Rozdział II. Czerwony kur
Rozdział II
Czerwony kur
Przygraniczne miasteczko Raczki od samego założenia w pierwszej połowie
XVI wieku borykało się z wieloma konsekwencjami klęsk żywiołowych,
działań militarnych i przemarszów wojsk, a także z epidemiami chorób
zakaźnych. Na podstawie zebranego i przeanalizowanego materiału
źródłowego na temat pożarów i pożarnictwa w regionie, rozdział ten
zarysowuje krótką historię najdotkliwszej z plag w czasach świetności i schyłku miasta, a następnie osady miejskiej położonej nad rzeką Rospudą.
Choć w poniższym opracowaniu nadmieniono o pożarze Raczek w roku 1765,
rozpiętość czasowa szerzej opisanych zdarzeń to pełne sto lat, począwszy
od wielkiego pożaru miasta w roku 1811, kończąc zaś na pożarze osady
miejskiej w roku 1911. W treści rozdziału przytoczone są także wybrane
przypadki pożarów, które niegdyś miały miejsce w całym regionie.
Bohdan Świątkowski. Założyciel Ochotniczej Straży Ogniowej w Raczkach.
Portret z początku XX wieku. Zbiory Zofii Świątkowskiej.
Ważne i podstawowe źródło do naświetlenia problematyki pożarów w miasteczku Raczki stanowi opracowanie Pożary w Królestwie Polskiem,
Odbitka z N-ru 7-ego "Zdrowia" z roku 1912 lekarza medycyny Kazimierza
Chełchowskiego. Ten publicysta i działacz społeczny przestudiował kilka
roczników "Zarządu Wzajemnego Ubezpieczenia od ognia w Królestwie
Polskim", włącznie z pozycją za rok 1909 i ustosunkował się, również
okiem lekarza, do danych statystycznych z obszaru guberni suwalskiej, w granicach której przez kilka dziesięcioleci leżały Raczki.
Według Chełchowskiego do najczęstszych przyczyn pożarów u schyłku
Królestwa Polskiego zaliczyć możemy: umyślne podpalenia, nieuwagę i nieostrożne obchodzenie się z ogniem oraz przypadkowe zaprószenie ognia.
Często wybuchały pożary wzniecone przez pozostawione bez opieki dzieci.
Rzadziej dochodziło do pożarów na skutek uderzenia pioruna, choć
częstotliwość pogorzeli w okresie wiosenno-letnim, z nasileniem w miesiącach od maja do lipca, mogą wskazywać na zagrożenie pożarami
podczas dni burzowych. Ponad połowa pożarów wybuchała jednak z niewiadomych przyczyn.
Interesującą informacją dotyczącą lat 1900-1909, kiedy to w Królestwie
Polskim liczba pożarów wahała się od 3419 do 5815, przy średniej rocznej
liczbie 4548, jest to, że w statystykach odnotowano mniejszą liczbę
pożarów w sierpniu, czyli teoretycznie najsuchszym i najgorętszym
miesiącu, oraz w listopadzie, grudniu, styczniu i lutym. W Raczkach na
przełomie XIX i XX wieku ta statystyka prezentuje się zgoła inaczej,
gdyż najczęstsze pożary przypadają właśnie na sierpień, a kilka
incydentów miało miejsce również w okresie zimowym.
W granicach Królestwa Polskiego liczba pożarów wzrosła dwukrotnie w latach wojny rosyjsko-japońskiej, a także w okresie powojennego
niepokoju. Pożary najczęściej nawiedzały najbiedniejszą gubernię
suwalską, następnie zaś kielecką i piotrkowską, a najrzadziej wybuchały
w guberni łomżyńskiej. W roku 1909 z 4244 pożarów niemal 70% pogorzeli
przypadło na drewniane zagrody włościańskie, z czego osad zbudowanych w systemie kolonialnym było najwięcej w guberni suwalskiej - 23 372, co
stanowiło 42,6% wszystkich zagród włościańskich w całej guberni. Powiaty
sąsiadujące z Prusami Wschodnimi miały najwięcej wsi pobudowanych
systemem przeciwpożarowym, czyli właśnie kolonialnym. Wyjątkiem były
niemal wszystkie pograniczne miasteczka, choć o wiejskiej zabudowie,
pobudowane na planie miast systemem zwartym, zwanym dawniej
"ścieśnionym". Mimo iż system kolonialny (pojedyncza osada składała się
średnio z 4 budynków) ograniczał rozprzestrzenianie się pożarów na
sąsiednie zabudowania, to właśnie kolonie płonęły "dwa razy łatwiej niż
zagrody stłoczone" (włościańska zagroda ograniczała się do maksimum 3
budynków). Przeciętny pożar zajmował 3 posiadłości i 5 budynków
małomiasteczkowych, do których zaliczały się Raczki. Budynki doszczętnie
spalone w Królestwie Polskim na początku XX wieku stanowiły 57% ogółu,
zaś w samej guberni suwalskiej 69%. Bardzo prawdopodobne, iż raczkowskie
przypadki zawyżały te statystyki.
W wieku XIX i na początku XX istotnym zagrożeniem pożarowym było nie
tylko zagęszczone, skupione wzdłuż wąskich ulic budownictwo drewniane,
ale też marne pokrycia dachów, głównie łatwopalną strzechą (słomą lub
trzciną), znacznie rzadziej równie nieogniotrwałym gontem, tarcicami
(tudzież dranicami) lub strzechą moczoną w glinie. Krycie dachów
dachówką ceramiczną lub cementową oraz blachą było w biednych
miasteczkach na Suwalszczyźnie zbyt kosztowne i z rzadka stosowane. W Raczkach tyczyło się głównie pokryć dachowych pojedynczych, murowanych
budynków mieszkalno-usługowych wybudowanych przy rynku głównym, a także
kilku imponujących, na tle marnego otoczenia, budynków powstałych na
przełomie XIX i XX wieku. Zalicza się do nich manufaktura chust i chusteczek38, zbudowana staraniem Jurija Karcowa, czy okazały
budynek nowej szkoły39, której fundatorem był również
Karcow40.
Istniejąca od roku 1885 suwalska fabryka A. Balano, wyrabiająca m.in.
nowoczesną dachówkę cementową o kształcie kwadratu (tzw. systemem
Kochlera) i podłużną felcówkę, w roku 1906 wyceniała sążeń kwadratowy
pokrycia dachowego na 2 srebrne ruble i 50 kopiejek. Nie wliczano w to
kosztów robocizny pracy dekarskiej. W ostatecznym rozrachunku krycie
strzechą było zdecydowanie bardziej ekonomiczne, a przy wszędobylskiej
biedzie słomiane pokrycia stosowane były w ponad 80% zabudowań ubogich
miasteczek.
Często bagatelizowanym problemem, który przyczyniał się do zapalenia się
sadzy i pożarów, były stare, niedrożne kominy lepione, zwane
sztangowymi, bardzo popularne na Suwalszczyźnie i obecne do czasów
współczesnych. Piece z cegieł szamotowych były luksusem, a najczęściej
stosowano bite piece gliniane:
"W izbie znajduje się komin i czasem piec, który jest zwykle piecem do
pieczenia chleba. Ogień na kominie i w piecu wyrzuca dym przez otwór do
sieni. Tam przeciska się on wszędzie na dwór, gdzie znajdzie przeciąg,
pomiędzy ścianą z pni, a dachem. Nie można się zatem dziwić, że się
wszędzie widzi ślady pożarów".
Jeszcze w wieku XX w niektórych domostwach, a szczególnie w nędznych
chałupach biednego mieszczaństwa i chłopstwa na Suwalszczyźnie, używano
palenisk:
"Chaty klecone z drzewa i słomy, szersze od spodu, coraz bardziej
zwężające się u góry, podobne były do niższej części okrętu; u szczytu
miały otwór, którędy górą wchodziło światło. Pod tem okienkiem palili
ogniska i gotowali sobie strawę, ogrzewając się zarazem od zimna, które
w tym kraju większą część roku panuje. W takich chałupkach mieszkali z żonami, dziećmi, czeladzią, chowając w nich razem bydło, trzodę, zboże i wszystek sprzęt domowy".
Warto wspomnieć, że na całej rozpiętości guberni suwalskiej ubożuchne
chłopstwo w skrajnych przypadkach zamieszkiwało lepione ziemianki
pobudowane w obrębie gospodarstwa zamożniejszego chłopa.
