W otchłani - Herbert George Wells

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W OTCHŁANI

Porucznik stał przed stalową kulą i żuł kawałek drzewa. - Cóż myślisz o tem, Stevens? - pytał. - Jest to idea jak każda inna - rzekł Stevens tonem, co szczerą opinję chce wypowiedzieć. - Przypuszczam, że się to zgniecie na płask - mówił porucznik. - Zdaje się, że wyrachował rzecz dokładnie - rzekł Stevens ciągle bezstronny. - Ale pomyśl o ciśnieniu - dowodził porucznik. - Na powierzchni wody wynosi ono czternaście funtów na cal; o trzydzieści stóp niżej - dwa razy tyle; o sześćdziesiąć - trzykroć; o dziewięćdziesiąt - czterykroć; o dziewięćset - czterdzieści razy więcej; o pięć tysięcy stóp głębiej ciśnienie wynosi trzysta razy więcej... To znaczy, że na tysiąc stóp głębokości ciśnienie daje dwieście czterdzieści razy po czternaście funtów, czyłi - uważaj - centnar... półtory tonny, rozumiesz, Stevens, półtory tonny na cal kwadratowy!... A toż Ocean w tem miejscu ma pięć mil (angielskich) głębokości... Będzie on zatem ulegał ciśnieniu siedmiu tonn i pół... - Bajeczne sondowanie głębi! - rzekł Steyens. - Ale też chroni go tęga i gruba stal! Porucznik nic nie odpowiedział i dalej żuł swój kawałek drzewa. Przedmiotem ich obserwacji była olbrzymia kula stalowa, o średnicy zewnętrznej koło dziewięciu stóp, która wyglądała niby pocisk jakiejś gigantycznej maszyny artyleryjskiej; była ona bardzo starannie pomieszczona na potwornem rusztowaniu, a olbrzymie pnie masztowe, mające ją niedługo spuścić poprzez pokład, w morze - nadawały tyłowi okrętu postać, któraby zaciekawiła każdego marynarza, od równoleżnika londyńskiego aż do zwrotnika Koziorożca. W dwóch miejscach tej kuli potwornej - zamiast stali były dwa okrągłe okna, jedno nad drugiem, zamknięte szybą nadzwyczajnej grubości, a jedno z nich, otoczone tęgą oprawą stalową, było w owej chwili odśrubowane. Tego samego ranka dwaj ci panowie poraź pierwszy zobaczyli wnętrze kuli. Była ona starannie wyłożona dętemi poduszkami, które w międzydziałach zaopatrzono w małe guziki, stanowiące prosty mechanizm wnętrza kuli. Podobnież starannie urządzone było wszystko inne, nawet aparat Myersa, który miał pochłaniać kwas węglowy i zastępować tlen ku oddychaniu mieszkańca ziemi, skoro ten wejdzie do kuli. Naturalnie, że szklane okno zostanie zaśrubowane. Wszystko było tak wybornie przysposobione, że istota ludzka bez trudu i bezpiecznie mogła zostać wyrzuconą wraz z kulą jakby z armaty. I zapewne takie musiało być jej przeznaczenie, gdyż wkrótce zjawił się człowiek, który miał wejść do wnętrza przez otwór; miał on być gruntownie zamknięty we środku i rzucony z pomostu, aby się pogrążyć w toniach Oceanu do głębokości pięciu mil, jak to mówił porucznik. Wyobraźnia tego ostatniego była wyłącznie zajęta tym przedmiotem; stało się to jego opętaniem, nawet w godzinach obiadowych, a Stevens był to niespodziany towarzysz, któremu dowoli mógł opowiadać o tem, co go zajmowało. - Myślę - rzekł porucznik - że te szklane okienka poprostu się zegną, pękną i rozbryzgną pod takiem ciśnieniem. Daubrée skroplił skały pod ogromnem ciśnieniem - a uważaj... - Jeżeli szkło pęknie - odparł Stevens - co się stanie? - Woda wpadnie błyskawicznie jak piorun z nieba. Czy czułeś kiedy uderzenie wytryskiem wody pod wielkiem ciśnieniem? To bije niby kula armatnia. Poprostu go zgniecie i spłaszczy. Woda wleje mu się do gardła, do płuc, przeniknie w uszy, w mózg... - Co za wyobraźnia! - zawołał Stevens, który sobie żywo przedstawiał to wszystko. - Jestto prosty wykład rzeczy nieuniknionej! - odparł porucznik. - A kula? - Wypuści kilka bąbli i wygodnie osiądzie sobie aż do dnia sądu ostatecznego na żwirach i glinie dna otchłani, a biedny Elstead leżeć będzie na swoich spłaszczonych poduszkach, jak masło na chlebie... I, jakby mu się ten obraz najwięcej podobał, powtórzył. - Jak masło na chlebie. - Spojrzeć w tył! - zawołał jakiś głos. Elstead stał za nimi, ubrany biało, z papierosem w ustach, oczy miał uśmiechnięte, a na głowie kapelusz o szerokiem rondzie. - Cóż ty tam mówisz o chlebie z masłem, Weybridge? Jak zawsze, żalisz się na małą pensję oficerów marynarki! Już lada chwila odpłynę. To piękne niebo i ta fala spokojna - oto czego mi właśnie trzeba, by rzucić w głąb te dwanaście ton ołowiu i żelaza - czy nie? - Nie bardzo będziesz mógł zauważyć spokojną falę - rzekł Weybridge. - Nie. Na głębokości sześćdziesięciu, ośmdziesięciu stóp - a będę tam 10 - 12 sekund - ani jedna molekuła poruszać się nie będzie, choćby wiatr wył i choćby woda tryskała pod obłoki. Nie. Tam, w głębi... Ruszył do parapetu statku, a dwaj pozostali szli za nim. Oparli się razem na łokciach i spoglądali na zielonawożółtą wodę. - ...Cisza - rzekł Elstead, głośno kończąc swą myśl. - Czyś pewien, że mechanizm zegarowy iść będzie należycie? - zapytał nagle Weybridge. - Chodził trzydzieści pięć razy - odrzekł Elstead. - Musi iść. - A jeżeli nie będzie funkcjonować? - Dlaczegóż nie miałby funkcjonować. - Za dwadzieścia tysięcy liwrów nie wlazłbym do tej przeklętej maszyny. - Jesteś bardzo zachęcający - zauważył Elstead.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI