Początek opowiadania Razumowa łączy się z wypadkiem
zamordowania wybitnego męża stanu, faktem, charakteryzującym
współczesną Rosję, a bardziej jeszcze oświetlającym moralne
zepsucie uciśnionego społeczeństwa, gdzie najszlachetniejsze
dążenia ludzkości, pragnienie swobody, gorący patrjotyzm, miłość
sprawiedliwości, uczucie litości, a nawet wierność umysłów prostych
wypaczają się w wybrykach nienawiści i trwogi, tych nieodłącznych
towarzyszy niespokojnego despotyzmu.
Wyżej wspomniany fakt odnosi się do udanego zamachu z przed paru
lat na życie pana de P -, prezesa osławionej Komisji Represyjnej,
męża stanu, obdarzonego wyjątkową władzą. Była to osobistość, o
której rozpisywano się szeroko w prasie, a portrety, zjawiające się
raz po raz w europejskich ilustracjach, spopularyzowały tę chudą
postać fanatyka w kapiącym od złota mundurze, ze zmiętą,
pargaminową twarzą, z wyblakłemi oczyma, patrzącemi tępo przez
szkła okularów, z orderem świętego Prokopa, wiszącym na wyschłej
szyi. Służył on monarchji, więżąc, wysyłając na wygnanie lub na
szubienicę mężczyzn i kobiety, starych i młodych z jednakową,
niewzruszoną, niezmordowaną gorliwością. Bezwzględny zwolennik idei
autokratyzmu, ścigał i tępił wszystko, co mogło mieć jakiś pozór
wolności w urządzeniach państwowych, a bezlitosne prześladowanie
podrastającego pokolenia zdawało się świadczyć, że dążeniem jego
jest unicestwienie samej nawet nadziei wolności. Mówią, że ten gnębiciel i kat w swej fanatycznej ciasnocie
wyobraźni nie zdawał sobie sprawy z nienawiści, jaką wzbudzał.
Trudno w to uwierzyć, faktem jest wszelako, że nie przedsiębrał
żadnych prawie środków ostrożności, tyczących się jego własnego
bezpieczeństwa. W przedmowie do jakiegoś słynnego "ukazu"
oświadczył kiedyś, że "myśl o wolności nie istniała nigdy w
zamiarach Stwórcy. Ze zbiorowiska ludzkich narad może się zrodzić
jedynie bunt i nieład; a bunt i nieład w świecie, stworzonym do
posłuszeństwa i porządku, są grzechem. Nie Rozum lecz Władza jest
wyrazem Boskich Zamiarów. Bóg jest Autokratą Wszechświata..." Być
może więc, że człowiek, który wygłaszał podobne przekonania,
wierzył święcie, że niebo obowiązane było opiekować się nim w jego
bezlitosnej obronie autokracji na ziemi. Niewątpliwie, czujność policji ocaliła go po wielokroć, ale gdy
nadeszła jego godzina, odnośne władze nie mogły go ustrzec. Nie
wiedziały bowiem o zamachu, knutym na życie prezesa ministrów; nie
doszła do nich najlżejsza wskazówka o spisku ze zwykłych źródeł
informacyj, nie dostrzegli żadnych oznak, ani podejrzanego ruchu
wśród niebezpiecznych osób. Pan de P - jechał na stację kolei żelaznej w dwukonnych, odkrytych
sankach, z lokajem i stangretem na koźle. Śnieg padał przez całą
noc, a że miało to miejsce wczesnym rankiem, więc nieumieciona
jeszcze droga była bardzo ciężka dla koni i sanie posuwały się
zwolna wskroś trwającą wciąż zadymkę. Gdy przed zakrętem zjechały
na lewo, lokaj zauważył idącego zwolna brzegiem chodnika wieśniaka,
z rękoma w kieszeniach baraniego kożucha i z głową wtuloną w
ramiona pod padającym gęsto śniegiem. Gdy sanie zrównały się z
wieśniakiem, ten odwrócił się nagle i wyciągnął rękę. Nastąpił
straszny wybuch, którego odgłos stłumiła obfitość sypiącego się
śniegu; oba konie padły, a stangret, krzyknąwszy przeraźliwie,
zleciał z kozła, raniony śmiertelnie. Lokaj (który ocalał) nie miał
czasu zauważyć twarzy człowieka w baranim kożuchu. Ten ostatni,
rzuciwszy bombę, odszedł, ale prawdopodobnie, widząc ludzi
biegnących zewsząd na miejsce wypadku, uznał za bezpieczniejsze
powrócić z nimi. W mgnieniu oka zebrał się podniecony tłum dookoła sanek. Prezes
ministrów, wysiadłszy nietknięty w śnieg, stał nad jęczącym
stangretem i, zwracając się raz po raz do otaczających, powtarzał
swym słabym, bezradnym głosem: "Proszę was, odstąpcie. Na miłość
boską, proszę was, dobrzy ludzie, odstąpcie!" Wtedy jakiś wysoki młodzieniec, który stał spokojnie pod bramą, o
dwa domy dalej, wystąpił na ulicę i, zbliżywszy się szybko, rzucił
drugą bombę ponad głowami tłumu. Prezes ministrów pochylał się
właśnie nad umierającym stangretem, kiedy bomba uderzyła go w
ramię, spadła mu pomiędzy nogi, wybuchnęła ze straszliwą siłą,
kładąc go trupem na miejscu, dobijając rannego stangreta i wprost
miażdżąc na drzazgi puste sanki. Tłum z wrzaskiem przerażenia
rozproszył się we wszystkich kierunkach; pozostali jedynie ci,
którzy stali najbliżej prezesa ministrów i wraz z nim na miejscu
śmierć ponieśli, oraz paru innych, którzy padli, odbiegając kilka
kroków. Pierwszy wybuch zgromadził tłum jak za dotknięciem laski
czarnoksięskiej, drugi równie szybko opustoszył ulicę na setki
yardów w każdym kierunku. Poprzez padający śnieg ludzie patrzyli
zdaleka na kupkę ciał, leżących jedno na drugiem w pobliżu trupów
obu koni. Nikt nie śmiał się zbliżyć; po chwili przygalopował
patrol kozacki i, zsiadłszy z koni, zaczął oglądać zwłoki. Pośród
niewinnych ofiar drugiej eksplozji leżał trup człowieka w baranim
kożuchu, ale twarz była nie do rozpoznania, w kieszeniach jego
nędznej odzieży nie znaleziono absolutnie nic i był on jedynym,
czyja tożsamość pozostała niestwierdzona. Tego dnia Razumow wstał o zwykłej porze i spędził ranek w gmachu
uniwersyteckim, słuchając wykładów i czas jakiś pracując w
bibljotece. W porze obiadowej słyszał w studenckiej jadłodajni,
gdzie jadał zazwyczaj obiad o drugiej godzinie, pierwsze
nieokreślone pogłoski o rzuceniu bomby. Ale to były tylko szepty, i
działo się to w Rosji, gdzie nie było rzeczą bezpieczną, zwłaszcza
dla studenta, interesować się zbytnio szeptami pewnego rodzaju.
Razumow był jednym z tych ludzi, którzy żyjąc w czasach niepokoju
umysłowego i politycznego, instynktownie trzymają się biegu
normalnego, praktycznego życia. Wyczuwał do pewnego stopnia
napięcia uczuciowe swoich czasów, wstrząsające głucho
społeczeństwem, żywił nawet dla nich jakąś nieokreśloną sympatję,
ale przedewszystkiem myślał o swojej pracy, studjach i przyszłości. Pozbawiony był rodziny oficjalnie i faktycznie (popadjanka bowiem
umarła od dawna), żadne więc wpływy domowe nie kształtowały jego
pojęć ani uczuć. Był tak samotny na świecie, jak rozbitek na morzu.
Nazwisko: Razumow było poprostu określeniem samotnej jednostki. Nie
istnieli nigdzie żadni Razumowowie, do pokrewieństwa z którymi
byłby się mógł przyznać. Najbliższą dlań była Rosja. Cokolwiek bądź
dobrego spodziewał się od życia, lub jakiekolwiek nadzieje miałyby
mu być odjęte - to jedynie z tego źródła mogło dlań płynąć. Ale
wewnętrzna rozterka szarpała tę olbrzymią rodzinę, on zaś stronił
od pola walki instynktownie, tak jak człowiek dobry i spokojny cofa
się przed wzięciem udziału w gwałtownej kłótni rodzinnej. Razumow, wracając do domu, myślał, że będąc już dostatecznie
przygotowanym do egzaminów, mógłby teraz poświęcić się pracy na
konkurs, rozpisany przez ministerjum Oświaty. Uśmiechał mu się
srebrny medal. Nazwiska ubiegających się o tę nagrodę miały być
przedstawione ministrowi. Sam fakt wzięcia udziału w konkursie
będzie życzliwie widziany w wyższych sferach, a posiadacz medalu po
uzyskaniu dyplomu mógł się spodziewać otrzymania korzystniejszej
posady. Student Razumow w przystępie pychy zapomniał o
niebezpieczeństwach, grożących trwałości instytucyj, które rozdają
nagrody i posady. Ale przypomniawszy sobie zeszłorocznego
medalistę, Razumow, młodzieniec nie mający rodziny, otrzeźwiał,
pomiarkował się i uspokoił. Był właśnie z paru innymi studentami u
tego kolegi w chwili, gdy ów otrzymał urzędowe zawiadomienie o
powodzeniu. Był to spokojny, skromny młodzieniec. "Darujcie" rzekł
z lekkim uśmiechem, biorąc czapkę, "idę kupić wina, ale
przedewszystkiem poślę telegram do domu. To się dopiero starzy
ucieszą! Całą okolicę sproszą na bibę".
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI