę rzec, ile czasu stałem na moście, zachwycony tą
przedziwną panoramą. Przy bardziej szczegółowem obejrzeniu tych
wszystkich pałaców i parków, wydały mi się one dekoracją operową:
kolumny, które zdala wydawały się marmurowemi, były w gruncie
rzeczy z cegły, ale na pierwszy rzut oka widok ich był na tyle
zachwycający, że przechodził wszystko, co można było sobie
wyobrazić.
Wybiła godzina czwarta, a byłem uprzedzony, że table d'hote
w hotelu zaczyna się o godzinie pół do piątej. Przeto, ku wielkiemu
swemu żalowi, musiałem był wrócić do domu. Z powrotem szedłem koło
Admiralicji, aby lepiej przyjrzeć się kolosalnemu pomnikowi Piotra
Pierwszego, który przedtem widziałem tylko zdala, z mojego okna.
Co się tyczy ludności, to zaraz na pierwszy rzut oka posiada
ona wiele charakterystycznej odrębności. Przedewszystkiem powiem,
że w Petersburgu są albo niewolnicy, albo potentaci - środka
pomiędzy nimi niema!
Jeśli chodzi o mużyka, to wygląd jego nie jest wcale
interesujący: w zimie nosi t. zw. tułup, czyli kożuch owczy, w
lecie - koszulę na wierzch portek. Na nogach ma coś w rodzaju
sandałów, które przytrzymują się za pomocą długich rzemyków,
poobkręcanych aż po same kolana. Włosy ma krótko ostrzyżone, a
brodę taką, jaką mu dała matka natura. Niewiasty noszą długie
półkożuchy, spadające im na spódnice i ogromne buciska, w których
noga całkowicie zatraca swój kształt.
Należy rzec prawdę, że w ładnym innym kraju nie ujrzysz
ludzi o takich spokojnych twarzach, jak tutaj. W Paryżu, z pośród
pierwszych lepszych dziesięciu ludzi należących do sfery niższej, z
pewnością u pięciu lub sześciu na twarzach ma wypisane cierpienie,
nędzę czy strach. W Petersburgu nigdy nic podobnego nie widziałem.
Inna osobliwość, która uderzyła mnie w Petersburgu - to
kanały, przecinające wiele ulic. Nigdzie na ulicach niema wielkiego
tłoku powozów, wszędzie masz szerokość przestrzeni. Ulicami pędzą z
wielką szybkością dorożki, kibitki, bryczki i powozy, że tylko co
krok słyszysz:
- "Poskorieje"! (Prędzej!) Chodniki pełne przechodniów.
Woźnice odznaczają się wielką biegłością w kierowaniu końmi.
Wśród ozdób Petersburga pierwsze miejsce zajmuje pomnik cara
Piotra Pierwszego, postawiony mu przez hojną Katarzynę Drugą. Car
wyobrażony jest na tym pomniku jako jeździec na koniu stojącym
dęba, co jest aluzją do szlachty moskiewskiej, którą nie tak łatwo
było mu poskromić. Siedzi na skórze niedźwiedziej, symbolizującej
dzikość moskiewskiego ludu. Dla wyjaśnienia alegorji tego pomnika,
podam, że postawiony jest na dzikiej skale granitowej, która ma
znowu wskazywać na te przeszkody, jakie musiał przezwyciężyć
założyciel Petersburgu.
Zegar po raz trzeci wybił pół do piątej, gdy odszedłem od
tego arcydzieła dłuta naszego rodaka, Falconneta, od napisu: Petro
Primo - Catharina Secunda, 1782. Balem się, że moje miejsce przy
table d'hote zastanę zajęte...
Petersburg jest największem z małych miast, jakie dotąd w
życiu poznałem. Wiadomość o mem przybyciu rozeszła się już była
prawie po całem mieście, dzięki memu współtowarzyszowi podróży,
który, zresztą, nie mógł nic innego powiedzieć o mnie poza tem, że
podróżowałem dyliżansem pocztowym i że nie byłem nauczycielem
tańców. Wieść ta wywołała, pewien niepokój wśród całej tutejszej
kolonji francuskiej, której każdy członek lękał się ujrzeć we mnie
swego konkurenta czy rywala.
Ukazanie się moje w stołowym pokoju wywołało szmer wśród
czcigodnych gości przy table d'hote; każdy z nich starał się z mego
wyglądu, z manier wywnioskować: do jakiej sfery towarzyskiej
należę. Ale nie tak to łatwo było rozstrzygnąć tę kwestję. Złożyłem
ukłon ogólny zebranym i zająłem swe miejsce.
Przy zupie, do mego incognito, dzięki skromności pierwszego
wrażenia, jakie wywarłem, odniesiono się jeszcze z pewnym
szacunkiem, ale już przy pieczystem - ciekawość, długo
wstrzymywana, pękła wreszcie u mego sąsiada po prawej stronie.
- Monsieur jest pewno obcym w Sankt Petersburgu? - spytał,
wyciągając do mnie swą szklankę.
- Nie inaczej, przyjechałem właśnie wczoraj wieczorem, -
odparłem, nalewając mu wina do szklanki.
- Więc monsieur jest rodakiem? - zapytał mój sąsiad po lewej
stronie.
- Bardzo możliwe... Jestem z Paryża.
- A ja jestem z Tours, z tego ogrodu Francji, gdzie, jak
panu wiadomo, ludzie mówią najczyściej po francusku.
Przybyłem do Petersburga, aby tu zastać nauczycielem...
Pan, prawdopodobnie, też tu po to przyjechał? W przeciwnym
razie dałbym mu doskonałą radę: wrócić bezzwłocznie do Francji!
- Dlaczego?
- A dlatego, że ostatni jarmark nauczycieli w Moskwie wypadł
bardzo źle!
- Jarmark nauczycieli? - zapytałem zdumiony.
- Tak, panie, alboż pan nie wiesz, ze ten nieszczęsny Le Duc
stracił w tym roku połowę swego majątku?
- Panie, - zwróciłem się do swego sąsiada po prawej stronie,
- niech mi pan nie odmówi wyjaśnienia, kto jest ten Le Duc?
- Nadzwyczajnie czcigodny restaurator, który równocześnie
utrzymuje kantor wszelkiego rodzaju nauczycieli. Ci są u niego na
całkowitem utrzymaniu, on zaś taksuje ich zgodnie z ich zaletami. W
czasie Wielkanocy i podczas Bożego Narodzenia, kiedy wszyscy
dostojnicy i bogacze rosyjscy przybywają do stolicy, Le Duc otwiera
swój kantor, wyrabia posady swym nauczycielom i w ten sposób zwraca
sobie wszystkie wydatki wyłożone na ich utrzymanie, i nawet zarabia
jeszcze od nich za pośrednictwo... Otóż, mój panie, w bieżącym roku
jedna trzecia jego nauczycieli została bez posad, a prócz tego
zwrócono mu jeszcze szóstą część tych, których wysłał był na
prowincję. Nieszczęsny człowiek, jest dziś zrujnowany doszczętnie!
- Och, biedny!
- Otóż, widzi pan sam teraz, - ciągnął nauczyciel, - że
jeśli pan przybył tu w charakterze guwernera, to wybrał pan bardzo
zły moment, ponieważ nawet przybysze z Tours, którzy mówią
najpiękniej po francusku, i ci tylko w wielkim trudem otrzymali
posady!
- Może pan być zupełnie pod tym względem spokojnym, -
odparłem - mam zupełnie inną profesję.
Jegomość siedzący vis a vis mnie, którego akcent zdradzał,
że pochodzi z Bordeaux, usłyszawszy to, odezwał się:
- Ze swej strony muszę uprzedzić pana, monsieur, że jeśli
pan handlujesz winem, to w tym mieście, jest to bardzo liche
zajęcie, które może mu zapewnić chyba tylko... nadmiar wody do
picia!
- Doprawdy? - zdziwiłem się. - Czyżby Rosjanie już zupełnie
przerzucili się do piwa? A może zaprowadzili sobie własne winnice,
gdzieś, dajmy na to, na Kamczatce?