W samych Raczkach niemal do końca XIX wieku nie odnotowano budynków z pustaków cementowych ani budynków z kamienia polnego. Z powodu braku
budulca takowe budynki sporadycznie budowano na terenie gminy Dowspuda.
Niewiele też było domów zbudowanych z gliny wymieszanej ze słomą, zaś
nowoczesne, murowane i typowo miejskie budownictwo stanowiło margines i ograniczało się do kamienic, wzniesionych w latach 20. XIX wieku
staraniem generała Ludwika Michała hrabiego Paca41.
Budynki mieszkalno-usługowe pobudowano z cegły palonej i pokryto dobrej
jakości dachówką glinianą. Przez niemal całe stulecie cegły oraz
dachówkę wyrabiało kilka cegielni w granicach gminy Dowspuda, m.in.
miejska cegielnia leżąca pod lasem Masalszczyzna w Moczydłach,
korzystająca z zasobów gliny z wyrobisk w Raczkach przy dawnej ulicy
Stodolnej42 oraz cegielnia "Biała Biel" należąca do "JWP Paca
[Jaśnie Wielmożnego Pana Paca, czyli generała Ludwika Michała hrabiego
Paca]" w Jaśkach, założona około 1810 roku, zamiennie występująca pod
nazwami: "dom ceglarski" lub "dom dworny o numerze 1", albo "cegielnia
JW Hrabiego Paca Generała WP [Wojska Polskiego]".
Jedyną pozyskaną informacją o rocznej "mocy przerobowej" wspomnianej
cegielni jest wzmianka, z której dowiadujemy się, iż na podstawie
kontraktu na dzierżawę zasekwestrowanych przez rząd dóbr dowspudzkich,
kolejny z dzierżawców, Benedykt Narbutt, od lipca 1841 roku miał
pozwolenie na wyrabianie i na własny koszt oraz korzyść wypalenie "50
tysięcy sztuk cegieł i 10 tysięcy sztuk dachówek w cegielni w Jaśkach".
Produkty z przytoczonych przykładów cegielni jakościowo przewyższały
wyroby z zakładów o podobnym profilu w gminie Dowspuda, tj. bardzo
przeciętne i krótkotrwale działające zakłady produkcji cegieł oraz
dachówki w Topiłówce, Jabłońskich oraz Wronowie43.
Jak wspomniano powyżej, w krajobrazie ówczesnych miasteczek
Suwalszczyzny dominowała drewniana, często ordynarna zabudowa. Zgodnie z Rejestrem dymów na potrzeby spraw spadkowych prowadzonych przez Ludwika
Michała Paca sporządzonym w roku 1789 w Raczkach, przy ogólnej liczbie
"dymów" 138, z czego domy prywatne będące w rękach starozakonnych
wynosiły ponad 71% ogółu, niespełna trzecią część stanowiły domy
gruntowe i ogrodnicze. Z tej liczby tylko dwa domy były budynkami
murowanymi. Miasteczko zamieszkiwało 730 osób, choć z pewnością
mieszkańców było więcej, gdyż w spisie nie uwzględniono "dymów"
kościelnych. W dodatku nieznaną liczbę starozakonnych prawdopodobnie
pominięto w policyjnym rejestrze ludności.
W Opisaniu Historycznym oraz Topograficzno-statystycznym miasta Raczek
w Województwie i Obwodzie Augustowskim położonego sporządzonym w roku
1820 pod okiem ówczesnego burmistrza Michała Ilińskiego, podaje się do
wiadomości, iż w mieście spisano 189 domów, z czego tylko 3 budynki były
murowane. Ludność Raczek w tym okresie szacowana była na 1557 osób, z czego Żydów było 1212, chrześcijan 261, zaś ludności "innych wyznań" 82
osoby.
Niemniej, nie informacje statystyczne są tu najbardziej interesujące, a fakt opisania "powodów wzrostu lub upadku miasta". W tabelarycznym
zestawieniu na stronie 6 dokumentu odnotowano, iż miasto Raczki:
"Podupadło przez pożar, który zniszczył większą połowę miasta w roku
1811 oraz rewolucyje Krajowe. Dotego utrzymuje się w stanie bardzo małey
zamożności, bo pomimo udzielonej dla pogorzałych mieszkańców przez JW
Dziedzica znaczne[ych] dary[ów] zaraz po spaleniu się Miasta oraz
mimo wielkich awansów tak w materiałach, jak i w gotowym groszu przez
tegoż poczynionych, uśpienie handlu z Prusami nie dozwoliło dotąd
mieszkańcom powetować strat poniesionych. Właściciele przeto ubożsi, z wielu domów starych i miejsc w stanie odbudowania nowych, zwłaszcza
ieżeli te mają być murowane".
Z podanej informacji wynika, że ówczesny właściciel miasteczka wnikliwie
oceniał złą sytuację nietrwałej i łatwopalnej zabudowy Raczek, przez co
jego inwestycje ukierunkowane były na rozwój murowanej zabudowy,
częściowo wzniesionej na pustych placach zgorzałej przed kilkoma laty
miejscowości.
Staraniem hrabiego Paca miasto znacznie się rozbudowało. Powstały nowe
ulice oraz duży, zwodzony most na rzece, a w centrum, w granicach
pomniejszonego rynku zbudowano zajazd "Kafenhaus" oraz wzniesiono ciągi
okazałych, piętrowych kamienic. Zmniejszenie obszaru rynku głównego i wybudowanie budynków murowanych prawdopodobnie pełniło też funkcję
przeciwpożarową, gdyż część nowych domów w pierwotnym założeniu
oddzielona była od starej, drewnianej zabudowy ulicą Nową44, w ten
sposób, że żadna z kamienic nie była styczna z marnymi chałupami.
Obok zajazdu najokazalszym budynkiem w miasteczku był nowy kościół
parafialny, konsekrowany dopiero po 12 latach od zakończenia budowy,
która miała miejsce w roku 1823. Fundatorem murowanej świątyni był
również Ludwik Michał Pac. Kościół pokryto ogniotrwałym materiałem,
jakim jest blacha, o czym świadczy ogłoszenie o licytacji z dnia 11/23
listopada 1838 roku wystosowane przez Rząd Gubernialny Augustowski:
"[...] próbuje się uskutecznić pokrycie nową blachą żelazną dachu
kościoła parafialnego w mieście Raczkach [...]". Świątynię zaczęto
wznosić w roku 1767 w miejscu starej, lokowanej na cyplu okalającym
przez dwa głębokie jary, łączące się na zboczu za kościołem przy rzece
Rospudzie.
Zbudowany w mur pruski stary kościół, przed rokiem 1751 znajdował się w fatalnym stanie, zaś za sprawą właściciela Raczek z rodu Paców -
hrabiego Józefa, kasztelana księstwa żmudzkiego, starosty chwejdańskiego
i ziołowskiego, pana na Horodyszczu i Dowspudzie, świątynię
wyremontowano i uposażono. Niestety wielki pożar w roku 1765 strawił
niemal całą zabudowę miasteczka, w tym kościół.
Innym okazałym z murowanych budynków w Raczkach była świątynia
rosyjskiego kościoła prawosławnego, którą wzniesiono w latach 1896-1904.
Inicjatorką i zarazem fundatorką budowy murowanej cerkwi była żona
dyplomaty, urzędnika, handlowca i radcy stanu - Jurija Siergiejewicza
Karcowa (1857-1931), władającego majątkiem donacyjnym Dowspuda.
Dzięki staraniom Sofii Michajłowny Karcowej (1858-1901) i jej męża
Jurija, "Imiennym Ukazem Najwyższym zezwolono ofiarować z jego [Jurija
Karcowa] majątku majoratowego Szkocya działek gruntu pod świątynię
prawosławną w Raczkach, guberni suwalskiej". Pod budowę świątyni
bezpłatnie wywłaszczono z majątku "działkę gruntu przestrzeni 398,4
sążni kwadratowych". Był to niewielki plac umiejscowiony po lewej
stronie głównego wjazdu do Raczek, od strony Dowspudy, przy dawnej ulicy
Dwornej45.
