W osiemdziesiąt dni od nienawiści do miłości - Agnieszka Pareto

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kiedy odejście już nic nie da

Zastanawiam się, skąd w ogóle wpadłam na pomysł tego dziennika. Bo co ma dziennik do tego, że czuję się nieszczęśliwa w moim kolejnym związku? Czy pisanie o swoim nieszczęściu może je zmienić w szczęście? Co by mi to niby miało dać? Jestem nieszczęśliwa, więc skoro zrobiłam wszystko, co się dało, i nadal nic, to może powinnam sobie dać spokój, prawda? Proste? Proste. Odejść. Zwinąć się. Zniknąć. Nie podoba się - to idź, człowieku, w cholerę. Nie męcz się, a przy okazji - nie męcz tego drugiego. Komu to potrzebne?

No niby tak. Wydaje się to rzeczywiście proste. I niewątpliwie logiczne. Tylko że taka "mądra", to ja już byłam parę razy właśnie. I nie potrzebuję szóstego zmysłu, żeby wywnioskować, że rzucanie kolejnych facetów w moim życiu nic mi dotąd nie dało i jeśli nie pójdę tym razem inną ścieżką, to być może - wybierając stary sposób - na moment poczuję bryzę wolności od tego, co jest i co mnie boli, ale za chwilę poznam kogoś, kto wyda mi się zupełnie inny, i dam się znowu omamić, a za niedługo historia się powtórzy co do joty. Bo za każdym razem się powtarza. Jak jakieś błędne koło.

Wiele razy wcześniej odchodziłam i zawsze prędzej czy później trafiałam na gościa, z którym znów wpadałam w pułapkę nieszczęścia i samotności. Jednego z najboleśniejszych rodzajów samotności, jak dla mnie - samotności w związku dwojga ludzi.

Z jakichś przyczyn, nigdy dotąd nie udało mi się doświadczyć relacji z mężczyzną, w której czułabym się szczęśliwa. Domyślam się, iż musiało mi w tych związkach brakować jakiegoś niezbędnego elementu, bez którego nie mogłam w nich funkcjonować, którego istoty jednak nigdy do końca nie udało mi się uchwycić. Tkwiłam też w dziwnym przekonaniu, które, nie wiem skąd mi się wzięło, że uzupełnianie czy wypełnianie tego braku, to robota dla faceta i że to on powinien rozpoznawać instynktownie, czego mi potrzeba - dlatego też z ich indolencją w tej materii i przetrąconym męskim instynktem wiązałam to, że ciągle się to nie udaje. Nie, żebym psy wieszała wyłącznie na nich, bo na przykład mojej babskiej ignorancji przypisywałam kiepski dobór kandydatów na życiowych towarzyszy.

Wierząc, iż źródłem mojego nieszczęścia jest nieodmiennie to, że on taki jest i że znowu tego nie rozpoznałam w fazie słodyczy i wzajemnego mizdrzenia, ponownie wpadałam w sidła, szamotałam się bezsilnie i bezrozumnie, obwiniając w myślach każdego kolejnego o to, jaki jest nieudolny w próbach uszczęśliwienia mnie, a siebie o to, że znów dałam się złapać na ten sam stary lep. Niemy żal i głucha, niewypowiedziana nigdy na głos pretensja, że nie okazali się tym, kim pragnęłam, żeby się okazali plus kwestia czasu, a dystans dzielący nasze światy rósł do wielkości astronomicznych, po czym następował rozpad związku i moje z niego nieuchronne odejście. Swoją drogą, to zabawne w tym wszystkim i paradoksalne, że czułam smutek i żal, gdy nie okazali się tacy, jacy mieli być, ale gdyby ktoś mnie wtedy spytał, czego od nich konkretnie oczekuję, prawdopodobnie nie byłabym w stanie wydusić z siebie na ten temat ani jednego sensownego słowa. Wychodzi mi z tego, że musiałam tkwić w przekonaniu, że to, jacy oni mieli być, tak aby spełniać moje wyimaginowane kryteria chodzących ideałów, mieli odgadnąć oni sami, po czym wynik swojej eureki podetkać mi prosto pod nos, najlepiej jeszcze na złotej tacy.

Nie mam stuprocentowej jasności, dlaczego akurat tym razem zrodziła mi się wątpliwość, czy porzucenie kolejnego związku, w którym nie odnalazłam szczęścia, jest rozwiązaniem słusznym. Dość, że pojawiła się rysa na mojej dotychczasowej pewności, iż być może moje nieszczęście w relacji z facetem niekoniecznie oznacza winę człowieka, z którym aktualnie dzielę życie, czy też moją, związaną z indolencją w jego doborze na mojego życiowego partnera. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy rzeczywiście jego rolą jest bycie aparatem rentgenowskim, mającym za zadanie prześwietlić moją duszę i dowiedzieć się, czego chcę, nawet jeśli nie wiem tego ja sama, i rzeczoną złotą tacą, na której, kiedy już się dowie, o co mi chodzi, poda mi dokładnie te rzeczy, które mnie uczynią szczęśliwą na wieki.

W poczuciu beznadziei, nie mając wokół siebie żywej duszy, która potrafiłaby pomóc mi rozplątać skołtunione myśli, nazwać rozterki, zrozumieć ból i smutek, który mnie trawi praktycznie całe życie, i pomóc odzyskać spokój oraz jasność, co z tym dalej, zdecydowałam się zacząć rozmawiać sama z sobą w formie pisemnej, w oczekiwaniu, że nawet jeśli nie dotrę do źródła tego stanu, to przynajmniej samo wypowiedzenie na głos, a właściwie zobaczenie czarno na białym, tego wszystkiego, co mnie dręczy, przyniesie mi ulgę, której potrzebuję jak kania dżdżu.

Być może zabrzmi to dziwnie, ale jedną z dość istotnych okoliczności, które przemówiły za tym, abym dała sobie i jemu trochę czasu, zanim go porzucę, jest fakt, że tym razem jestem z facetem, który nie wydaje się być dla mnie jednoznacznie niedobry, jacy w większości okazali się jego poprzednicy. Wprawdzie nie wiem na razie, o co mi chodzi i czego mi relacja z nim tak bardzo nie dostarcza, ale przynajmniej w mojej ocenie jest dobrym człowiekiem. Poza tym - wiem, że zabrzmi to jeszcze dziwniej w kontekście mojej nieszczęśliwości - sprawia wrażenie dość zafascynowanego moją osobą i takiego, przy którym, przynajmniej potencjalnie i w teorii, mogę być w znacznym stopniu sobą, bez narażania się na jego emocjonalny lód i odrzucenie. I który, w dodatku, porzucił dla mnie bez wahania swoje poprzednie życie. Nie mogłabym liczyć na więcej powodów do szczęścia jako kobieta i człowiek w ogóle! Fakt, iż mimo to czuję się nieszczęśliwa i samotna, czyni z tej sprawy tym bardziej kryminalną zagadkę, godną rozwikłania, a partnera - osobę wartą nie porzucenia, ot, tak, bez próby dogłębnego zbadania, co tu jest w ogóle grane. Dla mnie samej niemal graniczy z absurdem sama idea zostawiania kogoś, kto cię z wszelkim prawdopodobieństwem ubóstwia, ale co nie tylko cię nie uszczęśliwia, ale wręcz z każdym dniem wpędza coraz głębiej w czeluść depresji. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Postanowiłam więc twardo, że mu tego nie zrobię, zanim się nie dowiem.

Niewykluczone, że też popełniam jakiś błąd w samej jego ocenie i postrzegam go zbyt pozytywnie. Wszakże moją duszę nieustannie coś podtruwa w jego towarzystwie i to jego obecność przywołuje moje demony, więc ewidentnie coś musi zgrzytać w trybach tej zębatki. To, że w tej chwili nie widzę co, nie oznacza, że tego nie ma, ale że widocznie znajduje się to na obecnie dla mnie niedostępnym, wyższym poziomie subtelności, który trudno mi uchwycić bez próby zgłębienia składu tej toksycznej substancji. Cokolwiek to jest, trucizna ta daje znać o sobie wyłącznie w jego kompanii. Coś po prostu musi być na rzeczy.

Na pewno różni ten związek od moich poprzednich to, że z tym gościem mam wiele wspólnego gruntu, bo wyznajemy sporo podobnych wartości i wkurzają nas te same kwestie, poza tym, że mnie wkurza sporo w nim, co nie wkurza jego samego, ale to na razie pominę. Miałabym wyrzuty sumienia i czułabym się nie fair wobec niego oraz wobec siebie, rezygnując z tego, co, jak by na to nie spojrzeć, podoba mi się w naszym byciu razem, nawet jeśli skrywa się pod tym jakieś drugie, być może mroczne, dno.