- To bagatela! Gdyby tylko o to chodziło, to możnaby z nimi
jeszcze konkurować; tu chodzi o co innego, a mianowicie: że
rosjanie kupować to kupują, tylko nie płacą...
- Jestem panu niezmiernie wdzięczny, monsieur, za pańską
informację. Ale jeśli chodzi o swój towar, to jestem przekonany, że
nie zbankrutuję na nim. W każdym razie winem nie handluję.
Jakiś jegomość z ostrym akcentem z Lyonu, ubrany w niemiecki
surdut z futrzanym kołnierzem, pomimo gorącego lata, wziął również
udział w naszej rozmowie:
- Bądź co bądź, - zwrócił się do mnie, - radzę panu
szczerze, jeśli pan handluje suknem i futrami, zachować najlepszy
towar dla siebie samego ponieważ nie ma pan bardzo zdrowego
wyglądu, a klimat tutejszy jest bardzo niebezpieczny dla chorych na
piersi. W ciągu ubiegłej zimy zmarło tu piętnastu francuzów! Na to
tylko chciałem zwrócić pańską uwagę...
- Będę się mieć na ostrożności, monsieur, a ponieważ
mniemam, że zostanę pańskim nabywcę, tedy spodziewam się, że
odniesie się pan do mnie, jak do swojego rodaka...
- To się samo przez się rozumie! Ależ, z największą
przyjemnością! Sam przecież jestem z Lyonu, z drugiej stolicy
Francji, a pan wie, naturalnie, że my lyonczycy cieszymy się
reputacją najuczciwszych ludzi... W takim razie, skoro pan nie
handluje ani suknem, ani futrami, to...
- Ach, czyż nie widzicie, moi panowie, że nasz kochany rodak
nie życzy sobie wcale powiedzieć nam, kim jest, - odezwał się przez
zęby jegomość z ukarbowaną szewelurą i mocno pachnący jaśminem, -
alboż nie widzicie, powiadam, że on wcale nie chce wyjawić nam swej
profesji?
- Gdybym miał szczęście posiadania takiej fryzury, jak
pańska, monsieur - odparłem - i gdyby wydzielała ona taką subtelną
woń, to czcigodne nasze towarzystwo, prawdopodobnie bynajmniej nie
miałoby kłopotu z odgadnięciem, kim jestem.
- Co pan chce przez to powiedzieć, monsieur? - zawołał
ufryzowany młodzieniec.
- Chcę powiedzieć, że jest pan fryzjerem.
- Łaskawy panie, pan, jak się zdaje, chcesz mnie obrazić!
- Alboż to obraza, jeśli się panu mówi, kim pan jesteś?
- Łaskawy panie, - ciągnął dalej zaperzony młodzieniec,
podnosząc głos i wyjmując z kieszeni swój bilet wizytowy, - oto mój
adres.
- Doskonale, - odparłem - ale kurczak panu wystygnie.
- Co, pan odmawia dania mi satysfakcji?
- Monsieur, pan chciałeś wiedzieć moją profesję? Otóż wiedz
pan, że moja profesja nie daje mu prawa pojedynkowania się!
- Paneś tchórz, łaskawy panie!
- Bynajmniej, wiedz to łaskawy panie! Jestem mistrzem
fechtunku.
- Ach, - jęknął ufryzowany młodzieniec i odrazu opadł na swe
siedzenie.
Nastała cisza; mój współbiesiadnik usiłował jakoś
bezskutecznie urżnąć skrzydełko swemu kurczakowi.
- Panie mistrzu fechtunku, - odezwał się do mnie jegomość z
Bordeaux - profesja pańska jest bardzo piękna. Ja również
zajmowałem się trochę fechtunkiem, gdy byłem młodszym i głupszym...
- Ta gałąź sztuki mało jest tu, w tym zimnym kraju,
kultywowaną, - dorzucił jeden z biesiadników.
- Całkiem słusznie. Radziłbym tedy panu profesorowi wkładać
podczas lekcji kamizelkę flanelową i palto futrzane.