Mimo wielu problemów natury materialnej, Jurij Karcow uruchomił swoje
kontakty w głębi Imperium Rosyjskiego, w Ministerstwie Finansów, zaś w poczytnym czasopiśmie "Nowe czasy" ogłosił zbiórkę funduszy na budowę
cerkwi. Choć Sofia Karcowa upodobała sobie wygląd i charakter świątyni
zbudowanej w roku 1878 w Muranowie, oddalonym o 40 kilometrów od Moskwy,
realizacji podobnego projektu w Raczkach nie udało się sfinalizować.
Budowę cerkwi pod wezwaniem Obrazu Zbawiciela Stworzonego Nieludzką Ręką
wspomógł ofiarą i modlitwami rosyjski duchowny i działacz społeczny,
święty kościoła prawosławnego - Jan z Kronsztadu46, który
najpierw ofiarował sto, a następnie tysiąc rubli. Wdowa Imperatorowa
Maria Fiodorowna Romanowa47 podarowała i przysłała do Raczek
przepięknie zdobioną ewangelię na ołtarz, krzyż i cerkiewne utensylia.
Zgodnie z wolą Sofii Karcowej, cerkiew była budowana ku czci zmarłego
kilka lat wcześniej Imperatora Aleksandra III Romanowa. Prezesem
komitetu budowy cerkwi został Jurij Karcow.
Wielce pobożna i oddana rodzinie carskiej Sofia Karcowa nie doczekała
wzniesienia świątyni. Zachorowała na nowotwór i mimo dwóch operacji,
zmarła 10 sierpnia 1901 roku w warszawskiej klinice Czerwonego Krzyża.
Karcową pochowano 16 sierpnia w krypcie budowanej cerkwi, przy
zgromadzeniu niezliczonej ilości żałobników. W pogrzebie uczestniczyły
tłumy parafian, miejscowi Żydzi i katolicy; na uroczystość przybyli
także dostojnicy z różnych zakątków Imperium Rosyjskiego.
Daleka kuzynka Karcowów i pisarka, pochodząca z moskiewskiej rodziny
gubernatorskiej, hrabina Lidia Rostopczyna, w ogłoszeniu pośmiertnym
wydanym w formie ulotki w sierpniu 1901 roku, pisała o życiu, śmierci i pogrzebie Sofii:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział I. Morderstwo Estery Cwej i proces Mowszy Mendelbauma
Rozdział I
Morderstwo Estery Cwej i proces Mowszy Mendelbauma
Kiedy od Suwałk ku Kalwarii1 onegdaj się zmierzało,
pagórkowaty i otulony lasem krajobraz zmieniał się zasadniczo. Gdzieś
chowały się urozmaicające okolicę lekkie, kamieniste wyniosłości i znikały liczne jeziora, a zmierzając na północny wschód, w kierunku
Mariampola, rozpoczynała się nieskończona, szeroka równina, słynąca ze
swej żyzności i ziemi doskonałej, obficie wynagradzającej wszelkie
wysiłki człowieka.
Tu mieszkali Litwini, a pomiędzy nimi obywatele ziemscy polscy oraz
ludność żydowska. Tu zakorzenili się także Tatarzy, Niemcy, Białorusini
i Rosjanie. Chłop wrośnięty od wieków w bezgraniczną przestrzeń, którą
ukochał, pod względem kulturalno-gospodarczym zasługiwał na znaczne
uznanie, a rolnictwo włościańskie odznaczało się tu ogólną starannością,
acz mozolnym postępem.
Litewski Żyd. Rok 1915. Zbiory Marcina Turkowskiego.
Żydzi tych ziem przybywali z różnych zakątków kraju i Europy, a po
latach intensywnego podboju miast i miasteczek zdominowali mały przemysł
i przede wszystkim handel. Nieliczni parali się rolnictwem. Starozakonni
zwani byli przez Litwinów pachciarzami2. Z początkiem
drugiej połowy XIX wieku, pachciarze stanowili najludniejszą część
wielokulturowego społeczeństwa wielu miejscowości - najpierw rozległej
guberni augustowskiej, a następnie suwalskiej.
Biorąc pod uwagę wszystkie miasta i miasteczka, liczba kalwaryjskich
Żydów stanowiła wielotysięczną rzeszę obywateli wyznania mojżeszowego,
co jednak nie było ewenementem w skali obszaru zwanego od przełomu XIX i XX wieku Suwalszczyzną. Starozakonni bowiem byli mieszkańcami tych
terenów od setek lat. Pokusić się można nawet o stwierdzenie, że to
właśnie Żydzi byli najtrwalej wpisani w etos ziemi suwalskiej,
sejneńskiej i augustowskiej, będąc spoiwem łączącym wszystkie wplecione
w historię tych ziem narody.
Od połowy XIX wieku procent populacji Izraelitów w Kalwarii oscylował w granicach 80-85%, a ich liczba wahała się w przedziale 6300-6500 osób,
na nieco ponad 8 tysięcy mieszkańców. Tylko w siedzibie guberni, w Suwałkach, mieszkało w tym czasie więcej Żydów. Z ważniejszych obiektów
w mieście funkcjonowały: kościół katolicki i ewangelicki, kompleks
synagog, stacja telegraficzna i pocztowa, szpital na 25 łóżek, szkoły,
sąd, koszary i zakład karny. Ze wszystkich kalwaryjskich "przybytków"
najważniejsze były koszary i więzienie, które powstały jeszcze w czasie
panowania pruskiego zaborcy3.
Przed wybuchem powstania listopadowego więziennictwo Królestwa Polskiego
dysponowało 20 więzieniami, ale tylko 6 z nich wybudowano zgodnie z przeznaczeniem. Były to zakłady pobudowane w Brześciu, Płocku, Łomży,
Janowie, Pyzdrach i właśnie w Kalwarii. Wszystkie one przeznaczone były
dla więźniów karnych, jak i tych znajdujących się w śledztwie. W tym
okresie przeciętna pojemność zakładów karnych wahała się w graniach
100-120 osadzonych, których tłoczono w kilku, maksymalnie kilkunastu
obszerniejszych, koedukacyjnych4 celach, praktycznie
uniemożliwiających segregację. Cele pojedyncze były wyjątkiem.
Ewenementem w skali kraju był nowy zakład karny w Warszawie, wybudowany
między ulicami Pawią, Dzielną i Dziką, zwany później "Pawiakiem".
Więzienie celkowe5 "Domu Głównego Badań", dysponujące 166
celami pojedynczymi i 20 wspólnymi o pojemności 12-14 osób, pobudowano w latach 1829-1835. Charakterem przeznaczenia "Pawiak" odpowiadał
więzieniu śledczemu, choć przebywali w nim także skazani na karę
śmierci, oczekując na wykonanie wyroku. Marny los skazańców był niemal
pewny, tak jak pewne było też to, że im większy był występek przeciwko
prawu, tym ciaśniejsze i cięższe były kajdany.
Więzienie w Kalwarii nie było tak przestronne, choć też nie należało do
najgorzej urządzonych. Główny hol budynku rozgałęział się na
poszczególne cele, które zamykane były na dębowe, masywne drzwi. W każdych drzwiach znajdowało się małe okienko wizyjne bez szyby, służące
do kontrolowania więźniów znajdujących się wewnątrz cel. Izby były
oddzielone jedna od drugiej grubą ścianą i posiadały okratowane, dość
szerokie okna weneckie, które wychodziły na więzienne podwórze.
Komunikacja i relacje więźniów ze strażnikami wewnątrz samego więzienia
były dość trudne, ale i z tym sobie radzono. Osadzeni wchodzili ze
strażnikami i kierownictwem w przyjazne stosunki, uregulowane za pomocą
pieniędzy, wódki i tytoniu. Te trzy artykuły we wszystkich zakładach
karnych odgrywały bardzo ważną i użyteczną rolę.
W kalwaryjskim więzieniu od drugiej połowy roku 1833 osadzonych dzielono
na pięć kategorii: śledczych, skazanych na areszt publiczny, skazanych
za przestępstwa skarbowe, poprawiających się i ciężkich, których czasowo
zwano warownymi6.
Kodeks Karzący Królestwa Polskiego7 nie przewidywał noszenia
kajdan przez skazanych na areszt publiczny. W miarę posiadania środków
przez aresztanta, mógł on pozostawać na własnym wikcie, a za zgodą sądu
nawet posiadać sługę. Skazani za przestępstwa skarbowe i tzw.