Podobnie jak Mały Książę ze znanej opowieści[1], który oswoił lisa, tak i ja stałam się odpowiedzialna za to, co oswoiłam, dlatego jestem przekonana, że zrobiłabym niewiarygodne świństwo, nie wziąwszy na warsztat tego, co się pomiędzy nami dzieje i nie usiłując dociec, co jest faktycznym źródłem mojego w nim nieszczęścia i poczucia dojmującej samotności, choć facet jest na wyciągnięcie ręki, a czasem nawet bliżej - mówiąc geograficznie.

Miałam wprawdzie jeszcze przez chwilę zerojedynkową myśl, że może rzucę go tymczasowo i zbadam przyczyny mojego, pogarszającego się z dnia na dzień stanu, na odległość, zawieszając po prostu bycie parą na czas do odwołania, kiedy jednak wyobraziłam sobie tą laboratoryjną niemal sytuację, a faceta, którego tak potraktuję, jak szczura w terrarium, poddawanego obserwacji - zrobiło mi się przykro i żal. Przykro za siebie, że wzięłam to w ogóle pod uwagę, a żal jego - że ... wzięłam to w ogóle pod uwagę. Choć jest też całkiem prawdopodobne, że jestem ofiarą syndromu sztokholmskiego i żal mi monstrum, które wzbudza moją litość, bazując na mojej skrzywionej emocjonalnie psychice.

W znanym mi odruchu samoobrony przed dyskomfortem wykazuję dość silne tendencje separatystyczne, ale wiedząc z przeszłości, do jakich skutków prowadzą, nie pozwalam im wziąć nade mną góry, pozwalam natomiast zadziałać tym razem innej części mnie - badacza i poszukiwacza przygód - a może tylko dziury w całym - i pozostać w gnieździe os, celem przyjrzenia im się w tak zwanej akcji. Laboratorium nie zapewniłoby, niewątpliwie, takich warunków i nie dostarczyło odpowiednio wiarygodnego materiału badawczego, takiego jak żywa tkanka ludzkiej relacji, że się tak wyrażę.

Swoją drogą, ewentualne skłonności wampiryczne mojego partnera - jeśli je faktycznie ma, bo mogłam też paść ofiarą urojeń w tej materii - mogą być u niego całkowicie nieświadome. Co nie zmienia faktu, że jeśli mnie podsysa, potrzebuję tę słomkę koktajlową namierzyć i ukrócić proceder traktowania mnie jak szklanki barowej z krwawą Mary. Aby jednak prześwietlić ten temat, czuję, że nie powinnam nas terytorialnie rozdzielać. Potrzebuję zwykłych, codziennych, świeżych porcji irytacji, niesmaku, zawiedzionych oczekiwań i nadziei, opadania rąk, niewiary w to, co widzę i słyszę i tym podobnego materiału do analizy.

Czuję, że wkraczam na grunt, po którym jeszcze nigdy nie stąpałam, więc nie do końca wiem, co mnie czeka. Być może będę zmuszona skonfrontować się z jakimiś nieładnymi rzeczami, które dotąd zamiatałam pod dywan? Mam niejasne przeczucie, że drążąc niektóre tematy, mogę otworzyć jakąś puszkę Pandory i coś zobaczyć, czego nie da się cofnąć i z czym, zupełnie jak z pająkiem, który wylazł spod szafy, trzeba będzie coś ostatecznie zrobić. żeby nie wlazł pod nią z powrotem, bo później nigdy nie będę mieć pewności czy tam nadal siedzi czy już sobie poszedł - strach będzie taki sam, tylko że jeden z nich kompletnie bez sensu.

Muszę sobie zaserwować jakiś reset mózgu, bo organ ten przestał być wydolny w zarządzaniu moim życiem. Jeśli był kiedykolwiek. Potrzebuję wylać na coś jego zawartość i pogrzebać w niej "patykiem", patrząc na to, co się wylało, z innej niż dotychczasowa, perspektywy. Dziennik wydaje się do tego niezłą opcją. Może dzięki niemu odkryję, że uległam iluzji i wszystko, o co drę szaty, tkwiło wyłącznie w moich zwojach?