- Zapewniam pana, kochany rodaku, - rzekł młodzieniec
ufryzowany, który nie mógł sam rozerżnąć kurczaka na talerzu i
któremu to zrobił sąsiad, - upewniam pana, kochany rodaku, że
ponieważ pan jesteś z Paryża, jak pan sam to raczyłeś powiedzieć...
- Owszem, z Paryża.
- Ja również... Wydaje mi się tedy, że obrałeś pan sobie
wspaniałą profesję ponieważ tu, jak się zdaję, niema ani jednego
prawdziwego profesora fechtunku, jeśli nie brać pod uwagę pewnego
starego aktora. Ujrzy go pan, pewno, na Newskim Prospekcie. Uczy on
swych uczniów tylko czterech sposobów. Ja również zacząłem brać u
niego lekcje, ale już po pierwszych godzinach przekonałem się, że
nadaje się on raczej na mego ucznia, niż na nauczyciela, to też
wkrótce przerwałem lekcje, zapłaciwszy mu połowę tego, co biorę za
karbowanie włosów! Biedak i tak był z tego bardzo zadowolony.
- Wiem, monsieur, o kim pan mówi. Jako cudzoziemiec i
francuz, nie powinien pan właściwie tego mówić, gdyż nie powinien
pan poniżać swego współrodaka. Pozwól pan, że mu udzielę tej małej
lekcji, za którą nie wezmę żadnego wynagrodzenia, nawet i połowy
tego, co dostajesz pan za karbowanie włosów... Jak pan widzi,
jestem dość hojny.
Powiedziawszy to, wstałem od stołu, ponieważ zdołałem już
dostatecznie zapoznać się z tutejszą kolonją francuską, a prócz
tego spieszyłem się bardzo.
Z za stołu, jednocześnie ze mną, podniósł się jakiś
młodzieniec, który przez cały czas obiadu nie odezwał się ani
słowem, poczem obadwaj wyszliśmy razem.
- Jak się zdaje, monsieur, - zwrócił się do mnie, - nie
trzeba było panu wiele czasu, by się zapoznać z tutejszemi naszymi
rodakami?
- Słuszna racja, i mogę panu powiedzieć, że moje zdanie o
nich nie jest zbyt dla nich korzystne.
- Niestety, - rzekł nowy znajomy, - oto z jakich osobników
wyrabiają sobie, tu w Petersburgu, ludzie sąd o francuzach!
Inne nacje posyłają tu swych najlepszych reprezentantów, my
zaś wysyłamy tu, same śmiecie. Naturalnie, jest to bardzo dogodne
dla Francji, ale bardzo przykre dla nas francuzów.
- A pan tu mieszka dawno w Petersburgu? - spytałem go.
- Tak, już cały rok. Ale dziś wieczór wyjeżdżam.
- Czyżby?
- Tak, właśnie idę do swego powozu. Mam honor pożegnać pana.
Sługa najniższy.
"Do djabła"! - pomyślałem, - "djebio mi się tu powodzi:
jednego porządnego człowieka spotkałem i masz ci, ucieka w tym
samym dniu, gdy ja przyjeżdżam.
W numerze zastałem malca, który mi słał łóżko. W
Petersburgu, podobnie jak w Madrycie, przyjętem jest wypoczywać po
obiedzie. Zwłaszcza, że podczas tych dwuch miesięcy jest tu chyba
większy upał niż w Hiszpanji.
Musiałem i ja odpocząć, ponieważ dotąd jeszcze czułem
zmęczenie po swej cudowej podróży, pozatem pragnąłem jaknajprędzej
poznać czar owych sławnych nocy petersburskich o których mi tak
wiele naopowiadano. Przeto spytałem malca, czy nie wie, jak mogę
dostać łódkę, aby trochę powozić się po Newie? Chłopak odparł, że
łódkę dostać można łatwo, i jeśli mu dam "na herbatę" 10 rubli, to
on tę sprawę załatwi. Ponieważ już mogłem się połapać w rosyjskich
pieniądzach papierowych, dałem mu tedy czerwony banknot i kazałem
obudzić się o dziewiątej.
Czerwony banknot podziałał: punktualnie o dziewiątej wieczór
chłopiec zastukał do drzwi, mówiąc że łódź czeka.
Noc była łagodna, i zupełnie jasna. Można było i czytać i
widzieć doskonale wszystko na dalekiej przestrzeni. Upał dzienny
zastąpił teraz chłodek wieczorny, a powietrze było przesycone
zapachem kwiatów z ogrodów.
Całe miasto, rzekłbyś, wyszło na spacer, na bulwar. Na
Newie, nawprost fortecy, stała ogromna barka, na której ulokowało
się przeszło sześćdziesięciu muzykantów. Nagle rozległy się dźwięki
cudnej muzyki. Poleciłem dwu wiosłującym podjechać o ile można
najbliżej do tej przepięknej ogromnej orkiestry. Pokazało się, że
wszyscy muzykanci grali na rogach. Później, kiedy już bardziej
obznajmiłem się z narodem rosyjskim, nie dziwiła mnie już więcej
muzyka na rogach, zarówno jak całe ogromne domy drewniane zbudowane
przez cieślów jedynie za pomocą pił i siekier. Ale w tym momencie
słyszałem tę muzykę po raz pierwszy, to też zostałem nią
oczarowany.
Koncert na wodzie trwał długo jeszcze po północy. Była już
blisko druga nad ranem, a ja wciąż jeszcze nie odjeżdżałem od
barki, gotów wciąż i wciąż słuchać tej cudnej muzyki,.. Zdawało mi
się, że ten koncert jest wydany specjalnie dla mnie, i że już
więcej nie powtórzy się. Chciałem też bliżej przyjrzeć się tym
instrumentom. Pokazało się, że są to najpospolitsze rogi, w które
dmie się - i w ten sposób tworzy się różne dźwięki.
Wróciłem do hotelu, gdy już było zupełnie jasno, zachwycony
całą tą białą nocą, muzyką cudowną, i szeroką, jak morze, Newą,
odbijającą jak lustro, wszystkie gwiazdy i latarnie.
Petersburg w istocie przeszedł wszystko, co mi o nim
opowiadano, i jeśli nie był nawet rajem, to w każdym razie wydał mi
się czemś w tym rodzaju.
Długo nie mogłem usnąć. Muzyka wciąż jeszcze rozlegała mi
się w uszach. Położyłem się o trzeciej, a o szóstej już byłem na
nogach...
Wyjąłem kilka listów polecających, ale postanowiłem nie
oddawać ich przedtem, aż urządzę publiczny popis fechtunku; w ten
sposób nie będę musiał robić o sobie ogłoszeń. Z listów wyjąłem
tylko jeden, który pewien mój przyjaciel prosił mnie oddać podług
adresu. List ten był od jego kochanki, pospolitej gryzetki z
Quartier Latin, a adresowany był do jej siostry, subjektki w jakimś
tam magazynie mód. Na liście stał następujący adres:
"Mademoiselle Luise Dupuy, u pani Xavier. Magazyn mód,
Newski Prospekt, w pobliżu kościoła ormiańskiego, nawprost bazaru."
Postanowiłem oddać list osobiście. Daleko od Francji zawsze
jest miło ujrzeć młodą, uroczą rodaczkę, - a wiedziałem, że Luiza
była młodą i piękną. Prócz tego doskonale znała Petersburg,
ponieważ mieszkała tu już cztery lata, to też mogła mi służyć
wskazówkami.
Było jeszcze bardzo wcześnie, przeto postanowiłem
pospacerować po mieście, a na Newski Prospekt pójść dopiero około
piątej.
Zawołałem chłopaka, lecz zamiast niego ukazał się lokaj.
Lokaje są tu jednocześnie służącymi i przewodnikami; czyszczą buty
i pokazują pałace. Wezwałem go gwoli tej pierwszej funkcji, a co
się tyczy drugiej - to już dawniej tyle się nasłuchałem o
Petersburgu, że o tutejszych pałacach wiedziałem napewno nie mniej,
niż on.