"poprawiający się" zakuci byli w lekkie kajdany i dostawali ciepłą
strawę. W celi liczyć mogli na siennik i koc do spania, ale w wielu
przypadkach były to tylko przywileje formalne. Smutny los czekał
osadzonych w więzieniu najcięższym - warownym, charakteryzującym się
surowym reżimem. Więźniom golono głowy, zakuwano ich w ciężkie kajdany,
a podczas prac przykuwano i zakładano kajdany z kulą u nogi, której waga
rosła wraz z poziomem popełnionego przestępstwa. Osadzonym kazano nosić
łachmany i hańbiące ubiory, a podczas głodowych posiłków nie podawano
mięsa. Łoże do spania stanowiła krótka deska, na której więzień zmuszony
był zasypiać z podkurczonymi nogami.
Do połowy wieku XIX uważano, że kara więzienia musi być surowa i odczuwalna także w postaci nędznego wyżywienia. Więzienne żarło było
zatem parszywe w smaku, a w dodatku skąpe, niskokaloryczne i improwizowane. Na bazę strawy składały się małowartościowe i marnej
jakości produkty, często zepsute. Menu więzienne stanowiło bardzo ważne
narzędzie dominacji nad osadzonymi. W jadłospisie królowała zupa
rumfordzka8 lub żurek z dodatkiem pajdy żytniego, ciemnego
chleba. Na drugie danie podawano groch z przekwaszoną kapustą i kaszami,
a czasem też rozwodnione ziemniaki. Gotowane mięso było odświętnym
rarytasem i kiedy już pojawiało się w misce, nie zawsze było pierwszej
świeżości.
Pod koniec lat 60. XIX wieku dzienna stawka żywieniowa w kalwaryjskim
więzieniu wynosiła 6,5 kopiejki. Identyczną stawkę ustalono w więzieniach w Łomży, Lublinie i Sieradzu, a wyższą o pół kopiejki w zakładach w Radomiu, Kielcach, Sandomierzu, Janowie, Bielsku, Siedlcach
i Pułtusku. Porcje racjonowane za takie stawki były niemal głodowe. W wielu przypadkach nawet strażnicy korzystający ze służbowego żywienia
także nie mogli najeść się do syta.
Obowiązująca instrukcja więzienna przewidywała oddzielenie więźniów
śledczych od pozostałych, choć w praktyce wyglądało to bardzo różnie. I tak więźniowie pierwszej kategorii lądowali w celach z recydywistami, a to znacząco wpływało na ich kruche charaktery, ulegające pod wpływem
"aury" bandytów znacznemu pogorszeniu lub całkowitemu zepsuciu.
Osadzanie więźniów śledczych z kryminalistami miało też znaczący wpływ
na warunki prawidłowego przebiegu spraw prowadzonych wobec tych
pierwszych.
Więźniowie śledczy skazani na areszt publiczny za przestępstwa skarbowe
nie byli zmuszani do pracy, choć na własne życzenie mogli być skierowani
do robót. Roboty publiczne, które odbywały się na zewnątrz zakładu, po
roku 1832 zamieniono na prace w zamkniętych fabrykach więziennych. Były
to fabryczki tkackie, przędzalnicze, sukiennicze i warsztaty mające za
zadanie produkowanie tylko na potrzeby zakładu karnego. W kalwaryjskim
więzieniu przez lata funkcjonował warsztat tkacki i tzw. pomocnicza
przędzalnia. Taka fabryczka odciążała wydatki państwa na więzienia, a także zapewniała zatrudnienie większej części osadzonych, którzy przy
okazji pobierali praktyczne nauki zawodu.
Od drugiej połowy XIX wieku budynek kalwaryjskiego zakładu karnego
zaczął podupadać i wymagał remontu. Inspektorzy więzienni wskazywali na
zły stan techniczny obiektu, którego przyczyną były częste podtopienia i podmycia fundamentów budynku. Palącym problemem było także to, iż w więzieniu brakowało pomieszczeń dla osadzonych. Zamierzano wynająć
prywatne budynki, zlokalizowane w pobliżu zakładu, które byłyby
przeznaczone na potrzeby powiększenia przestrzeni więziennej. Jeden z najętych budynków planowano przekształcić na mieszkania dla personelu, a drugi urządzić na kształt odseparowanego kobiecego oddziału.
Ostatecznie, po latach walki kierownictwa zakładu o lepszy byt,
kalwaryjskie więzienne doczekało się remontu i najmu sąsiednich
budynków9.
Stłoczeni w zbiorowych celach osadzeni mawiali, że przy długoterminowej
odsiadce trzeba było mieć choć trochę nadziei, ale ta w więzieniu bywała
niebezpieczna. Słabym i podstarzałym powoli odbierała rozum, aby
ostatecznie doprowadzić wrak człowieka do czystego szaleństwa. A od
obłędu do strasznej śmierci - prosta i bliska była droga.
Wiara i nadzieja podtrzymywały silnych i młodych przy życiu, o czym
niegdyś redaktorom prasy krajowej doniósł młodzieniec z Rajgrodu,
osadzony w roku 1863 w więzieniu politycznym w Łomży:
"[...] Każde zamknięcie człowieka w czterech ścianach, choćby nawet
połączone z wygodami, nie jest do pozazdroszczenia, bo sama niepewność
jutra, jest w stanie złamać nawet najsilniejszy charakter. Ale gdy
człowiek młody, a w piersiach ma wiarę i to głębokie przekonanie, że za
uczciwą i zacną sprawę cierpi - jeśli go nie nękają fizycznie, to się
jakoś prędko godzi z losem, wypogadza czoło i nie tylko, że nie podupada
na duchu, ale owszem mężnieje, nabiera hartu i bardzo często, gdy tylko
opuści mury więzienne, znajduje w sobie wielką energię i siłę do walki z przeciwnościami".
Mimo to upadek moralny i psychiczny, a nawet śmierć zaglądały do więzień
wyjątkowo często. Przez dekady liczono w setkach, jeśli nie w tysiącach,
tych, co wyzionęli ducha w kalwaryjskich celach lub więziennym
lazarecie. Dotyczyło to nie tylko przewlekle schorowanych, czy
wygłodzonych, ale także tych, którzy odbierali sobie życie lub zostawali
jego pozbawieni. Umierali - wyglądając niczym żywe trupy - żebracy,
umierali prości, biedni włościanie i bogaci mieszczanie. Umierali bez
względu na pochodzenie, status i wiek, choć z różnych przyczyn i w różnych okolicznościach. Częstokroć bardzo niejasnych i tajemniczych.
W niewyjaśnionych okolicznościach w kalwaryjskim więzieniu w zaświaty
odeszli niepoliczeni mieszkańcy guberni augustowskiej10.
Śmierć prosto z celi zabrała między innymi: nieznanego wiekiem wyrobnika
Kazimierza Kondrackiego11 z Kopca w parafii Krasnybór,
20-letniego sługę Piotra Kuryłę z Bargłowa12, 53-letniego
gospodarza Andrzeja Kolendę z Rutki13, 70-letniego wyrobnika
Wojciecha Szczęsnego z Dreństwa14, 48-letniego wyrobnika Adama
Miłuka z Sejn15, 36-letniego parobka Kazimierza Miczurko ze
Skarkiszek w parafii Sejny16, 42-letniego włościanina Andrzeja
Gausa z Posejn17, czy choćby 31-letnią służącą Mariannę Kielert z Wiżajn, "w domu poprawczym zostającą18".
W lazarecie więziennym ostatnie tchnienie oddali: 40-letni Kazimierz
Krupiński z Żarnowa w parafii Augustów (zgon w 1853 roku), 30-letni
Jakub Rygiel z Kaletnika w gminie Klejwy19 (1854), 39-letni
Krystian Salomon z Szur w gminie Kuków20 (1854), 56-letni Wojciech
Romanowski z Wiatrołuży w gminie Huta (1855), 33-letni Augustyn Szumski
z Wiejsiej21 (1856), czy 57-letni Józef Burba z Suwałk (1857).
Ciekawym jest, że wszyscy z wymienionych byli wyrobnikami.
Warto uzupełnić, że zanim wcielono w życie surowy Kodeks22, w więzieniu kalwaryjskim doszło do jednej z najbardziej brawurowych
ucieczek w historii więziennictwa w Królestwie Polskim. W roku 1817 w wielkiej ucieczce uczestniczyło 54 więźniów, z czego tylko kilku udało
się pojmać i ponownie osadzić w mamrze.