Cokolwiek się wydarzy, nie potrwa to dzień ani dwa. Pewnie jeszcze trochę musi mnie poboleć, zanim trafię na ślad jakichś znieczulających odkryć. Tylko co, jeśli będzie gorzej? Wolę jednak o tym teraz nie myśleć. Na dziś wybieram opcję nikłej nadziei, że dobre wyjście gdzieś jest i mam szansę je odnaleźć. Z całą pewnością nie jest to nic, co znam, bo tym - dochodzę jedynie do ciemnego, pustego pomieszczenia bez okien i drzwi.

Nawet ostatnio przestało mnie za bardzo obchodzić jak je znajdę. Po prostu wiem, że muszę zacząć działać. Zabrać się do tego z jakiejkolwiek strony. "Kiedy nie wiesz, dokąd iść, wszystkie drogi cię tam zaprowadzą"[2].

Zaczynam więc. Trochę się boję, bo się nauczyłam, że nowe, to synonim strasznego i złego. To dość słaby start, ale pocieszam się, że i tak nie mam nic do stracenia.

Magnes na ciągle takich samych mężczyzn

Musiało minąć wiele lat cierpienia z racji dzielenia życia z facetami, z którymi trudno było mi wytrzymać dłużej niż godzinę, abym mogła sobie wreszcie uświadomić, że czas się tym zająć na poważnie. Wiem już, że ileś razy podjęłam decyzję, która w dłuższej perspektywie okazała się kopią poprzedniej, pomimo całkiem solidnych pozorów. Ta wiedza, to niby nie tak mało, jak na początek, ale też niestety nie za wiele. Do wyjaśnienia pozostaje mi wielkie dlaczego podejmowałam takie autodestrukcyjne decyzje, bo tylko wtedy, kiedy się tego dowiem, będę mogła pójść całkiem inną drogą niż wszystkie poprzednie i albo uratować ten związek albo całkiem świadomie go porzucić. I być może okaże się to zadaniem dla Einsteina. Nie wiem. Zawsze, najwyraźniej, działałam na jakimś fatalnym w skutkach autopilocie i nie mam pojęcia, jak go wyłączyć, kiedy, co rusz, pakuje mnie na rafy i rozbija o skały. Jak na razie, jest to dla mnie bardzo wysoki poziom subtelności i wielka niewiadoma. Ale nie mam wyjścia. Wszystko, co znane, wypróbowałam. I jestem w czarnej... dziurze.

Wiedząc, że odejście nic nie da, jeśli nie podejmę próby zbadania, o co z tym moim (nie)szczęściem we dwoje chodzi, postanowiłam dać sobie i obecnemu w moim życiu mężczyźnie osiemdziesiąt dni na znalezienie tego, czego szukam - czy w sobie czy w nim, czy obojętnie gdzie i po upływie tego czasu - jeśli uda mi się to odnaleźć - zacząć się wspólnie cieszyć z tego odkrycia albo - poczekać na otwarcie kolejnej klapki w mózgu i kiedy to nastąpi - rzucić się w nowym kierunku - wysoce prawdopodobne, że wiodącym w stronę definitywnego rozstania.

Dlaczego akurat osiemdziesiąt dni? A, bo tak mi jakoś samo przyszło. Niewykluczone, że jako pokłosie mojej dziecięcej książkowej fascynacji - jednej z powieści Juliusza Verne'a[1], której główny bohater tyle akurat czasu potrzebował, aby objechać cały świat i wrócić do miejsca, z którego wyruszył. Geograficznie. Bo mentalnie, duchowo i na wszelkich innych poziomach dotarł do zupełnie innego miejsca na swojej wewnętrznej mapie. Jako kompletnie inny człowiek. Podróż, jaką odbył, odmieniła go i nadała jego życiu nowy sens. Po cichu liczę na podobny efekt.

Spodobała mi się symbolika tej podróży. Nie zamierzam, podobnie jak główny bohater, wyruszyć w podróż dosłownie, ale objechać świat, w którym żyję, zaglądając po drodze w każdy jego kąt i zakamarek. Myślę, że jest to taka ilość czasu, która umożliwi mi - kiedy już z niej powrócę, spojrzeć na wszystko innym okiem i w innym już świetle ujrzeć siebie, partnera, nasz związek i prawdopodobnie moje i nasze wspólne życie w ogóle. Czy po tej podróży będzie ono nadal wspólne? Tego nie wiem, ale otwieram się również i na ewentualność, że nie. Nie chcę się na siłę przywiązywać do żadnego z rozwiązań, bo nie wiem, które okaże się właściwe. Gdzieś głęboko czuję, że będę to wiedzieć, kiedy wrócę.