Zdarzały się też ucieczki pojedynczych osób. 7 kwietnia 1901 roku
20-letni Jan Markiewicz z Gulbieniszek23, którego za
kradzież skazano na 2 lata i 2 miesiące więzienia, zbiegł z zakładu w niewyjaśnionych okolicznościach. Za uciekinierem rozesłano list gończy,
ale Markiewicza nigdy nie ujęto.
Wracając do samej Kalwarii, która niegdyś położona była na szlaku
trójkąta handlowego Warszawa-Petersburg-Królewiec, w centrum miasta
ulokowano obszerny rynek. Odbywały się tu 4 jarmarki rocznie. We wtorki
po Wniebowstąpieniu Pańskim, przed świętym Janem Chrzcicielem oraz po
świętych Bartłomieju i Marcinie. Prosperował tu dobrze rozwinięty
handel, rolnictwo, całkiem sprawnie funkcjonowało drobne rzemiosło i niewielki, dość zyskowny przemysł.
W mieście z powodzeniem prowadzono także małe zakłady tkackie,
gorzelnię, browar, młyn, liczne karczmy, garbarnie, fabrykę tytoniu i papierosów, a na przedmieściach cegielnię i olejarnię. Handlowano zaś
głównie zbożem, towarami spożywczymi i żywym inwentarzem. Miejscowi
kontrahenci zaopatrywali we wszelakie produkty kalwaryjską jednostkę
wojskową, w której stacjonowały wojska 10 Ingermanlandzkiego
Pułku24, a także wywiązywali się z opiewających na znaczne sumy
kontraktów z więzieniem. W miasteczku prowadzono także kilka instytucji
pożytku dobroczynnego oraz towarzystw zrzeszających rolników,
rzemieślników i kupców.
Odrębną grupę, parającą się szmuglowaniem25 do Prus
towarów i ludzi, stanowili przemytnicy, którzy niejednokrotnie byli w swej dziedzinie wyjątkowymi fachowcami. Jednak mimo wielokierunkowego
rozwoju miasta, najliczniejszą grupę stanowiła tu najniższa warstwa
społeczna, czyli żydowska i litewska biedota.
Z początkiem drugiej połowy XIX wieku w Kalwarii żyło się podobnie, jak
w innych miastach guberni augustowskiej, które zostały zdominowane przez
Żydów. Życie w sztetlu niemal nie różniło się od egzystencji w nieodległych od Kalwarii Mariampolu, Łoździejach czy Sejnach.
Mimo ciężkiej pracy przez 12 godzin na dobę, wszechobecna bieda była
nieodzownym elementem czarnego chleba powszedniego. Wielodzietne rodziny
wiązały koniec z końcem w niewyobrażalnym ubóstwie i z wielkim trudem.
Setki familii migrowały za atrakcyjniejszą pracą i lepszym życiem w różne zakątki Królestwa, Europy i świata. Czas w mieście upływał
niespiesznie, nieco nużąco, zwykli ludzie żyli tu nad wyraz skromnie.
W miasteczku dochodziło do częstych sprzeczek i awantur między Żydami a kalwaryjskimi Litwinami zwanymi "Dziukami" (zwanymi tak od wymawiania
przez nich miękko spółgłosek d i t). Do sensacyjnych wydarzeń w mieście
dochodziło tylko z rzadka. Czasem miejscowa banda napadła na żydowski
sklep, obrobiła starozakonnego z towaru i groziła podpaleniem dobytku.
Częściej miały miejsce nieszczęśliwe wypadki, jak śmierć od utonięcia w Szeszupie 6-letniego Mowszy Płockiego, syna miejscowego rzeźnika
koszernego, czy stratowanie przez konie Litwina Matwieja Wojczulisa na
targu26.
Problemem, który nagminnie trapił mieszkańców, była walka z żywiołem
ognia. Tragiczny w skutkach pożar wybuchł w mieście w grudniu roku 1862.
W niewyjaśnionych okolicznościach spłonęła karczma i obiekty gospodarcze
należące do jednego z miejscowych arendarzy27. W płomieniach
śmierć spotkała żonę Gotliba Dawidowicza, zaś obszernym oparzeniom uległ
najstarszy z synów karczmarza. Spłonął też cały inwentarz, a po kilku
dniach w pogorzelisku znaleziono zwęglone zwłoki niezidentyfikowanej
osoby. Dochodzenie policyjnie w tym przypadku nie wskazywało na udział
osób trzecich, choć w mieście głośno mówiło się o nastrojach
antysemickich, a także o zatargach między Żydami a Litwinami. Mimo tych
przeciwności losu i postępującego ubóstwa, większość mieszkańców w wielkiej pobożności i z nadzieją oczekiwała lepszego jutra.
Również w grudniu tego samego roku na przedmieściach Kalwarii dokonano
brawurowego napadu na konwój eskortujący więźnia. Kilku uzbrojonych w broń palną bandytów zaczaiło się przy olejarni i "z zasadzki zaatakowało
dwójkę strażników". Jednego z funkcjonariuszy zabito strzałem z rewolweru w plecy, a w drugiego rzucono bombę lub granat. Odłamki
eksplodującego ładunku wybuchowego uszkodziły budynki mieszkalne i poraniły kilku przechodniów. "Więzień ze sprawcami zamachu zbiegli w oczekujących na nich saniach", zaś dochodzenie policyjne spełzło na
niczym.
W roku 1863 całą gubernią augustowską wstrząsnęła wieść o tajemniczym
mordzie dokonanym na 37-letniej Żydówce imieniem Estera Kajla Cwa.
Historia życia Estery i sprawa jej nie do końca wyjaśnionej śmierci
przez kilka lat były czołowym tematem kronik sądowych, a także
ogólnokrajowej prasy. Z pewnością długo nie schodziła też z ust
kalwaryjskiej ludności.
Estera pochodziła z żydowskiej klasy średniej i była córką Szepszela
oraz Gołdy Cwów. Kobieta była zdrowa i w pełni sił, choć urodą nie
grzeszyła. Prowadziła kawiarnię w wychodzącej na ulicę izbie własnego
domu. Sama zajmowała niewielkie, parterowe mieszkanie. Obok jej
sypialni, w sąsiedniej i lichej izbie, egzystowali wiekowi rodzice.
Niecałe dwadzieścia kroków od kawiarni mieściły się koszary inwalidów, a tuż obok, po drugiej stronie ulicy, gmach sądu.
Początek roku 1863 w mieście był niespokojny. Wokół panował stan
wojenny. Na kilka tygodni ustanowiono godzinę policyjną, która po
zmierzchu obowiązywała wszystkich cywilów. W wyjątkowych okolicznościach
i dla szczególnych person wystawiano glejt28 w formie jednorazowej
przepustki.
Przez miasteczko przewijały się też liczne patrole. Przy samej bramie
wjazdowej do koszar, nocami, stało zazwyczaj czterech lub sześciu
szyldwachów29. Za dnia strażników było zwykle mniej, ale
żołnierze zawsze bacznie obserwowali, czy ktoś podejrzany nie snuje się
po okolicy. Bywało, że panowie lubujący się w miejscowym piwie zaglądali
do przybytku Estery.
Noc ze środy na czwartek, tj. z dnia 20 na 21 maja 1863 roku - roku, w którym wybuchło powstanie - była ostatnią w krótkim życiu Żydówki. Tej
nocy bestialsko przerwano skromny żywot Estery, a wokół jej śmierci
rozpostarła się mgła tajemniczości, niemal mistycyzmu.
Po oględzinach prokuratorskich miejsca zbrodni i krótkim dochodzeniu
policyjnym, ciało Estery przeniesiono do prosektorium. Według
sporządzonego orzeczenia sądowo-lekarskiego na ciele denatki
stwierdzono:
"z prawej strony czoła ranę wielką, głęboką, ze zgruchotaniem zupełnem
kości czołowej, od silnego uderzenia młotem lub obuchem siekiery; rany
na głowie, nosie, z roztrzaskaniem kości nosowej, pochodzące od silnych
ciosów narzędziem tępem, twardem; w okolicy szyi rany długie, powstałe
od kłucia narzędziem ostrem; na piersiach strupy widocznie od parzenia
zapałkami powstałe, co stwierdzały zapałki po ciele jej porozrzucane;
znaki na rękach od podobnegoż palenia zapałkami; liczne sińce na twarzy
i członkach górnych pochodzące od bicia i mocnego ściskania obcemi
rękami; wreszcie trzy żebra w lewym boku złamane, przy nadzwyczaj silnem
gnieceniu. Prócz tego, na przyległej ścianie, a nawet i na suficie, nad
łóżkiem denatki, dostrzeżono ślady rozbryzganej krwi, a pod łóżkiem
znaczną ilość krwi, pochodzącą z zadanych ran".