Wyruszenie w tą podróż stało się dla mnie koniecznością. Coś niewidzialnego pcha mnie do niej, jak gdybym zbyt długo przebywała pod wodą, wstrzymując oddech i teraz w panice płynę ku powierzchni, żeby zaczerpnąć powietrza, nie będąc pewną, czy zdążę, zanim będzie za późno.

Chcę i potrzebuję dać sobie i nam obydwojgu (choć mój partner nie wie, że mam taki zamiar) podróż dookoła naszego świata, w czasie której zamierzam zwiedzić miejsca, w których już byłam, ale przyjrzeć im się dzisiejszym okiem oraz dotrzeć tam, gdzie pojawię się po raz pierwszy w życiu. Podróż tę zamierzam odbyć wewnątrz siebie. Czy w tym czasie dokądś się fizycznie wybiorę? Nie wiem. Nie mam żadnych planów. To zresztą nie ma znaczenia. Moja wyprawa odbędzie się, nawet jeśli nie opuszczę, metaforycznie rzecz ujmując, własnej wygodnej kanapy. Jedyne, co zaplanowałam, to fakt, że w nią wyruszam oraz to, jak długo przewiduję w niej być do czasu powrotu.

Osiemdziesiąt dni. Myślę, że to wystarczy. Samotność we dwoje, którą w tej chwili i tak przeżywam, będzie łatwiejsza do zniesienia, jeśli nadam jej jakiś sens - ustawienie się w roli poszukiwacza tego, co przywraca rzeczom porządek. Zamierzam moją samotność we dwoje poddać obserwacji, tak jak obserwuje się zjawisko czy żywą istotę, aby zrozumieć reguły i prawidłowości, według których funkcjonuje. Być może - zrozumiawszy nagle, skąd się wzięła i dlaczego jest taka bolesna - wykrzyknę "Eureka!" i wiedząc już, co ją spowodowało, znajdę sposób na osuszenie jej źródła. Może samo to wystarczy, aby samoistnie dokonała się transformacja w razem?

Jeśli jej źródła nie znajdę - podejrzewam, że wtedy odejdę, bo łatwiej mi będzie znosić samotność w samotności niż każdego dnia czuć dramat dwojga ludzi, którzy, będąc od siebie na wyciągnięcie ręki, żyją w odległości lat świetlnych.

Osiemdziesiąt dni na odnalezienie mężczyzny mojego życia. Czuję, że jestem już gotowa na wyruszenie w tą podróż i jakiekolwiek będzie jej zakończenie, wiem i nie umiem tego nijak logicznie uzasadnić, że jej cel nawet nie będzie miał związku z tym, że będziemy razem czy nie. Gdzieś w głębi siebie czuję, że nie na tym kompletnie polega nasz czy może tylko mój problem. Być może - nazywając tę podróż poszukiwaniem mężczyzny mojego życia, szukam spokoju ducha, którego spodziewam się zaznać, gdy to, czego szukam całe życie, odnajdę... być może nawet gdzieś w sobie.

Dzień 4

i już nigdy więcej nie sypnę pereł przed twoje wieprze

Dziś Rosja zaatakowała Ukrainę. "I dobrze jej tak, tej całej Ukrainie. Putin miał rację. Podła niewdzięcznica. Rosja chce jej dobra, a tej idiotce zachciało się jakiejś głupiej, wydumanej niezależności i w tych swoich egoistycznych zachciankach nie widzi, że zagraża bezpieczeństwu niewinnych obywateli Rosji. Myśli tylko o sobie, wstrętna egoistka! Ladacznica, która rozkłada nogi przed Zachodem - tym pseudo wolnościowym obłędem, zwanym demokracją, przeżartym na wylot pychą. Ohyda i duchowa degeneracja. Nic, tylko konsumpcja i brak szacunku dla wartości. Zero czci i honoru. Ciągnie ją do tej moralnej zgnilizny, jak muchę do gówna. Tylko silna ręka może jej pokazać, co to znaczy szacunek. Myśli, że życie, to tylko same przyjemności, a nie obowiązki i dyscyplina..."

Halo?! Kto to powiedział? Czyj to głos? Hej! Niech się odezwie ten, kto to mówi! Tato? Ty? Nie? Nic nie mówiłeś? Ba... babciu? Ty chyba żartujesz, to tyyyyyy? Ty chyba nie mówisz tego poważnie?! Nie wierzę w to, co słyszę! A co ma kobieta do Ukrainy? Zresztą, swoją drogą, czemu uważasz, że porządna kobieta nie powinna się tak prowadzić jak Ukraina? Jakie miejsce w szeregu powinna znać? Gdzie jest jej miejsce? Przecież ty też jesteś kobietą. I ja też. I mama. A kto to jest, ta rozwiązła kobieta, na którą tak psioczysz? Co masz na myśli mówiąc, że zamiast zajmować się głupotami, powinna mężowi obiad podać i koszule wyprasować? Wolność, to głupota? Burżuazyjna fanaberia? Nic z tego, co mówisz, nie rozumiem... A mówiłaś, że twój brat walczył w AK[1]...

Na dźwięk głosu reporterów ogłaszających atak Rosji na Ukrainę, słyszę nagle - jakby w mojej własnej głowie - wybuchy rosyjskich rakiet na obrzeżach i w centrum stolicy.

Obleciał mnie strach. Znów przenoszę się w nanosekundzie znajomym tunelem do czasów, kiedy byłam mała. Poczułam jak informacja o ataku Rosji na Ukrainę wywołuje we mnie efekt podobny do stuknięcia młotkiem w skałę przez poszukującego śladów historii archeologa, pod wpływem którego otworzyła się nagle jama w ziemi, odsłaniająca starożytny grobowiec, a w nim splątane kości niewielkich rozmiarów szkieletu. Czaszka nosząca ślady urazów, żebra z wciąż tkwiącymi między nimi przerdzewiałymi nożami, połamane kości palców u rąk, łopatki ze śladami kul, wskazującymi na wyraźne strzały w plecy z bliskiej odległości. Tak jakby ofiara znała sprawców i miała do nich zaufanie. Ślady sugerują, że pozwoliła im podejść bardzo blisko. Żadnych znaków wskazujących na obronę ze strony ofiary.

Czuję nagle ten paraliżujący strach przed ogromem, który tratuje na swojej drodze wszystko, w drodze do zaspokojenia pragnień swojego tajemniczego i nieodgadnionego wnętrza.

Czołg przejeżdża po stojącej mu na drodze przeszkodzie. Miażdży pod sobą kości, ale nie słyszy tego dźwięku w swoim pancerzu. Jedzie dalej, nie zmniejszając prędkości. Nie dociera do niego bezgłośny krzyk miażdżonej duszy przechodnia, kiedy gąsienicami najeżdża na jego ciało.

Szykuje się do wyjścia i jest zdenerwowana. Szuka czegoś w pośpiechu. Ogromna, wszechmocna, potężna i naprawdę wściekła. Uderza na oślep, kiedy koło mnie przechodzi. Czuję na policzku jej ślinę i nie rozumiem skąd, ale nagle wiem, bo zaraz potem pada strzał. "Ty dziwko! Ty kurwo! Gdzie to schowałaś?! Gadaj!" Nie może znaleźć tej rzeczy. Na pewno musiałam ją jej zabrać albo ukryć gdzieś złośliwie, żeby nie mogła na nią trafić, kiedy jej najbardziej potrzebuje. "Ta gówniara zawsze mi coś musi wynieść! Wstrętne dziewuszysko!" - mruczy pod nosem, ale słyszę wyraźnie. - "Nic nie może być w tym cholernym domu na swoim miejscu przez tego cholernego bachora".

Spieszy się, bo już jest spóźniona. "Tylko nie mów tacie".

Jest! Są! Znalazły się. Leżały gdzie indziej, bo zapomniała, że poprzednio, jak się rozbierała, położyła je koło łóżka, a nie, jak zwykle, w łazience. Może teraz wreszcie dokończyć się ubierać. Ostatni rzut oka w lustrze, czy wszystko okej, jeszcze poprawka kosmyku włosów, którego nie chwycił lakier.

Wychodzi, a ja zostaję w sparaliżowanej próżni, gdzie nie ma nic, nawet powietrza. Jest tylko przeraźliwe zimno, jak w kosmosie. Nie czuję już nic, nawet strach gdzieś odpłynął. Czołg odjechał. Jeszcze słyszę strzały, ale już tylko z oddali. Trochę przypominają dźwięki windy zjeżdżającej na dół, ale niby skąd tu nagle winda? Jakieś dziwne zaskoczenie i może nawet zdziwienie. Czuję, jakby ktoś przez pomyłkę wkleił mnie w ten obrazek z innej wycinanki. I nawet zauważył tę pomyłkę i przez chwilę chciał jeszcze poprawić, ale klej chwycił już dość mocno i nic się nie dało zrobić bez zniszczenia tła. Więc zostawił tak jak jest. I przez to muszę tu zostać, choć nie pasuję kolorystycznie.

Nie wiem, jak długo tu stoję - ile dni, ile nocy. Czas gdzieś zniknął. Może mam tak jak w opowieściach ludzi porwanych przez kosmitów, którzy zawsze mówią tak samo, że nie pamiętają kilku czy kilkunastu minut, w czasie których ich porwanie musiało nastąpić - tylko moment przed uprowadzeniem i zaraz po - jakby czasu pomiędzy w ogóle nie było? I nie ma śladu po tym w ich wspomnieniach. U mnie jest podobnie i mnie chyba też musieli porwać, tyle że na znacznie dłużej. Albo jeszcze jestem w trakcie porwania, bo nie czuję, żebym wróciła - czy już mnie oddali z powrotem. Jeśli nie oddali, to mogę jeszcze być zawieszona gdzieś w kosmosie. Pewnie dlatego czuję to zimno. Boję się zaczerpnąć oddech, bo mówią, że jak człowiek jest w przestrzeni kosmicznej i nie ma skafandra, to bez tlenu umiera. To może poczekam z tym oddechem jeszcze chwilę. Trochę mi się kręci w głowie, ale to nic. Lepsze to niż umrzeć od wciągnięcia próżni do płuc. Zaraz, zaraz. Tylko czy próżnię można w ogóle wciągnąć? Przecież próżnia, to nic. Czy można wciągnąć nic do płuc i umrzeć?

Chyba za długo wstrzymywałam oddech i od tego coś mi się w głowie pomieszało. Nie mogę jakoś poskładać myśli. Trochę jest tak jak kiedyś, kiedy podopijałam resztki z kieliszków, kiedy rodzice poszli odprowadzić gości na postój taksówek. Może jednak nie umrę?

Tunel wypluł mnie z powrotem do teraz. A może tamto jest teraz, a teraz - wtedy? Wszystko stanęło przede mną jak żywe. Jakbym ciągle miała te kilka lat.

Stwierdzam, że nie umarłam, ale wszystko wokół mnie zaczyna bardzo szybko się poruszać. Czas, którego nie było, nagle przyspieszył. Ile to już dni minęło, od kiedy tak stanęłam? Jak zepsuty zegarek. O dziewiętnastej dwadzieścia sześć. To akurat pamiętam, bo mama krzyczała, że nie zdąży na dwudziestą i że za cztery minuty musi wyjść najpóźniej, żeby jednak zdążyć w pół godziny tam dojechać. To musiała być dziewiętnasta dwadzieścia sześć.

A może jestem tu tylko od kilku minut? Która to jest? Już tak późno? Ale którego dnia?

Który jest dzisiaj? Już dwudziesty ósmy maja?! To w zeszłym miesiącu musiały być moje urodziny. Czemu nikt mnie nie obudził? Dokąd wszyscy poszli? Dlaczego tu jest tak zimno?

Tego dnia, a przynajmniej tego dnia jeszcze bardziej postanowiłam, że już nie będę kochać mojej mamy. Moje perły utonęły w świńskim łajnie, wgniecione gąsienicami jej czołgu. Dzięki temu, mimo że czołg pewnie przejeżdżał po mnie jeszcze wiele razy, to oprócz może lekkiego smutku i zdziwienia, nie czułam już bólu miażdżonych kości i wgniatanej w błoto duszy. Zamknęłam je w domku ślimaka, który udzielił mi swojej gościny. Czasem jeszcze słyszałam jak mama do mnie coś mówi, ale z czasem coraz mniej, aż jej słowa zamieniły się w szept, i choć nawet jej twarz, kiedy brała moją w swoje ręce, żebym na nią patrzyła, kiedy ma mi coś do powiedzenia i wtedy widziałam ją z bardzo bliska, wskazywała na to, że gniewa się na mnie i pewnie jej głos to musi wyrażać, ale dla mnie już nie było w tym krzyku, ale szemrzący szept, jak szum morskich fal, kiedy się przyłoży ucho do muszli.