Zdaniem lekarza obducenta obrażenia głowy i tułowia były śmiertelne.
Podczas oględzin policyjnych jednoznacznie nie stwierdzono włamania. Z mieszkania również nic nie skradziono. Drzwi, które prowadziły na ulicę,
były zamknięte, a okiennice od kawiarni i mieszkania zasunięte. Oprawcy
jednak pozostawili ślad na drzwiach od podwórza, których klamka była
związana szpagatem. Na drewnianej zasuwie stwierdzono świeże ślady krwi.
Oprócz pozostawienia krwistego śladu, sprawcy mordu umknęli
niezauważeni, zarówno przez nieświadomych zdarzenia rodziców Estery, jak
i stojących kilkadziesiąt metrów dalej strażników.
Okrutna śmierć przez zadanie rozległych obrażeń wskazywała, iż nad
ofiarą brutalnie się znęcano i pastwiono, niemalże torturowano. W notatce dochodzeniowej zapisano: "[...] Szczególna tajemniczość,
otaczająca sprawców i cel odjęcia życia, nie dla materyalnej chęci
zysku, bo bez zaboru dokonanego, kazały szukać przyczyn i pobudek w stronie duchowej, moralnej, w przeszłości istoty, w tak okropny sposób
ze świata zgładzonej". Rozpoczęło się żmudne kilkumiesięczne śledztwo,
zaś badana sprawa nabierała coraz wyraźniejszych kształtów.
W grudniu 1861 roku Estera nieszczęśliwie wyszła za mąż za niejakiego
Jankiela Ławskiego, niemal 20 lat młodszego od niej starozakonnego z Raczek w powiecie augustowskim. Na ślub natarczywie nalegała, a można i rzec, że małżeństwo groźbami wymusiła familia Żydówki. Pod rodzinnym
przymusem zaślubiny się odbyły, ale sam związek trwał raptem dwa
tygodnie.
31 grudnia Estera wystąpiła z pisemną skargą do naczelnika powiatu
kalwaryjskiego. W liście napisała, że "Żydzi naszli w nocy jej
mieszkanie i zmusili do poślubienia osiemnastolatka", którego ona "nie
kocha i żyć z nim nie chce". Dodatkowo w piśmie wystąpiono z prośbą o "zabezpieczenie jej osoby przed zawziętością Żydów, usiłujących odebrać
jej życie". Czy były to tylko groźby ze strony rodziny, czy Estera
rzeczywiście obawiała się najgorszego?
W styczniu 1862 roku kobieta wyjednała sobie rozwód i związała się
stałym związkiem z katolikiem Aleksandrem Niedźwiedzkim. Oboje
postanowili, że wezmą ślub, a Estera dokona konwersji z wyznania
mojżeszowego na chrześcijaństwo. Kobieta wyznała swym żydowskim
znajomym, że planuje ponownie wyjść za mąż, co nie umknęło uwadze jej
rodziny.
Estera żaliła się przed przyjaciółmi, że "ponownie grożono jej śmiercią,
tak też ślub chciałaby podjąć w sekrecie, bo familia może ją zabić".
Żydówka nie miała lekkiego losu i twierdziła, że krewni się na nią
zawzięli jeszcze wcześniej, "od czasu romansu z postawnym oficerem, z którym w ciążę zaszła i porodziła w Kownie syna, że usiłowała później
przejść na wiarę chrześcijańską, że dla niedopuszczenia tego w grudniu
1861 roku wydali ją za mąż za 18-letniego żydka".
W licznej rodzinie Cwów ważną postacią był mąż siostrzenicy Estery -
Mowsza Lejzor Mendelbaum, niegdyś mieszkaniec Kalwarii, a następnie
Kowna. Mendelbaum z zawodu zajmował się wyszynkiem30 oraz
importem z zachodu trunków. Religijny karczmarz wśród swoich uznawany
był za zagorzałego talmudystę31. Plotkowało się, że Żyd
zamierza wydać broszurę w języku hebrajskim, a sam Mandelbaum nawet się
chwalił, że "w świętych księgach i pismach jest obeznany".
Z początkiem roku 1863 Mendelbaum odbył kilka podróży z Kowna do
Kalwarii. Powód wizyt miał być ścisłą tajemnicą, ale burmistrz miasta
doniósł organom ścigania, że "krążyły pogłoski o naradach rodziny Estery
Cwy, jakoby trzykrotnie w Kalwaryi, przy obecności Mendelbauma
odbywanych, na których rozbierano dopuszczalność, wedle ksiąg talmudu,
pozbawienia życia potomka Izraelowego, odstępującego od wiary przodków".
Jak podano w wydawanej w Warszawie "Gazecie Sądowej" z dnia 18 lipca
1873 roku, ostatnia z tych narad miała nastąpić w przeddzień zabójstwa.
Urzędnik donosił również, że przed Wielkanocą Mendelbaum sprowadził do
miasta jakiegoś Niemca, murarza, rzekomo do "zgładzenia Estery ze
świata".
"Dziennik Warszawski" z 28 sierpnia 1869 roku w Kronice Sądowej
opublikował obszerny tekst, w którym padły słowa:
"[...] Mowsza Lejzor Mendelbaum sprowadził z Kowna do Kalwarii jakiegoś
mularza z Prus, który miał zamordować Esterę przed Wielkanocą 1863 r.;
że gdy zamach ten nie był ówcześnie spełnionym, krewni Estery i inni
żydzi zebrali się na naradę pod prezydencją talmudzisty rabina z niewiadomego miasta, który miał tłomaczyć zebranym, iż wedle ksiąg
talmudu, pozbawienie życia żydówki od wiary przodków odstąpić
zamierzającej, nie jest żadnem przestępstwem".
Kronika podaje, że po tej naradzie morderstwo zostało "spełnione", zaś
Mowsza Mendelbaum i bratanek Estery - Eljasz Cwa, nazajutrz wyjechali do
Kowna. Wszystkie poszlaki wskazujące na rodzinną zmowę zebrane zostały
przez dobrą znajomość burmistrza z Cwami i ich sąsiadami, a także na
podstawie dochodzenia policyjnego.
W kręgach starozakonnych krążyły pogłoski, a nawet niektórzy pod
przysięgą zeznali, że samo zachowanie i działanie żydowskiej rodziny ma
związek ze skargą do burmistrza, co wielce rozwścieczyło Cwów. Inni
Żydzi zapewniali, że "zabójstwo Estery musiało być dziełem jej familiji,
która miała do niej urazę za niezachowanie przepisów religijnych".
Jeden z katolickich świadków zeznał, że "Estera objawiając mu swą obawę,
aby przez familiję nie była zabitą, chciała na jego imię scedować swój
majątek, to jest dom szynkowy w Kalwarji, a nawet wtedy dała mu do
zachowania 300 rs. [rubli srebrnych]". W trakcie dochodzenia udało się
również dotrzeć do korespondencji rodzinnej Cwów, a także natrafiono na
notatki sporządzone przez jej członków. Do licznych dowodów należały
listy Mowszy Mendelbauma i Eljasza Cwego oraz "talmudyczne notaty ręką
pierwszego pisane".
Z pomocą przysięgłego tłumacza z pozyskanego materiału dowodowego
wywnioskowano, iż Mendelbaum do "zagorzałych fanatyków religijnych
należy, który w mistycznych wyrażeniach poprzysięga zemstę przeciwko
Esterze Cwy skierowane i jej czyny potępiające". Listy były pełne
wyrażeń o rozwiązłości, brudach, o hańbie w Kalwarii, które popełniła
"ona, nasza familija, nasza krew". Według Mendelbauma "żyd
przekraczający zakazy religji staje się potworem niegodnym życia a wytępienie takiego potworu cnotą, zasługą i świętą jest zabawą". W pismach przewijały się też kilkukrotnie imiona Eliasza i Mejera Cwów,
jakoby oni mieli być "ręką samego Boga". Z zapisków wynikło, że
Mendelbaum przejawiał symptomy choroby psychicznej albo "zaślepienia
duszy i rozumu" na tle religijnym. Z pewnością mężczyzna miał wielki dar
przekonywania i wpływał na najbliższą rodzinę niczym przywódca sekty.
Wszystkie poszlaki zebrane przez zaangażowanych w śledztwo wskazywały
jednoznacznie na winę Mowszy Lejzora Mendelbauma, który sam zapętlił się
w kłamstwach. Samozwańczy filozof mataczył i zmieniał zeznania.
Przedstawił również kilku świadków i alibi, z których "żaden nie był w stanie się tłumaczyć". Mendelbaum przyznał, że kilkakrotnie przed
Wielkanocą roku 1863 bywał w Kalwarii, ale powodów przyjazdów nie
potrafił wyjaśnić. Również nie wytłumaczył jasno, dlaczego przywiózł
obcego murarza, "kalekiego włóczęgę, o którym zaraz szemrano między
żydostwem, że był najęty dla zabicia Estery, lecz wówczas plan zabójstwa
się nie udał".
Mendelbaum pierwszy raz pojawił się w Kalwarii w lutym, co potwierdzili
świadkowie. W czasie podróży z Kowna do Kalwarii, w Mariampolu zapoznał
"chorego na nogi Niemca", udającego się na leczniczą kurację. Mendelbaum
z własnej kieszeni rzucił inwalidzie kilka rubli i dodatkowo zapłacił za
kilkudniowe utrzymanie w mieście swego gościa, a także "odstawił go do
granicy pruskiey". Odstawił, ale na tym tragicznego w skutkach spisku
przeciwko Esterze Cwie nie zakończył. W zeznaniach Żyd tłumaczył się, że
jego lutowy pobyt w mieście miał jeden cel: pożyczyć od teścia
pieniądze. Po upływie kilku dni od odwiezienia najemnego murarza,
Mendelbaum poczynił kolejne kroki, by jednak swój niecny plan
zrealizować.
Kolejna wizyta Mendelbauma w Kalwarii odbyła się w marcu i według niego
miała tyczyć się "swatania znajomych żydów". Trzeci przyjazd do miasta
miał miejsce 18 maja, czyli dwa dni przed zabójstwem Estery. Na
przesłuchaniu starozakonny zeznał, że do miasta przyjechał "w celu
odebrania zapożyczonych pieniędzy od Szmojły Grudzińskiego, którego o tem przez Cymkowskiego zawiadomił". Ponadto oświadczył, że podróż odbyła
się tylko w asyście jego szwagra, Eljasza. Okazało się jednak, że
podczas tej samej wizyty Mendelbaum przywiózł do Kalwarii
luźniaka32 pochodzącego z Prus - Rudolfa Bähringa. Bähring
okazjonalnie parał się zduństwem. Był też notowany i raz karany grzywną
za włóczęgostwo, więc łatwy zarobek pokaźnej sumy mógł niewątpliwie
przekonać Niemca. W spisanych zeznaniach Mendelbaum tłumaczył się, że
Bähringa w ogóle nie znał i nie przywiózł go z Kowna, a w noc z 20 na 21
maja, czyli w tym czasie, kiedy doszło do mordu na Esterze - sam
oskarżony w Kalwarii nie przebywał.
Uwikłanie w zmyśloną historię i wplątanie w sieć kłamstw coraz większej
liczby świadków doprowadziły do tego, że sami powołani do obrony krewni
Mendelbauma składali sprzeczne oświadczenia, pogrążając Mowszę. W swych
zeznaniach starozakonni zaciskali przysłowiową pętlę na szyi
"talmudysty", zaś sam Rudolf Bähring ostatecznie podciął gałąź, na
której siedział podżegacz.
Wystraszony policyjnym dochodzeniem Niemiec ujawnił, "że jako zdun
przybywszy z Prus za czasowem paszportem do miasta Kowna, poznał tamże
obwinionego Mowszę Mendelbauma w marcu roku 1863, bo stawiał tam u niego
piece i u tegoż Mendelbauma dwa miesiące mieszkał, czego dziś skruszony
Mendelbaum już nie przeczy". Okazało się, że na kilka dni przed
zabójstwem Mendelbaum zapoznał Bähringa ze swym szwagrem. Obaj
intryganci zaproponowali zdunowi zarobkowy wyjazd do Kalwarii, podczas
którego chłop miałby zarobić sporą sumę pieniędzy. Bähring przystał na
propozycję i razem z dwójką starozakonnych, a także Żydówką imieniem
Dwojra Szatz, wyjechali 17 maja z Kowna do Kalwarii. Była to niedziela.
Po przyjeździe Żydzi pozostawili Niemca w podmiejskiej karczmie, a sami
udali się do miasteczka. Po kilku godzinach osamotniony Mendelbaum
wrócił do karczmy i "wyprowadził Bähringa za miasto o wiorstę i tam
dopiero zaczął mu opowiadać o żydówce mającej romans z oficerem, że ta
żydówka zamierza zmienić religię swą na katolicką i źle się bardzo
prowadzi". Mendelbaum, oferując 40 srebrnych rubli, przekonał Bähringa
do zabicia "splamionej żydki". Starozakonny w słowach zobrazował drogę
do mieszkania Estery, a także wizerunek przyszłej ofiary.
W poniedziałek Bähring wybrał się do miasteczka, ale sam nie mógł
namierzyć kawiarni prowadzonej przez Eterę, więc wypytywał o lokal
miejscowych przechodniów. Zdun przypadkowo spotkał Mendelbauma i został
zganiony przez Żyda za to, że "przez nieostrożność mógł nieświadomie
napytać im biedy". Mendelbaum wręczył Bähringowi 60 kopiejek na zakup
alkoholu i radził, że najlepszą porą na zabicie Estery są godziny
poranne. Dodatkowo poinformował Bähringa, że "jej matka jest już o tem
uprzedzona i otworzy mu drzwi od tyłu". Całą sumę po wykonaniu brudnej
roboty Bähring miał otrzymać w Kownie.
Późnym wieczorem Bähring wtargnął do mieszkania Estery, ale zobaczywszy
dziewczynę, "Niemcowi serce zmiękło". Zdun skruszył się i "żal go
ogarnął, zaniechał krwawego zamiaru i ostrzegł ją", po czym opuścił
mieszkanie. Zrozpaczona Estera zawołała ojca, ale ten zbył ją,
wykręcając się, że niedoszły morderca musiał być po prostu wariatem.
Żydówka szła w zaparte, że człowiek, który ją naszedł z pewnością dostał
zlecenie jej zabicia, co sam przyznał i ze szczegółami opowiedział jej
całą historię. Wymienił też każdego ze znanych jej członków rodziny. "Na
wszelki wypadek" ojciec Estery zapisał sobie nazwisko domniemanego
mordercy.
Cała sprawa została przez Esterę niezwłocznie zgłoszona na policję.
Bähring opuścił miasteczko i udał się do Kowna, gdzie po kilkunastu
dniach spotkał się z Mendelbaumem, który oznajmił mu, że skoro nie miał
odwagi zabić Żydówki, to "[...] trudno, ale powinien niezwłocznie
uciekać na Prussy". Otrzymał też za "fatygę" 1 rubla i 50 kopiejek.
Nieświadomy dokonanej zbrodni, Niemiec Żyda nie posłuchał i pozostał w Kownie.
Podczas procesu dokładne i szczegółowe oświadczenie Rudolf Bähring
złożył publicznie pod przysięgą, a w trakcie zeznawania przez Niemca
pisarz sądowy zauważył i zanotował "zmienienie i pomieszanie"
Mendelbauma. Rudolf opowiedział również, że ostrzegł Esterę, ale nie
miał odwagi donieść o sprawie policji, zaś w Kalwarii był tylko ten
jedyny raz, a do miasta Mendelbaum przyjeżdżał jeszcze z innym Niemcem o nazwisku Dangl.
Identycznie jak Bähring zeznało kilku świadków, choć byli też tacy,
którzy mataczyli. "Wszystkie te zeznania przekonywują o tem, że Bähring,
jakkolwiek sam niewiele wart, chciał jednak oszczędzić życie Estery, że
ją ostrzegał, a Mendelbaumowi rzetelną do oczu prawdę powiedział".