Potem, a może już przedtem - ach, mylą mi się te daty i chronologiczności - rodzice, a szczególnie mama, zaczęli ze mną dość często chodzić do laryngologa, którego bałam się gorzej niż dentysty, bo zaczęłam mieć kłopoty z uszami, gardłem i zatokami. Bałam się go strasznie, bo przy każdej wizycie patrzył na mnie z bardzo bliska, co było dość nieprzyjemne, a ja nie lubiłam jak ktoś trzymał swoją twarz tak blisko mojej twarzy. Poza tym miał taką opaskę z lusterkiem na głowie i to lusterko odbijało światło, które mnie bardzo raziło w oczy i czułam jakby chciał ze mnie wydusić coś, czego wzbraniam się mu dać. Chyba jednak gorsze było to, że za każdym razem, kiedy tam byłam mówił "Oj, niedobrze" i wkładał mi głęboko w gardło jakiś patyk z watą na końcu, zanurzoną w jakimś paskudnym płynie i smarował mi tam coś - prawie sięgając do żołądka - pomimo że prawie mu wymiotowałam na fartuch - a może nawet zdarzyło mi się to parę razy. Nazywało się to pędzlowanie i było jedną z najgorszych udręk, jakie pamiętam z tamtych czasów.

Pan laryngolog był dość groźny, ale w sumie sympatyczny, jednak jego przerażające metalowe narzędzia, które leżały na maleńkim stoliku koło fotela tortur, na którym mnie sadzał, nie pozwoliły mi się nigdy w jego gabinecie poczuć bezpiecznie.

Wiele razy okazało się też, że mam ropę na zatokach i pan laryngolog ściągał mi ją za pomocą wielkiej strzykawki i gigantycznej igły. Ból i strach, jaki temu towarzyszył, sprawił, że ukryłam się w moim domku ślimaka, dzięki czemu byłam w stanie te zabiegi przeżyć w całkiem niezłej formie. Pan chwalił mnie, że jestem dzielną pacjentką, chociaż gdyby wiedział, co ukryłam w domku, to by tak nie mówił. Było mi trochę głupio przyjmować te jego pochwały, wiedząc, co przed nim zatajam, ale widziałam, że mama się cieszy, kiedy jest taki ze mnie zadowolony, więc przyjmowałam je bez słowa, udając, że ja też się cieszę.

[1] Osiołkowi w żłoby dano, W jeden owies, w drugi siano. Uchem strzyże, głową kręci, I to pachnie i to nęci; Od któregoż teraz zacznie, Aby sobie podjeść smacznie? Trudny wybór, trudna zgoda: Chwyci siano, owsa szkoda, Chwyci owies, żal mu siana. I tak stoi aż do rana, A od rana do wieczora; Aż nareszcie przyszła pora, Że Oślina pośród jadła Z głodu padła. - Aleksander Fredro

[2] Marek Aureliusz

[3] Słynne zdanie René Descartesa (Kartezjusza) - z łaciny 'Cogito ergo sum'.

[4] Prentice Mulford - Przeciw śmierci

[5] Leslie Calvin "Les" Brown - amerykański polityk i mówca, znany z przemówień motywacyjnych.

[6] Benjamin Franklin - amerykański polityk, erudyta, naukowiec i wynalazca.

[7] Prentice Mulford - Przeciw śmierci

[8] Susanna Kubelka - tytuł angielskiego wydania 'Over Forty at Last: How to Ignore the "Middle Life" Crisis and Make the Most Out of the Best Years of Your Life'

[9] Albert Einstein

[10] [łac., 'idź precz, szatanie!'], zwrot oznaczający kategoryczną odmowę wobec jakiejś kuszącej propozycji (Encyklopedia PWN)

[11] Paulo Coelho - Alchemik

[12] Paulo Coelho - Być jak płynąca rzeka.