Dwojra Szatz zeznała, że podróżowała z Kowna do Kalwarii z dwoma Żydami
i Niemcem "o fizyonomji obrzydliwej, ciągle prymkę33 w gębie
przeżuwający; osoba jest dobrze jej znana abo na sali tejże
przesłuchiwany jest obecny, podobnie jak jeden z oskarżonych żydków".
Starozakonna imieniem Mera Szleser zeznała, że "dnia 18 maja o godzinie
10-ej wieczorem widziała we drzwiach Estery Cwy nieznanego jej osobnika,
rozmawiającego z Esterą", a także że "[...] później słyszała jakąś
sprzeczkę w mieszkaniu Cwych". Osobą tą okazał się rozpoznany na sali
sądowej Rudolf Bähring. Rodzice zamordowanej przyznali, że w ich
mieszkaniu przebywał obecny na sali Bähring, a także, że ostrzegał ich
córkę, "że ta ma wielu nieprzyjaciół". Ojciec Estery przyznał również,
że zanotował sobie nazwisko nieznajomego. Niejaka Anna Śliwkowska
zeznała pod przysięgą, że ofiara zabójstwa była u niej ostatni raz przed
śmiercią i opowiedziała całą historię z Bähringiem. Kochanek Estery,
Aleksander Niedźwiedzki, przyznał, że ukochana była u niego, wypłakała
się na ramieniu, opowiedziała zajście w mieszkaniu i pokazała karteczkę
z napisem "Bähring". Okazało się również, że Mendelbaum wpadł na
kłamstwie z obywatelami Grudzińskim i Cymkowskim. Pierwszy zeznał, że
oskarżony u niego nie pojawił się od kilku miesięcy, a drugi, że nikt z nim się nie kontaktował. Mendelbaum, brnąc w kłamstwach zeznał, że
"najwidoczniej o sprawie zapomniał", a to dlatego, że "z obawy przed
wojennym patrolem, noc na furmance pod lasem przepędził34".
Śledztwo sądowe wykazało, że Mowsza Mendelbaum dnia 20 maja, około
godziny 20.30 wyszedł z mieszkania swego wuja i powrócił dopiero
nazajutrz, przed godziną 8 rano. Dodatkowo tego samego dnia widziano
Mendelbauma w miejscowym "przyszkółku35 na pacierzach, gdzie
żarliwie się modlił i dał na ofiarę 18 kopiejek". Burmistrz miasta na
rozprawie oświadczył, że w zwyczaju miejscowych wyznawców judaizmu jest
danie na ofiarę w "geście osób grzesznych lub by interes się powiódł".
W końcu przyparty do muru Mendelbaum przyznał, że dowiedziawszy się o zabójstwie Estery, wyjechał z Kalwarii w czwartek o godzinie 10 przed
południem, gdyż "nie może znieść widoku trupa". Po powrocie do Kowna
starozakonny nie powiadomił kowieńskiej rodziny ofiary, a tłumaczył to
obawą przed przekazaniem smutnej wiadomości swej żonie i w następstwie
"złamaniem psychicznem". Mimo iż Estera od chwili bezpośredniego
zagrożenia do śmierci miała jeszcze dwie doby życia, w dodatku pod
zapewnionym "bacznym okiem policmajstera36", nie uchroniła
się przed najgorszym.
Sąd kryminalny guberni płockiej i augustowskiej przesłuchał
kilkadziesiąt osób w sprawie umyślnego i planowanego z premedytacją
zabójstwa Estery Kajli Cwej. Nic nie wskórano upomnieniami,
ostrzeżeniami, a nawet nie pomogły "groźby sądu w kierunku Mendelbauma
poczynione". Żyda przed kolejnymi kłamliwymi zeznaniami nie wystraszyła
nawet kara głodówki i odosobnienia w izolatce.
Sąd Policji Poprawczej "[...] za rażące kłamstwa i zacięte zapieranie
dochodzonych okoliczności" chciał również ukarać Mendelbauma "podwójną
karą chłosty". Mowsza Lejzor Mendelbaum nie tylko zdania nie zmienił,
ale też nie wydał żadnego ze współwinnych.
Na mocy prawa, X Departament Rządzącego Senatu ogłosił wyrok i skazał
Mowszę Lejzora Mendelbauma z artykułu "926 ustawy 1 oraz 126 ustawy 1 za
uczestnictwo i zaplanowanie zabójstwa", na pozbawienie wszelkich praw
obywatelskich i zesłanie na katorżnicze roboty w kopalniach wapienia na
lat 12, a po odbyciu tejże kary, na dożywotnią zsyłkę na Syberię.
Mendelbaum odmówił skorzystania z prawa łaski.
Rodziców Estery skazano na pozbawienie wszelkich praw, a także zesłanie
w najodleglejsze zakątki Sybiru. Ojciec zamordowanej, Szepszel Cwa, nie
doczekał uprawomocnienia wyroku i zmarł "w następstwie śmierci głodowej"
w miejscowym areszcie. Matkę Estery, Gołdę Cwę, senat rządzący
tymczasowo uniewinnił i zwolnił z aresztu na wniosek pomocnika
naczelnego prokuratora, radcy kolegialnego Łysińskiego.
Wyroki dwóch pierwszych instancji i instancji trzeciej, co do Mowszy
Mendelbauma, "w swej mocy pozostawił". Rudolfa Bähringa z braku dowodów
tymczasowo uniewinniono, choć zaprotokołowano, że "w przypadku
pojawienia się istotnych sprawie poszlak, kryminał ponownie rozezna się
w kartach obserwowanego". Współwinni zbrodni Eljasz Szlomowicz Cwa i,
jak się okazało, jego brat Owsiej Beniamin Cwa, zbiegli z kraju i byli
poszukiwani listami gończymi. Na ich trop nigdy nie natrafiono.
Sprawa jednak się nie zakończyła i mimo trzech jednogłośnych instancji
sądowych, Mowsza Lejzor Mendelbaum wynajął adwokata Podolskiego, który
wniósł w imieniu oskarżonego skargę restytucyjną37, z prośbą o przeprowadzenie nowego śledztwa w celu udowodnienia
niewinności.
"W skardze tej przytoczył Mendelbaum tak silnej doniosłości rozumowania
i zasady, a co najważniejsze tak stanowczo deklarował usprawiedliwić
swoje znane w sprawie alibi, to jest wyjaśnić dokładnie, gdzie i u kogo
przepędził noc, w której Estera zamordowaną została i nowemi dowodami,
poprzednio niezbadanemi, wykazać swą niewinność, że skutkiem tej skargi
senat rządzący na okoliczności w niej przytoczone, nowe śledztwo
wyprowadzić rozporządził".
Sprawa znowu ożyła, ale kolejne śledztwo wniosło niewiele. Ponowne
przesłuchania zupełnie skomplikowały śledztwo, czego rezultatem były
same trudności w obiektywnym ocenieniu winy oskarżonego. Nie pomogła też
skazanemu pozytywna opinia nadrabina warszawskiego, Beera Meyselsa.
Sam Mowsza Mendelbaum ostatecznie zrzekł się obrony i przemowy, a sąd na
obronę skazanego przydzielił do pracy mecenasa Radgowskiego. Jako że
Radgowski miał znakomite opinie i słynął z twardej ręki oraz rzetelnej
pracy, wszystkimi siłami próbował uniewinnić Mendelbauma. Mimo to senat,
po rozważeniu zebranych materiałów i po wysłuchaniu nowych wniosków
pomocnika naczelnego prokuratora, nie znalazł żadnych powodów do
uchylenia poprzedniego wyroku.
Wyrok zapadł. Mowsza Lejzor Mendelbaum został skazany ostatecznym
wyrokiem prawomocnym w październiku 1870 roku na zesłanie na Sybir,
dokąd udał się z małżonką i dziećmi. Namiestnik Królestwa Polskiego "z postanowieniem w drodze łaski z dnia 10 października 1871 roku wydanem,
do uchylającego od ciężkich robót w kopalni wniosku Komissyji Rządowej
Sprawiedliwości, przychylić się raczył". Los żydowskiej rodziny
Mendelbaumów pozostaje do dziś nieznany.